Nasze kochane święta

Nasze kochane święta

Autorzy: Iwona Poczopko

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.60 zł

Historia rodzinna w czterech wigilijnych aktach 

Przewrotnie opowiedziana saga rodzinna, wpisana w historię ostatnich dziesięcioleci. Niepolityczna i pod prąd. Zaczyna się w dobie „bujnego Gierka”, a kończy w dzisiejszych trudnych czasach. 

Przy wigilijnym stole Niuty i jej męża Edka jest jak w wielu innych rodzinach. Zbierające się grono raz się powiększa, raz maleje, w zależności od ślubów, narodzin dzieci i… rozwodów. Krewni i najbliżsi raz się kochają, a raz kłócą, stawiając czoła problemom i ciesząc się z sukcesów. Gdy spotykają się na święta, w ich rozmowy wkrada się polska rzeczywistość, rozpalając namiętności biesiadników. 

Ponad wigilijnymi potrawami, podczas przeżuwania śledzi, uszek i ciast, odbywa się bój na argumenty i życiowe doświadczenie. Przeszłość miesza się z teraźniejszością, życie prywatne z polityką. Jest i śmiesznie, trochę strasznie i bardzo po naszemu.

WROCŁAW 2017

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografie na okładce

© ratmaner/Fotolia

© progressman/Fotolia

© teine/Fotolia

© igorkol_ter/Fotolia

© Alex Malikov/Fotolia

© Dmitri Stalnuhhin/Fotolia

Redakcja

„BALTAZAR” RING JACEK, WOJCIECHOWSKA-RING DOROTA

Korekta

JOANNA RODKIEWICZ

Skład

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

© Publicat S.A. MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-245-8294-5

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Pierwsza

Druga

Trzecia

Czwarta

Niuta przeciągnęła ręką po obrusie. Pogładziła zwisające z boku fałdy. Kiedy była już pewna, że ich zagłębienia i wybrzuszenia ułożyły się w idealnie równe fale, odstąpiła od stołu dwa kroki i spojrzała z ukontentowaniem na swoje dzieło. To było prawdziwe piękno. Śnieżnobiały obrus z tłoczonego adamaszku, wykrochmalony i wymaglowany, pysznił się na stole ustawionym na samym środku jej obszernego salonu. Z boku przytulona do ściany nowa wersalka, obita beżowym rypsem i takież fotele ustawione po drugiej stronie stołu, na tle nowego segmentu, który udało jej się zdobyć dzięki własnej roztropności i uporowi. No, może też odrobinie łaskawości losu. Ciągle jeszcze nie mogła oswoić się z myślą, że jest jej. Nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu. Żeby mieć to cudo, musiała przechytrzyć całą sklepową mafię. Myśleli, że zdołają go zakamuflować za pomocą wywieszki „uszkodzony”. Wcisnęli go w kąt magazynu, żeby przejąć i zostawić swoim albo sprzedać za łapówkę. Od razu ich rozszyfrowała. Zadeklarowała kupno towaru mimo usterek. Próbowali ją odwieść od decyzji na różne sposoby, ale nie dała za wygraną. Wiedziała, że taki segment to skarb, i gotowa była o niego walczyć do upadłego. Postawiła na swoim i teraz zdobił ścianę jej salonu. Import z Czechosłowacji, jak głosiła informacja na instrukcji obsługi. Na odległość widać było solidną eksportową robotę. Nasze rzeczy na eksport też były doskonałej jakości. To tylko na kraj rzucali byle barachło. Wszyscy wiedzieli, że nasza produkcja zagraniczna robiła prawdziwą furorę i segmenty „made in Poland” dodawały splendoru najznamienitszym apartamentom w NRD, Bułgarii czy na Węgrzech. No cóż, nasze tam, ich tu. W każdym razie jej czechosłowackiej zdobyczy niczego nie brakowało. Przyćmione kryształowe szyby idealnie współgrały z drzwiczkami imitującymi drewno w odcieniu średniego orzecha, a prawdziwą ozdobą szklanych i drewnianych płaszczyzn były pękate gałki. Właśnie te gałki podobały jej się najbardziej. Przyjemność z patrzenia na nie była tym większa, że już jej nie dręczył widok tandetnych uchwytów ponurej meblościanki na wysoki połysk, którą kupiła wiedziona owczym pędem, gdyż wszyscy kupowali meblościanki na wysoki połysk. Teraz było wreszcie tak, jak sobie wymarzyła: ten segment, elegancki komplet wypoczynkowy, gruby dywan usiany pastelowymi kwiatami, który upolowała w Peweksie, a nawet telewizor. Z niego też mogła być dumna. Nikt nie miał telewizora na długich, smukłych nóżkach. Wszyscy znajomi, dalsza i bliższa rodzina kupowali niekształtne pudła, które ustawiali na paskudnych szafkach, czasami przykrytych jeszcze paskudniejszymi serwetkami. Jej telewizor nie na darmo nazywał się Klejnot. Był czymś więcej niż tylko telewizorem, był prawdziwą ozdobą zajmowanego przez siebie miejsca. Wiele pracy włożyła w umeblowanie tego pokoju. Nie było łatwo wypatrzyć i zdobyć wszystkie te rzeczy, a ponadto tak gustownie je skomponować. Do tego trzeba mieć dar, ten zmysł pozwalający odróżnić coś, co ma klasę, od tego czegoś, co klasy nie ma. Mogła jak wszyscy powiesić sobie na ścianie Słoneczniki van Gogha, ale wybrała reprodukcję Matki karmiącej Wyspiańskiego. Brązowa plama włosów i beżowy odcień skóry namalowanej postaci o wiele lepiej pasowały do kolorystyki segmentu i kanapy niż rozkrzyczane żółcienie kwiatów. Obraz pochylonej nad dziecięciem matki przywołał myśl zagubioną gdzieś podczas bieganiny ostatnich dwóch tygodni. Jezusek maleńki, Synem Bożym będąc, ssąc pierś matki swojej, najpełniej pierwiastek człowieczy objawił. Tkliwość poczuła w sercu na samo wspomnienie o Synu Bożym, jego niewinności i cierpieniu, którego jeszcze nie był świadom, gdy tulił policzek do matczynej piersi.

Spojrzała na stojącą w rogu pokoju choinkę. Widok strojnego drzewka w zestawieniu z nagością dziecięcia wywołał kolejną, tym razem gorzką refleksję o zamienianiu przez ludzi przeżycia religijnego w ciąg pustych rytuałów opakowanych w jarmarczne błyskotki. Przez chwilę czuła się nawet winna, ale tylko przez chwilę. Zmrużyła oczy, żeby sprawdzić, czy rozmieszczenie lampek nie straciło nic ze swojej symetrii. Bardzo dbała o precyzję w zdobieniu choinki. Wprawdzie od pewnego czasu zajmowała się tym Marta, ale prawo do ostatecznego szlifu w dalszym ciągu należało do niej. Zawsze wypatrzyła parę błędów w rozmieszczeniu bombek albo, co gorsza, krzywo umocowane lampki. Tegoroczny świerk był wyjątkowo zgrabny. Gałązki jedna w drugą jak malowane układały się w kształtny zielony płomyk. Jego uroda była jedyną rekompensatą za przeżycia, których doświadczyła, walcząc o niego w punkcie sprzedaży choinek. Nie przypuszczała, że idzie na bój, kiedy dołączyła do tłumu ludzi czekających na nocną dostawę. Mimo mrozu było bardzo przyjemnie. Przeważali młodzi mężczyźni. Czas zabijali opowiadaniem kawałów politycznych, wspominaniem kolejkowych przygód i historiami świątecznymi. Nad falującymi, ściśniętymi ciałami unosił się biały obłok pary i szemranie przyjaznych pogaduszek. Nim się spostrzegli, minęła północ. Nagle mrok nocy ustąpił pod naporem ostrych snopów światła, którymi strzeliły lampy ciężarówki dostawczej. Masa ciał zakołysała się i stężała. „Odsunąć się, będziemy zrzucać!” – zagrzmiał gdzieś z cienia głos dowodzącego akcją, najprawdopodobniej dzierżawcy punktu sprzedaży. Ciała przylgnęły do siebie jeszcze bardziej i znieruchomiały. Szare, czarne, brązowe, granatowe i wszystkie inne, mniej lub bardziej bure, kurtki i płaszcze zespoliły się w solidną strukturę, która wrosła w ziemię niczym głaz narzutowy. Nieporuszony, cichy, dymiący parą z dziesiątek rozwartych ust. „Głuche? Cofnąć się, mówię, zrzucać nie ma gdzie!” – ryknął ten sam głos. Głaz ani drgnął, wyrzucił z siebie tylko kolejny kłąb pary. „Ożeż, kurwa wasza mać! – zabulgotał zdesperowany głos bez twarzy, a potem krzyknął: Zwalaj!” Choinki wyfrunęły nagle z ciężarówki w powietrze. Dwóch osiłków ciskało nimi jak oszczepami na zdeptany płachetek śniegu. Głaz sapnął, wydął się i ruszył z miejsca, rozszczepiając się na setki ramion gotowych pchać, uderzać, szarpać i chwytać. Niuta, mierząca metr pięćdziesiąt sześć i ważąca pięćdziesiąt cztery kilogramy, straciła grunt pod nogami i popłynęła razem z tłumem, zakleszczona między czyimś brzuchem i czyimiś plecami. Zasłonięta przez jakiś cuchnący potem i naftaliną kubrak nie widziała, gdzie jest i dokąd zmierza, słyszała tylko krótkie jęknięcia ludzi ugodzonych choinkami przelatującymi ponad głowami. Ktoś zaskowyczał: „Jezuuuu, zabił mnie skurwysyn!”, a ktoś krzyknął rozpaczliwie: „Ludzie, ratunku!”. Modliła się, żeby nie połamali jej okularów i nie zdarli czapki z głowy, bo wydała na tę norkę sporo grosza. Modły i opatrzność boska sprawiły, że w tłumie coś się nagle zakotłowało i tak jak masa ciał Niutę wessała, tak ją teraz wypluła. Leżąc na śniegu, sprawdziła gorączkowo stan odzienia. Wszystko było na miejscu. Poprawiła okulary i dźwignęła się ciężko. Ludzie, z którymi przed paroma minutami przyjaźnie gaworzyła, zamienili się teraz w dziką tłuszczę, tratującą się nawzajem, gotową unicestwić każdego, kto stanie jej na drodze. „Mój Boże – wyszeptała – a jutro usiądą pod tymi choinkami i zaśpiewają »Lulajże, Jezuniu«”. I właśnie w tym momencie spadł jej pod nogi ów świerczek, rzucony z ciężarówki przez jednego z osiłków. Prawdziwy dar boży.

Uśmiechnęła się do swojej zdobyczy, która odpowiedziała mrugnięciem kolorowych lampek. Podeszła do drzewka i poprawiła czerwoną bombkę, która obróciła swoje złote lico w kierunku gałązek. Ledwo cofnęła rękę, a bombka znowu wykonała obrót. Niesforna ozdoba wymagała trzykrotnej interwencji, aż w końcu za karę wylądowała na gałązce obok. Nauczywszy bombkę moresu, Niuta jeszcze raz zlustrowała pokój. Wszystko pachniało czystością i lasem iglastym.

– Martusiu! – zawołała, nie odrywając wzroku od adamaszkowego obrusa. – Chodź, dziecko.

– Idę, idę – dobiegło z kuchni zmęczone zapewnienie.

– Już czas nakrywać stół. – Niuta wydała polecenie, nie ruszając się z miejsca.

– Zapaliłam pod barszczem. – Marta stanęła obok matki. – Lada moment powinni być.

– Wyciągnij z barku talerze i porozkładaj. Pamiętaj, głębokie na płaskie, nie zapomnij o dodatkowym nakryciu dla bezdomnego.

– Po co się wygłupiać z tym dodatkowym nakryciem. Przecież i tak nikt nie przyjdzie, a nawet jakby zastukał do drzwi jakiś zbłąkany wędrowiec, to i tak byś go nie wpuściła – Marta nie kryła sarkazmu.

– Nie mędrkuj, dobrze? – Matka skwitowała jej słowa obojętnie, widać przywykła do podobnych złośliwości. – To nie kwestia praktyki, tylko tradycji. W domu mojej matki tak było i w domu matki mojej matki... Jak umrę, to będziesz sobie mogła swoje zwyczaje wprowadzać. Dopóki ja żyję, będzie tak, jak być powinno. Przy „dopóki ja żyję” głos Niuty nabrał mentorskiego tonu królowej, która jest zmuszona przypomnieć podwładnym, że jej panowanie trwa i nie powinni mieć nadziei na jego rychły koniec. Milczenie córki uznała za deklarację uległości i dodała rzeczowo: – Wyjmij z szuflady świąteczne sztućce, rozłóż serwetki i pozapalaj świeczki. Włącz telewizor. Powinni już śpiewać kolędy. Może dadzą tę śpiewaczkę, co była w zeszłym roku. Wzruszyła mnie do łez.

Przymknęła oczy i zanuciła cicho:

– Jezus malusieńki, cały nagusieńki, nie dała Mu matula...

– Błagam, przestań fałszować.

– Złośliwość to masz po ojcu. On też ciągle podcinał mi skrzydła.

Marta usłyszała w jej tonie echo wszystkich opowieści o niespełnionych marzeniach i zobaczyła galerię portretów wszystkich tych, którzy przyczynili się do owych niespełnień. Ona także tam była. Wiadomo, dziecko to pasmo wyrzeczeń.

– Idę wrzucić uszka na wrzątek. – Zmianą tematu i konkretną informacją Niuta dała do zrozumienia, że wielkodusznie wybacza córce, mężowi i światu wszelkie przewiny wobec jej osoby. – Jak się nazywała ta śpiewaczka?

– Trawińska-Moroz.

– No właśnie, miałam na końcu języka, Trawińska-Moroz.

Odwróciła się na pięcie i nucąc „Lulajże, Jezuniu”, ruszyła do kuchni. Po drodze krzyknęła do zamkniętych drzwi łazienki:

– Edku, skończ już! Przygotuj opłatek. Tylko patrzeć, jak Hanka przyjdzie ze Stachem. Niedługo siadamy do stołu.

I zniknęła w kuchni. Wprawdzie nie było jej widać, ale nie sposób było uwolnić się od nieczysto ciągnionego „Lulajże, Jezuniu”, a potem jeszcze fałszywiej wyciąganej „Cichej nocy”. Marta włączyła telewizor. Liczyła na zagłuszenie matki profesjonalistami. Jak na złość na obydwóch programach dawali gadające głowy. Jedynka – faceta opowiadającego o obyczajach świątecznych w różnych krajach bloku socjalistycznego, a Studio Dwójki – wspomnienia wigilijne snute przez znanych ludzi. Nadzieja w ojcu, który wyjdzie wreszcie z łazienki i nieznośnemu zawodzeniu narzuci prawidłową linię melodyczną. W przeciwieństwie do matki ojciec umiał śpiewać. Natura obdarzyła go aksamitnym tenorem, który jak dość szybko odkrył, miał znakomity wpływ na jakość kontaktów z kobietami. Według rodzinnej legendy uwiódł nim także swoją Niutę. Śpiewał w kwartecie rewelersów powstałym w Fabryce Motocykli „Junak”. Zespół uświetniał wszystkie oficjalne uroczystości zakładowe i ściągał tłumy na mniej formalne imprezy rozrywkowe. Tenor Edwarda wiódł prym w zdobywaniu przychylności słuchaczek, nie był mu w stanie dorównać nawet ciepły baryton kolegi Zenona. Niutę poznał w przyzakładowym kole teatralnym podczas prób do jednoaktówki Czechowa Niedźwiedź. Zdawała się niechętna jemu i mężczyznom w ogóle. Któż mógł wiedzieć, że dmuchała na zimne po świeżym rozwodzie z okropnym draniem, błędem swojej młodości. Może właśnie ta jej powściągliwość zrobiła na Edwardzie takie wrażenie, gdyż brak powściągliwości z mężczyznami jego byłej żony złamał mu serce i zrujnował małżeństwo. Starania podczas prób teatralnych, aluzje przemycane w ćwiczonych kwestiach nie dawały widomego efektu, więc sięgnął Edward po broń ostateczną. W fabryce był radiowęzeł, który wykorzystywano do przekazywania mniej lub bardziej oficjalnych informacji. Pewnego dnia podczas przerwy śniadaniowej z rozsianych po całym zakładzie głośników popłynęło liryczne wyznanie. Zgromadzeni w stołówce pracownicy przestali na chwilę przeżuwać swój chleb z salcesonem i siorbać słomkową herbatę. Dali się unieść tęsknemu śpiewaniu. Zasłuchali się w słowa mężczyzny, który marzył głośno:

Dzisiaj po pracy ciebie spotkam znów,

może zamienię z tobą kilka słów.

Może dziś w końcu zauważysz mnie,

a ja nieśmiało spytam cię.

Czy wiesz, że dla mnie nie istnieje nikt,

odkąd poznałem ciebie.

Romantyczny tenor wzruszył mężczyzn, którzy poczuli, że poetyzuje w imieniu każdego z nich, i uwiódł kobiety chętne wierzyć, że są adresatkami tego wyznania. Wszyscy zapadli w przyjemne odrętwienie i zamyślenie i tylko patrzyli na swoje spracowane ręce. Stanu tego nie zmieniła nawet końcowa dedykacja: „Od Edwarda K. z działu produkcji dla Stanisławy L. z działu administracji”. Po tym wydarzeniu Stanisława, czyli – jak ją wszyscy nazywali – Niuta, przestała być zwykłą maszynistką. Stała się obiektem podziwu i zazdrości. Trzeba przyznać, że nieźle poradziła sobie ze statusem zakładowej gwiazdy. Ciężkie czasy okupacji i powojenne klęski osobiste sprawiły, że jej próżność spokorniała, więc oparła się egzaltacji, w jaką popadłaby zapewne każda inna wyróżniona w tak spektakularny sposób. Ona wybrała pozę tajemniczej piękności na rozdrożu, którą podpatrzyła u Michèle Morgan w filmie Symfonia pastoralna. Przyodziała się w smutek i bliżej nieokreśloną tęsknotę skrywaną za powłóczystym spojrzeniem i enigmatycznym uśmiechem. Dla robotników uwikłanych we współzawodnictwo pracy, ale też i kobiet zmęczonych swoją socjalistyczną dzielnością stała się Niuta w swojej chłodno-pięknej kreacji istotą niemal mityczną. Na szczęście trwało to na tyle krótko, że czynniki powołane do bacznej obserwacji nastrojów w fabryce nie zdążyły dostrzec tego dziwnego kultu. Z wdzięczności za chwilę sławy Niuta dopuściła do siebie Edwarda, który przy bliższym poznaniu okazał się dobrym i czułym człowiekiem, co w sytuacji rozwódki z dzieckiem było najważniejsze. Zawarte w skocznej polce prognozy: Niutusiu, uch, Niutusiu, ach, pasujem do się że aż strach, i obietnice, że dzięki niemu będzie miała na obiad banany, a w kuchni dywany, sprawiły, że tenor Edwarda stał się częścią jej dalszego życia. A później także ich córek, Hanki i młodszej Marty, choć one już nie były jego entuzjastkami. Przy Beatlesach i Niemenie brzmiał im anachronicznie, wręcz śmiesznie. Mimo to w sytuacji, kiedy matka znęcała się nad pięknem polskich kolęd, Marta gotowa była błagać go o interwencję. Jest coś takiego jak umiejętność pozazmysłowego porozumiewania się wśród osób żyjących pod jednym dachem. Lata wspólnego mieszkania sprawiają, że tworzy się sieć niewidzialnych kanałów przesyłu myśli, które ułatwiają wręcz telepatyczną komunikację. Najwidoczniej zadziałało to także w tym wypadku, bo nie minęła chwila, a ojciec wyszedł z łazienki i stanąwszy na środku przedpokoju, zaintonował głośno: Oj, malusi, malusi, malusi, kiejby rękawicka, kończąc tym samym żonine popisy wokalne. W białej koszuli, pod krawatem, w grafitowych spodniach ze świeżo zaprasowanymi kantami wyglądał bardzo odświętnie. Tworzył wokół siebie aurę radosnej tradycji.

Nie przestając śpiewać, wparował do pokoju i przystąpił do układania opłatków na małym porcelanowym talerzyku. Skomponował z nich równy wachlarzyk. Marta, pod wrażeniem tej staranności, niezdolna oprzeć się presji obecnej wszędzie symetrii, zaczęła poprawiać gorączkowo sztućce, które wydały się jej niewystarczająco idealnie rozmieszczone. Ojciec obserwował jej gimnastykę nad stołem, pochylanie się i przesuwanie o parę milimetrów noża czy łyżki, prostowanie się, wyginanie do tyłu i sprawdzanie, czy łyżka bądź nóż leży w idealnej odległości od talerza. Przekrzywiała głowę raz w prawo, raz w lewo, żeby się upewnić, że perspektywa nie zniekształca prawidłowej oceny układu zastawy stołowej.

– Tę fobię na punkcie, żeby wszystko było równiusio i czyściusio, to masz po matce – powiedział zaczepnie. Jakby chciał dać do zrozumienia, że wie o jej problemie, ale nie potępia, bo przecież genów nie sposób zmienić, a buntować się przeciwko dominującej naturze matki było rzeczą niemożliwą. Widok ułożonych pod linijkę opłatków podsunął Marcie kąśliwą ripostę, ale nim zdążyła wycelować nią w ojca, zadzwonił dzwonek do drzwi.

– Edku, otwórz, mam zajęte ręce – dobiegła prośba z kuchni.

– Już lecę.

Otworzył drzwi. Do mieszkania weszła Hanka w towarzystwie swojego męża Stacha, który przekroczywszy próg, huknął: „Przybieżeli do Betlejem pasterze”, machając przy tym butelką wyborowej jak batutą. Przy słowach „Chwała na wysokości” przekazał półlitrówkę teściowi i zaczął ceremoniał powitań. Stach był mężczyzną wysokim i postawnym, o fizjonomii polskiego szlachcica. Gdyby odziać go w kontusz, mógłby statystować w filmach historycznych. Jasne kręcone włosy, podwinięte wąsy, perkaty czerwony nos i wydatny brzuch pasowały jak ulał do scen biesiadnych z epoki Sasów. Przy Hance, która była szczupłą, drobną blondynką, atrakcyjną, o nowoczesnej urodzie, Stach jawił się jako postać nieco przaśna. Zdawał się wszystkich zachęcać, żeby go traktowali jak swojego chłopa. Stąd też powitanie było serią cmoknięć, klepnięć i stęknięć tych, których mocnym uściskiem rozpłaszczał na swoim brzuchu. Jedynie teściowa trzymała na dystans jego brzuch i całą tę swojską rubaszność. Kontakt z zięciem ograniczyła do kurtuazyjnego „witajcie” i korzystając z pretekstu, że ma dużo roboty, wróciła do kuchni. Nie raczyła nawet zareagować na pochwałę pod adresem „boskiego” aromatu kompotu z suszu.

Hanka miała za złe matce tę ostentację. Stach starał się jak mógł, ale im bardziej był przymilny, tym bardziej ona była pańska. Czasami, gdy się zagalopowała, robiła się nieznośnie wyniosła. Oczywiście nie omieszkała zadać z pozoru niewinnego pytania: A gdzie Łukaszek? Hanka natychmiast wyczuła premedytację. Matka nie oczekiwała odpowiedzi, chciała, żeby padło głośne: Z Andrzejem, czyli ojcem jej wnuka, czyli jedynym mężczyzną, którego zaakceptowała przy boku swojej córki. Powietrze zgęstniało od pretensji i żalu. Niezawodny w takich chwilach ojciec natychmiast uruchomił mechanizm ochrony stada przed stresem. Najpierw głośną gadaniną odciągnął myśli wszystkich od niezręcznej sytuacji, a potem skierował je na główną ideę rodzinnego spotkania.

– Chodźcie, kochani, do pokoju, rozsiądźcie się. Ty, Hanuś, obok męża. Ty, Martka, tutaj. – Wskazał miejsce na szczycie stołu. – Ścisz tylko telewizor, dziecko, Gierek znowu gada. W Wigilię dałby sobie spokój. Matka wrzuciła już uszka do wrzątku. Zaraz będzie wszystko gotowe i zaczynamy ucztę. Głodny jestem.

– Nie tylko tata. – Stach pogłaskał się po brzuchu. – My z Hanusią też nic w ustach nie mieliśmy od rana.

– Dziewczęta – dobiegło z kuchni wołanie matki – chodźcie!

Marta z Hanką kornie wykonały polecenie. Po chwili wróciły z parującym półmiskiem uszek z grzybami i wazą czerwonego barszczu. Za nimi podążała matka z miską pierogów z kiszoną kapustą. Ustawiły naczynia na środku stołu i wszystkie trzy wlepiły oczy w ojca, dając mu tym samym znak, że już czas na prawdziwą inaugurację wieczoru, czyli okolicznościowe zagajenie. Raz do roku matka z córkami godziły się na ten drobny przejaw patriarchatu i oddawały mu głos. Mowa była krótka i wzruszająca, dowodziła, że wartość wigilijnego spotkania w gronie rodzinnym jest bezcenna, a prawda ta dociera do nas najdobitniej wtedy, kiedy takie spotkanie staje się niemożliwe, na dowód tego ojciec przytoczył własną historię wojenną, kiedy to brnął przez śniegi wysokie, w mrozy siarczyste, by dotrzeć do rodziców czekających nań wśród nocnej ciszy. Nie dotarł. Dramatyczna puenta sprawiła, że gdy podniósł porcelanowy talerzyk z opłatkami, doszło do wszystkich, jakie mają szczęście, i uwzniośleni tą myślą zaczęli przytulać się do siebie i życzyć zdrowia, powodzenia i miłości. Gdy już wylali z siebie mnóstwo dobrych słów, rzucili się do stołu. Jedli szybko, w milczeniu. Słychać było tylko ciche siorbnięcia Stacha i postukiwania łyżek o talerze. Pierwszy zjadł ojciec.

– Niutuś, jak zwykle uszka były boskie. – Ojciec podkreślił uznanie, kreśląc ręką dworskie esy-floresy.

– Nie wzywaj imienia Pana Boga nadaremno – odpowiedziała sucho, nie unosząc głowy znad talerza.

– Barszczyk istne cacko, palce lizać – kontynuował niezrażony jej uwagą. – A teraz skaleczymy parę pierożków.

Nadział jednego na widelec i uniósłszy go, kontemplował przez chwilę skupiony. Przybrał pozę Hamleta, który wygłosi zaraz kwestię: „Ach, biedny Yorick”, ale zamiast tego powiedział z teatralną emfazą:

– Ach, ileż rozkoszy może dostarczyć człowiekowi kiszona kapusta w cieście, jeśli zajmą się nią żonine palce.

– Oj tak, palce żoneczki potrafią zdziałać cuda – przytaknął gorliwie Stach i rozejrzał się dookoła, szukając uznania dla swojego refleksu i dowcipu, lecz zimne spojrzenie teściowej w sekundzie zmazało uśmiech z jego twarzy. Spuścił głowę i wepchnął w usta następną łyżkę barszczu, z bielącym się na środku uszkiem.

– Edku – Niuta zagadnęła męża, gdyż wierzyła, że ignorując słowa zięcia, unieważnia tym samym jego istnienie – proszę, nie objadaj się zbytnio, zostaw miejsce na rybę.

Przyłożyła serwetkę do ust. Powtarzała ten ruch często, jakby się bała, że kropla barszczu cieknącego po brodzie zaszkodzi jej reputacji osoby dbałej o konwenanse. Z powodu akuratności kontrolowała też dyskretnie przebieg całej kolacji. Nie mogła przecież przeoczyć momentu, kiedy wszyscy będą już gotowi na kolejną odsłonę wigilijnego ceremoniału. Ostatnie stuknięcie łyżką należało do Hanki, która specjalnie spowalniała jedzenie, łudząc się, że Stach dostosuje się do jej rytmu. Brzęknięcie odkładanej przez nią łyżki było dla matki jak gong sygnalizujący właściwą chwilę.

– Wszystkie talerze puste, więc pozwólcie, że je zabiorę. – Z pomocą córek ułożyła jeden na drugim. – Wyniosę je i zaraz wracam.

Chwilową nieobecność żony Edward wykorzystał na przygotowanie oprawy alkoholowej. Wyjął kieliszki z barku i postawiał przed każdym talerzem, nawet tym dla zbłąkanego wędrowca, a Stachowi zlecił przygotowanie butelki wyborowej. Stach zdjął zakrętkę i trzymając ją w ręku, wpadł na pomysł, żeby po raz setny popisać się dowcipem o łabądku. Traf chciał, że gdy akurat wcielał się w pijanego tatusia, na progu stanęła teściowa z półmiskiem. Rozstrzelała zięcia wzrokiem i przeszedłszy nad unicestwieniem jego osoby do porządku dziennego, postawiła półmisek na środku stołu.

– Oto karpik, gwiazda wieczoru. – Nie kryła satysfakcji z efektu, jaki robiła ryba. Zanurzony w galarecie karp wyglądał bardzo okazale. – Jedzcie, kochani, jedzcie – zachęcała wszystkich, nie wyłączając Stacha. – Tatuś, spróbuj, jak tym razem wyszła rybka.

– Rybka lubi pływać. – Ojciec spojrzał porozumiewawczo na zięcia. Ten bezzwłocznie sprawił, że sugestia stała się ciałem, i rozlał wódkę.

– No to, oby nam się.

Wszyscy podnieśli kieliszki i wychylili je do dna. Przepłukali gardła kompotem z suszu i czekali na zuchwalca, który pierwszy odważy się zranić dorodną rybę. Uroda dania onieśmielała wyrafinowanym pięknem. Krojenie jej znaczyło prawie to samo co kalanie doskonałości.

– Nakładajcie sobie, śmiało. Tylko raz w roku macie takie specjały na stole. Ta rybka to tradycja domu waszego ojca. Wykwintna i doskonała.

Przywołanie dziedzictwa kulinarnego męża skłoniło go do wzięcia odpowiedzialności za właściwe zaserwowanie tego rodowego klejnotu. Odkrawał równe plastry ryby i razem z rozedrganymi grudami galarety rozkładał je na podsuwanych mu talerzach.

– Ha, wywodzi się człowiek z porządnego rodu, to i tradycja na poziomie – rzucił prowokacyjnie.

– Myślałby kto. Poziom. Też mi poziom. – Żona poczuła się w obowiązku zareagować na przechwałki. – W moim rodzie, choć może mniej wyśmienitym, nie jadało się rosołu na baraninie. – Baraninę ubrała w grymas czystej odrazy.

– Ale rybkę od nas wzięłaś. – Bawił się z żoną, znając jej drażliwość na punkcie pochodzenia.

– Wzięłam, wzięłam. Każdemu coś się udaje w życiu, a ja należę do tych, którzy potrafią docenić to, co u innych wartościowe, i wykorzystać, udoskonaliwszy oczywiście. Oto forma hołdu złożonego mojej teściowej.

– Nie przypisuj sobie całych zasług – odezwała się Marta, która do tej pory nie wdawała się w toczące się przy stole pogaduszki. – Chcę przypomnieć – dodała spokojnie – że to ja od paru lat przygotowuję tę rybę.

– Zgadza się, córciu, ale to ja cię tego nauczyłam. – Matka uznała za stosowne bronić swojej pozycji idealnej gospodyni. – Pokazałam, jak zedrzeć skórę, żeby nie było dziur, jak obrać mięso i co zrobić, żeby farsz był pulchny.

Tłumaczenie, a właściwie autopromocja matki rozdrażniła Hankę, uczuloną na wszelkie objawy rodzinnego wyzysku.

– O Jezu! Przestań. Ileż można gadać o żarciu? – Chciała uciąć te kulinarne wywody, co matka skwitowała surowym napomnieniem:

– Gadać się nie chce, robić się nie chce, ale jeść się chce.

– Ano pewno, ale w życiu nie mordowałabym się pół dnia nad jedną rybą po to tylko, żeby zjedli ją w pięć minut, a za godzinę wydalili. W życiu – powtórzyła i patrząc na matkę, zuchwale włożyła do ust kęs karpia.

– Chwała Bogu, że twoja siostra ma inne poglądy. – Matka odwróciła się teatralnie do Marty i powiedziała z emfazą: – Chociaż ty, dziecko, nie pozwolisz umrzeć tradycji w tym domu.

Hanka, przeżuwając rybę, skomentowała z przekąsem:

– A ma inne wyjście?

Wszystkie trzy wiedziały, co kryje się w tym pytaniu. Dla matki odpowiedź była prosta, jedno dziecko było jej pedagogicznym sukcesem, drugie porażką. Tymczasem w córkach toczył się bój sprzecznych odczuć. Marta wierzyła, że pomaganie rodzicom jest jej obowiązkiem, formą odpłaty za wysiłek, jaki włożyli w jej wychowanie. Matka bez przerwy przypominała jej o ciężkiej pracy ojca. „Patrz, córko, mawiała, zaharowuje się biedak, żeby utrzymać dom na jako takim poziomie. A czy widzisz, dopytywała, jak ja się dla was poświęcam?” Oczywiście trudno było nie dostrzec, że ich mieszkanie na tle innych wyróżniało się gustownym urządzeniem i czystością, a kuchnia miała opinię smacznej i zdrowej. Matka dbała też o zewnętrzny wizerunek rodziny. Inspirowana mądrościami ludowymi typu: Jak cię widzą, tak cię piszą albo: Suknia wydaje ludzkie obyczaje, zbadała wszelkie drogi dostępu do wyrobów odzieżowych. Zawsze wiedziała, kiedy rzucą dobre buty z importu, fajne kiecki, modne kożuszki, a potem wystawała w kolejkach po towar i uszczęśliwiała tymi zdobyczami dzieci. Jak nie być wdzięcznym za narażanie życia w walce o rzeczy, dzięki którym zaczepiano ją później na ulicy i pytano, gdzie to kupiła. Choćby za te zazdrosne spojrzenia innych dziewczyn należało się matce uznanie. Tak, ojciec i matka wypruwali sobie żyły, żeby miała to, czego inni nie mieli, więc jak pozostać obojętnym, kiedy oczekują zaangażowania w organizację Bożego Narodzenia. A więc z chwilą kiedy zaczynała się na uczelni przerwa świąteczna, goniła na Dworzec Centralny w Warszawie i wsiadała w nocny pociąg. Po ośmiu godzinach spędzonych w zatłoczonym przedziale wysiadała w Szczecinie, gdzie czekało na nią najpierw dwa dni sprzątania, a potem dwa dni gotowania. Matka przez miesiąc gromadziła produkty, które na dwie doby przed wigilią zaczynały się przeobrażać w potrawy na świąteczny stół. Na pierwszy ogień szedł bigos dymiący słodkim zapachem kapusty, potem pasztet, zgodnie z przepisem babci, z trzech rodzajów mięsiwa. Mieszkanie wypełniało się powoli aromatem grzybów, ziela angielskiego, gotowanych jarzyn i prużonego mięsa. W kuchni było tłoczno i gorąco. Nad maszynami mielącymi tłusty boczek i ubijającymi pianę, nożami szatkującymi jarzyny na sałatkę i suszone prawdziwki na farsz do uszek krążyły snute przez rodziców opowieści. Zawsze te same, mogła je cytować z pamięci, ale była przekonana, że bez nich potrawy miałyby inny smak. Ojciec specjalizował się w rozdrabnianiu produktów. Słyszało się komendy matki: „Edku, pokrój, Edku, posiekaj, Edku, poćwiartuj”. Wykonywał polecenia z precyzją i przyjemnością. Matka brała na siebie przyprawianie, a Marcie przypadała żmudna obróbka składników, czyli płukanie, obieranie, mielenie, mieszanie, no i zdejmowanie skóry z ryby, tak by potem można było ją nadziać farszem z obranego z ości karpiego mięsa. Najpracowitsza była noc poprzedzająca wigilię. Do bulgoczących garnków dołączał piekarnik. Zapachy korzennych wywarów ustępowały przed słodką wonią wanilii ulatniającą się z sernika, arakiem i migdałami, którymi pachniały makowce i chałki. Ostatni wypiek opuszczał piec o piątej nad ranem i wtedy Marta kładła się na dwie godzinki do łóżka, bo już o siódmej trzeba było stanąć w kolejce po pieczywo. Później można było sobie tylko pomarzyć o świeżym chlebie. W drodze do piekarni skurczona z zimna przeklinała święta, złorzeczyła wszelkim tradycjom, zadawała sobie pytanie, na co komu to wszystko, ale wystarczyło, że weszła do sklepu i zaciągnęła się zapachem świeżego chleba, a wątpliwości znikały. Przytulona do ciepłych bochenków wracała do domu już pogodzona z sobą i przez resztę dnia, aż do kolacji, pracowała bez wewnętrznego buntu. Jej zmęczona twarz, która nad białym obrusem wydawała się prawie szara, w Hance budziła żywe emocje. Nie była w stanie oprzeć się współczuciu dla siostry wyglądającej jak własny cień, a z drugiej strony ogarniała ją trudna do opanowania złość. Najchętniej wyzwałaby Martę od bezmózgich kretynek i wtłukłaby jej ile wlezie. Nie dlatego, żeby ją skrzywdzić. Ból miałby być raczej terapią pobudzającą do rewolty. Miałby zmusić to cielę do powiedzenia „nie” przeciwko terrorowi archaicznych obyczajów. Świadomość, że protest nigdy nie nastąpi, otwierała w Hance prawdziwy strumień pretensji. Bo przecież Marta to rodzinna specjalistka od uległości. Już od małego była z niej niezła artystka i wredny lizus. Była jednym z tych strasznych bachorów, co to bez szemrania robią wszystko, o co się je prosi. „Martuniu, powiedz wierszyk. Ach, jak pięknie recytujesz. Jakaś ty zdolna. Jakaś ty mądra. Jakaś ty grzeczna”. Cholerna kopia Shirley Temple. Kochały się w niej wszystkie stare ciotki. A matka nabrała zwyczaju wygłaszania uwag: „Martusia w przeciwieństwie do Hanki to ma głowę do nauki. Martusia jest pracowita, nie tak jak Hanka. Do Martusi to można mieć zaufanie, czego o Hance powiedzieć nie można”. Całe lata słuchała o tym, jaka Martusia jest doskonała. Rzygać się chciało na ten chodzący ideał. Co gorsza, nie chciała wyrosnąć z tej swojej idealności. Postanowiła chyba samą siebie złożyć na jej ołtarzu. Mimo że wszyscy patrzyli w Martusię jak w obraz, Hanka szukała w niej jakichś pęknięć, węszyła jakiś podstęp, nieszczerość jakąś, nijak nie mogła się z nią pogodzić. Mogła wybaczyć siostrze zatrute dzieciństwo i kompleks niższości, który matka chciała wpompować w jej duszę, ale nie była w stanie pojąć, dlaczego ona jest taka porządna, uporządkowana i podporządkowana. Przecież to nienormalne. Doszła w końcu do wniosku, że wbrew opinii o sile jej charakteru tak naprawdę Marta jest bardzo słaba, przez co dała się ubezwłasnowolnić. Hanka spojrzała na matkę i jak bumerang wrócił obraz jej ust niczym mantrę wymawiających ulubione porzekadło: Pokorne cielę dwie matki ssie. W tym wspomnieniu Hanka wyczytała odpowiedź na swoje pytanie. Myśl o tym, że tak naprawdę jej siostra jest ofiarą stosowanych przez matkę manipulacji, sprawiła, że znowu litość wzięła w niej górę nad złością i potok cisnących się na usta uszczypliwości zakorkowała kawałkiem ryby.

Ciche przeżuwanie, pod którym ukryły się wszystkie niewypowiedziane myśli, przerwał nagle Stach. Zadzwonił sztućcami o talerzyk i rzucił bezceremonialnie:

– To może po jednym. – Nie czekając na odpowiedź, rozlał wódkę do kieliszków i nieproszony wzniósł gromki toast: – Za zdrowie.

– Za zdrowie – odpowiedział mu teść, który uodpornił się przez lata na babskie miny, a ich fochy nauczył się znieczulać dobrym jedzeniem. – Daj, Stasiu, jeszcze kawałek rybki teściowi.

Zięć natychmiast wykonał polecenie i nałożył mu kolejny plaster karpia.

Ojciec wbił wzrok w swój talerz.

– Lubię święta – powiedział po namyśle i przeniósł oczy na otaczające go twarze. – Rodzinka i dużo dobrego na stole. – Głos uwiązł mu z gardle ze wzruszenia, ale po chwili dodał rozrzewniony: – Wasza matka zawsze potrafiła stworzyć prawdziwie świąteczną atmosferę.

Hanka, którą rozstroił nie całkiem rozwiązany dylemat uległości siostry, miała potrzebę rozładowania napięcia i właśnie nadarzyła się okazja. Wbiła wzrok w rozanieloną twarz ojca i postukując kieliszkiem o blat stołu, zaczęła powoli:

– Aha, też bym lubiła święta na twoim miejscu. To matka stoi tygodniami w kolejkach, a potem dwie doby nie śpi, żeby było tak, jak lubisz. Urwała, żeby mógł wybrzmieć należycie zarzut o panującym w rodzinie wyzysku. Oczekiwała solidarności kobiecej, a tymczasem matka tylko ją ofuknęła:

– No, no, nie gadaj. Nikt mi nie każe. Sama chcę. Jakbyś przeżyła wojnę, a później Stalina, inaczej byś mówiła. Bywały takie święta, że człowiek chrzcił łzami jedną skórkę od chleba. – Podniecona wizją powrotu minionych dramatów wychyliła wódkę.

Hankę dopadła rezygnacja.

– Co rok to słyszę. Daruj sobie – powiedziała i ostentacyjnie odsunęła kieliszek.

Ojciec pospieszył żonie ze wsparciem.

– Matka ma rację. Ja w drugim roku wojny u Ruska w kołchozie wiesz, co jadłem? – sięgnął do zasobów sprawdzonego oręża.

– Wiem, soloną śledzionę. – Hanka westchnęła ciężko. Udając brak zainteresowania, próbowała osłabić efekciarskie chwyty rodziców, którzy specjalizowali się w cytowaniu okropności wojennych, żeby dowieść swojej przewagi nad młodszym pokoleniem.

– A ja w okopach jednego kartofla w mundurku dostałam. Tylko jednego – przypomniała matka, żeby podnieść poziom dramatyzmu.

Ta przemyślna ekshumacja przeszłości sprawiła, że Hance puściły hamulce:

– Od tego czasu minęło trzydzieści lat, a wy ciągle zachowujecie się, jakbyście chcieli odjeść w jeden dzień epokę, która była, i najeść się na następną, która przyjdzie.

– A masz gwarancję, że dożyjesz następnych świąt? Może to moje ostatnie – odparła matka z rozbrajającą szczerością.

Takie na poły filozoficzne zagadnienia zawsze pasowały do alkoholu. Stach chwycił więc butelkę i sprawnie napełnił puste kieliszki.

– No to po jednym – zachęcił poważnie. Wódkę przełknął powoli, niczym oczyszczający eliksir, gdyż sprawy życia i przeznaczenia zwykł traktować z respektem.

– Coś się tak rozchlał? – Hanka spojrzała na męża z niesmakiem. – Pogadaj jak kulturalny człowiek. Wlewasz w siebie jednego za drugim jak jakiś prymityw.

– Hanko! – Matka skarciła córkę, przeciwna toczeniu kłótni małżeńskich przy wigilijnym stole, a tak naprawdę dając do zrozumienia, że nie byłoby tych kłótni, gdyby wybrała sobie kogoś mniej beznadziejnego.

– Czego się czepiasz chłopaka – dorzucił ojciec, próbując bronić zięcia jak brata w potrzebie.

– Wiem, co mówię. Nażłopie się wódy i zaraz zacznie gadać głupoty. – Hanka obstawała przy swoim, coraz bardziej podnosząc głos. – Po trzeźwemu słowa nie kupisz, a jak się nachleje, to wymowny niczym adwokat z amerykańskich filmów.

– Chryste... – nagle wbiła się między jej słowa Marta – przestań już nadawać.

Popatrzyła na starszą siostrę lodowato. Pochyliła się do przodu, jakby miała zamiar rzucić się jej do gardła i udusić ją gołymi rękami.

– Przestań nadawać – powtórzyła, cedząc przez zęby.

Chwała na wysokości, chwała na wysokości, a pokój na ziemi – śpiewała skocznie Irena Santor, uśmiechając się z telewizora.

Hanka, uwieszona spojrzenia Marty, wyprostowała się powoli. Sięgnęła po paczkę carmenów wciśniętą między talerzyk i kieliszek, a następnie wyjęła z niej jednego papierosa. Celebrowała każdy ruch, jakby naciągała cięciwę łuku, z którego miała zaraz wypuścić strzałę. Zapaliła, zaciągnęła się głęboko i zamiast strzały wypuściła kłąb dymu, a za nim wymierzone precyzyjnie słowa.

– Ja nie nadaję, zwracam uwagę mojemu mężowi. A ty najpierw wyjdź za mąż, rozwiedź się i znowu wyjdź za mąż, tak jak ja, to będziesz miała prawo wtrącać swoje trzy grosze. – Wychyliła się w kierunku Marty i dźgając powietrze papierosem, skończyła dosadnie: – Ja wiem lepiej, jakie są chłopy, bo moja wiedza, droga siostro, nie z ksiąg wzięta, ale z życia.

– Na pamięć znam te twoje teorie – parsknęła Marta ironicznie.

– No tak, w twoim przypadku będzie inaczej. Miłość, zrozumienie, zgoda, istna sielanka. Poczekamy, zobaczymy, na jak długo starczą ci filozoficzne subtelności, gdy przyjdą gary, sprzątanie, zakupy, bachory i nędzna pensyjka pana męża. – Hanka opadła na oparcie kanapy i wsadziła papierosa w wydęte złością usta. Wlepiła wzrok w obrus, żeby nie patrzeć na minę siostry.

A na stole panował już biesiadny nieład. Zjedzony do połowy karp wyglądał jak fragment abstrakcyjnego obrazu. Talerze poplamione jedzeniem i ubrane okruszkami pieczywa porozłaziły się jakoś i nie chciały tkwić w wyznaczonych im wcześniej miejscach. Niektóre sztućce pozmieniały strony i tam, gdzie powinny być widelce, teraz były noże, a inne beztrosko leżały parami obok siebie. Szkło poznaczone stemplami palców straciło idealną przezroczystość. Zrobiło się mniej porządnie, ale za to bardziej swojsko. Biesiadnicy też stracili początkową ułożoność. Przybrali wygodniejsze pozycje, żeby pomóc wypchanym żołądkom. Cały dzień czekali na wieczerzę, więc wyposzczeni jedli ją zbyt szybko, zbyt łapczywie. Trzeba im było trochę czasu na trawienie przed następną turą nieumiarkowania. Za przykładem Hanki wszyscy jak jeden mąż chwycili za papierosy. Po chwili pokój wypełnił się siwym dymem. Panie paliły carmeny, panowie caro. Ojciec, zadowolony ze stanu nasycenia jedzeniem i nieco podochocony wypitym alkoholem, postanowił przywrócić towarzystwu Hankę. Nie mógł pozwolić, żeby dziecko izolowało się w wigilię.

– Hanuś, a czemuż tak się czepiasz Stacha o to sprzątanie, gotowanie i zakupy? – drażnił ją, licząc, że opuści swoje nadąsanie. – A cóż ty sobie wyobrażasz, żeby chłop tyrał i jeszcze chałupę sprzątał, kiedy ty nic nie robisz, tylko w domu siedzisz?

– Proszę bardzo! – usłyszał nagle żonę po swojej prawicy. – Oto twoje poglądy. Kobieta nie pracuje zawodowo, znaczy nic nie robi. Uważasz, że ja nic nie robiłam przez lata naszego małżeństwa? – Głos Niuty potężniał z każdym zdaniem: – Dom, wychowywanie dzieci to twoim zdaniem nic? Tak? Po nocach nie spałam, dogadzałam, gotowałam, sprzątałam, szyłam, żeby dzieci wyglądały jak ludzie. A ty mi tu, że nic nie robiłam?

– Inne też dbały o dom i pracowały zawodowo – odciął się, nie pojmując żoninej furii.

– Jak twoja bratowa, tak? Tylko że u niej o brudy się człowiek potykał, a na fotelu bał się usiąść w czystej sukience. Poza tym miała teściową do pomocy.

– A kto ci kazał lizać te podłogi i latać ze szmatą od świtu do nocy. Muzeum zrobiłaś z chałupy. Czy wiecie, co ona wyczyniała? – zwrócił się ojciec do Stacha, licząc na męskie wsparcie. – Był u nas okrągły stół, na starym mieszkaniu oczywiście, taki na wysoki połysk, z czterema krzesłami. Zanim poszła spać, ustawiała te krzesła w równej odległości od blatu. No wiecie, żeby każde było idealnie równo odsunięte. Ja, ile razy wstawałem w nocy do ubikacji, waliłem się w stopę o jedno z tych cholernych krzeseł, bo akurat stało mi na drodze. Człowiek rozespany nie kojarzy. Doprowadzony w końcu do ostateczności mówię jej: „Czego wysuwasz te krzesła? Przynajmniej to jedno zostaw w spokoju”. A ona: „Symetria musi być zachowana”. „Po co ci symetria w nocy, przecież nikt jej nie widzi”. „Ja widzę” – ona na to.

– Moja taka sama. – Stach przytaknął ze zrozumieniem i natychmiast odebrał bolesnego kuksańca od Hanki, która krótkim „zamknij się” wyeliminowała go z rozmowy.

Niuta odchyliła się w bok, dalej od męża. Robiła wrażenie głęboko urażonej.

– Ty to masz fantazję – powiedziała ostro.

– Niech mnie szlag jasny trafi w tej chwili, jeśli to nie jest prawda. – Ojciec walnął pięścią w udo.

– Żebym ci nie przypomniała, co twoi znajomi twierdzili, wchodząc do tego, twoim zdaniem, muzeum – zaczęła powoli z wymuszonym spokojem. – Przypomnij sobie, no przypomnij.

Słowa stopniowo nabierały teatralnego patosu: „Jak tu czyściutko – mówili – jak przyjemnie, zawsze tak schludnie i pachnie dobrym jedzonkiem”. Wszyscy koledzy mnie tobie zazdrościli. Nie pamiętasz już, jak upiekłam makowiec na twoje imieniny? Pokroiłam go i postawiłam na stole. Każdy opluł swój kawałek, żeby mu inni nie zjedli, i cały makowiec zniknął w pięć minut.

Rozmowa rodziców osiągnęła niebezpiecznie wysoką temperaturę. Marta przeczuwała, do czego może doprowadzić wzajemne wypominanie sobie win. Chciała zatrzymać wzbierającą falę pretensji, zanim zatruje cały wigilijny stół.

– Macie zamiar kłócić się i wypominać sobie jakieś duperele sprzed lat, akurat dzisiaj?

– To nie są żadne dupe... drobiazgi. Ojciec zawsze wypominał mi, że nie pracowałam. Mogłam pracować, ale kosztem domu, was.

Ojciec, widząc jej rozżalenie, próbował niezdarnie załagodzić spór.

– Ja ci nie wypominam, tylko mogłaś darować sobie te krzesła.

Spotulniał. Matka od razu wyczuła, że przeciwnik zmiękł, ale nie zamierzała dać się szybko ugłaskać. Przez lata testowała słabości męża i wiedziała, jak wykorzystać swoją przewagę, żeby go pokonać. Zaciągnęła się carmenem i wyrecytowała z boleściwą miną:

– Człowiek starał się jak mógł i nigdy słowa podzięki. Żadnej wdzięczności. Nic. – Zaszkliły się jej oczy. Zamknęła powieki i wycisnęła dwie łzy.

Stach odruchowo chwycił butelkę wyborowej i nalał teściowej do kieliszka. Zmuszona trwać w pozie matki cierpiącej, przynajmniej jeszcze przez chwilę, nie była w stanie dać mu do zrozumienia, co o nim myśli. Nie udał się jej ten zięć. Nawet nie potrafiła wyrazić, co konkretnie miał w sobie takiego, co napawało ją niechęcią. Po prostu matczyna intuicja podpowiadała jej, że to wybrakowany egzemplarz, niewart jej córki, a świadomość niedoboru szczęścia w życiu dzieci automatycznie przekładała się na jej nastrój. Odczuwała wtedy nagły skurcz serca i potrzebę pożalenia się samej sobie.

Nie miała szczęścia w życiu. Oj, nie miała. Jak nie gówno, to wiecheć przypływał pod jej próg. Dzieciństwo zasrane, młodość zmarnowana, pierwsze małżeństwo istny horror, a drugie, jak widać. Edzio niby dobry, ale zawsze musiał wyciąć jakiś numer. Szczególnie upodobał sobie popisy w domu brata. Rozumiała, dlaczego Edzio starał się być tam taki zabawny. Ustępował bratu urodą, więc nadrabiał dowcipem, ale dlaczego jej kosztem. Raz o mało serce jej nie pękło, kiedy odstawił cyrk z rękawami. Nie jej wina, że za Gomułki produkowali wszystkie koszule z rękawami jednakowej długości. Wszyscy je skracali, robiąc nad łokciami zaszewki. Ona także. Zdarzyło się, że nie zdążyła przed jakimiś imieninami czy urodzinami podszyć tych nieszczęsnych rękawów. Wiadomo, praca, dom, dwoje dzieci, pośpiech, więc dała mu gumki, które miały podtrzymać materiał. W marynarce i tak nie widać. Towarzystwo bawiło się w najlepsze, dyskutowało, jadło, piło, a ten głupek golnął sobie jednego za dużo i dawaj ciągnąć za mankiety. Demonstrację odstawił, jak to przez niedbałą żonę moczy rękawy w sałatce jarzynowej ze śledzikiem. I to przed kim. Przed tą bratową, wiejską prostaczką, która ani mądra, ani gospodarna, ani nic. Nawet dzieci wychować nie umiała. Tak rozwydrzonych bachorów świat nie widział. Sam się później przekonał, co ona warta, jak mu brata łajdactwem o mały włos do grobu nie wpędziła. Ilekroć przypominała sobie te jego wyskoki, nie musiała udawać łez. Zawsze, zawsze potrafił zniweczyć jej starania, więc teraz czuła prawdziwą satysfakcję, kiedy się przed nią płaszczył.

– Nie przesadzaj, Niutuś. Zawsze doceniałem twoje wysiłki. Chodziło mi tylko o te krzesła. Ja przecież cieszyłem się nawet, że nie chodzisz do pracy. Zarabiałem tyle, że stać mnie było na utrzymanie rodziny. Martka nie musiała chodzić do żłobka ani przedszkola. Hanusia nie latała z kluczem na szyi. Zawsze obiadek na czas.

Deklaracje ojca, które miały skruszyć żonę, natchnęły Hankę.

– Posłuchaj tylko. – Szturchnęła Stacha. – Czy dotarło do ciebie, co powiedział ojciec? Taki powinien być stosunek męża do żony. Cieszył się, że matka siedzi w domu, chowa dzieci, gotuje obiady. A ty? – Zrobiła pauzę, ale na tyle krótką, żeby nie zdążył zareagować, i wpatrzona w czubek choinki przemówiła: – Ja wam powiem, jak mój mąż wyobraża sobie dobrą żonę. Zrywa się o szóstej rano, bachory w ciuchy i do żłoba albo innej przechowalni, potem z wywieszonym jęzorem do roboty, najlepiej dobrze płatnej. Po szychcie zakupy. Z pełnymi siatami do żłoba po przychówek i objuczona jak wół leci do domu robić obiad. Mężuś przychodzi i konsumuje. Jak kałduny pełne, żona do zmywania, a mężuś odpoczywa, bo się napracował. Po zmywaniu żona do sprzątania, bo chałupa brudna, a mężuś czyta „Przegląd Sportowy”. Po sprzątaniu przepierka, prasowanie i bachory do wyra, a mężuś ogląda „Dziennik”. Musi przecież wiedzieć, czy nie wybuchła jakaś wojna w Zimbabwe. O dziesiątej żona pada, a mężuś ma pretensje, że nie jest słodka, powabna i wyrozumiała. Dobrze, jak dupy nie chce.

– Hanko! – oburzyła się matka.

– Przecież ty nie pracujesz – zdziwił się naiwnie Stach.

– Ha, bo sobie na to nie pozwoliłam. Nie dałam zrobić z siebie woła roboczego, jak inne. Twoje niedoczekanie. „Ja nie kawka” – jak mawia ciotka Mania. Mój były rozumu mnie nauczył.

– To przynajmniej mogłabyś być słodka, powabna i wyrozumiała – pozwolił sobie na uszczypliwość.

– Kochany, na to trzeba sobie zasłużyć. Za te trzy tysiące chcesz luksusów?

Rozmowa przybrała obrót, jakiego matka, oczekująca od córek rozsądku, nie zamierzała tolerować. Uznała, że Hanka przekroczyła granicę, za którą rozpada się gra pozorów i zostaje tylko naga prawda, zabójczyni wszystkich związków, i zdecydowała się na interwencję.

– Haneczko, tak nie można. Małżeństwo to partnerstwo. Jedno drugiemu powinno pomagać. Mąż i żona muszą wspierać się nawzajem.

– Już jednego wspierałam – ucięła Hanka.

– Wiesz, ja pamiętam, że Andrzej nie był zły. Mądra kobieta...

– Co mi tu mama z mądrością wyjeżdża – przerwała zirytowana Hanka. – Setki razy to słyszałam. Gdybyś była mądrzejsza. Jaka mądrzejsza?

– Hanka ma rację – wtrącił się ojciec. – Kawał drania. Tak dzieciaka zostawić.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nasze kochane święta 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia