Święci pierwszego kontaktu

Święci pierwszego kontaktu

Autorzy: Szymon Hołownia

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 17.39 zł

Jego mieszkańcy są blisko ciebie. Nigdy nie tracą zasięgu. Autor bestsellerowych Świętych codziennego użytku po raz kolejny udowadnia, że przyjaźń ze świętymi jest najlepszą towarzyską inwestycją. Są do twojej dyspozycji, stale gotowi do pomocy –całodobowo i bez zbędnych formalności.

Kłopoty w miłości? Ksenia z Petersburga chętnie nauczy kochać „aż za grób”, a Kinga pokaże, jak dogadywać się z życiowym partnerem nawet w najtrudniejszych sprawach. Wpadasz w kłopoty przez brak cierpliwości i niewyparzony język? Zasięgnij porady Agatona Egipskiego, który przez trzy lata trzymał kamyk w ustach, by się wyćwiczyć w milczeniu. A może twój portfel świeci pustkami? Zwróć się do Alojzego Kosiby, znanego z serdeczności franciszkańskiego mistrza fundraisingu.

Dzięki tej książce poznasz kilkadziesiąt nowych profili niebian. Niektórzy od dawna mają stałe łącze z ziemią. Innym kościelna centrala dopiero aktywuje konta. Ci najpopularniejsi odkrywają swoje nieznane dotąd oblicza. Zaproś ich do znajomych –i bądź z nimi w kontakcie!

KURS INTENSYWNEJ HAGIOTERAPII – ZAPROSZENIE

Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto mając do wyboru: przeczytać podręcznik do dogmatyki albo zbiór życiorysów świętych, zdecydował się na opcję numer jeden. Różnicy w pożywności – zaryzykuję twierdzenie – nie ma żadnej. I wschodni, i zachodni teologowie piszą wszak bowiem od lat, że życie świętego człowieka to „dogmatyka doświadczalna”, polowe ćwiczenia z teo­logii.

Wszyscy mądrzy: papieże, biskupi na synodach, duchowi kierownicy, mówią, że to nie książki zbawią świat. Gdyby miały go uratować – już by to zrobiły. Żyjemy wszak w dobie, w której znacznie więcej osób pisze książki, niż je czyta. Teraz trzeba nam dokładnie tego, czego potrzebowali chrześcijanie w każdym z pierwszych dwudziestu wieków chrześcijaństwa: ludzi, którzy pokazaliby nam, że to wszystko nie jest żadnym ideologicznym pitu, pitu ani zbiorem historycznych przygód. Że to naprawdę działa.

Nie znam człowieka, który nawrócił się po lekturze ­książki. Znam paru takich, którzy zmienili swoje życie (zaczynając od priorytetów, przez postawy do decyzji) – czasem stopniowo, czasem za jednym zamachem – po spotkaniu z człowiekiem. Z Chrystu­sem albo jednym z Jego ziomków. Jeszcze chodzącym po tym świecie albo już nie chodzącym, ale jednak wciąż działającym, żyjącym.

Dlatego taką frajdą jest dla mnie pisanie życiorysów świętych. Mam szczerą nadzieję, że mogąc przejść z nimi potrzebny do opracowania ich historii kawałek drogi – może i ja się zainspiruję, podkradnę jakiś pomysł, a może – co dałby w końcu Pan Bóg – się nawrócę? To już drugi tom moich hagiograficznych zmagań. Pierwszy znalazł kilkadziesiąt tysięcy odbiorców i to naprawdę wielkie szczęście słyszeć teraz przy okazjach różnych spotkań czy rekolekcji, że nawiązana dzięki tamtej książce przyjaźń ze świętym Spirydonem czy Sergiuszem albo Marią Magdaleną sprawdza się, rozwija, działa. W tomie drugim biografii jest ciut mniej, spróbowałem jednak wejść w nie trochę głębiej, nie ograniczać się do krótkiej prezentacji, pozwolić bohaterowi zostać z nami chwilę dłużej, dać się bliżej poznać, więcej o sobie nam poopowiadać.

Wybór postaci jest znów bardzo, bardzo subiektywny. Nazwiska niektórych świętych wynotowywałem podczas różnych lektur, inne „trafiały” do mnie podczas jakiejś podróży, w odwiedzanym kościele, lotniskowej kaplicy, w rozmowie albo z zostawionego przez kogoś w pociągu obrazka. Są tu więc pobożne damy sprzed piętnastu wieków, są polskie królowe, lekarze, zakonnicy bibliofile, rosyjskie księżne, francuskie aktorki, są korespondentki wojenne i kucharki, jest założyciel Kalifornii, szalony wynalazca i matematyczny geniusz oraz ksiądz, który przez dwadzieścia lat tępiony był na wszystkie sposoby przez Święte Oficjum. Są męczennicy z Zachodu i ze Wschodu. Wschodu, tradycyjnie, jak to u mnie, jest znowu sporo. Nic nie poradzę, przepraszam. I Zachód, i Wschód noszę w sobie w sposób niemożliwy do zatarcia. I naprawdę jestem pewien, że w oczach Pana Boga świętość katolicka i prawosławna (a nawet protestancka) wygląda dokładnie tak samo, w niebie nie ma zagród z takim lub z innym krzyżem.

Kilka przypadków to ludzie jeszcze bez oficjalnej aureoli. W trakcie kościelnych procesów albo jeszcze przed nimi. Uznałem, że nie ma na co czekać, warto pokazać ich los, bo przecież oficjalna deklaracja kanonizacyjna papieża nie przeprowadza nikogo do ­nieba, ona po prostu stwierdza uzyskanie pewności, iż dana jednostka tam jest.

W Świętych codziennego użytku proponowałem, by wybierać sobie jednego patrona na każdy tydzień roku. Tym razem proponuję hagioterapię bardziej intensywną: zapoznanie się z jednym świętym dziennie na przestrzeni miesiąca. Można to robić po kolei, można iść „tematycznie” zgodnie z rozpoznawanym u siebie w danym momencie problemem – wtedy należy kierować się sugestiami zawartymi na samym początku każdego rozdziału.

Jako pierwszą proponuję odwiedzić izbę przyjęć i dyżurującą na niej dziewczynę, która trafiła w to miejsce, bo przeszła w życiu dokładnie wszystko: nie ma takiego bólu i dolegliwości, których by jej oszczędzono. Może dlatego działa teraz z nieba tak szybko, sprawnie, radykalnie i bezbłędnie (przekonałem się na własnej skórze), kierując do dalszego leczenia.

Na zakończenie początku warto wytłumaczyć się z rzeczy podstawowej: dlaczego kolejne „żywoty świętych”, skoro półki wszystkich księgarń świata zaraz zawalą się pod ich ciężarem? Myślę, że wszyscy, którzy je piszemy, robimy to dlatego, że każdy z nas tych samych świętych inaczej spotyka. To jak z biografią każdego człowieka: można ją napisać z tysiąca punktów widzenia tysiąca osób, którzy opisywanego znali. Dla mnie święci to nie „cudomaty”, to nie podręcznik, który należy skserować. To znajomi, autorytety, niektórzy z nich – to już sprawdzeni przyjaciele. Głęboko wierzę, że towarzyszą mi teraz na sposoby sobie tylko znane, a kiedyś, w tym najważniejszym momencie, wyjdą po mnie, żebym nawet w chwili najbardziej odzierającej z relacji nie był sam.

W ubiegłym roku, pokładając się przez czas jakiś w szpitalu, miałem zresztą w tej sprawie pewną bardzo zaskakującą mnie samego wizję. Napisałem o niej na gorąco tekst do polskiej edycji portalu Aleteia. Pozwolę sobie zamieścić go i tu, niech moja nadzieja na spełnienie się relacji z bohaterami tej książki pozostanie na wieki również w jakiejś analogowej bibliotece. Do której za dwieście lat ktoś może zajrzy, przeczyta i pomyśli: „No, już po wszystkim. Ciekawe, czy mu się spełniło?”.

KTO WYJDZIE PO CIEBIE?

Zawsze bardzo lubiłem wczytywać się w literackie wizje tego, co dziać się będzie z nami tuż po śmierci. Jasne – trzeba brać je wszystkie z przymrużeniem oka. Podobnie zresztą jak liczne pozycje pełne relacji tych, którym dane było ponoć przekroczyć most graniczny na rzece śmierci i wrócić. Tyle że jeśli ktoś mówi: „wróciłem”, zeznaje tak naprawdę, że owego mostu nie przeszedł. Najwyraźniej jednak nie umarł. Gdyby umarł – na pewno by go tu z nami nie było, a jest. I pisze, udziela wywiadów, bryluje.

Tematyce śmierci klinicznej, „życia po życiu” i innych takich poświęciłem zresztą kiedyś książkę (Tabletki z krzyżykiem). Cytowałem w niej jedną z najciekawszych (i najlżejszych) lektur, na jakie przy okazji obczytywania się w zagadnieniu trafiłem, Pierwszy dzień po śmierci João das Nevesa. Z jednym pożyczonym z niej obrazem chodzę po dziś dzień. Das Neves pisze, że po zejściu z tego świata ludzie trafiają na peron, na którym czekają na nich dwa pociągi. Na jednym napisane jest: „Niebo”, a na drugim… „Niebo”. Tyle tylko że jeden z nich jedzie do nieba będącego wyłącznie wyobrażeniem tych, którzy myślą o nim jako o wielkim relaksie, spa, spotkaniu ze znajomymi, pociąg drugi wiezie zaś do niespodzianki, którą przygotował swoim dzieciom Stwórca. Że to dużo fajniejsza opcja – połapią się tylko ci, którzy już jakoś Go znają, rozumieją, że życie wiąże się z kreatywną miłością, nie słodkim bimbaniem.

Kiedy ostatnio leżałem w szpitalu i miałem dużo czasu, zanim mój stan został uregulowany na tyle, bym mógł siegnąć po książki czy komputer, temat wrócił i znów zacząłem snuć eschatologiczne fantazje. Wiem, że dla profesjonalnych teologów to, co teraz napiszę, może zabrzmieć idiotycznie, ale i ja, i oni jesteśmy dokładnie w tej samej sytuacji: wierzymy w imponderabilia (zbawienie, niebo, czyściec, sąd) – techniki i logistyki samego procesu nie jesteśmy jednak przecież w stanie za Chiny przewidzieć.

Nie mogłem się więc jakoś teraz uwolnić od myśli, że moje (nie wiem, może czyjeś jeszcze też) odchodzenie z tego świata będzie miało w sobie coś ze zjawiska augmented reality, czyli rzeczywistości poszerzonej. Z którą (choćby biernie) miał do czynienia każdy, kto widział reportaże o ludziach wyłapujących rozłażące się po świecie dziwne stworki w grze Pokémon Go! Przez kamerę telefonu widzisz normalny świat: drzewa, chodniki, autobusy, a wśród tego wszystkiego nagle pojawia się coś wygenerowanego przez komputer, jakiś Bulbasar albo Charmander. Zorientuję się, że umieram, gdy w najnormalniejszym świecie ze zdumieniem zauważę, że „plącze” się po nim ktoś nie wirtualny, ale jednak z zupełnie innego wymiaru. Nie nastąpi żaden łomot, nie zagrają mi we łbie trąby, a na powiekach nie wyświetli się napis z sejmowej mównicy: „CZAS MINĄŁ”. Nic z tych rzeczy! Oto zwykły pogodny dzień na warszawskim Ursynowie albo normalna droga do pracy na Trasie Siekierkowskiej, lunch w Śródmieściu. I nagle, wśród przechodniów, może między blokami – ktoś, kto wygląda toczka w toczkę jak jeden z moich patronów. Święty Sergiusz z Radoneża? Tutaj?! Idzie w moją stronę! Po paru chwilach – następny! Święty Spirydon? I jeszcze święta Ksenia? Święta Teresa?! To tak wygląda mój Anioł Stróż?! Wszystko dzieje się, jakby była to rzecz najbardziej naturalna z oczywistych. Na lekcjach chemii w podstawówce robiliśmy sztuczki, wpuszczając kroplę jakiejś substancji (nie mam pojęcia jakiej) do szklanki z zieloną wodą i jak zaczarowani (wtedy nie było jeszcze smartfonów i innych rozrywek, a gumy do żucia żuło się tygodniami) patrzyliśmy, jak z chwili na chwilę wszystko staje się idealnie przezroczyste. Od jednej kropli, bez hałasu, celebracji, eventów.

W tej mojej wizji umierania nie ma więc żadnych szarpnięć akcji, widoków jak na bajkonurskim kosmodromie. Po prostu rzesza niebian gęstnieje i z czasem tamtych robi się więcej niż tych. Przechodzę do innego świata, w zasadzie nigdzie nie przechodząc. Zmieniają się stężenia. Dzięki tym, którzy po mnie wyszli, nagle się orientuję, że nadal idę, ale już na zupełnie innym tle. Że jestem gdzie indziej, bo to oni (i pewnie Chrystus, którego teraz nie widzę, to jeszcze bowiem nie jest moment mojej śmierci) stali się dla mnie bramą. Brama śmierci to nie budynek: łuk triumfalny, dziura w ścianie, rogatka, to moje zwykłe otoczenie wypełnione ludźmi, krzyczącymi do mnie: „Stary, tu jest życie!”.

To pewnie nie żadna mistyka. To pewnie leki. Ale chodzi też za mną inny, malutki obraz. Głupie pytanie przyszło mi do głowy: a gdy już będę tam – jak będę się dowiadywał, co z tymi, którzy zostali tu? Czy będę się o nich martwił? Czekał na nich? Jakoś im kibicował? I znowu – jakiś anioł (albo pani Marzena pielęgniarka, która toczy w moje żyły gęste przeciwbólowe mieszaniny) zabiera mnie na dziwną ni to łąkę, ni to chodnik jakiegoś miasta. Idę, chyba z kimś rozmawiam, w każdym razie mam wrażenie, że jestem tak na maksa zajęty istnieniem, iż wciąż nie mogę się nadziwić, że tak można. Nie jestem smutny, nie ciągnę za sobą emocji, nigdzie nie wybiegam. Jestem tu i teraz. Naraz słyszę z tyłu znajomy tupot małych łap. Odwracam się – tak, to biegnie do mnie mój kochany pies! Oczywiście natychmiast padam na kolana, zaczynam się z nim bawić, głaskać, a on jest oczywiście jednym wielkim (no, nie tak wielkim) machającym ogonem szczęściem! Idziemy dalej razem, kontynuujemy nasze zwykłe spacerowe dokazywanki.

Tym razem ktoś dotyka mojego ramienia. Znajomy! Za jakiś czas w tle spraw, które mnie tam zajmują, pojawia się inna znana twarz: koleżanka! Tak właśnie, będąc już po tamtej stronie, dowiaduję się o śmierci bliskich (bo że i nasze ukochane zwierzaki będą z nami również tam – nie mam w swojej wierze żadnych wątpliwości). Nie wyczekuję, nie dociekam okoliczności. O tym, że kogoś nie ma już tam, dowiaduję się, odkrywając (zawsze z radością), że teraz jest tu. Znów jesteśmy razem.

Ile warte są te moje wizyjki? Kiedyś na pewno się dowiem. Na dziś są jakby w sam raz. Przypominają mi, że śmierć – jak pisał Fernando Pessoa – jest zakrętem na drodze. I że za tym zakrętem też są ludzie, jest miłość, jest życie. Wiem, że gdy teraz ktoś odchodzi stąd – płaczę i tęsknię. Lecz gdy ktoś będzie tam przychodził – tym razem to ja (nie pies) będę jedną wielką eksplozją radości, przebierającą nogami z ekscytacji, że zaraz będę mógł podzielić się z nim tym, jak nieprawdopodobnie się tu oddycha!

I życie, i śmierć, i to, co po śmierci, jest o tym samym: o relacjach. O Bogu, ludziach, stworzeniach. Ktoś kiedyś po nas wyjdzie – tak chyba można by streścić całą tę nadzieję, którą od dwóch tysięcy lat ośmielamy się mieć.

Czy masz jakiś pomysł, kto wyjdzie po ciebie?

O RÓŻNICACH MIĘDZY PANEM BOGIEM A LOTTO, CZYLI: JAK MODLIĆ SIĘ O CUDA I CZY W OGÓLE WARTO?

Nauczyłem się już, że jest jedna kategoria ludzi, którym zawsze, gdy tego potrzebują, zdarzają się cuda: inni.

Dlatego wszystkie zamieszczane w religijnych pismach, książkach czy na portalach tak zwane świadectwa o tym, że ktoś został niewytłumaczalnie uzdrowiony, że męcząc się z długami, nagle otrzymał wielki spadek, że nie miał zielonego pojęcia, skąd wziąć pieniądze na zbożny projekt, i oto po jakimś spotkaniu podszedł do niego człowiek, oferując czterysta tysięcy – na mnie nie działają motywująco. Przeciwnie: złoszczą mnie. Ba – popychają w objęcia niewiary.

Nie sądzę bowiem, bym potrzebował tych wszystkich rzeczy w stopniu mniejszym, niż oni ich potrzebują. A jednak z jakichś powodów mnie na liście obdarowanych zabrakło. Nie szkodzi, mówią, naucz się doceniać inne dobra, przecież dostałeś ich mnóstwo. Dostałem, zgoda. Jednak gdy człowieka boli ząb, ulgi nie przynosi mu powtarzanie sobie w duchu, że przecież noga go nie boli.

Kolejny kłopot, jaki mam z tymi świadectwami, to ten, że łatwo mogą one zainspirować odbiorcę do pytania: co robię nie tak? Może nacisnąłem nie ten pstryczek, może gdybym nacisnął go mocniej…? Gdybym zastosował tę samą nowennę, zaatakował werbalnie tego, a nie tamtego świętego, może gdybym wewnętrznie się napiął w ściśle określony sposób, wykonał w duszy jakąś skomplikowaną kombinację deklaracji, nastawień, emocji – uzyskałbym podobny efekt? Przecież w życiu dokładnie tak to działa: jeśli chcesz mieć ciasto, powtórz skrupulatnie czynności tego, kto owo ciasto właśnie zrobił.

No więc rzecz właśnie w tym, że to nie on je zrobił. Dostał je od kogoś, kto nie musiał, ale z jakichś znanych sobie powodów mu je dał. Niezależnie więc od tego, czy będziesz czekał z nogami założonymi na głowę czy w kompletnym milczeniu, czy krzycząc, czy śpiąc – decyzja: dać czy nie dać, zależeć będzie wyłącznie od dającego.

Czy to znaczy, że nie ma sensu modlić się o cuda? Przecież sam Jezus co chwila w Ewangeliach (w samej tylko w Ewangelii Jana, w ostatniej rozmowie z uczniami przed swoją męką – aż siedem razy) zapewnia, że jeśli tylko będziemy z wiarą prosić, dostaniemy wszystko, o cokolwiek poprosimy. Uwaga: nie o to, co będzie „zgodne z wolą Bożą” albo „przydatne”, albo „słuszne”, nie – o to, o co w danym momencie uznamy za stosowne prosić. Skrupulatnie wypełniamy więc instrukcję daną przez Zbawiciela: prosimy. A jednak nie dostajemy. Możliwości są trzy. Albo Bóg nas okłamał. Albo – jak chce w swoim liście święty Jakub – nie otrzymujemy, bo się „źle modlimy”. Albo talon został nam już przyznany, póki co nie doszło jednak jeszcze do jego realizacji.

Opcja pierwsza nie chce mi się zmieścić w głowie. Jak to już pisałem (zdaje się w książce Holyfood), nawet jeśli nie zawsze rozumiem postępowanie Boga (co zdarza się nie tak wcale rzadko), wolę z Nim przegrać, niż niby-wygrać z kimś innym. Relacja z Nim jest dla mnie jednak ważniejsza niż takie czy inne ułatwienie życia. Wierzę, że wszystko sobie kiedyś wyjaśnimy – innego wyjścia po tym wszystkim, co tutaj przechodzę, zaprawdę powiadam wam: nie widzę. Ale to z Nim będziemy to sobie wyjaśniać. Nie będę teraz latał po duchowych kochankach, tak zwane moje potrzeby nie są dla mnie ważniejsze niż miłość. A jeśli prawdziwa jest opcja druga: co znaczyłoby modlić się o coś „dobrze”?

Nie jestem specjalistą od teologii duchowości, w dziedzinie wypraszania cudów nie mam specjalnie spektakularnych osiągnięć. Jedyne, czym dysponuję, to intuicja, utrwalająca się i krystalizująca z każdym kolejnym rokiem wsiąkania w chrześcijaństwo, w miarę upływu drogi. Podpowiada mi ona, że Bóg to naprawdę nie kolektura Lotto. Karmisz się opowieściami tych, którzy trafili szóstkę, przekonuje cię hasło: „A jeśli dziś to ty miałeś wygrać”? Świetnie. Ja nie mam jednak wrażenia, że skuteczność (lub nieskuteczność) modlitwy o cuda w jakikolwiek sposób związana jest rachunkiem prawdopodobieństwa. Albo systemem, który przyjmiemy, by zbliżyć się do wygranej. Albo inwestycją, jaką wniesiemy, by zwiększyć szansę na wygraną (są przecież i takie gry liczbowe, które na to pozwalają).

Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego tamten pan nagle wyzdrowiał, a tamtej pani ktoś ni stąd, ni zowąd nagle podarował milion pięćset. Wiem, że w moim życiu cud może wydarzyć się wtedy, gdy uda mi się nie zaczarować Boga swoją pobożnością czy ascetycznym wysiłkiem, ale gdy – po pierwsze – zrobię Mu wreszcie miejsce. O to chodzi w opcji trzeciej: czasem coś jest gotowe, by mi to dać, musi jednak poczekać, aż ja będę go­towy to wziąć. Spokojnie położę się więc na izbie przyjęć i będę wytrwale czekał. Przecież to oczywiste, że neurotyczne branie w tym momencie witamin, układanie się w pozycjach, o których wyczytało się w smartfonie jako o zdrowotnie pożądanych, recytowanie deklaracji zmiany stylu życia albo obrażanie pielęgniarki nie będzie miało wpływu na skuteczność ­leczenia.

Nie ma więc naprawdę żadnego znaczenia, czy będziesz modlić się o cud liczącą w sumie pewnie kilkadziesiąt tysięcy słów Nowenną pompejańską czy tą – ciut objętościowo chudszą – do Matki Bożej Rozwiązującej Węzły, bo on może się wydarzyć – jak to było w przypadku wielu bohaterów Ewangelii – po jednym szczerze wypowiedzianym zdaniu. Nie ma znaczenia, czy czytałeś, że święta Róża z Limy ma korzystniejszy współczynnik roszczeń wniesionych do zaspokojonych od, dajmy na to, świętego Ekspedyta. Święci to nie postaci w grze planszowej obdarzone większym albo mniejszym kapitałem „punktów mocy”. Istotne jest tylko i wyłącznie to, z kim będzie ci po drodze, komu – jak sądzisz – będziesz w stanie zaufać na tyle, by wreszcie do bólu szczerze wywalić mu wszystko tak, jak jest, bez dziergania duchowego PR: pragnienia, przemyślenia, tłumaczenia. Zrzucając to z siebie i zdając się na jego pomoc. Jeśli do tego punktu doprowadzi cię litania – świetnie, jeśli jakaś inna specjalna modlitwa, też super. Środki dobierzesz do swojego stanu i wrażliwości sam (Kościół ma je w niepoliczalnej ofercie), ważny jest punkt dojścia.

Modlitwy same z siebie nic mogą, może (wszystko) tylko Bóg. Powtórzmy: trzeba ustąpić Mu miejsca. Wyobraź sobie w duchu taką scenę: oto, być może podtrzymywany przez Maryję, może przez któregoś ze świętych, dajesz się odkleić od stanowiska dowodzenia swoim życiem, od tronu, z którego nim kierowałeś, i powoli, zmęczony dyrygowaniem symfonii, pozwalasz posadzić się na pobliskim stołeczku. Bóg nie chce wpychać się nikomu na kolana, dopiero gdy ty zwolnisz fotel przy konsolecie, stery może zająć Ten, w którego słowniku nie istnieje pojęcie „to niemożliwe”. Co zrobi? Nie mam zielonego pojęcia. Wiem jednak (bo to logiczne), że Pełnia nie jest w stanie przyjść, gdy coś zajmuje jej miejsce. A więc głębokie, jak najgłębsze skonfrontowanie się z niemożnością, a nie prężenie duchowych bicepsów, jest kluczem do cudu.

Gdyby to wszystko było takie proste. Gdyby można było mieć jakąkolwiek gwarancję, sygnał, że może trzeba jeszcze zrobić to czy tamto albo tyle a tyle zaczekać. Każdy by przecież zaczekał. To, niestety, zupełnie tak nie działa. I niezależnie od tego, czy skutkiem cudu miałaby być poprawa komfortu życia kogoś, kto już ma wcale fajnie, czy uratowanie życia ciężko chorego dziecka – nie wymyślono dotąd w tym zakresie nic innego: idź, proś, bądź. Wskazówka druga – z wiarą. A więc: nie tracąc ani na chwilę wiary w to, że wszystkie dobre obietnice (dotyczące doczesności, nie tylko wieczności), jakie Bóg złożył w Biblii (a składał je setki razy), to nie była tylko hebrajska poezja, propagandowy wabik, lecz rzeczywistość. Że jeśli Bóg pozwolił się nazywać ojcem, to znaczy, że nim jest, a każdy ojciec wie przecież doskonale, że fajnie jest dać dziecku czasem nie tylko to, czego potrzebuje, ale też to, czego po prostu chce, o czym sobie w swojej dziecięcej główce przed zaśnięciem marzy. Ty to wiesz. On miałby nie wiedzieć?

Dlaczego więc nadal miliardy w Lotto wygrywają ci, którzy spokojnie daliby radę i bez nich, a odzyskanym zdrowiem cieszą się ludzie, którzy ostatni raz moralnie żyli w przedszkolu? Po raz sto siódmy: nie wiem. I niewiele mi przyjdzie z analiz. Po raz kolejny biorę zatem pod rękę moich świętych i za ich pośrednic­twem mówię: nie przeżyję kolejnego dnia, jeśli nie to, to i jeszcze to. Następnego dnia okazuje się jednak, że przeżyłem. A więc zmylił mnie mój osąd: nie było mi to niezbędne do życia. Czy to znaczy, że przestałem tego chcieć? Skądże znowu. Im dłużej nie będzie mi dane, tym dłużej będę w owej izbie przyjęć siedział. Może właśnie kuracja już jedzie, czego ja – przez ściany i parawany – nie widzę? Może nie przyjdzie, przyjdzie za to lekarz, który wyjaśni mi to tak, że zrozumiem i odważę się zmienić pragnienia? Słabo, ale niech będzie i to. Z prawdziwej izby przyjęć z pewnością by człowieka w końcu wyrzucili, ale w swojej duszy może przecież siedzieć ile chce, nikt go stąd nie wypędzi.

A jak już trzeba odsiedzieć, lepiej chyba spędzić ów czas w celi w miłym towarzystwie. Sprawdźcie sami w tej książce: święci też nie zawsze dostawali cuda, o jakie prosili, cudem było ich życie. Oni Mu jednak, tak czy siak, wierzyli na zabój. I ty bardziej niż swoim oczom wierz Ewangelii, która mówi, że jeżeli jakiś zły człowiek jest w stanie stanąć na głowie dla drugiego człowieka, dlaczego miałby tego nie zrobić dobry Bóg? Nie ze względu na jego pobożne wygibasy, ale dlatego, że proszący naprawdę uwierzył w to, iż jest kochany.

OK, szczerze. Nie jest tak, żeby w ogóle nic nigdy się w tej dziedzinie w moim życiu nie wydarzyło. Coś tam jednak parę razy było… Wystarczyło, by się nauczyć, że do Boga trafia jeden rodzaj argumentacji. Bo jeśli On już robi cuda, robi je wyłącznie z jednego powodu: z miłości.

IZBA PRZYJĘĆ: CHIARA CORBELLA PETRILLO

(1984–2012)

GDY DZIŚ JEST TAKIE, ŻE NIE PRZEŻYJESZ JUTRA

Przez parę lat podczas każdego przelotu przez rzymskie księgarnie mijałem uśmiechniętą twarz pięknej młodej dziewczyny z zaklejonym – pewnie na skutek choroby – okiem. Egzemplarze jej biografii stały dosłownie wszędzie. Od mojej matury z włoskiego minęło jednak zbyt wiele czasu, bym odważył się mierzyć czytelniczo z tekstami dłuższymi niż paruakapitowe artykuły. Przyjmowałem więc do wiadomości, że istnieje ktoś taki jak Chiara Petrillo, że nasi bracia Włosi najwyraźniej mają aktualnie na jej punkcie lekkiego hopla, po czym szedłem dalej.

Dosłownie na tydzień przed wysłaniem tej książki do druku znów byłem w Watykanie. Kolejny szybki wypad do dwóch najlepiej zaopatrzonych w religijną literaturę w różnych językach księgarń (prowadzonych przez paulistów i paulistki na via del Mascherino i via della Concilliazione) – i kolejne zderzenie z ułożonymi w stosy biografiami Chiary. Tym razem jednak również po angielsku. Poczułem, że nie mam wyjścia. To, co się działo w moim życiu w ciągu następnych kilku dni, nie jest możliwe do opisania nawet dla człowieka, który z pisania od dwudziestu z górą lat żyje. Zamiast bezskutecznie „składać świadectwo”, skupię się więc na tym, co może da się jakoś zrobić (choć i tu brak mi pewności): na zarysowaniu biografii.

Chiara Petrillo zmarła w wieku dwudziestu ośmiu lat przed pięcioma laty, w czerwcu 2012 roku. Upłynął więc przewidziany prawem kanonicznym czas, jaki musi minąć od śmierci człowieka do wszczęcia przez kościelne instytucje oficjalnego badania, czy mieliśmy wśród siebie świętego. Przyjaciele Chiary i jej rodzina w porozumieniu z diecezją rzymską niezwłocznie powołali stowarzyszenie, które ma zainicjować jej proces beaty­fikacyjny. Mam nadzieję, że tym razem fachowcy od świętych paragrafów nie będą się zbytnio guzdrać i zanim zdążę wpaść w totalną demencję, będę mógł cieszyć się tym, że chodziłem po tych samych ulicach co jedna z najjaśniejszych postaci, z jakimi – choć nigdy się nie spotkaliśmy – przyszło mi dzielić ziemski czas i przestrzeń. Dziewczyna, która przyszła na świat osiem lat po mnie, spędziła na ziemi trzynaście lat mniej niż ja do dziś, a wystarczyło jej to, by zrobić absolutnie wszystko, co należy w życiu zrobić. Czyli – być tak, że po prostu nie można sobie wyobrazić, by można było być pełniej, mocniej i bardziej.

Chiara Corbella urodziła się w 1984 roku w Rzymie. Jej rodzice byli związani z Odnową w Duchu Świętym, ona sama też angażowała się od dzieciństwa w różne pobożne formy aktywności. W 2002 roku podczas pielgrzymki do Medjugorje poznała swojego przyszłego męża Enrica Petrillo, który właśnie rozstał się z dziewczyną i – podobnie jak Chiara – stawiał sobie miliony pytań o przyszłość. Ich wspólne początki nie były łatwe. Chiara była niecierpliwa, chciała, żeby świat, ludzie i sytuacje były ideal­ne, Enrico miał swoje własne kłopoty: kompleksy, zranienia, wycofanie. Oboje podzielali silną intuicję, że są sobie przeznaczeni, zanim jednak wzięli ślub, non stop spierali się, obrażali, rozchodzili, wracali. Mądrze prowadził ich w tym wszystkim wspólny znajomy, który z czasem stał się ich kierownikiem duchowym, młody franciszkanin ojciec Vito D’Amato. To on wytłumaczył im, że najprostszą metodą ułożenia się z osobą inną niż my sami jest odpuszczenie sobie oczekiwania, że będzie taka jak my. Miłość to nie wysoki wynik w kwestionariuszu zgodności charakterów. To decyzja, że chcesz z kimś – uwaga: takim, jaki jest – przejść ziemskie życie. Tych parę lat małżeństwa nauczyło Chiarę i jej męża, że jedyne, do czego wyznana przed ołtarzem miłość daje ci prawo, to troska o to, żeby ten, którego kochasz, osiągnął możliwie największe szczęście – trafił do nieba.

Chiara trafiła do nieba. Dzięki Bogu, dzięki sobie, ale i dzięki Enrico. Który, gdy Chiara po raz pierwszy zaszła w ciążę, a wczesne USG wykazało, że dziewczynka urodzi się z brakiem sklepienia mózgu i części mózgu, a więc pewnie nie przeżyje doby – wbrew obawom Chiary przyjął tę wiadomość tak, że nie można było lepiej: „Ona jest naszą córką. Będziemy jej towarzyszyć tak długo, jak tylko będziemy w stanie”. Chiara opisywała, że czekając, aż będzie mogła powiedzieć mężowi o diagnozie (on sam znajdował się wtedy chyba w innym szpitalu, na jakimś zabiegu), przeżywała katusze. Aż uświadomiła sobie, że zna kogoś, kto przerobił w życiu dość podobną sytuację. Matkę Jezusa, która też z pewnością miała mętlik w głowie, próbując analizować wszystkie możliwe reakcje Józefa na jej słowa, że nieoczekiwanie jest w ciąży. Ze szczególnym dzieckiem, które zanim zmieni losy całego świata, wywróci do góry nogami ich świat prywatny. I które – podobnie jak dziecko Chiary – umrze na oczach własnej matki.

Simone Troisi i Cristina Paccini, autorzy wspomnianej biografii, najbliżsi przyjaciele małżeństwa Petrillo, wspominają, że decyzja Chiary o odmowie dokonania aborcji (usilnie sugerowanej przez lekarzy) była dla młodych rodziców czymś dużo bardziej naturalnym niż „zabieg”. Logiczną konsekwencją założenia, że ciało człowieka nie jest wyłącznie zbiorem narządów, narzędziem pracy ani centrum rozrywki. Że stworzono je, by wieczność, w której żyje Bóg, mogła objawiać się w doczesności, stawać się widzialna. Że powstaje ono z miłości i jest jej nośnikiem. Mała Maria w łonie Chiary robiła przecież wszystko, co mogła, by żyć. Rosła, uczyła się współistnienia z organizmem mamy, odżywiała się, ruszała. Simone i Cristina cytują słowa Chiary: „Jak mogłabym stanąć jej na drodze? Zdecydowałam, że będę podtrzymywać w tym moją córkę, dopóki tylko będę mog­ła”. I dalej: „Nie świętowałabym dnia aborcji jako dnia wyzwolenia, to byłby moment, o którym chciałabym jak najszybciej zapomnieć, moment bólu i cierpienia. A dzień narodzin Marii był jednym z najpiękniejszych w moim życiu”.

Chiara, znów wbrew sugestiom lekarzy, zdecydowała się na poród naturalny, który przebiegł bez komplikacji. Personel medyczny rzucił się do wykonywania procedur, mama przerwała jednak ów chocholi taniec współczesnej nauki i wszyscy obecni przez kolejnych czterdzieści minut byli świadkami czegoś, co da się określić chyba wyłącznie tym koszmarnie spranym już przez nadużywanie określeniem: „misterium miłości”. Chiara i Enrico tulili swoją córeczkę, całowali, mówili do niej, ubrali ją w piękne ciuszki, ojciec Vito ją ochrzcił. Robili to, co Bóg – kochali. Człowiek dostaje nie tyle czasu, ile by chciał albo ile by mu wystarczyło do zrobienia wszystkiego, co – jak mu się wydaje – powinien zrobić, ale dokładnie tyle, ile trzeba, by dopełniła się w nim miara miłości. Enrico: „Nie ma ważniejszej rzeczy niż pozwolić człowiekowi urodzić się, tak by mógł być kochany”.

Oczywiście, że nie było wyłącznie różowo. Przyjaciele Chiary relacjonują, jak bardzo ją i jej męża raniło nie tylko boksowanie się z Opatrznością, ze swoim własnym lękiem i zmęczeniem, ale także przede wszystkim mierzenie się z „dobrymi radami” otoczenia. Które uważało (co w przypadkach konfrontacji z niewytłumaczalnym cierpieniem zdarza się bardzo często), że ulgę przyniesie zracjonalizowanie sytuacji, znalezienie odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego wy?”. Pojawiły się więc „dobre dusze” snujące przypuszczenia, że Marii pewnie dlatego nie wykształcił się cały mózg, iż Chiara miała w sobie jakieś psychiczne blokady. Albo że może ktoś rzucił na nich urok i trzeba go szybko odczynić. Jeszcze zanim jej rosnący brzuch zaczął być widoczny, Chiara wiedziała, jak skończy się ta historia, nie było jej więc łatwo słuchać nawet życzliwych komentarzy ludzi na ulicy, rzucających: „A który to miesiąc? A chłopczyk czy dziewczynka? Najważniejsze, żeby było zdrowe!”. „A co, jeśli nie będzie zdrowe?” – miała ochotę odpowiadać.

Na pogrzeb małej Marii przyszła garstka osób. Ludzi w takich sytuacjach paraliżuje lęk, boją się, że nie będą wiedzieli, jak reagować, w rezultacie robią więc rzecz jeszcze gorszą od ewentualnej niezręczności: zostawiają cierpiącego człowieka samego jak palec z całym ciężarem. Choć w tym akurat przypadku trudno powiedzieć, kto był bardziej cierpiący: rodzice zmarłego dziecka czy pozostali żałobnicy. Simone i Cristina wspominają w książce, że – jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało – zazdrościli Enrico i Chiarze szczęścia, jakie malowało się na ich twarzach. Zrobili przecież wszystko, co mogli. Mają córkę, która nigdy nie przestanie nią być. Napisali dla niej wspólnie piękny wiersz. Mieli siedzieć i rozdrapywać rany, zmieniać coś, czego nie da się już zmienić, albo układać coś, czego jeszcze nie ma? Ruszyli w dalszą drogę.

Badania genetyczne wykazały, że choroba Marii to czysty przypadek, nie ma przesłanek do podejrzeń, by kolejne ciąże miały być zagrożone. Następna ciąża Chiary, trzecie z kolei USG i znów – strzał w serce. Syn nie ma nóg. Chiara i Enrico po pierwszym szoku przygotowują się do zostania rodzicami niepełnosprawnego dziecka: Enrico staje się ekspertem od dziecinnych protez, para zaczyna kombinować, jakie ułatwienia trzeba będzie zorganizować w mieszkaniu. Czwarte USG odziera ich nawet z tej nadziei: Davide nie ma nerek, ma zdeformowane płuca, pęcherz, narządy wewnętrzne są w takim stanie, że on też nie ma żadnych szans na przeżycie. Podczas gdy Chiara i Enrico próbują jakoś poukładać sobie w głowie to, co się dzieje, „życzliwi” znów zaczynają swoje lamenty i śpiewki, tym razem atakując z innej strony: „Na pewno za słabo modlicie się o cud!”. Ileż duchowej energii musiało kosztować tych bohaterskich młodych ludzi pogodzenie się z tym, że Jezus zdaje się zapraszać ich do swojego własnego doświadczenia! Czy On, wisząc na krzyżu, zaznał cudownego uzdrowienia? Czy w Palestynie, przez którą przeszedł, uzdrawiając, nie zostało jeszcze wielu chorych? Bóg to nie automat ze słodyczami. Zaufanie, że On wie lepiej – jeśli mamy nie zwariować – musi wyprzedzić nasze starania o cud.

Davide przyszedł na świat w ciszy. Był pięknym dzieckiem. Chiara tuliła go, powtarzając, że jest jej synkiem, jej największą miłością. Ojciec Vito ochrzcił go, tato pomógł go ubrać, założył mu na szyję franciszkański krzyżyk, a gdy Davide odszedł, zaniósł jego ciało do szpitalnej kostnicy. Kilka godzin po porodzie Chiara została wypisana do domu. Z butelką napoju izotonicznego w garści szła spacerem do domu, dyskutując z mężem o tym, czy to się dzieje naprawdę: czy naprawdę właśnie poznali swojego syna, czy naprawdę był tak ślicznym dzieckiem, jakim go zapamiętali. Chiara zapisała w dzienniku: „Gdyby Davide mógł mówić, powiedziałby pewnie jedno zdanie: »Jestem wspaniały!«”.

Kolejny pogrzeb, znów zamieniony w opowieść o zmartwychwstaniu. Kolejny piękny wiersz taty napisany do syna. Kolejny raz świecące pustkami ławki. Bo co można powiedzieć ludziom, którzy dwukrotnie w ciągu dwóch lat odprowadzają na cmentarz swoje dzieci? Gdyby tylko ci nieobecni wiedzieli, że słowa to zwykle ostatnia rzecz, na jaką czeka wiszący na krzyżu człowiek! Gdyby tylko ci, którzy znów otoczyli Chiarę i Enrico słowami, jakie nie powinny paść („Tyle przeszliście, darujcie sobie marzenia o dziecku, mówimy to dla waszego dobra”, „Nie rozumiem, jak można tak się trzymać po takiej tragedii, musicie poszukać wsparcia u psychologa, to nie jest naturalna reakcja”), wiedzieli, kiedy należy się zamknąć…

Trzecia ciąża. Nietrudno się domyślić, co przeżywali młodzi rodzice. Enrico, próbując zredukować napięcie, żartował tak, jak w tej sytuacji wolno było żartować tylko jemu: „Córka nie miała głowy, syn nóg, ciekawe, bez czego urodzi się kolejny bobas?”. Na szczęście okazało się, że dziecko jest zupełnie zdrowe. Chłopczyk jeszcze zanim przyszedł na świat, otrzymał imię Fran­cesco. Jeszcze w pierwszym trymestrze Chiara zauważyła jednak na swoim języku aftę, na którą nie działała żadna maść ani leki. Dalsze badania wykazały, że to rak, który zdążył już rozsiać się po głowie i szyi. Lekarze zalecili radykalne usunięcie zmian, ze względu na ciążę musieli jednak podzielić zabieg na dwie części. Pierwszą, wykonaną natychmiast, Chiara opłaciła ogromnym bólem, ze względu na jej stan niemożliwe było bowiem zbyt silne znieczulenie. Drugą odwlekała, jak tylko mogła, chcąc, by jej syn przyszedł na świat, gdy będzie już zdolny do samodzielnej egzystencji. Lekarze, bliscy, prawie wszyscy namawiali ją, by zgodziła się na cesarskie cięcie w trzydziestym drugim tygodniu, ona jednak walczyła jak lwica, by dać synowi choćby parę, paręnaście dni więcej. Liczyła, ile przybiera na wadze każdego dnia, powtarzała, że to właśnie jako matka może dać swojemu dziecku przede wszystkim: życie, nawet kosztem swojego.

Francesco urodził się bez komplikacji w trzydziestym siódmym tygodniu. Chiara zaraz trafiła na stół operacyjny, a ból, jaki pojawił się po zabiegu, był nie do opisania. Następny rok jej życia był nieprzerwaną golgotą. Kulminacja nie nastąpiła chyba w momencie śmierci, lecz w chwili wydania wyroku, gdy badanie PET wykazało, że rak jest już w całym organizmie, a stan pacjentki jest terminalny. Chiara zniosła wiadomość lepiej niż Enrico. Oboje, trzymając się za ręce, zeszli do szpitalnej kaplicy, gdzie powtórzyli razem swoją przysięgę małżeńską. Po czym poprosili przyjaciół, by na chwilę zajęli się Franceskiem, a sami – wciąż objęci – po prostu poszli przed siebie bulwarem nad brzegiem Tybru (Simone i Cristina, przeczuwając chyba, jakiego ciężaru spraw są świadkami, zrobili im wtedy zdjęcie, które zamieścili w książce).

Chiara wiedziała, że najlepsze, co może zrobić dla Francesca, to oswoić go z życiem bez niej u boku. Można sobie wyobrazić, jak koszmarnie trudne było to dla młodej mamy, która wreszcie po takich przejściach chciała cieszyć się dzieckiem. Organizm słabł, ból narastał. Ojciec Vito – który, jak sam przyznawał, przy małżeństwie Petrillo uczył się i swojego kapłaństwa, i po prostu chrześcijaństwa – mówił potem w jakiejś homilii: „Udręczone ciało Chiary, podobnie jak umęczony Chrystus, pokazuje, że człowiek wcale nie żyje dlatego, że oddycha, ale dlatego, że kocha”. Zdarzało się, że Chiara okresowo nie mogła mówić. Karmiono ją przez sondę. Zwierzała się przyjaciółce: „Wiesz, przestałam próbować zrozumieć, gdybym nie przestała – zwariowałabym. I teraz jest mi lepiej. Czuję głęboki spokój, przyjmuję, cokolwiek dostaję. On wie, co robi, i jak dotąd nigdy się na Nim nie zawiodłam. Zrozumiem to później. Gdyby to się wydarzyło miesiąc wcześniej – nie dałabym rady. A dziś daję radę. Każdy dzień ma swoją łaskę. Dzień po dniu, ja mam tylko robić jej miejsce”.

Przed śmiercią zdążyła jeszcze zorganizować pielgrzymkę do Medjugorje, gdzie zaczęło się jej małżeństwo z Enrico. Na spontaniczne ogłoszenie odpowiedziały tłumy, ostatecznie poleciało prawie dwieście osób. Na miejscu każdy z uczestników pielgrzymki dostał od Chiary i Enrico różaniec i obrazek Maryi (jak ja im zazdroszczę takiej relikwii!). Autorzy książki piszą, co tam do nich dotarło: „Musimy zrobić to, co zrobiła Chiara. Musimy zmierzyć się ze śmiercią i nadzieją i w obliczu strachu powiedzieć »tak« naszemu Ojcu. Wszyscy jesteśmy terminalnie chorzy, to tylko kwestia czasu. Chiara po prostu wyprzedziła nas, jak matka”.

Można wylać wszystkie łzy, czytając, jak gasnąca Chiara mimo ogromnego bólu gromadziła wokół siebie ludzi i – zamiast wysysać życie z otoczenia (jak to często się zdarza w przypadku ludzi przeoranych cierpieniem), rozdawała je na prawo i lewo. Ze spotkań z nią ludzie wychodzili zbudowani, nie zdewastowani. Uspokajała bliskich: „OK, pomodliłam się o cud, żebyście nie mówili, że się nie modliłam”. Uspokajała mamę, która na klęczkach ze łzami błagała Boga o uzdrowienie córki. Czekała, aż wszyscy będą gotowi na to, by pozwolić jej odejść. Chwilę przed śmiercią upewniała się tylko, czy na pewno każdemu z obecnych w pokoju powiedziała po kilka razy, jak bardzo go kocha. Enrico rozesłał do znajomych SMS o treści: „Lampy są zapalone, czekamy na Oblubieńca”. Kto tylko mógł, pędził do wiejskiego domu rodziców Chiary, gdzie parę miesięcy przed śmiercią zamieszkała. Ojciec Vito recytował na głos Psalmy od 120 do 134, które odmawiali pobożni Żydzi pielgrzymujący do Jerozolimy, gdy zbliżali się do celu drogi. Enrico do końca trzymał Chiarę za rękę, szepcząc słowa Psalmu 4: „Spokojnie zasypiam, kiedy się położę, bo tylko Ty jeden, Panie, pozwalasz mi spać bezpiecznie” (Ps 9, 4).

Na cmentarz odprowadzały ją tłumy: mnóstwo księży, kardynał. Pochowano ją w ślubnej sukience, z bukietem lawendy w ręce. Na tym pogrzebie było odwrotnie niż na innych: Enrico na prośbę żony kupił mnóstwo małych roślinek, po mszy każdy z uczestników mógł wziąć jedną ze sobą do domu, by pielęgnować, celebrować życie.

Wyrzucam sobie, że sięgnąłem po opowieści o Chiarze tak późno, że tyle razy miałem okazję odwiedzić jej grób, grób świętej, a z niej nie skorzystałem. Szczęście, że przecież mamy świętych obcowanie, każdego dnia mogę więc prosić Chiarę o to, by wspierała moją modlitwę swoją, pomagała mi, doradzała. Parę lat kościelnego i publicystycznego doświadczenia podpowiada, że wielu moich współbraci będzie teraz próbowało zrobić z Chiary patronkę walki z aborcją: oto matka, która oparła się szturmowi cywilizacji śmierci, dała odpór wojskom aborcyjnej mentalności! Do tych moich kolegów mam prośbę, by w swoich działaniach zawsze pamiętali, że Chiara i Enrico zdecydowali nie zabić swojego ciężko chorego dziecka nie w proteście przeciwko komuś czy czemuś. Oni – jako się wyżej rzekło – po prostu mieli za rzecz oczywistą, że najważniejsza rzecz, jaką człowiek może zrobić w życiu, to dać drugiemu człowiekowi szansę, aby był kochany. Ludzie, którzy decydują się na przerwanie życia swojego ciężko chorego nienarodzonego dziecka, nie robią tego z powodu morderczych instynktów, nie są obywatelami Mordoru. A naszym głównym zadaniem jest (to oczywiście tylko moje zdanie) cierpliwe i spokojne przypominanie, że choć śmierć wygląda czasem na silniejszą od nadziei, nie ma szans w konfrontacji z miłością.

Mam nadzieję, że Kościół pozwoli Chiarze być pierwszą od dawna świętą dokładnie taką jak my. Którzy – nawet jeśli nie będzie się nas namawiać do aborcji, nie stracimy dzieci i nie zachorujemy na raka – jak kania dżdżu potrzebujemy kogoś, kto będzie nam powtarzał, że przeciwieństwem strachu nie jest odwaga, lecz wiara. Że dokładnie każdego dnia, patrząc na wschodzące słońce, trzeba myśleć o tym, że za parę godzin – nieproszone – zamknie kolejny rozdział naszego życia i że w każdej chwili trzeba umieć odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jestem gotowy? A co, gdyby to dziś miał być rozdział ostatni? Że żadna euforia nie trwa wiecznie, ale na krzyżu też nie wisi się wiecznie. Że nikt nie ma za mało czasu. Że nie ma takiego nieszczęścia, z którego nie mógłby wyjść czysty kryształ.

Historia Chiary to także kopalnia praktycznej wiedzy o życiu z cierpiącym: o ogromnej roli przyjaciół (i konsekwentnego pielęgnowania towarzyskich rytuałów), o tym, jak fundamentalnie ważne jest posiadanie wypróbowanego kierownika duchowego, jak precyzyjnie prowadzi człowieka Słowo Boże.

Są takie momenty w tej książce, gdzie autorzy (których, swoją drogą, chciałoby się wyściskać za wszystko, co zrobili dla Chiary i Enrico) zdają się dociskać pedał teologicznego patosu do podłogi, używają fraz-wytrychów, próbują zamknąć tajemnicę cierpienia w słojach z napisem: „Wola Boża”, „Słodkie jarzmo”, „Bóg tak chciał” etc. Ja nie wierzę w Boga, który (nawet ze swojej odmiennej, bo uwzględniającej też koniec drogi, perspektywy) mógłby chcieć czyjegoś bólu. Ta myśl nie pomogłaby mi wierzyć, ona pchałaby mnie raczej wprost w ateizm. Wolę patrzeć na Chiarę po prostu: jak na człowieka, który żył i umarł nie z powodu biologii, ale z miłości. Jasne, że w swojej chorobie bywała nie tylko anielska, ale i bardzo trudna, a jej życie z Enrico nie ograniczało się wyłącznie do spijania sobie z dzióbków. Nasze afekty chodzą różnymi drogami, miłość (do małżonka, do dzieci, do Boga) to jednak – co za truizm – nie afekt, lecz postawa. Dawno nie spotkałem kogoś, kto tak dobitnie by mi o tym przypomniał.

Kurczę, to byłoby jednak coś: mieć na ołtarzach chyba pierwszą świętą, w której biografii są nie tylko fotki pełne zadumy, ale również te w kostiumie kąpielowym. O której świętości jej syn zdąży może jeszcze opowiedzieć w szkole. Czytając (w serwisie Aleteia) wywiad z Enrico przeprowadzony w czerwcu tego roku, widzę, że nie jest mu łatwo, ale przecież nie można mieć cienia wątpliwości, że on w tym wszystkim, przez co razem przechodzili, też był święty. Podczas gdy jej czas się zamknął, jego jest jednak nadal otwarty, on wciąż musi podejmować decyzje, pisać kolejne rozdziały życia. Niezależnie od tego, jak sobie to wszystko ogarnie, będę mocno trzymał za niego kciuki i wierzył, że zobaczę ich jeszcze kiedyś na ołtarzach razem. A jeśli nie zdążę tu – spotkam ich kiedyś w niebie (oczywiście, gdy wpuszczą mnie na tam na krajoznawczą wycieczkę organizowaną przez czyśćcowe biuro podróży).

Na parę tygodni przed śmiercią Chiara zastanawiała się, jaki prezent mogłaby zostawić synkowi na jego pierwsze urodziny. Zostawiła list. W jego trzech ostatnich zdaniach jest wszystko, czego człowiek potrzebuje do życia: nadzieja, prawda i miłość. „On pokaże Ci ścieżkę, a Ty – po prostu zaufaj sobie. To naprawdę jest warte każdego bólu. Kochamy Cię. Mama i tata”.

TYDZIEŃ 1: TY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

CZCIGODNY SŁUGA BOŻY ALOJZY KOSIBA

(1855–1939)

GDY NACHODZI OCHOTA, ŻEBY JEDNAK JUŻ COŚ TAK W ŻYCIU ZMIENIĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTA KINGA

(1234–1292)

GDY CZAS JUŻ ZACZĄĆ SOLIĆ, A WRESZCIE PRZESTAĆ PIEPRZYĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BŁOGOSŁAWIONY ANTONI LESZCZEWICZ

(1890–1943)

BŁOGOSŁAWIONY JERZY KASZYRA

(1904–1943)

GDY CHCIAŁOBY SIĘ JUŻ ODPUŚCIĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

FELIKS Z SIERADZA OP

(1537–1602)

GDY CHCIAŁOBY SIĘ ŻYĆ TYM, CO SIĘ CZYTA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTA AGNIESZKA I ŚWIĘTA EMERENCJANA

(ZM. PRAWDOPODOBNIE W 304 ROKU)

GDY PŁONIESZ, ALE NIE CHCESZ SPŁONĄĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTA ELŻBIETA FIODOROWNA

(1864–1918)

GDY NIE WIESZ, CZY TWOJE „WSZYSTKO” TO „WSZYSTKO”

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY SERAFIN WYRYCKI

(1866–1949)

GDY POGADAŁBYŚ MOŻE NAWET Z JAKIMŚ ŚWIĘTYM, ALE CO ON WIE O ŻYCIU?

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

OSTRY DYŻUR: ŚWIĘTA MAŁGORZATA CLITHEROW

(1556–1586)

GDY NIE MA PEWNOŚCI, CZY LEPIEJ BYĆ SOBĄ CZY KIMŚ, KOGO WYMARZYLI SOBIE INNI

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

TYDZIEŃ 2: TY I BÓG

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

SŁUŻEBNICA BOŻA CATHERINE DE HUECK DOHERTY

(1896–1985)

GDY NAWET CHCIAŁOBY SIĘ ZACZĄĆ, ALE NIE WIADOMO OD CZEGO

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY KUTBERT

(635–687)

GDY JEDZIE SIĘ DO KRYNICY, SOPOTU LUB DĘBEK

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY LEOPOLD (BOGDAN) MANDIĆ

(1866–1942)

GDY STRACH IŚĆ DO SPOWIEDZI (ALBO: AŻ STRACH, JAK BARDZO NIE CHCE SIĘ DO NIEJ IŚĆ)

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BŁOGOSŁAWIONY RAFAŁ CHYLIŃSKI

(1694–1741)

GDY ZMĘCZYŁEŚ SIĘ NIE BOGIEM, ALE KOŚCIOŁEM

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ÈVE LAVALLIÈRE, WŁ. EUGENIE FENOGLIO

(1866–1929)

GDY WYDAWAŁO CI SIĘ, ŻE W KOŚCIELE CZEKAĆ BĘDĄ NA CIEBIE PŁATKI RÓŻ, A OKAZAŁO SIĘ, ŻE W OFERCIE SĄ KOLCE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY JAN Z KRONSZTADU

(1829–1909)

GDY SIĘ JUŻ NIE WIERZY, ŻE ŻYCIE Z BOGIEM TO NIE PSYCHOKASTRACJA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

STARZEC JÓZEF HEZYCHASTA Z GÓRY ATOS

(1898–1959)

GDY NIE WIDAĆ CELU

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

OSTRY DYŻUR: ŚWIĘTY PANTELEJMON

(OK. 280–305)

GDY POTRZEBNY JEST CUD, A NIE KOLEJNE „ŚWIADECTWO” O TYM, ŻE PRZYTRAFIŁ SIĘ INNYM

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

TYDZIEŃ 3: TY I INNI

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTA KSENIA PETERSBURSKA

(OK. 1731–OK. 1802)

GDY WSZYSTKO CI MÓWI: DAJ SOBIE SPOKÓJ, ALE JEDNAK CHCIAŁBYŚ (CHCIAŁABYŚ) KOCHAĆ AŻ ZA GRÓB

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY GENGULF

(ZM. 760)

GDY KTOŚ ODCHODZI (BY PÓŹNIEJ WRÓCIĆ LUB NIE)

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTA MAKRYNA MŁODSZA

(327–380)

GDY Z RODZINĄ NAJLEPIEJ WYCHODZI SIĘ NA ZDJĘCIACH

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY AGATON EGIPSKI

(V WIEK)

GDY CHCE SIĘ WALCZYĆ O SWOJE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BŁOGOSŁAWIONA WIKTORIA RASOAMANARIVO

(1848–1894)

GDY KTOŚ CHCE CIĘ ZNISZCZYĆ, A TY NIE CHCESZ DAĆ SIĘ POKONAĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTA GENOWEFA Z PARYŻA

(422–502)

GDY NIC JUŻ SIĘ NIE MA, ALE JESZCZE MA SIĘ RĘCE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

CZCIGODNA SŁUŻEBNICA BOŻA SATAKO KITAHARA

(1929–1958)

GDY CHCIAŁBY SIĘ CZŁOWIEK POŚWIĘCIĆ, ALE NIE CHCIAŁBY BYĆ KAMIKAZE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

OSTRY DYŻUR: SŁUGA BOŻY KSIĄDZ DOLINDO RUOTOLO

(1882–1970)

GDY ŻYCIE TO NIE KAWIOR, LECZ KOMPOST

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

TYDZIEŃ 4: TY I ŚWIAT

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

SŁUGA BOŻY FRIEDRICH JOSEPH HAAS

(1780–1853)

GDY JEZUS MÓWI, BY SPRZEDAĆ TO, CO SIĘ MA, A CZŁOWIEK SIĘ ZASTANAWIA, ZA CO WTEDY COŚ SOBIE KUPI

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BŁOGOSŁAWIONY RAJMUND (RAMON) LULL

(1223–1316)

GDY SYSTEM SIĘ WIESZA ALBO GDY NIE WIADOMO, JAK POGADAĆ Z KIMŚ, Z KIM NIE DA SIĘ POGADAĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BŁOGOSŁAWIONY ODORYK Z PORDENONE

(OK. 1265–1331)

GDY ZAPOMNIAŁO SIĘ PODZIĘKOWAĆ ZA TO, ŻE SIĘ WRÓCIŁO

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘCI NOWI MĘCZENNICY Z BUTOWA

(ZM. 1937)

GDY OFIARY – PODOBNO – MUSZĄ BYĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ŚWIĘTY JUNÍPERO SERRA

(1713–1784)

GDY JESTEŚ JUŻ ZMĘCZONY(A) BYCIEM PAN BOGIEM, ONZ-EM I ZBAWCĄ OJCZYZNY

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BRAT ANTONI MARCZEWSKI

(1986–2016)

GDY PIĘKNIE ŚPIEWAJĄ PTAKI, GDY CHCIWCY W OBŁĘDZIE RŻNĄ PUSZCZĘ, GDY CHORUJE PIES, GDY Z KOMINA U SĄSIADA LECI ŚMIERĆ, GDY ZWIERZĘTA JADĄ DO RZEŹNI

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BŁOGOSŁAWIONY JERZY MATULEWICZ

(1873–1927)

GDY POLITYKA ZABIJA WIARĘ, NADZIEJĘ I MIŁOŚĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

OSTRY DYŻUR: ŚWIĘTY JÓZEF

GDY CZAS JUŻ PRZESTAĆ SIĘ BAĆ

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

BIBLIOGRAFIA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

SPIS ILUSTRACJI

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Projekt okładki

Oksana Shmygol

Fotografie na okładce

Gabriela Buzek-Garzyńska (ikony ze zbiorów Szymona Hołowni)

EAST NEWS

zbiory prywatne

Opieka redakcyjna i wybór ilustracji

Katarzyna Węglarczyk

Adiustacja

Katarzyna Mach

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Katarzyna Węglarczyk

Copyright © by Szymon Hołownia

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-5342-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Święci pierwszego kontaktu Instrukcja obsługi solniczki Ludzie czasów Jezusa Ludzie w czasach Jezusa 36 i 6 sposobów na to, jak uniknąć życiowej gorączki, czyli Katechizm według Szymona Hołowni Święci codziennego użytku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu