Wróżka mimo woli

Wróżka mimo woli

Autorzy: Ewa Zdunek

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 13.60 zł

Niezwykłe przygody przesympatycznej ekswróżki!

Tytułowa bohaterka nabiera wiatru w żagle i uruchamia pierwszy na świecie wirtualny salon usług pogrzebowo-pralniczych. Rzuca posadę internetowej wróżki i zatrudnia się w zakładzie pogrzebowym i pralni. Ponieważ wciąż ciągnie ją do ludzi i problemów, postanawia założyć internetowe biuro matrymonialne. I to jest początek kłopotów. Przy okazji pojawia się też bezimienny trup i pewien zagubiony but nieboszczyka. Zabawna powieść z niebanalnym wątkiem kryminalnym.

Ewa Zdunek

WRÓŻKA MIMO WOLI

Copyright © by Ewa Zdunek, MMXVII

Wydanie I

Warszawa, MMXVII

Spis treści

Wróżka mimo woli

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

12 lipca, wtorek

Przez ostatni tydzień pracowałam w kilku miejscach równocześnie, zastępując wyrzuconą przez ojca kolejną kandydatkę na pracownicę pralni, pomagając w biurze zakładu pogrzebowego, bo pani Danusia nie dawała sobie rady z zamówieniami, a poza tym usiłowałam rozwijać własny biznes. O wakacjach nawet nie było co marzyć. Mateusz Chłodny, syn pani Danusi, skupił się na pracy z nieboszczykami i nie było z niego pociechy.

Interes należący do mojego ojca i pani Danusi, jego obecnej żony, rozkręciłyśmy z Beatą, kiedy uruchomiłyśmy pierwszy na świecie wirtualny salon usług pogrzebowo-pralniczych. Współpracując z ponad tysiącem różnych zakładów pogrzebowych, przygotowałyśmy kompleksową ofertę, która bardzo szybko zyskała uznanie na rynku. Nikt oprócz naszej firmy nie dysponował tak bogatą kolekcją trumien z każdego rodzaju drewna, wyściółek z każdego rodzaju materiału, wieńców uplecionych z każdego rodzaju kwiatów każdego kształtu i wielkości, z możliwością oprawy muzycznej ceremonii z każdego rodzaju ścieżką dźwiękową oraz z udziałem celebransów każdego wyznania. Nie zapomniałyśmy uwzględnić w ofercie konsolacji, ubrań, zarówno dla zmarłych, jak i dla żałobników, i wszystkich innych bardzo ważnych szczegółów. Śmiało mogę powiedzieć, że jeśli chodzi o ten obszar, to my dyktowałyśmy modę.

Później okazało się, że Beata to wieloletnia pacjentka Jacka, w dodatku uciekinierka z zakładu dla nerwowo i psychicznie chorych. Zastąpiła ją więc Roksana, z której też nie było pociechy, bo nieoczekiwanie wyjechała.

Tymczasem mój ojciec zwolnił kolejną osobę. Znów więc muszę siedzieć za ladą i obsługiwać klientów pralni. Odkąd Roksana udała się do Australii, nikt ojcu nie pasuje. Kolejne kandydatki i kandydaci są nieodpowiedni, ale nawet nie wiem, pod jakim względem. Zastanawiam się, czy nie wrócić do wróżenia, żeby wypaść w oczach ojca na osobę równie nieodpowiednią do metkowania brudnej bielizny.

Kiedy to było, gdy czyniłam mocne i nienaruszalne postanowienie, że usamodzielnię się i zacznę się realizować na wszystkich polach? Praca wróżki przyniosła mi pieniądze, ale doszłam do wniosku, że nie jest moim powołaniem rozkładać karty, by odpowiedzieć na pytanie, czy sąsiedzi docenią to, że ktoś posadził sobie na balkonie ładny bukszpan. Syndrom wypalenia. U mnie pojawił się bardzo wcześnie, wypaliłam się po niespełna dwóch latach pracy. Owszem, zależy mi, żeby móc wykorzystywać wrodzone umiejętności, ale niekoniecznie przy wykonywaniu rytuałów białej magii i odganianiu złych snów.

Roksana, jeszcze przed wyjazdem, wpadła na pomysł, żeby założyć internetowe biuro matrymonialne. Pary kojarzyłyby się najpierw same, jak na zwykłym portalu randkowym, a ja mogłabym zerkać w moje karty i decydować, którzy spośród kandydatów i kandydatek są dla siebie najbardziej odpowiedni oraz kiedy i gdzie zorganizować im spotkanie. Później wszystko działoby się już zwyczajnie. Randki, podpowiedzi dla nieśmiałych i niezdecydowanych.

Zastanawiałam się także nad poradnictwem, które polegałoby na kojarzeniu wszystkiego ze wszystkim i wszystkich ze wszystkimi. Pomysł był prosty: każdy czegoś szuka. Albo kogoś. Ja byłabym tylko pośredniczką. Zgłaszaliby się do mnie samotni, których kojarzyłabym w sieci, odzywaliby się chętni, żeby kupić coś niezwykłego i niepowtarzalnego, których łączyłabym z twórcami niszowych projektów, pisaliby niezdecydowani, którym pomagałabym podjąć decyzję, zawężając obszar rozważanych argumentów do minimum, wreszcie tacy, którzy z czystego lenistwa nie chcieli niczego wymyślać, mogliby kupować ode mnie mniej oczywiste pomysły na wszystko.

Praca ta wymagała jedynie dostępu do internetu. Niestety, łatwiej wpaść na pomysł niż go zrealizować. Wyjazd Roksany nastąpił tak szybko i nieoczekiwanie, że nie zdążyłam się nawet zastanowić nad tym, że to ja będę musiała zastąpić ją w pralni, a wówczas nie będę miała czasu na rozkręcanie nowego biznesu. Mój ojciec odnalazł swoje powołanie – jako prawa ręka pani Danusi przesiaduje całymi dniami w zakładzie pogrzebowym. Za każdym razem, gdy go spotykam, powtarza, że najlepszy klient na świecie to nieboszczyk. Nie narzeka, nie wykłóca się, spokojnie czeka na swoją kolej. Ale ja znów utknęłam tam, skąd tak bardzo chciałam się wyrwać. W niszy pralniczej, gdzie nic ciekawego nie może się wydarzyć.

Roksana wyjechała w połowie czerwca, ale do dziś nie dała znaku życia. Podróż na drugi koniec świata, do osoby, którą poznała zaledwie kilka miesięcy temu, w dodatku przez internet. Nawet nie zdążyłam postawić jej kart, a już siedziała w samolocie. To dało mi sporo do myślenia, jeśli chodzi o planowany biznes – ludzie zbyt szybko podejmują decyzje w sprawach, które z założenia wymagają czasu. Muszę się jeszcze nad tym zastanowić, łatwo w takiej sytuacji popełnić błąd.

Roksanę zachwycił mężczyzna, który przedstawił się jako Maurycy, potomek polskich emigrantów, którzy – zanim osiedli w Australii – przemierzyli cały świat. Pomieszkiwali w Niemczech, potem we Francji, w Szkocji, Stanach Zjednoczonych, Algierii, żeby wreszcie osiąść na antypodach. Internetowa randka trwała, z przerwami, niecałe dwa dni i Maurycy, zachwycony Roksaną, oświadczył się jej za pomocą Skype’a. Oświadczyny były bardzo nietypowe, bo Roksana nie zna angielskiego, Maurycy nie mówi po polsku, a w okienku dialogowym widać było tylko czubek jego głowy i wielki portret jakiejś czarnoskórej damy w tle. Absztyfikant wysłał też wirtualny bukiet czerwonych róż, a jakże! Swoje zdjęcie na tle farmy strusi, którą rzekomo prowadzi, dołączył w charakterze wirtualnego bileciku miłosnego.

Skąd miała pewność, że te zdjęcia są prawdziwe? Dlaczego tak szybko uwierzyła, że Maurycy pisał prawdę? Wielokrotnie zadawałam jej takie pytania. Ona odpowiadała, że należy wierzyć w ludzi i ludziom, w przeciwnym razie człowiek zapętli się we własnych obawach i zamknie się na zawsze w świecie strachu. Trzeba także podejmować wyzwania, bo tylko nowe, niezbadane dotąd doświadczenia ubogacają i rozwijają człowieka. Roksana wprowadziła w życie teorie, które kładli jej do głowy podczas kursu pogłębiającego otwartość na świat. Uważam jednak, że to zbyt wielkie ryzyko. No cóż, jest dorosła, pozostaje mi tylko czekać na wieści od niej i wierzyć, że znalazła wreszcie swojego księcia z bajki. Przynajmniej ona.

15 lipca, piątek

Chyba nieprecyzyjnie opisałam na stronie internetowej swoje usługi, bo jedna dziewczyna zapytała, czy odczyniam uroki na nakłonienie obiektu pożądania, by się nią zainteresował. To się nazywa „spętanie”. Nie praktykuję spętania, ani dosłownie, ani w przenośni.

Jeden pan chciał, żebym mu powiedziała w kilku zdaniach, jak poderwać dziewczynę, nie wychodząc z domu, a inny zapytał, czy wystarczy wysyłać kobiecie kwiaty w każdy poniedziałek przez cztery tygodnie, żeby zgodziła się na hotelowe spotkania.

Cieszy mnie, że moja propozycja – dość prosta i powierzchowna – aby pomagać ludziom w dobieraniu się w pary, zyskuje coraz większe zainteresowanie i rozlewa się na tak różne obszary współżycia, bo sądzę, że wystarczy lepiej dopracować ofertę.

Ojciec oczywiście kręci nosem, że znów wdam się w jakieś podejrzane awantury i zaniedbam pralnię. Czasem rzeczywiście robi się gorąco, w pralni pojawiają się klienci, a jednocześnie ktoś wysyła do mnie wirtualną wiadomość. Myślę, że z czasem, gdy ta działalność się rozwinie, znów wrócę do pracy w moim mieszkanku, znów przed ekranem komputera i znów z telefonem i talią kart w dłoniach. Ale już nie jako wróżka, lecz drużka. I tak nazwałam swój portal: Porady Drużki Emilii. Może to właśnie jest moim przeznaczeniem? Pomagać ludziom, towarzyszyć im w drodze do szczęścia?

Notuję jako ciekawostkę: jeden pan poprosił o pomoc w skojarzeniu jego papużki z jakimś przystojnym panem papugą w celu matrymonialnym. Oczywiście zapytałam Bolusia, moją papużkę, co on na to. Popatrzył na mnie, pokręcił dzióbkiem i powiedział:

– O szlag!

18 lipca, poniedziałek

Zaczynam działać. Kolejny etap to poszukiwania klientów. I opracowanie oferty. Firmie patronować będzie Kupała, ta z obrazu Wojciecha Gersona, albo jeszcze lepiej swatka Gerrita van Honthorsta. Uśmiechnięta, zalotna, intrygująca kobieta, która trochę wróży, a trochę zachęca.

Muszę unowocześnić swoją stronę. Przejrzałam oferty różnych firm, które w internecie proponują taką usługę. Oczywiście wszystko rozbija się o szczegóły. Formularze zgłoszeniowe żądają ode mnie informacji, których nie mam, choć może powinnam. Na przykład, w jakim oprogramowaniu chcę mieć tę stronę. Nie mam pojęcia. Chyba w tradycyjnym, powszechnie używanym… Gdy zatelefonowałam do jednej z takich firm (co nie było wcale proste, bo na stronie widniał tylko formularz kontaktowy i musiałam się chwilę potrudzić), pan, który ze mną rozmawiał, także domagał się podania tych informacji.

– Jaki pani ma program? – zapytał sucho.

– Nie wiem, zwyczajny.

– To proszę ustalić i dopiero dzwonić!

– Ale jak mam ustalić? Nie znam się na tym!

– Proszę ustalić i dopiero dzwonić!

Nawet moja papuga nie jest taka zawzięta. Nic nie ustaliłam, nic nie załatwiłam. Wieczorem zadzwonił pan Przemek i mimo moich zapewnień, że już nie wróżę, zapytał, dlaczego tak mu się nie wiedzie w interesach. Spytałam go, czy na swojej stronie internetowej ma formularz kontaktowy, czy też podaje tradycyjnie numer telefonu. Odparł, że formularz, bo tak jest prościej.

– Nie dla wszystkich prościej, proszę pana – zganiłam go. – Nie zdaje pan sobie sprawy z tego, że istnieją klienci, którzy preferują kontakt bezpośredni, a nie za pośrednictwem formularzy. Mogą mieć potrzebę dopytania o coś niestandardowego, a tu skucha, bo w formularzu nie ma stosownej rubryczki. I już traci pan klienta! Należy pamiętać też o tych, którzy są bardziej retro!

Pan Przemek nawet nie podziękował i się rozłączył. A ja jak nie miałam nowoczesnej strony, tak nie mam…

19 lipca, wtorek

Przy opracowaniu strony internetowej pomógł mi Jurek. Stale mnie zaskakuje, tak wiele potrafi. Zdecydowałam się na kolory zielony z niebieskim i na razie, oprócz krótkich haseł opisujących, czym się zajmuję, umieściłam taki tekst, który również przygotował Jurek:

Praktyczny, bo krótki poradnik dla przyszłego uwodziciela

Jesteś nieśmiały, kontakt z dziewczyną kojarzy ci się z wizytą u dentysty, chciałbyś przeżywać miłosne uniesienia i uprawiać nieziemski seks, ale niekoniecznie z panią z agencji towarzyskiej?

Skorzystaj z kilku prostych rad, które zamieszczam poniżej:

Znajdź pomysł na siebie. Nieważne, kim będziesz: Rumcajsem, Piotrusiem Panem, Supermanem czy Panem Złotą Rączką. Wymyśl sobie, co lubisz, czego nienawidzisz, jaką chciałbyś mieć dziewczynę, co chciałbyś z nią robić. Nie ma nic gorszego niż facet, który odpowiada pytaniem na pytanie w stylu: a ty co wolisz?

Nie bądź ani zbyt gadatliwy, ani zbyt milczący. Przygotuj sobie na spotkanie kilka tzw. żelaznych tematów, np. o sporcie, o pogodzie czy o kobiecych fryzurach. Najlepiej o sporcie, bo to do wszystkiego pasuje. Kiedy dziewczyna pyta na przykład, gdzie ostatnio byłeś na wakacjach, możesz odpowiedzieć, że nad morzem, gdzie wspaniale można uprawiać sporty wodne. Gdy zapyta, co lubisz jeść, odpowiesz, że jesteś sportowcem w stanie spoczynku, zatem jadasz niewiele, ale sport pozwolił ci odkryć, że to, co jesz, jest niezwykle ważne. A gdy powie: „ładną mamy dziś pogodę”, możesz pociągnąć temat, że każda pogoda jest świetna, żeby uprawiać sport. Nie martw się, już po dwóch zdaniach dziewczyna zacznie mówić za siebie i za ciebie, ale podsumuje cię jako niezwykle elokwentnego rozmówcę.

Powiedz dziewczynie, że ma podniecający głos (to w rozmowie przez telefon). Nawet jeśli już później niczego nie powiesz, ona i tak będzie uważała cię za zabawnego gadułę.

Nie bój się być niezdarnym, kobiety uwielbiają takich biedaczków, których trzeba poprowadzić za rękę. Ważne: nie pchaj od razu rąk w okolice majtek, nawet niezdarnie.

Jeśli jakaś dziewczyna tak bardzo ci się podoba, że najchętniej skonsumowałbyś ją od razu na przystanku, nie mów tego na pierwszym spotkaniu, najbezpieczniej powiedzieć o tym chwilę później, przez telefon. Zaoszczędzisz sobie bólu policzka, a niewykluczone, że wzbudzisz w dziewczynie ciekawość i zaproponuje ci spotkanie szybciej, niż myślisz.

Przede wszystkim pamiętaj: praktyka czyni mistrza. Kamasutrę nie po jednej nocy napisano!

Jurek jest zdania, że tekst wzbudzi zainteresowanie i ludzie chętniej będą pytać, czym naprawdę się zajmuję. No cóż, zobaczymy…

23 lipca, sobota

Ksiądz Rafał zaproponował, aby Jurek przeczytał dziś, podczas cyklicznego, sobotniego spotkania na plebanii, kilka swoich utworów. Byłam ogromnie zaskoczona, ponieważ Jurek zaprezentował nie prozę, ale swoje wiersze. A deklamację poprzedził stwierdzeniem:

– Napisałem w życiu około dwustu wierszy, z czego osiemdziesiąt jest bardzo dobrych, czterdzieści zupełnie niezłych, pięćdziesięciu się nie wstydzę, a nad resztą się umartwiam.

Wszystkim bardzo się te wiersze spodobały, lecz na razie nie ma szans na wydanie ich drukiem. Może kiedyś, gdy Jurek będzie już sławnym pisarzem. Na razie trzeba się cieszyć, że wydawca chętnie przyjmuje do druku kolejne powieści, a czytelnicy i krytycy nieustannie chwalą twórczość Jurka.

Ogromnie mi miło, że jego książki tak dobrze się sprzedają. Powieść o rodzinie wampirów przez kilka miesięcy nie schodziła z listy bestsellerów i Jurek przyznał, że nieoficjalnie wiadomo, iż zostanie przetłumaczona na język angielski. Byłoby wspaniale, gdyby zyskał międzynarodową sławę.

Na zakończenie spotkania ksiądz Rafał zaprosił wszystkich obecnych do uczestnictwa w chórze kościelnym. Do Jurka zwrócił się ponadto z prośbą, żeby opracował kilka średniowiecznych utworów, które chór mógłby później zaprezentować. Spotkanie zapoznawcze w najbliższy piątek wieczorem.

Roksana wciąż się nie odezwała. Nie mam podstaw, żeby zawiadamiać policję, bo nie jest przecież moją rodziną i uprzedzała, że wyjeżdża na dłużej, być może na zawsze. Martwię się jednak. Postawiłam karty i wyszło mi, że towarzyszy jej jakieś brzemię, trudności, wysiłek, zmartwienie, że nie jest szczęśliwa. Ale wracać nie chce. Nic z tego nie rozumiem. Przydałaby mi się pomoc pani Zosi, ale ona ostatnio stała się jakaś dziwna. Twierdzi, że nawiązała kontakt z energią kosmosu, która dyktuje jej wzory nowego stworzenia świata. Nazywa to macierzą stworzenia.

1 sierpnia, poniedziałek

W naszym życiu czasem zdarza się coś, co skłania nas do głębszej refleksji. Do czego doszłam, co osiągnęłam, do czego dążę, w którym miejscu jestem. Czy moje życie ma sens? Pogrzeb kogoś, kto jeszcze niedawno ściskał mi rękę i życzył powodzenia, obudził we mnie potrzebę dokonania podsumowań. Zastanowienia się, kim jestem.

Pan Ryszard zginął nagle, w wypadku samochodowym. Nieuważny kierowca, nadmierna prędkość, śliska jezdnia i człowiek przestaje istnieć. Ułamek sekundy wystarczył, żeby budowana przez lata postać stała się cząstką przeszłości. Cały wysiłek włożony w jego wychowanie, wykształcenie, nauczenie wszystkiego, co jest potrzebne, by poprawnie funkcjonować w społeczeństwie. Ogromne koszty emocjonalne i ekonomiczne, lata pełne wyrzeczeń, trosk i obaw, czuwanie przy chorym dziecku, zdenerwowanie towarzyszące pierwszym egzaminom, rozczarowania i spełnienie oczekiwań. Wreszcie zdobywanie wyższego wykształcenia, praktyka, praca i osiągnięcia na polu zawodowym. Czyżby naprawdę niefrasobliwe zachowanie jednej osoby mogło wziąć górę nad tym wszystkim? Dlaczego w dobie osiągnięć technologicznych nie potrafimy uruchomić instynktu, który chroniłby nas przed przypadkiem? Dlaczego mimo że stworzono tyle udogodnień życia codziennego, nie skonstruowano dotąd czujnika zapobiegającego śmierci przez nieuwagę? Dlaczego tak zwany czynnik ludzki wciąż jest przyczyną tylu wypadków? A może należałoby wyeliminować człowieka i wówczas świat zanotowałby kolejny postęp cywilizacyjny? Wszak wszystkie zwierzęta poza człowiekiem radzą sobie z przypadkowością i padają ofiarą nienaruszalnych praw natury, a nie lekkomyślności czy zaniedbania. Chyba że pozostawały pod opieką człowieka.

Pani Zosia twierdzi, że umierający zwalnia miejsce dla nowej duszy, która zdecydowała się pojawić na tym świecie. Ksiądz Rafał powiedział, że widocznie Pan Bóg potrzebował grafologa u siebie, na miejscu. Czyżby chciał weryfikować cyrografy podpisane własną krwią? Może w tych czasach nie można ufać nawet diabłom i znakomity specjalista z doświadczeniem był nieodzowny.

Ceremonię zorganizował zakład pogrzebowy Zacisze, a jakże. Tym razem pani Danusia osobiście zadbała o wszystkie szczegóły. Trumna tonęła w kwiatach. Nabożeństwo odprawił ksiądz Rafał. Żałobnicy mieli tylko symbolicznie rzucić po garści ziemi do grobu, ponieważ pan Pawełek i reszta i tak musieli później wydobyć trumnę, żeby zawieźć ją do kremacji – zgodnie z życzeniem zmarłego. Życie pisze jednak własne scenariusze, jak zwykle. Na cmentarzu pojawiło się bardzo wiele osób i gdy każdy sypnął symbolicznie, trumna zniknęła z pola widzenia. Na dobrą sprawę można było przykryć ją płytą i po kłopocie. Ale pani Zosia się na to nie zgodziła. Pan Ryszard podobno stanowczo żądał – za życia, rzecz jasna – żeby po śmierci go skremować. Wystarczyłaby krótka ceremonia w zakładzie pogrzebowym. Ksiądz Rafał przekonał jednak panią Zosię, żeby zgodziła się zorganizować tradycyjny pogrzeb i pochować męża w trumnie. Dla zasady. Już po wszystkim mogłaby dyskretnie wydobyć zwłoki z grobu i skremować je w zaciszu zakładu pogrzebowego. W wyniku nieporozumienia grabarze zaczęli odkopywać nieboszczyka zaraz po jego pochowaniu, zanim jeszcze żałobnicy rozeszli się do domów.

Nad grobem biednego Rysia rozgorzała dyskusja pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami spopielania zwłok. Ktoś zawiadomił telewizję i w wieczornych wiadomościach obejrzeliśmy fantastyczny materiał, z którego wynikało, jakoby telewizyjne wróżki urządziły sobie sabat przy grobie niedawno zmarłego człowieka. Wysnuto również domysł, że być może śmierć pana Ryszarda też nie była przypadkowa. Wszystko razem miało podobno służyć rozreklamowaniu zakładu pogrzebowego – jakby to kiedykolwiek było grabarzom potrzebne – oraz sprowokowaniu władz Kościoła. Do czego? Tego nie powiedzieli. Narrację okraszono fragmentami pieśni śpiewanymi przez nasz chór parafialny. Istna szopka. Trumnę więc znów zasypano i wszyscy się rozeszli.

Pracownicy zakładu pogrzebowego Zacisze z panem Pawełkiem na czele udali się pod osłoną nocy na cmentarz, żeby jednak wypełnić wolę zmarłego i wydobyć trumnę z grobu. Tej nocy księżyc był w nowiu. W ciemnościach grabarze stanęli cztery metry dalej, niż należało. Grób, który zaczęli kopać, miał zaledwie tydzień, ktoś inny umarł w tym samym czasie i został pochowany niedaleko, co w świetle dnia byłoby nietrudno stwierdzić, jednak padający kilka dni temu deszcz, a potem wysoka temperatura sprawiły, że ziemia zamieniła się w kamień, utrudniając właściwe rozpoznanie terenu. Świtało już, gdy zziajani mężczyźni wydobyli trumnę na powierzchnię. Szybko przenieśli ją do karawanu i nie przejmując się rozkopanym grobem, odjechali. Tego samego popołudnia nastąpiła kremacja, a prochy umieszczono w eleganckiej urnie, która stanęła na półce w salonie wdowy, pani Zosi.

3 sierpnia, środa

Jest afera, i to spora. Policja prowadzi dochodzenie w sprawie rozkopanego grobu i wykradzionych zwłok. Rodzina doniosła. Podobno ktoś od nich pojawił się na cmentarzu, żeby omówić sprawę pomnika, i zauważył, że grób jest pusty. Najgorsze jest to, że trumna z zawartością została już skremowana, więc nie może być mowy o zwrocie zmarłego. Ojciec w przypływie paniki zaproponował, że dostarczą inne zwłoki, równie świeże, co wywołało całą lawinę pytań. Policja od wczoraj nie wychodzi z zakładu Zacisze. Nawet pani Danusia przestała się słodko uśmiechać, nie jest wesoło.

Później

Rodzina mężczyzny skremowanego przez pomyłkę domaga się zwrotu nieboszczyka. Też są dobrzy! Jak zwrócić im ciało, skoro zostało ono potraktowane tysiącem stopni Celsjusza? Ojciec zareagował odruchowo: zniszczone, to odkupimy. Podobno był to jakiś znamienity profesor, ukochany dziadek, niezwykle pobożny i rodzina za wszelką cenę chce zachować jego szczątki, i nie życzy sobie nawet słuchać o całopaleniu. Ale heca!

5 sierpnia, piątek

Negocjacje trwają. Pani Zosia jest skłonna oddać urnę z prochami. Ciało pana Ryszarda wciąż przebywa w grobie, zaledwie powierzchownie przysypane ziemią. Cała sytuacja przestaje już być groteskowa, a zaczyna być makabryczna. Ojciec wyjechał dziś z propozycją, że rodzina pana profesora będzie mogła dożywotnio korzystać z usług zakładu pogrzebowego. Uznali, że to kpiny, i zagrozili ojcu sądem. Nie mam pojęcia, jak to wszystko się zakończy. W dodatku wszystkim upał doskwiera, a oględziny na cmentarzu to istna tortura!

6 sierpnia, sobota

Sprawa pomylonych nieboszczyków wciąż pozostaje nierozwiązana. Policja jednak najprawdopodobniej umorzy dochodzenie wobec braku dowodów, w końcu z ciała pozostały tylko prochy. Pan Pawełek zaproponował, żeby zawartość urny przesypać do pięknej trumny i pochować na cmentarzu. Rodzina tego profesora jest okropnie zawzięta. Ciało i ciało! Tylko skąd je wziąć! Zamówić przez internet?

7 sierpnia, niedziela

Ksiądz Rafał wygłosił dziś wzruszające kazanie na temat nieba i piekła. Bardzo ciekawy wykład na temat walki dobra ze złem, która kończy się zwycięstwem życia nad śmiercią i zostaje nagrodzona wiecznym życiem w raju.

– Gdy człowiek złoży swoje ciało w grobie, wie, że podczas sądu ostatecznego powstanie i podąży za swym Stwórcą – powiedział ksiądz Rafał.

Momentalnie poczułam wiele par oczu skierowanych na mnie i na mojego ojca oraz panią Danusię. Najgorsze było to, że ksiądz kontynuował wątek, potępiając wszystkich, którzy zakłócają spokój zmarłych na cmentarzu.

– Następnym razem zajmiemy miejsca na chórze – szepnęłam ojcu do ucha. Był tak bardzo zdenerwowany, że zgodził się natychmiast. Przypuszczam, że w tej chwili zgodziłby się nawet na miejsca pod dachem, na belce, byleby tylko uniknąć tych świdrujących spojrzeń. Po południu kilka osób zadzwoniło z pytaniem, czy zajmuję się wywoływaniem duchów i czy kontaktuję się ze zmarłymi w zaświatach.

8 sierpnia, poniedziałek

Policja oficjalnie zakończyła dochodzenie w sprawie, ale nieoficjalnie dowiedziałam się, że pokrzywdzona rodzina domaga się, by sprawę przejęła prokuratura. Czyli to jeszcze nie koniec. Pocieszałam ojca i panią Danusię, że wszystko kiedyś się kończy, takie historie także. Marna pociecha, bo sama mam świadomość, że to dopiero początek kłopotów. Wydawać by się mogło, że gdzie jak gdzie, ale w zakładzie pogrzebowym zwłok nie może zabraknąć, jednak wszyscy nieboszczycy, których Zacisze obecnie obsługuje, mają przynależne im rodziny, które z kolei pilnują ich jak dawniej płaczki na marach. Chyba któremuś z nas przyjdzie położyć się do tej trumny!

9 sierpnia, wtorek, okolice domu Emilii

Jurek wracał od wydawcy. Dziarskim krokiem pokonywał odległość dzielącą go od domu, nie zważając, że jest to spory kawałek drogi. W myślach prowadził niezwykle interesującą dysputę pomiędzy dwoma głównymi bohaterami. Jeden z nich domagał się od drugiego, by ten przestał się złośliwie upierać i zgodził na rozwód z własnej winy. A gdy to już nastąpi, powinien honorowo opuścić wspólny dom, zabierając ze sobą jedynie szczoteczkę do zębów. Niestety, ten drugi prezentował całkowity brak klasy i poziom moralny bliski rynsztoka. Zapierał się, że nie tylko nie ustąpi, ale będzie wręcz czynił na każdym kroku trudności i gotów jest raczej podpalić dom niż pozostawić go niewiernej żonie i jej gachowi.

Z początku spokojna, rzeczowa dyskusja szybko przerodziła się w kłótnię z prawdziwego zdarzenia. Obaj panowie prawie rzucili się sobie do gardeł, gdy nagle…

– Nie wie pan, czyj to pies? – Kobiecy głos nie pasował do żadnego z energicznych panów. Zastygli z pięściami w górze i popatrzyli najpierw jeden na drugiego, a potem gdzieś w przestrzeń. Zdradzany mąż odezwał się pierwszy: – Pan to powiedział?

– A skąd! – odparł natychmiast kochanek. – Co mnie obchodzi pański pies!

– Pana nic nie obchodzi! – podchwycił natychmiast mąż. – Ani pies, ani dziecko, ani nikt!

– Jakie dziecko? – zapytał nieufnie amant. – Ja nie mam żadnego dziecka!

– No proszę! – zatriumfował mąż. – Dziecka też się pan wypiera! Ładne z pana ziółko! Najpierw poużywał, a potem alimenty to niech dzieciak sam na siebie płaci!

– Nie wmówisz mi pan żadnych alimentów! – odwarknął kochanek. – Ja w ogóle nie chcę mieć z tym nic wspólnego! To nie są moje dzieci, widocznie pańska żona utrzymuje kontakty z kimś jeszcze, ale to już nie mój kłopot, drogi panie mężu! Sam pan sobie chowaj cudze dzieci, ja dziękuję! Ja się wycofuję!

– Aha! – Mąż tupnął nogą. – Teraz się pan wycofuje?! O nie, drogi panie Casanova! To ja się wycofuję! Nie moje dziecko i nie mój pies!

– Dlaczego pan krzyczy? Przecież spokojnie zapytałam. – Kobiecy głos wyraźnie się zdenerwował. – Co za ludzie, jak pragnę wszystkiego. Nawet zapytać nie można, bo od razu chcą nóż wyciągać! A biedna psina tu siedzi i siedzi!

Jurek ochłonął nieco i zdał sobie sprawę, że rozmawia z żywą osobą, a nie bohaterką swojej powieści. Konkretnie z panią, która mieszkała w budynku po lewej stronie. Pochylała się teraz nad niewielkim psem rasy york, który warował obok męskiego buta. Gdy pani dotknęła zwierzęcia, podniosło na chwilę pyszczek i oboje, pani z bloku po lewej i Jurek, dostrzegli bezgraniczną rozpacz malującą się w jego oczach.

– Moje biedactwo – załkała pani. – Ktoś go chyba porzucił! Ludzie są bez serca!

– Może się zgubił? – wyraził przypuszczenie Jurek i pogłaskał psa. Zwierzak westchnął ciężko i położył łebek na bucie. – Ciekawe, czyj to but.

– But, nie but, psa trzeba ratować. Niech go pan weźmie! – rozkazała nagle pani z bloku po lewej. – Ja nie mogę, bo mam koty. Przecież nie zostawi go pan na pewną śmierć!

Jurek zawahał się. Z jednej strony psiak wzbudzał w nim sympatię i współczucie, z drugiej – odezwał się zdrowy rozsądek. W domu czekał na niego Synek, dog angielski, który rozmiarami dorównywał małemu cielakowi. Jak zareaguje na pojawienie się psiej konkurencji? Ten maluch nie miałby w starciu z Synkiem najmniejszych szans. Poza tym być może pies istotnie się zgubił, a wtedy należało raczej odnaleźć właściciela. Jurek zamyślił się, pochylony nad psem i butem, którego pies pilnował, i nie zauważył, że pani z bloku po lewej odeszła, przekonana, że spełniła miłosierny uczynek.

– Słuchaj, kolego – zwrócił się do psa. – Zrobimy tak: ja teraz pójdę do domu, bo muszę wyprowadzić na spacer innego psa. Potem przyniosę ci coś do zjedzenia i zastanowimy się, co dalej, dobrze? Nie ruszaj się stąd.

Jurek wstał i ruszył do domu. Odwrócił się dwukrotnie. Za każdym razem widział psa leżącego obok buta. Po niedługim czasie podjął męską decyzję…

Wieczorem tego samego dnia, fragment maila do Roksany

Nigdy nie posądziłabym Jurka o taką wrażliwość, a nawet romantyzm. Dziś po południu przyprowadził do domu nowego psa. Jest to suczka rasy york, młodziutka, najwyżej dwuletnia, prześliczna. Babcia Jurka oraz Synek zakochali się w niej bez pamięci. Jurek twierdził, że psinę znalazł w pobliżu naszego domu, leżała na chodniku w towarzystwie męskiego buta i wyglądała jak sto nieszczęść.

Jurek nie od razu zabrał ją do siebie, lecz poszedł, żeby wyprowadzić na spacer Synka i zastanowić się, co zrobić z zagubionym psiakiem. Tymczasem nasz pupil, gdy tylko wyszedł za próg, wypatrzył maleństwo i pobiegł w jego stronę. Jurek przestraszył się, że Synek zrobi yorkowi krzywdę, ten jednak obwąchał malucha, a następnie szturchnął go nosem. Piesek podniósł się i w towarzystwie Synka i Jurka obszedł pół osiedla. Gdy wrócili pod dom, znów położył się obok buta.

– Chodź, Synek, przyniesiemy małemu coś do zjedzenia – zaproponował Jurek. Obaj wrócili zatem do domu, pozostawiając pieska samego. W tej samej chwili zagrzmiało. Zbliżała się ostatnia w tym sezonie burza. Za oknami pociemniało, wiatr ucichł. Synek zbliżył się do okna i zawył przeciągle.

– Jasne, stary, zaraz go przyprowadzę – bezbłędnie zrozumiał przyjaciela Jurek.

Zarzucił na plecy kurtkę, bo pierwsze krople uderzyły w parapet. Otworzył drzwi do mieszkania, a wtedy Synek wyprysnął obok niego i z prędkością torpedy ruszył przed siebie. Jurek biegł za nim. Na dworze lało już jak z cebra. Potężne krople wybijały dziurki w ziemi, na chodnikach pojawiły się spore kałuże. Jurek nałożył kurtkę na głowę i pobiegł w kierunku, gdzie powinien znajdować się pies. Nie było go. Rzęsista ulewa utrudniała rozglądanie się. „Gdzie on się podział?” – pomyślał Jurek, wypatrując także Synka, który pomknął gdzieś przed siebie.

Zaczął przywoływać swojego pupila. Padało coraz mocniej, błyskawice przeszywały granatowosine niebo, grzmoty rozlegały się tuż nad głową. Przemoczony do suchej nitki Jurek obiegł dwukrotnie teren wokół domu, jednak psów nigdzie nie było. Zmartwiony popatrzył jeszcze gdzieś w dal, wykrzyknął kilka razy imię Synka, po czym zawrócił do domu. Wszedł po schodach, ocierając zupełnie mokrą twarz. Gdy otworzył drzwi mieszkania, w progu stanęła jego babcia w towarzystwie dwóch zwierzaków.

– Nie za późno na takie spacery? – zatroskała się babcia. – Deszcz pada, zmokłeś.

– Jak te psy tu się znalazły? – zapytał Jurek, zdejmując mokre ubrania. – Przecież ich szukałem.

– Synek przyprowadził koleżankę – poinformowała Jurka babcia. – W burzę nie należy wychodzić na dwór, bo to jest niebezpieczne. Psy wróciły przed deszczem, dlaczego ty nie zdążyłeś? Musiałeś iść tak daleko?

Z Jurkiem mieszkają teraz dwa psy: Synek i jego koleżanka, którą dog traktuje jak swoją młodszą siostrę. Udostępnił jej swoje posłanie oraz podzielił się z nią zawartością swojej miski. Następnego dnia oprowadził małą po całym mieszkaniu, prezentując wszystkie ważniejsze skrytki. Najciekawszego odkrycia Jurek dokonał rano. Oto na stole w kuchni znalazł męski but, którego pilnowała sunia.

11 sierpnia, czwartek

Po psa nikt się nie zgłosił. Historia się powtarza. Jurek rozwiesił ogłoszenia ze zdjęciem małej suczki jeszcze we wtorek, ale jak dotąd cisza. W schronisku dla zwierząt oraz w okolicznych lecznicach weterynaryjnych nikt nie poszukiwał małego yorka. Suczka jest grzeczna, trochę nieufna, lecz spokojna. Zamieszkała tymczasem w kartonowym pudle, gdzie zasypia w towarzystwie męskiego buta. Synek jest uszczęśliwiony. Przypomina małego chłopczyka, który oczekiwał od rodziców, że na urodziny zamiast roweru sprezentują mu braciszka albo siostrzyczkę. Obawiam się, co będzie, gdy właściciel suczki się znajdzie, a Synek tak mocno się do niej przywiąże, że rozłąka okaże się niemożliwa. Czy właściciel przygarnie ich oboje?

Na razie szukamy. Ja sumiennie przesiaduję w pralni, żeby nie martwić ojca. Jak na ironię, popularność zakładu Zacisze ogromnie wzrosła ostatnimi czasy. Aż czasem sobie myślę, że ludzie zaczęli umierać tylko dlatego, żeby skorzystać z naszej placówki. Być może mówią sobie tam, w świecie nieboszczyków: „Wiesz, mnie chowali ci, no wiesz… ci, od tego jednego, którego potem ukradli i skremowali. Ale zrobił gość karierę! Dużo większą po śmierci niż za życia!”.

15 sierpnia, poniedziałek

Bez namysłu udaliśmy się na spotkanie chóru.

Chór o wdzięcznej nazwie Ament rozśpiewywał się przed występem z okazji święta. Siostra Joanicja, która zastąpiła dawnego organistę, uśmiechnęła się na nasz widok i gestem wskazała nam miejsce w szeregu. Pani Danusia i ja dołączyłyśmy do sopranów, mój ojciec do basów. Ktoś udostępnił nam nuty.

– Dobrze, kochani – powiedziała słodkim głosem siostra. – Zaczynamy rozgrzewkę. Uwaga, rozciągamy się…

– Musi się pan posunąć, bo ja się tu nie rozciągnę. – Usłyszałam głos ojca. – Za mało miejsca.

– Rozciągamy mięśnie twarzy – objaśnił stojący obok wysoki mężczyzna. – A potem będziemy rozciągać struny głosowe. Nie musi pan kucać.

– Uwaga – wydała komendę siostra. – Robimy dzióbki i buziaczki.

Wszyscy ściągnęli posłusznie usta i zaczęli cmokać na różne strony. Było to dość zabawne i zapewne służyło nie tylko rozgrzaniu stosownych mięśni, ale przede wszystkim powszechnemu rozluźnieniu i odprężeniu się przed śpiewaniem. Kątem oka zobaczyłam ojca, który odwracał się zniesmaczony od innego mężczyzny, który właśnie na niego cmokał.

– A teraz pomruczymy – zaproponowała siostra Joanicja i wydała z siebie przeciągły pomruk. Za jej przykładem poszli wszyscy chórzyści, z wyjątkiem mojego ojca.

– Co to za wygłupy! – zaczął marudzić. – To jest chór czy kabaret?

– Proszę pana, tak rozgrzewamy się do występu. Aparat mowy musi się rozluźnić, w przeciwnym wypadku nie zaśpiewa pan ładnie – wyjaśniła cierpliwie siostra. Ojciec skrzywił się, ale posłusznie zamruczał razem z innymi. – Teraz coś trudniejszego. Uwaga! Miauczymy!

Nie wiem, czy ojciec wytrwałby w chórze, gdyby nie świadomość, że na dole gapie znów skupią swoją uwagę na nas, a nie na księdzu. Przeczekał więc miauczenie, klekotanie językiem, ziewanie i popiskiwanie. Gdy ksiądz wkroczył, chór Ament zaintonował pieśń, w której jeden męski głos wybijał się ponad wszystkie.

16 sierpnia, wtorek

Dziś rano, gdy robiłam zakupy w zaprzyjaźnionym warzywniaku, dowiedziałam się, że kilka dni temu jakiś mężczyzna zasłabł w pobliżu naszego domu i pogotowie zabrało go karetką do szpitala. Podobno mężczyzna zmarł. Dwie klientki wybierające pietruszkę odsunęły się ode mnie i zaczęły szeptać z bezpiecznej odległości.

– Jest wyjątkowo gorąco. – Udawałam, że nie widzę szeptuch. – Nie ma jeszcze dziesiątej, a już jest ponad dwadzieścia pięć stopni. Osoby starsze trudniej znoszą takie upały.

– To podobno był młody człowiek. – Sprzedawczyni pokręciła głową. – Wyszedł na spacer z psem i się przewrócił. Dwa dni później już nie żył. W poniedziałek będzie pogrzeb.

– Robili mu sekcję? – zainteresowałam się.

Szepczące porzuciły pietruszkę i pospiesznie wyszły.

Nie miałam wątpliwości, że na osiedlu pojawią się nowe plotki na temat mojego udziału w śmierci tego człowieka.

– Na pewno – przyznała sprzedawczyni. – Ale przecież wyników nie ogłoszą w prasie. Jednak nikt nie wie, co stało się z psem i… – tu sprzedawczyni zniżyła głos, jakby za chwilę miała mi wyjawić tajemnicę wagi państwowej – zginął mu but!

– Jaki but? – zapytałam odruchowo.

– Prawy – odpowiedziała sprzedawczyni. – Prawy męski but. Zabrali mu. I psa też. To na pewno sataniści!

17 sierpnia, środa

Narada wojenna odbyła się na zapleczu zakładu pogrzebowego. Nie ulegało wątpliwości, że sprzedawczyni mówiła o właścicielu zagubionej suczki, która z taką czułością pilnowała buta swojego – jak się okazało – zmarłego pana. Pan Pawełek dramatycznym szeptem poinformował nas, że nieboszczyk miał tylko siostrę, która na stałe mieszka w Bydgoszczy i chciałaby jak najszybciej załatwić formalności pogrzebowe. Sekcja zwłok miała wykazać zawał serca, co siostry nie zdziwiło, bo podobno jej brat prowadził bardzo niespokojny tryb życia. Przejawem tego niepokoju miał być fakt, że sprawił sobie niedawno psa, choć przez całe życie żywił nieskrywaną niechęć do zwierząt. Pies zaginął, prawdopodobnie uciekł, i siostra nie zamierza się nim przejmować. Fakt, że zginął również jeden but, też nie miał dla niej żadnego znaczenia. Widocznie pielęgniarze strącili, gdy ładowali brata do karetki.

Siostra chce szybko pochować brata, wszystko jedno gdzie, na pogrzebie pewnie nie będzie, bo musi wracać do Bydgoszczy, godzi się nawet na kremację. Prowadzi salon fryzjerski i ma poumawiane klientki. Płaci gotówką i chce mieć problem z głowy. Czyli mamy bezpańskiego nieboszczyka!

Pan Pawełek referował wszystko w taki sposób, że atmosfera zrobiła się co najmniej jak z horroru. Obecni, czyli mój ojciec, pani Danusia, Jurek i ja, poczuliśmy, że ciarki przechodzą nam po plecach.

– No i co z tego? – wymamrotał ojciec. – Co nas obchodzi ta siostra i jej but? To jest, chciałem powiedzieć, jej brat? Pochowamy go i z głowy!

– No właśnie! – podchwycił pan Pawełek nieco głośniej i wszyscy odruchowo uciszyli go gestem, jakby spiskowanie na zapleczu zakładu pogrzebowego było surowo zabronione. – Mamy zwłoki!

– Chcecie wcisnąć tego faceta rodzinie profesora? – upewnił się Jurek. – Myślicie, że się nie zorientują? Nie było ciała i nagle jest? Trochę czasu już upłynęło…

– A co mamy zrobić, skoro się tak uparli? – Pani Danusia wzruszyła ramionami. – Jak taki dziki osioł na pastwisku. Zaprze się i rób, co chcesz.

– Można spróbować – zaczęłam ostrożnie. – Może nie będą się upierać przy oglądaniu zwłok. Zobaczą trumnę, w trumnie ciało, pochowa się je z honorami i z głowy. Poza tym powiemy im, że przy takim upale ciało nie wygląda ładnie, więc nie ma na co patrzeć.

– A co będzie, jeśli zajrzą? – zaniepokoiła się pani Danusia. – Nie możemy tego wykluczyć.

– Zrobimy mu charakteryzację – zadecydował pan Pawełek. – Założy się na łeb perukę, doczepi siwe brwi i brodę, narysuje kilka zmarszczek i z głowy.

– Szkoda, że nie wiemy, jak ten profesor wyglądał – zauważyłam. – Postaram się gdzieś znaleźć jego zdjęcie, żeby upodobnić do niego tego trupa.

– Pośpiesz się, bo jutro trzeba go pochować – ostrzegł mnie pan Pawełek. – Najpóźniej do południa musi być gotów. Rano zawiadomimy rodzinę; lepiej, żeby nie mieli zbyt wiele czasu na niepotrzebne pretensje. W końcu w taką pogodę trzeba szybko chować zwłoki!

Kiwnęłam głową na zgodę i na tym narada produkcyjna została zakończona. Pod osłoną zmierzchu rozeszliśmy się do domów, tylko pan Pawełek pozostał w kostnicy.

Redakcja: Julia Celer

Korekta: Julia Topolska, Artur Kaniewski

Projekt okładki: Magdalena Palej

Fotografie wykorzystane na I stronie okładki: © Anne Yungwirth/Arcangel Images; © suns07butterfly/shutterstock.com

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4930-7

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mediatorka Wróżka mimo woli 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy