Wyspy Koralowe

Wyspy Koralowe

Autorzy: Krzysztof Kryza

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 29.04 zł

Slow travel. Wśród najbardziej gościnnych ludzi świata

„Wyspy koralowe” to relacja z siedmiomiesięcznej podróży w stylu slow po archipelagach Fidżi, Vanuatu i Wysp Salomona na Oceanie Spokojnym. Przyświecająca autorowi idea angażowania minimalnych środków finansowych sprawia, że oprócz bajecznych, pocztówkowych widoków, sielskiej natury i luksusowych kurortów dostrzega on prawdziwe warunki, w jakich toczy się życie mieszkańców tego zakątka świata. Więcej – podróżując w tak minimalistyczny sposób, sam doświadcza życia, jakie prowadzą miejscowi. Zmuszony – a może zdecydowany? – omijać typowe turystyczne atrakcje, jak te oferowane przez luksusowy kurort założony przez Jaques’a Cousteau nad zatoką Savusavu, ma czas na zwiedzanie wysp według własnego pomysłu i na własnych warunkach.

Około kilometra od brzegu leży urokliwa wysepka Viubani. Pogoda fantastyczna do fotografowania, lazurowe niebo i kłębiaste cumulusy oraz turkusowy, nieskazitelnie czysty ocean. Postępujący odpływ ledwo co pokrywa wynurzającą się miejscami rafę koralową. Na jej powierzchni tworzy się biała kipiel z roztrzaskujących się fal. Blisko brzegu wysmukłe, zawsze pochylone ku wodzie palmy kokosowe. Głośny szelest ich potężnych liści konkuruje z szumem fal oceanu, na szczęście tu wytłumionym przez barierę raf. Po prawej stronie teren podnosi się dość stromo. Całe wzgórze porasta tropikalna dżungla. Widok na wysepkę iście pocztówkowy, jak z folderów ekskluzywnych biur turystycznych.

Krzysztof Kryza

Poznański obieżyświat. Podróżuje samotnie, spędzając na każdej wyprawie po kilka miesięcy. Jest komunikatywny i nie boi się wyzwań, co pozwala mu wtopić się w miejscowe życie i dotrzeć tam, gdzie inni nigdy nie byli. Z każdej wyprawy przywozi mnóstwo wspomnień udokumentowanych setkami zdjęć i godzinami filmów. Do tego od początku skrupulatnie gromadzi codzienne notatki. To właśnie na ich podstawie powstała debiutancka książka „Wyspy Koralowe”.

Spis treści

CZEŚĆ I. FIDZI

Warszawa–Tel Awiw–Hongkong

Hongkong

Fidżi, czyli Viti Levu z lotu ptaka

Spódniczki, śpiew i konserwy

Garść informacji o wyspach

Słodki skrawek Azji na Pacyfiku

Singatoka – ucieczka z wydmy

Wzdłuż Koralowego Wybrzeża do Suvy

Suva

Rejs na Taveuni

Holendrzy pierwsi na Fidżi

Taveuni, czyli w ogrodzie Fidżi

Upały i deszcze, czyli życie pod równikiem

Wędrówki po podzielonym już ogrodzie

Żywa plaża

Domowe zajęcia w tropiku

Trochę historii i koniec słodkiego maleństwa Korony Brytyjskiej

Na Mszy Świętej w Wairiki

Niechlubna przeszłość Fidżi

Opowieści z mojej plaży

Refleksje w pustym domu

Brak zatrudnienia wielką bolączką Fidżi

Głodne świnie w rajskim ogrodzie

Historia pewnego drzewa

Podróż z przygodami i bunt załogi

Niezwykła podróż szalupą przez ocean

Wyprawa na plażę Waitabu

Zakończenie wyprawy po drzewo chlebowe

Tapu Mana

Podróż na Vanua Levu

Na Vanua Levu, czyli koniec ukrytego raju

Pobyt u hindusko-fidżyjskiej rodziny

Niedziela Palmowa

Dzień nad zatoką Savusavu

Synowie największego oceanu

Najsłynniejsza plaża Fidżi

Na Viti Levu

W wiosce największego ludożercy

CZĘŚĆ II. VANUATU

Kilka faktów o Vanuatu

Czarne wyspy Melanezji

Rejs na Malekulę

Dzień Patrona, czyli przygotowania do odpustu

Kokosowe interesy

Ogrody, kilka ciekawostek i sposób na kavę

Abunia i sposób na pieczoną świnię, czyli przygotowania do święta

Parafialny festyn w Lamapie

Big Nambas i Small Nambas U Nalsina w Bourbar

Łowcy niewolników

Kilka dni w Fartavo nad Banam Bay

Historia odkrycia Vanuatu Qeiros żeglarz – mistyk

Zwykły dzień w wiosce

U rybaka w Tisman

Łowy na rafie

Skoczkowie z Pentecost

Na wysepce Atchin

Wędrówki po wyspie Atchin

Spacerkiem po wyspie

Legenda o rekinie wybawcy

Ostatnie dni na Malekuli

Podróż na Efate

W wiosce Mangaliliu

Zamieszanie spowodowane moim nagłym przybyciem

Wesele na Vanuatu

CZĘŚĆ III. WYSPY SALOMONA

Lot z Port Vila do Honiary

Rejs na wyspę Santa Isabel

W poszukiwaniu biblijnego raju na Pacyfiku

W cieniu arekowych palm Kalikaki

Smutek tropików

Wędrówka do Hirolegu

W wiosce Hirolegu

Kolonia na Santa Cruz, czyli wyprawa szaleńców

Wędrówka do Biluro

Morze Koralowe nawiedza wojna

Ostatnie dni na Santa Isabel

Biali na Wyspach Salomona, czyli reporter Jack London donosi…

Podróż na Marovo Lagoon

Z notatnika podróżnika Drugi dzień rejsu do Mbunikalo

13 czerwca – wioska Sombiro

14 czerwca – wioska Sombiro

15 czerwca – wioska Sombiro

16 czerwca – wioska Sombiro

17 czerwca, sobota – wioska Sombiro

Pożegnanie z Melanezją

Bibliografia

FOTOGRAFIE Z PODRÓŻY

CZEŚĆ I

FIDZI

Warszawa–Tel Awiw–Hongkong

Zieleń jeszcze delikatna, wiosenny poranek, a moje myśli, miast bujać na antypodach, krążą wokół rodziny. Czy wszystko zapiąłem na ostatni guzik i czy w domu dadzą sobie radę podczas kilku długich miesięcy rozłąki? Wszyscy, którzy podróżują, zgodzą się ze mną, że to najtrudniejszy moment w całej podróży – wyjście z domu. Odprawa na lotnisku i wreszcie uczucie, że skończył się etap przygotowań: zbieranie informacji, wizy, bilety i ciułanie pieniędzy – maszyna poszła w ruch, już się nie zatrzyma. Samolot EL AL Israel ponad chmurami kieruje się do Tel Awiwu. Po krótkim postoju długi nocny lot do Hongkongu. To będzie mój czwarty pobyt w tym mieście, mam do niego jakiś sentyment, chociaż nie znoszę dużych miast. Zaplanowałem podróż tak, by się tu zatrzymać.

W hoteliku, na szesnastym piętrze wielkiego kosmopolitycznego Chungking Mansions, przywitała mnie ta sama kobiecina z Filipin. Dziesięć lat temu przyjechała z Mindanao za pracą na rok, dwa, i tak już została. Chce wrócić na rodzinną wyspę, ale kiedy? Stara znajomość ma wpływ na cenę. Po locie na wschód zawsze jest się skołowanym i zmęczonym, więc muszę się położyć przynajmniej na dwie godziny. Po południu idę na promenadę filmowych gwiazd, to najbardziej popularne miejsce na Koloun. Tu młodzi turyści, najczęściej z pobliskiej zagranicy, lubią się fotografować na tle cieśniny z drapaczami chmur na wyspie. Dodatkową atrakcją deptaku są odciski dłoni słynnych aktorów. O dziewiętnastej jeszcze raz idę na nabrzeże, by sfilmować pokaz światła i dźwięku. Potężne laserowe reflektory omiatają w takt muzyki wieżowce po obu stronach cieśniny. Przyjemna, lekka chińska melodia i niesamowite efekty zawsze przyciągają widzów.

Hongkong

Wstałem o dziewiątej. Całkiem nieźle – to druga w nocy w Polsce. Dzisiaj jeszcze bardziej pochmurno. Hongkong, mimo że od wielu już lat chiński, dalej jest dość niezależnym obszarem na specjalnych prawach. Ze swoją walutą i swoim zarządzaniem pełni dziś funkcję jednego z głównych w świecie rynków wymiany towarowej i finansowej. Nie wszyscy wiedzą, że nazwa Hongkong w dialekcie kantońskim znaczy Wonny Port. Pochodzi z okresu, gdy do wyspy przybijały statki z przyprawami korzennymi i pachnidłami, głównie z Indii. Przeciętny obywatel Chin nie tak łatwo może się tu dostać…

Samolot Air Pacific do Nadi na Fidżi mam dopiero o 16.30, czyli zostało mi sporo czasu. Dobre bułki, o które trudno w świecie, którym rządzili Anglicy, można kupić w sklepie na skrzyżowaniu Nathan Road i Jordan Road. Tam właśnie ruszam wcześnie rano. Zostało mi jeszcze trochę kiełbasy z domu i chcę ją zjeść z normalnym pieczywem, a nie jakimś słodkim tostem. Po południu jeszcze szybko przez Internet wysyłam pocztę, potem idę na krótki spacer do pobliskiego parku. Hongkong ma perfekcyjnie zorganizowany transport publiczny. Tylko bardzo bogatych stać na wysoko opodatkowane samochody prywatne, i dobrze, bo zapchaliby się samochodami…

Autobusem A21 jadę na lotnisko, to spory kawał drogi, podróż trwa prawie godzinę. Podoba mi się sposób opłaty za przejazd. Są różne bilety, ale jak nie masz żadnego, to przy kierowcy wrzucasz do metalowej skarbony odliczoną kasę. Pamiętaj, że reszty nie wydają. Lotnisko w Hongkongu jest imponujące, ogromne. Bez problemu zdaję plecak i zaraz kolejką z jedną przesiadką jadę do terminalu. Na podświetlonych tablicach egzotyczne nazwy miast, do których lata się z Hongkongu. Odczuwam przyjemny dreszczyk emocji na widok egzotycznej nazwy Nadi na Fidżi. Nieczęsto lata się w rejon koralowych wysp Pacyfiku. Dla mnie dopiero teraz zaczęła się podróż, ale tak po prawdzie, to już w podstawówce podróżowałem z bohaterami książek po „koralowych morzach” z nosem w mapach i marzyłem… Były koralowe wyspy, byli odkrywcy, szczęśliwi ludzie żyjący w harmonii z naturą. Nieokiełznana przyroda, rafy koralowe, niezmierzony ocean i egzotyczna kultura. A wszystko w promieniach palącego słońca. Tego już nie ma, to mrzonki. ale jestem optymistą i liczę na to, że przy moim sposobie zwiedzania świata jeszcze trochę prawdziwej egzotyki spotkam.

Fidżi, czyli Viti Levu z lotu ptaka

Gdy się patrzy na mapę, zatrzymując wzrok na Fidżi, na tych małych okruchach ziemi pośrodku ogromnej przestrzeni Oceanu Spokojnego, to wyspy te znajdują się dokładnie po drugiej stronie globusa. Byłem w wielu miejscach na ziemi, są jednak takie rejony świata, gdzie człowiek dociera z uczuciem zachwytu i w pierwszej chwili ma ochotę się uszczypnąć. To ja tu jestem ciałem i duchem, nie śpię i nie ulegam sennym złudzeniom? Czy to wszystko, na co patrzę, istnieje naprawdę?

Nocny, jedenastogodzinny lot był równy, lekko kołyszący, ponad chmurami. Dopiero na godzinę przed lądowaniem nad oceanem nastał świt i krótko po tym w okienku ujrzałem Fidżi. Nie całkiem zapełniony pasażerami potężny boeing fidżyjskich linii Air Pacific podchodzi do lądowania. Piękna pogoda zapewnia fantastyczny widok. Widać całą wyspę Viti Levu, największą z całego archipelagu. Wynurza się zza linii horyzontu poszarpanymi wierzchołkami gór. Od strony zachodniej jest otoczona spienioną barierą fal rozbijających się na rafach. Zieleń wyspy ładnie kontrastuje z turkusowym kolorem wody na płyciznach. W miarę zbliżania się do brzegu górzysta wyspa jakby łagodnieje. Niczym widok z pocztówki ukazuje się panorama Nadi. Samolot bez kołowania delikatnie ląduje na pasie blisko oceanu.

Międzynarodowe lotnisko w Nadi położone jest na północno-zachodnim wybrzeżu Viti Levu. Już na lotnisku odczuwa się pierwszy aromat Oceanii. Nawet odór benzyny nie dławi zapachu oceanu. Po pobycie w klimatyzowanym samolocie gorące i wilgotne, wręcz duszne, powietrze uderza jak obuchem… Jeszcze z góry widziałem, że Nadi to niezbyt rozległe miasto o niskiej zabudowie. Coś jakby nasze ogródki działkowe w większej skali.

Spódniczki, śpiew i konserwy

Faceci w spódniczkach wyglądają według mnie dziwnie. W krajach, gdzie się tak ubierają, zawsze panuje wielkie rzeczy pomieszanie. Osobliwa, ciekawa kultura i zwyczaje. Zaraz kogoś spytałem, jak się na to mówi. Fidżyjska spódniczka męska to sulu, coś jak w Indonezji sarong. Od razu po wejściu do niedużego budynku lotniska, co może dziwić, bo port obsługuje sporo międzykontynentalnych przewoźników, gości wita zespół grający i śpiewający miłe dla ucha polinezyjskie piosenki. Dodatkowo mężczyźni z zespołu, ubrani w tradycyjne kolorowe sulu, wręczają kwiatki niektórym kobietom. Takie przywitanie każdego nastraja bardzo optymistycznie do pobytu w tym rajskim zakątku. Mój optymizm lekko tłamsi myśl o moim małym budżecie. Jak sobie dać radę, mając do dyspozycji tylko dwadzieścia dolarów amerykańskich dziennie?

Wszystko było w porządku do czasu, kiedy mój bagaż dostał się pod kamerę prześwietlającą. Ta dokładnie pokazała na dnie plecaka trzy puszki dobrej mięsnej konserwy. Dwie grube pracownice kazały mi rozpakować całą zawartość plecaka. Zakazany towar był na samym spodzie, więc powstał mały ambaras. W tym czasie jedna z pań zaczęła już spisywać protokół. Pomyślałem, że nie dość, że straciłem jedzenie, to jeszcze mogę dostać karę pieniężną, tak jak w Nowej Zelandii. Najgorsze, że to spotkało tylko mnie, inni spokojnie przeszli. Wyjęte konserwy puszysta pani wrzuciła do normalnego kosza i kazała podpisać protokół. Potem, jakby się nic nie stało, powiedziała z uśmiechem, że jestem wolny. Byłem wściekły, straciłem jedzenie na całe dziesięć dni. Musiałem spakować wybebeszony plecak. Z trudem przyszło mi się z tym pogodzić, bo wiele czasu kosztowało mnie jego staranne spakowanie. Na dokładkę jeszcze koszmarny kurs dolara fidżyjskiego do amerykańskiego, jak zresztą wszędzie na lotniskach. Wymieniam tylko tyle, aby starczyło na bilet do Singatoki.

Moim celem jest stolica Suva na południowym brzegu wyspy. Jednak po drodze chcę się zatrzymać w ponoć ciekawej Singatoce, słynącej z wysokich piaszczystych wydm – Sand Dunes. Viti Levu można objechać bez pośpiechu w dwa dni, ale są tacy, co robią to w jeden. Od wielu lat, prawie dookoła całej wyspy, biegnie solidna asfaltowa droga. Ma ona dwie nazwy – Kings Road i Qeens Road. Z Nadi do Singatoki, a potem dalej, do Suvy, pojadę niemal nad samym brzegiem, Qeens Road. To przepiękna trasa wzdłuż Koralowego Wybrzeża.

Garść informacji o wyspach

Czterdzieści pięć dni – tyle czasu daję sobie na wędrówki i zwiedzanie wysp, potem mam samolot na wyspy Vanuatu. Tuż przy wyjściu z terminalu wsiadam do autobusu jadącego do Singatoki. W oknach nie ma szyb, a gdy pada, spuszcza się brezentowe rolety. Fidżi to archipelag 322 wysp o powierzchni 18 tysięcy 272 kilometrów kwadratowych. Tylko 110 wysp jest stale zamieszkanych. Trzy są duże: Viti Levu, długa na 150, a szeroka na 105 kilometrów, druga to Vanua Levu i trzecia Taveuni. W odległych epokach geologicznych był tu podobno kontynent, który zapadł się w głębiny oceanu. Wierzchołki gór zatopionego kontynentu to właśnie wyspy Fidżi. Dzisiejszy ich krajobraz jest zaś efektem erupcji wulkanów i wypiętrzenia się raf koralowych. Długotrwała działalność natury zrodziła tu wielką rozmaitość wybrzeży, złożonych z niezliczonych zatok, cieśnin, plaż i malowniczych zakątków, pokrytych bujną tropikalną roślinnością. Prawie wszystkie wyspy są górzyste. Na wschód od Viti Levu leżą setki malutkich wysepek koralowych archipelagu Lau. Na północny zachód od Viti Levu rozciągają się wysepki archipelagu Yasawa, niezwykle popularne turystyczne eldorado.

Do Singatoki jest około pięćdziesięciu kilometrów. Autobus, którym jadę, to przerobiona ciężarówka, co słychać po pracy silnika. Jest tak głośno, że trudno wytrzymać. Dobrze, że to tylko godzina jazdy. Szosa w wielu miejscach dochodzi prawie do lazurowych wód oceanu. W różnej odległościach od brzegu, tuż pod powierzchnią wody, rafy koralowe powodują rozbijanie się fal. Takie przyboje z białą pianą kapitalnie wyglądają na tle ciemnego granatu wody. Wzdłuż Queens Road jest najwięcej piaszczystych plaż, poznać to po gęstości zabudowy. Co kawałek mijamy jakieś ośrodki turystyczne zwane tu resortami. Jeśli chodzi o Viti Levu, to najbardziej popularny turystycznie brzeg wyspy, ma on swoją nazwę – Koralowe Wybrzeże. Tak już jest w tym rejonie Pacyfiku, że w ciągu dnia woda odpływa, a po południu powraca. Jest to widokowo niezbyt atrakcyjne, bo odsłania mało urodziwe dno. Na drodze mały ruch, jak gdyby nie było sezonu turystycznego. Podają, że średnia roczna temperatura na wyspie wynosi dwadzieścia siedem stopni Celsjusza. Chciałbym, żeby teraz, w marcu, też była taka. Niestety z nieba leje się żar i jest grubo powyżej trzydzieści stopni. Przyjechałem do Singatoki, chcę zatrzymać się tu przez dwa dni. Pierwsza rzecz to znalezienie taniego hoteliku, co nie jest tutaj takie łatwe. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jaki jestem niski w porównaniu z miejscowymi mężczyznami. Niby wiedziałem o tym wcześniej, ale co innego przekonać się naocznie. To wielkie i tęgie chłopy. Na szczęście są i drobniejsi ode mnie. To tutejsi Hindusi. Chwilami czuję się jak w Indiach, a jestem przecież na środku Pacyfiku…

Fidżi to najbardziej na wschód położone wyspy, które zalicza się do Melanezji. Zamieszkują je dwie społeczności: rdzenni mieszkańcy Melanezyjczycy i sprowadzeni tu Hindusi. Krajowców wysp Pacyfiku dzieli się na trzy grupy: Polinezyjczyków, Mikronezyjczyków i Melanezyjczyków. Pogląd specjalistów z antropologii jest zgodny, że Melanezyjczycy rozprzestrzenili się na Pacyfik z Nowej Gwinei i przyległych archipelagów w kierunku południowo-wschodnim, po łuku obejmującym Wyspy Salomona, Vanuatu i Fidżi. Taka jest też trasa mojej dalszej podróży, tylko w przeciwnym kierunku. Rdzenni mieszkańcy Fidżi to ludzie wysocy i dobrze zbudowani, przesadnie dbający o swoje brzuchy. Sporo jest otyłych, bez względu na płeć i wiek. O kolorze skóry nie warto się rozpisywać, bo jest różny, brązowy lub trochę jaśniejszy. Ja mówię o takiej skórze, że jest dobrze opalona, wielu białych mogłoby jej pozazdrościć. Duże wrażenia na przybyszach robią bujne czupryny miejscowych. Pierwszy raz typową fryzurę fidżyjską ujrzałem w samolocie, którym przyleciałem. Pasażerów Air Pacyfic obsługiwały dwie stewardesy w charakterystycznych melanezyjskich fryzurach. We włosy miały wpięte białe kwiatki frangepani, bardzo popularne na całym Pacyfiku. Od razu pomyślałem, że z takimi włosami nasi fryzjerzy mieliby spory problem, choć można odnieść wrażenie, że włosy same tak się układają. Ale to pozory. Jak się później dowiedziałem, ułożenie takiej fryzury wymaga dużych umiejętności i doświadczenia. Tak dzisiaj, jak i przed wiekami, na Fidżi dobrze ułożona fryzura jest ważną ozdobą. Znana jest historia ostatniego króla Thakombau. Kiedy król płynął w odwiedziny do królowej Tahiti, przed spotkaniem przez wiele godzin układał swoje włosy, żeby godnie zaprezentować swą dostojność. Popularne, wielkie i czarne czupryny kręconych włosów, niczym spiętrzona wełnista kula, a do tego uśmiechnięta gęba z pozdrowieniem „bula, bula”, to powszechny widok niemal wszędzie na Fidżi.

Słodki skrawek Azji na Pacyfiku

Skąd na Fidżi Hindusi? W populacji osiemset pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców około czterysta tysięcy to Hindusi! Czyż to nie skrawek Indii na bezmiarze Pacyfiku? Pierwsza grupa pięciuset mieszkańców Indii przybyła tu w roku 1878 na statku Leonidas – to data, od której rozpoczęło się zasiedlanie wysp przez Hindusów. Około 1800 roku wyspami zaczęli się bardzo interesować Europejczycy. Nie zważając na wewnętrzne sprawy mieszkańców, wojny plemienne i powszechny tu kanibalizm, postanowili działać znanymi, wypróbowanymi gdzie indziej metodami… Nowych przybyszy interesuje jak zwykle eksploatacja, wykorzystanie, sianie zamętu, a w ostateczności zawładnięcie wszystkim. Z powodu rabunkowej wycinki odkrytego tu cennego drzewa sandałowego kończą się łatwe dochody. Nie przejmują się tym jednak. Panują tu świetne warunki klimatyczne do uprawy trzciny cukrowej, więc od razu zakładają, gdzie tylko się da, duże plantacje. Trzcina cukrowa jest trawą, więc rośnie bujnie i szybko, dochodząc do trzech, a nawet pięciu metrów wysokości. Raz zasiana, bez dodatkowych pracochłonnych zabiegów pielęgnacyjnych, może plonować dziesiątki lat. Nowi kolonizatorzy równolegle zakładają dochodowe plantacje palmy kokosowej. Uprawy trzciny cukrowej i palmy kokosowej przynoszą spore dochody, więc koloniści powiększają plantacje do granic możliwości. Wykorzystuje się nawet strome stoki wzgórz, niszcząc pierwotne lasy. Plantacje przynoszą duże zyski, biali plantatorzy opływają w dostatki, rosną fortuny pośredników w Anglii. Nadchodzi rok 1870 i nagle okazuje się, że brakuje siły roboczej. Fidżyjczycy, mimo swoich warunków fizycznych, nigdy nie byli chętni do pracy na polach, lubowali się raczej w wojaczce. W ich mentalności nie mieściło się to, co wyprawiali biali. Wyspami rządził król, a wioskami wodzowie. Była to władza bezwzględna i okrutna. Jeszcze przed przybyciem białych stale toczyli wojny z sąsiadami z Tonga i między sobą. Nie na długo kolonizatorzy nacieszyli się pracą rdzennych wyspiarzy. Przed przybyciem białych było ich ponad dwieście tysięcy. Wystarczyło zaledwie kilkanaście lat, by nowe porządki, judzenie jednych przeciw drugim i zawleczone choroby spowodowały tragiczny spadek populacji. W 1920 roku jest już ledwie 85 tysięcy krajowców. Z królem nikt się nie liczy, wodzowie wiosek to figuranci bez autorytetu. Ludność jest zdegenerowana z powodu zawleczonych chorób, miejscowa władz rozbita. Stare, wypróbowane metody dały efekt. Teraz trzeba tylko uzależnić dochodowe wyspy od Korony Brytyjskiej. Fidżi musi stać się oficjalnie kolonią. Daleko, po drugiej stronie globu, w zaciszu gabinetów zapadają ostateczne decyzje. Jeszcze tylko mała formalność dla dobrego wizerunku politycznego. Przyparty do muru, niemający nic do powiedzenia i bez wyjścia król Fidżi Thakombau w 1874 roku zrzeka się władzy królewskiej na rzecz brytyjskiej królowej Wiktorii. Formalnie od tej chwili Fidżi staje się kolonią brytyjską. Wszystko jest, jak zaplanowano. Jest nowa władza, są wielkie plantacje, ale nie ma ludzi do roboty. Z wiosek nie da się już wybrać ludzi do pracy. A słodka trawa rośnie – nawet gdy się o nią zbytnio nie troszczy, daje sto ton słodkiej masy z hektara. Kto nie chodził po polu trzcinowym, temu trudno będzie zrozumieć, ile to jest. No i nie ma kto jej zebrać. Na sąsiednich Wyspach Salomona i Nowych Hebrydach katastrofalna pustka. Mający się za chrześcijan łowcy niewolników, bezwzględni bandyci, wyłapali wszystkich nadających się do pracy na plantacjach wyspiarzy. Tak bliskie źródło taniej siły roboczej wyschło. Jednak „zaradni” Anglicy pomyśleli o swoich Hindusach. Przecież mają ich miliony, tam ich nie ubędzie, a tutaj przydadzą się bardziej. Przypłynął pierwszy statek, przypomnę, jest 1878 rok. To ważna data w historii Fidżi, początek wielkich zmian etnicznych. Podekscytowana, wystraszona grupa prawie samych mężczyzn z ulgą opuszcza ledwie utrzymujący się na wodzie statek Leonidas. Po długiej i uciążliwej, kilkutygodniowej podróży zachwycają się klimatem i bujną przyrodą. Jest prawie jak w ich ojczyźnie, Tamilnadu na południu Indii. Na razie są pełni optymizmu, naiwnie wierzą w obiecany im dobrobyt. Agenci obiecują sprowadzenie im wkrótce rodzin, przede wszystkim kobiet. Od początku głównym problemem imigrantów był brak kobiet. Ale najpierw do roboty! Pierwszej grupy robotników nie można było zrazić, mieli oni podpisany kontrakt na dziesięć lat. Tamilowie dobrze pracują, więc żądni zysków koloniści sprowadzają z Indii kolejne ich transporty. Na to wszystko z boku patrzą tubylcy. Na razie z przymrużeniem oka, bo nie zdają sobie sprawy, co z tego wyniknie w przyszłości. Marionetkowy król i malowani wodzowie nie mają już nic do powiedzenia. Lawina zmian ruszyła. Ale to jeszcze nie koniec tej słodkiej historii.

Singatoka – ucieczka z wydmy

Sporo czasu zajęło mi znalezienie miejsca do spania. Nie było nic taniego, poniżej czterdziestu dolarów fidżyjskich. Poczułem się zdruzgotany, jak tak będzie dalej, to po Fidżi wracam prosto do domu… W miasteczku, które leży w połowie drogi biegnącej wzdłuż słynnych plaż Koralowego Wybrzeża, jest sporo resortów. Tu, w miasteczku z hotelikami, jest gorzej, więc poradzono mi, bym poszukał w ośrodkach poza miasteczkiem. Próbuję dalej. W końcu znajduję podobno tanie miejsce, dziesięć dolarów fidżyjskich za nocleg, jednak nie mogę doczekać się właściciela. Zniecierpliwiony, odchodzę z myślą, że wrócę później, bo taka cena mi odpowiadała.

Idę nad rzekę, tam poczekam. Miasteczko jest pięknie położone przy końcu szerokiej doliny, którą płynie rzeka Singatoka, niedaleko stąd uchodząca do oceanu. Dzisiaj niedziela, na ławkach w cieniu drzew przesiadują spacerowicze. Mimo bliskości oceanu jest bardzo gorąco. Południowo-zachodnia strona Viti Levu jest wyjątkowo suchą częścią wyspy, tylko tu, w dolinie przy ujściu Singatoki, jest niesamowicie zielono. Przez rzekę można się przeprawić jednym mostem, to droga do Suvy, stolicy Fidżi. Drugi most do połowy zniszczył cyklon dwa lata temu, podobno nie będzie odbudowany. Prowadził nim tor kolejki wąskotorowej, używanej do przewożenia trzciny cukrowej. Miałem zamiar przejść się na drugą stronę rzeki, ale zrezygnowałem, gdyż wyglądało tam niezbyt ciekawie.

Miasteczko ma około 10 tysięcy mieszkańców i jest największym między Nadi a stolicą Suvą. Żyzna dolina Singatoki to jeden z największych rejonów rolniczych wyspy. Zdecydowana większość okolicznej ludności utrzymuje się z rolnictwa i handlu. Pozostali zajmują się obsługą ruchu turystycznego na Koralowym Wybrzeżu. Wracam do centrum. W krajobrazie miasteczka przeważa niska i prosta zabudowa, na tle zielonego wzgórza z kolorową świątynią Hare Kriszna. Całe miasto to kilkanaście krzyżujących się uliczek. Są tu trzy hoteliki, sporo sklepików, market handlowy, kilka banków i kościółek. I to już wszystko.

Cały czas dźwigam plecak, jest strasznie gorąco. Znaleziony wcześniej hotelik jest dalej zamknięty, ktoś mi w końcu powiedział, że podobno rodzina wyjechała. Straciłem nadzieję na tani nocleg. Dlaczego nie zabrałem namiotu?! Przypadkowy przechodzeń poradził, by spróbować jeszcze wejść na wzgórze. Podobno jest tam jakiś hotelik, to moja ostatnia szansa… Jeśli i tam nie znajdę miejsca do spania, będę musiał jechać dalej. Łatwo powiedzieć, gorzej wdrapać się na wzgórze, na które prowadzi długa droga z zakosami. A przecież dźwigam plecak w tym nieznośnym upale. Zlany potem i wykończony w końcu dochodzę do Top End, bo tak się nazywa hotel. Nie mam już siły negocjować ceny, uzgadniam dwa noclegi po dwadzieścia miejscowych dolarów. Strasznie drogo jak na moją kieszeń! Pokój nędzny, kilka łóżek, to tak zwany dorm, na szczęście jestem sam, nie tylko w pokoju, ale i w całym hotelu.

Z góry roztacza się rewelacyjny widok na miasteczko z przepływającą rzeką, wszystko w otoczeniu bujnej zieleni. Na horyzoncie widać wysokie nadbrzeżne wydmy, skutecznie zasłaniające ocean. Top End to najlepszy punkt widokowy w Sigatoce. Obsługą gości zajmuje się wysoki, ciemnolicy, trochę śmieszny Joj pochodzący z Kadavu. To jego rodzinna wyspa. Zaproponował, że za tydzień możemy tam wspólnie popłynąć. Według jego słów jest ponoć bardzo piękna. Wiem o niej tylko tyle, że to czwarta co do wielkości wyspa archipelagu Fidżi.

Krótko potem zszedłem do miasteczka. Wcześniej dowiedziałem się, że jest tam możliwość skorzystania z płatnego Internetu. Niestety z nadania poczty nic nie wyszło, bo było zamknięte. Zaszedłem jeszcze do małego katolickiego kościółka, ale było już po Mszy Świętej. Zamieniłem kilka zdań z wychodzącymi kobietami. Dowiedziałem się, że tu, w Singatoce, jest tylko około stu katolików, a proboszczem jest ksiądz Mateo.

Szwendam się trochę po uliczkach, idę znów nad rzekę. Dookoła bardzo dużo zieleni, różne drzewa, palmy i krzewy kwiatowe. Przy ulicach sporo kolorowych kwietników i dobrze utrzymane trawniki. Środek miasteczka przecina wąskotorowa linia kolejowa, która kończy się w połowie zniszczonego mostu. Wykorzystując popołudniowe słońce, trochę filmuję i robię zdjęcia. Widoki są doprawdy urocze.

O dziewiętnastej wracam do hotelu, rozmawiam jeszcze z Jojem, a po kolacji idę spać. Jest problem z komarami, ale na nie są sposoby. Mam moskitierę, którą rozwieszam nad łóżkiem, rezygnując ze śmierdzącej spirali przeciw owadom. Jest poniedziałek, o czwartej już nie mogę spać. To skutek dwunastogodzinnej różnicy czasu między Polską a Fidżi. Dobrze, że zatrzymałem się w Hongkongu, to złagodziło objawy związane ze zmianą czasu. Kto podróżuje daleko, ten wie, o co chodzi. Dzisiaj mam w planie udać się na wielkie wydmy. Wczoraj Joj powiedział, że to pięć kilometrów drogi i może ze mną pójdzie.

Około dziewiątej wyszliśmy, Joj ma dzisiaj wolny dzień i chętnie ze mną idzie. Po drodze musiałem kupić czapkę, bo zapomniałem zabrać swojej z domu, a bez nakrycia głowy nie sposób wytrzymać na słońcu. Przy okazji kupiłem adapter do gniazdka, bo nasze wtyczki tutaj nie pasują. Już od rana nieznośnie gorąco, całą drogę idziemy poboczem Qeens Road. Mijamy pojedyncze zabudowania i uprawne poletka. Ruch jest znikomy, więc idzie się przyjemnie. Skręcamy z drogi i dochodzimy do małego budynku biura Sigatoka Sand Dunes National Park. Tu w kasie sprzedają bilety wstępu na obszar wydm. Przy okazji w gablotach można obejrzeć sporo eksponatów z wykopalisk archeologicznych, obok jakieś tabele i opisy. Wydmy są jednym z unikatowych cudów natury Fidżi. Leżą na zachód od ujścia rzeki. Na obszarze sześćset pięćdziesiąt hektarów jest kilka paraboidalnych wydm o wysokości od dwudziestu do sześćdziesięciu metrów. Rozciągają się na przestrzeni kilku kilometrów wzdłuż wybrzeża. Archeolodzy wykopali tu szkielety ludzkie sprzed 2600 lat, ceramikę i narzędzia kamienne dawnych mieszkańców.

Idziemy ścieżką na najbliższą wydmę. Mijamy jakieś zabudowania z uprawami warzyw oraz kilkanaście palm kokosowych. Ścieżka nagle się kończy i od razu stromo zaczyna się zbocze wydmy. Wchodzimy w pośpiechu, piasek osuwa się spod nóg, podejście jest bardzo trudne. Chcę wejść na szczyt wysoki na około trzydziestu metrów i zobaczyć ocean. Ciemny piasek pali stopy tak, że nie sposób wytrzymać. Uparcie idę w górę, choć gorący jak żar piasek przesypuje się między stopami a podeszwą sandałów. Już tylko pięć metrów do szczytu i myślę, że dam radę, ale nic z tego! W pośpiechu zbiegam, cud, że nie poparzyłem nóg. Głupotą było to wchodzenie na wydmy w południe. Najlepsza pora to wczesny ranek, ale o tym jakoś nie pomyślałem.

Idziemy z powrotem, jeszcze zatrzymuję się na bazarze. Stragany są zadaszone, tęgie kobiety sprzedają owoce swojej pracy. Tu po raz pierwszy widzę miejscowe płody rolne. Zawsze lubię kręcić się po kolorowych bazarach z egzotycznymi owocami i warzywami. Spędzam tam sporo czasu. Tu można potargować się, kupić coś taniej i spróbować jakiegoś nowego owocu. Na bazarach i targowiskach są najbardziej otwarci ludzie. Zawsze można pogadać i pożartować, dowiedzieć się czegoś nowego. Tak jest na całym świecie. W zgiełku bazaru łatwiej zrobić ciekawe zdjęcie i nakręcić trochę filmu, same korzyści. Przechodzę pomiędzy stoiskami, na stołach leżą wyłożone owoce, część z nich dobrze znam, ale niektóre widzę po raz pierwszy. Są tu orzechy kokosowe, banany w kilku odmianach – małe żółte i duże zielone. Dalej leżą papaje, pomidory, pomelo i mandarynki. Z warzyw są taro, kasawa, jam i bataty. A z przypraw widzę tylko imbir. Być może jest już zbyt późna pora, wcześnie rano jest zawsze większy ruch i dużo więcej towaru. Bazar w Singatoce nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale cieszę się, że go odwiedziłem. Tak już w życiu bywa, jeśli wcześniej widzisz ogromne, wprost nie do ogarnięcia, bogate w owoce i warzywa bazary, to potem wszystkie inne wydają się malutkie i ubogie.

Dla przykładu podam inne porównanie z moich podróży. Zwiedzałem kiedyś przez dwa dni wodospady Iguaçu w Ameryce Południowej – boski cud natury, coś nieprawdopodobnego, nie do opisania pod każdym względem! Potęga i ogrom przelewającej się wody są wprost oszałamiające. Potem byłem w Afryce nad potężnymi Wodospadami Wiktorii. I co? Wydały mi się niewielkie, a przecież też są ogromne! Stąd wniosek: zaczynaj zawsze od małego do coraz większego, a będziesz zawsze podziwiał, a nie grymasił.

Z bazaru udałem się do miejscowej kawiarenki internetowej. To zwykłe małe pomieszczenie z kilkoma starymi komputerami, przy których siedziało paru głośno grających chłopaków. Hałas bardzo mi przeszkadzał, ale najważniejsze, że udało mi się wysłać z Fidżi pierwszą pocztę. Na koniec wymieniłem w banku sto dolarów amerykańskich na sto siedemdziesiąt trzy fidżyjskie. Stwierdziłem, że przy niekorzystnym kursie i panującej drożyźnie kiepsko widzę mój długi pobyt na Fidżi.

Wzdłuż Koralowego Wybrzeża do Suvy

Dzisiaj jadę do Suvy. Pożegnałem się z Jojem i o siódmej trzydzieści zszedłem do miasteczka na miejscowy PKS. Trochę się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem rubasznego, wielkiego księdza Mateo, który siedział na ławce przy supermarkecie. Chyba na kogoś czekał lub zwyczajnie nie miał nic do roboty i tak spędzał czas. Autobus jeszcze nie podjechał, więc zacząłem od księdza grzecznie wyciągać informacje na temat transportu na wyspę Taveuni. Ucieszyłem się, gdyż był dobrze zorientowany i wszystko wiedział! Jakby tego było mało, podeszły do nas jeszcze znajome mi panie, z którymi rozmawiałem dwa dni temu przed kościołem. Dziwne spotkanie… Najważniejsze, że z Suvy na Taveuni mam dzisiaj statek Sofi. Płynie tylko raz w tygodniu, i to właśnie dzisiaj. Na wyspę kursuje jeszcze drugi, Suilven, ale podobno jest w remoncie. Za chwilę już siedziałem w autobusie. Nie spodziewałem się, że przez trzy godziny będę jechał tak głośnym gratem.

Tak samo jak poprzednio w autobusie nie ma szyb, co w tym klimacie zrozumiałe. Twarde siedzenia mogę jakoś ścierpieć, ale ten hałas mnie dobija. W moich podróżach nigdy nie rozstaję się ze stoperami do uszu, które w takich sytuacjach ratują zdrowie. Jedziemy widokową Qeens Road. Południowy brzeg jest bardzo urozmaicony. Liczne zatoki, więc droga stale zakręca, ciągłe podjazdy i zjazdy niemal do brzegu. Co chwilę inny widok. Na trasie nie ma przystanków, oczekujący pasażerowie zatrzymują autobus, kiwając ręką.

Ciekawiej wygląda tu wysiadanie. Przez cały autobus przeciągnięty jest sznurek, przy kierowcy zakończony zwykłym dzwonkiem. Wystarczy pociągnąć, a szofer już wie, gdzie się zatrzymać. Zdziwiło mnie, że gdy sąsiedzi z tej samej wioski kończą podróż, to nigdy nie wysiadają razem, nawet jeśli mieszkają bardzo blisko siebie. Wyrozumiały kierowca ze stoickim spokojem zatrzymuje autobus wszędzie tam, gdzie tylko pasażer sobie zażyczy. A każdy tutaj chce podjechać pod próg swojej chatki. I to dosłownie. Nic dziwnego, że podróż trwa i trwa… I jeszcze coś. Zadziwiła mnie niezwykła cierpliwość i spokój tych ludzi. Niby nic takiego, ale dla mnie było to niesamowite doświadczenie. Ale to nie wszystko na temat wychodzenia z autobusu.

Już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo różnią się nasze społeczeństwa. U nas, niestety, zestresowany naród nie umie opanować nerwów. Wszyscy wiemy, jak wygląda u nas wysiadanie z autobusu czy tramwaju… Na długo przed przystankiem ludzie wstają z miejsc. Nerwowo, tłukąc się o siedzenia i trącając współpasażerów, pchają się do wyjścia i blokują je skutecznie. Wsiadający i wysiadający depczą sobie po nogach, nikt nie chce ustąpić. Często wulgarnie się do siebie odnoszą i klną na czym świat stoi! Na Fidżi natomiast, nawet jeśli ktoś siedzi na ostatnim siedzeniu i będzie nieznośny tłok, to wychodzący wstaje dopiero wtedy, gdy autobus się całkowicie zatrzyma. Wysiadający sprawiają wrażenie zdziwionych, że to już koniec podróży! Wolno zbierają swoje manatki i nieśpiesznie idą do wyjścia. To mnie trochę denerwuje, gdyż przedłuża czas podróży. Do Suvy jest 120 kilometrów, więc ponad trzygodzinne telepanie może wkurzyć. Tu jednak wyjątkowo nie narzekam. Specjalnie mi nieśpieszno, gdyż trasa jest przepiękna.

Co pewien czas ukazują się ocean, piaszczyste plaże, rzadziej skalisty brzeg. Autobus wspina się z trudem drogą biegnącą przez półwyspy oddzielające urokliwe zatoczki. W połowie drogi mijamy kilkanaście malowniczych wysepek otoczonych płytkimi wodami turkusowych lagun. Od czasu do czasu urzekające widoki zasłaniają zielony busz i kępy strzelistych pióropuszy palm kokosowych. Z trasy wyraźnie widać wianuszki białych jak śnieg przybojów. To rafa koralowa, tak zwana obrzeżająca, na której rozbryzgują się oceaniczne fale. Ta naturalna bariera niczym mur chroni brzeg przed groźnym oceanem. Z brzegu widać jednocześnie dwa kolory wody. Od plaży do rafy płycizna ma jasnoturkusowy kolor, a za rafą ciemnogranatowy. To barwa bezmiaru wód oceanu. Tu, na Koralowym Wybrzeżu, ten wianuszek podwodnych raf otacza wyspę w odległości od 200 do 700 metrów. W tak sprzyjających warunkach powstało wiele ośrodków turystycznych nastawionych ma obsługę miłośników podwodnego świata. Dzisiaj to dochodowy biznes, szkoły nurkowania są wręcz oblegane.

Mijamy sporo małych wiosek, więc autobus często się zatrzymuje. Ludzie mieszkają tu w bardzo skromnych domkach, podobnych do naszych altanek działkowych. Bus ma szybę tylko z przodu, dzięki naturalnej klimatyzacji jazda jest przyjemna. Przebywając w pobliżu świata podwodnych raf koralowych, powinniśmy zastanowić się nad fenomenem ich powstawania. Dokładne opracowania i opisy tego procesu można znaleźć w bogatej literaturze przedmiotu.

W kilku zdaniach postaram się w przystępny sposób to opisać. To najbardziej zadziwiający twór bujnego życia morskiego. Tym pracowitym budowniczym jest polip koralowy, stworek niewiele większy od główki szpilki. To zwierzę morskie o niskim stopniu rozwoju jest rodzajem ukwiału spokrewnionego z meduzą. W odróżnieniu od meduz polip zazwyczaj nie przemieszcza się. Żyje koloniami, czepiając się martwych, zbielałych trylionów szkieletów tego samego gatunku. Nie posiada narządów ruchu, nie widzi ani nie słyszy, nie ma serca, żył, płuc, skrzeli ani mózgu. Można powiedzieć, że to po prostu zwykły worek z jednego końca otwarty, a drugim końcem uczepiony do wapiennych szkieletów swoich przodków. Wokół jego otworu gębowego faluje pasmo malutkich czułków, chwytających wszystkie stworzonka, którym, na ich nieszczęście, zdarzyło się przydryfować w pobliże tych macek. Owe czułki chwytają pożywienie, które dalej wędruje do jamy trawiennej, spełniającej rolę wszystkich narządów. Niestrawione resztki pokarmu są wydalone przez ten sam otwór. Polip rozmnaża się w ten sposób, że każda urwana cząstka gdzieś się uczepia i może rozpocząć odtwarzanie swojego organizmu. Wapń powstały po śmierci polipa jest budulcem raf koralowych. Polip żyje tuż pod powierzchnią wody. Zabójcza jest dla niego zarówno głębia, jak i powierzchnia. Nie jesteśmy w stanie opisać przepięknej różnorodności form życia raf koralowych. W otoczeniu raf kwitnie bujne piękno podwodnego życia. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć.

Suva

Suva to największe miasto na Fidżi, ma około 100 tysięcy mieszańców i jest najbardziej kosmopolitycznym miejscem całego archipelagu. Położone jest na mocno pagórkowatym półwyspie, nad zatoką z naturalnym, dogodnym portem. W tłumie na ulicy spotkamy rdzennych Fidżyjczyków, fidżyjskich Hindusów (nazywanych tu Indofidżyjczykami) i Chińczyków. Na miejscowych uczelniach studiuje również młodzież z maleńkich wyspiarskich kraików, od Papui aż po Kiribati. Mieszkają tu też nieliczni biali, a w sezonie wyspy odwiedza sporo turystów. Kilka wyższych budynków trudno nazwać wieżowcami. W panoramie stołecznej Suvy przeważają małe, skromne domki przy wąskich uliczkach wtopionych w tropikalną zieleń. Centrum jest dość ruchliwe i zatłoczone, ale przyjemne. Przy głównej ulicy dziesiątki różnych sklepików, których właścicielami są najczęściej Hindusi i Chińczycy. W co bardziej reprezentacyjnych budynkach mają swoje siedziby liczne biura turystyczne i hoteliki oraz kilka banków. Bliżej nabrzeża jest bazar, na którym miejscowi rybacy sprzedają owoce morza.

Wszystko tutaj robi na mnie dobre wrażenie. Dreszczyku emocji dodaje mi świadomość, że jestem na maleńkim skrawku lądu, gdzieś w bezkresach Pacyfiku. Staram się o tym stale pamiętać, a nie jest to takie łatwe. Już po paru dniach czuję się jak w domu. Dla stałych mieszkańców Fidżi takim prawdziwym rajem nie jest, choć tak to z zewnątrz wygląda. Mają problemy, których na ulicy nie widać. Wcześniej pisałem, że Fidżyjczykom wcale nie wyszły na zdrowie kontakty z Europejczykami, podobnie jak innym mieszkańcom wysp Oceanii.

Gdy zaczęto sprowadzać Hindusów, populacja rdzennych Fidżyjczyków była już katastrofalnie niska. Przed przybyciem białych w 1801 roku było ponad 200 tysięcy wyspiarzy. W 1878 roku zaś, gdy zaczęto sprowadzać do pracy Hindusów, rdzennych mieszkańców zostało ledwie połowa. Ich populacja zaczęła wzrastać dopiero w XX wieku. Dzisiaj jest około pół miliona i jakieś 350 tysięcy Indofidżyjczyków, czyli osób, których przodkowie przybyli z Indii. Po ostatnim przewrocie wojskowym w 2000 roku jest w zasadzie spokojnie, ale problemy nie zostały rozwiązane do końca. Napiszę o tym jeszcze, gdy więcej się dowiem.

Spacer z plecakiem to spory wysiłek. Jest bardzo gorąco i duszno, upał nie do wytrzymania! Jestem zlany potem, południowe słońce pali bezlitośnie. Na ulicach jest mało cienia, nie ma gdzie się schować. Do biura firmy promowej trafiłem bez problemu. Za pięćdziesiąt dolarów fidżyjskich kupiłem bilet do Somosomo na wyspie Taveuni. Statek odpływa dopiero o siedemnastej trzydzieści, mam sporo czasu. Idę coś zjeść do chińskiej restauracji. Właściwie bardziej to przypomina bar, ale niech tam… Łykam jakąś kanapkę, popijam herbatą, wszystko drogie, a brzuch pusty.

Odwiedzam kawiarenkę internetową, by wysłać informacje do najbliższych. Zostało jeszcze trochę czasu, więc idę na pobliski bazar. Wielkie bogactwo różnorodnych, kolorowych ryb zawsze mnie ciekawi. Mogę je podziwiać godzinami, ale aż tyle czasu nie mam. Bazarowym handlem zajmują się najczęściej fidżijskie kobiety. Oprócz ryb oferują owoce i warzywa. Wyłożony towar wyglądał bardzo skromnie i biedniutko, rano pewnie wyglądało to inaczej, a może słońce tak przypiekło? Potem, by zorientować się w cenach, wszedłem do supermarketu. Przy okazji na drogę kupiłem dwuipółlitrową butelkę coca-coli. Tutejsze ceny zwalają z nóg, są ponaddwukrotnie wyższe niż u nas.

Na dzisiaj dość wrażeń, idę do portu. Droga przez miasto jest bezpieczna, ale w samym porcie trzeba bardzo uważać, aby nie wpaść pod koła. Przed promem Sofi ustawiła się długa kolejka różnych samochodów. To spory prom towarowo-pasażerski, cały kadłub jest czerwony, a nadbudówka biała. Widać od razu, że to stara i wysłużona jednostka. Pasażerowie czekają na pirsie. Na pokład na razie nikogo nie wpuszczają, pierwszeństwo mają samochody. Dla pasażerów nie ma osobnego wejścia, dopiero po załadunku samochodów można będzie wejść, przedzierając się pomiędzy pojazdami. Potem po metalowych schodkach wchodzi się na pokład pasażerski. Trwa to w nieskończoność. Samochody załadowane, a my czekamy jeszcze w upale prawie godzinę. Obok naszego promu stoi kilkanaście mniejszych jednostek. Już na pierwszy rzut oka widać, że wszystkie są kiepskim stanie, odrapane, pordzewiałe. Po zamalowanych krzaczkowatych literach poznać, że to zużyte chińskie albo koreańskie stateczki. Przyszło im zakończyć swój długi i pracowity żywot pod banderą Fidżi, tu, daleko na południowym Pacyfiku. W końcu wpuszczają nas na prom, można spokojnie odstawić plecak i swobodnie się porozglądać. Z górnego pokładu jest dobry widok na miasto i port.

Słońce już nisko nad horyzontem. Niebo zaczyna przebarwiać się w bajecznie piękne, żółto-pomarańczowo-czerwone kolory. Z pokładu można dokładnie przyjrzeć się otaczającemu zatokę wzgórzu. To na nim rozłożyło się miasto. W oddali na zatoce kotwiczy wiele jachtów i łodzi. Przy nabrzeżu zacumowanych jest sporo dożywających swoich dni stateczków i holowników. Z daleka wszystkie wyglądają bajecznie kolorowo, gdyż nie widać wszechobecnej rdzy. Na pokładzie zacumowanego promu nie ma nic z sielanki mórz południowych. Głośno pracuje maszynownia. Powietrze wypełnia nieznośny smród spalin zmieszany z wonią ryb leżących na słońcu.

Rejs na Taveuni

Sofi powoli odpływa od nabrzeża, ocierając się niemal o burty przycumowanych z prawej i lewej strony mniejszych jednostek. Opuszczamy spokojne wody zatoki, mijamy zakotwiczone jachty. Suva leży w odległości dogodnej na zrobienie przerwy w długich, oceanicznych rejsach, między obiema Amerykami i Australią. To bardzo ważny port dla samotnych żeglarzy, którzy zatrzymują się tu, by odpocząć i uzupełnić zapasy. To także dogodne miejsce na usunięcie awarii i przeprowadzenie poważniejszych remontów.

Nad Pacyfikiem powoli zapada zmierzch. Przez szczeliny w nisko zawieszonych nad horyzontem chmurach prześwitują ostatnie promienie słońca, tworząc krótkie, ale bajeczne widowisko. W całej gamie delikatnych odcieni czerwieni powstaje fantastyczny twór, coś na kształt wyrastających z oceanicznej toni gór… Za chwilę zrobi się ciemno i będzie kolejny spektakl, tym razem nieogarnięty ludzkim umysłem wszechświat z milionami gwiazd. To doprawdy świetne miejsce i odpowiedni czas na zadumę nad nicością człowieczego bytu. Wcześniej spędziłem sporo dni i nocy w rejsach po ciepłych wodach Indonezji. Mogę powiedzieć, że dzień na morzu, gdy dookoła tylko woda, to nudny, stracony czas. Inaczej jest nocą, gdy nad bezmiarem wód świeci księżyc z milionami gwiazd.

Płynęliśmy po połyskującym i migoczącym, pełnym życia i jakiejś dziwnej magii, szumiącym morzu. Taka tajemnicza noc jest o wiele ciekawsza niż najpiękniejszy nawet dzień. Nie zapomnę nigdy nocnego rejsu z Balikpapan na Borneo do Mamaju na Sulawesi. Całą noc, aż do cudownego wschodu słońca, spędziłem przy burcie… Nie mogę spać, gdyż na promie nie ma łóżek, można jednie przesiedzieć podróż w sali telewizyjnej. Są tam wygodne i miękkie fotele lotnicze. Niestety jest tam tak duszno i gorąco, że nie sposób wytrzymać. Do tego przez całą noc z telewizora leci jakaś nieznośna muzyka, tak zwana disco papua. Hałas jest nie do zniesienia, więc nie ma mowy, bym tam został. A na dokładkę zwalający z nóg smród z pobliskiej ubikacji. Całe szczęście, że na zadaszonym pokładzie są drewniane ławki, takie jak u nas w parkach. Jedną z nich zająłem. Starsi pasażerowie wolą świeże powietrze, więc ławki cieszą się powodzeniem. Młodych tu mało, większość wybrała salę telewizyjną. Na pokładzie jest przewiewnie, a nad ranem wręcz zmarzłem. Niby tropiki, a zimno jak w psiarni! Za twardo, żeby zasnąć, ale można wyciągnąć nogi. Bezsenna noc ma swoje zalety. Można podziwiać gwiaździste niebo z dominującym Krzyżem Południa. Jest czas na kontemplację i rozmyślanie o dziwnych sprawach współczesnego świata.

Przed podróżą czytałem trochę o państewkach mikrusach na Pacyfiku. Jest to temat na tyle ciekawy, że napiszę o tym parę zdań. Czy zdajemy sobie sprawę, że pacyficzne państwa mikrusy, które mają powierzchnię lądu kilku lub kilkunastu kilometrów kwadratowych, zgodnie z międzynarodowym prawem, to prawdziwi giganci? Wiele lat temu państwa morskie zastosowały zasadę wyłączności w obszarze 200 mil morskich od brzegu. Dla przykładu taki wyspiarski kraj Nauru ma dwadzieścia jeden kilometrów kwadratowych. A to prawdziwy gigant, bo wraz z akwenem morskim otaczającym wysepkę ma 308 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli tyle, ile powierzchnia Polski… Pięć atolików Tuwalu to tylko 26 kilometrów kwadratowych lądu, a jest gigantem o powierzchni 900 tysięcy kilometrów kwadratowych! Fidżi – 18 272 kilometry kwadratowe powierzchni, a wraz z otaczającą wodą aż 1 290 000 kilometrów kwadratowych. A na deser jeszcze jeden przypadek. Maleńkie, lecz bardzo rozrzucone po Pacyfiku wysepki Kiribati, których obszar to 811 kilometrów kwadratowych – czyli 1/4 Luksemburga – ze swoimi 200 milowymi strefami dysponuje obszarem trzech i pół miliona kilometrów kwadratowych! W tym wszystkim jest ogromny paradoks. We współczesnym świecie bezwzględnej ekonomii, w poszukiwaniu źródeł energii i złóż mineralnych, ta zasada wyłączności podnosi wartość drobnych, izolowanych wysepek. Szokuje nas, gdy dowiadujemy się, że sporo owych wyspiarskich kraików musi kupować rybę! Tradycyjne połowy w lagunach przynoszą z reguły słabe wyniki, a brak floty i sprzętu uniemożliwia połowy na otwartym oceanie. Stąd wniosek, że samo dysponowanie rozległym, 200-milowym obszarem wyłączności to nie wszystko…

O drugiej w nocy dopływamy do Koro – to malutka wysepka w połowie drogi do Savusavu na Vanua Levu. Tu właśnie miałem przyjechać z Jojem, tym z hotelu w Singatoce, który bardzo ją zachwalał. Wyszło inaczej. Pogodny ranek przywitało wschodzące z głębi oceanu słońce. Już na długo przed wschodem, w miejscu gdzie będzie się wyłaniać, powstaje piękna poświata w ciepłych kolorach czerwieni. Od chwili, gdy tylko na horyzoncie błyśnie skrawek ognistej kuli, zaczyna się jej szybki bieg ku zachodowi. U nas przebieg słońca wydaje się dużo wolniejszy. Na tych szerokościach geograficznych długość dnia i nocy jest bardzo podobna.

Vanua Levu jest już blisko przed nami, a przynajmniej tak się wydaje. Jednak będziemy płynąć tam jeszcze kilka godzin. To druga co do wielkości wyspa archipelagu, górzysta, o powierzchni sześciu i pół tysiąca kilometrów kwadratowych. Ma podłużny kształt, leży dziewięćdziesiąt kilometrów na północny wschód od Viti Levu. Około dziewiątej rano cumujemy przy nabrzeżu portu w Savusavu. Wielką zatokę o tej samej nazwie i całe miasto otaczają wysokie wzgórza. Prawdziwą ich ozdobą są setki pierzastych palm kokosowych. Miasteczko ma około 10 tysięcy mieszkańców. W czasie dwugodzinnego postoju większość pasażerów wychodzi na ląd i robi zakupy na pobliskim bazarze lub w okolicznych sklepikach. Następnym portem będzie już Wairiki na wyspie Taveuni, to jeszcze kilka godzin rejsu.

Po wyjściu z zatoki Savusavu prom kieruje się prosto na południowy wschód. Płyniemy w niewielkiej odległości od bariery rafowej, wzdłuż południowego brzegu wyspy. Świat rafy koralowej w tym miejscu jest niezwykle bogaty, lecz groźny dla wszystkiego, co pływa po wodzie. Przepływamy w pobliżu popularnego na Fidżi kurortu Jacquesa Cousteau. Z pokładu wyraźnie widać bungalowy, stylizowane na dawne fidżyjskie chaty. Słynny oceanograf i filmowiec, znawca mórz i oceanów całego świata, właśnie tu wybrał sobie miejsce na wybudowanie ośrodka do uprawiania nurkarstwa. Obecnie właścicielem jest jego syn.

Przed nami wyraźnie widać górzystą, zieloną wyspę Taveuni, powszechnie nazywaną ogrodem Fidżi. Pod względem wielkości zajmuje trzecie miejsce w archipelagu. Od Vanua Levu dzieli ją szeroka na siedem kilometrów cieśnina Somosomo. Ta nieduża wyspa ma kształt cygara o długości czterdziestu dwóch kilometrów i szerokości dziesięciu. Na 435 kilometrach kwadratowych mieszka około 10 tysięcy ludzi, w większość to rdzenni Fidżyjczycy. Taveuni jest górzysta, typowo wulkaniczna. Zadziwia fakt, że na wyspie doliczono się aż sześćdziesięciu małych kraterów. Wszystkie są od niepamiętnych czasów nieczynne. Ważną ciekawostką jest jednak ostatni wybuch wulkanu na archipelagu Fidżi – w XVI wieku. Właśnie tu miał on miejsce. Dzisiaj krater tego wulkanu wypełnia jezioro i jest to najwyższy punkt wyspy. Ma 800 metrów wysokości, stanowi atrakcję turystyczną. Niełatwo tam wejść, ale podobno warto.

Od początku planowałem dłuższy pobyt tutaj. Wyspa jest ulubionym miejscem wypoczynku Fidżyjczyków, to świadczy o jej wyjątkowej urodzie. Porównując turystyczne walory różnych wysp archipelagu Fidżi, Taveuni wydała mi się najatrakcyjniejsza. Dzisiaj w komputerze można łatwo odbyć wirtualną wędrówkę. Z kilkudziesięciu metrów można dokładnie prześledzić swoją podróż w dowolnym miejscu świata. Jednakże to wszystkiego nie zastąpi i trzeba trochę korzystać z dostępnej literatury. Wcześniej wiedziałem, że wyspa ma najbujniejszą przyrodę z całego archipelagu. Występuje tutaj największa różnorodność roślin. Można powiedzieć, że na tej małej przestrzeni żyją gatunki reprezentujące cały obszar wielkiego Pacyfiku, żadna inna wyspa jej pod tym względem nie dorównuje. Drugim atutem jest zabudowa. Nie spotkamy tu wielkich hoteli, najwyżej małe kurorty schowane w tropikalnej roślinności. Całe górzysty środek wyspy porasta nieprzebyty busz. Do tego dodam całkowity brak zakładów produkcyjnych i bardzo małe zaludnienie. Te atuty zadecydowały, że właśnie tutaj chcę zatrzymać się na dłużej. Po dwudziestu godzinach rejsu z ulgą zejdę na ląd. Mój zapał do zwiedzania tych wszystkich cudów studzi skromny budżet. Przy dwudziestu dolarach amerykańskich na dzień trudno myśleć o szaleństwie. Nie będzie raczej nurkowania i rejsów po lagunach. Wszystkie przewodniki i odwiedzający wcześniej wyspę turyści informują, że koszt dziennego pobytu jest parokrotnie wyższy. Dlatego chętnie nawiązuję nowe znajomości i zbieram informacje, gdzie tylko mogę. Najrzetelniejsze zdobywam w trakcie podróży.

Pod koniec rejsu nawiązałem owocną znajomość z powracającymi do domu sympatycznymi starszymi ludźmi. Żyją tu od wielu lat i są prawdziwą kopalnią tak niezbędnej mi wiedzy. W moich wielomiesięcznych podróżach po świecie spotykam wszędzie dobrych i uczynnych ludzi, którzy chętnie i bezinteresownie mi pomagają. Chociaż podróżuję sam, nigdy nie czuję się samotny. Łatwo nawiązuję kontakt z miejscowymi i rozmawiam z nimi o wszystkim. I nieważne, jak daleko jestem od domu, czuję się jak wśród swoich. Liczę, że nowi znajomi pomogą mi podczas długiego pobytu na wyspie.

Holendrzy pierwsi na Fidżi

Z 510 milionów kilometrów kwadratowych powierzchni globu ziemskiego Pacyfik zajmuje 165 milionów! Dla porównania łącznie wszystkie kontynenty to 149 milionów kilometrów kwadratowych. Ta liczba pokazuje, jak wielki jest Pacyfik i jak ogromne przestrzenie należało pokonywać w poszukiwaniu nieznanych lądów. Zazwyczaj ignoruje się informacje o tym, że w czasach, kiedy Europejczycy ograniczali się jedynie do żeglugi przybrzeżnej, mieszkańcy Pacyfiku podejmowali na swoich łupinkach wielkie oceaniczne wyprawy.

Dla Europejczyków czas wielkich odkryć na Pacyfiku rozpoczął Ferdynand Magellan w 1520 roku. W krótkim czasie, w poszukiwaniu cennych przypraw korzennych, europejskie mocarstwa morskie opanowały dzisiejszą Indonezję. Przyprawy korzenne całkowicie zmieniły kuchnię europejską, wprowadzając nowe smaki i zapachy. Do tego czasu stosowano jedynie sól i miejscowe zioła, jedzenie było mdłe i mało urozmaicone. Przyprawy były trudno dostępne i niebotycznie drogie. Handlem zajmowali się jedynie kupcy ze Wschodu, trzymając w tajemnicy miejsca ich pochodzenia. Po wyprawie Magellana apetyt Europejczyków na przyprawy wzrósł. Na Wyspy Korzenne (Moluki) pływało w ścisłej tajemnicy wiele portugalskich statków. Ten biedny kraj na końcu Europy w krótkim czasie stał się potęgą morską i kolonialną. Portugalczycy zajęli całe wschodnie wybrzeże Afryki oraz opanowali wyspy malajskie. Dziesiątki portugalskich statków kursowało między Molukami a Europą, dostarczając egzotyczne korzenie i nieznane owoce. Chciwość i zachłanność tego małego, jeszcze do niedawna najbiedniejszego kraju Europy nie miała granic. Usadowili się na Jawie i Molukach, z niemal całego wschodniego wybrzeża Afryki wyparli arabskich sułtanów i kupców. Rozpoczęli handel niewolnikami. Ten nieludzki i okrutny proceder zaczął przynosić znacznie większe zyski niż handel korzeniami.

Rozprowadzaniem po Europie przypraw sprowadzanych z Indii Wschodnich zajmowali się holenderscy kupcy. Robiąc biznes na pośrednictwie, pomyśleli, że można zarobić znacznie więcej, więc dlaczego nie sięgnąć do źródeł? W 1596 roku pojawił się na Jawie pierwszy holenderski statek. W tym czasie Portugalczyków wyczerpywała długa morska droga przez Ocean Indyjski. Administracja na tych zamorskich terytoriach pochłaniała krocie, podobnie jak ich obrona przed zakusami Holendrów i Anglików. Bliżej była opanowana rozbojem Afryka. Zajęli się czymś innym – intratnym handlem niewolnikami… Wkrótce Holendrzy wyparli Portugalczyków z handlu przyprawami. Znaleźli, a raczej przechwycili, prawdziwą kopalnię złota. Niebawem przejęli całe Indie Wschodnie. Założyli niebywale dochodowe przedsiębiorstwo kolonialne, nazwane Kompanią Wschodnioindyjską. Z wielką korzyścią dla udziałowców przetrwała ona ponad trzysta lat! Długie holenderskie panowanie przyczyniło się do poszerzenia wiedzy o tym rejonie świata i odkryć geograficznych. Rosły wielkie fortuny i apetyty na pomnożenie bogactw. Do gubernatora Batawii, największego miasta i portu na Malajach, dochodzą niepokojące informacje. Szpiedzy donoszą, że z Peru Álvaro de Mendaña zdołał dopłynąć od wschodu do Wysp Salomona. Podobno gdzieś na południu jest tajemniczy wielki ląd. Dlaczego nie być tam przed innymi? Kilka wypraw, które wysłano na południe w poszukiwaniu intrygującego lądu, powróciło z niczym. Nie odkryto nawet Cieśniny Torresa, choć była tak blisko, niemal o rzut kamieniem! Skoro nie udawało się dotrzeć tam drogą na południe, gubernator Indii Wschodnich wysłał kolejną ekspedycję.

Dwa statki – Heemskerk i Zeelhan – ze stu trzydziestoma ludźmi pod dowództwem Abla Tasmana, wypływają 14 sierpnia 1642 roku z Batawii, dzisiejszej Dżakarty. Wyprawa nie kieruje się wprost na południe, ale płynie na Mauritius. Wyspa należała wtedy do Holandii. Tu zaopatrują się na dalszą drogę i opuszczają przyjazny port. Po kilkunastu dniach statki wpływają w strefę zimnych zachodnich wiatrów na dalekim południu, to tak zwane ryczące czterdziestki. Przywykłe do tropików załogi cierpią od strasznego zimna. Sztormy i burze są teraz ich codziennością. By ratować statki z opresji, Tasman zdecydował się zmienić kurs o kilka stopni na północ. Po przepłynięciu czterech tysięcy mil 24 listopada osiągnął ląd nazwany później Tasmanią. Kapitan nie zdaje sobie sprawy, że w niewielkiej odległości opływa od południa kontynent australijski! Po przeczekaniu kilku sztormów wyprawa pożeglowała dalej w kierunku północnym. Dnia 13 grudnia 1642 roku dopłynęła do brzegu północnej wyspy Nowa Zelandia. Odkrytemu lądowi Tasman nadaje nazwę Kraj Stanów. Tu, podczas napadu Maorysów na łódź, ginie czterech marynarzy. Statki opuszczają nieprzyjazną wyspę. Wyprawa kieruje się na północ i wkrótce odkrywa wyspę Eua z archipelagu Tonga. Wiele lat później zawita tu kapitan Cook i z powodu gościnności wyspiarzy nada archipelagowi nazwę Wyspy Przyjacielskie.

Okręty Tasmana wzięły kurs na północny zachód. Po kilku dniach znalazły się wśród daleko wysuniętych na południe raf koralowych wysp Fidżi, obecnie to grupa wysp Lau. Jest kiepska pogoda i słaba widoczność, z tej odległości dowódca wyprawy widzi dwa szczyty. Sądzi, że to dwie osobne wyspy, w dzienniku robi krótki opis. Jak się potem okazało, była to Taveuni z dwoma sąsiadującymi wierzchołkami. Płyną na pełnych żaglach, nagle statki wpadają na przyboje. Nad rafami kłębi się piana wodna. Tasman natychmiast poleca wyostrzyć kurs prawym halsem na wiatr, by oddalić się w kierunku północnym. Po kilku minutach z masztu rozlega się przerażający okrzyk: „Przybój przed dziobem!”. Kapitan osobiście wchodzi na maszt. Łamiące się fale przyboju otaczają okręty z trzech stron, tylko za rufą jest spokojna toń, ale w tym kierunku nie można było zawrócić. Okręty dostały się między rafy. W tej krytycznej sytuacji pozostało tylko jedno – wybrać wśród raf miejsce o najsłabszym przyboju, gdzie można by przeskoczyć nad groźnymi rafami. Tak właśnie zrobiono. Szorując po rafach, okręty cudem uniknęły katastrofy. Wszędzie dookoła morze aż kipiało pasmami białych przybojów. Jak okiem sięgnąć było podobnie. Żadnych szans na bezpieczną żeglugę. Gdy tylko udało im się opuścić ten groźny akwen, pod pełnymi żaglami popłynęli prosto na północ. Ta niebezpieczna przygoda pozostawiła w świadomości Abla Tasmana trwały uraz. Na poszukania nowych wysp i lądów nikt nie miał już ochoty. Wyprawa pośpiesznie pożeglowała dalej w kierunku zachodnim dookoła Nowej Irlandii. Po dziesięciu miesiącach, 15 marca 1643 roku, dotarła do Batawii. W taki to niemal tragiczny sposób odkryto archipelagi Tonga i Fidżi. Tak się złożyło, że za chwilę postawię stopę na Taveuni, wyspie naniesionej po raz pierwszy na mapę przez Tasmana.

Taveuni, czyli w ogrodzie Fidżi

Nagle koniec przyjemnego wiaterku, jaki wiał na pokładzie Sofi. Prom podpływa do betonowego molo, zaraz za nim, na zboczu, wszechogarniająca zieleń. Uderza gorące i duszne powietrze. Na pokładzie ścisk, wszyscy jak na komendę ustawiają się do wyjścia. Z ładowni dochodzi warkot samochodów i smród spalin. Prom przypływa do Somosomo raz w tygodniu. Dla mieszkańców wyspy jest to ważne wydarzenie. Można też dolecieć tu małym samolotem, ale to drogo i nie każdego stać. Na betonowym molo stoi grupka ludzi oraz kilka samochodów osobowych i ciężarówek załadowanych miejscowymi warzywami, głównie taro. Nawiązana na promie znajomość opłaciła się. Starszy pan Luis zaproponował mi noclegi u swojego kuzyna Epeli. Podobno prowadzi on w Matei tani pensjonat tuż przy plaży. Z mapki wynika, że jest to gdzieś na północnym skraju wyspy. Obecnie jest okres poza sezonem turystycznym, więc powinno być wolne miejsce do spania. Mój dobroczyńca, pan Luis, odebrał ze szpitala w Suvie swoją żonę i teraz razem wrócili do domu. Mieszkają w Welagi, siedem kilometrów przed Matei. Zaproponował, bym zabrał się razem z nimi taksówką. Bardzo mi to pasowało, stamtąd będę miał już blisko.

Prawie wszystkie wioski położone są przy drodze biegnącej wzdłuż brzegu. Tylko jedna droga przecina wyspę w poprzek, jednakże nie przez środek, raczej w pobliżu południowego brzegu. Na południowo-wschodnim brzegu nie ma żadnej drogi. Można tam tylko dojść pieszo lub dopłynąć łodzią. Publiczny transport na Taveuni jest bardzo ograniczony, więc każdy organizuje sobie na własną rękę powrót do domu. Jedziemy asfaltową szosą tuż nad wodami zatoki. Po prawej stronie ciągną się wzgórza dochodzące do drogi. Brzeg z tej strony opada stromo do morza. W wielu miejscach jest tak wąsko, że nie da się postawić domku. Tam, gdzie jest trochę szerzej, widać kilka skromnych posesji.

Jestem pod wielkim wrażeniem wszechobecnej bujnej roślinności, jakiej dawno nie widziałem. Około 200 metrów od przystani mijamy granitowy słupek. Wyznacza on dokładnie miejsce przebiegu 180 stopnia południka geograficznego.

Dokładnie po drugiej stronie globu ziemskiego jest Greenwich pod Londynem, ze swoim południkiem zerowym, tu zaś maleńka Wairiki, tak samo ważna, ale nikomu w świecie nieznana. Znak tylko mignął przed oczyma, jeszcze to miejsce odwiedzę. Jedziemy widokową szosą wzdłuż cieśniny Somosomo, która oddziela Taveuni od wyspy Vanua Levu.

Jest ładna pogoda, więc widok na tę górzystą, zieloną wyspę mam wprost doskonały, nawet stąd, z odległości ośmiu kilometrów. Droga nie jest prosta, okrążamy kilka niezwykle malowniczych małych zatok. Na zakrętach są dość strome podjazdy. Z tych miejsc zawsze roztacza się pocztówkowy widok. Łańcuszek białych pian przyboju oddziela turkusowe wody płycizny od granatu głębi cieśniny. Dodajmy do tego wtopione w krajobraz kępy pochylonych palm kokosowych i mamy obraz jak z bajki. A na deser jeszcze widoczne na horyzoncie liczne zielone wysepki. Czuję się podekscytowany, dopiero teraz tak naprawdę dociera do mnie, że jestem na końcu świata. Bo czyż nie jest nim okruszek lądu zagubiony gdzieś na bezmiarze Oceanu Spokojnego? Mijamy jedną ze ślicznych zatoczek, nasz samochód po chwili zjeżdża w prawo w gruntową dróżkę. Stara, wyeksploatowana toyota ledwie daje sobie radę, szorując podwoziem po kamienistych koleinach i błocie. Jeszcze 200 metrów i zatrzymujemy się w Welagi, malutkiej fidżyjskiej wiosce. Już w samochodzie dowiaduję się, że wszyscy mieszkańcy są bardzo religijni. To członkowie Kościoła ewangelicko-metodystycznego, wyczuwam, jakie to dla nich ważne. Kilkanaście skromnych domków z blaszanymi dachami i kościółek na uboczu to już wszystko. Przed posesjami wystrzyżone trawniki oraz kępy krotonów i nieznanych mi innych ozdobnych krzewów o kolorowych, plamistych liściach. Z drzew najliczniejsze są wysokie palmy kokosowe, a poza tym rosną tam bananowce. Tworzą ogromne kępy, wysokie na kilka metrów. Przez zwisające suche liście, których nie chce się nikomu obrywać, wyglądają trochę szpetnie. Nie przeszkadza im to jednak rodzić dorodnych i smacznych owoców.

Do Matei zostało siedem kilometrów, za opłatą właściciel toyoty proponuje mnie tam zawieść. Jest upał, nikt się nie śpieszy. Jeszcze na chwilę siadamy, by napić się chłodnej wody. Pan Luis chce mi pomóc załatwić noclegi. Ku mojemu zadowoleniu postanawia jechać razem ze mną, a przy okazji odwiedzić kuzyna.

Dobrą szosą do Matei jedziemy tylko kilkanaście minut. Po drodze z prawej strony całe wzgórze to plantacja strzelistych palm kokosowych. Pod koniec drogi samochód pokonuje wzniesienie, z którego jeszcze ładniej prezentuje się poszarpany zatokami wschodni brzeg Vanua Levu. Słońce zniża się do horyzontu. Chmury zaczynają przybierać fantastyczne kształty i kolory w ciepłych deseniach czerwieni. Dojechaliśmy do Matei. Na wprost, w odległości około dwudziestu kilometrów, ukazały się górzysta Raba i kilka skalistych wysepek. Jeszcze kilka zakrętów i po chwili zajeżdżamy pod niski drewniany domek. Jestem na północnym przylądku wyspy. Prawdopodobnie to właśnie miejsce dostrzegł w styczniu 1642 roku Abel Tasman, ratując swoje statki przed rozbiciem o rafy koralowe. Oznaczył ten punkt na mapie i odnotował w dzienniku.

Posesję od szosy oddziela niski żywopłot z krzewów o różnokolorowych liściach. Nie ma tu bramy, na wprost wjazdu stoi prosty drewniany domek. Przed frontem ma dobudowaną obszerną werandę bez ścian. Przed budynkiem zadbany „trawniczek”, ale nie z trawy jak u nas, tylko z drobnych listków jakiejś roślinki. Są też rabaty z wielobarwnymi kwiatami, lecz największą ozdobę stanowią krzewy o fantastycznych, różnobarwnych liściach – krotony. Z tyłu, za posesją, jest ogród, widzę też wysokie palmy kokosowe i inne egzotyczne drzewa.

Przywitał nas czterdziestosiedmioletni kuzyn Luisa, Epeli, wraz z żoną Mary. Gospodarz to potężne chłopisko, jakby rodem z Polinezji. Przystojny, od razu poznać, że nie jest Melanezyjczykiem. Krótkie czarne włosy, śniada gładka skóra bez widocznego zarostu. Facet dość konkretny, znacznie mniej wylewny od żony. Mary to typowa Fidżyjka. Jak większość miejscowych kobiet tęgawa, z kulą czarnych włosów i uśmiechem na sympatycznej buzi. Pożegnałem uczynnego Luisa i obiecałem go odwiedzić, gdy będę w pobliżu. Z ustaleniem warunków mojego pobytu nie było problemów. Mile zaskoczyła mnie zaproponowana cena, niższa od spodziewanej. To znacznie polepszyło mi humor. Epeli miał ochotę jeszcze trochę pogadać, ale widząc moje zmęczenie, zaprowadził mnie na kwaterę.

Kilka metrów na lewo od domku właścicieli stoi mały drewniany budynek z dachem pokrytym blachą. Sympatyczna rodzina dorabia sobie prowadzeniem niewielkiego pensjonatu. Jest tu pięć skromnych pokoi z prostym zapleczem kuchenno-sanitarnym. Pensjonat służy raczej miejscowym. Zagraniczni turyści tych kilka dni w raju wolą spędzić w lepszych warunkach. By wejść do środka, trzeba przejść przez gąszcz egzotycznych roślin ozdobnych. Widać, że gospodarze kochają kwiaty, szczególnie storczyki, których w ogrodzie jest zatrzęsienie. A przecież dookoła same sobie bujnie rosną. Dopełniając opisu mojego miejsca noclegu, dodam coś jeszcze: do oceanu mam tylko trzydzieści kroków! Wystarczy przejść przez drogę… Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że od samego początku pobytu na Taveuni będę miał takie cudowne lokum.

Napiszę jeszcze o tym, czego dowiedziałem się po drodze. Właścicielem posesji jest Mary, która dziedziczy ją po przodkach. Na Fidżi do obrotu gruntami rolnymi dopuszczeni są tylko rdzenni Fidżyjczycy. Jednak wiadomo, że na wielu wyspach atrakcyjne turystycznie miejsca mimo to trafiają w obce ręce.

Oprócz mnie w hoteliku mieszka czterech Indofidżyjczyków. To budowlańcy z sąsiedniej wyspy, pracują na posesji obok. Młodzi chłopcy w wieku dwadziestu-dwu dwudziestu siedmiu lat. Jak przystało na Hindusów, są drobni i szczupli, z krótko ostrzyżonymi czarnymi włosami. Z natury pogodni i weseli, trochę śmieszni w zachowaniu. Już od pierwszej chwili nawiązałem z nimi znajomość. Świetnie mówią po angielsku, jednak między sobą i w domu rozmawiają w języku hindustani.

Na Fidżi wszyscy znają pozostawiony po Brytyjczykach angielski, którego uczą się w szkołach. Rdzenni Fidżyjczycy powszechnie używają między sobą fidżyjskiego. Te trzy języki w komunikowaniu się na całym archipelagu są równoprawne. W pensjonacie można również coś zjeść. Mary dobrze gotuje, więc moi młodzi sąsiedzi korzystają z wyżywienia.

Chłopcy zaprosili mnie na wspólne wieczorne picie kavy. Bardzo byłem ciekawy tego miejscowego, egzotycznego napoju, o którym tyle słyszałem. Podziękowałem i powiedziałem, że może jutro, bo dzisiaj jestem zbyt zmęczony i muszę odpocząć. Poszedłem się rozpakować. W małym pokoiku są tylko dwa łóżka i taboret. Za taką cenę to aż nadto! Jedno łóżko będzie szafą i siedzeniem, a taborecik stolikiem.

Bardzo zadowolony z dzisiejszego dnia postanowiłem udać się do sklepu, bo nie mam jedzenia. Raźno ruszyłem w drogę, nie zdając sobie sprawy, że to tak daleko. Ale długi spacer nie był na darmo. Kupiłem, co trzeba, a w połowie drogi powrotnej nieoczekiwanie spotkała mnie niespodzianka. Zatrzymał się koło mnie samochód, w którym, ku mojemu zaskoczeniu, siedział Rudi, rubaszny facet poznany na promie. Bez ceregieli zaproponował mi na jutro wspólną wycieczkę samochodową po wyspie – jak mógłbym odmówić?! Umówiliśmy się na jedenastą rano. Z werwą wracałem do hoteliku, myśląc o jutrzejszej darmowej wycieczce. Jednak ciężkie chmury na wieczornym niebie nie wróżą nic dobrego. Tylko kwestią czasu jest nadejście deszczu. Nowy problem… Oby nie lało jutro, niech wypada się w nocy…

Upały i deszcze, czyli życie pod równikiem

Długo nie mogłem zasnąć. Leżałem pod moskitierą, słuchałem, jak po blaszanym dachu dudni deszcz. Barak niski, bez jakiegokolwiek poddasza, więc nad głową perkusja. Dobrze, że nie dołączyły do tej orkiestry komary, bo byłaby symfonia. W pokoiku są dwa okna. Zamiast całych szyb mają ruchome, sprzężone jedną dźwignią paski szybek. W zależności od potrzeby można ustawić mniejszy lub większy dostęp powietrza. Tu, na Fidżi, wszystkie domy mają takie okna, w tym klimacie to wspaniałe rozwiązanie. Każdy tropikalny deszcz, a raczej krótka potężna ulewa, orzeźwia na pewien czas powietrze.

Dzisiejszej nocy nie skorzystałem z tego dobrodziejstwa, gdyż deszcz walił prosto w okna nad łóżkiem. Musiałem je szczelnie zamknąć, by nie zalało posłania. Nie jestem śpiochem, wręcz lubię wcześnie wstawać. Moim budzikiem jest nowy dzień. Choćbym zasnął późno, to i tak budzę się o świcie, tak mam już od dziecka. Nie mogę zrozumieć ludzi, którzy wylegują się nieraz do południa.

Opiszę krótko, jak wygląda dzień pod równikiem. Brak tu naszych długo się ciągnących świtów i zachodów. Około godziny szóstej zza horyzontu wyskakuje wielka czerwona kula. Przez moment można ją podziwiać gołym okiem, ale już za chwilę będzie to niemożliwe. Temperatura jest wtedy najniższa. Kto chce pracować lub spacerować, powinien to zrobić najpóźniej do godziny dziesiątej. W porze suchej już około południa upał staje się nie do zniesienia. Tymczasem w porze deszczowej w tych samych godzinach pojawiają się chmury i leje jak z cebra, chociaż nie zawsze. Zazwyczaj pada krótko, od kilkunastu minut do godziny lub dłużej. W tym czasie spada temperatura, a po deszczu powietrze staje się nieznośnie duszne. Nie wiem, ile razy w nocy lało.

Rano, gdy wyszedłem z domku, niebo nie wróżyło dobrej pogody, ale temperatura była super. Stwierdziłem, że poczekam i zobaczę, co będzie dalej. Chłopaki z budowy pracują przez siedem dni w tygodniu, więc jeszcze smacznie chrapią w sąsiednich pokojach. Już bliżej oceanu nie można mieszkać, z mojego pokoju dobrze go widać i słychać. Po parnej i gorącej nocy nie mogę dłużej już wytrzymać w dusznym pokoju. Uchylenie szybek w oknach nic nie dało.

Nie zważając na ponurą pogodę, po raz pierwszy wychodzę na moją plażę. Przechodzę przez asfaltową drogę i już jestem na piaszczystym brzegu uroczej zatoczki. Z bliska zauważam jednak, że piasek jest wymieszany z dużą ilością wygładzonych szczątków korala, więc lepiej nie chodzić tu boso. Tu, na północnym wybrzeżu Taveuni, to lawa wulkaniczna uformowała brzeg. Stygnąca w zimnej wodzie gorąca lawa stworzyła różne formy skalne. Takich plaż unika większość turystów. Mnie się poszczęściło, moja mała piaszczysta plaża jest tu wyjątkiem. Za to południowa część wybrzeża, w okolicy Loveny, obfituje w piękne lagunowe plaże. Kto oglądał film Błękitna laguna, niech wie, że to ta plaża urzekła widza swoim pięknem.

Jeszcze jedno, jeśli chodzi o wulkany. W prehistorycznych czasach, gdy z oceanu wyłaniały się skrawki lądu, dziś nazywane Fidżi, towarzyszyły temu nieustanne wybuchy i erupcje. Trudno określić dokładnie, kiedy to było, ale na pewno na długo przed przybyciem na Viti Levu i Vanua Levu pierwszych ludzi. Inaczej jest tu, na Taveuni, trzeciej największej wyspie archipelagu, nazwanej ogrodem Fidżi. Jeśli coś nazywamy ogrodem, to oprócz sprzyjającego klimatu musi być również dobra gleba. Taka właśnie tu jest – urodzajna, wulkaniczna. Niemal całe wnętrze wyspy to porośnięty dżunglą bazaltowy masyw wulkaniczny. Bardzo trudno dostępny, niezamieszkały obszar wyspy. Wulkanolodzy naliczyli tu aż 167 większych i mniejszych wygasłych stożków i kraterów. Najwyższy ma aż 1241 metrów wysokości. Ostatnia jego erupcja była stosunkowo niedawno, bo w 1658 r.

Wędrówki po podzielonym już ogrodzie

Kiedy planowałem wyjazd na Fidżi, w ogóle nie brałem pod uwagę klimatu, jaki tam panuje. Zawsze twierdzę, że każda pora jest dobra, ma swoje zalety i wady. Dla mnie ważniejszy jest koszt biletu i dlatego sezon klimatyczny nie ma specjalnego znaczenia. W tropikach nigdy nie można być pewnym oczekiwanej pogody. Na Fidżi właśnie tak jest. Lato trwa od listopada do lutego, to okres bardzo zmiennej pogody. To czas upałów nie do zniesienia, ale i wielu dni pochmurnych i deszczowych. Nie ma jednak reguły, gdyż przez wiele dni może być ładna pogoda. Od grudniu do marca o archipelag czasami zaczepi cyklon, niekiedy potężny. Niszczy nie tylko palmy kokosowe, domy, ale i wyrywa z ziemi rośliny okopowe, takie jak taro, kasava, jam. Razem z cyklonem najczęściej idzie ogromna ulewa i zalewa jak potop wszystko dookoła. Zima trwa od kwietnia do września, jest mało deszczu, a temperatura spada tylko nieznacznie. W tym okresie nie ma cyklonów. To szczyt tutejszego sezonu turystycznego, więc trudno znaleźć tanie noclegi.

Jak obiecał wczoraj, punktualnie o 11.00 przyjechał Rubi. To rodowity Fidżyjczyk z Suvy. Starszy, tęgawy jegomość o wesołym usposobieniu, z buzią, która nigdy się nie zamyka. Stale coś mówi, nawet do siebie. Strasznie sepleni, więc prawie go nie rozumiem. Udaję jednak, że jest inaczej. Z potoku słów zrozumiałem tylko, że przy okazji kilkudniowego wypoczynku załatwia sprawy biznesowe, handluje działkami. Odwiedza Taveuni nawet kilka razy do roku. Wyspa ostatnio to prawdziwy kąsek dla ludzi bogatych, którzy mają zamiar wydać pieniądze na zakup działki lub domu. W nocy lało, ranek nie zapowiadał dobrej pogody. Teraz zaś siąpi tylko co pewien czas.

Ruszyliśmy w kierunku miejscowości po przeciwnej, czyli zachodniej stronie wyspy. Jedziemy przez Neqarę, Somosomo, Waievo, Wairiki. Potem skręcamy w lewo i wjeżdżamy coraz wyżej pod górę. Przy drodze stoją ładne parterowe domy z dobrze utrzymanymi ogrodami, w których rośnie pełno egzotycznych drzew i krzewów – krotonów o kolorowych liściach – i kwiatów, jak bugenwille czy hibiskusy. Mijamy sporo domków w budowie. Na pierwszy rzut oka widzę, że teren jest już rozparcelowany i to tylko kwestia czasu, kiedy całe wzgórze będzie zasiedlone. Na szczęście zrobiła się pogoda, wiatr przepędził przygnębiające chmury. Przed nami pejzaż jak z pocztówki. Z góry doskonale widać prawie całe północne wybrzeże wyspy z wioseczkami rozłożonymi wzdłuż brzegu. Widoczną w dole szosą niedawno jechaliśmy. Turkus płytkich przybrzeżnych wód przechodzi dalej w ciemny granat głębi cieśniny Somosomo. Stąd jak na dłoni widać wyspę Vanua Levu. Wyszliśmy rozprostować kości, przy okazji zrobię parę zdjęć. Jesteśmy na skraju rzadkiego lasu, trudno go nazwać tropikalnym. Bardziej przypomina zaniedbaną starą plantację. Rozróżniam palmy kokosowe, drzewa chlebowe i bananowce. Jedziemy z powrotem, gdyż Rubi zaprosił mnie na obiad. Z drogi widać fachową robotę ogrodników, trawa zadbana, wszędzie porządek. Wszystkie prace prowadzone są z rozmysłem, tak by zachować piękne otoczenie z widokiem na morze. Rubi co chwilę wyskakuje z samochodu ze swoją wysłużoną skórzaną teczką, pełną map i planów geodezyjnych. Śmiesznie wygląda w niedopasowanych spodniach, gdy biega małymi kroczkami po mokrej trawie. Coś mruczy pod nosem i gada sam do siebie, orientując mapki w terenie. Ja w tym czasie mogę zrobić kilka zdjęć i nakręcić trochę filmu.

Ziemia na Fidżi to zapalny i skomplikowany problem w stosunkach pomiędzy dwoma społecznościami. Już na początku rządów Brytyjczyków wprowadzono prawo chroniące krajowców przed pochopną i lekkomyślną sprzedażą gruntów. Gdyby tego nie było, obrotni i przedsiębiorczy Hindusi mieliby w swych rękach prawie całą ziemię na Fidżi. Już szósta generacja napływowej ludności z Indii boryka się z ostatecznym rozwiązaniem wielu problemów, określeniem swojego statusu, ale zawsze coś stoi na przeszkodzie. Na Fidżi żyją społeczności różniące się wyznawaną wiarą, językiem, kulturą, a nawet kuchnią. W ciągu ostatnich dwudziestu lat Fidżi było sceną kilku przewrotów wojskowych. Wszystkie miały związek z tarciami pomiędzy rdzenną wyspiarską ludnością a przybyłymi w XIX wieku Hindusami.

W południe upał i duchota stały się nie do zniesienia. Na razie mam dosyć wrażeń, trzeba odpocząć w cieniu. Po chwili znów jesteśmy w pobliżu brzegu na głównej drodze. Rubi zaprasza mnie na dobrą kawę, podobno najlepsza jest na tarasie baru Garden Hotel w Wairiki. Na wyspie jest wiele drogich, małych pensjonatów, w których można odpoczywać, zażywając wszystkiego, co oferują wyspa i otaczające ją wody. Garden Hotel to największy tutaj typowy hotel konferencyjny tuż przy drodze. Nie jest tu tanio, osobiście unikam takich miejsc z wiadomej przyczyny. Inna sprawa, gdy jestem zaproszony. Za budynkiem, przy tarasie, duży błękitny basen kąpielowy.

Usiedliśmy przy stoliku w pobliżu basenu. Zbawczy cień tarasu chronił od zabójczego, południowego słońca, a od morza przyjemnie wiało. Zamówioną kawę do stolika przyniosła w dzbanku piękna dziewczyna z baru. Piję i z ciekawością przyglądam się nietoperzom. Nie zwróciłbym na nie uwagi, gdyby nie hałas, jaki robią. Tuż za basenem rośnie kilka wysokich drzew. To na ich gałęziach wiszą setki tych dużych latających ssaków. Gdyby na wyspie były jaskinie, to te nocne zwierzęta miałyby gdzie spędzić gorący dzień. Tutaj upalne dni mogą przetrwać tylko na drzewach, w cieniu liści. Z ciekawością patrzę na te mało sympatyczne zwierzątka. Owe myszopodobne stworki dla wielu są odrażające. Przepychają się i piszcząc, kłócą się o miejsce, by uciec od żaru słonecznego. Na świecie są miejsca, z których o zmroku na żer wylatują jednocześnie setki tysięcy tych dziwnych, jedynych latających ssaków. U nas w Polsce nie mamy problemów z nietoperzami, gdyż są owadożerne i przez to pożyteczne. W tropikach zdecydowanie gustują w dojrzałych owocach i są prawdziwą udręką rolników. W Indonezji, na wyspie Flores, osobiście widziałem zniszczone przez nie uprawy papai. Tam jedynym pożytkiem z tych szkodników jest delikatna pieczeń, tak na otarcie łez…

Żywa plaża

Na wyspie Taveuni nie ma elektrowni. Kto chce mieć wieczorem światło, musi kupić paliwo i uruchomić agregat. Dla nas, przyzwyczajonych do długiego przesiadywania wieczorami, to problem.

Mam założoną czołówkę, ale ile czasu można spędzić z takim oświetleniem? Po osiemnastej wszędzie już ciemno, i tak do szóstej rano. W moim pokoju prąd miał być od osiemnastej do dwudziestej drugiej, ale nie było. Nie wiem dlaczego, może z oszczędności? Paliwo jest tu bardzo drogie. Dostałem lampę naftową, bardzo fajnie, ale czym ładować akumulatorki?

Po kilku dniach cała rodzinka wyjechała na jakiś czas. Zostałem sam na gospodarstwie. W długie wieczory nie ma tu co robić. Z atrakcji jest tylko brzeg oceanu, ale ile można siedzieć nad wodą, gapiąc się w dal? W pobliżu jest kilka pensjonatów, które oferują rozrywkę dla turystów, ala to nie na moją kieszeń. Pięć minut drogi od domu, na końcu mojej koralowej plaży, jest urocze widokowe miejsce. Bar, który nazywa się Tramonto. Na klifie pobudowano drewniany budynek z zadaszonym tarasem. Stoi tam kilkanaście stolików, przy których późnym popołudniem robi się tłoczno. Po upalnym dniu szukający ochłody i spragnieni turyści mają tu raj. Skoro to bar, nie wypada siedzieć o suchym pysku. Stoliki zastawione są piwem, drinkami i pizzą. Do późnej nocy jest wesoło i gwarno. Na szczęście na widokowy taras można wejść prosto z drogi, zawsze i o każdej porze. To niezwykłe miejsce, nie tylko z racji cudownego widoku, ale też chłodnego powiewu wiaterku znad oceanu, nawet w najgorętsze dni. Często chodzę tam czytać w czasie upałów. W dzień można tu zastać rodzinkę kotów właściciela. Co robię wieczorami? Nie więcej jak dwie godziny czytam lub robię notatki, potem idę pod moskitierę. W tej duchocie trudno zasnąć. Uchylone szybki w oknach i otwarte drzwi na niewiele się zdają, gdyż na zewnątrz jest tak samo. Leżeć w łóżku i przewracać się z boku na bok to istny koszmar. W końcu jakoś zasypiam.

Budzę się wcześnie, a po zimnym prysznicu jestem już na chodzie. Ranek jest zawsze przyjemnie chłodny, dlatego idę przejść się wzdłuż brzegu. O tej porze fale dochodzą prawie pod drzewa. Trochę ciężko iść, bo jest bardzo wąsko. Ten pasek plaży, którym idę, w każdej chwili może zalać nadbiegająca fala. Myślałem, że wszystkie fale są równe, ale tylko do czasu, kiedy zostałem zalany do pasa. Teraz już wiem, że co któraś fala jest niebezpiecznie wysoka. Każdego dnia około dziesiątej rano woda zaczyna odpływać, ocean cofa się, a po południu, około szesnastej, powraca. To powszechne zjawisko nazywa się pływami morskimi. Problem zmian poziomu morza powinien dotyczyć marynarzy i rybaków, a nie turystów. Jednak mnie interesuje z tej przyczyny, że nie podoba mi się odkryty skalisty brzeg. Jest brzydko, a w dodatku cuchnie, gdy przypiecze słońce. Brzeg jest wtedy niefotogeniczny. Byłem na pięknej plaży w Vidawie. Cudowna pogoda, a wody nie ma. Jest cofnięta gdzieś daleko i rozbryzguje się na rafach koralowych. I jak tu zrobić ładne zdjęcie? Te ciągłe zmiany spowodowane są przez siły grawitacyjne Księżyca i Słońca. Woda na Ziemi od strony Księżyca ulega jego przyciąganiu, czyli się wybrzusza. Jeżeli w jednym miejscu jest jej więcej, to w innym musi być mniej. Te wypiętrzenia posuwają się naprzód w miarę ruchu Ziemi i Księżyca. Konfiguracje Słońca i Księżyca stale się zmieniają względem siebie i przez to wysokości pływów ulegają zmianom.

Plaża, przy której mieszkam, z obu stron przechodzi w skaliste, bazaltowe wybrzeże, niebezpieczne dla bosych stóp. Tu, gdzie dookoła występują rafy, na plaży zawsze jest sporo odłamków korala wymieszanych z piaskiem. Dlatego, dla własnego dobra, lepiej nie zdejmować sandałów. Kto pierwszy raz będzie na tropikalnych plażach, zwróci uwagę na mnogość krabów, są ich miliony. To zwierzątka bezszkieletowe, zamiast szkieletu mają na powierzchni skorupę lub twardą skórę, do której przytwierdzone są mięśnie. U kraba nie zobaczysz też krwi, bo jest bezbarwna. Występują w bardzo wielu gatunkach i odmianach. Jedne pełzają wolno, z ochronną muszlą na grzbiecie, jak gdyby z domkiem. W miarę wzrostu krabik szuka większej muszelki, zdobywa ją przez zabicie i pożarcie ślimaka lub znajduje muszlę opuszczoną. Krabiki, które nie noszą ochronnego domku, przebywają w pobliżu wykopanych norek. Tam błyskawicznie umykają w chwili zagrożenia. Duże kraby dobrze ukrywają się w głębokich norach. Są miejscowym przysmakiem, ale trudno się do nich dobrać. Kraby to zwierzęta pogranicza lądu i morza. Mają niesamowicie dobry wzrok, nie dają się nawet przydepnąć, gdyż błyskawicznie uciekają do norek.

Wzdłuż plaży brzeg porasta bujny gąszcz krzaków i drzew namorzynowych. Poza linią pływów zaczyna się bujna roślinność, rosną tu palmy kokosowe, ogromne drzewa – fikusy i wiele innych mi nieznanych. Wśród namorzyn można zobaczyć mnóstwo zwierzątek. Tu, wśród śmierdzącego i oślizłego środowiska, widać małe pełzające, ruchliwe stworzonka. Wyglądają jak kilkucentymetrowe rybki lub kijanki z wypukłymi, ruchliwymi oczkami. Mają silnie rozwinięte płetwy piersiowe i ogonki, którymi posługują się jak kończynami. Są jednym z nielicznych na ziemi reliktów epoki, gdy pewne formy życia opuszczały wody i przystosowywały się do atmosfery. Oddychają równie swobodnie przez skrzela, jak przez płuca, co umożliwia im życie w wodzie i na ziemi. Poruszają się niezwykle szybko po kamieniach i piasku. Czasem wspinają się na nisko zawieszone gałęzie zarośli namorzynowych i z pluskiem zeskakują do wody w razie zagrożenia.

Moim ulubionym miejscem rannych obserwacji jest potężny pień drzewa z odsłoniętymi korzeniami. W pobliżu rośnie kilkanaście pochylonych palm kokosowych. Przy leciutkim wietrze szelest pierzastych liści słychać już z daleka. Wszędzie, gdzie rosną te piękne i pożyteczne drzewa, należy bezwzględnie przestrzegać przykazania – nigdy nie siadaj pod owocującą palmą! Obserwuję, jak z każdą falą morze troszeczkę się cofa. Na mokrym piasku przesuwają się muszelki i wodorosty. W miarę opadania wody można zobaczyć małe kolorowe, tęczowe rybki i wężowidła oraz niebieskie rozgwiazdy. Te szkodniki młodych raf koralowych są nieraz niesamowicie piękne. Nocne morze lubi niekiedy sprawiać niespodzianki. Kto rano wstaje, temu morze daje… Rankiem czasami można znaleźć kawałek ułamanego korala. Te małe kikuciki koralowych ogrodów są kruche i bajecznie barwne. Między skałami na płytkiej wodzie spotkać można brunatne strzykwy. Ten wstrętny dla wielu ludzi workowaty stwór jest jednym z przysmaków chińskiej kuchni. Co ciekawe, są tu nawet specjalne hodowle tego paskudztwa.

Domowe zajęcia w tropiku

Po śniadaniu młody szef ekipy remontowej, Bridge, zaprosił mnie na wieczorne picie kavy. W najbliższych dniach kończą roboty na sąsiedniej posesji przy układaniu glazury. Praca z dala od rodzin trwała kilka tygodni i są szczęśliwi, że wkrótce wrócą na swoje wyspy. Jest więc okazja do małej wspólnej imprezy. Zapowiedzieli własnej roboty indyjskie jedzenie i fidżyjską kavę. Potem oni poszli do roboty, a ja zabrałem się do prania swoich przepoconych rzeczy. Od dwóch dni jest piękna pogoda, czyli tak gorąco, że nie ma gdzie się schować przed upałem. Rozwieszone na sznurku lub rozłożone na krzakach pranie schnie w mig. Prawie każdego dnia duże pranie ręczne, a raczej nożne, robi również Mary. W ogrodzie za domem dwa długie sznury są zawsze pełne prania. Pralki nie ma, ale Mary ma swoje sposoby. W dużej, ocynkowanej, okrągłej wannie słońce gratisowo nagrzewa wodę. Po włożeniu rzeczy i wsypaniu proszku lub mydła Mary podkasuje spódnicę i wchodzi do wanny. Długo miętoli brudy, drepcząc w kółko. Wygląda to dość paradnie, podobnie jak u nas dawniej kiszenie kapusty w beczce. Potem wszystko płucze i rozwiesza. Po tej żmudnej robocie w słońcu jest tak zgrzana, że idzie się ochłodzić długą kąpielą pod zimnym prysznicem do pobliskiej komórki.

Około południa z pola wrócili Epeli z synami Kenem i Jonem. To bliźniaki, dzieci Mary z jej pierwszego małżeństwa. Potężne, tęgawe chłopaki w wieku około dwudziestu lat. Mają jeszcze siostrę Helen, która pracuje w szpitalu w miejscowości Waievo. Rodzina Epeli to farmerzy. Głównym źródłem utrzymania jest spora plantacja taro, palmy kokosowej, papai i bananów. Do plantacji jest około ośmiu kilometrów, leży na wzgórzach za wioseczką Welagi. Rolnictwo w tym gorącym klimacie to ciężki kawałek chleba. Mimo że wszystko dobrze rośnie, wymaga dużo pracy. Każdego ranka, bez względu na pogodę, jadą pikapem do pracy. Mały pensjonat, w którym mieszkam, jest tylko dodatkowym źródłem dochodu.

Kilka metrów za domem w ogrodzie znajduje się kuchnia. Jest to prosta wiata o wymiarach dwa na trzy metry. Cztery słupy podtrzymują blaszany dach. Całe wyposażenie to stół z paleniskiem. Dla rodziny fidżyjskiej kuchnia jest bardzo ważnym miejscem. Znając ich zamiłowanie do dobrego jedzenia, rozumiem to doskonale. Lubią pichcić i nie szczędzą czasu na przyrządzenie dobrego posiłku. Żaden żonaty mężczyzna na Fidżi nie dotknie się prania, ale przyrządzanie jedzenia to zupełnie inna sprawa. Nie wstydzą się tego i chętnie w kuchni pomagają. Dzisiaj z ogrodu przywieźli świeże taro, orzechy kokosowe i papaje.

Wszyscy zabrali się do gotowania. W moich podróżach zawsze szczególnie interesuje mnie kuchnia, lubię przyglądać się, jak przyrządzane jest jedzenie. Ciekawi mnie, co się jada, a przy okazji zaglądania w kocioł – może coś z niego skapnie? Gotowanie, jak i przygotowanie produktów, odbywa się tu w ogrodzie, pod wielkim drzewem awokado. W domu nie ma kuchni, zawsze wszystko robi się na zewnątrz, w ogrodzie. Mary kroi tasakiem na desce dużego kurczaka, będzie przyrządzony w sosie z dodatkiem kokosa i curry. Epeli obiera bulwy taro. Jeden z bliźniaków zajmuje się kokosem – trzeba go obrać z grubej włóknistej łupiny i zetrzeć na wiórki. Drugi rozpala ogień i pomaga obierać taro, nazywane tu dalo.

Tak jak my lubimy ziemniaki i bez nich wielu nie potrafi zrobić obiadu, tak taro ważne jest w obiedzie Fidżyjczyka. To duża roślina korzeniowa, najprościej porównać ją można do selera. Jadalna część to korzeń ważący od pół do dwóch kilogramów. Rozeta liściowa już nic wspólnego z selerem nie ma. Z korzenia wyrastają na długich pędach ogromne jak słoniowe uszy liście. Na świecie, w strefach gorących, jest wiele gatunków taro. Na zbiór trzeba czekać długo, chcąc mieć duży korzeń, nawet dziewięć miesięcy. Taro w uprawie nie jest łatwe, gdyż istniej dużo szkodników korzenia i chorób liści. Korzeń na surowo jest niejadalny, bo zawiera szczawiany. Dlatego stosuje się moczenie, gotowanie, pieczenie i prażenie. Taro jest bardzo smaczne, odżywcze i łatwo przyswajalne. Wyspa Taveuni to prawdziwy potentat w uprawie taro. Prawie osiemdziesiąt procent fidżyjskiej produkcji pochodzi z tej malutkiej wyspy. Jest tak dlatego, że wyspa jest wolna od groźnego szkodnika – taro beetle – i choroby – zarazy liści taro. Takie warunki uzyskano tu przez ścisłe przestrzeganie kwarantanny. Raz w tygodniu z przystani w Somosomo prom Sofi zabiera kilkadziesiąt ton tego warzywa. Na taro jest bardzo duże zapotrzebowanie, zarówno na Fidżi, jak i za granicą. Sporo eksportuje się na Nową Zelandię, gdzie jest bardzo popularne.

Wypadałoby trochę napisać o tym warzywie, gdyż można je tu spotkać wszędzie. Korzenie obiera się tak samo jak ziemniaki. Epeli pokazuje mi, co się robi dalej. Chętnie mi opowiada wszystko do kamery. Mówi, że dobrze jest dodać do płukania trochę sody i odczekać chwilę. Taro kroi się na połówki i wkłada do dużego garnka. Najlepiej smakuje, gdy garnek wyłoży się liściem banana. Z wierzchu również, zamiast pokrywki, obkłada się grubo liśćmi i stawia na wolnym ogniu. Gotuje się przez czterdzieści minut bez dodawania soli. Jedna ugotowana bulwa spokojnie starcza na posiłek dla jednej osoby.

W tym samym czasie Mary gotuje w małej ilości wody pociętego kurczaka, przyprawiając go pieprzem, solą i dużą ilością curry. Potem zawartość kociołka zalewa mlekiem kokosowym, sporządzonym ze zwiórkowanej kopry i soku z orzecha kokosa. Na koniec wszystko zagęszcza mąką pszenną rozbełtaną w wodzie. Dodatkiem do posiłku są ugotowane młode liście papai. Zamiast kompotu na deser jest obrany kawał dojrzałej papai. Fidżyjska kuchnia w nie tak odległej jeszcze przeszłości słynęła z popularnych na wyspach ziemnych pieców lovo. Zasłynęły one niechlubnie tym, że pieczono w nich tak zwane długie świnie, ale o tym innym razem…

Wieczorem będzie zapowiedziana impreza, chętnie spróbuję tradycyjnej kavy i hinduskich specjałów. Ciekaw jestem, jak chłopaki to zorganizują. W moim pensjonacie jest kuchnia z bieżącą wodą i piecykiem gazowym oraz miejscem na przygotowanie jedzenia. Aby obniżyć koszty pobytu, każdego dnia sam przyrządzam proste posiłki. W Matei są dwa sklepy i tam robię prawie codziennie jakieś zakupy. Kiedy jestem w Neqara lub Somosomo, to tam załatwiam sprawunki. Tamtejsze sklepy są lepiej zaopatrzone i tańsze.

Kavę potrzebną na dzisiajszą imprezę trzeba kupić w sklepie, jeśli się jej nie uprawia w ogrodzie. Niejeden z czytelników pomyśli o naszej małej czarnej. Jednak tu, na wyspach południowo-zachodniego Pacyfiku, nie o nią chodzi. Od niepamiętnych czasów mieszkańcy tego rejonu przygotowują napój kava z korzeni rośliny o nazwie yaqona, która jest krewnym popularnego pieprzu. Jest to sporych rozmiarów, rosnący wolno krzew. Kava to nazwa napoju, ale także potoczne określenie korzenia krzewu pieprzowego służącego do jej sporządzania. Najlepsze właściwości ma korzeń pięcio-, dziesięcioletni. Jednak mało kto ma tyle cierpliwości, dlatego wykopuje się korzenie trzy-, czteroletnie. Im starszy krzew, tym napój jest mocniejszy. Na Fidżi przyrządza się kavę z suszonego korzenia, na Vanuatu zaś wyłącznie ze świeżego. Po wysuszeniu korzeń rozdrabnia się w żeliwnych moździerzach, tłukąc żelazną pałą. Powstały jasnobrązowy proszek wsypuje się do specjalnej okrągłej miski zwanej tanoa i zalewa wodą. Teraz przystępuje się do dokładnego miętolenia ręką, na koniec wszystko przecedza się przez szmatę i kava jest gotowa do picia. Cała procedura wygląda niezbyt apetycznie, a i sam napój pozostawia wiele do życzenia. To moje subiektywne, europejskie odczucie. Gotowa kava to mętna breja o kolorze kawy z mlekiem, jest gorzkawa i cierpka, jakby z dodatkiem pieprzu. Jednym słowem paskudztwo, ale łatwo można się do niej przyzwyczaić, a przez to nawet uzależnić. Kto pije, twierdzi, że kava relaksuje, daje jasność umysłu i odstresowuje. Wprowadza pijącego w euforię, podobno jest doskonała na bezsenność. Z drugiej strony wiadomo, że to napój na pograniczu narkotyku. W tej części świata jest to niezwykle popularna alternatywa dla alkoholu i papierosów. O ubocznych skutkach nikt głośno nie mówi, choć są. Powoduje nudności, szkodzi wątrobie, niszczy skórę i działa jak alkohol. Dlatego przed jazdą samochodem picie jej jest niewskazane, a nawet zabronione. Jeszcze do niedawna na Fidżi i Vanuatu eksportowały do Europy sproszkowane korzenie kavy na dużą skalę. Przynosiło to spore dochody. Specyfik ten można było kupić w aptekach w postaci proszku lub tabletek. Obecnie prawo całkowicie zabrania handlu kavą na obszarze Unii Europejskiej.

Pod wieczór moi hinduscy sąsiedzi zaczęli przygotowywać imprezę. Przy świetle lampy naftowej Bridge pichcił na piecyku hinduskie jadło. Kavę trzeba kupić, więc do sklepu Bula Bajo w Matei poszedł Salesh. Z ciekawością przyglądałem się gotowaniu. Przy okazji od Bridge'a dowiedziałem, że kavy nie wolno pić przed jedzeniem, bo można mieć nudności i wymioty. Tak się złożyło, że Epeli z synami również mieli ochotę na kavę. Szykowali ją w ogrodzie. Do naszej kuchni zajrzał Epeli, przyniósł kilka papai i zaproponował, byśmy imprezowali razem. I tak ostatecznie zostało.

Podczas picia pod drzewem chlebowym wszyscy siedzieliśmy na trawie. Było już całkiem ciemno, Epeli włączył agregat. Zaświeciły się żarówki i wtedy do światła zaczęło zlatywać się nocne, fruwające robactwo. Nie chciałem nic mówić, ale lepiej byłoby siedzieć w baraku. Tam przynajmniej nic nie lata, bo wszędzie są siatki, nawet w drzwiach. To bzyczące towarzystwo nie wadziło mi jednak tak jak ryczący i dymiący agregat prądotwórczy. Stał niedaleko nas przy wiacie, w której Epeli stawia swój samochód. Jak każe tradycja, usiedliśmy po turecku dookoła dużej tanoy, ale tak, by stopy nie były zwrócone w jej stronę. Łatwo powiedzieć, ale trudno mi to wykonać, dla miejscowych to normalne, jeśli od urodzenia podwijają nogi. Gdybym był kobietą, mógłbym siedzieć „na syrenę”. Jednym słowem, jest to dla mnie prawdziwa udręka. Do tego kava okrutnie wstrętna i cierpka. Czuję się podobnie jak po zastrzyku u dentysty, język staje mi kołkiem i drętwieje, gada się z trudnością.

Picie kavy to rytuał, więc należy przestrzegać zasad. Z tanoy czerpie się ją miseczką nazywaną bila. Ceremonię zawsze rozpoczyna gospodarz. Dawniej bila była zwykłą połówką orzecha kokosowego. Gdy Epeli już wypił, sam napełnił czerpak i po kolei częstował gości. Naczynie trzyma się oburącz i opróżnia bez odrywania ust. Wtedy należy krzyknąć: „Bula, bula” lub hinduskie „Matha”, co znaczy na zdrowie! Każdemu toastowi głośno wtórują wszyscy biesiadnicy, klaszcząc radośnie w dłonie. Nie mogłem być biernym widzem, pomimo heroicznej obrony musiałem wlać w siebie kilka miseczek tego paskudztwa.

Na szczęście po kilku kolejkach w jakiś sposób się wymknąłem i poszedłem spać. To chyba mit z tym dobrym snem po wypiciu kavy. Nie miałem ochoty na żadne jedzenie, nawet na indyjski dal bhat, przy którym Bridge tak się wcześniej napracował. Z tym halucynogennym działaniem to jakaś przesada, nie miałem. A może za mało wypiłem? Nie mogłem się jednak przemóc, by kontynuować imprezę, mój organizm stawiał zdecydowany opór tej lurze… Zamiast dal bhatu zjadłem kawał papai i wsunąłem się pod moskitierę.

Wyspy Koralowe

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-649-5

© Krzysztof Kryza i Wydawnictwo Novae Res 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Anna Gajda

ZDJĘCIA: Krzysztof Kryza

KOREKTA: Katarzyna Czapiewska

OKŁADKA: Seweryn Swacha

MAPY: Krzysztof Kryza

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyspy Koralowe 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka