Tancerka

Tancerka

Autorzy: Weronika Wierzchowska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.76 zł

Poznaj historię Heleny Cholewickiej, jednej z najwybitniejszych polskich baletnic XIX stulecia.

Do egzaminów wstępnych szkoły baletowej przystępuje delikatna i krucha Helenka. Dziewczynka pochodzi z ubogiej warszawskiej rodziny tancerzy Teatru Wielkiego, jest chorobliwie nieśmiała i skromna. Z natury małomówna i wiecznie pogrążona w marzeniach najchętniej zatapia się w lekturze romantycznej poezji. Pozbawiona siły przebicia i wielkich ambicji jest skazana na porażkę w środowisku artystów pochłoniętych rywalizacją i agresywną walką o sukces. Helena, zamiast skupić się na karierze, szuka przyjaźni, marzy o miłości i przeistoczeniu się w królową motyli.

Kiedy ta skromna dziewczyna zaczyna tańczyć, dzieją się jednak cuda. Osiąga perfekcję i artyzm niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Wielki miłośnik baletu, car Aleksander II, oszołomiony jej kunsztem tworzy dla  Heleny stanowisko primaballerina assoluta,  pierwsze takie w historii. Tancerka absolutna przez lata wprawia w zdumienie i zachwyt publiczność całej Europy. Co przeżywa ta skromna, cicha dziewczyna, gdy staje na scenie w blasku świateł? I czy uda się jej znaleźć szczęście?

Opowieść o kruchości i sile docenianej na świecie pierwszej polskiej primabaleriny.

Weronika Wierzchowska – z urodzenia mieszczka, przez długie lata zatrudniona w wielkiej korporacji jako chemiczka. Niedawno przerwała karierę, zrzuciła 30 kilogramów i wyprowadziła się na wieś. Obecnie zawodowo związana z malutką firmą kosmetyczną. Chwile niezajęte wymyślaniem i wytwarzaniem kremów, żeli i serum odmładzających poświęca córce, domowemu kucharzeniu oraz grzebaniu w starych książkach, które bardzo kocha. Zamiłowanie do dawnych historii i wymyślania własnych próbuje połączyć, tworząc opowieści o życiu kobiet: tych współczesnych i tych żyjących w dawnych czasach.

Copyright © Weronika Wierzchowska, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Andrey Kiselev/Fotolia.com;

Jan Mieczkowski/Zbiory Muzeum Teatralnego

w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-550-1

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Jak motyl

Rok 1856

Helena weszła na scenę, drżąc niczym osika. Kolana uginały się pod nią ze strachu, było jej duszno, w dodatku miała mdłości. Widownia pogrążona była w mroku, w którym majaczyła równa armia foteli, niezliczone szeregi obitych czerwonym suknem oparć. Tylko w pierwszym rzędzie kilka miejsc zajmowała komisja egzaminacyjna. Dla dziewczynki nauczyciele stanowili grupę czarnych sylwetek, przygarbionych i skulonych niczym kruki siedzące na gałęzi i czekające na śmierć ofiary. Bała się, że zaraz ją rozdziobią.

W oczy świeciły jej lampiony umieszczone wzdłuż krawędzi sceny i skierowane na tancerza. Nie widziała przez to twarzy egzaminatorów, co dodatkowo potęgowało niepewność i lęk. Mimo tego musiała zdać, nie miała przed sobą innej drogi. Liczyło się tylko tu i teraz, ten egzamin, który zdecydować miał o całym jej przyszłym życiu. Jeśli się jej nie uda, to będzie koniec. Zacisnęła więc kurczowo pięści i wyszła na środek sceny. Zamarła w bezruchu. Bała się ugiąć kolana w dygnięciu, by te się pod nią nie załamały. Niedobrze, gdyby przewróciła się, jeszcze zanim zacznie tańczyć.

To nie będzie trudne. To tylko egzamin wstępny, od kandydatów nie wymaga się wiele, bo to przecież dzieci. Tak mówiła mama. Wszystkiego dopiero was nauczą, powtarzała. Ty i tak masz przewagę, bo jesteś córką pary tancerzy. Tańczyłaś, jeszcze zanim nauczyłaś się chodzić, zanim przyszłaś na świat. Ruch, rytm i muzykę masz we krwi. Wystarczy, że zaczniesz się ruszać, nie musisz robić wiele. Oni nie przegapiają talentów, a twój dar aż promienieje, widać go w każdym twoim kroku. Nie ma w tym mieście dziecka, które poruszałoby się z taką płynnością, niemal unosiło nad ziemią. Idź i pokaż im się, to wystarczy.

Akurat! Wiedziała, przeczuwała, że nie będzie łatwo. Komisja milczała, czarne postacie coraz bardziej przypominały kruki. Któraś z nich zakrakała złowieszczo i zatrzepotała skrzydłami. Ciemność sączyła się z widowni i spływała na scenę, rozlewała się czarną kałużą. Helena cofnęła się przed nią o krok, by nie zabrudziła jej baletek. Fale gorąca bijącego od coraz bardziej rozpalonych lamp powodowały, że po plecach spływał dziewczynce pot. Jednocześnie od ciemności ciągnęło chłodem sprowadzającym dreszcze. Zadzwoniła zębami i zadygotała.

– Niech ktoś mi pomoże – szepnęła.

Nie było mowy o tańcu, nawet oddychać nie mogła normalnie. Ciemność pełzała po scenie, zbliżała się do jej białych bucików. Helena zacisnęła pięści, próbowała się modlić, ale zapomniała słów. Znów wezwała na pomoc kogokolwiek, kto wyzwoliłby ją z matni. Kruki krakały coraz głośniej, a blask lampionów stał się tak jasny, że musiała się zasłonić przed nim rękami. Cofała się, aż poczuła za plecami twardą ścianę zamykającą scenę.

– Na pomoc! Zrobię wszystko, tylko niech ktoś mi pomoże – pisnęła.

Światła lampionów kolejno gasły, jakby kończył się w nich olej. Kruki poderwały się z foteli i zaczęły latać nad widownią. Trzepotały wściekle skrzydłami i skrzeczały rozzłoszczone, kolejno rozpuszczały się w mroku, znikały. Helena odetchnęła głęboko i otworzyła oczy.

Mama siedziała na skraju jej łóżka, dłoń trzymała na czole córki. Pogładziła ją z uśmiechem po policzku.

– Już dobrze, to był tylko zły sen – powiedziała.

– Już ranek? Muszę wstawać na egzamin? – Dziewczynka próbowała usiąść na łóżku.

– Jeszcze jest czas. Zdrzemnij się, masz gorączkę – szepnęła pani Cholewicka i wstała z westchnieniem.

Wyszła z pokoju, w którym spały obie córki – gorączkująca Helenka i trzy lata od niej młodsza Tosia, która dla odmiany chrapała jak niedźwiedź. Pani Marianna przeszła do salonu, nie zamknąwszy za sobą drzwi od sypialni. Dziewczynka zatem zamiast spać, nadstawiła uszu. Odezwał się ojciec, ale nie dosłyszała, dotarła do niej dopiero odpowiedź mamy.

– Nie wygląda dobrze. Nie wiem, co za choróbsko ją dopadło, nie kaszle ani nie kicha. Może jakieś zatrucie?

– Jeśli dziś nie pójdzie, musielibyśmy liczyć, że dyrekcja zarządzi pobór uzupełniający w styczniu. – Już głośniej odezwał się ojciec.

– Możemy też odpuścić ten rok – bąknęła mama.

Helena gwałtownie usiadła na łóżku. O nie, nie może na to pozwolić. Miała już osiem lat, najwyższa pora, by iść do szkoły. Musiała być silna, cała rodzina na nią liczyła. Tata, Józef Cholewicki, był niegdyś znanym tancerzem, solistą grającym role charakterystyczne, ale od dwóch sezonów już nie tańczył. Nie miał jeszcze czterdziestu lat, ale już nie nadawał się do tej profesji. Po kilku kontuzjach w końcu kolana odmówiły mu posłuszeństwa, poza tym coraz mocniej doskwierały bóle reumatyczne. Poruszał się, podpierając laską, niczym starzec. Tak naprawdę był przystojnym, smukłym mężczyzną o delikatnej urodzie, którą odziedziczyła po nim córka. Helenie zawsze wydawał się piękny i dostojny, choć nawet ona dostrzegła, że papa słabnie, starzeje się w zastraszającym tempie, trawiony chorobami i strapieniami.

W ich domu nigdy się nie przelewało, właściwie zawsze z trudem wiązali koniec z końcem. Z tańca nie sposób było zapewnić rodzinie godnego życia, tylko w najlepszych czasach zarobki rodziców odpowiadały pensjom urzędników średniego szczebla. Teraz jednak, gdy oboje już nie tańczyli, musieli bardzo się starać, by córki nie przymierały głodem. Ojciec, jak wielu byłych tancerzy, dorabiał w teatrze. Niektórzy zostawali kasjerami lub szatniarzami, on zatrudnił się jako robotnik od budowy dekoracji. Mama chwytała się drobnych prac chałupniczych, haftowała i szyła, czasem handlowała na targowisku obrusami i narzutami własnoręcznie zdobionymi. Zdarzały się dni, że stać ich było jedynie na ugotowanie zupy na kościach i kawałku marchewki, czasem też nie starczało na opał i w mieszkaniu ciągnęło chłodem.

Helena nie mogła zatem zawieść. Musiała dostać się do szkoły baletu, działającej przy Teatrze Wielkim. To była jedyna szansa, by mogła jakoś ulżyć rodzicom. Wyuczy się tam fachu, dzięki któremu pomoże przetrwać rodzinie. Młoda dziewczyna nie miała zbyt wielu możliwości na to, by samodzielnie się utrzymywać, by zdobyć dobrze płatną pracę. Nie miało sensu życie nadzieją na złapanie dobrej partii, czyli bogatego kawalera. Lepiej było zadbać o przyszłość, ciężko na nią pracując.

Masz dar, powtarzała mama. Odziedziczyłaś po nas dwojgu to, co mamy najcenniejszego. Choć może to nie my daliśmy ci to we krwi? Może to iskra boża? Światłość dotknęła cię, dając niezwykłe wyczucie rytmu, delikatność kroków, zwiewność i płynność w ruchach. Każda taneczna figura przychodzi ci z łatwością, jakbyś urodziła się z wiedzą o tańcu, którą inni gromadzą latami ciężkiej pracy. Nie zmarnuj tego.

Nie zamierzała. Poza tym, cóż innego miałaby robić w życiu? Czekać aż jakiś kawaler weźmie ją za żonę, a potem rodzić mu dzieci i zajmować się domem? Jej świat był zupełnie inny od świata typowej dziewczynki z mieszczańskiej rodziny. Od kiedy pamiętała, w domu rozmawiało się wyłącznie o życiu w teatrze, o przedstawieniach, treningach i próbach, o intrygach i kłótniach, romansach i zdradach. Najważniejsze persony, od których zależało wszystko, to byli dyrektorzy baletu, wpierw Maurycy Pion, a potem jego następca Filippo Taglioni. Największym diabłem, którego przeklinano i którego się bano, był oberpolicmajster Abramowicz, okryty złą sławą prezes Warszawskich Teatrów Rządowych. Teatr i balet były jedynym, co Helena znała i o czym śniła.

– Idę! Nic mi nie jest! – oświadczyła, wpadając do salonu.

Tata siedział przy stole, przygarbiony i z laską w dłoni pokrytej zadrapaniami oraz odciskami. Twarz miał bladą i zapadniętą, o podkrążonych, smutnych oczach. Na widok energicznie kroczącej córki w tych oczach błysnęły jednak żywe ogniki. Usta wykrzywiły się z trudem, w coraz rzadziej pojawiającym się na jego twarzy uśmiechu.

– Moja mała – szepnął z dumą. – Nic nie jest w stanie cię powstrzymać, co?

– Miałam zły sen, to przez niego ta gorączka – odparła. – Nic mi nie jest, mogę tańczyć.

– Dobrze, pójdziemy zatem – powiedziała mama. – Nie będę jednak mogła uczestniczyć w egzaminie wstępnym. Po wejściu do teatru będziesz musiała radzić sobie sama.

Sama w wielkim teatrze. Sama przeciw czarnym krukom – pomyślała Helena z niepokojem.

Opanowała się jednak i skinęła potakująco głową. Czuła się słaba i rozdygotana, w dodatku bała się, ale nie zamierzała tego okazywać. Uśmiechnęła się szeroko.

* * *

Mama nie zaprowadziła jej na plac Teatralny, gdzie naprzeciw ratusza wznosił się wielki gmach z imponującym frontem o licznych kolumnach i wysokich oknach. Poszły na tyły, na ulicę Trębacką. Tu znajdowało się drugie wejście, na zaplecze, gdzie toczyło się prawdziwe życie artystów, aktorów, tancerzy i muzyków. Życie nieznane pozostałym mieszkańcom miasta.

Przed wejściem do świata dostępnego jedynie wybranym kłębił się tłumek mających nadzieję, że do tego świata rychło dołączą. Helena poczuła ból rozpalonej gorączką głowy, gdy razem z mamą wbiła się między gadające głośno kobiety w chustach i w pocerowanych kieckach. Wśród osób, które przyszły z dziećmi na egzamin, dominowała miejska biedota. Stali tu chłopcy w za krótkich spodniach, z łatami na kolanach i dziurami na łokciach koszul. Dziewczęta w większości były wychudzone, nosiły znoszone ubrania po starszych siostrach, za duże lub już zbyt małe. Wszystkie dzieci były wystraszone, co jedne okazywały, stojąc sztywno i cicho, a inne z kolei głośno gadały i śmiały się nerwowo.

Helena poczuła się między nimi dziwnie. Nikt z nich nie pasował do jej wyobrażeń artystów. Czy któreś z tych biednych dzieciaków zostanie w przyszłości baletmistrzem lub primabaleriną? Nie wydawało się to jej prawdopodobne. Wszyscy sprawiali wrażenie zdesperowanych, gotowych do rozpaczliwej walki o miejsce w szkole, ale wcale nie po to, by przede wszystkim tańczyć. Dla biedoty zdanie egzaminu wiązało się wyłącznie z uzyskaniem szansy na inne, być może dostatnie życie. Ten egzamin dawał nadzieję na wyrwanie się z kurnej chałupy lub zagrzybionego mieszkanka w suterenie, gdzie gnieździły się wielodzietne rodziny. Ci ludzie nie przyszli tu z miłości dla sztuki, nie pragnęli przede wszystkim tańczyć, oni uciekali. Wielki gmach teatru był okazją, by uciec do niego od głodu i biedy. Nie było w tym nic wzniosłego, nic związanego z artyzmem i pasją.

Helena nie uważała się za o wiele lepszą. Ona właściwie niczym się nie różniła od tych zagłodzonych dziewczynek, nawet wyglądała podobnie. W dodatku też przyszła tu, by walczyć o lepsze życie dla siebie i bliskich. Ubranie miała być może nowsze i bardziej zadbane, ale pod nim była takim samym chudym dzieciakiem jak cała reszta. Stanęła zatem obok podobnych sobie, wystraszonych panienek i uśmiechnęła się do nich blado. Żadna nie odpowiedziała tym samym, były zbyt przelęknione, by okazać sobie wzajemnie życzliwość.

Trwało wrześniowe przedpołudnie, ciepłe i słoneczne. Za parę chwil zegar ratusza powinien bić na dwunastą, wtedy też z gmachów rządowych wysypią się oficjaliści, zacznie się bowiem przerwa obiadowa. Na okolicznych ulicach zaroi się od surdutów magistrackich urzędników i mundurów carskich żołnierzy urzędujących w pobliskim Pałacu Saskim. Za to dziewczynki i chłopcy stojący na tyłach gmachu znikną wchłonięci przez budynek.

Tak też się stało. Helena weszła do ciemnego korytarza, czując, że kolana dygoczą jej jak w nocnym koszmarze. Głowa jej ciążyła, a w uszach szumiało. Chciało się jej pić, usta miała rozpalone i spierzchnięte. Obijała się popychana przez matki i być może przyszłych kolegów i koleżanki. Starała się trzymać mamę za rękę i nie zgubić w tłumie. Zapisy na listę całkiem jej umknęły – starała się tylko nie wpaść w panikę, bo odbywały się w ciemnym pomieszczeniu, chyba szatni lub charakteryzatorni. W końcu nastąpiło pożegnanie z rodzicami, mama pocałowała ją w głowę i pogładziła po czole z troską. Jeszcze raz zapytała, czy Helena czuje się na siłach. Ta tylko potaknęła głową i ruszyła za dziećmi.

Odetchnęła z ulgą, gdy znaleźli się w sali przesłuchań. To nie była mroczna aula koncertowa ze snu, a piękne, wysokie pomieszczenie o ścianach aż do sufitu ozdobionych sztukaterią. Zawieszono na nich ogromne lustra, w których odbijały się oszołomione twarze kandydatów, rozglądających się w nabożnym skupieniu i podziwie. Helena spostrzegła, że jedna z dziewcząt przygląda się jej natarczywie. Twarz miała pociągłą, ale miłą i łagodną. Za to oczy zapadnięte i podkrążone, a skórę chorobliwie białą i pokrytą kropelkami potu na czole. Wyglądała niczym trup lub upiór. Helena zadrżała ze strachu, ale wyciągnęła do niej rękę. Dziewczynka zrobiła to samo, ich palce się spotkały. Były zimne i twarde.

– Nigdy nie widziałaś lustra? – syknęła stojąca obok gruba dziewucha, która do teatru przyszła z wielką babą wyglądającą na przekupkę.

Helena odsunęła się od szklanej tafli. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że dotknęła nie upiorzycy, a swojego odbicia. Potrząsnęła głową, coraz bardziej ciężką i rozpaloną. Tak bardzo chciało się jej pić. Nie mogła się skupić na tym, co działo się wokół. Tymczasem pojawiła się starsza pani o siwych włosach upiętych w kok. Szybko ustawiła kandydatów w szereg. Oznajmiła, że na egzamin przyszło pięćdziesiąt osób i wszyscy mieli szansę, by zostać uczniami. Helena wbiła wzrok w swoje odbicie, nie słuchała, co mówi siwowłosa nauczycielka. Dopiero gdy pojawił się sam dyrektor Turczynowicz i jego żona, Konstancja, która pełniła rolę pierwszej nauczycielki baletu, dziewczynka nieco się otrząsnęła.

Komisja egzaminacyjna nie przypominała zatem kruków, to były dwie panie i sympatyczny, ciągle uśmiechnięty pan dyrektor. Z tym szerokim uśmiechem wyglądał niczym dobrotliwy wujek. Pogłaskał stojącą obok Heleny grubą dziewuchę po pulchnym policzku i kazał jej iść do domu. Budowę ciała miała nienadającą się do zawodu tancerki. Przeszedł wzdłuż szeregu kandydatów i odprawił jeszcze dwóch chłopców. Helena poczuła zimny ucisk w żołądku, zrozumiała, że można było wylecieć jeszcze przed egzaminem.

Rozejrzała się, czy nie ma muzyka, który będzie przygrywał tańczącym kandydatom, ale za stojącym w kącie fortepianem nikt nie siedział. To zresztą było nieistotne, Helena nie potrzebowała akompaniamentu, by tańczyć, muzyka płynęła w jej żyłach, a rytm nadawało bicie serca. Mogła tańczyć w każdych warunkach, w ciszy i hałasie, to nie miało znaczenia.

Tylko że egzaminatorzy nie kazali dzieciom tańczyć. Każdy musiał tylko przejść kilka kroków do przodu i wrócić na swoje miejsce. Helena wykonała to zadanie automatycznie, czekała na kolejny etap, na to, kiedy będzie mogła zatańczyć lub choć zrobić przysiad w którejś z pięciu pozycji baletowych. Egzaminatorzy odprawili kolejnych kilka osób, a pozostałym dziewczynkom nakazali przejść do sąsiedniego pomieszczenia, tak zwanej sali ćwiczeń.

Helena czuła, że kolana nadal jej dygoczą, a w głowie krew szumi tak bardzo, że nie sposób się skupić na tym, co dzieje się wokół. Weszła z dziewczynkami do mniejszej sali niż poprzednia, ale równie pięknej i także wyposażonej w wielkie lustra oraz drążek przebiegający wzdłuż ściany. Nauczycielka coś mówiła, ale to nie docierało do Heleny. Nadal strasznie męczyło ją pragnienie.

– Rozbierzcie się, dziewczynki – poleciła siwowłosa. – Do samych majteczek.

Helena nie wahała się nawet przez chwilę, nie czuła wstydu ani skrępowania. Zrzuciła sukienkę i koszulkę, ściągnęła bawełniane rajstopki. Zadrżała i zadzwoniła zębami od dreszczy, choć w pomieszczeniu było ciepło. Przyjrzała się pozostałym dziewczynkom, wszystkie rozbierały się posłusznie, zdejmowały pocerowane kiecki, odsłaniały sfatygowaną bieliznę. Wszystkie były szczupłe, niektóre tak bardzo, że widać było każde żebro. Po chwili do sali weszła pani Turczynowicz i razem z siwowłosą nauczycielką zaczęła oglądać dokładnie każdą kandydatkę.

Kiedy będziemy tańczyły? – zirytowała się Helena.

Tańców jednak nie przewidziano, panie badały budowę ciał kandydatek, szukały widocznych wad, garbów, krzywych kręgosłupów i źle pozrastanych lub powykrzywianych kości. W tym czasie za ścianą dyrektor Turczynowicz musiał to samo robić z chłopcami, Helena zatem wzruszyła ramionami i cierpliwie czekała na swoją kolej. Nie bała się tej selekcji, była wszak harmonijnie zbudowana, miała długie nogi i proste plecy, a poza tym najmniejszej nawet wady.

Za drzwi wyproszono dziewczynkę z widoczną egzemą na udach, potem kolejną z krzywymi nogami i następną, z jedną łopatką znajdującą się wyżej od drugiej. W końcu panie stanęły przez szczękającą zębami Heleną. Kazały się jej obrócić i obejrzały jej nogi oraz plecy, dłońmi zbadały biodra, kręgosłup i łopatki.

– Jest gorąca niczym piec, gorączkuje – zauważyła siwowłosa nauczycielka.

– Do tego jest blada jak trup – dodała pani Turczynowicz. – Chudzinka o zapadniętych policzkach i podkrążonych oczach. Wygląda na gruźliczkę…

Helena nie śmiała się odezwać, zaprotestować, czy choćby po prostu oznajmić, że nie jest obłożnie chora, to tylko przelotne przeziębienie lub zatrucie, może też gorączkę wywołały po prostu nerwy. Mogła to powiedzieć, ale nie była w stanie. Spuściła tylko głowę i wbiła spojrzenie w stopy. Zawsze doskwierała jej przesadna nieśmiałość i wycofanie, nigdy nie miała za grosz przebojowości i odwagi. Nie to, co jej młodsza siostra. Tosia była wyszczekana i bezczelna, potrafiła kłócić się z ojcem, choć miała raptem pięć lat. Helena stanowiła jej przeciwieństwo, cicha i potulna, rzadko się odzywała i nigdy nie podnosiła głosu. Obcych ludzi się bała i nie rozmawiała z nieznajomymi. Dlatego komentarze nauczycielek przyjęła z bezwzględną pokorą.

– Nie możemy przyjąć dziecka, które jest ciężko chore – powiedziała cicho pani Turczynowicz. – To zbyt ryzykowne. Nie dość, że może pozarażać inne dzieci, to jeszcze w wypadku nagłego zejścia moglibyśmy zostać posądzeni o zamęczenie dzieciaka…

– Tak, ma pani rację – przyznała siwowłosa. – To bardzo zaszkodziłoby szkole. Abramowicz tylko czeka na pretekst, by się do nas dobrać.

Helena miała ochotę wrzasnąć na całe gardło, ale nie miała ani odwagi, ani sił. W głowie coraz bardziej jej szumiało. Świadomość tego, że za chwilę straci jedyną szansę na przyszłość, spowodowała, że jeszcze bardziej zaczęła się trząść. Oczy się jej zaszkliły, otarła łzy wierzchem dłoni.

– Słyszałaś, dziecko? – spytała siwowłosa. – Przyjdź na egzamin za rok, gdy będziesz zdrowa. A teraz idź już, proszę. Tamtymi drzwiami.

Helena nie mogła się ruszyć, czuła się zupełnie jak we śnie. Gardło zacisnął jej żal i strach, łzy popłynęły po policzkach w całkowitej ciszy, bez jednego szlochu. Nauczycielki przesunęły się już do kolejnej dziewczynki, odrzucona kandydatka przestała dla nich istnieć. W końcu uklękła i podniosła z ziemi ubranie. Włożyła je bez udziału świadomości, łzy kapały jej przy tym z nosa na podłogę. Te deski przez lata przyjęły ich bardzo wiele, łzy i pot ćwiczących tu baletnic wsiąkały w nie latami. Ona też miała tu ćwiczyć, ale do tego nie dojdzie. Wyrzucili ją, wypędzili za drzwi, bo była chora. To takie upokarzające i niesprawiedliwe, że aż chciało się wyć.

* * *

Wyszła z sali, zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami. Nie mogła znieść myśli, że teraz powinna powędrować do wyjścia i oświadczyć czekającej tam mamie, że ją odrzucono. Jak spojrzy jej w oczy? I co powie ojciec? Przecież uczył ją kroków, od kiedy nauczyła się chodzić. Oboje ją szkolili, najpierw w formie zabaw, potem na zmianę dawali lekcje sztuki, pokazywali, jak trzymać prawidłową postawę, jak uczyć się równowagi, kroków, przysiadów i obrotów. Miała być tancerką, po to ją urodzono, od dziecka przygotowywano do tej roli. Rodzice wpoili w nią swoją wiedzę i miłość do tańca, obdarzyli wszystkim, co mieli. Ufali jej, była ich nadzieją, dziełem ich życia.

Wszystko zmarnowała, wszystko zepsuła. Nie mogła teraz tak po prostu wyjść i powiedzieć, że jednak nie będzie tańczyć. Nie zniesie takiego upokorzenia, nie zniesie rozczarowania w spojrzeniu mamy i w zmęczonych oczach ojca. Lepiej, by na miejscu padła tu trupem, by rozdziobały ją teatralne kruki. Otarła łzy i rozejrzała się wokół.

Stała na początku długiej galerii, na ścianach której wisiały portrety tancerzy i tancerek, dyrektorów i muzyków. Malowane obrazy i dagerotypy z twarzami i sylwetkami w różnych pozach. Światło wpadało przez okrągłe okienka pod sufitem, przechodziło przez kryształowe kandelabry i rozproszone mieniło się na ścianach setkami kolorowych błysków. Zupełnie jakby tęcza potłukła się i rozprysnęła milionem odprysków niczym szkło. Widok był bajkowy i tajemniczy zarazem, jak ze snu, ale nie z koszmaru, a przyjemnego sennego marzenia. Helena uśmiechnęła się i przeszła przez galerię, wodząc wzrokiem po twarzach dawnych tancerzy. Zamiast do wyjścia skierowała się w boczne drzwi. Chciała zabłądzić w wielkim gmachu, zatracić się w nim i zniknąć bez śladu.

Przeszła kolejnym korytarzem i pchnęła ciężkie wrota. Nagle znalazła się w pomieszczeniu, o którym śniła dziś w nocy, w Sali Wielkiej. Tu odbywały się przedstawienia i próby, tu rozgrywały się wielkie dramaty i uniesienia, tu bawiono lub wzruszano publiczność. Helena poczuła się malutka i nic nieznacząca. W auli nie było ciemno i nie siedziały na niej kruki, panował półmrok, ale przyjemny i niegroźny. Setki foteli stało w równych rzędach niczym żołnierze odziani w mundury z czerwonego sukna. Pod sufitem wisiały wielkie żyrandole, w oddali wznosiły się pysznie ozdobione galerie i loże na balkonach. Uwagę Heleny przyciągnęła jednak scena. Przed nią znajdowało się miejsce dla orkiestry, potem budka suflera i w końcu wznosząca się ku głębi scena. Helena była tu kiedyś, dawno temu, na przedstawieniu, na które zabrał ją ojciec. Niewiele jednak z tego pamiętała, była zbyt mała. Teraz widziała salę w całym jej majestacie, ogromną i oszołamiająco piękną.

I pomyśleć, że mogła tu błyszczeć, na tych deskach zadziwiać publiczność kunsztem i talentem. Wszystko jednak przepadło. Na tę myśl aż zakołysała się i omal nie osunęła na kolana. Zwilżyła językiem spierzchnięte usta. Nadal niezmiernie chciało się jej pić, a ciałem wstrząsały dreszcze. Podeszła do pierwszego rzędu i usiadła w fotelu. Puszyste, czerwone obicie otuliło ją, miękkością zdawało się obiecywać wygodny odpoczynek. Helena zamknęła oczy, w ciszy chłonęła majestat sali, jej historię i potęgę. Dziewczynce zdawało się, że czuje tysiące przedstawień, oper i baletów, które wystawiono na tej scenie. Zapragnęła zostać tu na zawsze. Już nie bała się kruków, nie było przecież na sali żadnej lepkiej ciemności, żadnej grozy, tylko sława, cienie aktorów, echa oklasków i zachwytu tłumu. Obietnica czegoś wielkiego, niedostępnego zwykłym śmiertelnikom.

– Zamierzasz z tego zrezygnować?

Helena gwałtownie otworzyła oczy i aż podskoczyła ze strachu. Na fotelu obok siedziała nieznajoma kobieta. To ona się odezwała, dziwnie głębokim i wibrującym głosem, jakby mówiła z wnętrza skrzyni. Musiała podejść i usiąść niezwykle cicho lub Helena przysnęła zmęczona gorączką. W każdym razie nieznajoma była tuż obok. Miała niezwykle urodziwą twarz o alabastrowobiałej cerze, a do tego ciemne, zapadnięte niezdrowo oczy. Uśmiechała się blado, patrząc na Helenę nieruchomym spojrzeniem.

Ubrana była w całkowicie czarną, żałobną suknię z zaskakująco wysokim stanem, sięgającym niemal pod biust, rękawami bardzo długimi, aż do kostek palców kobiety. Do tego na ramiona miała zarzuconą czarną pelerynę z kilkoma leżącymi kołnierzami. Ubranie jej było zatem groteskowe i zupełnie niemodne. Helena domyśliła się, że ma do czynienia z aktorką w kostiumie scenicznym. Może zbliżał się czas próby i zaraz na sali zaroi się od ludzi? Próbowała zatem wstać i jednocześnie się ukłonić, ale kobieta powstrzymała ją stanowczym gestem.

– Pytałam o coś. Czy zamierzasz zrezygnować? Nie chcesz już tańczyć?

Helena uniosła brwi. Skąd aktorka wiedziała, z kim ma do czynienia? Choć może wystarczyło spojrzeć, by się domyślić. Zapłakana, chuda dziewczynka, która błąka się po teatrze. Kim mogła być, jak nie kandydatką do szkoły baletu, której się nie powiodło?

– Wyrzucili cię, tak? – spytała blada piękność. – Witam zatem w świecie sztuki. Przyzwyczajaj się do upokorzeń, błędnych ocen i niesprawiedliwej krytyki. To dopiero początek. Rychło zetkniesz się też z zawiścią, knowaniami, lizusostwem i donosicielstwem. Wyrzucili, mam rację?

– Tak, wyrzucili – bąknęła Helena.

– Wiesz, co się wtedy robi? Gdy cię wyrzucają drzwiami, wracasz oknem. Nigdy jednak się nie poddajesz, nie zniechęcasz i nie dajesz pokonać. Zalewanie łzami zostaw sobie na później, możesz płakać, gdy jesteś sama i nikt nie widzi, najlepiej w nocy, w poduszkę – instruowała piękność. – Dla świata, dla kolegów artystów, nauczycieli, dyrektorów, a przede wszystkim publiczności i wielbicieli, bo tacy też się pojawią, masz być zawsze eteryczną, nieustannie uśmiechniętą wróżką, której nie imają się żadne przyziemne sprawy. Masz być jak piękny motyl. Delikatny i wspaniały, czysty i pozornie kruchy, ale niedający się złapać, nieuchwytny i niedostępny. Wtedy będą cię szanować i wielbić niczym boginię.

Helena uśmiechnęła się do aktorki. Ciemne, niemal czarne oczy kobiety patrzyły na nią surowo i przenik­liwie, ale życzliwie. Chyba starała się pomóc Helenie i jednocześnie być przed nią szczera.

– Być jak motyl? – bąknęła dziewczynka. Bardzo się jej spodobało to porównanie.

– I to bardzo rzadki motyl, nie jakiś pospolity bielinek czy równie powszechny paź królowej, ale królowa motyli we własnej osobie – przytaknęła aktorka. – Jestem Julia, tak się możesz do mnie zwracać, po imieniu.

– Helena – szepnęła dziewczynka.

– Wiesz, dlaczego z tobą rozmawiam? – spytała Julia. – Bo jesteśmy bardzo podobne. Dwa motyle tego samego gatunku, równie piękne i rzadkie, i bezdyskusyjnie wspaniałe.

Helena uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Aktorka była dziwna, ale urocza. Miło z jej strony, że prawi komplementy niepozornej dziewczynce. Chce dodać jej odwagi? Podnieść samoocenę i natchnąć do dalszej walki?

– Mam się starać o zmianę decyzji egzaminatorek? – spytała cicho. – Ale jak? Nie mam śmiałości, by się z nimi kłócić.

– Widzę – mruknęła Julia. – Nie jesteś zbyt waleczna i przebojowa, co? Zlękniony motyl, miotany przez wiatr. Musisz jeszcze nabrać sił, nim polecisz wysoko. Masz jednak rację, wykłócanie się z nimi nie ma sensu. Ludmiła zawsze zadzierała nosa, nie posłucha byle smarkuli. Możesz je jednak przekonać w prostszy sposób.

– Jak?

– Zatańcz.

– Ale kiedy?

– Teraz. Będę ci towarzyszyła, zrobimy to razem – odparła Julia i złapała Helenę za dłoń.

Ta nawet się nie opierała, wstała posłusznie. W głowie jej kołowało i szumiało, nie mogła zebrać myśli i zrozumieć, po co mają to robić. Czemu miały tańczyć w pustej sali, bez muzyki i widzów? Nie miała jednak śmiałości zapytać czy się przeciwstawić, szła za Julią posłusznie niczym owieczka. Weszły po schodkach na scenę, Julia zrzuciła pelerynę, która swobodnie opadła na deski niczym odrzucone motyle skrzydła. Stanęła naprzeciw dziewczynki i uśmiechnęła się do niej samymi kącikami ust, spojrzenie nadal miała smutne.

– Rób to co ja – powiedziała. – Po prostu powtarzaj.

Stanęła na lewej nodze, a prawą wyciągnęła przed siebie z wyprostowanymi palcami. Jedną rękę podniosła nad głowę, drugą wyprostowała w bok. Helena znała tę pozycję i natychmiast wiernie ją powtórzyła. To było croisée w przód. Julia obróciła głowę w bok i płynnie przeszła w obrót en dehors, opuszczając obie ręce i obracając się na jednej nodze, a drugą zataczając łuk. Helena zrobiła to samo. Julia jednak nie przerywała obrotu, natychmiast wykonała kolejny, odrobinę szybciej, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden. Każdy coraz szybciej i szybciej. Po chwili obie wirowały wokół własnej osi niczym dwie figurki baletnic z nakręconej pozytywki, tylko jedna czarna, a druga biała.

To była tylko rozgrzewka, Julia bowiem nagle skończyła obroty i zrobiła kilka wdzięcznych kroków, unosząc i opuszczając ręce. A potem zaczęła tańczyć, skakała i obracała się na jednej nodze, drugą kreśliła przy tym idealne koła. Robiła rękami i całym ciałem ruchy, których nazw Helena jeszcze nie znała, ale które wyglądały na precyzyjnie wyuczone, doskonalone całymi latami ćwiczeń. Starała się je powtórzyć, najlepiej jak mogła, choć zdawała sobie sprawę, że to tylko nieudolne naśladownic­two w wykonaniu amatorki. Najtrudniejszy był wysoki podskok, w którym nogi Juli zatrzepotały, błyskawicznie skrzyżowały się ze sobą i przy lądowaniu wróciły do początkowej pozycji. Natychmiast kobieta wyciągnęła się na jednej nodze, stanęła na palcach, a drugą uniosła wysoko, prezentując nieprawdopodobne wyczucie równowagi.

Helena zacisnęła zęby i spróbowała zrobić to samo. Podskoczyła wysoko i zrobiła nogami nożyce, wylądowała w pozycji piątej, ze skrzyżowanymi stopami. Kolana ugięły się pod nią z wysiłku, ciężko pacnęła na deski. Spojrzała ze wstydem na Julię, chciała poderwać się na równe nogi, ale nie miała siły nawet się poruszyć. Julia po raz pierwszy uśmiechnęła się szeroko, pochyliła się i pogładziła dziewczynkę po policzku.

– Dobrze, o to właśnie chodziło – powiedziała. – Zrobiłaś to, teraz odpocznij.

Helena zamrugała, bo obraz zaczął się jej rozmazywać. Pot szczypał w oczy, które załzawiły obficie. Nie miała jednak sił choćby je otrzeć. Odetchnęła i położyła się na wznak. Nad sobą widziała czarną sylwetkę Julii, jej oczy były teraz niczym dwie mroczne otchłanie. Nie wyglądała strasznie, nadal się uśmiechała. Helena odpowiedziała tym samym i zamknęła oczy, musiała choć przez chwilę odpocząć.

* * *

Poczuła, że ktoś sadza ją siłą, a potem pociera policzki. W końcu klepie w nie, by ocucić. Z niechęcią uniosła powieki, przecież zamknęła je dosłownie przed sekundą. Zamiast Julii ujrzała dwie zatroskane twarze egzaminatorek, pani Turczynowicz i siwowłosej starszej pani, której nazwiska nie dosłyszała. To ta druga klepała ją po policzkach.

– Co też ci przyszło do głowy, dziecko? – syknęła, ale z ulgą, widząc, że dziewczynka otwiera oczy. – Tańczyć do utraty przytomności?

– Przyznasz jednak, że zrobiła naprawdę niesamowity pokaz – odezwała się pani Turczynowicz. – Oczywiście, jak na kogoś w tym wieku. Masz talent, mała. A teraz się przyznaj, kto cię uczył?

– Ja tylko powtarzałam ruchy tej pani…

– Jakiej pani? – dopytywała żona dyrektora baletu. – Zakładałabym raczej, że jesteś córką którejś tancerki lub tancerza i uczyli cię rodzice. Powiedz no, jak się właściwie nazywasz?

– Helena Cholewicka – bąknęła dziewczynka.

– Córka Józka, wiedziałam! – ucieszyła się pani Turczynowicz. – Dlaczego od razu nie powiedziałaś? Przyjęlibyśmy cię bez egzaminu. Całe szczęście, że woźny powiedział o panience tańczącej na scenie Sali Wielkiej, bo byśmy przegapiły twój pokaz i nici byłyby z nauki w szkole. Uf, no dobrze. Jesteś oczywiście przyjęta, zastanawiam się nawet, czy nie przesunąć cię od razu do drugiej klasy, ale to się jeszcze zobaczy. Teraz idź z panią Ludmiłą się czegoś napić, bo usta masz wysuszone na wiór od gorączki. Potem marsz do domu i natychmiast do łóżka. Za kilka dni musisz być zdrowa, widzimy się na lekcjach.

Pani dyrektorowa odwróciła się i zanim Helenie udało się wstać, już jej w sali nie było. Za to pani Ludmiła, siwowłosa nauczycielka, z troską ujęła ją pod ramię i poprowadziła za kulisy.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że jesteś z rodziny tancerzy? – zapytała po chwili.

– Tata zabronił – odparła Helena. – To byłoby nieuczciwe wykorzystywanie pozycji. Tak powiedział. Wszyscy powinni mieć równe szanse, nie można się pchać przed szereg tylko dlatego, że ma się takiego czy innego rodzica.

– Józek zawsze był tak niezwykle uczciwy i szlachetny, że nazwaliśmy go rycerzykiem – westchnęła nauczycielka. – Widzę, że zasady wpoił córce, to miłe, ale nieprzydatne w naszym fachu. Zobaczysz, życie w balecie nie ma nic wspólnego ze szlachetnością i uczciwością. Tu trzeba się rozpychać łokciami.

– Podobnie mówiła pani Julia – powiedziała cicho dziewczynka, chyba za cicho, by nauczycielka usłyszała.

Znalazły się w charakteryzatorni. Stały tu gotowalnie, sekretarzyki zaopatrzone w wielkie owalne lustra. Ich blaty zastawione były pudełkami na puder, słoikami z mazidłami i fryzjerskimi pomadami. Przed każdym przedstawieniem musiało tu być gorąco jak w ulu, aktorzy lub tancerze kłębili się przed lustrami, pudrowali nosy, kredkami podkreślali lub łagodzili rysy twarzy, malowali usta i oczy. Pomagali im w tym fryzjerzy lub częściej emerytowane artystki, pełniące funkcje charakteryzatorek. Helena wyobraziła sobie gwar i wypełniające to pomieszczenie podniecenie i tremę. Wszyscy z pewnością byli podekscytowani, przecież kilka kroków obok kłębił się tłum widzów. Każda tancerka z pewnością starała się upiększyć, jak mogła najlepiej.

Pani Ludmiła podeszła do jednej z gotowalni i złapała za stojący na niej dzbanek. Nalała z niego wody do kubka i podała go Helenie. Płyn był ciepły i musiał stać w naczyniu co najmniej od wczoraj, ale to dziewczynce zupełnie nie przeszkadzało. Opróżniła naczynie duszkiem i oddała z westchnieniem ulgi. Nagle poczuła się lepiej. Przynajmniej własne odbicie w lustrach nie wydawało się jej obce i upiorne. Czyżby ten szalony taniec wypalił w niej chorobę? Miała wrażenie, że Helena patrząca na nią ze zwierciadeł nie jest już tak blada, w dodatku uśmiecha się z zadowoleniem.

– Idziemy, mała – zarządziła nauczycielka. – I pamiętaj, żadnych samodzielnych tańców na scenie, żadnego brykania bez opieki instruktora. W dodatku próbowałaś robić naprawdę trudne figury, to mogło się skończyć fatalną kontuzją, nawet kalectwem. Bez odpowiedniego przygotowania i rozgrzewki nie robimy podobnych rzeczy. Chyba że chcesz zakończyć karierę tancerki jeszcze przed jej rozpoczęciem?

– Nie, ja tylko… – Helena się zawahała. Co miała powiedzieć? Że wykonywała polecenia kobiety, która z nią tańczyła? Przecież z pewnością wszyscy to wiedzieli.

Pani Ludmiła prowadziła ją na tyły, by wyprowadzić z teatru tymi samymi drzwiami, którymi się doń dostała, wejściem dla aktorów i obsługi. Po drodze znów musiały przejść przez niezwykłą galerię pełną portretów i światła migoczącego kolorami w kryształowych kandelabrach. Helena tym razem była w pełni przytomna i nie miała już załzawionych oczu. Obrazy nie wydały się zatem już tak bardzo niezwykłe. Jeden jednak przyciągnął jej spojrzenie. Zatrzymała się przed nim, zadarła głowę ku górze. Z portretu patrzyła na nią piękność o alabastrowej skórze, świdrowała ją poważnym spojrzeniem niemal czarnych oczu. Nie nosiła żałobnej sukni, tylko strój ludowy, kolorową sukienkę i sznurowany kubraczek. Głowę zdobił jej wianek z polnych kwiatów, do którego przymocowano welon panny młodej. Podobieństwo jednak było tak oczywiste, że Helena nie wahała się ani chwili.

– Wygląda zupełnie jak Julia – powiedziała.

– Bo to jest Julia. Julia Mierzyńska – prychnęła pani Ludmiła i splotła ręce na piersi.

– Ale przecież… Ten obraz wygląda na stary, a ja dopiero co tańczyłam z tą panią… – Helena zmarszczyła brwi.

– Tańczyłaś z Julką? Gdzie? – Pani Ludmiła spojrzał na nią z ukosa.

– Na scenie. Przed kilkunastoma minutami. Widziały panie przecież!

Nauczycielka obróciła się i położyła jej dłoń na czole. Patrzyła z troską w oczy dziewczynki, teraz już nie tak zamglone jak w czasie egzaminu. Gorączka też wyraźnie się zmniejszyła, nawet opuchlizna spod oczu dziecka znikała.

– Posłuchaj, chyba przez emocje związane z egzaminem dostałaś gorączki i miałaś omamy – powiedziała pani Ludmiła ostrożnie. – Na scenie tańczyłaś sama, uwierz mi. Nie było tam nikogo prócz ciebie. A już szczególnie nie mogło być tam Juli. Ona nie żyje od ponad trzydziestu lat…

Helena drgnęła, jej oczy zrobiły się wielkie ze zdumienia. Jeszcze raz spojrzała na obraz. Julia patrzyła na nią uważnie, dokładnie w taki sam sposób, jak przed kilkunastoma minutami na Sali Wielkiej. Nie mogło być pomyłki, to z pewnością była ona.

– Była jak motyl? – spytała niepewnie dziewczynka.

– O tak, jak motyl – przyznała pani Ludmiła. – Motyle są piękne, ale żyją krótko. Poza tym miała w sobie też coś z nocnego motyla, z ćmy. Leciała w stronę światła, nie zważając, że to ją spali. I tak się też stało.

– Znała ją pani?

Pani Ludmiła pokiwała głową, na jej ustach pojawił się smutny uśmiech. Sieć zmarszczek na twarzy starszej pani wyostrzyła się i pogłębiła.

– To było tak dawno, a my byłyśmy tak strasznie młode i niewinne. Dwie pierwsze solistki polskiego baletu, w samych jego początkach. Byłyśmy wspaniałe i niezwykle pracowite, tańczyłyśmy jak niesione wiatrem, bez wysiłku, bez zmęczenia, że aż dziś trudno mi w to uwierzyć. Obie byłyśmy też bezkonkurencyjne. Nie miał nam nawet kto partnerować, polska szkoła baletowa jeszcze wtedy nie istniała. Sprowadzano solistów z Paryża i Petersburga, najlepszych tancerzy, jakich można było znaleźć w Europie, bylebyśmy miały z kim tańczyć. Ja i Julia byłyśmy nierozłączne, spędzałyśmy na próbach całe dnie i noce. Rywalizowałyśmy, kochałyśmy się i nienawidziłyśmy. Jak dwie siostry, dwie przyjaciółki, ale każda marzyła, by stać się lepszą od tej drugiej. Jaśniałyśmy niczym gwiazdy. Dwie warszawskie baleriny, Ludmiła i Julia. Uwielbiała nas cała Warszawa, pisano o nas wiersze w gazetach, obdarowywano prezentami, a wielbiciele ustawiali się w kolejki. Obie jednak wiedziałyśmy, że nie ma miejsca na dwie primabaleriny. Ta najważniejsza mogła być tylko jedna. Królowa zawsze jest tylko jedna.

– Coś zaszło, jakaś tragedia? – spytała Helena. Domyślała się, że rywalizację wygrała Julia, bo to ona była na honorowym portrecie, w galerii zasłużonych artystów, a nie Ludmiła. Tylko że ta siostrzana walka musiała się skończyć dla niej jakąś chorobą lub wypadkiem. – To ona wygrała, prawda?

– Tak, sama byłam winna swojej klęski – przyznała pani Ludmiła. – Zakochałam się w nieodpowiednim wielbicielu. Pewien hrabia oszołomił mnie wierszami i bukietami kwiatów, do których dołączał biżuterię. Uwierzyłam, że naprawdę mnie kocha i mu uległam. On jednak widział we mnie tylko trofeum do zdobycia, wykorzystał moją naiwność i porzucił. Wybuchł skandal, bo drań obnosił się ze swoją zdobyczą, gdzie tylko się dało. I tak wyszłam na jawnogrzesznicę. Wyrzucono mnie z baletu za niemoralne prowadzenie. Z dnia na dzień moja kariera przestała istnieć, a wszystko, co wypracowałam, zawaliło się w gruzy. Nikt nie miał litości, nikt nie okazał mi łaski. Strącono mnie w otchłań.

– Ojej – westchnęła zmieszana Helena. Zdawała sobie sprawę, że takie historie nie są przeznaczone dla uszu małych dziewczynek, ale widocznie nauczycielka postanowiła być wobec niej szczera i rozmawiała nią jak z dorosłą, zupełnie niczym Julia. One naprawdę musiały być do siebie podobne.

– Niech to będzie dla ciebie nauczką i ostrzeżeniem – powiedziała pani Ludmiła. – Od początku kariery będziesz narażona na pułapki, w jakie ja wpadłam. Przystojni i bogaci panowie, uśmiechnięci i czarujący cię słodkimi słówkami. Strzeż się ich. Ucz się na cudzych błędach i nie popełnij tego samego co ja. Obiecaj!

– Obiecuję. – Helena dygnęła we wdzięcznym ukłonie. – A co się stało z Julią?

Jeszcze raz spojrzała w piękną twarz na obrazie. Julia odpowiedziała poważnym spojrzeniem.

– Wygrała. Została królową motyli i zasiadła na tronie. Została pierwszą polską primabaleriną – powiedziała Ludmiła z nutką żalu i zazdrości wyczuwalną w głosie. – Stworzyła mnóstwo pięknych ról, jej kariera była wspaniała, choć tak jak lot motyla, nie trwała długo. Przeszła do legendy baletu ze wzglądu na jedną z kreacji, nad którą pracowała także jako choreograf. W tysiąc osiemset dwudziestym trzecim wystawiono pierwszy raz Wesele krakowskie w Ojcowie, nasz narodowy balet. Julia zatańczyła w nim rolę panny młodej, a jej wykonanie solo-mazura przeszło do historii jako „mazur Mierzyńskiej”. Dziś każda solistka próbuje się mierzyć z tym tańcem, jest ono dla baletnic chrztem i próbą ognia. Nie każda jest w stanie podołać lub choć odrobinę zbliżyć się do poziomu Julii. Do dziś żadna nie zatańczyła tego tańca lepiej, żadna jej nie pokonała.

– To w kostiumie z tego baletu jest na portrecie? – upewniła się Helena. – I co się z nią stało potem?

– Tańczyła, aż w balecie nastąpił kryzys. Osiński zrezygnował z prowadzenia teatru, a Debray ustąpił ze stanowiska kierownika szkoły, w dodatku balet opuściło trzech wybitnych solistów. Julia z dnia na dzień musiała zacząć pełnić funkcję dyrektora szkoły, kierownika baletu, choreografa i pierwszej tancerki. I podjęła się tego zadania, harował jak wół, tańczyła, uczyła i zarządzała, planowała i układała tańce. To wtedy też przypomniała sobie o mnie, dawnej rywalce i przyjaciółce. Odnalazła mnie i zaproponowała pracę pedagoga, przywróciła mnie na łono baletu. Tego nie zapomnę jej do końca życia. Pracowałyśmy razem, ale krótko. Harówka ją wykończyła, ale co się dziwić? Coś takiego zabrałoby zdrowie najsilniejszemu. Królowa motyli doleciała do ognia i zaczęła się w nim palić.

– Zmarła na scenie? – przeraziła się Helena.

– Nie, uciekła wcześniej. Zakochała się i wyszła za mąż za kapitana ułanów, Nienatkiewicza. Dzielny żołnierzyk dał jej oparcie i wytchnienie, zabrał ją z naszego świata. Opuściła teatr, ale nie cieszyła się długo szczęściem. Zmarła w wieku trzydziestu lat, szybko zgasła bez tańca i ognia, za którym mogłaby lecieć.

– Och – westchnęła Helena.

Jeszcze raz, przed wyjściem z galerii, spojrzała na portret legendarnej primabaleriny, a potem ruszyła za przewodniczką. Przeszły przez salę prób i szatnię, w końcu dotarły do wyjścia. Przez otwarte drzwi Helena dostrzegła mamę stojącą po drugiej stronie Trębackiej i czekającą cierpliwie. Mama jako tancerka uzyskała tylko stopień koryfejki, wyróżniającej się baletnicy. Nie była zatem szlachetnym motylem, a skromną odtwórczynią drugoplanowych ról, tłem i paziem dla prawdziwych królowych. Cóż było lepsze, błyszczeć krótko, ale jasnym blaskiem, po czym szybko się spalić, czy żarzyć się latami przez nikogo niezauważona? Lepiej być królową, czy szarym paziem? A może tak naprawdę nie było wyboru? To talent i ogień kipiący w żyłach decydowały. Helena nic nie mogła poradzić na to, że przepoczwarzy się w pięknego motyla, że wyrosną jej wspaniałe skrzydła.

– Mamo, przyjęli mnie – powiedziała po przejściu przez ulicę. – Muszę teraz odpocząć i nabrać sił. Jestem wykończona.

– Chodźmy zatem do domu. Będziesz spała jak niedźwiedź?

– Jak przepoczwarzająca się gąsienica. Kiedy się obudzę, będę jak motyl, mamo. Jak motyl.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Jak motyl

Otwórz oczy

Pod anielskimi skrzydłami

Motyle w sieci

Miasto Świateł

Gwiazda na firmamencie

Tancerka absolutna

U królowej elfów

Sprytna jak Twardowski

Panna młoda

Do zmierzchu

Posłowie

Table of Contents

Jak motyl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tancerka To nie tak Życie tak zwyczajne W służbie miłości Ekstrakt z kwiatu orchidei Szukaj mnie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia