Warkocz

Warkocz

Autorzy: Autor nieznany

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Biografie Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 208

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 20.25 zł

Trzy kobiety, trzy biografie, trzy kontynenty, to samo pragnienie wolności.

 

Indie. Smita jest Niedotykalną. Marzy, by jej córka miała inne, lepsze życie. By, jak inne dzieci, chodziła do szkoły.

Sycylia. Giulia pracuje w zakładzie ojca. Gdy ten ulega tragicznemu wypadkowi, odkrywa, że rodzinnej firmie grozi bankructwo.

Kanada. Sara, renomowana prawniczka, ma objąć kierownictwo w najlepszej w Montrealu kancelarii. Dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora.

Połączone w niezwykle intymny sposób, lecz nieświadome tej więzi, Smita, Giulia i Sara sprzeciwiają się losowi. Postanawiają walczyć o siebie i swoich bliskich. Głęboko ludzkie, poruszające historie trzech kobiet splatają się w warkocz nadziei i solidarności.

Fenomen wydawniczy! Numer 1 na liście bestsellerów Amazon.fr. Debiutancka powieść Laetitii Colombani wywołała wielkie poruszenie, jeszcze zanim się ukazała. Była sensacją Targów Książki w Londynie: 27 krajów nabyło prawa do tłumaczenia. W samej Francji sprzedano ponad 200 000 egz. W bliskiej perspektywie ekranizacja książki.

Hymn do wolności i życia. „Livres Hebdo”

Laetitia Colombani splotła ze sobą losy trzech kobiet. Niezwykłą więzią połączyła także nas wszystkich. „Femina”

Kończymy lekturę do głębi poruszeni i wstrząśnięci. „Télé 7 Jours”

 

Laetitia Colombani (ur. 1976) – scenarzystka filmowa i teatralna, aktorka, realizatorka programów telewizyjnych. Warkocz to jej pierwsza powieść.

© Editions Grasset & Fasquelle, 2017

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2017

Tytuł oryginału: "LA TRESSE"

ZESPÓŁ KOREKTORSKO-REDAKCYJNY: Barbara Górska, Anita Kasperek, Andrzej Stańczyk, Aneta Tkaczyk

OPRACOWANIE OKŁADKI WEDŁUG ORYGINAŁU: Marek Pawłowski

ILUSTRACJE: © gawrav/E+/Getty Images

REDAKTOR PROWADZĄCY: Barbara Górska

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-06624-9

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Smita

Giulia

Sara

Smita

Giulia

Sara

Smita

Giulia

Sara

Smita

Giulia

Sara

Smita

Giulia

Sara

Smita

Giulia

Sara

Smita

Giulia

Smita

Sara

Giulia

Smita

Giulia

Sara

Epilog

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Olivii

Dzielnym kobietom

Warkocz — splot trzech

pasm długich włosów

…Simone, gąszcz twych

włosów skrywa wielką tajemnicę.

RÉMY DE GOURMONT

Kobieta wyzwolona

jest przeciwieństwem

kobiety łatwej, frywolnej.

SIMONE DE BEAUVOIR

Prolog

To początek pewnej historii.

Za każdym razem innej.

Nabiera kształtu pod moimi palcami.

A więc najpierw baza,

Na tyle mocna, by podtrzymać całość.

Jedwab lub bawełna, zależnie od potrzeb,

Czy ktoś będzie to nosił na co dzień czy na scenie.

Bawełna jest wytrzymalsza.

Jedwab delikatniejszy i dyskretniejszy.

Potrzebne są młotek i gwoździe.

Z niczym nie wolno się spieszyć.

Teraz kolej na tkanie.

To najbardziej lubię.

Na warsztacie przede mną

Są trzy napięte nylonowe nitki.

Biorę z pęczka trzy razy po trzy włosy

I zawiązuję, uważając, by ich nie połamać.

I tak dalej, i dalej.

Tysiące razy.

Lubię te godziny samotności,

Kiedy tańczą moje ręce.

Kiedy moje palce wykonują w tańcu

Dziwne baletowe pląsy.

Snują opowieść o splotach i wyplataniu.

Moją opowieść.

I nie tylko moją.

Smita

Wioska Badlapur, stan Uttar Pradesh, Indie

Smita budzi się z dziwnym uczuciem, jakby czuła gdzieś w środku trzepot skrzydeł nieznanego motyla. Zbliża się cudowna, oczekiwana chwila. Do końca życia zapamięta ten dzień. Dzień, w którym jej córka poszła do szkoły.

Ona sama nigdy nie przekroczyła progu szkoły. W Badlapurze ludzie tacy jak ona do szkół nie chodzą. Smita jest dalitką. Niedotykalną. Należy do tych, których Gandhi nazywał dziećmi Boga. Do istot żyjących poza kastami, poza systemem, poza wszystkim. Ludzi szczególnego gatunku, uznanych za zbyt nieczystych, by mieszać się z innymi, za nic niewarte śmieci, które odrzuca się od siebie, tak jak oddziela się ziarno od plewy. Miliony takich jak ona żyją poza obrębem miasteczek i wiosek, poza społeczeństwem, na peryferiach cywilizacji.

Co dzień rano wykonuje te same czynności. Niczym zdarta płyta odtwarzająca w kółko tę samą upiorną symfonię. Budzi się w swojej prymitywnej chacie w pobliżu pól uprawianych przez dżatów, obmywa twarz i stopy w wodzie zaczerpniętej dzień wcześniej ze studni przeznaczonej dla takich jak ona. Nie ma mowy o tym, by poszła do innej, zastrzeżonej dla wyższych kast, chociaż ma do niej bliżej i łatwiej do niej dojść. Byli tacy, których karano śmiercią za drobniejsze przewinienia. Smita szykuje się do wyjścia, czesze Lalitę, całuje na pożegnanie Nagarajana. Bierze swój pleciony wiklinowy kosz, który przedtem nosiła jej matka. Kosz o natrętnym, cierpkim, nieusuwalnym zapachu, już sam jego widok przyprawia ją o mdłości. Dźwiga to haniebne brzemię cały dzień niczym grzesznik swój krzyż. To jej droga krzyżowa. Jej przekleństwo. Jej kara za czyny popełnione w poprzednim życiu. Musi za nie odpokutować, w końcu to życie wcale nie jest ważniejsze od poprzednich ani następnych wcieleń, to tylko jedno życie spośród wielu, mawiała jej matka. Tak to już jest, tak jej przyszło żyć.

To jej dharma, jej powinność, jej miejsce w świecie. Zawód przekazywany od pokoleń z matki na córkę. Jedno ze znaczeń angielskiego słowa scavenger to „czyściciel”. Jakże subtelne słowo na opisanie rzeczywistości, która wcale taka nie jest. Nie ma słowa wyrażającego to, co robi Smita. Zbiera gołymi rękoma cały dzień cudze kupy. Miała sześć lat, tyle co Lalita dziś, kiedy matka zabrała ją ze sobą po raz pierwszy do pracy. Patrz uważnie, jak się to robi, potem ty tak będziesz. Smita pamięta nieznośny, przeraźliwy odór, który ją wtedy osaczył niczym napastliwy rój os. Zwymiotowała przy drodze. Oswoisz się, powiedziała matka. Oszukała ją. Nie da się z tym oswoić. Smita nauczyła się żyć bez oddychania, trzeba oddychać, powiedział jej miejscowy doktor, sama pani widzi, jak pani kaszle. Trzeba jeść. Smita straciła apetyt dawno temu. Już nie pamięta, co znaczy głód. Je niewiele, już mniej nie może, ledwie garść ryżu na wodzie, który wmusza w siebie co dzień rano.

A przecież rząd obiecał, że w kraju będą ustępy. Niestety jakoś dotąd tu nie dotarły. W Badlapurze, tak jak gdzie indziej, ludzie załatwiają się pod gołym niebem. Wszędzie ziemia jest zanieczyszczona, rzeki, i te małe, i te duże, także pola są skażone tonami odchodów. Szerzą się choroby, wystarczy iskra, by wybuchła beczka prochu. Politycy wiedzą o tym: bardziej niż reform, równości społecznej czy nawet pracy naród domaga się ustępów. Prawa do godnego załatwiania swoich potrzeb. Kobiety muszą czekać w wioskach i miasteczkach na zapadnięcie nocy, by wyjść za potrzebą na pole, narażając się przy tym na rozliczne napaści. Największym szczęściarzom udało się wygospodarować w tym celu kąt na podwórku albo w domu: zwykły wykopany w ziemi dół, nazywany wstydliwie „ubikacją ziemną”, inaczej mówiąc latryną, którą sprzątają codziennie gołymi rękami dalitki. Kobiety takie jak Smita.

Obchód domów zaczyna codziennie koło siódmej. Bierze ze sobą wiklinowy kosz i miotełkę. Wie, że musi sprzątnąć dzień w dzień w dwudziestu domach, nie ma czasu do stracenia. Idzie skrajem drogi ze spuszczonymi oczyma, z twarzą zasłoniętą chustką. W niektórych miasteczkach czy wioskach dalici muszą sygnalizować swoją przynależność społeczną, nosząc przypięte krucze pióro, w innych chodząc boso. Powszechnie znana jest historia niedotykalnego, którego ukamienowano tylko za to, że miał na sobie sandały. Smita wchodzi do domów, w których sprząta, tylnymi drzwiami, nie wolno jej natknąć się na domowników, a zwłaszcza próbować z nimi rozmawiać. Nie tylko jest niedotykalna, musi być niewidzialna. Zamiast zapłaty dostaje resztki jedzenia, czasem stare ubrania, które rzucają jej na ziemię. Żadnego dotyku, żadnych spojrzeń.

Czasem Smita nie dostaje niczego. Jedna rodzina dżatów niczego jej nie dała od miesięcy. Chciała przestać do nich chodzić, któregoś wieczoru powiedziała Nagarajanowi, że więcej tam nie pójdzie, niech sobie sami sprzątają swoje kupy. Ale Nagarajan się przestraszył: jeśli Smita tam nie pójdzie, wypędzą ich, a przecież nie mają własnej ziemi. Podpalą im chałupę. Smita wie, do czego są zdolni dżatowie. „Obetniemy ci kończyny” — powiedzieli jednemu z takich jak ona. Znaleziono człowieka na pobliskim polu śmiertelnie poparzonego kwasem, pociętego na kawałki.

Tak, Smita wie, do czego dżatowie są zdolni.

Więc następnego dnia tam poszła.

Ale dzisiaj nie jest tak jak zawsze. Smita podjęła decyzję, którą uznała za oczywistą: jej córka pójdzie do szkoły. Udało się jej, choć z trudem, przekonać do tego Nagarajana. „Ale po co? — pytał. — Może i nauczy się czytać i pisać, ale nikt jej tu nie da pracy. Człowiek rodzi się czyścicielem ustępów i jest nim aż do śmierci. To się dziedziczy, to zaklęty krąg, z którego nie sposób się wyrwać. To karma”.

Smita nie ustąpiła. Wróciła do rozmowy następnego dnia, dzień później i w ciągu kolejnych dni. Nie zabierze ze sobą Lality do pracy w domach dżatów: nie pokaże jej, jak się opróżnia ustępy, nie pozwoli, jak jej matka, żeby wymiotowała do rowu, nie zgadza się na to. Lalita musi iść do szkoły. Widząc jej determinację, Nagarajan w końcu się poddał. Zna swoją żonę, jej nieugiętą wolę. Mała dalitka o śniadej cerze, którą poślubił przed dziesięciu laty, jest silniejsza od niego, dobrze o tym wie. Więc w końcu ustąpił. Już dobrze, niech tak będzie. Pójdzie do szkoły w wiosce i porozmawia z braminem.

Smita uśmiechnęła się w duchu na myśl o zwycięstwie. Tak żałowała, że jej matka nie walczyła kiedyś o jej przyszłość, tak jej było przykro, że nie mogła pójść do szkoły, usiąść w klasie razem z innymi dziećmi. Nauczyć się czytać i liczyć. Ale to było niemożliwe. Ojciec Smity nie był tak dobrym człowiekiem jak Nagarajan. Był mężczyzną porywczym i gwałtownym. Bił żonę jak wszyscy wokół. Często powtarzał: żona nie jest równa mężowi, ona do niego należy. Jest jego własnością, jego niewolnicą. Musi podporządkować się jego woli. Gdyby ojciec miał wybierać, z pewnością wolałby uratować swoją krowę niż żonę.

Smita ma w życiu szczęście. Nagarajan nigdy jej nie bił, nigdy jej nie ubliżał. Kiedy przyszła na świat Lalita, zgodził się zachować ją przy życiu. Niedaleko stąd zabija się dziewczynki zaraz po urodzeniu. W Radżastanie grzebie się je żywcem w skrzynce w piachu. Konają całą noc.

Ale tutaj nie. Smita przygląda się Lalicie przykucniętej na klepisku w chacie, czeszącej swoją jedyną ukochaną lalkę. Ma subtelne rysy, długie do pasa włosy, które Smita co dzień rano rozczesuje i zaplata.

Moja córka będzie umiała czytać i pisać, mówi do siebie w duchu, i myśl ta napawa ją radością.

Tak, zapamięta ten dzień do końca życia.

Giulia

Palermo, Sycylia

— Giulia!

Giulia z trudem otwiera oczy. Z dołu dobiega głos matki.

— Giulia!

— Scendi!

— Subito!

Giulię aż kusi, żeby wsunąć głowę pod poduszkę. Jest niewyspana, znowu czytała całą noc. Wie jednak, że musi wstać. Kiedy matka Sycylijka wzywa, trzeba okazać jej posłuch.

— Giulia!

Giulia niechętnie wstaje z łóżka. Ubiera się w pośpiechu i schodzi do kuchni, gdzie mamma się niecierpliwi. Jej siostra Adela już wstała, maluje sobie paznokcie u nóg na stole nakrytym do śniadania. Giulia krzywi się, czując woń zmywacza do paznokci. Matka podaje jej filiżankę kawy.

— Ojciec wyjechał.

— Otworzysz dziś pracownię.

Giulia bierze klucze od pracowni i szybko wychodzi z domu.

— Nic nie zjadłaś.

— Weź coś ze sobą!

Nie zważając na słowa matki, Giulia wsiada na rower i szybko odjeżdża, energicznie pedałując. Jest rześki poranek, Giulia powoli się budzi. Hulający po szerokich ulicach wiatr chłosta ją po twarzy. Gdy zbliża się do targu, czuje szczypiącą woń cytrusów i oliwek. Przejeżdża obok straganu z rybami, na którym leżą świeżo złowione sardynki i węgorze. Przyspiesza, wjeżdża na chodnik, opuszcza piazza Ballaro, gdzie wędrowni handlarze nawołują już klientów.

Dociera do zaułka nieopodal via Roma. To tu, w budynku dawnego kina, które ojciec kupił przed dwudziestu laty, mieści się licząca sobie dwadzieścia lat, tyle samo co Giulia, pracownia perukarska jej ojca. Kino musiało się wyprowadzić z powodu ciasnoty. Na ścianie frontowej widać jeszcze miejsca po zawieszanych tam niegdyś plakatach filmowych. Dawno już minęły czasy, kiedy mieszkańcy Palermo tłumnie ściągali do kin na komedie z Alberto Sordim, Vittorio Gassmanem, Nino Manfredim, Ugo Tognazzim, Marcello Mastroiannim… Dziś większość sal kinowych jest zamknięta, tak jak to małe dzielnicowe kino, zamienione w pracownię ojca Giny. Trzeba było przerobić kabinę projekcyjną na gabinet, wybić w sali widowiskowej otwory okienne, żeby pracownice miały dość światła. Papa wszystko to wykonał sam. Klimat miejsca przypomina trochę jego samego, myśli Giulia: jest coś z jego chaotyczności i ciepła. Pietro Lanfredi, mimo swych legendarnych napadów złości, cieszy się wśród pracownic sympatią i poważaniem. Jest kochającym, choć wymagającym i apodyktycznym ojcem, który wychował córki w poszanowaniu dyscypliny i przekazał im zamiłowanie do rzetelnej pracy.

Giulia wyjmuje klucz i otwiera drzwi. Zazwyczaj ojciec przychodzi do pracy jako pierwszy. Czuje się w obowiązku osobiście powitać pracownice, tak winien czynić prawdziwy padrone, jak lubi mówić. Do jednej zagada, drugiej okaże życzliwość, żadnej nie pominie. Ale dziś wybrał się w objazd po salonach fryzjerskich w Palermo i okolicy. Do południa go nie będzie. Dziś przed południem szefową jest Giulia.

O tej porze w pracowni panuje całkowity spokój. Wkrótce miejsce wypełni się gwarem rozmów, pokrzykiwaniami, śpiewem, ale na razie słychać tu jedynie ciszę i odgłosy kroków Giulii. Giulia idzie do szatni dla pracownic i kładzie swoje rzeczy do szafki, na której widnieje jej imię. Wyjmuje z niej fartuch i jak co dzień wciąga na siebie swoją drugą skórę. Zbiera włosy na głowie, zwija w ciasny węzeł i zręcznie wpina weń szpilki. Zawiązuje na głowie chustkę — tak jest bezpieczniej — nie wolno mieszać własnych włosów z włosami poddawanymi obróbce. W takim stroju nie wygląda już na córkę szefa: jest szeregową pracownicą firmy Lanfredi. Zależy jej na tym. Zawsze broniła się przed jakimikolwiek przywilejami.

Skrzypią drzwi wejściowe, przestrzeń wypełnia radosny rój. W jednej chwili pracownia się ożywia, zamienia w gwarne miejsce, które Giulia tak lubi. Pośród zgiełku mieszających się rozmów pracownice zmierzają szybkim krokiem do szatni, zakładają fartuchy i fartuszki i zajmują, gawędząc, swoje stanowiska. Giulia dołącza do nich. Agnese znów ma ściągnięte rysy — jej najmłodsze dziecko ząbkuje, całą noc nie spała. Federica z trudem powstrzymuje łzy, porzucił ją narzeczony. Znowu?! — wykrzykuje Alda. Jutro wróci, pociesza ją Paola. Wszystkie te kobiety łączy coś więcej niż wykonywany zawód. Przy pracy rozprawiają całymi dniami o mężczyznach, o życiu, o miłości. Wiedzą o sobie wszystko: że mąż Giny pije, że syn Aldy ma konszachty z mafią, że Alessia miała krótki romans z byłym mężem Rhiny, która do dziś nie potrafi jej tego wybaczyć.

Giulia lubi przebywać w towarzystwie tych kobiet, niektóre znają ją od czasów, kiedy była dzieckiem. Niewiele brakowało, a by się tu urodziła. Matka chętnie opowiada, jak złapały ją bóle porodowe podczas sortowania włosów. Matka już nie pracuje z powodu słabego wzroku, musiał ją zastąpić ktoś inny. Giulia dorastała w perukarni pośród stert włosów, czekających na rozczesanie, na umycie, i wyrobów przygotowanych do wysyłki. Pamięta wakacje i wolne środy, które tu spędzała. Lubiła przyglądać się wtedy kobietom, zwłaszcza ich zwinnym rękom uwijającym się jak pracowite pszczółki. Patrzyła, jak puszczały włosy na gręple, wielkie kwadratowe grzebienie do rozczesywania, jak je potem myły w zamocowanej przez jej pomysłowego ojca na stojaku wannie: nie chciał, żeby jego pracownice nadwyrężyły sobie kręgosłupy. Bawiły ją suszące się, wiszące w oknach kosmyki włosów, wyglądały jak łup plemienia Indian, osobliwa wystawa kolekcji skalpów.

Giulia ma niekiedy wrażenie, że czas się w tym miejscu zatrzymał. Na zewnątrz życie wciąż płynie swoim rytmem, ale tu, w tych murach, człowiek czuje się bezpiecznie. To miłe poczucie dziwnej trwałości rzeczy.

Od niemal wieku jej rodzina utrzymuje się z tradycyjnego sycylijskiego rzemiosła — wyrabia treski i peruki ze zbieranych przez ludzi w domach czy przez fryzjerów w salonach wypadniętych lub obciętych włosów. Pracownia Lanfredi, założona przez pradziadka Giulii w 1926 roku, jest ostatnią tego rodzaju w Palermo. Zatrudnia około dziesięciu wyspecjalizowanych pracownic, które rozczesują, myją i preparują kosmyki włosów rozsyłane później po całych Włoszech i całej Europie. Gdy tylko Giulia ukończyła szesnaście lat, postanowiła rzucić szkołę i pracować w perukarni ojca. Nauczyciele, zwłaszcza ten od włoskiego, uważali ją za zdolną uczennicę i namawiali do kontynuowania nauki, mogłaby przecież pójść na studia, na uniwersytet. Ale jej się to nie mieściło w głowie, nie potrafiła postąpić inaczej. Wyrób peruk w rodzinie Lanfredich to tradycja, ale i prawdziwa, przekazywana z pokolenia na pokolenie pasja. Siostry Giulii nie wykazały jakoś zainteresowania zawodem rodzinnym, Giulia jest jedyną córką Lanfredich, która się poświęciła tej pracy. Francesca wyszła młodo za mąż i nie pracuje, ma czworo dzieci. Najmłodsza Adela chodzi jeszcze do liceum i zamierza zająć się zawodowo modą lub zostać modelką — dla niej każda praca jest lepsza od drogi obranej przez rodziców.

Zdarzają się czasem nietypowe zamówienia, trudne do uzyskania kolory. Na szczęście papa posiadł pewną tajemnicę odziedziczoną po swoim ojcu i dziadku: metodę barwienia włosów surowcami naturalnymi, których nazw nikomu nie zdradza. Przekazał swój sekret Giulii. Zabiera ją czasem na dach, do swojego laboratorio, jak mówi. Stamtąd, z góry, rozciąga się z jednej strony widok na morze, z drugiej na Monte Pellegrino. Odziany w biały fartuch, Pietro, przypominający w tym stroju uczonego chemika, warzy w wielkich kadziach odpowiedni roztwór. Wie, jak odbarwić włosy i ponownie je ufarbować, tak by kolor nie zszedł podczas mycia. Giulia przygląda się godzinami temu, co robi ojciec, zapisuje w pamięci każdy jego ruch. Ojciec dogląda preparowanych włosów tak jak mamma swoich past. Drewnianą łyżką miesza roztwór w kadzi, czeka, aż się ustoi, i niestrudzenie powtarza czynność. Serce, jakie w to wkłada, świadczy o jego cierpliwości, sumienności, zamiłowaniu do tego, co robi. Ojciec lubi mówić, że ktoś kiedyś będzie nosił te włosy i dlatego zasługują one na najwyższy szacunek. Giulia pogrąża się czasem w marzeniach, wyobraża sobie kobiety, do których trafią ich peruki. Tutejsi mężczyźni nie przejawiają zainteresowania treskami, są chyba na to zbyt dumni, zbyt przywiązani do swojej idei męskości.

Niektóre włosy, z niewiadomych powodów, są odporne na działanie magicznej recepty rodziny Lanfredich. Większość włosów po wyjęciu z kadzi, w których były zanurzone, jest mlecznobiała, co umożliwia ich ufarbowanie, ale nieliczne zachowują pierwotny kolor. Tych kilka niesfornych włosów stanowi prawdziwy problem: nie do pomyślenia jest przecież, by w starannie ufarbowanym kosmyku klient znalazł kilka krnąbrnych nitek w kolorze czerni lub brązu. Giulii, która ma wyjątkowo ostry wzrok, przypada w udziale delikatne zadanie: ma przebierać włosy jeden po drugim i wyławiać te oporne. Dzień w dzień prowadzi prawdziwe polowanie na czarownice, bezlitosną obławę.

Głos Paoli wyrywa Giulię ze świata marzeń.

— Mia cara, wyglądasz na zmęczoną.

— Znowu czytałaś całą noc.

Giulia nie zaprzecza. Przed Paolą niczego nie da się ukryć. Ma swoje lata, jest seniorką wśród tutejszych pracownic. Wszyscy mówią tu o niej Nonna, czyli Babcia. Poznała ojca Giulii, kiedy był dzieckiem. Lubi opowiadać, że sznurowała mu buty. Z perspektywy swoich siedemdziesięciu pięciu lat widzi wszystko. Ma spracowane ręce, skórę pomarszczoną jak pergamin, ale wciąż bystre spojrzenie. Owdowiała w wieku dwudziestu pięciu lat, sama wychowała czwórkę dzieci, przez całe życie wykluczała możliwość ponownego zamążpójścia. Kiedy się ją pyta dlaczego, odpowiada, że zanadto ceni sobie wolność. „Mężatka musi się ze wszystkiego tłumaczyć” — mówi. „Rób, co chcesz, mia cara, ale w żadnym razie nie wychodź za mąż” — powtarza Giulii. Chętnie opowiada o swoich zaręczynach z mężczyzną, którego wybrał dla niej ojciec. Rodzina przyszłego męża miała plantację cytryn. Nonna musiała na niej pracować, zbierała owoce nawet w dniu wesela. Na wsi nie było mowy o chwili wytchnienia. Pamięta woń cytryn, którą przesiąknięte były ubrania i ręce męża. Kiedy po paru latach mąż umarł na zapalenie płuc, zostawiając ją samą z czwórką dzieci, musiała wyjechać do miasta w poszukiwaniu pracy. Spotkała wtedy dziadka Giulii, który zatrudnił ją w pracowni. Pracuje tu już od pięćdziesięciu lat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Warkocz Sekretna wojna. Tom 1 NIEzbędnik ateisty Słownik pojęć Whiteheada Zmiana klimatu to nie jest ładny obrazek Listy niezapomniane 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia