Tunel z gołębiami

Tunel z gołębiami

Autorzy: John le Carre

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

„Z tajnego świata, który kiedyś znałem, próbowałem uczynić teatr dla tego szerszego świata, w którym wszyscy żyjemy – najpierw wyobraźnią, potem potrzebą odwzorowania rzeczywistości. Później znowu zaczyna pracować wyobraźnia i wreszcie można zasiąść za biurkiem, przy którym teraz siedzę”. Fragment książki Tunel z gołębiami
Le Carré zawsze pisał o tym, co właśnie się dzieje. W czasach zimnej wojny, gdy służył w wywiadzie brytyjskim, i w trakcie własnej kariery pisarskiej, gdy jeździł do ogarniętej wojną Kambodży, do Bejrutu w przeddzień izraelskiej inwazji roku 1982 czy do Rosji przed upadkiem muru berlińskiego i po nim.
W swych pierwszych opublikowanych wspomnieniach, które właśnie trafiają do rąk Czytelnika, le Carré dowcipnie i celnie analizuje moralną dwuznaczność wydarzeń, których był świadkiem, znaną dotąd jedynie z jego powieści. Pisze czasem z humorem, czasem wstrząsająco, to bawiąc, to zmuszając do refleksji nad wydarzeniami, o których – wydawałoby się – wszystko już wiadomo. O papudze w hotelu w Bejrucie, która nauczyła się naśladować dźwięki karabinów maszynowych i pierwsze takty Beethovenowskiej „piątki”. O rwandyjskich muzeach pełnych ciał ofiar ludobójstwa. O Sylwestrze roku 1982, spędzonym wraz z Jaserem Arafatem i jego sztabem. O wywiadzie, który przeprowadził z niemiecką terrorystką w więzieniu na pustyni Negew. O pouczającej rozmowie z wielkim fizykiem, dysydentem i laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, Adriejem Sacharowem. O spotkaniach z byłymi szefami KGB. O tym, jak Alec Guinness przygotowywał się do roli George’a Smileya w legendarnych adaptacjach BBC. A także o pracowniczce organizacji pomocowych, która posłużyła mu za wzór głównej bohaterki Wiernego ogrodnika.
Najważniejsze jest jednak to, że le Carré dzieli się z Czytelnikiem wspomnieniami z ponad sześćdziesięciu lat pracy pisarskiej – ponad sześciu dziesięcioleci poszukiwań sensu człowieczeństwa, tak widocznych w losach stworzonych przez siebie fikcyjnych, lecz jakże ludzkich postaci.

Tytuł oryginału:

THE PIGEON TUNNEL

Copyright © David Cornwell, 2016

Copyright © 2017 © for the Polish translation by Jan Rybicki

Copyright © 2017 for this edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Cover illustration by Matt Taylor

Author photography © Anton Corbijn

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-324-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Przedmowa

Wstęp

1. Zły to ptak, co własne służby kala

2. Ustawy doktora Globkego

3. Z wizytą oficjalną

4. Palec na spuście

5. Do wszystkich zainteresowanych

6. Jak działa brytyjski wymiar sprawiedliwości

7. Ucieczka Iwana Sierowa

8. Dziedzictwo

9. Niewinność Murata Kurnaza

10. Praca w terenie

11. Patrzę, a to Jerry Westerby

12. Samotność w Wientianie

13. Teatr Rzeczywistości: tańczący z Arafatem

14. Teatr Rzeczywistości: Willa Brigitte

15. Teatr Rzeczywistości: kwestia winy

16. Teatr Rzeczywistości: czułe słówka

17. Sowiecki rycerz umiera we własnej zbroi

18. Na Dzikim Wschodzie: Moskwa 1993

19. Krew i skarby

20. Największe niedźwiedzie w zoo

21. Wśród Inguszów

22. Nobel dla Brodskiego

23. Znawca od siedmiu boleści

24. Stróż brata swego

25. Quel Panama!

26. W głębokiej konspiracji

27. Polowanie na kacyków

28. Richard Burton mnie potrzebuje

29. Alec Guinness

30. Zaginione arcydzieła

31. Krawat Bernarda Pivota

32. Na lunchu z więźniami

33. Syn ojca autora

34. Z podziękowaniem dla Reggiego

35. Bardzo poszukiwany człowiek

36. Karta kredytowa Stephena Spendera

37. Rada dla początkującego powieściopisarza

38. Ostatnia tajemnica służbowa

Źródła

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Przedmowa

Prawie każda z moich książek nosiła kiedyś roboczy tytuł Tunel z gołębiami. Już wyjaśniam, skąd się wziął. Byłem nastolatkiem, gdy ojciec postanowił zabrać mnie na jedną ze swych wypraw do Monte Carlo, gdzie szalał przy ruletce. Niedaleko starego kasyna był klub sportowy z trawnikiem i strzelnicą z widokiem na morze. Pod trawnikiem ciągnęło się kilka ciasnych równoległych tuneli prowadzących aż nad samą wodę. W tunelu umieszczano żywe gołębie, hodowane i łapane na dachu kasyna. Ich zadanie było proste – miały przelecieć po omacku całkowicie ciemny tunel i pofrunąć w śródziemnomorskie niebo, żeby najedzeni i napici sportowcy, czyhający na leżąco lub stojąco, mogli sobie do nich postrzelać. Te z ptaków, których nie trafiono albo które tylko lekko zraniono, robiły to, co zawsze robią gołębie – wracały do miejsca swych narodzin na dachu kasyna, gdzie wpadały wciąż w te same pułapki.

Czytelnik zapewne lepiej oceni, dlaczego akurat to wspomnienie prześladuje mnie od tak dawna.

John le Carré, styczeń 2016

Wstęp

Siedzę przy biurku w piwnicy małej chatki w Szwajcarii, którą postawiłem sobie za honorarium otrzymane za powieść Ze śmiertelnego zimna1, w górskiej wiosce położonej półtorej godziny jazdy pociągiem od Berna – miasta, do którego w wieku szesnastu lat uciekłem z prywatnej szkoły w Anglii i w którym zapisałem się na uniwersytet. W weekendy całą grupą studentów – głównie berneńczyków płci obojga – jeździliśmy w Oberland, zwalaliśmy się do schroniska i do upadłego jeździliśmy na nartach. Z tego, co wiem, byliśmy wzorem cnót wszelkich – panie po jednej, panowie po drugiej stronie, na słońcach swych przeciwnych. A jeżeli ktoś coś z kimś robił, to na pewno nie ja.

Moja chatka góruje nad wsią. Kiedy wyglądam przez okno – ale muszę mocno zadzierać głowę – widzę szczyty Eigeru, Möncha i Jungfrau, i najpiękniejszego z nich wszystkich Silberhorna, któremu asystuje o pół głowy niższy Mały Silberhorn: dwa rozkosznie szpiczaste stożki lodu, które od czasu do czasu szarzeją nieco, gdy dmie fen, ciepły wiatr południowy, ale już w kilka dni później odzyskują nieskazitelną dziewiczą świetność.

Patronują nam tutaj wszyscy święci pańscy: wszędobylski kompozytor Mendelssohn – ma tu swój własny szlak, proszę iść za strzałkami; poeta Goethe, choć on dotarł, zdaje się, tylko do wodospadów w dolinie Lauterbrunnen; i drugi poeta, Byron, który wlazł kiedyś aż na Wengernalp i wściekł się, bo widok powalonych przez wichurę drzew „przywiódł mi na myśl siebie samego i całą rodzinę moją”.

Ale najświętszym z naszych patronów jest bez wątpienia niejaki Ernst Gertsch, który przyniósł naszej wsi pieniądze i sławę, bo w roku 1930 zorganizował pierwsze zawody narciarskie na Lauberhornie – sam zresztą wygrał slalom. Raz byłem tak szalony, że wziąłem w nich udział – całkowity brak kompetencji i paniczny strach sprawiły, że jak można się było spodziewać, przegrałem z kretesem. Wykryłem ponadto, że panu Ernstowi nie wystarczył tytuł ojca narciarstwa zjazdowego, bo to on wymyślił stalowe okucia nart i stalowe podkładki pod wiązania – tym większa wdzięczność mu się od nas należy.

Teraz mamy maj, więc w jednym tygodniu całoroczny przegląd pogody: wczoraj spadło parę metrów puchu, ale oczywiście nie było już narciarzy, którzy mogliby się nim cieszyć; dzisiaj żar lał się z nieba, śnieg znów niemal całkiem stopniał, wiosenne kwiatki od nowa zabrały się do roboty. A teraz, pod wieczór, nad Lauterbrunnen formują się szaro-granatowe chmury, by – jak kiedyś napoleońska Grande Armée – pomaszerować na podbój Szwajcarii.

W ślad za nimi powróci pewnie fen – od paru dni jakoś nas nie nękał – i wtedy hale i lasy utracą swe barwy, chatka będzie trzeszczeć i chwiać się w posadach, a dym z drewna w kominku znów cofnie się na dywan, za który tak przepłaciliśmy w Interlaken bezśnieżnej zimy kilka lat temu. Każdy brzęk czy klakson dochodzący z doliny znów będzie brzmiał jak okrzyk oburzenia; ptaki zostaną zamknięte w gniazdach – poza wrończykami, bo one nie słuchają niczyich rozkazów. Kiedy wieje fen, nie jeździ się samochodem, nie udaje się w oświadczyny. Jeśli kogoś boli głowa albo chce zabić bliźniego swego, niech się nie martwi – to nie kac, to fen.

Chatka odegrała w moim osiemdziesięcioczteroletnim życiu rolę zupełnie niewspółmierną do swych skromnych rozmiarów. Zanim ją zbudowałem, przyjeżdżałem w te okolice na narty – pierwsze były z jesionu lub z orzecha, na podejście zakładało się foki, wiązania były skórzane, zjeżdżało się raz, następnie podchodziło w górę. Potem bywałem tu latem, by wspinać się na góry z moim mądrym mistrzem z Oksfordu, Vivianem Greenem, późniejszym rektorem Lincoln College, który posłużył mi jako pierwowzór wewnętrznego portretu George’a Smileya.

To nie przypadek, że Smiley kochał szwajcarskie Alpy jak Vivian, że jak Vivian znajdywał ukojenie w ich widokach i że podobnie jak ja przez całe życie trwał w dziwnym związku z niemiecką muzą.

To Vivian musiał wysłuchiwać niekończących się opowieści o moim niegodziwym ojcu; i to on, gdy ojciec znów zbankrutował – tym razem w jakiś szczególnie spektakularny sposób – zdobył skądś pieniądze i ściągnął mnie z powrotem na uczelnię, żebym skończył studia.

W Bernie poznałem potomka jednej z najstarszych rodzin hotelarskich w całym Oberlandzie. Gdyby nie jego wpływy, chatka nigdy by nie powstała, bo w naszej wsi cudzoziemcom nie wolno było wtedy i nie wolno teraz posiadać choćby piędzi szwajcarskiej ziemi.

Również w Bernie stawiałem pierwsze, dziecięce kroki w wywiadzie brytyjskim, dostarczając nie wiem co, nie wiem komu. Ostatnio co jakiś czas zastanawiam się nad tym, jak by też wyglądało moje życie, gdybym nie uciekł wtedy ze szkoły albo gdybym uciekł, lecz gdzie indziej. Dochodzę do wniosku, że wszystko, co mi się w życiu przytrafiło, jest konsekwencją jednej impulsywnej decyzji nastolatka, który postanowił wyrwać się z Anglii najkrótszą z możliwych dróg i obrać sobie za przybraną matkę niemiecką muzę.

W szkole zresztą nie byłem ofermą, wręcz przeciwnie – byłem kapitanem każdej z możliwych drużyn, laureatem szkolnych nagród, potencjalnym prymusem. I uciekłem bardzo dyskretnie, bez wrzasków i histerii. Oznajmiłem po prostu: „Może ojciec zrobić ze mną, co zechce, ale ja nie wracam”. I zapewne za wszystko winiłem szkołę i przy okazji Anglię, podczas gdy tak naprawdę chciałem za wszelką cenę uwolnić się od ojca. Tylko że tego nie mogłem mu powiedzieć. Oczywiście moje dzieci odwdzięczyły mi się pięknym za nadobne – tylko że one potrafiły zachować się bardziej elegancko i nie robić tyle hałasu.

To jednak nadal nie udziela odpowiedzi na pytanie o kierunek, w jakim mogłoby potoczyć się moje życie. Czy gdybym nie trafił do Berna, i tak prędzej czy później zwerbowano by mnie na nastoletniego chłopca na posyłki brytyjskiego wywiadu? Wtedy jeszcze nie czytałem maughamowskich opowiadań o agencie Ashendenie, ale dobrze znałem Kima Kiplinga i całe stosy szowinistycznych przygodówek autorów pokroju G.A. Henty’ego. Dornford Yates, John Buchan i Rider Haggard też zrobili, co mogli.

No i oczywiście w zaledwie cztery lata po wojnie byłem największym brytyjskim patriotą na tej półkuli. Jeszcze w szkole doszliśmy wszyscy do wielkiej wprawy w demaskowaniu w naszych szeregach niemieckich szpiegów – ja zaliczałem się do najlepszych speców od kontrwywiadu. Nasz nacjonalistyczny zapał był niepohamowany. Dwa razy w tygodniu mieliśmy „wojsko”, czyli ćwiczenia z bronią w pełnym rynsztunku. W te dni nasi opaleni na wojnie nauczyciele przypinali rozetki orderów. Mój pan od niemieckiego robił w czasie wojny cudownie tajemnicze rzeczy. Doradcy od szkolenia zawodowego przygotowywali nas do dozgonnej służby na najdalszych krańcach Imperium. Opactwo, stanowiące rdzeń naszego miasteczka, obwieszone było pułkowymi sztandarami wystrzępionymi na kolonialnych wojnach w Indiach, Afryce Południowej i Sudanie – potem strzępom tym przywracały dawną świetność kochające kobiece dłonie.

Właściwie więc trudno się dziwić, że gdy wezwała mnie ojczyzna – pod postacią trzydziestoparoletniej, nieco mamusiowatej pani imieniem Wendy zatrudnionej w sekcji wizowej ambasady brytyjskiej w Bernie – siedemnastoletni Anglik, z trudem radzący sobie na zagranicznym uniwersytecie, stanął na baczność i odpowiedział: „Rozkaz, proszę pani!”.

Znacznie trudniej wyjaśnić moje całkowite oddanie się literaturze niemieckiej – w czasach, w których samo słowo „niemiecka” było dla wielu ludzi synonimem najstraszniejszego zła. A tymczasem właśnie to oddanie – podobnie jak ucieczka do Berna – wycisnęło piętno na całej mojej późniejszej drodze życiowej. Gdyby nie ono, nie pojechałbym do Niemiec w roku 1949 za namową mojego pana od niemieckiego, żydowskiego uciekiniera; nie zobaczyłbym zrównanych z ziemią miast w Zagłębiu Ruhry; nie przeleżałbym, chory jak pies, na powehrmachtowskim materacu w niemieckim szpitalu polowym, zaimprowizowanym w podziemiach berlińskiego metra; nie odwiedziłbym obozów koncentracyjnych w Dachau i Bergen-Belsen w czasie, gdy w barakach wciąż unosił się smród – stamtąd wróciłem do niewzruszonego spokoju Berna, do mojego Tomasza Manna, mojego Hermanna Hessego. I na pewno nie odbyłbym służby wojskowej w wywiadzie w okupowanej Austrii ani nie studiowałbym filologii germańskiej w Oksfordzie; nie uczyłbym niemieckiego w Eton ani nie zostałbym oddelegowany do ambasady brytyjskiej w Bonn pod przykrywką szeregowego dyplomaty – ani nie pisałbym powieści pełnych niemieckich odniesień.

Teraz całkiem dobrze rozumiem, co dało mi tak wczesne zanurzenie się w kulturze niemieckiej. Stworzyło mi własne eklektyczne terytorium; podsycało mój nieuleczalny romantyzm i umiłowanie liryki; wpoiło we mnie przekonanie, że wędrówka człowieka od kołyski po grób to ciągłe uczenie się – jest to przekonanie mało oryginalne i może nawet mylne, ale trudno. A gdy przyszło mi zmierzyć się z dramatami Goethego, Lenza, Schillera, Kleista czy Büchnera, odkryłem, że ich klasyczna powściągliwość jest mi równie bliska jak ich neurotyczne ekscesy. Cała sztuka polega, zdaje się, na tym, by jednym tuszować drugie.

***

Chatka ma już prawie pięćdziesiąt lat. Gdy dzieci dorastały, co sezon przyjeżdżały tu na narty. Tu było nam najlepiej. Czasem zostawaliśmy na wiosnę. Tutaj też spędziłem cztery przezabawne tygodnie – chyba zimą 1967 roku – w towarzystwie Sydneya Pollacka, reżysera Tootsie, Pożegnania z Afryką i mojego ulubionego filmu Czyż nie dobija się koni?, próbując przerobić na scenariusz moją powieść Małe miasteczko w Niemczech.

Śnieg tej zimy był cudowny. Sydney nigdy przedtem nie jeździł na nartach i nigdy nie był w Szwajcarii. Ale na widok roześmianych narciarzy, nonszalancko śmigających pod naszym balkonem, nie wytrzymał – musiał stać się jednym z nich, i to natychmiast. Chciał, żebym to ja go uczył, ale dzięki Bogu wezwałem Martina Eppa, instruktora narciarskiego, legendarnego przewodnika i jednego z tych nielicznych, którzy samotnie zdobyli północną ścianę Eigeru.

Wybitny reżyser z South Bend w Indianie i wybitny alpinista z Arosy natychmiast przypadli sobie do gustu. Sydney niczego nie robił na pół gwizdka. Już po kilku dniach świetnie sobie radził na nartach. Poza tym ogarnęło go niepowstrzymane pragnienie, by zrobić film o Martinie Eppie, i wkrótce całkowicie przyćmiło jego pragnienie nakręcenia Małego miasteczka. Eiger miał wystąpić w roli Losu, ja napisać scenariusz, Martin zagrać samego siebie, a Sydney wisieć w połowie wysokości i filmować wspinaczkę. Zatelefonował do swego agenta i opowiedział mu o Martinie. O Martinie opowiedział też przez telefon swojemu psychoanalitykowi. Śnieg wciąż był cudowny i nieco podkopywał energię Sydneya. Wreszcie uznaliśmy obaj, że najlepiej pisze nam się wieczorem, po kąpieli – tylko że nie wiadomo, czy to prawda, bo nie powstał ani jeden, ani drugi film.

Jakiś czas później dowiedziałem się, że Sydney wynajął moją chatkę dla Roberta Redforda, żeby miał gdzie przygotowywać się do filmu Zjazdowiec. Niestety nie miałem okazji poznać pana Roberta, ale później przez wiele lat, ilekroć pojawiałem się we wsi, okazywano mi szczególne względy jako znajomemu Redforda.

***

To wszystko, co tu opowiadam, to moje prawdziwe wspomnienia – i w tym miejscu każdy ma pełne prawo zapytać, czym jest prawda i czym są wspomnienia dla pisarza dobiegającego, delikatnie mówiąc, zmierzchu życia. Dla prawnika prawda to fakty bez żadnych upiększeń. Inna sprawa, czy można takie fakty znaleźć. Dla pisarza fakt to surowiec – nie cel, lecz narzędzie; zadaniem pisarza jest sprawić, by fakt „zagrał”. Cała prawda leży – jeżeli leży gdziekolwiek – nie w faktach, lecz w niuansach.

Czy w ogóle istnieje coś takiego jak prawdziwe wspomnienia? Wątpię. Nawet jeżeli uda nam się sobie wmówić, że jesteśmy obiektywni, że trzymamy się czystych faktów, nie upiększając ich i nie segregując dla własnej wygody, prawdziwe wspomnienia wymykają się nam jak kostka mokrego mydła. A przynajmniej tak właśnie jest ze mną, który życie strawiłem na rozmywaniu różnicy między własnym doświadczeniem i własną wyobraźnią.

I właśnie dlatego tu i tam – kiedy uważałem, że opowiadanie na tym skorzysta – zaczerpywałem urywki dialogów czy opisów z tworzonych na gorąco artykułów prasowych, bo przynosiły świeże wspomnienia, które odtwarzane z pamięci straciłyby ostrość: tak było na przykład w przypadku opisu Wadima Bakatina, byłego szefa KGB. Kiedy indziej prawie nie zmieniałem gotowych tekstów, trochę je tylko porządkując i dodając tu i ówdzie jakiś ornamencik dla lepszego zrozumienia lub uaktualnienia całej historii.

Nie jestem aż tak zadufany w sobie, by zakładać, że czytelnik doskonale orientuje się w mojej twórczości – czy wręcz że w ogóle ją zna; stąd gdzieniegdzie pewne konieczne wyjaśnienia. Gwarantuję jedno: ani razu nie dopuściłem się świadomego fałszerstwa. Pewne rzeczy, które trzeba było ukryć, ukryłem oczywiście. Ale powtarzam: bez fałszerstw. Jeżeli czegoś nie pamiętałem dokładnie, napisałem, że nie pamiętam. Parę z opowiedzianych tu historii trafiło w formie krótkich wzmianek do niedawno wydanej mojej biografii, więc teraz z przyjemnością sam się pod nimi podpisuję, opowiadam je własnymi słowami i staram się jak najlepiej wzbogacić je o własne odczucia.

Niektóre epizody teraz nabrały znaczenia, którego wtedy sobie nie uświadamiałem – może z powodu śmierci osób grających w nich główną rolę. Przez całe moje długie życie nie prowadziłem dziennika; tylko od czasu do czasu spisywałem krótkie wrażenia z tej czy innej podróży, z tej czy innej ważnej rozmowy. Tak było w przypadku dni spędzonych u Jasira Arafata, przewodniczącego Organizacji Wyzwolenia Palestyny, przed jego wypędzeniem z Libanu i później, gdy złożyłem mu wizytę przedwcześnie zakończoną w jego białym hotelu w Tunisie, w tym samym mieście, w którym paru jego towarzyszy i sztabowców zginęło z rąk izraelskiego komanda w kilka tygodni po moim wyjeździe.

Zawsze interesowali mnie ludzie władzy. Po pierwsze dlatego, że są; po drugie dlatego, że zawsze chciałem się dowiedzieć, co nimi kieruje. Odnoszę jednak wrażenie, że w ich obecności potrafiłem jedynie zdobyć się na potakiwanie z poważną miną, kręcenie głową w odpowiednich miejscach i na parę żartów, którymi starałem się złagodzić napięcie. Dopiero potem, w pokoju hotelowym, wyciągałem pomięty notes i próbowałem ogarnąć to, co usłyszałem i zobaczyłem.

Pozostałe bazgroły, które zachowały się z moich podróży, robione były głównie nie osobiście przeze mnie, tylko przez różne fikcyjne postacie, które ze względów bezpieczeństwa zabierałem ze sobą, jadąc w teren. Pisane są więc z ich punktu widzenia, nie mojego, i ich słowami, nie moimi. Gdy kuliłem się ze strachu w okopach nad Mekongiem i po raz pierwszy w życiu mogłem się przekonać, jak to jest, gdy kule plaskają w błoto nad głową, drżąca ręka opisująca w brudnym notatniku ten skandal należała nie do mnie, lecz do mojego dzielnego, ale fikcyjnego bohatera, reportera wojennego Jerry’ego Westerby’ego, dla którego ostrzał był jak bułka z masłem. Wydawało mi się zresztą, że jestem w tym bardzo oryginalny, dopóki nie poznałem sławnego fotografa wojennego, który wyznał mi, że przestaje mieć stracha dopiero w chwili, gdy patrzy przez wizjer aparatu. Ja tam stracha miałem zawsze, ale wiem przynajmniej, co fotograf miał na myśli.

***

Jeżeli komuś uda się osiągnąć sukces na początku kariery – jak mnie dzięki powieści Ze śmiertelnego zimna – wtedy całe jego życie dzieli się na okres przed i potem. Wspomina się książki sprzed chwili, gdy zostało się wyłowionym z tłumu przez reflektor sławy – jakie one wydają się wówczas niewinne! A z kolei te z potem, kiedy przyjdzie chandra, sprawiają wrażenie, że pisał je ktoś, kogo zaraz będą sądzić. „Za bardzo się stara!” – wyją wtedy krytycy. Ja tam nigdy nie uważałam, że za bardzo się staram. Zawsze miałem wrażenie, że odniesiony sukces każe mi pisać, jak umiem najlepiej. I niezależnie od końcowego efektu nie robiłem nic innego.

Bo ja uwielbiam pisać. Uwielbiam robić dokładnie to, co robię teraz: ukrywać się przed całym światem przy rachitycznym biurku, gryzmolić starym piórem w mroczne, pochmurne majowe przedpołudnie, gdy górski deszcz zacina w szyby i nawet nie mam pretekstu, żeby poleźć na stację pod parasolem, bo „International New York Times” trafia tam dopiero po obiedzie.

Uwielbiam pisać w drodze, robić notatki na spacerze, w pociągach, w kawiarniach, a potem pędzić do domu i napawać się tymi skarbami. Kiedy jestem u siebie w Hampstead, mam na tamtejszym „wrzosowisku”2 taką ławeczkę pod rozłożystym drzewem z dala od innych ławeczek – chętnie tam pisuję. I dawniej, i teraz piszę tylko odręcznie. Może mam wygórowane poczucie własnej wartości, ale wolę podtrzymywać wielowiekową tradycję niezmechanizowanego pisania. Pewnie tkwi we mnie niespełniony malarz, bo bardzo lubię rysować słowa.

Uwielbiam też prywatność pisania, więc nie jeżdżę na festiwale literackie i w miarę możności stronię od wywiadów, choć może zupełnie inaczej to wygląda na pierwszy rzut oka. Są takie chwile – przychodzą głównie nocą – gdy człowiek w ogóle żałuje, że udzielił wywiadu. Bo najpierw coś się wymyśla na swój temat, a potem jeszcze zaczyna się w to wierzyć. To raczej przeszkadza niż pomaga w procesie samopoznania.

Kiedy jadę robić research do kolejnej książki, jest trochę łatwiej, bo naprawdę nazywam się inaczej. Mogę zameldować się w hotelu i nie martwić się, że ktoś rozpozna moje nazwisko – oczywiście zaraz potem zaczynam się martwić, dlaczego jeszcze nikt mnie nie rozpoznał. Kiedy muszę zagrać w otwarte karty z ludźmi, których chcę wypytywać, bywa różnie. Są tacy, którzy natychmiast przestają mi ufać, i tacy, którzy natychmiast widzą we mnie szefa wywiadu, a kiedy w głos zaprzeczam i zaklinam się na wszystkie świętości, że w życiu nie wyszedłem poza najniższy stopień szpiegowskiej kariery, odpowiadają, że dokładnie tak bym powiedział, gdyby… I zaraz zaczynają mi się zwierzać z rzeczy, których ani nie chcę słuchać, ani nie wykorzystam, ani nie zapamiętam – wszystko w nadziei, że za moim pośrednictwem te rewelacje trafią do Najwyższej Zwierzchności. Przy okazji podam kilka przykładów tego tragikomicznego zjawiska.

Ale większość nieszczęśników, których w ten sposób maltretuję od pięćdziesięciu lat – od dyrektorów średniego szczebla w firmach farmaceutycznych po bankierów, najemników i szpiegów różnej maści – traktowała mnie cierpliwie i przychylnie. A najprzychylniejsi byli zawsze reporterzy wojenni i korespondenci zagraniczni, którzy zaraz brali pod swe skrzydła pisarza pasożyta, uważali, że jest odważny – choć wcale nie był – i pozwalali mu włóczyć się za sobą.

Nie mogę sobie wyobrazić moich wypraw do Azji Południowo-Wschodniej czy na Bliski Wschód bez porad i towarzystwa Davida Greenwaya, wielokrotnie nagradzanego korespondenta „Time’a”, „Washington Post” i „Boston Globe” z Azji Południowo-Wschodniej. Nie było drugiego tak przerażonego nowicjusza, któremu udałoby się podczepić pod równie sławnego weterana. Pewnego śnieżnego poranka roku 1975 siedział z nami przy śniadaniu tu, w chatce, gdzie przez krótki czas wypoczywał między jednym a drugim pobytem na pierwszej linii frontu, gdy zatelefonowano do niego z waszyngtońskiej redakcji, że otoczone przez Czerwonych Khmerów Phnom Penh lada dzień się podda. Z naszej wsi nie ma drogi w dolinę, jest tylko mała ciuchcia, którą dojeżdża się do większej kolei, ta zaś dowozi do jeszcze większej kolei, a ona wreszcie na lotnisko w Zurychu. Greenway w jednej chwili zmienił strój narciarski na znoszone szmaty i stare zamszaki korespondenta wojennego, czule pożegnał się z żoną i córkami i popędził w dół na stację. Ja pędziłem za nim z jego paszportem.

Wszyscy świetnie pamiętają, że Greenway był jednym z ostatnich dziennikarzy amerykańskich, których podjęto z dachu oblężonej ambasady amerykańskiej w Phnom Penh. A gdy w roku 1981 na moście Allenby’ego, łączącego Zachodni Brzeg z Jordanią, dopadła mnie czerwonka, właśnie Greenway przepchnął mnie przez tłum niecierpliwych podróżników w kolejce do kontroli granicznej i wymusił na celnikach, by nas przepuścili na drugą stronę.

Kiedy czytam teraz niektóre z tych opisów, łapię się na tym, że albo z czystego egotyzmu, albo dla żywszego tempa akcji nie wspomniałem, kto jeszcze wtedy tam był.

Chodzi mi między innymi o moje spotkanie z rosyjskim fizykiem i więźniem politycznym Andriejem Sacharowem oraz jego żoną Jeleną Bonner. Odbyło się w restauracji w mieście wówczas noszącym jeszcze nazwę Leningrad, pod egidą Human Rights Watch – bo przecież było z nami troje członków tej organizacji, podobnie jak my znoszących dziecinne psikusy KGB-owskich pseudofotoreporterów, którzy strzelali nam w oczy staroświeckimi fleszami aparatów. Mam nadzieję, że ktoś z naszych współtowarzyszy też opisał ten historyczny dzień.

A kiedy opowiadałem o Nicholasie Elliocie, wieloletnim przyjacielu i koledze podwójnego agenta Kima Philby’ego, o tym, jak przechadzał się (Elliott, nie Philby) po salonie mojego londyńskiego domu z kieliszkiem koniaku w dłoni, przypominam sobie teraz, poniewczasie, że była tam z nami moja żona. Siedziała przecież w fotelu naprzeciw mnie i była zauroczona równie jak ja.

Właśnie w tej chwili przypomniałem sobie, że pewnego wieczoru Elliott przyprowadził na kolację swoją żonę Elizabeth i że był z nami wtedy przemiły gość z Iranu, mówiący nieskazitelną angielszczyzną z lekką, bardzo zresztą ujmującą wadą wymowy. Gdy wyszedł, Elizabeth zwróciła się do Nicholasa z iskierką zachwytu w oczach:

– Zauważyłeś, kochanie, jak on się jąka? Zupełnie jak Kim!

Długi rozdział o moim ojcu Ronniem trafił bliżej końca, a nie na początek książki, bo nie mogłem pozwolić, żeby jak zwykle wepchał się do pierwszego szeregu. Choć jego osobą zadręczałem się tyle godzin, pozostaje dla mnie taką samą zagadką jak moja matka.

Wszystkie historyjki są świeżutkie; jeżeli nie, uczciwie o tym mówię. Czasem, gdy uważałem, że trzeba, nazwałem kogoś inaczej. W końcu choć główny zainteresowany może już nie żyje, jego następcy i spadkobiercy mogą nie mieć poczucia humoru. Starałem się podążać uporządkowaną ścieżką pod względem nie tyle chronologicznym, ile tematycznym; cóż z tego, skoro ścieżka, jak to w życiu bywa, zagubiła się gdzieś w polu i niektóre z moich historyjek stały się tym, czym są dla mnie: zbiorem osobnych, samowystarczalnych zdarzeń, nieprowadzących moim zdaniem w żadnym konkretnym kierunku, a opowiadam je wyłącznie dlatego, że tyle dla mnie znaczą, że mnie niepokoją lub wzruszają – albo sprawiają, że budzę się w środku nocy i śmieję się w głos.

Z upływem czasu niektóre z opisanych przeze mnie wypadków uzyskały w moich oczach status drobnych, uchwyconych in flagranti okruchów historii przez duże H – tak odbierają to pewnie wszyscy starsi ludzie. Czytając je po raz kolejny – od farsy po tragedię i z powrotem – mam wrażenie, że są nieco nieodpowiedzialne, sam nie wiem dlaczego. Może nieodpowiedzialne było całe moje życie, ale teraz już za późno, żeby to zmienić.

***

O wielu rzeczach nie mam najmniejszej chęci pisać – jak każdy z nas. Miałem dwie niezwykle wierne i kochające żony. Obu jestem winny ogromną wdzięczność i liczne słowa przeprosin. Nie byłem ani wzorowym mężem, ani wzorowym ojcem i wcale nie chcę za takiego uchodzić. Miłość znalazłem późno, po wielu nieudanych próbach. Lekcje etyki pobierałem u każdego z moich czterech synów. Ani słowa nie powiem o mojej pracy w wywiadzie brytyjskim, wykonywanej głównie w Niemczech, bo nie chcę dodawać niczego do tego, co opowiedzieli już – niezbyt skrupulatnie ‒ inni. Kierują mną w tym względzie resztki staroświeckiej lojalności zawodowej i zobowiązań wobec tych, którzy ongiś zgodzili się ze mną współpracować. Rozumieliśmy się kiedyś bez słów, byliśmy przekonani, że poufność naszej pracy nigdy się nie przedawni i że rozciąga się dalej, na czasy naszych dzieci i wnuków. Praca ta nie była ani niebezpieczna, ani dramatyczna, ale wymagała ciągłego zmagania się z własnym sumieniem. Niektórzy z tych ludzi jeszcze żyją, inni nie, lecz obietnica dochowania tajemnicy wciąż obowiązuje.

Szpiegostwo było mi od urodzenia tak samo przeznaczone jak morze C.S. Foresterowi czy Indie Paulowi Scottowi. Z tajnego świata, który kiedyś znałem, próbowałem uczynić teatr dla tego szerszego świata, w którym wszyscy żyjemy – najpierw wyobraźnią, potem potrzebą odwzorowania rzeczywistości. Później znowu zaczyna pracować wyobraźnia i wreszcie można zasiąść za biurkiem, przy którym teraz siedzę.

1

Zły to ptak, co własne służby kala

‒ Ja już wiem, kto ty jesteś! – woła Denis Healey, były minister obrony w rządzie labourzystowskim, na prywatnym przyjęciu, na które zaproszono nas obu, i z wyciągniętą na powitanie dłonią przepycha się w moją stronę przez tłum gości. – Ty jesteś szpion, komunistyczny szpion, przyznaj się zaraz!

Więc się przyznaję, jak każdy uprzejmy facet by się przyznał w takiej sytuacji. Śmieją się wszyscy, również nasz nieco zdezorientowany gospodarz. Ja też się śmieję, bo jestem uprzejmy facet i znam się na żartach. A choć Denis Healey to wielka szycha w Partii Pracy i zadziorny polityk, podziwiam go też jako uczonego i humanistę. No i wypił już parę drinków więcej niż ja.

– Cornwell, ty sukinsynu! – ryczy do mnie mój były kolega, wiekowy już oficer MI6, w obecności całej chmary waszyngtońskich wyjadaczy na dyplomatycznym przyjęciu zorganizowanym przez ambasadora brytyjskiego. – Ty sukinsynu zasrany!

Nie spodziewał się, że mnie tu spotka, ale skoro spotkał, nie może odmówić sobie przyjemności powiedzenia mi w twarz, co myśli o tym, że zhańbiłem honor naszej służby – naszej, kurwa, służby! – i zrobiłem idiotów z ludzi, którzy kochają naszą ojczyznę, a nie mogą się bronić. Stoi przede mną, jakby zaraz miał przejść od słów do czynów. Gdyby wtedy nie powstrzymały go dyplomatyczne dłonie, poranna prasa miałaby o czym pisać.

Rozmowy przy koktajlach powoli znów się wzmagają. Zdążyłem tylko się zorientować, że książka, którą ma mi za złe, to nie Ze śmiertelnego zimna, ale następna, Wojna w lustrze, która opowiada przykrą historię brytyjskiego agenta polskiego pochodzenia wysłanego z samobójczą misją do NRD. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że kiedy pracowaliśmy razem, Niemcy Wschodnie były działką mojego oskarżyciela. Zastanawiam się, czy nie poinformować go, że Allen Dulles, dyrektor CIA, który niedawno odszedł na emeryturę, uznał tę powieść za znacznie bardziej zbliżoną do rzeczywistości niż jej poprzedniczka, ale boję się, że tylko jeszcze bardziej się wścieknie.

– Tak, tak, bo my nie mamy serca, co? Nieudacznicy bez serca, tak? Wielkie dzięki!

Mój wściekły ekskolega nie jest wyjątkiem. Przez ostatnie pięć dziesięcioleci czyniono mi ten zarzut kilkakrotnie, choć może w sposób nieco mniej napastliwy. Nie były to jakieś podstępne spiskowe działania, tylko ta sama śpiewka powtarzana przez ludzi, którzy uważali się za pokrzywdzonych przeze mnie – za to tylko, że robili, co do nich należało.

– Co się nas czepiasz? Wiesz przecież, jak jest.

Albo już mniej przyjemnie:

– Słuchaj, stary, tyle już na nas zarobiłeś, dajże nam wreszcie trochę świętego spokoju.

Po czym zawsze następuje smutne przypomnienie, że służby nie mogą się bronić, że są bezbronne w obliczu takiej złej propagandy, że o sukcesach się nie mówi, że wie się tylko o porażkach.

– Jesteśmy zupełnie inni, niż opisuje nasz gospodarz – surowo tłumaczy przy obiedzie sir Maurice Oldfield sir Alecowi Guinnessowi.

Oldfield to były szef służb specjalnych, którego potem tak pięknie załatwiła Margaret Thatcher, ale podczas naszego spotkania był zwykłym starym szpiegiem na emeryturze.

– Zawsze chciałem poznać sir Aleca – powiedział mi swym miłym północnym akcentem, gdy go zapraszałem. – Kiedyś siedziałem naprzeciw niego w pociągu z Winchesteru. Chciałem z nim pogadać, ale nie miałem odwagi.

Guinness ma zagrać mojego tajnego agenta George’a Smileya w przygotowywanej przez BBC telewizyjnej adaptacji Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega i chce pobyć choć przez chwilę w towarzystwie prawdziwego weterana wywiadu. Ale obiad przybiera niepomyślny obrót. Już przy przystawkach Oldfield rozwodzi się nad zasadami etycznymi dawnej służby i daje do zrozumienia – bardzo grzecznie – że „nasz młody David” zszargał dobre imię firmy. Guinness, były oficer marynarki, który od chwili poznania Oldfielda awansował samego siebie na najwyższe stanowiska w tajnych służbach, może tylko z powagą potakiwać. Przyniesiono solę. Oldfield stawia kolejne tezy:

– Właśnie przez takich ludzi jak nasz młody David – oświadcza przez szerokość stołu pod adresem Guinnessa, kompletnie mnie ignorując, choć siedzę tuż obok – coraz trudniej naszym służbom werbować sensownych pracowników i źródła informacji. Naczytali się jego książek i zniechęcili się. Nic dziwnego.

Guinness przymyka powieki i z żalem kręci głową. Ja płacę za wszystkich.

– David, naprawdę powinieneś zapisać się do Athenaeum – mówi życzliwie Oldfield, sugerując, że ten szacowny londyński klub zrobi ze mnie lepszego człowieka. – Sam zgłoszę twoją kandydaturę. O właśnie. Chciałbyś, co? – Po czym zwraca się do Guinnessa, gdy już stoimy we trzech przed restauracją: – Alec, było mi bardzo przyjemnie. To dla mnie zaszczyt, przyznaję. Na pewno wkrótce znowu się spotkamy.

– Na pewno – odpowiada z namaszczeniem Guinness. Dwaj starzy szpiedzy ściskają sobie dłonie.

Guinness najwyraźniej nie może się dość nacieszyć naszym gościem, bo patrzy za nim, gdy Oldfield marszowym krokiem oddala się chodnikiem – drobny, dziarski, pewny siebie dżentelmen z wyciągniętym do przodu parasolem.

– To może jeszcze po koniaczku na drogę? – proponuje Guinness. Ledwo usiedliśmy z powrotem przy stoliku, zaczyna się przesłuchanie. – On miał takie krzykliwe spinki u mankietów. Czy wszyscy nasi szpiedzy takie noszą?

Nie. Między nami mówiąc, Maurice po prostu lubi krzykliwe spinki.

– A te jego pomarańczowe zamszaki na słoninie… Czy on je nosi, żeby się skradać po cichu?

Wydaje mi się, że raczej dla wygody. Bo przecież słonina skrzypi.

– To powiedz mi jeszcze jedną rzecz. – Chwyta pustą szklankę. Przechyla ją lekko i pstryka w nią palcami. – Widziałem, że ludzie robią tak. – Udaje, że pstrykając, w zadumie patrzy w szkło. – Albo że robią tak. – Teraz z taką samą zamyśloną miną przesuwa palcem po krawędzi szklanki. – Ale nigdy nie widziałem, żeby ktoś robił coś takiego. – Wpycha palec do szklanki i maca nim od środka. – Jak myślisz, czy on szuka fusów po truciźnie?

Czy Guinness pyta na serio? Dziecko, które zawsze w nim tkwiło, jest teraz śmiertelnie poważne. Poddaję, że gdyby teraz naprawdę szukał fusów, znaczyłoby to, że dawno wypił truciznę. Ale Guinness kompletnie mnie ignoruje.

W efekcie zamszowe buty Oldfielda, na słoninie czy na czymś innym, i jego złożony parasol, którym zdawał się wymacywać drogę, przeszły do historii przemysłu rozrywkowego jako niezbywalne atrybuty wykreowanej przez Guinnessa postaci George’a Smileya, starego szpiega, któremu się śpieszy. Ostatnio nie sprawdzałem, czy spinki też; zdaje się, że nasz reżyser uznał je za przesadę i namówił Guinnessa, by zmienił je na coś mniej krzykliwego.

Inna konsekwencja tego obiadu na trzy osoby była mniej przyjemna, choć na pewno ciekawa artystycznie. Okazana przez Oldfielda antypatia do mojej twórczości – a pewnie i do mnie osobiście – na dobre zadomowiła się w aktorskiej duszy Guinnessa, o czym zawsze mi przypominał, gdy chciał dokładniej rozgryźć wyrzuty sumienia targające George’em Smileyem – i jak sugerował, jakoby również mną.

***

Przez ostatnie sto lat, może więcej, nasi brytyjscy szpiedzy trwają w niepewnym, często zabawnym miłosno-nienawistnym związku ze swymi niepokornymi pisarzami. Im też, jak pisarzom, zależy na sławie, ale znacznie gorzej niż pisarze znoszą kpiny czy negatywne oceny. Na początku XX wieku autorzy powieści szpiegowskich tak różnej jakości, jak Erskine Childers, William Le Queux czy E. Phillips Oppenheim, wzbudzili tak silną antyniemiecką histerię, że chyba właśnie im zawdzięczamy w ogóle powstanie instytucji służb bezpieczeństwa państwowego. Do tej pory dżentelmenom nie wypadało czytać listów innych dżentelmenów, choć wielu dżentelmenów właśnie tak czyniło. Wojna światowa 1914–1918 dała nam powieściopisarza Somerseta Maughama, tajnego agenta brytyjskiego – z tego, co wiadomo, agenta niezbyt dobrego. Kiedy Winston Churchill zaczął narzekać, że maughamowski Ashenden łamie ustawę o tajemnicy państwowej3, Maugham, nad którego głową wisiał już skandal homoseksualny, spalił czternaście nieopublikowanych opowiadań, a z wydaniem pozostałych powstrzymał się do roku 1928.

Compton Mackenzie, powieściopisarz, biograf i nacjonalista szkocki, był znacznie mniej bojaźliwy. Zwolniony z wojska z powodu ran odniesionych w pierwszej wojnie światowej, przeszedł do MI6 i został bardzo kompetentnym szefem brytyjskiego kontrwywiadu w neutralnej wówczas Grecji. Ale on też uważał przełożonych za idiotów, ich rozkazy za absurd, więc jak to pisarz, nie pozostawił na nich suchej nitki. W roku 1932 wszczęto przeciw niemu postępowanie o naruszenie wspomnianej ustawy i skazano go na grzywnę w wysokości 100 funtów za autobiograficzne Greckie wspomnienia; trzeba przyznać, że aż roiło się w nich od strasznych niedyskrecji. Niczego go to nie nauczyło: już rok później zemścił się satyrą Woda na mózg. Słyszałem, że w teczce Mackenziego w MI5 znajduje się pisany wielką czcionką list do dyrektora generalnego, zgodnie z tradycją podpisany zielonym atramentem przez szefa wywiadu:

„Najgorsze jest to” – pisał szef do swego towarzysza broni rezydującego po drugiej stronie St James’s Park – „że Mackenzie wyjawił autentyczne znaki stosowane w korespondencji tajnych służb4. Niektóre z nich są wciąż w użyciu”. Założę się, że duch Mackenziego zaciera ręce z radości.

Ale najbardziej spektakularnym uciekinierem literackim z MI6 jest na pewno Graham Greene, choć wątpię, czy on sam zdawał sobie sprawę, jak niewiele brakowało, by podzielił los Mackenziego. Jedno z moich ulubionych wspomnień z końca lat pięćdziesiątych dotyczy pewnego spotkania na kawie w doskonałej kantynie służby bezpieczeństwa z prawnikiem z MI5, dobrodusznym jegomościem z fajką w zębach, przypominającym bardziej rodzinnego radcę prawnego niż biurokratę. Tego dnia jednak był bardzo niespokojny. Właśnie trafiła na jego biurko „szczotka” Naszego człowieka w Hawanie; zdążył już przeczytać do połowy. Powiedziałem, że bardzo mu zazdroszczę, ale on tylko westchnął i pokręcił głową.

‒ Temu Greene’owi – westchnął – trzeba będzie wytoczyć proces, bo wykorzystuje informacje, które zdobył jako oficer MI6 w czasie pierwszej wojny światowej. Bo na przykład bardzo dokładnie opisał sposoby kontaktu szefa służby w każdej ambasadzie brytyjskiej z agentem w terenie. Za takie coś idzie się do więzienia. A to taka dobra książka – narzekał. – Naprawdę świetna. I to w tym wszystkim najgorsze.

Szukałem potem w gazetach jakiejś wzmianki o aresztowaniu Greene’a, ale ostatecznie nie trafił za kratki. Zapewne baronowie z MI5 doszli do wniosku, że lepiej zrobić dobrą minę do złej gry. Za tę wyrozumiałość Greene odwdzięczył się im dwadzieścia lat później Czynnikiem ludzkim, książką, w której zrobił z nich nie tylko głupków, lecz także morderców. Co nie znaczy, że MI6 nie dało salwy ostrzegawczej, bo w przedmowie do książki Greene robi, co może, by przekonać czytelnika, że nie naruszył ustawy o tajemnicy państwowej. Takie zapewnienia można też znaleźć we wszystkich wczesnych wydaniach Naszego człowieka w Hawanie.

Historia uczy jednak, że grzechy zostają wybaczone. Mackenzie zakończył życie z tytułem szlacheckim, Greene z Orderem Zasługi.

– W pana najnowszej powieści – zagaduje mnie pełen zapału amerykański dziennikarz – jedna z postaci mówi o głównym bohaterze, że nie zostałby zdrajcą, gdyby potrafił pisać. Czy może mi pan powiedzieć, kim by pan był, gdyby nie umiał pan pisać?

Obmyślając jakąś mało ryzykowną odpowiedź na to niebezpieczne pytanie, zaczynam się zastanawiać, czy mimo wszystko nasze tajne służby nie są wdzięczne tym, którzy uciekli z nich do literatury. Przecież w porównaniu z kłopotami, jakich moglibyśmy im narobić w inny sposób, nasza pisanina to jak budowanie z klocków. O ileż bardziej woleliby nasi biedni zaszczuci szpiedzy, by Edward Snowden zadowolił się napisaniem powieści!

***

A więc co powinienem był wtedy, na przyjęciu dyplomatycznym, odpowiedzieć mojemu wściekłemu ekskoledze, który sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał mnie na ziemię powalić? Na darmo przywoływać fakt, że w niektórych książkach przedstawiłem wywiad brytyjski jako znacznie bardziej kompetentną instytucję, niż kiedykolwiek była w rzeczywistości. Albo że jeden z jej najwyższych oficerów powiedział o Ze śmiertelnego zimna, że to „jedyna operacja z wykorzystaniem podwójnego agenta, która się udała”. Albo że przedstawiając nostalgiczne gry wojenne, uprawiane przez odizolowany od świata wydział w powieści, która tak go rozgniewała, miałem może na celu jednak coś nieco bardziej ambitnego niż chamski atak na jego służby. A już święty Boże nie pomoże, gdybym się upierał, że jak się jest powieściopisarzem badającym duszę jakiegoś narodu, to wcale nie taki głupi pomysł przyglądnąć się jego tajnym służbom. Nie zdążyłbym nawet dojść do orzeczenia w tym zdaniu – już leżałbym na deskach.

Co do zarzutu, że służby nie mogą się bronić, to nie zapominajmy, że w całym świecie zachodnim nie ma chyba instytucji szpiegowskiej, która byłaby tak dopieszczana przez krajowe środki przekazu jak nasza. Nie chodzi nawet o to, że służby rekrutują dziennikarzy. Wszyscy szpiedzy w wolnym i niewolnym świecie zazdroszczą nam systemu kontroli prasy, opartego na autocenzurze i na niejasnych a drakońskich prawach, na umiejętności chytrego uwodzenia brytyjskiej opinii publicznej i jej zbiorowej zgody na daleko posunięty a oparty na wątpliwych podstawach prawnych nadzór nad obywatelem.

Nie warto też wskazywać na liczne „autoryzowane” wspomnienia dawnych członków służb, które odmalowuję takie, jakie chcieliby je widzieć; ani na „oficjalne historie” spuszczające zasłonę milczenia na najgorsze przewiny; albo na niezliczone dezinformujące artykuły w krajowych gazetach, które są wynikiem znacznie milszych obiadków niż ten, w którym dane mi było uczestniczyć w towarzystwie Maurice’a Oldfielda.

Poza tym jak tu tłumaczyć mojemu rozzłoszczonemu znajomemu, że pisarz opisujący zawodowych szpiegów jako zwykłych śmiertelników, którym zdarza się czasem zbłądzić – jak każdemu z nas – może spełniać skromną, ale pożyteczną funkcję? Na miłość boską, nawet demokratyczną, skoro w Wielkiej Brytanii tajne służby stanowią – na dobre i na złe – duchową ojczyznę naszej politycznej, społecznej i biznesowej elity.

Bo tutaj właśnie, drogi ekskolego, przebiega granica mojej nielojalności. I tu kończy się mój komunizm, drogi nieodżałowany lordzie Healey. Jak się nad tym zastanowić, to za młodu twoja granica przebiegała znacznie dalej5.

***

Z perspektywy półwiecza naprawdę trudno opisać atmosferę powszechnej nieufności panującą w korytarzach tajnego światka Whitehall na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Kiedy oficjalnie zatrudniono mnie w MI5 jako młodszego oficera, był rok 1956, miałem dwadzieścia pięć lat. Powiedziano mi, że nie przyjęto by mnie, gdybym był jeszcze młodszy. „Piątka” – bo tak ją nazywaliśmy – szczyciła się swą dojrzałością. Niestety dojrzałości zabrakło, gdy werbowano takie gwiazdy, jak Guy Burgess, Anthony Blunt i wielu innych żałosnych zdrajców z tamtych czasów, którzy do dziś tkwią w publicznej świadomości Brytyjczyków jak trochę już zapomniani, a kiedyś sławni piłkarze.

Wstąpiłem do służby z wielkimi nadziejami, rozbudzonymi przez moje wcześniejsze – choć naprawdę mało spektakularne – wyczyny w wywiadzie. Moi prowadzący byli jak dotąd zawsze jednakowo przyjemni, zorganizowani i wyrozumiali. Umieli ładnie opowiadać o powołaniu i na nowo wzbudzili we mnie poczucie obowiązku cierpienia – na przykład za ojczyznę – które wpajano mi w prywatnej szkole. Jako oficer wywiadu odbywający w Austrii obowiązkową służbę wojskową, żyłem w nieustającym podziwie dla zagadkowych cywilów, którzy czasem zstępowali z niebios do naszego nudnego obozu pod Grazem i choć na chwilę wprowadzali tam atmosferę tajemniczości, tak nam brakującej na co dzień. Przejrzałem na oczy, dopiero gdy sam zostałem jednym z nich.

Szpiegowanie obumierającej Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii, liczącej dwadzieścia pięć tysięcy członków, którą od kompletnego rozpadu ratowała działalność konfidentów MI5, jakoś nie stanowiło spełnienia moich aspiracji. Ani podwójne standardy, którymi kierowały się służby. Mniejsza z tym, czy to dobrze czy źle, ale MI5 działało jako moralny arbiter środowiska brytyjskich urzędników państwowych i naukowców. Według zasad ówczesnej polityki kadrowej uważano, że homoseksualiści i inni „dewianci” są bardziej narażeni na szantaż, więc nie dopuszczano ich do niczego, co było opatrzone klauzulą tajności. Służbom za to zupełnie nie przeszkadzali homoseksualiści w ich własnych szeregach – sam dyrektor generalny oficjalnie mieszkał ze swym sekretarzem w dni powszednie, do żony wracał na weekendy i nawet zostawiał odpowiednie instrukcje oficerom dyżurnym, co mają mówić, gdyby żona go szukała. Za to niechby tylko pojawiła się w kancelarii sekretarka w za krótkiej lub w zbyt obcisłej spódniczce… Albo niechby tylko zainteresował się nią żonaty oficer dyżurny…

Podczas gdy najwyższe szczeble władzy w służbach zajęte były przez podstarzałych bohaterów, pozostałych po latach chwały 1939–1945, środek drabinki obsiedli dawni oficerowie i urzędnicy kolonialni, sieroty po kurczącym się wtedy Imperium Brytyjskim. Choć mieli na pewno doświadczenie w postępowaniu z niesfornymi dzikusami, którym zachciało się walczyć o swą niepodległość, trochę gorzej radzili sobie z chronieniem własnej, lecz w sumie mało im znanej ojczyzny. Brytyjskie masy pracujące były dla nich równie niezrozumiałe jak niegdyś zbuntowani derwisze, a związki zawodowe musiały im się wydawać niczym innym, jak tylko przykrywką dla organizacji komunistycznych.

A tymczasem młodym łowcom szpiegów – takim jak ja – mówiono, by nie marnowali czasu na poszukiwanie kontrolowanych przez Sowietów „nielegalnych”, bo przecież wiadomo z najlepszego źródła, że na ziemi brytyjskiej nie działa nikt taki. Nigdy się nie dowiedziałem, jakie to było źródło. Wytrzymałem cztery lata. W roku 1960 poprosiłem o przeniesienie do MI6 – czyli, jak to określili moi zawiedzeni pracodawcy, „do tych gnojków po drugiej stronie parku”.

Ale na odchodnym muszę wspomnieć o jednym długu wdzięczności względem MI5, którego nigdy nie będę w stanie spłacić. Najostrzejszy trening w pisaniu prozą, jaki kiedykolwiek mi zafundowano, nie był ani dziełem szkolnego nauczyciela, ani wykładowcy uniwersyteckiego – ani tym bardziej jakiegokolwiek kursu pisania. Był dziełem klasycznie wykształconych wyższych oficerów z ostatniego piętra kwatery głównej MI5 na Curzon Street w Mayfair: z radością i pedanterią pastwili się nad moimi raportami, z pogardą katując nieporządnie zbudowane zdania złożone i niepotrzebne epitety, hojnie ozdabiając marginesy mojej nieśmiertelnej prozy takimi uwagami, jak „zbędne”, „opuścić”, „uzasadnić”, „niedbałe”, „naprawdę o to chodzi?”. Moi późniejsi redaktorzy byli znacznie mniej wymagający – i znacznie rzadziej mieli rację.

Wiosną 1961 roku ukończyłem kurs przygotowawczy do MI6; zdobyłem na nim różne umiejętności, które nigdy mi się nie przydały i które szybko zapomniałem. Na uroczystości zakończenia kursu szef szkolenia, twardy, różowy na twarzy, spowity w tweedy weteran oznajmił nam ze łzami w oczach, że mamy wracać do domów i czekać na rozkazy, i że to może potrwać. Wszystko przez to – a nigdy się nie spodziewał, że przyjdzie mu kiedyś powiedzieć coś takiego – że pewien wieloletni oficer naszej służby, w którego lojalność nigdy dotąd nie wątpiono, został właśnie zdemaskowany jako podwójny agent sowiecki. Nazywał się George Blake. Nawet jak na ówczesne czasy skala zdrady Blake’a była wręcz monumentalna. Zdradził dosłownie całe setki agentów brytyjskich – tak wielu, że sam nie mógł się ich doliczyć – najróżniejsze podsłuchy uważane za bezcenne dla bezpieczeństwa narodowego – między innymi, ale bynajmniej nie tylko, tunel audio w Berlinie – no i wreszcie kompletny rejestr personelu MI6, mieszkań operacyjnych, zestawienie sił i środków, placówek na całym świecie. Blake, bardzo zdolny agent według i jednego, i drugiego pracodawcy, przez całe życie szukał Boga, więc nim go zdemaskowano, przechodził kolejno z chrześcijaństwa na judaizm, z judaizmu na komunizm. Osadzony w Wormwood Scrubs – skąd potem dokonał tej swojej sławnej ucieczki – uczył współwięźniów Koranu.

Dwa lata po nieprzyjemnej wiadomości o zdradzie George’a Blake’a służyłem już jako drugi sekretarz (pion polityczny) brytyjskiej ambasady w Bonn. Pewnego dnia późnym wieczorem zostałem wezwany przez szefa placówki, który poinformował mnie w najgłębszej tajemnicy – następnego dnia mógł ją wyczytać w gazecie każdy Anglik – że Kim Philby, niegdyś błyskotliwy szef wywiadu MI6, typowany przed laty na szefa tajnej służby, okazał się rosyjskim szpiegiem; potem stopniowo dowiedzieliśmy się, że był nim od roku 1937.

W dalszej części tej książki można przeczytać relację Nicholasa Elliotta, przyjaciela Philby’ego, jego powiernika i kolegi z czasów wojny i pokoju, o ich ostatnim spotkaniu w Bejrucie, które poskutkowało częściowym przyznaniem się Philby’ego. I można dojść do wniosku, że Elliott jakoś dziwnie słabo go oskarża czy choćby oburza się jego postępowaniem. Przyczyna jest bardzo prosta. Szpieg to z jednej strony nie policjant, z drugiej zaś i nie moralny realista, za jakiego lubi się uważać. Człowiek, którego misją jest namawianie do zdrady szpiegów przeciwnika, nie może się obrażać, jeśli ktoś od nas – nawet ktoś, kogo kochało się jak brata i szanowało jako kolegę, z kim dzieliło się wszystkie aspekty tajnej pracy – przeszedł na jakąś inną stronę. Tę lekcję bardzo wziąłem sobie do serca, nim napisałem Ze śmiertelnego zimna. Nawet jeszcze później – gdy zabrałem się za pisanie Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega – moją drogę też oświetlała ślepa latarka Kima Philby’ego.

Szpiegostwo i powieściopisarstwo są dla siebie stworzone. I jedno, i drugie wymaga dobrego oka do ludzkich występków i do najróżniejszych dróg, którymi chadza zdrada. Kto raz trafił pod tajny dach, ten już nigdy tak naprawdę go nie opuści. Kto przedtem nie kierował się jego zasadami, ten potem zawsze już pozostanie im wierny. Dowodów nie trzeba daleko szukać – wystarczy przypadek Grahama Greene’a i liczne anegdoty o grze przeciwko FBI, którą sam sobie narzucił. Pewnie zresztą można to przeczytać w jednej z jego niezbyt pochlebnych biografii, ale lepiej do nich nie zaglądać.

Przez całe późniejsze życie Greene, pisarz i eksszpieg, był święcie przekonany, że znalazł się na sporządzonej przez FBI czarnej liście wywrotowych prokomunistów. Miał powody, by tak sądzić: liczne wyjazdy do Związku Sowieckiego, wciąż głośno deklarowana lojalność względem swego przyjaciela i kolegi z wywiadu Kima Philby’ego, z góry skazane na niepowodzenie próby pogodzenia katolicyzmu z komunizmem… Kiedy stanął mur berliński, Greene zaraz zrobił sobie zdjęcie po niewłaściwej stronie i oznajmił, że wolałby mieszkać właśnie po tej. Awersja, jaką czuł do Stanów Zjednoczonych, i obawa przed konsekwencjami własnych radykalnych wypowiedzi doprowadziły do tego, że nawet na spotkania ze swym amerykańskim wydawcą umawiał się w Kanadzie.

I wreszcie kiedyś nadszedł wielki dzień, w którym dane mu było zaglądnąć do własnej teczki w FBI. Znalazł tam tylko jeden zapis: że obracał się w towarzystwie politycznie niezrównoważonej brytyjskiej baleriny Margot Fonteyn, gdy prowadziła pozbawioną szans powodzenia walkę na rzecz swego sparaliżowanego i niewiernego męża Roberta Ariasa.

To nie szpiegostwo nauczyło mnie skrytości. Uniki i oszustwo były nieodzowną bronią mojego dzieciństwa. Każdy nastolatek staje się w ten czy inny sposób szpiegiem, ale wtedy ja byłem już starym wyjadaczem. Kiedy upomniał się o mnie świat tajnych służb, poczułem się w nim jak w domu. A o tym, jak do tego doszło, lepiej opowiedzieć w późniejszym rozdziale pod tytułem „Syn ojca autora”.

2

Ustawy doktora Globkego

Bloody Bonn – zasrane cholerne Bonn. My, młodzi brytyjscy dyplomaci z początku lat sześćdziesiątych, tak zwykle mówiliśmy o tej miejscowości. Nie wynikało to z jakiegoś szczególnego braku szacunku dla tego sennego nadreńskiego uzdrowiska, siedziby książąt elektorów Świętego Cesarstwa Rzymskiego i miejsca narodzin Ludwiga van Beethovena; był to raczej sceptycyzm względem idiotycznych marzeń naszych gospodarzy o tym, że kiedyś uda im się przenieść stolicę Niemiec do Berlina. Marzeń tych nie rozwiewaliśmy, przekonani o ich całkowitej nierealności.

W roku 1961 ambasada brytyjska – rozległa industrialna archiszopa przy dwupasmówce łączącej Bonn z Bad Godesbergiem – liczyła sobie trzysta dusz, w większości na stałe mieszkających w kraju, nie na miejscu. Po dziś dzień nie mogę zrozumieć, co oni wszyscy robili w dusznym klimacie Nadrenii – ale te trzy lata spędzone w Bonn były świadkiem tak olbrzymich zmian w moim życiu, że dziś jest to dla mnie miejsce, w którym zakończyła się cała moja dotychczasowa egzystencja, a rozpoczęła twórczość pisarska.

Co prawda jedną powieść zdążył już wcześniej przyjąć mój londyński wydawca, lecz ukazała się – bez fanfar – gdy od kilku miesięcy przebywałem w Bonn. Pamiętam, że pewnej deszczowej niedzieli pojechałem po południu na lotnisko w Kolonii i skupywałem tam różne angielskie gazety. Potem zaparkowałem samochód, usiadłem pod daszkiem na ławce w jakimś ogródku w Bonn i czytałem w samotności. Recenzenci byli łaskawi, choć nie tak entuzjastyczni, jak sobie wymarzyłem. George Smiley im się spodobał. I nagle – stało się.

Zapewne wszyscy pisarze czują to samo na różnych etapach kariery – najpierw całe tygodnie czy miesiące mąk i nieudanych prób, potem bezcenny gotowy rękopis, następnie rytualny zachwyt agenta i wydawcy, korekta, wielkie nadzieje, strach, gdy zbliża się godzina zero, recenzje – i nagle jest po wszystkim. Ostatnią książkę napisałeś rok temu, no co tak siedzisz, lepiej byś znowu coś napisał…

No cóż. Prawda jest taka, że ja akurat wtedy „coś” pisałem.

Już wcześniej zacząłem powieść, której akcja rozgrywała się w prywatnej szkole z internatem. Tło wziąłem z Sherborne, gdzie byłem uczniem, i z Eton, gdzie uczyłem. Ktoś kiedyś twierdził, że zacząłem pisać jeszcze w Eton, ale ja niczego takiego nie pamiętam. Wstawałem co rano o jakiejś pogańskiej porze, pisałem przed wyjazdem do pracy w ambasadzie – i w ten sposób zdołałem skończyć całkiem szybko, a ukończone dzieło wysłać do wydawcy. Czyli udało się już drugi raz – tylko że obiecałem sobie napisać następnym razem coś mocniejszego, coś bardziej związanego z moim obecnym życiem.

***

Nim minął rok mojego pobytu w Niemczech, rozszerzono mój rewir na całe Zachodnie Niemcy, dzięki czemu mogłem jeździć po całym kraju i rozmawiać, z kim chciałem. Jako jeden z apostołów przystąpienia Wielkiej Brytanii do Wspólnoty Europejskiej, wpraszałem się do burmistrzów, organizacji i salonów politycznych. Nowo powstała Niemiecka Republika Federalna robiła, co mogła, by sprawiać wrażenie otwartego, demokratycznego społeczeństwa, więc przed młodym dyplomatą wszystkie drzwi stały otworem. Wolno mi było siedzieć przez cały dzień w galerii dla korpusu dyplomatycznego w Bundestagu, jeść obiady ze sprawozdawcami i doradcami parlamentarnymi. Pukałem do ministerialnych drzwi, chodziłem na manifestacje i na podniosłe weekendowe seminaria o kulturze i duszy niemieckiej, i przez cały czas usiłowałem się zorientować, gdzie – w piętnaście lat po upadku Trzeciej Rzeszy – kończą się stare, a zaczynają nowe Niemcy. W roku 1961 nie było to wcale łatwe. Przynajmniej dla mnie.

Bardzo pięknie podsumowuje to powiedzonko przypisywane Konradowi Adenauerowi, zwanemu „Starym”, który sprawował urząd kanclerza od powstania Republiki Federalnej w roku 1949 do 1963: „Nie wylewa się brudnej wody, póki nie ma się czystej”. Podobno miała to być aluzja do doktora Hansa Josefa Marii Globkego, szarej eminencji kanclerza od bezpieczeństwa narodowego i wielu innych spraw. Życiorys Globkego robi wrażenie – nawet w porównaniu z innymi hitlerowcami. Globke wyróżnił się jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy, tworząc antysemickie prawa dla rządu Prus.

Dwa lata później, już za Führera, przygotował pierwszą z ustaw norymberskich, która pozbawiała wszystkich Żydów obywatelstwa niemieckiego, a pozostałe dla sprawniejszej identyfikacji nakazywały dodanie do posiadanych imion słów „Sara” lub „Israel”. Nie-Żydzi pozostający w związkach z Żydami musieli pozbyć się małżonków. Pracując u Adolfa Eichmanna w hitlerowskim Biurze do spraw Żydów, przygotował kolejną ustawę o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci, która dała potem początek Holokaustowi.

Równocześnie – zapewne kierując się swą gorącą wiarą katolicką – utrzymywał dobre stosunki z prawicową opozycją antyhitlerowską. Tak skutecznie, że miał otrzymać wysokie stanowisko, gdyby spiskowcom udało się usunąć Hitlera. Być może właśnie dzięki temu po wojnie udało mu się uniknąć postawienia w stan oskarżenia, do czego dość niemrawo zabierali się alianci. Adenauer uparł się, że chce mieć Globkego przy sobie. Brytyjczycy nie przeszkadzali.

W efekcie już w sześć lat po wojnie – a w dwa po utworzeniu Niemiec Zachodnich – w roku 1951 doktor Hans Globke był autorem kolejnej ustawy sporządzonej z myślą o byłych i obecnych towarzyszach hitlerowcach. W naszych czasach aż trudno sobie wyobrazić, że coś takiego było możliwe. Otóż Nowa Ustawa Globkego – tak ją będę nazywał – powodowała, że urzędnicy państwowi z czasów Hitlera, których stosunek pracy zakończył się z powodów od nich niezależnych, mieli otrzymać pełne niewypłacone wynagrodzenia i pełne prawa emerytalne, jakie by im się należały, gdyby nie było drugiej wojny światowej albo gdyby Niemcy ją wygrały. Krótko mówiąc: należał im się pełny awans zawodowy, na jaki mogliby liczyć, gdyby ich kariery potoczyły się bez przeszkody, jaką było zwycięstwo aliantów.

Skutki były natychmiastowe. Stara hitlerowska gwardia obsiadła wszystkie najintratniejsze stanowiska. Młodsze pokolenie, mniej skompromitowane, zostało zdegradowane.

***

Teraz na scenę wkracza doktor Johannes Ullrich, uczony, działacz i wielbiciel Bacha, dobrego czerwonego burgunda i historii pruskiej wojskowości. W kwietniu 1945 roku, na kilka dni przed bezwarunkowym poddaniem Berlina Rosjanom przez komendanta obrony miasta, Ullrich robił to samo, co robił przez poprzednie dziesięć lat: z mrówczą pracowitością wypełniał obowiązki kustosza i młodszego archiwisty Pruskiego Archiwum Królewskiego w niemieckim Ministerstwie Spraw Zagranicznych na Wilhelmstrasse. Ponieważ Królestwo Prus uległo rozwiązaniu w roku 1918, nie miał do czynienia z żadnymi dokumentami, które nie miałyby co najmniej dwudziestu siedmiu lat.

Kiedy poznałem Johannesa, nie widziałem jego zdjęć z młodości, ale domyślam się, że był wtedy całkiem atletycznie zbudowany, nosił poważne garnitury i sztywne kołnierzyki z tych zamierzchłych czasów, w których przebywał najchętniej. Gdy Hitler doszedł do władzy, przełożeni trzykrotnie namawiali go do wstąpienia do partii. Trzy razy odmówił. Nic dziwnego, że nadal był tylko młodszym archiwistą, gdy wiosną roku 1945 żołnierze generała Żukowa znaleźli się na Wilhelmstrasse. Armia Czerwona, wchodząc do Berlina, nie była raczej zainteresowana braniem jeńców, ale niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych mogło dostarczyć i liczących się więźniów, i interesujących dokumentów hitlerowskich.

Gdy Rosjanie byli tuż-tuż, Johannes zrobił coś, co przeszło do legendy. Pozawijał całe Archiwum Królewskie w ceratę, załadował na wózek i nie zważając na ogień z broni palnej, na wybuchy pocisków moździerzowych i granatów, zawlókł to wszystko gdzieś, gdzie można było wykopać dół, ukrył zawartość wózka i wrócił na miejsce pracy po to tylko, by zostać wziętym do niewoli.

Sowiecki sąd wojskowy nie miał żadnych wątpliwości co do jego winy. Ullrich przechowywał hitlerowskie dokumenty, był więc z definicji faszystowskim agresorem. Z dziesięcioletniego wyroku odbywanego w syberyjskich więzieniach sześć lat spędził w izolatce, pozostałe we wspólnej celi z chorymi umysłowo przestępcami. Żeby przeżyć, musiał szybko nauczyć się ich zwyczajów.

W roku 1955 został zwolniony na mocy układu repatriacyjnego. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił po powrocie do Berlina, było zaprowadzenie grupy poszukiwawczej do miejsca, gdzie zakopał archiwum, i nadzorowanie przeniesienia materiałów. Dopiero potem zajął się ratowaniem własnego zdrowia.

***

Teraz wracamy do Nowej Ustawy Globkego.

Cóż to nie należało się lojalnemu urzędnikowi państwowemu z czasów hitlerowskich, ofierze bolszewickiej brutalności! Nieważne, że trzykrotnie odmawiał wstąpienia do partii! Nieważne, że nienawiść do wszystkiego co hitlerowskie kazała mu się chronić w królewską historię Prus! Znacznie istotniejsze jest pytanie, jak wiele mógł osiągnąć taki młody działacz o najwyższych kwalifikacjach akademickich, gdyby Trzeciej Rzeszy się udało.

W efekcie uznano, że Johannes Ullrich, który przez dziesięć lat oglądał tylko ściany swej syberyjskiej celi, spędziłby ten czas, kształcąc się w zawodzie dyplomaty. W ten sposób okazało się, że należy mu się podwyżka pensji zgodnie z kolejnymi awansami w pracy dyplomatycznej, łącznie z odpowiednimi wyrównaniami i prawami emerytalnymi oraz – co przecież tak ważne w pracy urzędniczej – gabinet odpowiednich rozmiarów. Aha, i jeszcze co najmniej rok urlopu bezpłatnego.

Johannes idzie więc na urlop i nadal zgłębia historię Prus. Odnawia swą bliską znajomość z burgundem i żeni się z belgijską tłumaczką o cudownym poczuciu humoru, która go uwielbia. Wreszcie nadchodzi dzień, gdy nie może dłużej się opierać poczuciu obowiązku, nieodłącznej cesze jego pruskiej duszy. Wkłada nowy garnitur, żona pomaga mu zawiązać krawat i odwozi go do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które nie znajduje się już przy berlińskiej Wilhelmstrasse, lecz w Bonn. Portier prowadzi go do gabinetu. Nie do gabinetu, krzyczy Johannes, do komnaty z hektarowym biurkiem, które – Johannes może przysiąc – zaprojektował sam Albert Speer. Czy mu się to podoba, czy nie, Herr Doktor Johannes Ullrich jest od teraz wyższym urzędnikiem dyplomacji zachodnioniemieckiej.

***

Aby uzmysłowić sobie, jakie wrażenie zrobił na mnie Johannes podczas naszych kilku spotkań – bo miałem to szczęście, że się z nim spotkałem – trzeba wyobrazić sobie przygarbionego pięćdziesięciolatka poruszającego się tak nerwowo, jakby wciąż jeszcze przemierzał celę syberyjskiego więzienia. Od czasu do czasu rzuca przez ramię szybkie zaciekawione spojrzenie, czy gość się nie płoszy. Jeżeli gość się płoszy, wywraca oczami na znak zawstydzenia własnym zachowaniem, wybucha śmiechem i rusza na kolejne okrążenie pokoju, wymachując rękami. Ale nie jest chory umysłowo jak ci biedni więźniowie, z którymi skuwano go jednym łańcuchem. Jest do bólu zdrowy na umyśle, wręcz genialny, a szaleństwo znów jest nie w nim, lecz wokół niego.

Najpierw jednak, na użytek zachwyconych gości sproszonych przeze mnie do mojego wynajętego apartamentu w Königswinter nad Renem, trzeba dokładnie opisać każdy szczegół jego ministerialnej komnaty: bo jest w niej i legendarny Bundesadler, czarny orzeł z głową w profilu, o czerwonych szponach, spoglądający nań groźnie ze ściany – sam Johannes też przekręca głowę w prawo i naśladuje pogardliwy półuśmiech godła – i ambasadorski zestaw biurkowy ze srebrnym kałamarzem i oprawką na pióro.

Potem Johannes wysuwa wyimaginowaną szufladę Speerowskiego hektarowego biurka i wyjmuje z niej książkę telefoniczną – tylko do użytku wewnętrznego – zachodnioniemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oprawną, jak twierdzi, w najcieńszą cielęcą skórę. Właśnie podaje ją nam pustymi dłońmi, z nabożeństwem schylając głowę, by powąchać skórę, i wywraca oczyma z zachwytu nad jakością wykonania.

Wreszcie ją otwiera. Bardzo powoli. Każdy taki pokaz to dla niego egzorcyzm, choreograficzne oczyszczanie się z myśli, które przyszły mu do głowy, gdy pierwszy raz stanął twarzą w twarz z tą listą nazwisk. Bo to te same arystokratyczne nazwiska, ci sami ich właściciele, którzy zdobywali dyplomatyczne szlify pod kierunkiem Joachima von Ribbentropa, hitlerowskiego ministra spraw zagranicznych – śmiesznego typka, który jeszcze w celi śmierci w Norymberdze wyznawał miłość do Adolfa Hitlera. Może teraz ludzie noszący te szlachetne nazwiska są lepszymi niż wtedy dyplomatami, może nawrócili się, by walczyć o demokrację. Może, jak Globke, zawarli kiedyś jakiś układ z tą czy inną antyhitlerowską grupką, na wypadek gdyby Hitler kiedyś upadł. Ale Johannes nie jest w nastroju, by swych kolegów postrzegać w tak pozytywnym świetle. Na użytek widzów opada na krzesło i pociąga łyk dobrego czerwonego burgunda, nabytego na jego cześć w sklepiku wolnocłowym, w którym my, uprzywilejowani dyplomaci, możemy robić zakupy. Pokazuje nam, że właśnie to samo zrobił tego dnia w swojej komnacie, gdy pierwszy raz zaglądnął do oprawnej w cielęcą skórę książki telefonicznej zachodnioniemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tylko do użytku wewnętrznego: że padł w głęboki skórzany fotel, trzymając w dłoniach otwarty tom, i w milczeniu odczytywał kolejne wielkie nazwisko, od lewa do prawa, jakby w zwolnionym tempie – każde von i każde zu. Patrzymy, jak szeroko otwiera oczy, jak porusza ustami. I wlepia wzrok w ścianę mojego wynajętego domu. Mówi, że tak właśnie wpatrywał się w ścianę więzienia na Syberii.

Teraz zrywa się z krzesła, a raczej z fotela w swej komnacie. Znów siedzi za hektarowym biurkiem projektu Alberta Speera, choć tak naprawdę to tylko tandetny mahoniowy bufet obok szklanych drzwi prowadzących do ogrodu. Dłońmi przyciska książkę do blatu. Na moim tandetnym bufeciku nie ma telefonu, ale on już podniósł nieistniejącą słuchawkę i wodząc po papierze palcem wskazującym drugiej ręki, odczytuje pierwszy numer wewnętrzny. Słyszymy sygnał telefonu – to Johannes popiskuje przez nos: piii, piii. Teraz widzimy, że jego szerokie plecy kurczą się i prostują, słyszymy, że strzela piętami w najlepszym pruskim stylu. Pada wojskowe szczeknięcie, tak głośne, że moje dawno uśpione dzieci budzą się na piętrze:

– Heil Hitler, Herr Baron! Hier Ullrich! Ich möchte mich zurück-melden! Heil Hitler! Tu Ullrich! Melduję powrót do służby!

***

Nie chciałbym sprawiać wrażenia, iż przez całe trzy lata, które spędziłem wtedy w Niemczech, wyłącznie się oburzałem, że starzy hitlerowcy zajmują wysokie stanowiska, podczas gdy cała uwaga mojej służby koncentrowała się na promowaniu brytyjskiego handlu i na walce z komunizmem. A jeżeli się oburzałem na starych hitlerowców – zresztą wcale nie byli tacy starzy, skoro w roku 1960 byliśmy tylko o pół pokolenia młodsi od samego Hitlera – to dlatego, że identyfikowałem się z moimi niemieckimi rówieśnikami, którzy chcąc coś osiągnąć w życiu, musieli być uprzejmi dla ludzi mających swój udział w doprowadzeniu ich kraju do ruiny.

Wciąż zadawałem sobie wtedy pytanie, jak musiał się czuć młody początkujący polityk, świadomy, że we władzach jego partii brylują takie osobistości, jak Ernst Achenbach, który jako wysoki urzędnik niemieckiej ambasady w Paryżu podczas okupacji osobiście nadzorował masowe wywózki Żydów do Oświęcimia. Przed sąd ciągali go i Francuzi, i Amerykanie, ale Achenbach, z zawodu prawnik, załatwił sobie jakieś tajemnicze rozgrzeszenie i zamiast stanąć przed trybunałem norymberskim, założył świetnie prosperującą kancelarię prawną, specjalizującą się w bronieniu ludzi oskarżonych o dokładnie takie same zbrodnie, jakie sam popełniał. Jak reagował mój początkujący niemiecki polityk na to, że jego karierę obserwuje taki Achenbach? Ciągle się nad tym zastanawiałem. Czy zjadał tę żabę i uśmiechał się grzecznie?

Spośród różnych spraw, które zatruwały mi pobyt w Bonn, a potem w Hamburgu, najbardziej nie dawała mi spokoju właśnie ta nierozliczona niemiecka przeszłość. W duchu nigdy nie pogodziłem się z ówczesną wersją politycznej poprawności, nawet jeżeli postępowałem inaczej – i tym samym zapewne zachowywałem się dokładnie tak jak wielu Niemców w czasie wojny 1939–1945.

Potem wyjechałem z Niemiec, ale temat wciąż mnie dręczył. Jakiś czas po Ze śmiertelnego zimna powróciłem do Hamburga i odnalazłem niemieckiego pediatrę oskarżonego o udział w hitlerowskim programie eutanazji, który miał oczyścić aryjski naród z nieprzydatnych gąb do wykarmienia. Potem okazało się, że całą sprawę rozpętał – całkowicie bezpodstawnie – zazdrosny kolega po fachu, a ja musiałem wszystko odszczekać. W tym samym 1964 roku pojechałem do Badenii-Wirtembergii, do miasteczka Ludwigsburg, by spotkać się z Erwinem Schülem, dyrektorem Centrali Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych. Szukałem takiej jak ta historii, opowiedziałem ją potem w Małym miasteczku w Niemczech, ale nie mogłem się zdobyć na umieszczenie w tle brytyjskiej ambasady w Bonn – na to było dla mnie jeszcze za wcześnie.

Erwin Schüle okazał się dokładnie taki, jakim go sobie wyobrażałem: człowiek uczciwy, szczery, całą duszą poświęcający się swej pracy. Tacy sami byli też jego pracownicy – kilku młodych, bladych prawników. Każdy z nich siedział za swoim przepierzeniem i całymi dniami wczytywał się w przerażające dowody zawarte w hitlerowskich aktach, w skąpych zeznaniach świadków. Starali się przypisać konkretne zbrodnie osobom, które można postawić przed sądem, a nie jednostkom wojskowym, których nie można sądzić. Klęczeli przed dziecinnymi piaskownicami z plastiku i ustawiali w nich ludzkie figurki oznaczone numerami. W jednym szeregu stali umundurowani żołnierze z karabinami, w drugim ludziki w cywilu: mężczyźni, kobiety, dzieci. A między nimi – rowek w piasku oznaczający masowy grób, który miał zaraz zostać zapełniony.

Wieczorem Schüle i jego żona zaprosili mnie na obiad na tarasie swojego domu stojącego na zalesionym zboczu. Schüle opowiadał z pasją o swej pracy. Mówił, że to jego życiowy obowiązek, historyczna konieczność. Umówiliśmy się na następne spotkanie, ale do niego nie doszło. W lutym następnego roku Schüle poleciał do Warszawy w związku z odnalezieniem nowych akt hitlerowskich, lecz na lotnisku powitała go powiększona kopia jego legitymacji partyjnej NSDAP. Równocześnie rząd sowiecki przedstawił mu całą serię zarzutów, między innymi to, że służąc jako żołnierz na froncie wschodnim, zastrzelił z pistoletu dwóch rosyjskich cywilów i zgwałcił Rosjankę. Znowu jednak okazało się, że oskarżenia były bezpodstawne.

Jaka z tego nauczka? Ano taka, że im bardziej szuka się absolutów, tym trudniej je znaleźć. Jestem przekonany, że Schüle był porządnym człowiekiem. Ale musiał żyć ze swoją przeszłością i jakoś sobie z nią poradzić, cokolwiek to znaczyło. A mnie ciągle interesowało, jak radzą sobie z nią Niemcy z jego pokolenia. Kiedy rozpoczęła się u nich era Grupy Baader-Meinhof, zupełnie się nie zdziwiłem. Dla wielu młodych Niemców przeszłość ich rodziców została już dawno pogrzebana, zmieniona, załgana. W pewnym momencie coś musiało pęknąć, no i pękło. Ale to nie dotyczyło już jakiejś tam grupki „warchołów”, tylko całego pokolenia sfrustrowanych dzieci niemieckiej klasy średniej, bo to ci ludzie znienacka włączyli się do walki, wspierając terrorystów pierwszej linii logistycznie i moralnie.

Czy coś takiego mogło się zdarzyć w Wielkiej Brytanii? My już dawno przestaliśmy porównywać się z Niemcami. Może dlatego, że nie mamy na to odwagi. Bo współczesne Niemcy – pewne siebie, nieagresywne demokratyczne mocarstwo, które można dziś stawiać za przykład humanitaryzmu innym krajom – to zbyt gorzka pigułka do przełknięcia przez nas, Brytyjczyków. Niestety, od dawna bardzo mnie to smuci.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szpiegowskie dziedzictwo Tunel z gołębiami Przyjaźń absolutna Tajny pielgrzym Zdrajca w naszym typie Nocny recepcjonista 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu