Zaginiony rozkaz

Zaginiony rozkaz

Autorzy: Steve Berry

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 12.98 zł

Zakon Rycerzy Złotego Kręgu był największą i najniebezpieczniejszą tajną organizacją w dziejach Ameryki. Zgromadził zapasy skradzionego złota i srebra warte miliardy dolarów, które zostały ukryte w podziemnych kryjówkach rozsianych po całym obszarze Stanów Zjednoczonych. Poszukiwacze skarbów polowali na te sekretne miejsca począwszy od 1865 roku, ale do dziś udało się znaleźć jedynie niewielką część fortuny.
Współcześnie Rycerze Złotego Kręgu, choć słabsi niż kiedyś, istnieją nadal, a o skarb walczą dwie rywalizujące frakcje – jedna chce go wykorzystać do własnych celów, druga ochronić.
Kiedy w sam środek tej rozgrywki trafia były agent Departamentu Sprawiedliwości Cotton Malone, odkrywa, że jego własne związki z Zakonem sięgają głębiej niż kiedykolwiek przypuszczał. Centralną rolę w intrydze odgrywa Instytut Smithsona, który okazuje się powiązany z Rycerzami, ich skarbem oraz z samym Malone’em za pośrednictwem jego przodka, szpiega Konfederacji Angusa „Cottona” Adamsa – i to właśnie historia Adamsa stanowi klucz do rozwiązania całej sprawy.
Sytuację jeszcze bardziej komplikują polityczne ambicje lekkomyślnego przewodniczącego Izby Reprezentantów oraz rozgoryczonej wdowy po amerykańskim senatorze, którzy wspólnie planują wprowadzenie radykalnych zmian w ustroju państwa. A podczas gdy Malone i Cassiopeia Vitt zmagają się z echami przeszłości, były prezydent Danny Daniels i Stephanie Nelle stają w obliczu całkiem niespodziewanego zagrożenia, co jedno z nich może przypłacić życiem.
W Zaginionym rozkazie Steve Berry zabiera nas w emocjonującą podróż po zacisznych korytarzach Instytutu Smithsona, nieprzyjaznych lasach Arkansas i surowych górach
Nowego Meksyku, która jest jednocześnie wyprawą w mroczną przeszłość Ameryki
oraz jej potencjalnie jeszcze bardziej mroczną przyszłość.
„Jak zawsze w przypadku powieści Steve’a Berry’ego, czytelnik z każdą stroną poszerza swoją wiedzę, a kłykcie zaciśniętej dłoni bieleją mu z podekscytowania". David Baldacci
„Berry ciągle podnosi poprzeczkę autorom tego gatunku”. The New York Times

Tytuł oryginału:

THE LOST ORDER

Copyright © 2017 by Magellan Billet, Inc. All rights reserved.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Marta Chmarzyńska, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-8110-229-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Podziękowania

Prolog

DZISIAJ

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Od autora

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla pracowników i darczyńców

Bibliotek Instytutu Smithsona

PODZIĘKOWANIA

Już po raz trzeci składam serdeczne podziękowania Johnowi Sargentowi, szefowi Macmillana, Sally Richardson, która dowodzi St. Martin’s, oraz mojemu wydawcy z Minotaura, Andrew Martinowi. Ogromny dług wdzięczności mam także wobec Hectora DeJeana z działu promocji; Jeffa Dodesa i całej ekipy z działu marketingu i sprzedaży, ze szczególnym uwzględnieniem Paula Hochmana. Podziękowania należą się również Jen Enderlin, która o wydaniach w miękkiej oprawie wie wszystko, Davidowi Rotsteinowi, który stworzył okładkę, Stevenowi Seighmanowi, odpowiedzialnemu za projekt typograficzny książki, oraz Mary Beth Roche i jej ludziom z działu audio.

Głęboki ukłon kieruję w stronę Simona Lipskara, mojego agenta i przyjaciela. Dziękuję też mojej redaktorce Kelley Ragland, z którą praca to sama przyjemność, a także jej wspaniałej asystentce, Elizabeth Lacks.

Na wyróżnienie zasługuje jeszcze kilka osób: Meryl Moss i jej niesamowity zespół od promocji (zwłaszcza Deb Zipf i JeriAnn Geller); Jessica Johns i Esther Garver, dzięki którym Steve Berry Enterprises działa bez zarzutu; kustosz Zamku w Instytucie Smithsona, Richard Stamm, który pokazał mi różne tajne zakamarki tego miejsca, odpowiadał na niezliczone pytania oraz służył pomocą przy pierwszej korekcie rękopisu; Nancy Gwinn, dyrektorka Bibliotek Instytutu Smithsona, która wsparła mnie swoją niezwykłą wnikliwością i czujnym okiem; William Baxter z tejże instytucji, który oprowadził mnie po Narodowym Muzeum Historii Amerykańskiej; Jerry Conlon, z którym zwiedziłem Narodowe Muzeum Historii Naturalnej; i wreszcie Tina Muracco z Bibliotek Instytutu Smithsona, dzięki której odbyłem niezwykle pouczającą wizytę w Waszyngtonie oraz poznałem takich ludzi jak: Tom Wickham, członek Izby Reprezentantów; Matthew Wasniewski, historyk Izby Reprezentantów oraz jego kolega po fachu Kenneth Kato; Brian Reisinger, były pracownik kancelarii senatora Lamara Alexandra; oraz członkini Izby Reprezentantów Marsha Blackburn, która wraz ze swoim personelem oprowadziła nas po budynku Kapitolu. Wszystkim wam serdecznie dziękuję.

Nie mógłbym zapomnieć o mojej żonie Elizabeth, która towarzyszyła mi na każdym etapie tej podróży, nieustannie mnie dopingując i zachęcając do pisania (a czasem, gdy zaszła taka potrzeba, siłą zapędzając mnie do roboty).

W tej opowieści o Cottonie osią fabuły uczyniłem Instytut Smithsona, co szczerze mówiąc, już od dawna chodziło mi po głowie. Obecnie mam zaszczyt zasiadać w Komisji Doradczej Bibliotek Instytutu Smithsona. Na terenie całego kraju, w każdym muzeum i każdym ośrodku badawczym należącym do instytutu, znajduje się w sumie 21 bibliotek (plus jedna w Panamie). I choć są z reguły ulokowane na uboczu, z dala od tłumów, bez wątpienia to właśnie one stanowią intelektualne centrum każdej z tych placówek.

Biblioteki Instytutu Smithsona razem tworzą jedną z największych na świecie kopalni wiedzy, z której korzystają corocznie miliony osób. Całym kompleksem tych placówek dowodzi aktualnie Nancy Gwint, która zawiaduje personelem liczącym 130 osób. Wspólnymi siłami wprowadzają w życie marzenie Jamesa Smithsona o tym, by „w Waszyngtonie powstała placówka pod nazwą Instytut Smithsona, której celem będzie wzbogacanie wiedzy i szerzenie jej wśród ludzi”.

Jednakże prowadzenie bibliotek wymaga ogromnych nakładów finansowych.

W 2016 roku całkowite koszty utrzymania wyniosły 17 milionów dolarów. Kongres pokrywa mniej więcej 70% tych potrzeb. Reszta, czyli 30%, pochodzi z różnych zewnętrznych źródeł. Darowizny (zwolnione z podatku) pochodzą zarówno od firm, jak i osób prywatnych. W większości są to niewielkie datki i tylko z rzadka zdarzają się naprawdę pokaźne kwoty. Niemniej w 2016 roku ogólna suma donacji wyniosła półtora miliona dolarów, dzięki czemu biblioteki nadal działają i każdy może z nich korzystać za darmo.

Dlatego tę książkę dedykuję personelowi bibliotek oraz wszystkim tym, którzy je wspierają.

Biblioteki Instytutu Smithsona istnieją właśnie dzięki Wam.

Gdyby ludzie byli aniołami,

żadna władza nie byłaby potrzebna.

James Madison

[Ale] jeżeli sami staniemy się owcami, zjedzą nas wilki.

Benjamin Franklin

PROLOG

WASZYNGTON

24 STYCZNIA 1865

GODZ. 14:45

Nagły wyraz zaniepokojenia na twarzy gospodarza wydał mu się co najmniej zaskakujący, zwłaszcza biorąc pod uwagę reputację tego człowieka oraz pełnioną przez niego funkcję. Joseph Henry cieszył się opinią jednego z najwybitniejszych naukowców w Ameryce.

Był także sekretarzem Instytutu Smithsona.

Siedział na wygodnej skórzanej kanapie w jego chłodnym gabinecie. Ich rozmowa zbliżała się do końca. To spotkanie, które zostało umówione już kilka tygodni temu, miało się odbyć wczoraj, ale on nie zdołał przybyć na czas. Nic dziwnego, w końcu zaraz za rzeką, w Wirginii, wciąż trwała wojna domowa, choć walki powoli już wygasały. Przełomem okazała się bitwa pod Gettysburgiem. Zginęło w niej prawie 5 tysięcy żołnierzy Konfederacji, ponad 12 tysięcy zostało rannych, kolejne kilka tysięcy dostało się do niewoli lub zaginęło. Przedtem zwycięstwo Południa wydawało się wciąż możliwe, ale teraz wszystko wskazywało na to, że dni Konfederatów są już policzone.

– Słyszałeś to? – zapytał Henry.

Owszem, słyszał. Głośny dźwięk przypominający strzał, dochodzący gdzieś z góry. Gabinet z wielką rozetą w oknie mieścił się na pierwszym piętrze budynku, pomiędzy dwiema charakterystycznymi wieżami.

– Może to lód spadający z dachu? – powiedział.

Dzień był wyjątkowo mroźny. Potomak niemal całkiem pokryła gruba warstwa lodu, co mocno zahamowało transport rzeczny i znacząco opóźniło jego przyjazd. Ostatnio nie było łatwo dostać się do stolicy Unii. Cały dystrykt federalny otaczały forty, wszędzie obozowało wojsko. Do tego bardzo zaostrzono środki bezpieczeństwa. Każdy, kto chciał wjechać do miasta lub z niego wyjechać, musiał odpowiedzieć na wiele pytań i przejść liczne punkty kontrolne. On jednak posiadał na szczęście wszelkie niezbędne upoważnienia i dlatego to właśnie jemu powierzono tę misję.

Nad ich głowami ponownie coś trzasnęło. I jeszcze raz.

– Tak, tak mógłby brzmieć pękający lód – odparł Henry. – Ale to coś innego.

Gospodarz wstał i podbiegł do drzwi, a on ruszył w jego ślady. Wyszli do ogromnej, wysokiej sali wykładowej, gdzie pod sufitem unosiły się gęste kłęby dymu.

– Budynek się pali! – krzyknął Henry. – Trzeba wszcząć alarm.

Sekretarz zbiegł po schodach na parter. Naturalne światło, które zazwyczaj wpadało do środka przez okna i okrągły otwór w sklepieniu, nabrało ciemnej, ponurej barwy. Dym osnuwający mury gmachu od zewnątrz zaczął wdzierać się do wnętrza. Słychać było odgłos ciężkich kroków, dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, krzyki. Audytorium zapełniło się ludźmi uciekającymi na parter.

Mężczyzna ruszył przejściem pomiędzy ławami w kierunku wystawy obrazów, nad którymi z sufitu sypał się tynk, odsłaniając płomienie trawiące poddasze i dach. Kilka płócien zajęło się już ogniem, a ponieważ on sam był malarzem, na ten widok zrobiło mu się słabo. Ogień wydawał się w tym miejscu szczególnie intensywny, co mogło wskazywać na źródło pożaru. Szybko otrząsnął się, uciszył w sobie artystę, a zaczął myśleć jak agent służb wywiadowczych, analizując dostępne opcje i wyciągając stosowne wnioski.

Wokół niego kłębił się czarny dym. Oddychanie stawało się coraz trudniejsze.

Przyjechał tu z Richmond z sekretną misją zleconą mu przez samego prezydenta Jeffersona Davisa. Fakt, że miał już wcześniej kontakt z Instytutem Smithsona oraz znał osobiście Josepha Henry’ego, czynił go idealnym kandydatem do tego zadania. Za dwa tygodnie miała się odbyć tajna konferencja pokojowa w Hampton Roads z udziałem Abrahama Lincolna oraz wiceprezydenta Konfederacji Alexandra Stephensa, który już od dwóch lat starał się doprowadzić do końca wojny. Jeff Davis nie znosił swojego niesfornego zastępcy, uważał go za słabeusza i zdrajcę. Ale pochodzący z Georgii Stephens nie tracił nadziei na to, że w drodze negocjacji da się zakończyć ten konflikt bez uszczerbku na honorze.

Podniósł rękę i zakrył usta rękawem wełnianego płaszcza, żeby móc oddychać. Za drzwiami po drugiej stronie pomieszczenia ogień trawił pokój, w którym trzymano kolekcję rzadkich instrumentów naukowych. Ściany wewnętrzne ustawione na obrzeżach auli nie dochodziły do stropu – dzięki temu w razie potrzeby można było je łatwo usunąć, by zlikwidować audytorium i przekształcić całe piętro w wielką przestrzeń wystawową. W tej chwili jednak to wygodne rozwiązanie sprzyjało tylko szybkiemu rozprzestrzenianiu się pożaru.

– Nic się już nie da zrobić! – krzyknął jakiś człowiek biegnący przez salę ze skrzynią w rękach. – Wszyscy muszą opuścić budynek!

Prawdopodobnie była to słuszna ocena sytuacji, więc nie została ani chwila do stracenia. Cel wizyty mężczyzny, który należało bezpiecznie stąd wydostać, nadal znajdował się w gabinecie Henry’ego, na blacie biurka. Płomienie jeszcze tam nie dotarły, ale była to tylko kwestia czasu. Wszędzie naokoło biegali pracownicy instytutu, niektórzy dźwigali obrazy, inni księgi i dokumenty, a kilku trzymało w rękach poszczególne eksponaty, najwyraźniej zbyt cenne, żeby pozwolić im przepaść. Gmach został wzniesiony w 1846 roku, kiedy Kongres zdecydował wreszcie, co zrobić z kwotą pięciuset tysięcy dolarów zapisaną w testamencie przez mało znanego brytyjskiego chemika Jamesa Smithsona, który zostawił także nieco zagadkowe instrukcje: „W Waszyngtonie ma powstać placówka pod nazwą Instytut Smithsona, której celem będzie wzbogacanie wiedzy i szerzenie jej wśród ludzi”.

Jeszcze dziwniejszy wydawał się fakt, że Smithson ani razu nie odwiedził Stanów Zjednoczonych, a mimo to przekazał całą swoją fortunę na ręce amerykańskiego rządu. Minęły lata, zanim Kongres podjął jakiekolwiek kroki.

Jedni uważali, że „placówka” powinna być wielką biblioteką, drudzy, że muzeum. Niektórzy proponowali serię wykładów, a inni publikowanie prestiżowych rozpraw naukowych. Kongresmani ze stanów południowych bardzo sceptycznie patrzyli na całe przedsięwzięcie, ponieważ podejrzewali, że planowana instytucja może stać się czymś w rodzaju forum dla zwolenników zniesienia niewolnictwa. Sprzeciwiali się dalszym działaniom i postulowali, żeby po prostu zwrócić te pieniądze. Ostatecznie zatriumfował zdrowy rozsądek i uchwalono statut nowej placówki, która miała łączyć funkcje biblioteki, muzeum, galerii sztuki oraz sali wykładowej, a także zatwierdzono budowę siedziby „słusznych rozmiarów”, która mogłaby to wszystko pomieścić. Powstał wówczas gmach w dwunastowiecznym stylu romańskim, z imponującymi skrzydłami, wysokimi wieżami, łukami i dachem z płytek łupkowych, unikatowy w skali kraju, a kształtem i ścianami z czerwonego piaskowca przypominający raczej klasztor. Był to zamierzony zabieg, tworzący kontrast z dominującą w Waszyngtonie architekturą klasycystyczną. Efekt końcowy wzbudzał głęboką niechęć Josepha Henry’ego, który uważał budynek za „wydumany i niemalże bezużyteczny” oraz nazywał go „godnym pożałowania błędem”. Mimo to wśród mieszkańców miasta szybko przyjęło się inne potoczne określenie: Zamek.

A teraz ten zamek stanął w płomieniach.

Kiedy mężczyzna wbiegł z powrotem do gabinetu Henry’ego, zastał tam jakiegoś człowieka. W pierwszej chwili wziął go za członka personelu, potem jednak zwrócił uwagę na granatowy mundur przykryty grubym płaszczem oraz insygnia kapitana armii Unii na ramionach. Obcy odwrócił się i bez chwili wahania sięgnął po broń przy boku.

Wcześniej wydawało mu się, że ktoś go śledzi. Zamierzał wślizg­nąć się do Zamku i wymknąć z niego przez nikogo niezauważony. Ale nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.

Rozległ się strzał i kula roztrzaskała futrynę drzwi, ale on zdążył odskoczyć w bok. Zauważył, że napastnik ma rewolwer nowego typu, w którym mechanizm automatycznie odciąga kurek i obraca cylinder.

Taka broń należała do rzadkości i była bardzo droga.

Wylądował na korytarzu i wyciągnął z kabury pod płaszczem własny rewolwer. Miał nadzieję, że uda się uniknąć przemocy, ale człowiek w gabinecie Henry’ego nie pozostawił mu wyboru. Zerwał się z podłogi i przygotował do ataku. Ponad siedem metrów nad jego głową płomienie sunęły po suficie, pozostawiając za sobą czarny, wypalony ślad. Prawie cała aula była już wypełniona dymem, z góry sypały się odłamki płonącego drewna. Po chwili ujrzał wybiegającego z gabinetu kapitana, który w jednym ręku trzymał broń, a w drugim to, co on sam przed chwilą zostawił u Josepha Henry’ego.

„Oddaj to sekretarzowi”, poinstruował go Jefferson Davis, wręczając mu mosiężny klucz. „I odzyskaj swój dziennik”.

Wcześniej książka leżała na biurku Henry’ego, ale teraz widział, że kapitan zabrał ją razem z kluczem. Kimkolwiek był ten obcy, dokładnie wiedział, po co przyszedł. Wydawało się to co najmniej niepokojące.

Dlatego niewiele myśląc, rzucił się na intruza i przewrócił go na ziemię.

Potoczyli się razem w stronę podwyższenia znajdującego się naprzeciwko półokrągłego audytorium. Kapitan wyrwał się z uścisku i zerwał na równe nogi, ale został zatrzymany mocnym szarpnięciem za obie kostki. Zachwiał się, młócąc ramionami powietrze i z hukiem runął z powrotem na drewnianą podłogę.

Upuszczając przy tym wszystko, co trzymał w rękach.

– Pięknie dziękuję – powiedział wysłannik prezydenta, chwytając klucz i dziennik.

Wstał i kopnął broń oszołomionego kapitana, posyłając ją w kłąb dymu. Już miał stamtąd uciekać, gdy jego przeciwnik doszedł do siebie, pozbierał się z ziemi i przycupnął, gotowy do skoku.

– Naprawdę musisz? – rzucił do żołnierza, po czym wymierzył mu kopniaka czubkiem buta w podbródek. Kapitan padł nieprzytomny. – A teraz się stąd nie ruszaj.

Pospieszył w stronę schodów i zbiegł na parter. Na szczęście ogień, który opanował górne piętra, jeszcze tu nie dotarł, więc na dole było znacznie mniej dymu. Zauważył, że woda w wiadrach rozmieszczonych naokoło głównego holu właśnie z myślą o pożarze jest zamrożona na kamień, a zatem w tej sytuacji zupełnie bezużyteczna. Zresztą nawet gdyby nie zmieniła się w lód, pożar i tak był zbyt intensywny, żeby dało się coś zdziałać kilkoma wiadrami wody.

Usłyszał huk i domyślił się, że zapadła się kolejna część dachu.

Najwyższy czas się stąd wynosić.

Pomyślał o znokautowanym kapitanie, któremu zapewne nie uda się uciec z budynku. Ale czy powinno go to obchodzić?

Sumienie potrafi skomplikować człowiekowi życie.

Wcisnął swoją broń do kabury, a klucz i dziennik schował w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Następnie wbrew rozsądkowi wspiął się z powrotem na górę, znalazł nieprzytomnego żołnierza i zarzucił sobie jego bezwładne ciało na ramię. Zniósł go po schodach i wypadł na zewnątrz w chwili, gdy na teren instytutu wjechały parowe wozy strażackie.

Pod Zamkiem zebrał się już spory tłum.

Z górnych partii budynku buchał dym, płomienie wiły się po kamiennych ścianach, lizały ozdobne łuki i trójlistne rozety. Z okien leciały książki wyrzucane przez zdesperowanych pracowników próbujących ocalić, co się da. Jedna z wież zawaliła się w kłębach dymu i rozżarzonego gruzu.

Mężczyzna odciągnął kapitana od budynku i położył go w miejscu, gdzie zebrali się ludzie, którzy zanosząc się kaszlem, czekali na badanie lekarskie.

Jeszcze raz popatrzył na tę katastrofę.

Wysoka galeria, na której ścianach wisiały majestatyczne portrety Indian, wydawała się doszczętnie zniszczona, podobnie jak gabinet Henry’ego. Z okien na górze sypał się deszcz odłamków szkła. Strażacy rozpoczęli pracę, którą znacznie utrudniało przejmujące zimno. O dziwo, wschodnia część budynku, gdzie sekretarz instytutu mieszkał ze swoją rodziną, wyglądała na nienaruszoną; zasięg pożaru ograniczał się do zachodniej strony pierwszego piętra.

To wszystko jednak nie był jego problem. Będą musieli się tym zająć inni, na czele z sekretarzem Henrym, wysokim, ascetycznym mężczyzną, który teraz owinięty bezkształtną czarną peleryną biegał po całym dziedzińcu, wydając polecenia. W którymś momencie ich spojrzenia się skrzyżowały i mężczyzna dyskretnie wskazał na kieszeń swojego płaszcza, dając naukowcowi do zrozumienia, że wszystko udało się uratować. Henry porozumiewawczo pokiwał głową, po czym dał znak, że jego gość powinien czym prędzej ruszać w dalszą drogę.

Doskonała rada.

Joseph Henry bez dwóch zdań prowadził niebezpieczną grę. Z jednej strony zasiadał w Komisji Stałej Departamentu Marynarki Wojennej i doradzał Unii w sprawach takich jak nowoczesne rodzaje uzbrojenia, możliwości wykorzystania balonów w działaniach bojowych czy nawet wydobycie węgla w Ameryce Środkowej. Ale z drugiej strony nadal głęboko wierzył w konieczność upowszechniania wiedzy naukowej i poważnie traktował swoje obowiązki jako sekretarza Instytutu Smithsona. Z tego też powodu odmówił wywieszenia nad Zamkiem flagi państwowej i nie zgadzał się na zakwaterowanie w nim wojsk Unii, argumentując, że Instytut jest neutralną organizacją naukową o charakterze międzynarodowym. Jego przedwojenna przyjaźń z Jeffersonem Davisem nie była dla nikogo tajemnicą, a dzisiejsze spotkanie zostało umówione bezpośrednio pomiędzy Henrym a władzami w Richmond. Gołębie pocztowe już od jakiegoś czasu latały w tę i z powrotem, przenosząc zaszyfrowane wiadomości.

Na scenie pojawił się oddział żołnierzy Unii.

Zdecydowanie należało się stąd ulotnić.

Mężczyzna wmieszał się w tłum i wolno zaczął się oddalać od płonącego gmachu. Rozpoznawał twarze niektórych gapiów i stwierdził, że Kongres musiał zrobić sobie przerwę w obradach – wśród ludzi stało wielu znanych polityków Północy z Partii Republikańskiej. Dziennik miał schowany w bezpiecznej kryjówce pod płaszczem, blisko piersi. Znów był sam i miał misję do wykonania.

Dokładnie tak jak lubił.

Zobaczył, że żołnierze rozproszyli się i zaczęli lustrować zebrany tłum, choć wydawałoby się, że powinni raczej pomóc w gaszeniu pożaru. Po chwili dostrzegł także kapitana, na którego natknął się w budynku; oficer odzyskał już przytomność i teraz kierował poszukiwaniami.

W pobliżu stało kilka powozów, a ich pasażerowie wpatrywali się w płonący budynek. Skoncentrował się na jednym, z którego wyglądała owalna twarz ładnej kobiety w średnim wieku, z brązowymi włosami do ramion. Na szyi miała złoty medalion, który ostro odbijał się na tle jej czarnego płaszcza, zapiętego pod samą szyję.

Zwrócił uwagę na kształt wisiorka.

Krzyż wpisany w okrąg.

Żołnierze byli coraz bliżej, ale on dalej spokojnym krokiem posuwał się w stronę powozu. Głowę trzymał nisko, gardło drapało go od wdychania mroźnego powietrza.

Gdy doszedł do celu, powiedział:

– „Wy wszyscy młodzi, którzy przechodzicie obok, kiedyś sam byłem taki jak wy”.

Kobieta w powozie uśmiechnęła się.

– Jaki z pana poeta.

– Może pani dopisze dalszy ciąg?

– „Z czasem musicie stać się tacy jak ja, dlatego szykujcie się, by podążyć za mną”.

Dokładnie na te słowa czekał. Tak brzmiało epitafium, które przeczytał kiedyś na starym nagrobku i z jakiegoś powodu wryło mu się w pamięć. Często mu się to zdarzało. Właściwie niczego nie zapominał. Najróżniejsze szczegóły zostawały mu na zawsze w głowie, a w ciągu ostatnich kilku lat ten talent wielokrotnie okazał się przydatny. Według pierwotnego planu miał spotkać tę atrakcyjną kobietę zaraz po wyjściu z Zamku, gdy będzie przejeżdżała 10. Ulicą dokładnie o godzinie 16.00.

– Proszę do mnie dołączyć – powiedziała.

Wsiadł do powozu i zamknął za sobą drzwiczki. Zajął miejsce naprzeciwko niej, odsuwając się jak najdalej od okna.

– Jeszcze chwila i by pana dopadli – szepnęła.

– To prawda.

Rzadko kiedy zdarzało mu się czuć strach, z reguły umiał zachować zimną krew nawet w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa. Ale zawsze gdy zagrożenie mijało, a on znalazł się w bezpiecznym miejscu, przychodził moment wyciszenia, kiedy pozwalał, by ogarnęło go poczucie ulgi.

Tak jak teraz.

Kobieta schowała wisiorek pod płaszcz, po czym kazała woźnicy jechać i konie ruszyły przed siebie. Według planu wysłannik prezydenta miał najpierw zakończyć sprawę z sekretarzem Henrym, a następnie dziś wieczorem połączyć siły z pasażerką powozu i przejść do drugiej części swojej misji. W Waszyngtonie rozpoczął się już sezon towarzyski, czas przyjęć, balów i uroczystych obiadów. Dzisiejszy raut w domu sekretarza marynarki wojennej Gideona Wellesa na pewno jak zwykle okaże się wielkim wydarzeniem, które przyciągnie wiele wpływowych osób. W stolicy Unii mieszkało niemal 75 tysięcy ludzi, z czego jedna trzecia sympatyzowała z Południem. Jego zadanie polegało na tym, by pojawić się na przyjęciu z pasażerką tego powozu u boku i mieć oczy i uszy otwarte. W końcu do tego przede wszystkim sprowadza się praca szpiega. Ale teraz to nie było już możliwe.

Sytuacja się zmieniła.

Cóż, przynajmniej miał klucz i dziennik.

Nie uznał za konieczne wspominać o konfrontacji z oficerem armii Unii. Pełen raport z przebiegu misji był przeznaczony wyłącznie dla uszu Jeffersona Davisa. Wiedział jednak, że jest winien swojej wybawicielce podziękowanie, więc uchylił kapelusza i uśmiechnął się.

– Angus Adams, do usług szanownej pani.

Odwzajemniła uśmiech.

– Marianna McLoughlin. Dla przyjaciół Mary.

– Miło mi cię poznać, Mary. Moi przyjaciele mówią na mnie Cotton.

DZISIAJ

ROZDZIAŁ 1

ZACHODNIE ARKANSAS

WTOREK, 25 MAJA

GODZ. 13:06

Cotton Malone ani na chwilę nie przestawał myśleć o skarbie.

Poszukiwania rozpoczęły się trzy godziny temu, kiedy opuścił pobliskie schronisko górskie i został przewieziony trzydzieści kilometrów dalej, na północne obrzeża lasu państwowego Ouachita, który obejmował ponad 700 tysięcy hektarów porośniętych starymi dębami, bukami, cedrami i wiązami. Dziś ta głusza przyciągała głównie miłośników przyrody, ale sto pięćdziesiąt lat temu cieszyła się dużą popularnością wśród zbiegłych kryminalistów, ponieważ górzysty, gęsto zalesiony teren oferował wiele potencjalnych kryjówek, zarówno dla zrabowanych łupów, jak i ludzi uciekających przed prawem.

Malone znalazł się tu na prośbę Narodowego Muzeum Historii Amerykańskiej. Z chęcią przyjął to zlecenie. Zazwyczaj do współpracy werbowała go jego dawna szefowa Stephanie Nelle, ale tym razem odezwał się do niego sam kanclerz Instytutu Smithsona, przewodniczący Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który wyjaśnił mu problem i przekazał dostateczną ilość informacji, żeby wzbudzić jego zainteresowanie. Do tego zaoferował mu bardzo szczodre honorarium w wysokości 25 tysięcy dolarów. Prawdę powiedziawszy, Malone zająłby się tym nawet za darmo, ponieważ miał wielką słabość do Instytutu Smithsona.

Poza tym kto nie chciałby znaleźć ukrytego skarbu?

Otaczający go las rozciągał się od nierównych płaskowyżów Krainy Ozark na północnym krańcu stanu do falistego pasma gór Ouachita na południu. Pomiędzy jednym a drugim końcem leżały doliny, szczyty, znajdowały się punkty widokowe, jaskinie oraz niezliczone rzeki i strumienie. Malone nigdy wcześniej nie odwiedził tego rajskiego miejsca, co stanowiło kolejny powód, dla którego przyjął zadanie.

Przybył wyposażony w zdobycze technologii dwudziestego pierwszego wieku, takie jak magnetometr i lokalizator GPS z wpisanymi koordynatami startowymi. Korzystając z pomocy tego urządzenia, posuwał się wolno pomiędzy drzewami, stopniowo zbliżając się do punktu, który satelita znajdujący się tysiące kilometrów nad ziemią powinien oznaczyć jako cel jego wędrówki.

Cała sprawa wydawała się naprawdę intrygująca.

Pracownik biblioteki Muzeum Historii Amerykańskiej, niejaki Martin Thomas, studiował zbiór starych map, notatek i dzienników zgromadzonych w przepastnych archiwach Instytutu Smithsona. Dostęp do dokumentów był zastrzeżony. Dotyczyły badań przeprowadzonych przez członków Instytutu w 1909 roku, w tym również wcześniejszej ekspedycji na tereny zachodniego Arkansas. Z wyprawy nie wynikło nic poza tym, że szef zespołu badawczego został zabity przez myśliwych, którzy omyłkowo wzięli go za jelenia. Oczywiście mógł to być zwykły wypadek, ale Cotton dobrze wiedział, że każdy lokalny szeryf przede wszystkim dba o interesy swoich wyborców – a trudno sobie wyobrazić lepszy przykład tak pojętej „lokalności” niż dzikie obszary Arkansas u progu dwudziestego wieku.

W takim miejscu łatwo zamieść to i owo pod dywan.

Na lokalizatorze nieustannie błyskały cyferki. Malone skorygował kierunek marszu i szedł dalej. Ostatnie trzy dni spędził w Waszyngtonie, zaznajamiając się z tymi samymi raportami, książkami, dokumentami i mapami, które wcześniej zwróciły uwagę Martina Thomasa. Wszystkie te materiały udostępniono mu za osobistą zgodą kanclerza. Bardzo dużo czytał na temat tego, co spodziewał się znaleźć tu, w Arkansas. Otrzymał także najświeższe notatki autorstwa samego Thomasa, w których bibliotekarz opisał konkretne drzewo stanowiące punkt orientacyjny, łącznie z dokładnymi współrzędnymi. Gospodarz schroniska również okazał się bardzo pomocny i opowiedział mu ogólnie o obszarze, na którym powinien znajdować się okazały buk.

Lokalizator zaczął pikać.

Udało się znaleźć miejsce zaznaczone krzyżykiem na mapie.

Drzewo miało co najmniej piętnaście metrów wysokości. Na jego pniu było wyciętych 65 rysunków. Wiedział to, ponieważ Thomas był tu miesiąc temu i osobiście je policzył. Zdarzyło się jednak wtedy coś dziwnego. Nad szlakiem ktoś zawiesił kukłę pozbawioną głowy i podziurawioną kulami. Zwisała z gałęzi jak ofiara linczu, dyndając ponad stosem zużytych łusek. Na wszystkich sąsiednich drzewach namalowano odwrócone krzyże. Wszystko to wysyłało jasny komunikat: Precz stąd.

Wiadomość odniosła pożądany skutek. Thomas wziął nogi za pas.

Tym razem jednak na miejsce przybył zawodowiec umiejący sobie radzić w trudnych sytuacjach.

Malone zbliżył się do drzewa i dostrzegł znaki na korze. Wolno przesunął palcami po rysunkach przedstawiających ptaka, dzwon i coś, co przypominało konia bez nóg. Botanik z Muzeum Historii Naturalnej powiedział mu, że cienka, gładka kora buku rośnie wolno, co zapobiega pękaniu. A zatem wszelkie nacięcia pozostałyby na niej widoczne nawet przez kilkadziesiąt lat. Wiele spośród rysunków porosło już mchem, niektóre zniekształcił naturalny przyrost kory. Ale większość była nadal czytelna. Malone wyciągnął z plecaka miękką, nylonową szczotkę i delikatnie usunął mech, odsłaniając kolejne litery i symbole. Miał ochotę dokładniej się im przyjrzeć i zastanowić nad ich interpretacją, ale w tym momencie nie to było najważniejsze. Przyjmując oznakowany buk za punkt startowy, zaczął się rozglądać za następnym drzewem.

Po chwili je zobaczył. Stało jakieś dziesięć metrów dalej.

Był to sporej wielkości dąb czerwony o konarach dawno temu uformowanych ręką człowieka, przypominających słupki bramki w futbolu amerykańskim. Malone zauważył biegnącą za drzewem ścieżkę i wycelował w tamtą stronę swój GPS. Musiał teraz poruszać się w linii prostej, kierując się na te słupki, tak aby we współrzędnych wyświetlanych przez lokalizator długość geograficzna pozostawała ta sama, a zmieniała się jedynie szerokość. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś drogę odnajdywano jedynie za pomocą nawigacji zliczeniowej.

Ruszył naprzód przez rzadkie podszycie, omijając grube drzewa. Przez dach z wiosennych liści gdzieniegdzie przebijały się promienie słońca, pokrywając ziemię jasnymi cętkami. Gorące, wilgotne powietrze, ciężkie jak mokry ręcznik, prześlizgiwało się po jego lepkiej skórze, przywodząc na myśl dziecięce lata spędzone w Georgii.

Niecałe dwadzieścia metrów od pierwszego drzewa znalazł stertę kamieni porośniętą grubą warstwą mchu. Wiedział, że właśnie tego miał wypatrywać. Schylił się, żeby oczyścić kamienie z zielonej warstwy i bliżej się im przyjrzeć. Na jednym z nich, leżącym niemal przy samej ziemi, widniała wyryta liczba 7. Była nieco zatarta, ale wciąż widoczna.

Podniósł kamień wielkości piłki softballowej i szybko przetarł go szczotką od spodu, odsłaniając dwie litery.

SE.

W tych lasach umieszczono wiele tego typu znaczników. Były tak oczywiste, że nikt nie zwróciłby na nie uwagi. Ten stos kamieni stanowił idealny przykład. Wydawały się zupełnie bez znaczenia, chyba że ktoś dokładnie wiedział, na co zwracać uwagę. Przyszło mu do głowy coś, co powiedział mu kiedyś dziadek.

„Po co ukrywać łupy, jeśli nie masz jak ich potem odszukać?”

Otóż to.

Zakładał, że „SE” oznacza południowy wschód. A cyfra 7? Kto to może wiedzieć? Może miał to być tylko fałszywy trop? Normalnie nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby odwrócić kamień. Ale na kogoś wtajemniczonego, kto przybyłby tu w poszukiwaniu tajnej kryjówki, ta siódemka zadziałałaby jak przykuwający uwagę billboard. Malone wiedział też, że dla sekretnego stowarzyszenia, które ponoć ukryło tu swoje skarby, liczba 7 miała symboliczne znaczenie. Mówiła: „Most zwodzony został opuszczony, droga stoi otworem”. Wszystko to stanowiło część ich tajemnego języka.

Włączył magnetometr, którego do tej pory nie używał, żeby oszczędzać baterię. Skręcił na południowy wschód, czyli z powrotem w kierunku pierwszego drzewa. Rozglądał się czujnie, ponieważ w notatkach z 1909 roku była mowa o jeszcze innych ukrytych znacznikach.

Cóż za sprytny system zabezpieczeń. Prawdziwy dowód ludzkiej pomysłowości.

Trzymał magnetometr tuż nad ziemią, a w drugim ręku niósł lokalizator. Szedł prosto na południowy zachód, machając w tę i z powrotem wykrywaczem metalu. Po niecałych dwudziestu metrach urządzenie zaczęło brzęczeć. Malone odłożył wszystko i wyciągnął z plecaka składaną łopatę. Uklęknął i zaczął ostrożnie odgarniać ziemię we wskazanym miejscu; miękka, wilgotna gleba odchodziła całymi grudami. Piętnaście centymetrów pod powierzchnią znalazł mocno zardzewiały lemiesz żelaznego pługa. Wiedział, że nie wolno mu go ruszać. Miał się tylko z niego czegoś dowiedzieć.

Odgarnął jeszcze trochę ziemi i sprawdził, w którym kierunku wskazywało ostrze.

Na południowy zachód.

Nie mógł się nadziwić, że ten przedmiot wciąż leży na swoim miejscu. Według notatek z 1909 roku znajdowało się tu więcej takich niespodzianek: końskie i ośle podkowy, kilofy, ostrza siekier, a także lemiesze, wszystkie zakopane 10–15 centymetrów pod ziemią. Wystarczająco głęboko, żeby pozostawać w ukryciu, ale nie dość, żeby nie mogła ich namierzyć igła kompasu. Wystarczy przesunąć kompas ponad zakopanym żelazem, a igła drgnie. Martin Thomas przetestował tę teorię, kiedy przyjechał tu przed miesiącem z nowym lemieszem. Metoda ta nie okazała się oczywiście nawet w połowie tak skuteczna jak magnetometr, ale zdecydowanie była zaczątkiem tego wynalazku. W tym równaniu nie został jedynie uwzględniony zgubny upływ czasu. Korozja metalu osłabiała jego właściwości magnetyczne, więc wydaje się raczej wątpliwe, czy dziś do odnalezienia znaczników wystarczyłby zwykły kompas. Dzięki Bogu za nowoczesną technologię.

W trzewiach czuł narastającą ekscytację.

Jego dziadkowi też by się to podobało.

Ale sytuacja była poważna. Dawno temu w tym samym miejscu zginął człowiek, a zupełnie niedawno ktoś próbował zastraszyć Martina Thomasa. Dlatego Cotton musiał zachować czujność.

Pozbierał cały sprzęt i ruszył na południowy zachód. Po kolejnych dwudziestu metrach znalazł następny zakopany znacznik, tym razem głowicę siekiery, która również wskazywała na południowy zachód. Ostrożnie stawiał kroki i powoli kopał w ziemi. Na tych terenach żyły grzechotniki i być może kilka z nich wyszło z kryjówek, żeby skorzystać z ciepłego popołudnia. To jeden z powodów, dla których Cotton w plecaku trzymał również kaburę ze swoją berettą.

Kiedy obrany kurs doprowadził go z powrotem do pierwszego drzewa, zdał sobie sprawę, że jego trasa nakreśliła wielki trójkąt. Teraz wiedział, gdzie powinien szukać swojego celu. W grę nie wchodziło już całe terytorium stanu Arkansas, lecz jedynie obszar leżący pomiędzy tymi trzema liniami.

Przeszedł na sam środek trójkąta.

Czarne, matowe szkła jego okularów łagodziły nieco jaskrawy blask słońca. Korony drzew rozbrzmiewały odgłosami ptaków, wiewiórek i owadów. Ta część Arkansas naprawdę wyglądała na istny klejnot ukryty niemal w samym środku kraju. Sto pięćdziesiąt lat temu była odcięta od świata i niewiele się od tego czasu zmieniło, z tą różnicą, że teraz Służba Parków Narodowych dbała o to, by wszystko pozostawało w nienaruszonym stanie. Malone nie wiedział na pewno, czy znajduje się teraz w granicach parku, ale nawet jeśli nie, to na pewno był bardzo blisko.

Choć w Arkansas nigdy nie wydobywano znaczących ilości złota, o tutejszych zasobach cennego kruszcu od dawna krążyły legendy. Nie chodziło jednak o złoto pochodzące ze strumienia czy skalnej żyły, tylko o takie, które zostało tu przywiezione z zewnątrz. Pierwotne hipotezy dotyczyły szesnastowiecznych Hiszpanów, którzy zostawili setki tajnych składów złota na całym środkowym zachodzie i zachodzie kraju. Poza tym w tych lasach często ukrywali się także zbiegli przestępcy. No i była jeszcze jedna grupa, z dziewiętnastego wieku, która chętnie korzystała z możliwości oferowanych przez te tereny.

Rycerze Złotego Kręgu.

Bezpośrednio przed sobą, niemal w samym środku trójkąta, Malone zobaczył duży klon z ledwo zauważalną długą pionową linią wrośniętą w korę.

Łatwo dałoby się ją przeoczyć.

Przejechał magnetometrem nad ziemią wokół drzewa, a urządzenie głośnym brzęczeniem oznajmiło, że coś znalazło. Malone klęknął i zaczął ostrożnie kopać. Piętnaście centymetrów – nic. Kopał dalej. Około trzydziestu centymetrów pod powierzchnią poczuł pod łopatą coś twardego. Przedmiot zakopany tak głęboko, że nigdy nie wykryłby go żaden kompas.

Wiedział, co to oznacza.

Tu właśnie czekała główna nagroda, dostępna jedynie dla tego, kto rozszyfruje pozostałe wskazówki i będzie wiedział, gdzie dokładnie kopać.

W dole bezsprzecznie znajdowała się własność Rycerzy Złotego Kręgu.

Malone odgarnął ziemię i jego oczom ukazał się szklany słój z metalową pokrywką, która dawno już przerdzewiała na wylot. Wydobył go na powierzchnię. Słój o pojemności mniej więcej dwóch litrów był wypełniony złotymi monetami, które mimo upływu czasu prawie nie straciły nic ze swego blasku. Próbował oszacować, ile może ich być w środku. Poinstruowano go, że zanim czegokolwiek dotknie, ma wszystko sfotografować, więc odstawił słój na ziemię, wyciągnął telefon i włączył aparat.

Miał właśnie pstryknąć kilka zdjęć, kiedy nagle usłyszał jakiś ruch.

Coś zbliżało się w jego stronę. I to całkiem szybko.

Wcisnął rękę do plecaka, złapał swoją berettę i obrócił się w miejscu. Przed oczami mignęła mu tylko zmierzająca ku niemu ciemna sylwetka i znajomy kontur karabinu.

A potem zapadła ciemność.

ROZDZIAŁ 2

WSCHODNIE TENNESSEE

GODZ. 16:50

Danny Daniels nie znosił pogrzebów i kiedy tylko mógł, unikał ich jak ognia. Będąc prezydentem Stanów Zjednoczonych, uczestniczył zaledwie w kilku, najczęściej zlecając ten smutny obowiązek innym. Teraz, jako były prezydent, nie miał już pod sobą ludzi, których mógłby wysłać w swoim imieniu. Ale to wszystko nieważne. Ten pogrzeb i tak stanowił dla niego wyjątek od reguły.

Znał zmarłego od czasów, gdy sam zasiadał jeszcze w radzie miasta Maryville, a Alex Sherwood służył w zgromadzeniu ustawodawczym stanu Tennessee. Z czasem obaj zaszli znacznie dalej – Daniels na fotel gubernatora, do Kongresu i wreszcie do Białego Domu, natomiast Sherwood został najpierw spikerem legislatury stanowej Tennessee, a potem senatorem. Dwaj chłopcy z prowincji, którym udało się osiągnąć w życiu sukces.

W trakcie swoich dwóch kadencji w Białym Domu Daniels zawsze mógł liczyć na Alexa. Wiedział, że jego staremu przyjacielowi również marzy się prezydentura. Ale nie było mu to pisane. Alex, który nie szczędził nikomu pochwał i przymykał oko na wady innych, był na to po prostu zbyt miły. Prezydent musi mieć wiele twarzy – nie tylko podejmować decyzje, ale także umieć przekonać wszystkich wokoło, że wie, co robi. Czasami trzeba w tym celu kogoś opieprzyć, a to umiejętność, której stary kumpel Danielsa nigdy nie opanował. Alex stosował inne metody: uprzejmość, życzliwość, rozsądek. Takie podejście w wielu sytuacjach zwyczajnie się nie sprawdzało.

Większość żałobników stała pod parasolami, kryjąc się przed deszczem padającym z szarego wiosennego nieba. Daniels zostawił parasol w domu. Włożył jedynie płaszcz przeciwdeszczowy, żeby nie zmoczyć garnituru. Kiedy cztery miesiące temu jego prezydentura dobiegła końca, postanowił wrócić w rodzinne strony, do hrabstwa Blount w stanie Tennessee.

Żeby rozpocząć nowe życie.

– Proszę, dołączcie do nas – powiedział pastor, zachęcając ludzi, żeby podeszli bliżej grobu.

W kościele na ogólnodostępnym nabożeństwie zjawiło się ponad pięćset osób. Ale tu, na stary cmentarz u stóp Appalachów została zaproszona niecała setka krewnych i najbliższych znajomych. Żadnych dziennikarzy. Senat Stanów Zjednoczonych reprezentował lider większości rządzącej i jego ośmiu współpracowników. Izba Reprezentantów także wysłała delegację, na której czele stał sam spiker. Obecnym przewodniczącym izby niższej Kongresu był zarozumiały, nadęty dupek z Karoliny Południowej, niejaki Lucius Vance. Daniels nigdy za nim nie przepadał. Należeli do różnych partii, pochodzili z różnych stanów, mieli diametralnie różne poglądy. Vance do mistrzostwa opanował jednak sztukę dogadzania innym, zjednywania sobie sojuszników oraz robienia tysiąca innych rzeczy, dzięki którym mógł utrzymać się na stanowisku. Był pełnokrwistym politykiem, przyzwyczajonym do tego, że jego praca co dwa lata zostaje poddana ocenie, i doskonale zdawał sobie sprawę, jak szybko przychylność opinii publicznej potrafi zmienić się we wrogość. Dziewięć lat temu ta wiedza w połączeniu z ponaddwudziestoletnim doświadczeniem w polityce w końcu pozwoliła mu zostać sześćdziesiątym drugim spikerem Izby Reprezentantów.

Dawniej Danny bacznie obserwował działania opozycji, znał każde posunięcie swoich przeciwników. Kiedy to było? No tak, jeszcze cztery miesiące temu. Ale sytuacja się zmieniła. Zresztą to przecież bez znaczenia. Byli prezydenci rzadko kiedy zaznaczali swoją obecność. Ich jedynym zadaniem było usunąć się w cień. Vance natomiast nadal szedł do przodu, mocno dzierżąc stery władzy. Przez osiem lat był solą w oku Danielsa, w pragmatyczny i precyzyjny sposób wykorzystując wszelkie możliwości, by zablokować wszystkie propozycje wychodzące z Białego Domu.

Najczęściej mu się to udawało.

Ale to już nie był problem Danny’ego.

Teraz będzie musiał się tym martwić prezydent Warner Scott Fox, który ma tę przewagę, że należy do tej samej partii co Vance. Chociaż niewykluczone, że niewiele mu to pomoże.

W Kongresie bratobójcze walki są na porządku dziennym.

Żałobnicy zgromadzili się wokół dużego namiotu ustawionego nad grobem. Wdowa po Alexie, Diane, siedziała na krześle ze złączonymi dłońmi. Związek państwa Sherwoodów przetrwał naprawdę długo, w przeciwieństwie do małżeństwa Danielsa, które się rozpadło. Danny i Pauline podpisali już papiery rozwodowe. Ustalili, że złożą je pierwszego lipca i tego dnia oficjalnie się ze sobą rozstaną. Do tego czasu ludzie powinni dawno już zapomnieć o poprzednim prezydencie i jego pierwszej damie.

Zabawne, jak bardzo zmieniło się jego życie.

Jeszcze całkiem niedawno był najważniejszym człowiekiem na świecie. Tysiące ludzi pracowały non stop, żeby spełnić jego oczekiwania. Dowodził najpotężniejszą armią na tej planecie. Jego decyzje dotykały setek milionów ludzi. A teraz ponownie stał się zwykłym obywatelem. Oczywiście nie tak dawno temu Alex Sherwood wciąż żył, więc Danny wiedział, że nie powinien się skarżyć. Pauline wydawała się szczęśliwa w swoim nowym życiu i nowym związku. A on był szczęśliwy ze Stephanie Nelle. Może niektórzy uznaliby, że dziwnie się to wszystko ułożyło. Danny powiedziałby po prostu, że tak to już jest w życiu. Spełnił obowiązek, służąc swojemu krajowi. Tak samo Pauline. Teraz przyszedł czas, żeby każde z nich zaczęło myśleć o sobie.

Z rękami w kieszeniach płaszcza przeszedł przez mokrą trawę. Pod podeszwami chrzęściły mu drobne kamyki. Zatrzymał się, gdy tylko znalazł się pod namiotem, gdzie mimo deszczu bębniącego o płótno dało się dosłyszeć głos pastora. Był tam gubernator, kolejny ze starych przyjaciół, razem z delegacją stanowego zgromadzenia ustawodawczego. Diane widocznie nie zapomniała o wymogach protokołu, bo nie pominęła żadnej z najważniejszych osobistości.

Pastor wygłosił improwizowaną przemowę na temat śmierci i zmartwychwstania. Potem zaczął mówić o samym Alexie, którego znał osobiście. Był to jeden z powodów awersji Danny’ego do pogrzebów. Duchowni nader często coś udawali. Ten tutaj mówił jednak prosto z serca. Danny poczuł się nagle bardzo stary, choć wiedział, że nie powinien się tak czuć. Wkrótce miał skończyć sześćdziesiąt pięć lat i będzie mu się należała emerytura, której nie przyjmie, tak samo jak zrezygnował z ochrony Secret Service, którą zapewniano wszystkim byłym prezydentom. Ostatnie, czego mu było trzeba, to zastęp nianiek chodzących za nim krok w krok. Chciał móc wreszcie pod każdym względem cieszyć się wolnością.

Niewielki oddział tajniaków towarzyszył na ceremonii pogrzebowej spikerowi Izby Reprezentantów. Vance stał przed namiotem z parasolem w ręku. Miał gęstą czuprynę czarnych włosów i oczy koloru miedzianych monet, a z jego przystojnej twarzy biła pewność siebie. Nawet w drodze castingu nie dałoby się znaleźć lepszego kandydata na przewodniczącego Izby. Dzieliło ich piętnaście lat, ale Danny miał wrażenie, że różnica wynosi raczej sto pięćdziesiąt. Władza potrafi zarówno dodać człowiekowi skrzydeł, jak i kompletnie pozbawić go sił, zwłaszcza taka, która wiąże się z dwiema kadencjami w Białym Domu.

Daniels zwrócił uwagę na beznamiętne spojrzenie Vance’a, kojarzące się z nieruchomym manekinem. Był to wyraz twarzy człowieka, który nie chce zdradzić swoich myśli. W pewnym momencie obecny spiker Izby Reprezentantów pozdrowił byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych lekkim skinieniem głowy. Danny był pod wrażeniem. Przez całe ostatnie osiem lat nie doświadczył ze strony Vance’a tyle kurtuazji. Łatwo jednak okazywać uprzejmość komuś, kto nie może ci już w żaden sposób zaszkodzić.

Daniels poczuł się przez to jeszcze starszy.

Powinien założyć grupę wsparcia dla Ludzi, Którzy Przestali Być Ważni. Osoby takie jak on mogłyby pomagać sobie wzajemnie wyjść z uzależnienia od władzy. Niektórzy z ulgą opuszczali publiczne stanowiska. Inni kierowali swoją energię na działalność filantropijną albo po prostu robili karierę w biznesie i zaczynali zbijać fortunę. I wreszcie byli też tacy jak on, którzy właściwie nie umieli robić nic innego. Dla Danny’ego określenie „polityk” nie brzmiało jak obelga. Oznaczało po prostu kogoś, kto potrafi osiągać kompromis. Bo tak właśnie działa ta branża. Fundamentem polityki nie jest wizja, lecz konsensus. Nikt – ani on, ani Lucius Vance, ani Warner Fox – nie stawia na swoim przez cały czas. Sztuka polega na tym, aby przy każdej możliwej okazji ugrać jak najwięcej. „Jeśli nie jesteś w stanie zdobyć wszystkiego, co chcesz, bierz tyle, ile możesz” – tak zawsze brzmiało jego motto. I dzięki temu jego legislacyjne sukcesy jako prezydenta, pomimo nieustających wysiłków ludzi pokroju Luciusa Vance’a, były całkiem znaczące.

Pastor skończył, a żałobnicy zaczęli jeden za drugim przechodzić wolno obok trumny, żeby oddać hołd zmarłemu. Większość miała spuszczony wzrok, niektórzy pozwalali sobie na ostatni, delikatny dotyk. Daniels obserwował Vance’a, który łagodnie uścisnął rękę Diane i zamienił z nią kilka słów.

Odczekał jeszcze chwilę i sam dołączył do kolejki. Przywitało się z nim kilku starych znajomych.

Hrabstwo Blount powstało w 1795 roku. Jego nazwa pochodziła od nazwiska ówczesnego gubernatora, a nazwa miasta Maryville, siedziby lokalnych władz, od imienia jego żony. To się nazywa próżność. Wcześniej ta ziemia należała do plemienia Czirokezów, ale zagarnęli ją farmerzy, którzy wyemigrowali na zachód z Wirginii i Karoliny Północnej. Wśród tych pierwszych osadników znaleźli się także przodkowie Danielsa. Obszar całego hrabstwa porastała bujna roślinność. Pokryte lasami wzgórza falowały na horyzoncie niczym ocean. Pasmo Błękitne nadawało charakter tej krainie, a w wielu parkach narodowych już dawno zrezygnowano z wycinki drzew. W hrabstwie mieściło się aż dwieście kościołów, co musiało stanowić swego rodzaju rekord. Najsłynniejszym mieszkańcem był pewnie on sam, a tuż za nim plasował się Alex Sherwood. Ale tu, wśród przyjaciół, nie czuł się prezydentem ani eksprezydentem. Nikt też nie używał tu jego pełnego nazwiska: Robert Edward Daniels junior. Dla wszystkich był po prostu Dannym, facetem, który swego czasu zasiadał w radzie miasta Maryville.

Lubił to uczucie.

Kiedy przyszła jego kolej, zbliżył się do Diane. Miała na sobie stylową czarną suknię i koronkową woalkę, a w ręku ściskała zgniecioną chusteczkę. Pochylił się nad jej krzesłem i złożył jej wyrazy współczucia.

– Dzięki, że przyszedłeś – powiedziała.

Tak naprawdę nigdy nie darzył jej wielką sympatią. Ona też go nie lubiła. Wiedział, że powinien wziąć ją za ręce czy coś takiego, ale tego typu gesty nie były w jego stylu. Dlatego powiedział po prostu:

– Będzie mi go brakowało.

– Wpadnij później do nas do domu.

Nie wybierał się na żadną stypę. Miał nadzieję, że uda mu się uniknąć zarówno dłuższego przebywania z Diane, jak i bezsensownej gadki szmatki, która stanowi nieodłączny element każdego pogrzebu we wschodnim Tennessee. Nie chciał jednak robić scen, więc odparł tylko:

– Postaram się.

Ale ani myślał dotrzymać słowa.

Opuścił namiot i ruszył z powrotem w stronę swojego samochodu. Z tym cmentarzem wiązało się wiele wspomnień. Leżeli tu jego rodzice, dziadkowie i wujkowie.

Był też jeszcze jeden grób. Jego córki.

Zginęła w pożarze kilkadziesiąt lat temu. Tamtej nocy Danny bezpowrotnie stracił też część siebie. Tak samo jak Pauline. Mary była ich jedynym dzieckiem. Później nie zdecydowali się już na kolejne. Nie było dnia, żeby o niej nie myślał, choć minęły lata, odkąd ostatni raz odwiedził jej grób. Fakt, że nigdy do końca nie pogodził się z tragiczną śmiercią córki, walnie przyczynił się do rozpadu jego małżeństwa.

Oddalił się od tłumu i zaczął lawirować pomiędzy rzędami pomników i nagrobków. Zroszony deszczem cmentarz był cichy i pogrążony w półmroku. Odnalazł grób swojej córki pod starym dębem, od południowej strony zadrzewionego pagórka. Miejsce było zadbane, a trawa ładnie przystrzyżona. Na kamiennej płycie leżącej na równi z ziemią widniało pełne nazwisko, data urodzin, data śmierci oraz słowa „ukochana córka”. Danny stanął nad grobem z rękami w kieszeniach i mokrymi od deszczu włosami i po raz kolejny poprosił, by mu wybaczyła.

Minęło już tak wiele lat.

A jednak ból nadal był tak świeży, jakby to się wydarzyło wczoraj.

W żołądku poczuł znajomą pustkę. Przymknął oczy, żeby się nie rozpłakać. Całe życie starał się robić wrażenie człowieka silnego i twardego. Nigdy nie pozwalał, by cokolwiek wyprowadziło go z równowagi.

Z wyjątkiem tego.

– Muszę z panem porozmawiać – usłyszał za sobą kobiecy głos.

Nie zdawał sobie sprawy, że ktoś jest w pobliżu, ale szybko opanował zaskoczenie. Kiedy się odwrócił, ujrzał kobietę, mniej więcej sześćdziesięcioletnią, z gęstymi splątanymi włosami i dużymi brązowymi oczami.

– Kim pani jest? – zapytał.

– Przyjaciółką Alexa.

– Dzisiaj jest tu wielu jego przyjaciół.

– Panie prezydencie…

Przerwał jej, unosząc rękę.

– Mam na imię Danny.

Zdobyła się na blady uśmiech.

– Wiem. Jest coś, o czym powinien pan wiedzieć.

Czekał cierpliwie.

– Alex został zamordowany.

Długie lata w polityce nauczyły go, jak cenna jest pokerowa twarz, szczególnie gdy rozmówca próbuje wywołać u nas określoną reakcję. Dlatego nawet nie drgnął, pozwalając, by deszcz zmył wilgoć, która przed chwilą zaczęła się zbierać w jego oczach.

– Nie odpowiedziała pani na moje pytanie – powiedział. – Kim pani jest?

– Musimy porozmawiać na osobności.

Nadal nie poznał odpowiedzi.

– Dlaczego uważa pani, że Alex został zamordowany?

– To jedyne sensowne wytłumaczenie tego, co się stało.

ROZDZIAŁ 3

ARKANSAS

Cotton rozejrzał się po swoim więzieniu. Musiał przyznać, że w takim miejscu jeszcze nikt go nie zamknął. Znajdował się na dnie żelaznego cylindra, szerokiego na jakieś dwa i pół metra i wysokiego na co najmniej sześć metrów, który dawno temu służył prawdopodobnie jako piec do spalania odpadów. Obejrzał dokładnie każdy centymetr zardzewiałego metalu, ale nie znalazł żadnego słabego punktu. Jedynym wyjściem z pułapki była zamknięta klapa, otwierana na zewnątrz, ale choć Malone napierał z całych sił, ani drgnęła. Ciężkie, lepkie powietrze cuchnęło rdzą i sadzą. Cotton ocknął się w środku, wcześniej pewnie kilka godzin leżał nieprzytomny. Na czole, tuż pod linią włosów, wykwitł mu guz wielkości półdolarówki.

Ktoś nieźle go załatwił.

W metalowej puszce nagrzanej przez popołudniowe słońce było gorąco jak w piekle. Komary dostawały się do środka przez otwory u szczytu, rzucające kraciaste cienie na brunatne ściany. Od ugryzień swędziała go skóra na całym ciele. Siedząc w zamknięciu, zastanawiał się, jak to się stało, że po raz kolejny porzucił swoją księgarnię w Kopenhadze. Ostatnio coraz więcej czasu spędzał z dala od swojego sklepu. Na szczęście jego pracownicy umieli o wszystko zadbać pod jego nieobecność.

Przynajmniej tym razem w grę wchodził zakopany pod ziemią skarb.

Nie miał przy sobie ani złotych monet, ani plecaka, telefonu, okularów słonecznych czy narzędzi. To oczywiście żadna niespodzianka. Ten, kto go znokautował, pewnie z przyjemnością przywłaszczył sobie jego rzeczy. Zazwyczaj nie czuł się dobrze w ciasnych miejscach, ale tu przynajmniej widział nad sobą kawałek niebieskiego nieba i mógł się swobodnie poruszać, więc sytuacja nie wyglądała jeszcze całkiem tragicznie. Nadal znajdował się w otwartej przestrzeni – tylko nieco ograniczonej.

W koniuszkach palców czuł palące ciepło, zaczynało mu też dokuczać pragnienie. Nad jego głową przeleciała mucha, przecinając skośne pasma światła na wewnętrznej ścianie cylindra. Już niedługo to więzienie zmieni się w piekarnik, a żar stanie się nie do wytrzymania – i zapewne właśnie taki był plan. Ten, kto go tu zamknął, zamierzał po prostu tak go zostawić. Może krzyczeć ile sił w płucach, a i tak nikt go nie usłyszy, bo w promieniu wielu kilometrów nie ma żywej duszy. Odsunął od siebie tę uroczą myśl i ręką przepędził muchę, która nie chciała mu dać spokoju. W skroniach pulsował mu ból i miał zawroty głowy. W lewym ramieniu coś strzyknęło, a wszystkie kości zesztywniały.

Naprawdę robił się już za stary na takie rzeczy.

Kiedy na zewnątrz rozległ się nagle głośny brzęk, Malone aż podskoczył z wrażenia, tak bardzo przyzwyczaił się już do grobowej ciszy. Czekał na moment, gdy metal zgrzytnie o metal i właz się otworzy.

Ale nic takiego nie nastąpiło.

Coś natomiast uderzyło w kratkę u wylotu pieca.

Malone spojrzał w górę i ujrzał grubą linę, która przeszła przez otwór pomiędzy prętami i zniżała się ku niemu. Do jej końca był przywiązany kamień, wystarczająco ciężki, żeby pociągnąć luźno zwisający sznur w dół.

Kamień uderzył w podłogę jakiś metr od niego. Pomiędzy nim a liną tkwiła kartka z odręcznym napisem.

„Tęskniłeś?”

Malone pokręcił głową i uśmiechnął się. Wyplątał kamień i szarpnął za sznur. Był mocno napięty. Tylko korzystać.

Wiedział, co trzeba zrobić. Zapierając się nogą o żelazną ścianę, zaczął podciągać się na linie. Przedramiona i barki bolały niemiłosiernie, ale dał radę wspiąć się na samą górę. Tam złapał za jedną z zardzewiałych żelaznych belek, licząc na to, że jest dostatecznie solidna, by utrzymać jego ciężar. Zamachnął się i kopnął w kratę zasłaniającą otwór wylotowy. Jeszcze gdy siedział na dnie, zauważył, że niektóre listwy są mocno skorodowane i ledwo trzymają się w ramach. Ta, którą wziął na cel, skrzypnęła żałośnie, ale zaraz odskoczyła.

Malone wygrzebał się przez szczelinę i chwycił za kolejną starą belkę. Wcześniej rzucił okiem od jednego końca do drugiego i upewnił się, że jest stabilna. Na szczycie zobaczył też kilkumetrowy komin, stanowiący przedłużenie konstrukcji pieca. Wstał i zaczął ostrożnie kroczyć po rozgrzanym metalu, balansując rękami jak akrobata, aż znalazł się nad krawędzią, za którą znikała lina.

Poniżej, w gęstych zaroślach, stała Cassiopeia Vitt. Piec z wszystkich stron otaczały drzewa.

– Nie mogłaś po prostu otworzyć drzwiczek? – zapytał.

– Są zamknięte na kłódkę.

– Więc czemu jej nie otworzyłaś?

Wiedział, że Cassiopeia zawsze nosi przy sobie zestaw wytrychów.

– To kłódka z zamkiem szyfrowym. Dlatego musiałam znaleźć linę, a to nie było takie łatwe.

– Mogłaś zawołać i powiedzieć mi, co robisz.

Posłała mu uśmiech.

– A jaka w tym zabawa>?

Rozdzielili się dziś rano. Cassiopeia wyrzuciła go w środku lasu, a sama pojechała dalej, żeby spotkać się ze strażnikami leśnymi i uzyskać od nich więcej informacji. Odnalezienie go nie nastręczyło jej większych trudności, ponieważ na ręku miał zegarek z wbudowanym nadajnikiem GPS, który został mu z czasów służby w jednostce Magellan Billet, a jej smartfon był w stanie namierzyć sygnał.

– Zakładam, że kryje się za tym dobra historia – powiedziała.

– Uśmiejesz się do łez.

Od ziemi dzieliło go ponad sześć metrów, więc wybrał resztę liny z wnętrza pieca i przywiązał ją do jednej z belek. Znajdował się na tyle wysoko, że z góry widział ten sam blady szczyt, który zlokalizował wcześniej za pomocą współrzędnych GPS i od którego rozpoczął swoje poszukiwania.

Nadal był całkiem blisko tamtego miejsca.

W tym momencie rozległ się huk wystrzału i jakieś dwa metry od niego od żelaza odbiła się kula.

Malone rzucił się płasko na belkę, chowając się za nadbudowanym kominem. Pot spływał mu po czole i szczypał w oczy. Zamrugał, żeby odzyskać ostrość widzenia, i dostrzegł pomiędzy drzewami człowieka ze strzelbą oddalonego mniej więcej o pięćdziesiąt metrów. Strzelec zaczaił się na innym wzniesieniu, skryty za wielkimi głazami, i właśnie się przemieszczał, być może szukając lepszej pozycji do oddania strzału.

– Kochanie – z dołu dobiegł protekcjonalny ton Cassiopei. – Wyciągnij tę linę.

Zrobił tak, jak mówiła. Do drugiego końca sznura był przywiązany pistolet kalibru dziewięć milimetrów. Niewiele myśląc, odwiązał broń i od razu wycelował w kryjówkę strzelca, czekając, aż ten wychyli się zza swojej osłony.

Dwa razy pociągnął za spust.

Kule odbiły się od skał jak kamienie.

Napastnik zszedł z linii strzału i schował się za skupiskiem głazów. Malone miał dzięki temu czas, żeby wcisnąć pistolet za pasek, z powrotem przerzucić linę przez krawędź pieca i ześlizgnąć się na dół, gdzie żelazna konstrukcja oraz liczne drzewa zapewniały dostateczną osłonę.

– Wyglądasz okropnie – stwierdziła Cassiopeia, gdy tylko znalazł się na ziemi.

Był mokry, nieogolony i nie najlepiej pachniał. Całe ubranie, a także ręce miał czerwone od rdzy. Cassiopeia tymczasem wyglądała świetnie. Poruszała się ze swobodą i gracją osoby, która dobrze się czuje w obcisłych jeansach. Zwykle jej kruczoczarne włosy luźno opadały na ramiona, ale dziś upięła je w wygodny kok. Jej kawowa skóra, odziedziczona po hiszpańskich przodkach, była przyzwyczajona do gorąca, a szczera twarz o pięknych rysach czyniła z niej kobietę, która przyciągała wzrok, gdziekolwiek się znalazła.

Malone uspokoił oddech. Próbował odzyskać trzeźwość umysłu, zmąconego przez nagły przypływ adrenaliny.

– Bardzo boli? – zapytała, spoglądając na jego czoło.

Pokręcił głową z udawanym wigorem. W myślach analizował sytuację i ustalał plan działania. Przede wszystkim musiał się dowiedzieć, kto go zaatakował, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że odpowiedź na to pytanie znajduje się na skalistym wzniesieniu ponad nimi.

– Ty idź dalej i spróbuj odwrócić uwagę strzelca – polecił. – W tak gęstych zaroślach nie da rady do ciebie strzelić. Postaraj się narobić przy tym trochę hałasu. Ja pobiegnę naokoło i zajdę go od tyłu.

– Ludzie z Instytutu Smithsona chyba nie mają pojęcia, co tu się dzieje.

– To mało powiedziane – przyznał. – O mały włos nie zabrałem ze sobą Gary’ego.

Jego siedemnastoletni syn koniecznie chciał mu towarzyszyć w tej wyprawie i Malone już prawie ustąpił, ale na szczęście został w porę ostrzeżony przez Martina Thomasa, który opowiedział, co przydarzyło mu się podczas poprzedniej wizyty w tym miejscu. Do tego dochodziła szkoła. Gary mieszkał ze swoją matką w Atlancie i do końca roku szkolnego zostały mu jeszcze dwa tygodnie.

Malone’owi wciąż lekko kręciło się w głowie, a każdy oddech ranił gardło, jakby łykał kawałki szkła.

– Masz wodę?

Cassiopeia wyciągnęła z plecaka plastikową butelkę. Odkręcił ją i wziął spory łyk letniego płynu, nie zważając na metaliczny posmak. Ktoś musiał go obserwować w lesie, ktoś, kto dokładnie wiedział, gdzie się zaczaić, i potrafił niepostrzeżenie się do niego zbliżyć. Następnie przyniesiono go tutaj i wrzucono do tej żelaznej puszki.

Ktoś zadał sobie sporo trudu. Ale po co?

Czas się tego dowiedzieć.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginiony rozkaz Zagadka aleksandryjska Wariacka intryga Trzecia tajemnica Przepowiednia dla Romanowów Bursztynowa komnata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni