Jadwiga z Andegawenów Jagiełłowa.

Jadwiga z Andegawenów Jagiełłowa.

Autorzy: Janina Lesiak

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 15.00 zł

Wydawałoby się, że o Jadwidze Andegaweńskiej wszystko wiadomo... Król-królowa, zmarła młodo, uznana za świętą, jej marmurowy sarkofag zna każdy, choćby z ilustracji albo fotografii. Ale ciekawe, jak ją widzieli najbliżsi: matka, siostra, poślubiony w dzieciństwie Wilhelm Habsburg, litewski mąż Władysław Jagiełło, a nawet postulator procesu kanonizacyjnego Stanisław ze Skarbimierza. W tej książce Jadwiga pojawia się tylko w ich opowieściach i wspomnieniach. Każdy ją widzi inaczej... A jaka była naprawdę? Na to pytanie może odpowie sobie czytelnik, bo prawda o Jadwidze, tak jak prawda o każdym z nas jest wielobarwna, złożona, tajemnicza i własna. Możemy tylko próbować się do niej zbliżyć. Mamy nadzieję, że ta książka będzie taką skromną ścieżką do Jadwigi z Andegawenów Jagiełłowej.

Monice i Michałowi Kidawom

– wdzięczna autorka

Część pierwsza:

matka i siostra

Styczniowe słońce wspina się na wysoką wieżę zamku Nowy Gorod oświetlając niezwykłe, zegarowe wahadło w kształcie kobiecego ciała.

To wahadło jest foremne, szczupłe, ubrane w szafirową suknię z obcisłym stanikiem i czarnymi koronkami przy rękawach i dekolcie. Unoszona wiatrem szeroka spódnica nadyma się i fruwa jak obłok, zmieniając kształt z okrągłego na podłużny, z wąskiego na szeroki i z długiego na krótki. Górą płyną ciemne włosy przypominające gęstą pajęczynę wymiecioną ze wszystkich zakamarków i szczelin murów, okien, krużganków, kolumn i wykuszów. Niektórzy mówią, że kiedy patrzy się z dołu, te długie, luźne pasma wyglądają jak stado spłoszonych ptaków…

Spod niebieskiego jedwabiu wystaje noga z bosą stopą. Druga, w białej pończosze, jest obuta w złotawy pantofel ze szpiczastym nosem. Bezwładne, szeroko rozłożone ręce trzepoczą w powietrzu, ale głowa podtrzymywana grubym sznurem trzyma się prosto… Twarzy nie widać, a raczej widać tylko kredowo niebieskawą maskę tak spuchniętą, że przypomina mocno stężałą galaretę bez ust, nosa i oczu. Nikt by w niej nie rozpoznał prześlicznej, czarującej, słynącej z wdzięku i elegancji Elżbiety Bośniaczki, żony króla Ludwika Węgierskiego, córki Stefana II Kotromanicia i Elżbiety kujawskiej, matki dwóch żyjących córek: Marii – królowej Węgier i Jadwigi – królowej Polski.

Promienie słoneczne drżą jak nici wyciągane ze złotego wrzeciona. Owijają się wokół ramion, bioder i ud wisielczyni, więc po paru minutach Elżbieta wygląda jak ogromna mucha w biało żółtym kokonie… Przez dwa dni i dwie noce wiatr bora lecący z lądu nad Adriatyk będzie nią tak szarpał i tłukł o mury, aż nawet niechętni jej żołnierze i służba zaczną ukradkiem powtarzać: dosyć, wystarczy. Czas na pochówek!

W styczniowym zimnie ciało nie rozkłada się szybko; można nawet powiedzieć, że prostuje się i sztywnieje nabierając dziwnego dostojeństwa. Śmierć dodaje mu majestatu, którego nie miało za życia, więc Elżbieta Bośniaczka nareszcie wygląda godnie. Ponieważ zawsze tego chciała, w ostateczności – kto wie, może byłaby zadowolona…

Dopiero za jakiś czas, przerażonej i nieprzytomnej z rozpaczy szesnastoletniej Marii pozwolą pożegnać matkę. Będzie się bała płakać. Powiedzą, że miała szczęście. Mogła skończyć tak samo, więc niech gryzie do krwi blade wargi, zaciska pięści, niech się trzęsie jak w wielkiej gorączce, ale ma siedzieć cicho. W końcu jej się udało!…

Delikatna, chorowita dziewczyna z oczami podbitymi szarym sińcem, do końca swego życia nie odżałuje, że ubłagała Elżbietę, by pozwoliła sobie zapleść gruby, dwułokciowy warkocz. Chciała ją czymś zająć, zatrzymać w oszalałym bieganiu po komnacie, uspokoić i pocieszyć. Przypomniała sobie, że matka cichnie i łagodnieje, kiedy służebne czeszą jej ciemne loki, więc poprosiła:

– Wasza Królewska Mość pozwoli upiąć sobie włosy? Będzie wygodniej… Proszę…

Bez grzebienia, samymi palcami przygładziła nastroszoną grzywę, a potem podzieliwszy ją na trzy pasma zaplotła równy kłos sięgający końca pośladków. Zdziwiła się, bo w ciemnych włosach Elżbiety pierwszy raz dostrzegła srebrne nitki. Musiały pojawić się dzień albo tydzień temu, a ona je po prostu przeoczyła, a może były już wcześniej, tylko ukryte w misternej fryzurze pod czepkiem lub złotą siatką?

Do teraz czuje te matczyne włosy, miękkie, jedwabne, pachnące piżmem i konwaliami; wystarczy, że podniesie dłoń do nosa, a podpływa do niej wonna, słodka chmura, którą pamięta od najwcześniejszych lat. Jej piękna matka, królowa Elżbieta Bośniaczka zawsze szła otoczona takim obłokiem… ciągnął się za nią niczym welon. Królowa Maria Węgierska nigdy tego nie zapomni!

Maria jest szczuplejsza i wyższa od matki. Nie dorównuje jej urodą, no, ale Elżbietę uważano za najpiękniejszą kobietę Europy, więc która mogłaby się z nią mierzyć? Może tylko siostra Jadwiga?… Dawno się nie widziały, ale posłowie wysyłani na polski dwór donosili, że wyrosła z niej prawdziwa piękność! Już śpiewają o niej pieśni, a co będzie kiedy otrzyma wreszcie łaskę macierzyństwa? Żadna jej nie doścignie!

Maria nieustannie porusza dłońmi przebierając powietrze. Nie chce tak robić, ale kiedy próbuje opanować trzepotanie palców, one natychmiast skaczą dobierając niewidzialne pasma z prawa do lewa, a potem na odwrót, jakby znowu plotły mocny warkocz, gruby jak jej dwa złączone nadgarstki.

Tym warkoczem udusili królową.

Najpierw zadzierzgnęli go w pętlę na szczupłej szyi Elżbiety, potem zacisnęli węzeł, pociągnęli, aż zaczęła charczeć i czołgać się u nóg Janosa Horwata błagając, by oszczędzili jej dziecko. Patrzyli jak się trzepie próbując łapać powietrze, jak drapie posadzkę zakrzywionymi palcami. Wreszcie, jak wiotczeje i opada, a spod jej niebieskiej spódnicy wypływa żółtobrązowa stróżka, rozlewając się po drewnianych kaflach ułożonych w podwójną drabinę.

Musiało cuchnąć, bo jeden z oprawców pluł i prawie zwymiotował, kiedy wywlekając martwe ciało rozmazali mocz i kał. Klął i zatykał sobie gębę pięścią w czerwonej rękawicy, jednak nie wytrzymał i chlusnął smrodliwą rzygowiną tuż obok sukni królowej.

Maria nic nie czuła, chociaż wszystko dookoła pływało w moczu, gównie i wymiocinach. Ona, która była znana z wyjątkowo wrażliwego nosa, nagle straciła zmysł powonienia. To musiała być łaska wymodlona przez konającą matkę. Jest tego pewna!

Teraz już wszystko wyschło i tylko ciemna plama przypomina, co się stało. Maria mogłaby właściwie na nią nie patrzeć, ale ponieważ ciągnie się przez całą podłogę nie pomoże odwracanie oczu, bo zaciek i tak skacze jak wielki, bury kot i wbija pazury w przymknięte powieki.

W komnacie jest cicho i zimno. Minęło wiele godzin, ale dla młodej, węgierskiej królowej czas się zatrzymał. Nie ma dnia i nocy, wieczora i poranka, jest tylko lodowata szarość, która ją owinęła mokrą płachtą. Gdyby ta płachta trochę przeschła, Maria mogłaby przestać się trząść, ale siedzieć nieruchomo pod taką wilgotną szmatą i nie dygotać? Niemożliwe!

Nie chodzi o to, że się boi. Swój największy strach przeżyła kilka lat wcześniej, kiedy na jej jedenastoletnią głowę założono koronę świętego Stefana! Będę rządziła za ciebie – usłyszała głos matki szeleszczący spod czarnego kwefu.

– Twój ojciec zostawił tobie i Jadwidze dwie korony, ale ja inaczej nimi rozporządzę… Teraz jest mój czas!

Oczy Elżbiety płonęły zimnym, diamentowym ogniem, blade policzki były gładkie jak u młodej dziewczyny, pełne, czerwone usta mimo żałoby układały się do uśmiechu… nic dziwnego, że potężny, piękny i silny palatyn, Mikołaj Garai, tracił przytomność, kiedy na niego spojrzała unosząc brwi w pytającym: jesteś ze mną, czy przeciwko mnie?

„Ten Garai był dla niej jak słoneczna droga! Pasowali do siebie – myśli Maria. – Nigdy nie widziałam, żeby ktoś patrzył na kobietę jak on na moją matkę… w jego oczach nie było nic poza nią, ani skrawka świata, ani żadnej innej… Wiedziała, jak z tego korzystać. Nie kochała go, to pewne, ale potrzebowała sojusznika, który podzieli jej niechęć do Niemców, poprze najbardziej szalone plany i uspokoi wewnętrzną, skłóconą opozycję. Elżbieta była próżna i ambitna, więc cieszyło ją, że Garai był wcześniej człowiekiem Elżbiety Łokietkówny, której młoda królowa zazdrościła rozumu, szacunku poddanych, a już najbardziej pięciu synów, z których czterech wprawdzie szybko zmarło, za to Ludwik tak kochał matkę, że gotów był wypowiedzieć wojnę cesarzowi Karolowi IV, kiedy ten, podczas zjazdu w Pradze pijany i wściekły obraził królową! Na szczęście mądry Władysław Opolczyk zapobiegł nieszczęściu i pogodził zwaśnione strony!

Ta miłość ją drażniła, bo należała do kobiet, które największe zwycięstwo widzą w pokonaniu świekry, swej nieprzejednanej rywalki. Nikt lepiej nie wyszpera tajemnicy, nie wyszpieguje i wymaca najmniejszych potknięć, wytknie niedoskonałości, niespodzianie skoczy do gardła… Więc trzeba wyprzedzić atak, uderzając celniej i bezwzględniej niż tamta. I trzeba zwyciężyć!

– Najkrwawsze i najokrutniejsze wojny, jakie zna świat, toczone są w rodzinach i to w imię miłości – powtarzała Marii matka. – A serca kobiet bywają twardsze od kamieni!

Elżbieta Bośniaczka nie lubi teściowej. Wie, jaka potrafi być bezwzględna dla tych, którzy jej w czymś uchybili. Z synogarlicy zamienia się wtedy w jastrzębia i rozszarpuje ofiarę, bez wahania i litości.

Na przykład tę słodką, nieszczęśliwą i łagodną Klarę Zach, którą kazała tak bestialsko torturować. Czy jest możliwa straszniejsza męka nad tę, którą jej zgotowano? – wzdycha i ociera wilgotne oczy. Młodziutkiej, ciężarnej dziewczynie odcięto nos, wargi i ręce, a później okaleczoną i półprzytomną obwożono po kraju każąc krzyczeć przed gawiedzią, że mają uważać, bo to samo spotka wszystkich zdrajców! Czym obraziła królową? Czemu zamęczono i okryto hańbą cały ród, rozwleczono końmi, rozczłonkowano, poucinano głowy, oddano w niewolę, wygnano… Czy ojciec Klary nie miał prawa się ująć za zgwałconą córką? Czy nie powinien był pomścić jej krzywdy, gdyby nawet krzywdzicielem był rodzony brat królowej Elżbiety Łokietkówny – Kazimierz, później zwany Wielkim? Kobieta udręczyła inną kobietę bardziej niż najbieglejsi w swym fachu kaci. Elżbieta nie rozumie komu i po co było potrzebne takie okrucieństwo…

Prawda, że oszalały z gniewu i rozpaczy Felicjan Zach wdarł się na wyszehradzki zamek, gdy królewska rodzina siadała do wieczerzy. Prawda, że wyciągnął miecz lekko raniąc króla Karola Roberta, a broniącej go Elżbiecie odrąbał cztery palce prawej dłoni. Prawda, że groził królewiczom… Tak było i słusznie go zabito, ale sama Klara nie zasługiwała na taki los – Elżbieta Bośniaczka może nie jest specjalnie szlachetna i mądra, ale ma porywcze, gorące serce i umie zrozumieć cudzy gniew, nawet wówczas, kiedy jest on skierowany przeciwko władcom. Na domiar wszystkiego, prześliczna Klara była ulubioną dwórką królowej, a sama królowa zachęcała brata do sekretnych spotkań, czasami je nawet osobiście urządzając, więc tym bardziej Bośniaczkę dziwi zapiekła złość teściowej.

„Dobrze jej tak – cieszy się w duchu. – Nie lubi jak ją nazywają Kikutą, wstydzi się kalectwa, dlatego nigdy nie zdejmuje rękawiczek, ale i tak wszystkie dwory plotkują, że rajfurzyła bratu, tylko głośno się o tym nie mówi! Trzeba z nią uważać, bo kobieta raz zdolna do zadania męczeńskiej śmierci, nie zawaha się także po raz drugi, trzeci i każdy następny…”

Na razie Bośniaczka węszy, sprawdza, obchodzi starą władczynię podpatrując ją z daleka i bliska. Czeka, aż przyjdzie czas, że wykorzysta, co widziała. Nigdy nie wdaje się w otwartą wojnę, ale zaczynają w niej rosnąć opór i wściekłość. Wybuchną, kiedy wreszcie poczuje się wolna. Może dlatego zacznie rwać i niszczyć wszystko, co tamta zaczęła? „Ja ci pokażę” – pomyśli. Tupnie nogą i powie: moja kolej. Z drogi!

Na razie się boi. Jest sprytna, potrafi ocenić własne siły. Jeszcze nie jest gotowa…

– Pierwszy raz się postawiłam – opowie Marii po latach – kiedy mój przyszły małżonek, a twój ojciec Ludwik, nie mógł się zdecydować, czy nadal w pustej łożnicy rozpaczać po zmarłej żonie, czy przygarnąć mnie – młodą, chętną, uległą i gorącą. Kręciłam się przy nim jak miodna pszczoła przy koniczynie, a pamiętaj, że byłam bardzo urodziwa, więc nie mógł mnie ominąć, ale gdybym mu sama nie wlazła do łoża, kto wie, co by było? Myślisz, że wiedział jak ze mną postępować? Skąd?! Miał ochotę, ale surowi spowiednicy nieustannie gasili ten ogień mówiąc, że pożądanie niewiasty to grzech śmiertelny, a poza tym… no cóż… toczył go trąd, jak czerw młode drzewo. A może to było co innego? Może franca?1 Medycy różnie gadali, a ja, odkąd pojęłam jaka zatruta krew krąży w jego żyłach, nie przestaję bać się o ciebie i o Hedwig… Modlę się, żeby was ominęła ta zaraza węgierskich Andegawenów, wącham, patrzę, sprawdzam szaty, żeby zawczasu coś zaradzić. Wysłałam sekretne poselstwo do biskupa krakowskiego Jana Radlicy, którego sam król Ludwik tak cenił, że dał mu godność nadwornego doktora. Pytałam, jak zaradzić chorobie przewalającej się przez Europę, niczym rzeka cuchnąca szlamem i zostawiająca na skórze paskudne wykwity. Przysłał zioła do picia, prusz z siana na kąpiele i do przemywań, kazał się moczyć w cebrze i jeść cukrzone owoce z rtęcią… Nie pomagało!

Maria Węgierska zna te opowieści. Nieraz słyszała, że odkąd szesnastoletni Ludwik wstąpił na tron, jego największą podporą i miłością była matka. Nie podjął żadnej decyzji bez jej zgody, więc powtórne małżeństwo musiało być zaakceptowane przez starą królową. Elżbieta czuła, że jej szanse są nieduże, ale postanowiła zaryzykować i celnie uderzyć tam, gdzie mężczyzna ma najwrażliwsze miejsce. Wślizgnęła mu się do łoża i pokazała, na co ją stać. Skąd wiedziała jak uwieść dwudziestosiedmioletniego wdowca tak, żeby dla niej oszalał? No, radą i przykładem służyły doświadczone dworki, ochmistrzynie, zaufane panny, znachorki i babki od zaklęć i ziół, a poza wszystkim, dziewczyna przypominająca rozkwitającą różę, musiała zepchnąć matkę na drugi plan. Elżbieta Bośniaczka zwyciężyła!

Miała wówczas trzynaście lat!

– Pewnie, że to mogło źle się skończyć. Szybko zaczęli plotkować i buntować starą królową, podobno wpadła w szalony gniew! Wyklinała mnie, jak najgorszą! Siedziałam goła w łożu Ludwika i trzęsłam się ze strachu, że mnie odeśle do klasztoru, zamknie za furtą albo każe udusić, ale na szczęście on już był po mojej stronie, już nie chciał mnie od siebie wypuścić. Tak mu się wkręciłam do serca, że nie pragnął żadnej innej i chociaż Łokietkówna mówiła, że to czary, ja ci zaświadczam, że żadnych czarów tam nie było, tylko moje usta, piersi, łono, nogi, palce, język i wszystko co nimi robiłam i pozwalałam robić. Każda niewiasta powinna się na tym znać… Ja się znałam!

Jeszcze długo przyszło jej żyć w cieniu wielkiej teściowej; dopiero po siedemnastu latach małżeństwa urodziła pierwsze dziecko, ale nigdy nie doczekała się męskiego dziedzica, może przez tę zatrutą krew, w której jak żabi skrzek pływało nasienie jej małżonka? Elżbieta wyobrażała sobie, że wszystko, co Ludwik ma w środku jest nadpsute, niczym stare mięso. Jego ojciec, Karol Robert, w ostatnich latach swego życia nie opuszczał komnat gnijąc i cuchnąc okropnymi wyziewami, więc skoro od niego zaczęły się w rodzie Andegawenów węgierskich choroby, poronienia i wszelkie inne nieszczęścia, to czemu ona, zdrowa i piękna miałaby być odpowiedzialna za pustą kołyskę dla męskiego następcy? Była pewna, że brak potomka nie jest jej winą, więc chociaż kochała królewny, w głębi serca czuła się gorsza, tym bardziej, że Łokietkówna chwaląca się synami, do końca swego życia grała pierwsze skrzypce w polityce lekceważąc ambicje synowej. Elżbieta Bośniaczka cieszyła się, że jej córki nie są podobne do babki; jedynie Maria trochę ją przypominała poprzez delikatne, mgliste rysy i niezwyczajną zdolność rozpoznawania ludzkich uczuć po zapachach.

Wystarczyło, że pociągnęła nosem i już wiedziała.

On się boi – mówiła na przykład. – Strach z niego paruje… śmierdzi moczem i mokrą sierścią… Jest do niczego. To tchórz!

Zaufany jej matki, dumny, piękny palatyn Mikołaj Garai pachniał zmysłowo i dusząco. Maria rozpoznawała woń leśnego mchu, torfu i koni, ale także mocny swąd wina, tłustego mięsiwa i jeszcze czegoś, czego na razie nie znała. Dopiero po pierwszej, małżeńskiej nocy z Zygmuntem Luksemburczykiem pojęła, co to było; poznała intensywny, niemożliwy do zagłuszenia pachnidłami wyziew bagna, odór męskiego nasienia, zapach podnieconego mężczyzny, który domaga się zaspokojenia. Maria nigdy tego nie polubiła, chociaż jej małżonek był wysoki, zgrabny i niezwykle przystojny.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* * *

1 Kiła.

Część druga

– Wilhelm

Dostępne w wersji pełnej

Część trzecia:

WŁADYSŁAW

Dostępne w wersji pełnej

SKRYBA

– część czwarta

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © 2017, Janina Lesiak

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-419-7

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Monika Czechowska

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ja, Bona Jadwiga z Andegawenów Jagiełłowa. O grzybach, rybach, kobietach i sensie życia – czyli rozmówki z Alusiem Curunią Dobrawa pisze CV Miłosna kareta Anny J. Wspomnienie o Cecylii, smutnej królowej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie