Annabelle

Annabelle

Autorzy: Lina Bengtsdotter

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.73 zł

Spokojne miasteczko, idealna rodzina. A może perfekcyjna iluzja?

Nowa szwedzka królowa kryminału!

Zdobywczyni prestiżowej nagrody CrimeTime Specsavers Award dla najlepszego kryminalnego debiutu 2017

Pewnej gorącej letniej nocy siedemnastoletnia Annabelle znika z niewielkiego miasteczka Gullspång położonego głęboko w lasach środkowej Szwecji. Rodzice dziewczyny szaleją z niepokoju, a lokalna policja jest bezradna.

Gdy poszukiwania nie dają rezultatów, do akcji wkracza Narodowy Departament Operacyjny, który wysyła na miejsce swoją najlepszą inspektor Charlie Lager. Jest ona niezwykle uzdolnioną, cenioną policjantką, choć jednocześnie skrywa wiele tajemnic, z którymi nie potrafi się uporać. To przez nie niechętnie przyjmuje to śledztwo.

Dla Charlie będzie to podróż do przeszłości. Musi wrócić do miejsca, które opuściła jako nastolatka i którego nie chciała już nigdy oglądać. Odżywają wspomnienia o dorastaniu tam, gdzie możliwości wyboru jest niewiele, a droga w świat kręta. O dawnych znajomych, którzy marzyli niegdyś tylko o tym, by jak najszybciej uciec do wielkiego miasta. O matce – chorej alkoholiczce, która stała się wszystkim, czym nie chciała być Charlie. I to najtrudniejsze, które najbardziej chciała zatrzeć w pamięci – o czyjejś śmierci.

Tytuł oryginału: : Annabelle

Copyright © by Lina Bengtsdotter, 2017

First published by Bokförlaget Forum, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Marta Rey-Radlińska

Redakcja, korekta i skład: d2d.pl

Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl

Projekt okładki: Elina Grandin

Zdjęcia na okładce: Grant Porter

ISBN: 978-83-8053-314-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla moich córek: Ebby, Edit i Ingrid

Niegdyś przed wielu, wielu laty

W królestwie nad mórz pianą

Żyła dzieweczka, którą znałem;

Annabel Lee ją zwano

Dzieweczka z kraju ponad morzem,

W królestwie nad mórz pianą

Żyła tym tylko, że mnie kocha,

I tym, że jest kochaną.

Edgar Allan Poe, Annabel Lee,

przeł. Barbara Beaupré

Tej nocy

Mgła rozpostarła się nad łąkami, a świerszcze grały na skraju rowu. Polną drogą, zataczając się, szła dziewczyna. Między nogami czuła pulsowanie, coś z niej wypływało. Pomyślała, że powinna zapłakać, ale łzy nie nadchodziły.

Która mogła być godzina? Jedenasta? Dwunasta? Dziewczyna wyjęła telefon z torebki. Dochodziło wpół do pierwszej. Mama będzie wściekła. Spotkają się w drzwiach, mama potrząśnie nią i wrzaśnie: „Gdzieś ty była?!”, a potem zobaczy zadrapania i krew, podartą sukienkę. Jak to wyjaśnić?

Pochłonięta własnymi myślami, nie zauważyła tego człowieka, aż dzieliły ich już tylko metry. Najpierw krzyknęła, ale kiedy dostrzegła twarz, odetchnęła z ulgą.

– To tylko ty – wymamrotała. – Prawie umarłam ze strachu.

1

Na początku czerwca noce nigdy nie były całkiem ciemne. Fredrik Roos siedział w samochodzie i patrzył przez okno na łąki zasnute mgłą. Wiedział, że Annabelle skracała sobie przez nie drogę, wydeptała własne ścieżki w wysokiej trawie. Nora oczywiście zabroniła jej chodzić tamtędy w nocy, ale Fredrik wiedział, że Annabelle i tak to robiła, i w sumie ją rozumiał. Zważając na obsesję Nory na punkcie punktualności, każda minuta była cenna. Miał nadzieję, że wkrótce ujrzy swoją córkę idącą przez pola, zobaczy ją w błękitnej cienkiej sukience, której brakowało w szafie Nory. Nora zrobiła karczemną awanturę, kiedy to odkryła. Przez chwilę myślał o swojej żonie, jej wybuchowym temperamencie i strachu. Zawsze była niestabilna emocjonalnie i lękliwa. Kiedy się poznali, fascynowało go to. Tworzyła przerażające scenariusze z najzwyklejszych, codziennych wydarzeń. Z biegiem lat fascynację zastąpiła irytacja. Ale teraz, kiedy siedział w samochodzie po raz kolejny wysłany przez Norę, żeby przywieźć Annabelle do domu, poczuł, że zaczyna mieć dość.

„Nie można chronić dzieci przed wszystkim”, mawiał, choć wiedział, że nic bardziej jej nie denerwowało. To, że nie można ich przed wszystkim ochronić, to żaden argument przeciw temu, żeby chronić je, przed czym się da. Problem w tym, że nie byli zgodni co do tego, gdzie biegnie granica. Zdaniem Fredrika Annabelle mogła sama wracać od przyjaciół, nawet w środku nocy. I nie podobało mu się, że musiała dzwonić, by powiedzieć, dokąd idzie, jeśli zmieniła plany. Kiedy sam był w jej wieku, mógł chodzić, gdzie chciał i kiedy chciał. Chyba dostałby szału, gdyby ktoś próbował go kontrolować, tak jak Nora kontrolowała Annabelle. Nic dziwnego, że dziewczyna zaczęła łamać narzucone jej zasady. „Problemem nie była zbyt duża swoboda – pomyślał Fredrik – ale raczej mania kontroli u Nory”.

Budynek, w którym dawniej mieścił się wiejski sklep, znajdował się po drugiej stronie miejscowości. Stał pusty przez wiele lat i od dawna służył lokalnej młodzieży za miejsce do imprezowania. Fredrik wiedział, że wiele osób we wsi ucieszyłoby uzyskanie pozwolenia na rozbiórkę tej rudery. Sam kiedyś podpisał jedną z petycji, ale zrobił to raczej na pokaz. Zdawał sobie sprawę, że jedyną zmianą, jaką przyniosłaby rozbiórka, byłoby przeniesienie imprez gdzie indziej, pewnie jeszcze dalej od centrum.

Zaparkował przed głównym wejściem. W witrynie wisiały pożółkłe reklamy gazet z zamierzchłych czasów. Głuche dźwięki basu docierały aż do samochodu. Fredrik wyciągnął komórkę, żeby zadzwonić do Nory i zapytać, czy Annabelle wróciła do domu. Nie miał najmniejszej ochoty wbijać się na zabawę nastolatków, jeśli nie było to konieczne. Już chciał wybrać numer, kiedy zadzwoniła do niego Nora. Czy dojechał na miejsce?

– Właśnie w tej chwili.

– Jest tam?

– Dopiero wysiadam z samochodu.

– No to wejdź.

– Przecież idę.

Zarośnięte rabatki wzdłuż frontowej ściany budynku były pełne puszek po piwie, petów i butelek. Wszedł przez główne wejście i znalazł się w dużym pomieszczeniu, w którym kiedyś mieścił się sklep. Uderzył go zapach opuszczonego domu. Stał przez chwilę, spoglądając na brudną podłogę, ladę ze starą kasą i długie, puste półki na ścianach. Z piętra dochodziły dudniące dźwięki muzyki. Ruszył w stronę drzwi, które, jak wiedział, prowadziły do mieszkania nad sklepem. Zamknięte. Wyszedł więc, okrążył dom i skorzystał z drugiego wejścia. Na werandzie spał jakiś chłopak z ręką w spodniach. Fredrik musiał nad nim przejść, żeby dostać się do drzwi.

W przedpokoju przywitał go słodkawy zapach. Ruszył za dźwiękami muzyki w górę wąskich, krętych schodów.

Ciepłe ubrania, ale zimne dreszcze

Nic dziwnego, że widzę samych wariatów

Osiemset stopni, możesz na mnie polegać,

możesz na mnie polegać1.

Fredrik spojrzał pod nogi w samą porę, żeby zauważyć brakujący stopień. „Można się zabić”, pomyślał, zanim pokonał ostatnich kilka schodków na piętro.

Siedzieli w kuchni: dwóch chłopaków przy ciemnym drewnianym stole, zawalonym popielniczkami, butelkami i pudełeczkami po tabace. Jeden z nich trzymał w ręku niewielki nóż i kompulsywnie wbijał go w stół. Twarze wydawały się znajome, ale Fredrik nie mógł sobie przypomnieć imion. Chłopcy musieli być nieco starsi od Annabelle, inaczej by ich pamiętał. Żaden nie zwrócił na niego uwagi, dopóki Fredrik nie stanął tuż przed nimi.

– Ej no! – wrzasnął ten z nożem.

Teraz Fredrik go poznał – to syn właściciela fabryki sklejki. Svante Linder.

– Siadaj i weź se kielicha! – zawołał. – Ale nie bądź taki smętny – dodał – mamy tu super imprę. Wszyscy inni wymiękli, ale my dajemy czadu aż do wschodu słońca.

– Już wzeszło, Svante. – Chłopak siedzący obok niego się zaśmiał. Zapukał w brudną szybę. – Ono, kurwa, chyba nawet nie zaszło.

– Czy jest tu Annabelle? – zapytał Fredrik.

– Annabelle? – Młodzi mężczyźni spojrzeli po sobie.

– Annabelle – powtórzył Fredrik.

Svante wyszczerzył do niego brudne od tabaki zęby i oznajmił, że wiedział o słabości Annabelle do dziadków, ale że tym razem przegięła.

– Mógłbyś, do diabła, być jej ojcem.

– Ja jestem jej ojcem – odparł Fredrik. Zrobił kilka kroków w stronę stołu, bo nagle poczuł, że ma ochotę przyłożyć gnojkowi.

Obaj wlepili w niego wzrok.

– Faktycznie, kurwa – odezwał się Svante. – To pan. – Kopnął puste krzesło i przeprosił. Nie miał na myśli… nie chciał powiedzieć… po prostu go nie rozpoznał. Trochę za dużo wypił. I ten upał, człowiek umiera z pragnienia. – Podaj panu drinka, Jonas. – Skinął na siedzącego obok chłopaka. – Idź, zmieszaj coś, co daje kopa. No, ruszaj się, Jonte-man.

– Nie, dziękuję – powiedział Fredrik. – Chciałbym się tylko dowiedzieć, gdzie jest moja córka. Widzieliście ją?

– Kręciło się tu sporo ludzi – powiedział Svante. – Było dość ostro, jeśli można tak to ująć. Zaczęliśmy o siódmej, to dlatego wszyscy już padli. Ale tak, była tu, chyba już poszła. Kilka osób zostało na górze – dodał, wskazując palcem sufit. – Na pana miejscu zrobiłbym rundkę. To kilka pięter! – zawołał za Fredrikiem, który szedł już w stronę schodów. – Niech pan sprawdzi wszystkich, bo kładli się gdzie popadnie.

Im wyżej, tym muzyka stawała się głośniejsza. Na następnym piętrze mieścił się spory hall. Przy jednej ze ścian stało akwarium. Kiedy Fredrik podszedł bliżej, dojrzał żółwia pływającego wśród petów. „Co taki człowiek ma we łbie – pomyślał – żeby kiepować do akwarium?”

Dalej był salon, w którym stały zielone kanapy pokryte podartym pluszem. Na jednej z nich leżała młoda dziewczyna ze skołtunionymi włosami. W pierwszej chwili Fredrik sądził, że dziewczyna śpi, ale kiedy podszedł bliżej, zauważył, że ma szeroko otwarte oczy.

– Wszystko w porządku? – spytał.

– Cudownie – odszepnęła. – Dziękuję za troskę. – Potem zaczęła się śmiać i wymachiwać rękami.

Fredrik domyślił się, że spożyła coś więcej niż tylko alkohol, i uznał, że powinien dowiedzieć się, kim ona jest, i podwieźć ją do rodziców. Zrobi to, postanowił, jak tylko znajdzie Annabelle.

Zamarzamy na śmierć, jest tak zimno.

Biedne dzieci, ale wkrótce zrobi się ciepło2.

W następnym pokoju stał sprzęt stereo. Muzyka była naprawdę ogłuszająca. Chwilę zajęło Fredrikowi odszukanie pokrętła regulacji głośności, by mógł trochę ściszyć. Potem ruszył dalej w głąb domu, otwierał jedne po drugich kolejne drzwi, ale pozostałe pomieszczenia piętra mieszkalnego były puste. Wszedł do niewielkiego hallu, skąd prowadziły schody na górę. „Ile pięter ma właściwie ta rudera? – pomyślał. – Czy nigdy się nie skończą?” Na samej górze zobaczył dwoje drzwi. Lewe były zamknięte, ale prawe ustąpiły, kiedy nacisnął klamkę.

Okno było otwarte, powiewała w nim brudna firanka. Na łóżku pośrodku pokoju coś rytmicznie poruszało się pod kocem.

– Annabelle? To ty?

– Co, do diabła?! – W nogach łóżka spod koca wystawił głowę jakiś chłopak. – Spadaj stąd – powiedział. – Zboczony jesteś czy jak? Zjeżdżaj!

– Szukam córki. Chciałbym tylko się dowiedzieć, czy jest tu Annabelle. – Fredrik zwrócił uwagę na reakcję chłopaka na jej imię.

– Nie. Nie mam pojęcia, gdzie ona jest.

– A kogo masz pod tym kocem?

– Rebeckę – odparł chłopak. – Pokaż mu, że to ty.

– To ja – odezwała się Rebecka. – Nie wiem, gdzie jest Annabelle. Powiedziała, że idzie do domu.

– Sądziłem, że miała być u ciebie – skwitował Fredrik. – Nora powiedziała mi, że chciałyście oglądać razem film.

– I tak było – zgodziła się Rebecka. – Ale potem wypadły nam inne rzeczy.

– Kiedy wyszła?

– Nie wiem dokładnie. Annabelle… ona była… dość pijana. Przepraszam! – zawołała Rebecka, kiedy Fredrik wyszedł z pokoju. – Powinnam była ją odprowadzić, ale…

– Nie było jej na górze, co? – Nagle za plecami Fredrika pojawił się Svante.

– Nie. Rebecka właśnie mi powiedziała.

– Tak jakby ona ogarniała cokolwiek.

– Co tam jest? – zapytał Fredrik, wskazując na zamknięte drzwi.

– Tam jej nie ma. To jedno wiem.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Ponieważ – odparł chłopak – ponieważ do tych drzwi tylko ja mam klucz.

– To może w takim razie je otworzysz?

– Bardzo bym chciał. Ale tak się złożyło, że go zgubiłem. Wczoraj. To dlatego jestem pewien, że nikogo tam nie ma. Może pomóc panu szukać? Mamy tu, na dole, motorower towarowy z paką, mocny, po tuningu, moglibyśmy wyjechać i…

Fredrik zajrzał w rozszerzone oczy chłopaka. Było w nich coś dziwnego. Pomyślał, że to nie jest człowiek, z którym chciałby jeździć po okolicznych drogach i szukać Annabelle. W takim stanie, w jakim się teraz znajdował, chłopak stanowiłby wręcz zagrożenie dla innych.

– To jasne, że pomożemy panu szukać – ciągnął Svante – to znaczy… Słyszałem, że nie wolno jej być tak długo poza domem i…

Fredrik przyjrzał się młodej twarzy i pomyślał, że to prawda, co mówią na wsi – że ten syn fabrykanta to niemiły skurwiel.

Kiedy Fredrik wrócił do samochodu, zobaczył na telefonie trzy nieodebrane połączenia od Nory. Oddzwonił, licząc na to, że chciała mu tylko powiedzieć, że Annabelle wróciła do domu. Po głosie poznał jednak, że tak się nie stało.

– Jesteś jeszcze przy starym sklepie? – zapytała. Zanim zdążył odpowiedzieć, dodała: – Znalazłeś ją?

– Nie – odparł Fredrik. – Nie było jej tam.

– No to gdzie jest?

– Nie wiem.

– Zajrzyj po drodze do Rebecki.

– Rebecka jest w starym sklepie – wyjaśnił. – Uspokój się – poprosił, kiedy żona zaczęła płakać. – Na pewno już idzie. Będę się za nią rozglądał.

– Dopilnuj, żeby wróciła do domu – powiedziała Nora. – Do diabła, Fredrik, dopilnuj, żeby wróciła.

2

Charlie zbudziła się już o siódmej. Po imprezie nigdy dobrze nie spała, zwłaszcza w cudzym łóżku. Spojrzała na leżącego obok mężczyznę. Martin – chyba tak miał na imię. I jak mu się przedstawiła? Maria? Magdalena? Zawsze podawała zmyślone imię, kiedy spotykała kogoś w knajpie – i imię, i zawód. Głównie dlatego, żeby nie przyszło im do głowy jej szukać, ale też nic nie gasiło jej zapału bardziej niż żarty o kajdankach i babkach w mundurze. Miała ten problem (jeden z wielu), że łatwo się zniechęcała.

W każdym razie Martin podszedł do niej i zapytał, czemu siedzi w barze sama. Nie czekając na odpowiedź, postawił jej drinka, a potem drugiego, i po zamknięciu lokalu poszli do niego do domu. Martin nie był typem faceta, który już pierwszego wieczoru zaprasza kobietę do domu, co powiedział jej, próbując trafić kluczem do zamka w drzwiach swojego mieszkania. Charlie odparła, że ona jak najbardziej – jest typem człowieka, który chodzi do domu z nowo poznaną osobą. Martin roześmiał się i oznajmił, że lubi dziewczyny z poczuciem humoru, a ona nie miała już serca mu wyjaśniać, że to nie był żart.

Ostrożnie podniosła się z łóżka. W głowie jej dudniło. „Muszę dostać się do domu – pomyślała. – Muszę znaleźć ubranie, a potem dostać się do domu”.

Sukienka leżała na podłodze w kuchni, majtkami nie zawracała sobie głowy. Już prawie była w przedpokoju, kiedy przypadkowo nastąpiła na zabawkę, która zaczęła głośno grać Mary had a little lamb.

– Kurwa – szepnęła. – Kurwa mać.

Usłyszała, jak Martin przewraca się na łóżku w sypialni. Zajrzała do przedpokoju, chwyciła buty, otworzyła drzwi i zbiegła po schodach.

Nie była przygotowana na światło, które zalało ją, gdy przekroczyła dwuskrzydłową bramę. Chwilę zajęło jej zebranie wrażeń i zorientowanie się, gdzie dokładnie jest. Östermalm, Skeppargatan. Do domu pięć minut taksówką. Rozejrzała się, ale nigdzie żadnej nie było, ruszyła więc piechotą.

Gdy była dwie przecznice dalej, zadzwonił Challe.

– Biegasz?

– Tak, zdrowy tryb życia, rozumiesz. Jesteś w pracy?

– Dokładnie. Jak się już wstanie o świcie, równie dobrze można przyjść do roboty.

Charlie się uśmiechnęła. Jeśli chodziło o etos pracy, to mieli z szefem identyczne podejście. Pod innymi względami wiele ich dzieliło, ale w odróżnieniu od pozostałych starszych kolegów, nawet jeśli otwarcie tego nie okazywał, Challe zdawał się nigdy nie wątpić w jej kompetencje. Doprowadzało ją do szału, że nie stawał po jej stronie, kiedy ktoś wbijał jej szpilę odnośnie do młodego wieku czy płci, ale jednocześnie, czy tego chciała, czy nie, pochlebiało jej, że za zamkniętymi drzwiami nazywał ją swoim najlepszym dochodzeniowcem.

Charlie trafiła do Narodowego Departamentu Operacyjnego dwa lata wcześniej. Początki były trudne. Na studiach słyszała wiele strasznych historii o dominacji starych zgredów w korpusie policji, ale nie zdawała sobie sprawy, w jakim stopniu są one prawdziwe. Żargon, docinki, aluzje do zespołu napięcia przedmiesiączkowego, gdy tylko się komuś postawiła. Większość jej kolegów w NDO stanowili mężczyźni w średnim wieku, którzy od dziesięcioleci wyświadczali sobie nawzajem przysługi. Pierwszego dnia dali do zrozumienia, że nie podoba im się takie młode dziewczę w roli koleżanki z pracy, a już na pewno nie na tym stanowisku. Jeden z nich powiedział nawet wprost, że jedyne miejsce, w którym toleruje kobietę nad sobą, to łóżko. Nie miało znaczenia, że Charlie zrobiła błyskawiczną karierę i że kiedy zaczęła wyższą szkołę policyjną, miała już licencjat z psychologii. Inny kolega z zespołu zapytał ją, kiedy zdążyła to zrobić. Jakim cudem zdobyła trzyletnie wykształcenie, skoro do szkoły policyjnej zdała w wieku dwudziestu lat?

Charlie wyjaśniła, zgodnie z prawdą, że przeskoczyła w szkole jedną klasę, maturę zdała w wieku siedemnastu lat, a potem od razu poszła na uniwersytet. Kolega zmarszczył czoło i powiedział coś w tym stylu, że nie jest dobrze od razu po szkole średniej kontynuować naukę i że lepiej najpierw zdobyć trochę życiowego doświadczenia, podróżować, dorosnąć. Charlie prychnęła, że nie widziała sensu w podróżowaniu bez celu i marnowaniu czasu dla samej idei. A jeśli chodzi o doświadczenie, to zdobyła je, studiując. Życie nie zatrzymuje się w miejscu tylko dlatego, że człowiek uczył się na uniwersytecie. Kolega uśmiechnął się z wyższością, jakby była za młoda i za głupia, żeby zrozumieć, co miał na myśli.

Długo miała nadzieję, że to niemiłe nastawienie minie z upływem lat, ale wydawało się, że zazdrość i podejrzliwość wobec Charlie narastały w miarę rozwoju jej kariery. Na początku broniła się, kłóciła, wychodziła z pokoju socjalnego i pisała pełne złości maile do szefostwa. Ale potem zrobiła to samo, co wszystkie inne koleżanki, które do czegoś doszły w tym zawodzie: ściszyła głos i przestała się uśmiechać. W rezultacie miała więcej czasu i energii na wykonywanie obowiązków służbowych. Indolencja, zdarzało jej się pomyśleć, tchórzostwo i egoizm. Ale jeśliby tego nie zrobiła, to nie mogłaby tu zostać, rozwijać się, piąć po szczeblach kariery, a potrzeba ta była większa niż chęć walki ze starymi, a do tego tępymi nudziarzami.

Oczywiście nie wszyscy mężczyźni w policji byli tacy. Zdarzały się wyjątki. Jednym z nich był Anders Bratt, z którym często pracowała. Był o kilka lat starszy od niej i polubiła go od samego początku. Pochodzili z całkowicie różnych środowisk. Anders – typowy chłopak z wyższych sfer, bezpieczne i zamożne dzieciństwo, obozy żeglarskie latem i narty w Alpach zimą. Potrafił być arogancki, zadzierać nosa i bywał złośliwy, ale Charlie wybaczała mu to wszystko, ponieważ miał trzy cechy, które ceniła u ludzi: dobre serce, poczucie humoru i świadomość, na co go stać.

Anders często żartował, jak to dobrze, że do zespołu trafiło nieco świeżej krwi. Jej imię wywołało sporo komentarzy. Pierwszego dnia ktoś zapytał ją, czy zgadza się, by mówić do niej „Charline”, tak dla ułatwienia, bo w innym razie trzeba by za każdym razem używać nazwiska, zwracając się do niej lub do szefa. Ale Charlie się nie zgodziła. Mieli ją nazywać „Charlie” i już.

Potem Anders opowiedział jej, jak wszyscy śmiali się z tego, że szef musiał zmieniać imię, kiedy do nich dołączyła. Ile osób może się pochwalić tym, że zmusiło przełożonego do zmiany imienia, ot tak?

Charlie krzywo postawiła stopę i zaklęła.

– Coś się stało? – odezwał się Challe.

– Nic.

– Możesz potem do mnie wpaść?

Poczuła mróz w piersi. Miała dziś pracować? Czy tylko jej się śniło, że Challe kazał jej wziąć wolny dzień?

– Wiem, że miałaś być dziś w domu – mówił dalej Challe – wiem, że jest rekord ciepła i tak dalej, ale coś wypadło. Widziałaś pierwsze strony gazet?

– Gazet? – Charlie zdała sobie sprawę, że nawet nie sprawdziła wiadomości w komórce.

– Zaginęła siedemnastolatka z Västergötlandu.

– Kiedy?

– W nocy z piątku na sobotę. Prostaczki myśleli początkowo, że sama uciekła, więc nie ogłaszali alarmu. Ale potem wyszło na jaw parę szczegółów, które wskazują na to, że mogło się za tym kryć przestępstwo.

– To znaczy?

– Zwyczajnie: nieużywana komórka, nietknięte konto.

– Gdzie w Västergötlandzie?

– W Gullspång.

Charlie zamarła. Challe opowiadał dalej o zaginięciu, ale przestała go słuchać. W jej uszach dźwięczała nazwa miejscowości: Gullspång.

– Charlie? – Usłyszała głos Challego, a potem to, jak zapalał papierosa. – Jesteś tam?

– Tak.

– Wysyłam ciebie i Andersa. Może dobrze ci to zrobi – ciągnął – jak na chwilę wyjedziesz.

Charlie nie powstrzymała się od komentarza, że może zrobiłoby to dobrze także Hugonowi, gdyby na chwilę wyjechał. Poza tym była zajęta. Ale Challe oznajmił, że przekaże tę sprawę innym, że jest dopiero w fazie wstępnej i że równie dobrze mógłby odesłać Hugona, a Charlie nie powinna traktować tego jako kary, tylko…

„Teraz – pomyślała Charlie. – Teraz powiem mu, że nie mogę tam jechać”.

– Charlie?

– W porządku – odezwała się. – Pojadę.

Ciekawe, czy komisariat jeszcze stoi. Chciała o to zapytać, ale zamiast tego usłyszała własny głos, zapewniający, że będzie za godzinę.

Kiedy skończyli rozmawiać, poszła do najbliższego 7-Eleven. Wielkooka, rumiana dziewczyna patrzyła na nią spod gazetowego nagłówka: „Zaginiona”. Charlie otworzyła w komórce stronę dziennika „DN”3 i zaczęła czytać. Dziewczyna z gazety to siedemnastoletnia Annabelle Roos. Nazwisko wydało się Charlie znajome, ale nie potrafiła go umiejscowić. Jak miałaby pamiętać wszystkie rodziny z tej maleńkiej miejscowości? Nie była tam od… Policzyła. Czy naprawdę upłynęło już dziewiętnaście lat?

3

Do domu zostało jej jeszcze sporo przecznic. Nie pojawiła się żadna taksówka, a metrem nie jeździła z zasady. Przebywanie pod ziemią przyprawiało ją o duszności. Bolały ją stopy w butach na wysokim obcasie. Asfalt grzał w podeszwy. „Ludzie, którzy mnie teraz widzą – pomyślała – nie domyśliliby się, gdzie pracuję”.

Kiedy weszła do mieszkania i zobaczyła swoją twarz w lustrze w przedpokoju, zaklęła na głos. Tuż nad lewą brwią miała paskudne rozcięcie, odcinające się jaskrawą czerwienią na tle bladej skóry. Dotknęła grubego strupa, zdając sobie sprawę, że tego nie da się zatuszować makijażem. Jak, do cholery, udało jej się zarobić takiego guza? Nagle przypomniała sobie łazienkę, ona i Martin namydlili się nawzajem, a potem poślizgnęła się i uderzyła o… słuchawkę od prysznica? Nawet nie pamiętała, o co się uderzyła.

„Jestem jak karykatura policjantki – pomyślała – samotna, niedostosowana społecznie i chętnie zaglądająca do kieliszka”. Ale potem uspokoiła samą siebie, że tak się działo tylko okresowo. Pogarszało się jej, kiedy zbliżało się lato, kiedy życie się komplikowało.

Stwierdziła, że to nawet szkoda, że nie ma męża, którego koledzy mogliby podejrzewać. Teraz wszyscy sobie pomyślą, że ta rana… No tak, co właściwie sobie pomyślą? Mając w pamięci ostatnią imprezę integracyjną, nadużycie alkoholu nie było odległym skojarzeniem. Challe będzie pewnie się upierał, że potrzebna jej pomoc, a ona powie, że świetnie sobie radzi, że wszystko jest pod kontrolą.

Ale czy sama w to wierzyła?

„Samoleczenie? – zapytała kiedyś pewna poważna terapeutka, kiedy Charlie niechętnie opowiedziała jej o swoim stosunku do alkoholu. – Pijesz, żeby zagłuszyć lęk?”

Charlie odparła, że nie o to chodzi.

„A zatem o co?”

„O to, żeby się wyluzować, uspokoić nerwy, głowę”. Czasami potrzebowała po prostu trochę się napić, żeby dobrze się poczuć.

Terapeutka spojrzała na nią surowo i powiedziała, że to jest właśnie samoleczenie.

Charlie weszła do salonu. Na stoliku stały puszki po piwie i popielniczki. „Dobrze wchodzi przy papierosie”, pomyślała, zgarniając wszystko do worka. Kiedy sprzątnęła najgorszy bałagan, usiadła na kanapie i ogarnęła spojrzeniem mieszkanie: otwarte przestrzenie, wysokie sufity, drewniane podłogi. Byłoby w nim ładnie, gdyby nie zaniedbane kwiaty, stosy ubrań i okna niemyte od wieków. Wszystko świadczyło o tym, że mieszka tu osoba w najmniejszym stopniu niedbająca o wystrój. Chciałaby, żeby było ładne, ale to przekraczało jej możliwości. Zdarzało się, że czuła impuls i postanawiała urządzić sobie dom jak z katalogu. Taki jakie widywała w błyszczących magazynach w poczekalni u dentysty. Myślała, że byłaby szczęśliwsza, albo chociaż mniej nieszczęśliwa, w całkiem białym mieszkaniu. Białe ściany, białe podłogi i kilka strategicznie rozlokowanych staroci, które albo odziedziczyła, albo przywiozła z podróży. Ale cóż, niczego nie odziedziczyła, a podróże… nigdy nie podróżowała. Poza tym znała zbyt wielu smutnych ludzi mieszkających dokładnie w takich mieszkaniach, żeby uwierzyć w tę bajkę.

Na ławie w kuchni leżał samotny papieros. Już miała go wyrzucić, kiedy zmieniła zdanie, zapaliła, usiadła przy kuchennym okapie i wypaliła do samego filtra. „Teraz zadzwonię – pomyślała. – Teraz zadzwonię do Challego i powiem, że nie mogę jechać, że to miejsce… że to z powodów osobistych”. Wzięła do ręki telefon, ale zaraz go odłożyła. Miała mdłości po papierosie. Wstała i poszła do łazienki.

Pod prysznicem wystawiła twarz pod strumień wody i powiedziała sobie, że musi być profesjonalistką. Jeśli zachowa się profesjonalnie, to wszystko pójdzie dobrze. Prawda? Zrobiła, co mogła, żeby zapomnieć i żyć dalej. Zapomnieć o miejscu, domu, imprezach, o świetle i mroku Betty. Czasami prawie jej się to udawało, ale z biegiem lat nauczyła się, że to chwilowy stan, że spokojniejsze okresy zawsze poprzedzały te trudniejsze, że wspomnienia w każdej chwili mogły dopaść ją znienacka i zaprowadzić z powrotem do tamtego miejsca i tamtej nocy.

„Historia z happy endem”, tak powiedziała o niej pani z opieki społecznej w Gullspång, kiedy wpadły na siebie pewnego dnia na ulicy Drottningsgatan. „Superkid”, któremu udało się wbrew przeciwnościom losu.

A Charlie patrzyła w tę rozentuzjazmowaną twarz i myślała: „Może powinnaś nauczyć się czytać między wierszami”.

Po prysznicu poszła się spakować. Na stoliku w sypialni leżały trzy zaczęte książki. Zagięła rogi w każdej i wsadziła je do torby. W stercie w garderobie nie było prawie żadnych czystych rzeczy. Wzięła kilka sukienek, dżinsów i bluz z kosza na pranie i pomyślała, że to, co na siebie włoży, to jej najmniejszy problem.

4

– Coś ty sobie zrobiła w czoło? – brzmiały pierwsze słowa Andersa, kiedy spotkali się w wejściu do komendy policji przy Polhemsgatan.

– Uderzyłam się.

– No, tyle to wiem, ale jak?

– Czy to ważne?

– Dojdzie ci kolejna blizna.

– Skóra szybko mi się goi.

Przeszli przez bramki. Przy windach się rozdzielili. Charlie zawsze wybierała schody. Nie miało znaczenia, że koledzy żartowali sobie z jej klaustrofobii. Najgorsze, co może się przydarzyć, to zatrzymanie windy, mówili jej, a w takim przypadku wystarczy zadzwonić po pomoc. Ale dla Charlie myśl o utknięciu między piętrami na tak małej powierzchni była przerażająca. Oszalałaby, zanim nadszedłby ratunek.

– Challe czeka na ciebie w sali konferencyjnej – oznajmił Anders, kiedy spotkali się na trzecim piętrze obok windy.

– A ty dokąd?

– Po herbatę. Miałem koszmarną noc.

„Co na to pomoże herbata?”, pomyślała Charlie.

*

– Annabelle Roos – zaczął Challe, kiedy Anders wszedł z herbatą i policjanci rozsiedli się na miękkich czerwonych krzesłach w sali konferencyjnej. – Zaginęła w nocy z piątku na sobotę po imprezie, na którą nie wolno jej było iść. Mocno zakrapianą, więc nie udało się z młodzieży wiele wydobyć. W którymś momencie, przypuszczalnie między dwunastą a pierwszą, opuściła samotnie przyjęcie i od tego czasu… od tego czasu nikt jej nie widział. Nie znaleziono telefonu, a z jej konta nie podjęto żadnych pieniędzy.

– Cztery dni temu – odezwał się Anders. – Jak to się stało, że wcześniej nie zaczęto poszukiwań?

– Ma siedemnaście lat – odpowiedział Challe – i najwyraźniej już wcześniej znikała z domu. Według miejscowej policji miała opinię… rozpustnej.

– Rozpustnej? – Charlie się zdziwiła. – Co to w ogóle za słowo?

– Powtarzam tylko to, co mi powiedzieli. W każdym razie potrzebne im wsparcie, to na pewno. Wysłałem wam mailem wszystkie informacje. Macie do pokonania około trzystu kilometrów, więc zdążycie spojrzeć na materiały, zanim dojedziecie na miejsce.

Anders zniknął w toalecie. Charlie wzięła swój komputer, zalogowała się i zaczęła czytać dokumenty, które wysłał jej Challe. Nie pomogło, że tekst o zaginięciu był formalny i rzeczowy, dla niej wszystko nabierało barw.

– Blado wyglądasz – rzucił Anders, kiedy szli do samochodu.

– Jestem tylko trochę zmęczona – odpowiedziała Charlie. – Pewnie z powodu upału.

Żadne z nich nie lubiło być pasażerem i ich wspólne podróże zawsze rozpoczynały się kłótnią o to, kto będzie prowadził. Ale teraz, z oddechem cuchnącym imprezą i alkoholem, Charlie nie miała dobrych argumentów w dyskusji.

Charlie opuściła osłonę przeciwsłoneczną i przyjrzała się swojej twarzy w niewielkim lusterku. Anders miał rację. Kolejna blizna. Tuż przy lewym oku miała jasny ślad w kształcie odwróconej litery „s” po wypadku ze szklaną butelką. Betty powiedziałaby, że to szczyt pecha mieć cały czas taki niefart, ale szczęście w nieszczęściu, że nie straciła oka. Mogło być znacznie gorzej.

– Długi wieczór? – Anders zerknął w jej stronę.

Charlie skinęła głową.

– Nie mam pojęcia, jak ty dajesz radę. I nigdy nie wracasz do domu. Zawsze zamykasz lokal.

– Wcale nie tak dawno razem zamykaliśmy.

Anders westchnął.

– Mam wrażenie, jakby to było w innym życiu.

Charlie nic nie odrzekła. Nie podobało jej się, jak Anders się zmienił, odkąd został ojcem. W ostatnim czasie łatwo wpadał w złość i właściwie ciągle miał kiepski humor. Charlie wiedziała, że jego żona popierała równouprawnienie i że dla niej oznaczało to zajmowanie się niemowlęciem na zmianę co drugą noc. Nie miało znaczenia, że była na urlopie macierzyńskim, skarżył się Anders, bo jej zdaniem opieka nad dzieckiem przez cały dzień była równie uciążliwa, jak praca na etacie. Mówił to, żeby usłyszeć od Charlie słowa wsparcia, ale Charlie nie wiedziała, co o tym sądzić; wszystko powinno chyba zależeć od tego, jaki to rodzaj pracy i jaki to rodzaj dziecka.

Anders podkręcił głośność w radiu. Puszczali piosenkę country.

– Zostaw – powiedział, kiedy Charlie nachyliła się, żeby zmienić kanał. – Słuchaj.

I had a daughter called her Annabelle

She’s the apple of my eye.

– Chcę słyszeć tekst. – Anders dał jeszcze głośniej.

When I’m dead and buried I’ll take a hard life of tears

For every day I’ve ever known

Anna’s in the churchyard, she’s got no life at all.

– Niezbyt to przyjemne, że akurat teraz grają tę piosenkę. Martwa dziewczyna o takim samym imieniu jak nasza.

– Przypadek – stwierdziła Charlie.

– Czy to nie ty zawsze powtarzasz, że nie wierzysz w przypadki?

– Pomyliłeś mnie z Challem. Ja nie wierzę w przeznaczenie.

– Czy to nie nudne wierzyć w same przypadki? Większość ludzi, których znam, wyznaje jakąś formę fatalizmu.

– To dlatego, że nie potrafią oddzielić losu od przypadku – powiedziała Charlie. – No i jeszcze myślenie życzeniowe.

– Zakładam, że większość osób chciałaby widzieć sens w tym, co się dzieje.

– Tak. To właśnie dlatego wmawiają sobie, że przeznaczenie istnieje.

Charlie ściszyła radio, życząc sobie, żeby Anders przestał gadać.

5

– Poczytałaś coś o tym miejscu? – zapytał Anders.

Wyjechali na autostradę, a Charlie siedziała poirytowana jego nierówną jazdą. Pokręciła głową, starając się opanować nasilające się mdłości dzięki obserwacji drogi i nie myśleć o tym, co w siebie wlała poprzedniego dnia. Obiecała sobie, że wypije tylko jedno piwo (zazwyczaj zaczynało się od takiej obietnicy). Spotkała dawnego kolegę i zaczęło się dobrze: kilka piw, plotki, ale około północy kolega się wyłamał. Następnego dnia musiał wcześnie wstać, bo gdzieś wyjeżdżał. I to wtedy przyszedł ten cały Martin i wszystko popsuł. Przypomniała sobie słodkie drinki i przełknęła cofającą się do gardła treść żołądka. Napływało coraz więcej obrazów z poprzedniego dnia. Wylała na siebie kieliszek wina i to wtedy Martin zaprowadził ją pod prysznic, a tam… tam przycisnął ją do ściany kabiny i posiadł w strugach wody. „Prawie jak w filmie”, pomyślała. Gdyby tylko nie byli tacy pijani, gdyby się nie poślizgnęła i nie zraniła w czoło, została zaprowadzona do łóżka i… kurwa mać, że też nigdy nie uczy się na swoich błędach.

Anders zaczął jej relacjonować, co zdążył doczytać w internecie o Gullspång. Niewielka robotnicza gmina, niecałe sześć tysięcy mieszkańców, najmłodsze matki w kraju, stomatologia na niskim poziomie, duże bezrobocie.

– Brzmi zachęcająco – stwierdził.

– Taki z ciebie chłopak ze Sztokholmu. – Charlie westchnęła. – Protekcjonalny i sarkastyczny wobec wszystkiego, co mieści się za granicami miasta.

– Ktoś tu ma naprawdę zły humor.

– A można mieć inny, kiedy człowieka z dnia na dzień przerzucają od jednego dochodzenia do drugiego?

– Normalnie nie masz z tym problemu. Czy to nie ty zawsze mawiasz, że grasz na pozycji, jaką wyznaczy ci trener?

– Nie, kiedy mnie tym karze.

Anders nie zrozumiał. Jak to „karze”? Challe nie był mściwy. Jeśli wciąż myślała o tej imprezie integracyjnej, to chyba wszystko poszło już w zapomnienie?

„On wie – pomyślała Charlie. – Wie o wszystkim”.

– A co słyszałeś? – Odwróciła się ku niemu.

– To znaczy? Myślałem głównie o tym, że byłaś nieco… że zbytnio się ożywiłaś. Czemu się gapisz?

– Bo odniosłam wrażenie, że wiesz o mnie rzeczy, o których ci nie opowiadałam.

– Nigdy o sobie nie opowiadasz.

– Kto puścił parę? Challe? Hugo?

– Żaden z nich. Wiem, że mieliście romans, bo kiedyś was widziałem. Wtedy, kiedy pewnie sądziliście, że wszyscy poszli już do domu. W salce konferencyjnej…

Charlie się zarumieniła. Przypomniała sobie, jak odmówiła Hugonowi, proponując, żeby lepiej pojechali do niej. Nie, żeby była pruderyjna, ale dla niej praca była wszystkim i nie miała ochoty zostać przyłapana ze spuszczonymi spodniami w sali konferencyjnej. Próbowała się opierać, ale Hugo był natarczywy. Chciał jej tam. I dotknął wszystkich właściwych miejsc, aż się poddała i zapomniała, gdzie się znajdują. A gdzieś na zewnątrz był Anders. Co widział?

– Nie widziałem wiele – odezwał się. – Na początku nie miałem pojęcia, kto to, ale potem domyśliłem się, że wy, bo wszyscy inni poszli już do domu.

– Czemu nic nie powiedziałeś?

– A co miałem powiedzieć? – Anders rzucił spojrzenie w jej stronę.

– No tak, ale do mnie, później, że wiesz.

– Pewnie pomyślałem, że sama mi opowiesz, jeśli będziesz chciała.

– W każdym razie to się skończyło.

– To dobrze – stwierdził Anders.

– A co w tym dobrego?

– Pomyślałem tylko… To znaczy… on jest przecież żonaty i…

– Powiedział, że jest nieszczęśliwy – stwierdziła Charlie. Po chwili parsknęła śmiechem, bo dopiero teraz, kiedy wymówiła to na głos, zrozumiała, jakie to wszystko jest przewidywalne. Mąż nierozumiany przez żonę. Jak to w ogóle możliwe, że mu uwierzyła?

– Poza tym nie lubię go – dodał Anders. – Między nami mówiąc, to on jest… Ma o wiele za wysokie mniemanie o sobie. Jakby mu się wydawało, że jest lepszy od innych.

Charlie mogła się tylko z nim zgodzić. Przypomniała sobie ten raz, w domku na wyspie. Ona i Hugo w łóżku. Próbował ją skłonić, żeby się otworzyła, opowiedziała o sobie. Jak dorastała i gdzie? Nie wiedział nawet, na litość boską, skąd pochodziła.

„A czy to ważne?”, zapytała wtedy.

„Nie, ani trochę”.

„No właśnie”, stwierdziła.

Ale mogła chyba mimo wszystko… mogła coś mu opowiedzieć.

„Na przykład?”

„Jakąś tajemnicę”.

Charlie powiedziała, że zrobi to, jeśli on zacznie.

Hugo ułożył się wygodnie i ze źle skrywaną dumą opowiedział, jak w młodości malował graffiti. A potem, kiedy wybuchła śmiechem, obraził się. „Co w tym śmiesznego?”, spytał.

„Nic”, odparła, ale przecież prawie każdy nastolatek zrobił kiedyś coś takiego. To raczej nie grzech śmiertelny.

A ona sama co takiego o wiele gorszego zrobiła, dopytywał Hugo.

Przez krótką chwilę chciała to powiedzieć: „Pozwoliłam kiedyś umrzeć człowiekowi”, ale potem wzięła się w garść i oznajmiła, że nigdy nie zrobiła nic nielegalnego.

Kłamstwo, uznał Hugo. Każdy kiedyś zrobił coś niezgodnego z prawem. Usiadł na niej okrakiem i chwycił jej nadgarstki jedną ręką. Opowiadaj.

Nic niezgodnego z prawem, ale miałam sporo mężczyzn, powiedziała.

Ilu? Wzmocnił chwyt i zobaczyła w jego oczach budzące się pożądanie.

Kilkuset.

Hugo się roześmiał. To dlatego tak lubił z nią być. Kochał kobiety, które go rozśmieszały.

Pamiętała, że pomyślała wtedy, że Hugo się mylił, mówiąc, jak to wspaniale zna się na ludziach. Teraz, kiedy pożądanie opadło, widziała to wyraźnie. Był właśnie takim typem mężczyzny, do jakiego miała słabość: zakłamanym, nieznającym własnych ograniczeń i pozbawionym intuicji. Więc dlaczego nie mogła po prostu zapomnieć i iść dalej?

Po dwudziestu minutach jazdy Charlie zdała sobie sprawę, że zapomniała zabrać z domu sertralinę. Czy w ogóle zażyła ją rano? Pierwsze, co będzie musiała zrobić, kiedy Anders znajdzie się poza zasięgiem głosu, to zadzwonić do lekarza i załatwić receptę. Już kiedyś popełniła błąd i z dnia na dzień przestała brać lek, i chociaż zespół odstawienia nie był aż taki straszny, jak go opisywano, miała zimne poty, mdłości i lęki. Nie chciała przeżywać tego jeszcze raz, zwłaszcza nie w trasie. Może będzie musiała nawet zwiększyć dawkę.

– Co sądzisz o tej dziewczynie? – spytał Anders.

– Za wcześnie, żeby coś powiedzieć.

– To wiem. Ale wygląda mi na taki typ, co może z własnej woli zniknąć na jakiś czas.

A potem Anders zaczął powtarzać, czego się dowiedzieli o Annabelle. Już wcześniej znikała. Może to była taka dziewczyna, której się nie szuka, dopóki nie minie jakiś czas.

– Wcześniej nie uznano jej za zaginioną – wtrąciła Charlie.

– Ale Challe powiedział przecież…

– Przeczytałam materiały, w zgłoszeniu chodziło tylko o to, że nie przyszła do domu o wyznaczonej godzinie. Spała u koleżanki i mama znalazła ją tam następnego ranka. Normalka.

– Kiedy zdążyłaś to przeczytać?

– Przeskrolowałam materiały, kiedy byłeś w toalecie.

– Nie było mnie najwyżej pięć minut.

– Szybko czytam.

– W ogóle jesteś szybka – stwierdził. – Wszystko, co robisz, robisz cholernie szybko.

Charlie pomyślała, jak często słyszy komentarze na ten temat. Sama prawie nigdy o tym nie myślała. Dopiero kiedy miała coś przeczytać razem z innymi, iść obok kogoś albo kiedy ludzie zwracali jej uwagę, że za szybko mówi, zdawała sobie sprawę, że jej tempo nie współgra z otoczeniem. Jednak wmawiała sobie wtedy, że to inni są powolni.

– Rzuciło ci się w oczy jeszcze coś interesującego? – zapytał Anders.

– To nie był żaden dom na odludziu. Ta impreza. Odbyła się w opuszczonym budynku miejscowego sklepu.

Anders chciał wiedzieć, czy to miało jakieś znaczenie.

– Czy miało znaczenie, jaki to był rodzaj budynku?

„Nie dla postronnych – pomyślała Charlie – nie dla kogoś, kto nie wypił tam swoich pierwszych drinków, pieścił się, staczał ze schodów i wymiotował na podłogi. Dla kogoś, kto wychował się w innym miejscu na świecie, nie miało to znaczenia”. Ale dla niej… dla niej znaczenie miał każdy szczegół”.

– Do diabła, czy mógłbyś spróbować jechać równiej? – odezwała się.

– Co masz na myśli? – Anders popatrzył na nią nic nierozumiejącym wzrokiem.

– To, że hamujesz i dodajesz gazu, zamiast trzymać prędkość.

– Ja tylko dostosowuję się do ruchu.

– Wcale nie. Zawsze tak szarpiesz, nawet gdy nie ma ruchu. To dlatego wolę sama prowadzić.

– W takim razie – odparł Anders – może najlepiej by było, gdybyś nocami nie chlała.

– Daj spokój.

– Mówię poważnie.

Przez wiele kilometrów jechali w ciszy. Charlie myślała o tym, jaka jest zmęczona, że powinna leżeć w domu, w łóżku, zażywszy sertralinę, dwie tabletki przeciwbólowe treo i jeden oxazepam, a zamiast tego siedziała tu, było jej niedobrze, czuła się otumaniona i jechała tam, dokąd obiecała sobie nigdy nie wracać.

6

Zatrzymali się obok przydrożnego baru. W ciemnych krzesłach i stolikach przykrytych ceratą w czerwono-białą kratkę było coś znajomego. Zamówienie przyjęła starsza kobieta. Anders przez chwilę nie mógł się zdecydować, aż w końcu wybrał to samo co Charlie: kanapkę z krewetkami.

– Nie jesteś głodna? – zapytał, kiedy Charlie, zatopiona w myślach, wlepiała wzrok w talerz.

– Wystarczy. Niepotrzebny mi tatuś.

– A kto mówi, że potrzebny?

– Po prostu nie pojmuję, czemu ludzie muszą się wtrącać. Mam trzydzieści pięć lat. Co za problem, że czasem wypiję kieliszek?

– Trzydzieści trzy.

– Co?

– Masz trzydzieści trzy.

– Nieważne.

Patrzyła, jak Anders zdejmuje z kanapki wszystkie składniki i odkłada chleb.

– Dlaczego nie jesz całej kanapki?

– Próbuję odstawić węglowodany.

– To bez sensu zamawiać kanapkę, kiedy się nie je chleba.

– Nie było wielkiego wyboru – odpowiedział, wtykając sobie listek sałaty do ust.

Zaczął mówić o tym, że nie ma nic złego w zastanawianiu się nad sobą. W końcu ma się tylko jedno życie, jedno ciało. Charlie powiedziała, że to prawda, dlatego tylko wariaci tracą czas na liczenie kalorii, treningi i cudowne kuracje.

– A mózg potrzebuje węglowodanów – dodała.

– Tu wszystko działa jak należy. – Anders popukał się palcem w czoło. – W każdym razie nie zauważyłem pogorszenia.

– Może po prostu brak ci samoświadomości. Wiesz chyba, że generalnie mężczyźni często przeceniają swoje możliwości.

– Generalnie mężczyźni – przedrzeźniał ją Anders. – Czy to czasem nie ty nienawidzisz generalizowania?

– Tylko, kiedy inni to robią, nigdy, kiedy ja sama. Pewnie dlatego, że wydaje mi się, że mam podstawy mówić to, co mówię.

– Tak się wydaje chyba wszystkim, którzy generalizują. W tym problem.

– Może i tak – przyznała Charlie. Odłożyła widelec i wstała.

– Gdzie idziesz?

– Zapalić.

– Przecież rzuciłaś.

– Zaczęłam na nowo.

Za ścianą baru mieściła się stacja benzynowa. Charlie kupiła paczkę mentolowych blendów, takich jakie paliła Betty. Stanęła pod daszkiem za stacją, bo była pewna, że zemdlałaby na słońcu.

Smak mięty przywołał wspomnienia. Widziała Betty przy kuchennym stole, z papierosem w kąciku ust, słyszała ochrypły głos Janis Joplin płynący ze starego gramofonu w salonie. W ich domu zawsze była muzyka. „Nie mogę wytrzymać w ciszy, Charline. Oszalałabym bez muzyki”.

I zakazana myśl Charlie: „Już jesteś szalona, mamo”.

Wspomnienie: ona i Betty tańczą w ogrodzie. Kwitną czereśnie, koty plączą się im pod nogami. Betty otworzyła okna na oścież, żeby było słychać muzykę.

Kiedy ma się dziewiętnaście lat i wiosną świeci słońce, rozumu ubywa. A dziewczyny powinno się zamykać w domach na klucz, kiedy zima ustępuje miejsca słońcu i wiośnie4.

Betty jest mężczyzną, a ona kobietą.

„Nie zapominaj, że to mężczyzna prowadzi”, mówi surowo Betty.

A kiedy Charlie pyta, dlaczego tak jest, Betty wzrusza ramionami i mówi, że nie wie, że to tylko taka głupia zasada. I, do diabła, reguły są po to, żeby je łamać, więc jasne, może prowadzić.

Betty śmieje się z jej stóp, że są jak pociski nakierowane na jej palce. „Rozluźnij się, musisz się rozluźnić”.

Ale Charlie nie umie. Jest napięta i rozluźniona nie w tych miejscach, co trzeba.

„Nie będzie z ciebie tancerki, Charlie”.

„Mówisz, że mogę zostać, kim chcę”.

„Kim chcesz, tylko nie tancerką, kochanie”.

Charlie zaciągnęła się głęboko. Nie była już tą chudą nastolatką, która wyjechała ze wsi prawie dwadzieścia lat temu. Nawet dialekt straciła. „A mimo to – pomyślała – mimo to tyle we mnie zostało”. Myślała o ludziach, z którymi była wtedy blisko, zastanawiała się, kto tam jeszcze został, a kto odszedł. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, a wszyscy, z którymi się spotykała, byli zgodni co do tego, że wyjadą z Gullspång przy pierwszej nadarzającej się okazji. To z powodu nudy, braku perspektyw i tego, że marzenia mieszkały w miastach. Pomyślała o Susanne, która kiedyś była jej najlepszą przyjaciółką, one obie w oknie pokoju Betty w Lyckebo, dyndające nogi obijające się o drewniane panele, rodzice, którzy śmiali się, wrzeszczeli i zataczali w ogrodzie.

„Tylko my jesteśmy tu dorosłe, Charlie”.

A potem obraz ich dwójki na płycie pod zaporą, nagie opalone ciała, Susanne patrząca spod przymrużonych powiek pod słońce, ze szkicownikiem w ręku. „Wkurza mnie, że nigdy nie mogę narysować cię tak, jak wyglądasz naprawdę. Nie, nie wolno ci patrzeć, nie skończyłam, przestań!”

Charlie wyrywa jej blok z ręki.

„Narysowałaś mnie o wiele piękniejszą, niż jestem!”

„Jeszcze nie skończyłam!”

„No to skończ”.

Charlie nachyla się nad ramieniem Susanne, która ostrożnie dodaje bliznę przy oku, a poniżej kropkę, tak że teraz przypomina znak zapytania.

„Jesteś zagadką, Charline Lager”.

Susanne… Charlie zostawiła ją bez słowa pożegnania.

Dlaczego?

Bo nienawidziła pożegnań.

Charlie zamknęła oczy, oparła głowę o ścianę budynku za plecami i ujrzała siebie tej nocy w lesie, bosą, krzyczącą, potykającą się.

– Ile zamierzasz właściwie wypalić? – Anders pojawił się nagle tuż przed nią. – I co ty sobie myślisz, stojąc tak blisko pomp z paliwem?

– Wcale nie tak blisko.

– Idę na kawę.

– Zaraz przyjdę – powiedziała Charlie. – Tylko wypalę.

Zanim weszła do budynku stacji, wzięła telefon i zadzwoniła do swojej przychodni. Poirytowana wybierała kolejne opcje na klawiaturze, mając nadzieję, że do niej oddzwonią. Naprawdę potrzebowała tej recepty.

– Jesteś jakaś cicha – stwierdził Anders.

Wzięli ze sobą kawę do samochodu.

– Myślę – odparła.

– O czym?

– O wszystkim. – Boże, dlaczego nie mogła sobie porozmyślać w spokoju.

Zadzwonił jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz, na którym pojawiła się litera H. Denerwowało ją, że to wciąż dawało jej nadzieję. Miłość czy pożądanie, czy co to tam było, naprawdę działały ogłupiająco na człowieka.

– Jeśli nie zamierzasz odebrać, to chociaż wyłącz dzwonek – poprosił Anders.

Wyłączyła dźwięk. Po kilku sekundach przyszła wiadomość z poczty głosowej. Nie mogła się powstrzymać, żeby jej nie odsłuchać.

– Hej, to ja. Wydaje mi się, że powinniśmy pogadać. Chodzi o Annę. Znalazła moją komórkę i zrobiło się cholerne zamieszanie, i… powiedziałem jej, że to tylko niewinny flirt, że już się nie spotykamy, ale mi nie wierzy i chce do ciebie zadzwonić, i… No tak, byłoby dobrze, gdybyś mogła się odezwać jak najszybciej.

„Do diabła ciężkiego”, pomyślała Charlie, odkładając telefon do torebki.

– Kto to był? – zapytał Anders.

– Musisz to wiedzieć?

– Pomyślałem, że może z pracy.

– Powiedziałabym ci chyba.

– Mam wrażenie, że jesteś jakaś tajemnicza – uznał. – To znaczy bardziej niż zwykle.

– Chodzi o to miejsce – odpowiedziała. – Gullspång. Mieszkałam tam.

– Jak to?

– Tak to. Kiedyś tam mieszkałam.

– I dopiero teraz to mówisz? – Anders spojrzał na nią z taką miną, jakby oszalała.

– To było wieki temu.

– To chyba bez znaczenia. A więc to tam dorastałaś?

– Tak.

– I jak było?

– Pewnie jak w każdej innej małej szwedzkiej miejscowości. Młode matki, stomatologia na niskim poziomie, bezrobocie. Nie byłam tam od prawie dwudziestu lat.

– Czemu?

– Pewnie nie miałam ochoty. – Pomyślała, że popełniła błąd, mówiąc o tym Andersowi, ale jeśli ktoś tam, wbrew oczekiwaniom, by ją rozpoznał, to chyba lepiej było wcześniej o tym wspomnieć.

– Znasz tę dziewczynę?

Pokręciła głową. Jak miałaby ją znać, skoro Annabelle nie było jeszcze na świecie, kiedy Charlie się stamtąd wyprowadziła?

– Kiedy to było?

– Dawno temu. Miałam tylko czternaście lat.

– I wtedy przeniosłaś się do Sztokholmu?

– Tak.

– Tylko ty? – Anders spojrzał na nią.

– Tak, w domu było ciężko. Trafiłam do rodziny zastępczej. Mógłbyś z łaski swojej patrzeć na drogę?

– Dlaczego nic nie powiedziałaś?

– To nie jest nic, o czym bym bez przerwy myślała, i wybacz, ale nie mam ochoty rozmawiać na ten temat.

Ale Anders zdawał się nie rozumieć. Chciał wiedzieć, jak jej było w rodzinie zastępczej. No tak, ale przecież tyle się opowiada strasznych historii o nastolatkach, którzy trafili do takich rodzin.

– Dałam sobie radę – odpowiedziała.

– A więc to pierwszy raz od tamtego czasu?

– Tak.

– A twoi rodzice?

– Tylko mama, ale już tam nie mieszka.

Wzięła duży łyk kawy i pomyślała o domu w Lyckebo. Kilka miesięcy temu zadzwonił ktoś z gminy i zasugerował, że może Charlie powinna go sprzedać, przyjechać, wyremontować, a potem znaleźć kupca. Ale to był jej dom i mogła z nim zrobić, co chciała. I nawet jeśli był w ruinie, to chyba sąsiedzi się nie skarżyli? To jej problem i nikogo innego.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Annabelle 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny