Damy polskiego imperium

Damy polskiego imperium

Autorzy: Kamil Janicki

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 29.99 zł

Kontynent pustoszony zarazą, jakiej ludzkość jeszcze nie widziała. Czasy naznaczone upadkiem najpotężniejszych rodów. Epoka potrzebująca prawdziwych bohaterek. Kobiet zdolnych położyć podwaliny nowego polskiego imperium.

Bez Jadwigi nie byłoby królestwa. Gdy męża wygnano z kraju, to na jej barki spadła walka o przetrwanie dynastii. Gdy zaś wróg stanął u bram Wawelu, ona osobiście dowodziła ostatnim bastionem Piastów.

Elżbieta nie zasłaniała się żadnym mężczyzną. Straciła dłoń, broniąc rodziny przed atakiem oszalałego zamachowca. A gdy jej brat umarł, to ona stała się ostatnią nadzieją królestwa. I jedyną w historii Polski kobietą, która nikomu nie oddała choćby krztyny swej władzy.

Jadwiga Andegaweńska po prababce odziedziczyła nie tylko imię, ale też hart ducha. Zrobiono z niej króla, licząc, że będzie bezwolną marionetką. Ale to ona utorowała drogę do polskiej potęgi.

Pokora, pobożność i nieposkromiona ambicja. Przełomowy moment dziejów. I wybitne damy, bez których nie byłoby Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Najnowsza książka autora bestsellerowych Dam złotego wieku i Żelaznych dam.

Dla Mamy.

Mojej Elżbiety Łokietkówny

W CIENIU PIERWSZEJ MONARCHINI

NIEZAWODNA ŻONA

WŁADYSŁAWA ŁOKIETKA I JEJ CÓRKA

Kraków, połowa sierpnia 1385 roku

– Nie będę powtarzać po raz drugi… – wycedziła przez zęby Jadwiga. Ręce jej drżały, twarz miała rozpaloną, oczyma miotała błyskawice. Z sykiem wypuściła z płuc powietrze, wzięła jeszcze jeden głęboki oddech i, wbrew zapowiedziom, ponowiła rozkaz: – Macie natychmiast otworzyć bramę. Kara spotka każdego, kto mi się sprzeciwi…

Głos miała donośny. A gdyby nawet taki nie był, to i tak każdy usłyszałby, co ma do powiedzenia. Gwardziści i dworzanie nie ważyli się otworzyć ust, zagłuszyć jej, zaprotestować. Stali w szeregu na skraju dziedzińca, odgradzając swoją panią od ciężkich dębowych wrót Wawelu. Z oddali scena mogła wydawać się groteskowa. Jedenastoletnia dziewczynka o złocistych włosach opadających puklami na ramiona grozi całej gromadzie dorosłych mężczyzn. Z bliska jednak obraz nie budził żadnej śmieszności. Rozwścieczona nastolatka odznaczała się posturą dorosłej niemal kobiety. Rysy miała stanowcze, ton głosu władczy. Przede wszystkim zaś: była królem. Nie królową, nie małżonką władcy, ale właśnie pełnoprawnym monarchą, jednoosobowo odpowiedzialnym za losy kraju. Formalnie wciąż jeszcze uchodziła za dziecko. Pełnoletnia, przynajmniej w świetle prawa i obyczaju, miała się jednak stać już za kilka miesięcy. I każdy, kto ośmielił się jej sprzeciwić, musiał brać po uwagę, że wkrótce spadnie na niego najprawdziwsza furia.

Z oczu strażników dało się wyczytać wahanie. Może nawet któryś wycofał się, pospiesznie znikając sprzed oblicza Jadwigi. Pozostali z zebranych też się odsunęli, rozluźniając rozciągnięty wokół monarchini kordon. Nikt ich nie dyscyplinował. Dostojnicy, którzy nakazali zatrzymanie władczyni, wiedzieli, że ich obecność przy samej bramie nie jest na dobrą sprawę konieczna. Wierzeje były zatrzaśnięte, kołowrót zablokowany, klucze ukryte. Nikt nie mógł przedostać się na drugą stronę fortyfikacji, chyba że gotowy był rzucić się w przepaść z wielometrowych wałów. Jadwiga doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Ale nie zamierzała się godzić, by po raz kolejny podejmowano decyzję w jej imieniu. Od niemal roku tkwiła w złotej klatce. Traktowano ją jak rekwizyt, jak piękną wizytówkę królestwa, ale uparcie nie liczono się z jej zdaniem.

– Dość… – niemal krzyknęła. I nie miała na myśli wyłącznie sceny rozgrywającej się przed jej oczami, ale wszystko, co spotkało ją w ciągu ostatnich tygodni i miesięcy. Podniosła głos jeszcze bardziej, stanowczo oznajmiając:

– Nikt, a już na pewno nikt z was, nie będzie mi mówić, kogo wolno mi wpuszczać do łóżka!

Szmer oburzenia i konsternacji przetoczył się wśród zebranych. Ktoś żachnął się, słysząc takie słowa z ust królowej. Ktoś wyszeptał: „Boże, broń…”. Ale Jadwiga nie zamierzała słuchać, co wielcy panowie i ich pomagierzy mają do powiedzenia. Za długo już zgadzała się milczeć i być posłuszną. Teraz zwróciła się nie do strażników swojego pięknego więzienia, nie do nadętych i zawsze wiedzących lepiej urzędników, ale do służących, pokojowców. Ludzi, których wielka polityka niewiele obchodziła. I którzy to jej samej byli bezgranicznie wierni. Rozkaz był krótki.

– Przynieście mi siekierę – zażądała. Nie chciano jej usłuchać? Dobrze. W takim razie weźmie sprawy we własne ręce. I osobiście utoruje sobie drogę do wolności, rąbiąc bramę w drzazgi.

W tej konkretnej chwili Jadwiga nie marzyła o niczym innym, jak tylko o ucieczce z Wawelu. Nie pamiętała, że o ten bastion władzy przez całe dekady walczyła jej babka Elżbieta i że to za jego murami kryła się ona w sądnym dniu, gdy rozwścieczony tłum począł mordować jej pobratymców. Tym bardziej nie przeszło jej przez myśl, że siedemdziesiąt lat wcześniej na tym samym miejscu stała jej prababka i imienniczka. Tamta kobieta nawet nie myślała o umykaniu z twierdzy. Wawel był dla niej zwieńczeniem życiowych planów. I jedyną nagrodą, o którą naprawdę warto było walczyć.

Smutna i tajemnicza. Jadwiga Andegaweńska

na niepublikowanym szkicu Jana Matejki.

Domena publiczna

Niskie ambicje

O tym, co działo się przed narodzinami Elżbiety, matka nie chciała opowiadać. Nazbyt bolesne i poniżające były to doświadczenia. Księżna Jadwiga pochodziła z linii władców Wielkopolski. Często pisze się o niej Jadwiga Kaliska, bo to właśnie w grodzie nad Prosną jej ojciec najdłużej utrzymywał się u władzy. Zmarł, gdy księżniczka była zaledwie paroletnim dzieckiem, nie mógł więc wpłynąć na jej małżeństwo i dalsze losy. Decyzją krewniaków rękę Jadwigi oddano Władysławowi, już za życia nazywanemu „Łokciem” czy też „Łokietkiem”. Zgodnie z przydomkiem, był to człowiek bardzo niskiego wzrostu. Mizernej posturze towarzyszyły jednak wielkie ambicje i awanturnicza natura. Łokietek swoją karierę zaczynał jako książę mikroskopijnego państewka na Kujawach. Nawet tam nie miał zresztą pełnej władzy, bo tron musiał dzielić z młodszym bratem, Kazimierzem. Jak wiele innych książątek rozczłonkowanej Polski dysponował władztwem tak małym, że wyszedłszy na wieżę swojego zamku, był w stanie sięgnąć wzrokiem aż po granice sąsiedniego księstwa. Całe jego wojsko dało się pomieścić w jednej sali, a skarbiec, zasilany podatkami ściąganymi z nie więcej niż kilkuset zagród, permanentnie świecił pustkami. W kraju nie brakowało dostojniejszych książąt. Gdyby sporządzić ich ranking według posiadanych wpływów i prestiżu, Łokietek pewnie nie załapałby się nawet do pierwszej dziesiątki. Karty rozdawali Henryk Probus rządzący Wrocławiem, Przemysł II panujący nad Wielkopolską i może jeszcze książę płocki Bolesław. Łokietek wiedział jednak, jak wkradać się w łaski potężniejszych sąsiadów, jak korzystać wszędzie tam, gdzie bije się dwóch ludzi lepiej umocowanych od niego. I jak ryzykować, choćby głową, o ile stawka jest tego warta.

W 1289 roku wydawało się, że za sprawą siły woli i bezczelności Władysław dotrze na sam szczyt. Jego armia stanęła pod Krakowem. Miastem, które po stu pięćdziesięciu latach od rozbicia państwa na dzielnice wciąż było uważane za najważniejszy punkt Polski. Za gród, w którym koncentruje się władza, który każdemu suwerenowi przydaje autorytetu. A nawet: pozwala marzyć o odwróceniu biegu dziejów, zjednoczeniu kraju i włożeniu królewskiej korony. Miejsce to miało znaczenie tym większe, że krakowski tron pozostawał pusty. Lokalny książę, Leszek Czarny, zmarł nagle, nie sporządziwszy testamentu. Nie miał też żadnych synów zdolnych przejąć schedę. W efekcie rozpoczął się paniczny wyścig po władzę między całą kawalkadą książąt. W pierwszej chwili Łokietek w ogóle się w tej rywalizacji nie liczył. Występował nie jako samodzielny gracz, ale wyłącznie sojusznik silniejszych członków piastowskiego rodu. W politycznych projektach nie tylko nie przewidywano dla niego żadnego tronu, ale nawet – żadnej znaczącej nagrody za udział w wojnie. Na dobrą sprawę w ogóle nie dostrzegano jego obecności.

Łokietek sprytnie wyzyskał ten fakt, wierząc, że miejscowe elity prędzej opowiedzą się za początkującym księciem niż za kimś, kto ma już doświadczenie w tłamszeniu opozycji i w ograniczaniu roli doradców. Kujawianin wykiwał swoich protektorów i rzeczywiście zjednał sobie poparcie jednej z małopolskich fakcji politycznych. Ku powszechnemu zaskoczeniu Kraków znalazł się w jego rękach. I choć nie udało mu się zdobyć ufortyfikowanego Wawelu ani na dłużej utrzymać w grodzie Kraka, to Łokietek już zdołał wyrobić sobie renomę i awansować do czołówki polskich książąt. W tej właśnie przepojonej żądzą władzy, podlanej zdradą i podstępem atmosferze doszło do ślubu niespokojnego księcia z dziedziczką wielkopolskich tytułów. Związek miał wzmocnić Łokietka, a Jadwidze Kaliskiej zapewnić dostatnią przyszłość u boku coraz silniejszego dynasty. O ile jednak do roku 1289 niskiemu władyce nieodmiennie sprzyjała fortuna, to ledwie stanął na ślubnym kobiercu, a szczęście natychmiast postanowiło się od niego odwrócić. Każdy kolejny sukces, zamiast chwały, przynosił coraz to nowsze trudności i kompromitacje. Kraków niespodziewanie wpadł w ręce nawet nie któregoś z dalszych, piastowskich krewniaków, ale – coraz bardziej pazernej czeskiej dynastii Przemyślidów. Łokietek zdobył bogaty Sandomierz, jednak to trofeum tylko wystawiło go na atak najeźdźców z południa. Wojna była krótka, acz wyjątkowo bolesna dla ambitnego nowicjusza. Łokietek stracił terytorialne nabytki, wycofał się aż do Sieradza i podjął straceńczą obronę przed Czechami. Wzięto go do niewoli, zmuszono do poniżających ustępstw.

Ego księcia było boleśnie posiniaczone. Los tymczasem postanowił raz jeszcze z niego zadrwić. W 1296 roku, po tym jak w zamachu zginął jeden z jego najbliższych sojuszników, Łokietek przejął władzę w Wielkopolsce. Nagle należała do niego cała niemal północna część kraju i na nowo można było podjąć plany stawienia oporu Czechom. A przynajmniej tak się przez krótką chwilę wydawało. Awans, zamiast poprawić sytuację Łokietka, naraził go tylko na nowe cięgi. Jadwiga z przerażeniem obserwowała, jak w gruzy sypie się cała jej rzeczywistość. Jej mąż w 1299 roku był najsilniejszym z Piastów. A już w 1300 stracił wszystko. Każdą ziemię, każdy majątek i tytuł. Czesi przegnali go z kraju niczym jakiegoś bandytę. Łokietka czekała tułaczka, która zrodzi przeróżne legendy. Nawet po całych stuleciach będzie się opowiadać, że książę znalazł schronienie w tajemniczej grocie nieopodal Ojcowa albo że zawędrował do samego Rzymu. W rzeczywistości o jego wojażach niewiele wiadomo. Łokietek znika z horyzontu, pozostawiając żonę na pastwę losu, bez środków do życia, bez perspektyw i jakiegokolwiek wsparcia.

Jadwiga zmuszona jest samodzielnie stawić czoła przeciwnościom. Ukrywa się przed Czechami, wiedząc, że ci nie omieszkają wtrącić jej do lochu, wykorzystać do swoich gierek politycznych lub do zaszantażowania Łokietka. Księżna, przyzwyczajona do usługującej służby, teraz udaje zwyczajną włościankę. Schronienie znajduje w osadzie Radziejów na Kujawach. Pod swój dach przygarnia ją mieszczanin Gerek – jeden z niewielu ludzi wciąż wiernych przegnanemu księciu. Mijają lata, a Jadwiga obserwuje, jak Czesi coraz odważniej poczynają sobie nad Wisłą i Wartą. Ich pan Wacław II koronuje się w katedrze gnieźnieńskiej na polskiego króla. Dzieli państwo wedle własnego uznania, władzę w poszczególnych prowincjach oddając w ręce obcokrajowców. Wydaje się niekwestionowanym zwycięzcą. Dla Jadwigi to najciemniejszy okres życia. Nie chodzi tylko o biedę i brak perspektyw. Księżnej nieodmiennie musi też towarzyszyć strach. Ma małe dzieci, nie posiada majątku ani krewnych gotowych się za nią opowiedzieć. Zdana jest na dobrą wolę swojego gospodarza, która w każdej chwili może się przecież wyczerpać. Nawet jeśli w pierwszych miesiącach jest traktowana z szacunkiem godnym władczyni, to po kilku latach staje się tylko coraz bardziej kłopotliwym balastem. Niewykluczone, że musi pracą własnych rąk zarabiać na lokum i na utrzymanie w tajemnicy swojej tożsamości. Czy Łokietek kiedykolwiek się z nią kontaktuje? Czy zdradza jej swoje zamierzenia, podnosi ją na duchu? Czy chociaż daje znać, że wciąż żyje? Nie wiadomo. Bardzo możliwe, że jego powrót jest dla Jadwigi równie wielkim zaskoczeniem, co dla dawnych poddanych. A już szczególnie – dla Wacława II.

Łokietek pod Ojcowem Wojciecha Gersona.

Piękna legenda, ale czy cokolwiek więcej?

Domena publiczna

Łokietek pojawia się w Polsce w roku 1304. Wykorzystuje rosnące niezadowolenie z obcych rządów i polityczne problemy króla Czech i Polski. Wie, że Wacław wplątał się w spór z papieżem. I to spór z kategorii tych, które niezwykle trudno przeciąć. Wzrost wpływów Czecha jest nie w smak Stolicy Apostolskiej i najpotężniejszym dynastiom kontynentu. Zepchnięty do defensywy król nie jest w stanie interweniować na rubieżach swojego rozległego państwa. Łokietek dostrzega przerwę w obronie, wykorzystuje okazję i zajmuje małopolską Wiślicę. Stąd rozpoczyna powolną walkę o odzyskanie dawnej pozycji. A przy tym – o odzyskanie swojej rodziny.

Spotkanie z Jadwigą nie może nastąpić natychmiast. Jeśli ryzyko towarzyszyło księżnej przez ostatnie lata, to teraz – gdy Łokietek na nowo zaczął mieszać szyki Wacławowi – tylko wzrosło. Wiślicę dzieli od Radziejowa trzysta kilometrów, nadzorowanych przez wiernych Czechom starostów. Nie brakuje na tych ziemiach lojalistów i kombinatorów, zdolnych zrozumieć, że najbliżsi obalonego księcia to skarb pozwalający zbić prawdziwą fortunę. W końcu tylko schwytanie rodziny wojowniczego dynasty może skłonić go do złożenia broni.

Księżna czeka, a jej mąż przez kolejne tygodnie i miesiące toczy wojnę o to, by dotrzeć na Kujawy. Nie wiadomo, kiedy dokładnie widzą się po raz pierwszy. Okoliczności spotkania też pozostają tajemnicą. Znamy tylko jego bezpośrednie skutki. Dziewięć miesięcy później, już w roku 1305, rodzi się córka książęcej pary, Elżbieta.

Cena niewdzięczności

To nie był czas na zmiany, na wychylanie nosa poza bezpieczną kryjówkę i podejmowanie zbędnego ryzyka. Bardzo więc możliwe, że Elżbieta przyszła na świat w miejscu, w którym ostatnie lata spędziła jej matka. Pod dachem gospodarza Gerka. Zapewnienie Jadwidze opieki podczas porodu i po rozwiązaniu było ostatnią z przysług wiernego mieszczanina. Nie pozostała ona bez nagrody. Gdy tylko sytuacja nieco się uspokoiła, Łokietek przekazał Gerkowi władzę w Radziejowie, mianując go wójtem miasta i przyrzekając, że ten intratny urząd przejdzie na jego potomków.

Jakiekolwiek wspomnienia z życia w Radziejowie musiały zatrzeć się w umyśle Elżbiety. Jeśli sięgała pamięcią do lat dzieciństwa, to stawał przed nią obraz nie kujawskiej mieściny, ale… zakonnic w długich habitach. Jej matka była kobietą surowego obyczaju i niezwykłej religijności. Lata poniewierki tylko pogłębiły przywiązanie księżnej do zasad wiary i do zakonnego rygoru, tak że niektórzy historycy nazywają ją wprost dewotką. Przywiązanie do Kościoła przechodziło zresztą w rodzinie Jadwigi Kaliskiej z pokolenia na pokolenie. Dziadek małej Elżbiety, Bolesław, nieprzypadkowo nosił przydomek „Pobożny”. Babka Jolenta została uznana za błogosławioną. O to, by dziewczynka poszła w ślady przodków, miały teraz zadbać siostry ze zgromadzenia klarysek w Starym Sączu. Zakon ten kierował się bardzo restrykcyjną regułą, a jego członkinie wiodły żywot w odcięciu od brudów doczesnego życia. Polecono im, by wzięły pod swoje skrzydła małą Elżbietę, dorastającą na wawelskim wzgórzu.

Stary Sącz na rysunku Napoleona Ordy.

Czy to tutaj lekcje pobierała mała Elżbieta?

Domena publiczna

Książęca córka uczyła się modlitw i poznawała tajniki łaciny. Za sprawą pobożnych tutorek nie miała żadnych problemów z czytaniem, a pewnie też potrafiła samodzielnie stawiać znaki na pergaminie. Wkuwając na pamięć kolejne psalmy, kontemplując zasady wiary i zgłębiając prawidła etykiety, niewiele jednak mogła słyszeć o świecie polityki. Wiedziała oczywiście, że konkurent jej ojca, Wacław II, bardzo szybko zmarł na gruźlicę, a jego jedyny syn, Wacław III, został podstępnie zadźgany. I to jeszcze zanim zdążył pójść w ślady taty i koronować się na polskiego króla. Słyszała pewnie nawet plotki, wedle których to sam Władysław Łokietek stał za skrytobójczym mordem. Zagmatwane wydarzenia kolejnych lat musiały już jednak umykać jej pełnemu zrozumieniu. Ojciec stale prowadził walkę o zjednoczenie kraju pod swoim panowaniem. Srożył się na własnych, niewystarczająco wiernych poddanych, wchodził w spory z Brandenburczykami, rzucił rękawicę Krzyżakom, którzy podstępem zajęli Pomorze Gdańskie. A wreszcie – wszedł w paradę dynastii Luksemburgów, która przejęła władzę w Czechach po wytępionych Przemyślidach. Słowem, wiecznie był zajęty i wiecznie nieobecny w życiu swoich dzieci.

Dużo więcej Elżbieta musiała wiedzieć o działalności matki. To księżna Jadwiga odpowiadała za jej właściwe wychowanie, kontrolowała postępy w nauce i dokładała starań, by dać godny przykład córce. Ona też była jej niezawodną obrończynią. Elżbieta wiedziała, że nawet w najtrudniejszych chwilach mama sprawi, że wszystko będzie dobrze. Dowodów nie trzeba było szukać daleko. Wystarczało wspomnieć burzliwy rok między majem 1311 a czerwcem 1312 roku. Księżniczka miała sześć, siedem lat, nie mogło jednak umknąć jej uwadze, jak bardzo zdenerwowani są wszyscy doradcy ojca, jak mało czasu poświęcają jej rodzice i jak wielu ludzi pilnuje każdego jej kroku. Na Wawelu, który dotąd stanowił ogromny plac zabaw małej dziewczynki, zaczęło się robić straszliwie duszno. Wszędzie kręcili się uzbrojeni po zęby żołnierze, Elżbieta słuchała ciągłych napomnień i ostrzeżeń, a zabarykadowane bramy i przejścia sprawiały, że czuła się jak w rozległym, ale jednak więzieniu. Nie mogła oczywiście rozumieć, co właściwie się dzieje. A księżna Jadwiga raczej nie chciała straszyć sześciolatki informacją, że władza jej ojca znowu zawisła na włosku.

Bez Krakowa pozycja Łokietka była żadna. Mieszczanie dobrze o tym wiedzieli. Wielu było zdania, że z wciąż słabego księcia trzeba wyciskać kolejne przywileje i dobra. Obławiać się i obrastać w piórka, wykorzystując status niekwestionowanej stolicy. Byli też jednak tacy, którzy wybiegali dalej w przyszłość. Łokietek to już nie był żaden nieporadny chłoptaś. Dało się poznać, że przy pierwszej okazji zacznie dokręcać śrubę poddanym. I nie przestanie, aż ucichną wszelkie głosy sprzeciwu. O ileż lepiej – myślano – wyglądałaby sytuacja, gdyby tron na powrót objął obcy monarcha, niemający czasu na wtykanie nosa w lokalne sprawy! A do tego władca, któremu podlegałyby wielkie ośrodki handlu i który mógłby otworzyć dla Krakowa szlaki kupieckie, znieść cła, utorować elitom metropolii drogę do bogactwa? Sny o potędze niepostrzeżenie przepoczwarzyły się w zupełnie poważne plany. Książę nawet się nie spostrzegł, a z rady miasta wygryziono wszystkich jego stronników. Pełną kontrolę nad stolicą przejął miejscowy wójt Albert. I ogłosił otwarty bunt przeciwko władcy.

Kraków wypowiedział posłuszeństwo Łokietkowi. Jego śladem poszły Wieliczka, Sandomierz. Do rebeliantów dołączyli też mnisi z dwóch wpływowych klasztorów, w Miechowie i Jędrzejowie. Albertowi zamarzyło się, że do objęcia tronu wezwie króla Czech, Jana Luksemburskiego. Człowieka, który i tak twierdził, że to on jest legalnym następcą Wacławów II i III. A tym samym: jedynym godnym kandydatem na króla Polski. Wójt roił sobie, że w efekcie wszystkich tych działań stosunki na nowo ułożą się w sposób, za którym tęskniło wielu mieszczan. Sąsiedzi z południa obejmą Wawel, Kraków odzyska pełną niezależność, a trakty na Śląsk i do Kotliny Czeskiej staną otworem. Oczywiście przy okazji trzeba by zmusić Łokietka do ponownej banicji, a jego żonę – do poszukania sobie jakiegoś nowego Radziejowa i kolejnego naiwnego lojalisty pokroju Gerka. Taki scenariusz bardzo się podobał krakowskim rajcom. Trudniej było się z nim jednak zgodzić Jadwidze. Ona za żadne skarby nie zamierzała znów żegnać się z książęcym życiem, władzą i poczuciem własnej godności. Wiedziała, że nie może zrobić nawet jednego kroku w tył.

W walce z buntownikami rola władczyni okazała się nawet ważniejsza od tej, którą wziął na siebie Łokietek. Książę opuścił Wawel i ruszył w stronę Nowego Sącza, by zebrać wierne sobie oddziały oraz zawezwać sojuszników. Mieszczanie liczyli na to, że pod nieobecność Piasta nikt nie stawi im oporu. Przypuścili decydujący szturm na wawelską fortecę. Tak, by Łokietek już nie miał do czego wracać. Bardzo musieli się zdziwić, gdy wyszło na jaw, że zamek wcale nie jest pozbawiony obrońcy. Rolę dowódcy garnizonu wzięła na siebie Jadwiga. I już się postarała, by atak zakończył się sromotną klęską.

Informacja o tym, że matka uratowała rodzinę i przyszłość dynastii, mogła dotrzeć do małej Elżbiety dopiero po paru latach. Łokietkowi nikt jednak nie musiał wykładać zasług małżonki. Zdaje się, że autorytet Jadwigi – już wcześniej znaczny – teraz dosłownie poszybował w górę. To nie książę wydał najważniejszy dokument rzucający światło na historię buntu wójta Alberta. Zrobiła to właśnie księżna. Dzięki temu wiemy, że sukces Jadwigi nie miał wyłącznie militarnego charakteru. Fakt, że Łokietek w chwili najcięższej próby mógł się oprzeć na mieszkańcach Sącza, też wypada powiązać z władczynią. Sądecczyzna tradycyjnie podlegała paniom Wawelu i stanowiła ich oprawę na wypadek śmierci mężów. Jadwiga była więc zwierzchniczką tutejszych miast, a dodatkowo – protektorką bliskiego jej i posiadającego ogromne wpływy na południu kraju zgromadzenia klarysek. W zachowanym dyplomie księżna utyskuje na krakowian, którzy „małżonka naszego miłego, nas i dzieci nasze wiarołomnie odstąpili”. „Innego księcia nam na zagładę i wygnanie z państw naszych wprowadzić usiłują” – podkreśla w chwili, gdy losy jej panowania wciąż pozostają niepewne. Jadwiga mogła żalić się sądeczanom, bo oni pozostawali jej stuprocentowo wierni. Właśnie dla nich przeznaczone były dokument i powiązane z nim nagrody. „Wspomniani mieszczanie sądeccy, nie chcąc brać udziału w zdradach, jako mężowie prawi i stale nam oddani, niewzruszonymi się okazali” – podkreśliła Jadwiga. I zwolniła lojalnych poddanych z należnych sobie podatków.

Jeśli chodzi o krakowian, księżna rzecz jasna nie ograniczyła się do słów. Zemsta monarchini była straszna. W lokalnej kronice czytamy, że prowodyrów buntu Łokietek „okrutnie włóczył końmi i przywleczonych poza miasto na szubienicy w pożałowania godny sposób zawiesił. Tam miały zwłoki ich wisieć tak długo, dopóki zgniłe ścięgna nie rozwiązały spojenia kości”. Kara dosięgła całą radę miejską. Książę zlikwidował urząd wójta, rządzącego dotąd stolicą, i przejął pełną kontrolę nad metropolią. To były ciemne dni dla krakowskich Niemców. Podobnie jak większość polskich miast tej epoki także gród Kraka był ośrodkiem opanowanym przez przybyszy z Rzeszy. Oni właśnie rozdawali karty w lokalnej polityce, oni posiadali największe majątki. Oni wreszcie podżegali do rebelii. Inny rocznik podaje, że zająwszy miasto, żołnierze Łokietka kazali każdemu schwytanemu mężczyźnie mówić: „Soczewica, koło miele młyn”. Jeśli nie był w stanie wypowiedzieć słów – a tym samym zdradzał, że nie jest Polakiem – zabijali go na miejscu. Relacja na pewno jest przesadzona. Gdyby karę odniesiono do każdego mieszczanina, zgermanizowany Kraków zupełnie by się wyludnił. Nie znaczy to jednak, że obeszło się bez zbiorowych mordów. Po prostu książę wiedział, w którym momencie powiedzieć „Stop”, a tym samym – nie unicestwić najważniejszego miasta w kraju.

Sam wójt Albert uratował głowę, kolejne lata spędził jednak w lochu, z dala od Krakowa. Jego losy splotły się ściśle z historią księżnej Jadwigi. Zachowała się rzewna pieśń o jego zrywie i o karze, być może ułożona przez jakiegoś przyjaciela buntownika. W utworze wójt występuje pierwszoosobowo, żaląc się na swoją katorgę. Przyznaje, że „nie podźwignął się już” po rebelii i nie zdołał powrócić do rodzinnego miasta. Wszystko zaś… na skutek gniewu księżnej pani. „Byłem bowiem oskarżony o niewdzięczność wielką wobec monarchini polskich ziem” – brzmią oddane prozą słowa pieśni.

Pieczęć królowej Jadwigi. To właśnie dokumenty monarchini

pozwalają zrozumieć kluczowe momenty dziejów zjednoczonego królestwa.

Domena publiczna

Najdroższy papież

Dzięki matce Elżbieta wiedziała, że buntownikom nie wolno ustąpić choćby piędzi ziemi. I że nie trzeba wcale być mężczyzną, by obronić swój dom przed nawet najbardziej zapalczywym adwersarzem. Wreszcie zaś: że krakowscy mieszczanie są niebezpieczni, ale nie mogą czuć się bezkarni. Lekcje na tym się nie kończyły. Największe sukcesy Łokietka były udziałem kolejnych lat. Również wtedy Jadwiga nieodmiennie stała u boku swego męża. Gdy książę w 1314 roku na powrót zajął Wielkopolskę, małżonka pomagała mu jednać stronników i tłumić protesty. Bądź co bądź, była córką jednego z ostatnich niezależnych książąt tej krainy. Jej rodowód wiele znaczył w Poznaniu czy Gnieźnie, a jeszcze więcej w Kaliszu.

Jadwiga dawała córce wzór politycznej aktywności. Oczywiście edukacja Elżbiety koncentrowała się nie tyle na sztuce rządzenia, co przede wszystkim na modlitwach i służbie Bogu. Wiara i władza były jednak w XIV-wiecznej Polsce obszarami niemożliwymi do rozdzielenia. A ludzie Kościoła należeli do grona najbardziej przebiegłych i wpływowych polityków. Para książęca nieraz musiała wchodzić w konflikty z przedstawicielami zakonów, kanonikami, opatami. Szczególnie osobliwy spór dotyczył księżnej Kingi, dawnej krakowskiej władczyni panującej w drugiej połowie XIII stulecia. Jadwiga była jej siostrzenicą i w młodości miała okazję dobrze poznać szacowną, choć już owdowiałą i emerytowaną krewniaczkę. Także Łokietek utrzymywał ze starą księżną względnie zażyłe stosunki. Kinga umarła w roku 1292 w opinii kobiety niezwykle pobożnej, wielkiej ascetki, nawet świętej. Nie każdy jednak zgadzał się z takim jej obrazem. Jadwiga wierzyła w bogobojność ciotki do tego stopnia, że nawet modliła się do niej. Była przekonana, że właśnie wstawiennictwo zmarłej krewniaczki pomogło jej wrócić do zdrowia po ciężkiej chorobie. Niechętni Kindze franciszkanie kolportowali diametralnie inny jej wizerunek. Twierdzili, że monarchini była kobietą dwulicową, niemoralną. Przede wszystkim zaś: że utrzymywała długi romans ze swoim zaufanym spowiednikiem, Boguchwałem. Plotka ciążyła nie tylko na sylwetce dawno nieżyjącej księżnej, ale też jej następczyni. Przecież Jadwiga nosiła ten sam tytuł, też uchodziła za służebnicę pańską, a wreszcie – łączyły ją z Kingą więzy krwi. Nie mogła pozwolić na szkalowanie kogoś tak sobie bliskiego. Przyzwolenie na podobne potwarze mogłoby przecież sprawić, że po latach o niej samej ludzie zaczęliby wygadywać niestworzone rzeczy…

Odbyło się swoiste dochodzenie z zakresu moralności. Jako koronny świadek wystąpił w nim mąż Jadwigi, książę Władysław Łokietek. Złożył solenne zapewnienie, że kondycja księżnej Kingi była bez zarzutu. A wiedział to, ponieważ… wielokrotnie przebywał z nią sam na sam w sypialni i miał sposobność upewnić się „po wielu nieomylnych oznakach, że była dziewicą”. O jakie konkretne oznaki chodziło? Nie wiadomo, ale też chyba w XIV wieku podobna linia dowodzenia czystości nikogo nie bulwersowała. Argumenty Łokietka na pewno przypadły do gustu Jadwidze, bo małżonkowie wspólnie dołożyli starań, by dołączyć je do przygotowywanego – kto wie, czy nie za ich inspiracją – żywota Kingi.

Elżbieta uczyła się, że nawet duchownym trzeba niekiedy powiedzieć „nie”. Dowiadywała się też, jak należycie odróżniać sprawy wiary od problemów i roszczeń ziemskiego Kościoła. Rozmodlona Jadwiga nie odczuwała żadnych oporów, gdy dla dobra męża i kraju trzeba było obsztorcować choćby samego biskupa. Dała temu dowód, wchodząc w ostry spór ze zwierzchnikiem krakowskiej katedry, Janem Muskatą. Hierarcha ten dał się poznać nie tyle jako kapłan, co przede wszystkim jako wyrachowany polityk. Nieodmiennie opowiadał się po stronie Czechów, a Wacław II uczynił go nawet zarządcą Małopolski. Gdy po powrocie Łokietka do kraju rozgorzała wojna domowa, właśnie Muskata okazał się głównym oponentem piastowskich rządów. Posłuszne mu oddziały podpalały wsie, grabiły osady, rabowały mienie z kościołów. Biskup nie tylko nie poskramiał podkomendnych, ale wręcz zachęcał ich do bezczeszczenia świątyń, którymi zarządzali księża wierni Łokietkowi. Podobno był zdania, że topór to najlepszy „klucz świętego Piotra” i że właśnie z jego pomocą należy wchodzić do kościołów, jeśli żądanie kapitulacji nie wystarczy. Później hierarcha wszedł też w konszachty z krakowskimi rajcami. Niewykluczone nawet, że tak naprawdę to on stał za buntem z 1311 roku i za projektem wymiany monarchy na inny model.

Muskata był bez dwóch zdań człowiekiem niebezpiecznym i nieprzewidywalnym. Mimo to Jadwiga wdała się z nim w otwartą kłótnię. Zagroziła biskupowi, że wykorzysta swoje kontakty, by usunąć czeskiego nominata z biskupstwa. Może i groźba ta nie odniosła skutku, ale pełne pasji, bezkompromisowe wystąpienie księżnej musiało dać małej Elżbiecie do myślenia. Podobnie jak sam fakt, że matka przystąpiła do działania z własnej inicjatywy, nie czekając na zgodę lub decyzję męża.

Jadwiga pozwalała sobie na pogróżki, bo wiedziała, jak wysokie ma notowania w kurii papieskiej. Z późniejszych lat znamy rozliczne przykłady jej wpływów. Decyzją ojca świętego Jadwidze wolno było uczestniczyć we mszy świętej nawet w przypadku rzucenia kościelnej klątwy na kraj. Była też uprawniona do odwiedzania klasztorów klauzurowych i nocowania w nich – zupełnie jakby sama była zakonnicą. Wreszcie papież ustanowił nawet specjalny odpust, w myśl którego na zmycie kary za swoje grzechy mógł liczyć każdy, kto modlił się za Jadwigę i jej małżonka. Renoma księżnej miała oczywiście coś wspólnego z jej osobistą pobożnością. Przede wszystkim jednak wynikała z tego samego zrozumienia, które stało u podstaw sporu księżnej z Janem Muskatą. Jadwiga wiedziała, gdzie sprawy wiary ustępują miejsca interesom. I gdzie do uniżonych suplik wypada dołączyć sowitą ofiarę w srebrze.

Od 1316 roku na tronie piotrowym zasiadał Jan XXII. Jego pontyfikat nie był pozbawiony kontrowersji. Niektórzy historycy zarzucają Janowi, że to właśnie on zapoczątkował polowania na czarownice, na skutek których w ciągu kolejnych stuleci zginie kilkadziesiąt tysięcy niewinnych kobiet. Za życia jednak ten ojciec święty uchodził przede wszystkim za wielkiego finansistę. Podczas gdy jego poprzednik zrujnował papieski skarbiec, on wyszukiwał coraz to nowsze sposoby zapełniania kurialnej kiesy. „Gdy w papieża wkroczysz Rzym, kieruj się pewnikiem tym: to nie miejsce biednej braci, miły mu, kto dobrze płaci” – brzmiał wierszyk ułożony nie gdzie indziej, a na samym papieskim dworze. Utwór był uszczypliwy, ale też do bólu szczery. Najwięcej u Jana XXII byli w stanie załatwić ci, którzy przychodzili ze szkatułami pełnymi pieniędzy. W odpowiednie fundusze bez wątpienia wyposażono biskupa Kujaw Gerwarda, który wyruszył do pałacu namiestnika świętego Piotra, by wywalczyć dla Jadwigi i Łokietka najbardziej upragnione trofeum.

Był rok 1319 i czternastoletnia Elżbieta bez wątpienia została wtajemniczona w misję zaufanego doradcy swoich rodziców. Nawet jeśli o wielkich planach nie poinformowała jej matka, to zrobiły to sądeckie zakonnice. Za powodzenie projektu trzeba przecież było odprawiać modły, licząc na wsparcie Boga i Maryi Panny. Bądź co bądź, chodziło o rzecz naprawdę wielką. Władysław Łokietek odbił Wielkopolskę, ugruntował swoją władzę w środkowej i południowej części kraju. Do prawdziwego zjednoczenia państwa wciąż jednak było bardzo daleko. Odrębnych książąt posiadało Mazowsze, a Piastowie rządzący na Śląsku znajdowali się od dawna w orbicie Czech. Na Pomorzu z kolei rozpanoszyli się Krzyżacy. Łokietek nie był tak naiwny, by wierzyć, że starczy mu życia na posklejanie wszystkich skrawków rozbitego królestwa. Jako realista nie sądził pewnie nawet, że zadanie to w ogóle leży w granicach możliwości jakiegokolwiek człowieka. Mimo to nie zamierzał umierać jako zwykły książę. Nie zważając na protesty rządzącego Czechami Jana Luksemburskiego i na wrogie pohukiwania rycerzy zakonnych, zwrócił się do papieża o zgodę na królewską koronację. Dla siebie oraz – rzecz jasna – dla księżnej Jadwigi.

Negocjacje trwały kilka miesięcy i były najeżone trudnościami. Gerward robił wszystko, by przeciągnąć papieża na stronę piastowskiej pary. Mamił go wizją walki, jaką Łokietek podejmie z pogańskimi ludami zamieszkującymi na wschód od Polski. Zapewniał go o lojalności Piastów, którym zawsze bliżej było do papieża niż do konkurujących z nim cesarzy. Przede wszystkim zaś podejmował coraz to nowsze próby przekupstwa. W zachowanej niemieckiej kronice zanotowano, że „książę krakowski z przydomkiem Łokieć” w celu zdobycia „dostojnego tytułu” podarował papieżowi „mnogą ilość pieniędzy i zrobił wszystkich ludzi swego królestwa po wieczne czasy czynszownikami”. Historycy potwierdzają, że jednorazowa taksa nie zaspokoiła chciwości papieża. W zamian za swoją przychylność Jan XXII zażądał radykalnego podniesienia podatków płaconych od wszystkich poddanych polskiego władcy. Tradycyjnie w ramach tak zwanego świętopietrza ściągano trzy denary od każdej rodziny (z wyłączeniem, a jakże, duchownych i szlachty). Odtąd jednak podatek nie miał już być liczony od gospodarstw, ale od głowy i wynosić jednego denara na osobę. W dzisiejszej Polsce nie zrobiłoby to szczególnej różnicy. Ale w czasach wielodzietnych i wielopokoleniowych rodzin podwyżka była iście drakońska.

Modlitwa świętej Kingi na obrazie Jana Matejki.

Pobożna mniszka nie dla każdego jednak stanowiła

wzór do naśladowania.

Domena publiczna

Nawet to nie wystarczyło zresztą, by uspokoić wszystkie obawy ojca świętego. Czeski władca powtarzał, że to jemu należy się tytuł polskiego króla – nawet jeśli chwilowo nie kontroluje Krakowa ani Gniezna. Sprawa przeciągała się. Wreszcie Jan XXII wydał iście salomonowy wyrok. W oficjalnej bulli zalecał Łokietkowi, by ten szanował roszczenia sąsiadów. Ale już w wystosowanej jednocześnie tajnej korespondencji wprost wyrażał zgodę na koronację. Dokumenty były łącznie trzy. Za wydanie każdego Gerward musiał osobno zapłacić, pofatygować się do kilku różnych urzędów, uiścić taksę za wciągnięcie pism do archiwum… i tak dalej, i tak dalej. Powrócił do kraju poważnie zbiedniały, ale z dobrymi wieściami. Książę Łokieć już wkrótce miał zostać jego królewską mością Łokietkiem.

Datę uroczystej koronacji wyznaczono na 20 stycznia 1320 roku. Miało do niej dojść nie w Gnieźnie, jak w roku 1300, ale w dużo bliższym Łokietkowi Krakowie. Do miasta ściągali dostojni goście: biskupi, opaci, zarządcy ziem i książęcych majątków. Na dwór sprowadzono też bez wątpienia księżniczkę Elżbietę, być może przebywającą przez kilka ostatnich lat w klasztorze w Starym Sączu. Uczyniono to, aby mogła oglądać moment triumfu swojego ojca, ale też – by mógł dopełnić się ostatni akt wielkiego dealu stojącego u podstaw hucznej uroczystości. Prawdopodobnie już 20 stycznia Elżbieta miała się dowiedzieć, że także ona dopomogła ojcu w zdobyciu korony. A może nawet – ona jedna, o niczym nie wiedząc, stała się dziką kartą, która przesądziła o całym sukcesie.

Pięćset klejnotów

Katedra wcale nie pękała w szwach. Wyobrażenie o tysięcznych tłumach napierających niemal na monarchę, o chaosie, ścisku i zaduchu towarzyszących ceremoniom stanowienia władzy niewiele ma wspólnego z rzeczywistością XIV stulecia. Także entuzjastyczne okrzyki, łzy szczęścia, mdlejące damy i skandujące z radości tłumy wypada uznać za obraz bardziej pasujący do filmów kostiumowych niż do autentycznej historii. Koronacja – nie tylko w Polsce, ale właściwie w każdym kraju chrześcijańskiej Europy – była zbyt ważnym rytuałem, by jej organizatorzy ryzykowali jakiekolwiek zgrzyty. Nie mogło być mowy o spontaniczności, o nieprzewidzianych ekscesach czy nawet oklaskach w niewłaściwym momencie. Spektakl planowano z wyprzedzeniem i z dbałością o najdrobniejsze detale. A grono gości przesiewano tak, by nie znalazł się wśród nich żaden zgrywus, wariat, opozycjonista czy choćby gaduła. We Francji tej samej epoki olbrzymia katedra w Reims przy okazji każdej koronacji była grodzona i przebudowywana. W jej wnętrzu wznoszono dekoracyjne ścianki, przy ich użyciu wyznaczając wąską i łatwą do kontrolowania przestrzeń. Prawo wstępu do katedry podczas uroczystości miało tylko kilkuset najwyżej postawionych arystokratów i urzędników królestwa. A wrota świątyni zamykano na cztery spusty już z chwilą rozpoczęcia ceremonii. Tłum ciekawskich pozostawał na zewnątrz – tam, gdzie jego obecność nie groziła żadnym wizerunkowym czy organizacyjnym blamażem.

Świątynia na wawelskim wzgórzu nie wymagała podobnych ingerencji. Jej bardzo skromne jak na stołeczny kościół, ale też ogółem jak na katedrę rozmiary same w sobie narzuciły dobór publiczności, ograniczając ją wyłącznie do najdostojniejszych person. Zaproszenie na ceremonię stanowiło niewątpliwy akt wywyższenia. W nawie zebrała się elita elit. Tylko ludzie, którzy naprawdę mieli coś do powiedzenia o losach kraju. Władca dołączył do nich jako ostatni. Wkroczył przez główne wierzeje, poprzedzony uroczystą procesją. Duchowni, wyposażeni w święte księgi, w krucyfiksy i kadzidła, postępowali przed monarchą, a w samych drzwiach uroczyście witał go arcybiskup gnieźnieński, Janisław. Po wejściu w mury katedry Łokietek z namaszczeniem odłożył swą broń i zdjął płaszcz, a następnie – prowadzony przez biskupów – zbliżył się do ołtarza, by paść przed nim na twarz i w pozycji najwyższego oddania składać Bogu solenne hołdy. Z ziemi podniósł się dopiero, odmówiwszy pełną Litanię do wszystkich świętych. Na tym etapie otaczający króla biskupi, którzy dopiero co leżeli krzyżem u jego boków, przystąpili do przedstawienia kandydata zwierzchnikowi polskiego Kościoła. Podkreślali, że ten, jak nikt inny, godzien jest przywdziać koronę i zyskać tytuł polskiego króla. Wysłuchawszy ich, arcybiskup zwrócił się bezpośrednio do elekta. Zadał mu szereg pytań sformułowanych tak, jakby Łokietek dopiero w następstwie odbywającej się ceremonii miał objąć rządy i opiekę nad krajem.

Czy zamierzasz służyć wierze? Czy pragniesz otoczyć Kościół opieką? Czy chcesz królestwem swym rządzić sprawiedliwie i bronić go przed wrogami? Po trzykroć książę odpowiadał twierdząco. Wysłuchawszy jego deklaracji, arcybiskup skierował się bezpośrednio do zebranych, pytając ich, czy oni z kolei pragną służyć wiernie nowemu królowi. Z wszystkich gardeł odezwał się ustalony z góry okrzyk: „Radzi, radzi, radzi!”. Nikt nie śmiał milczeć, nikt się nie zawahał. Po to przecież ustalano listę obecnych, by aklamacja, tylko udająca wolny wybór przez grono poddanych, przebiegła bez najmniejszego sprzeciwu.

Poznawszy (i tak z góry wiadomą) wolę Boga wyrażoną ustami ludu, dwóch biskupów włożyło na głowy mitry, a następnie zwróciło się w stronę klęczącego kandydata do korony, by odebrać od niego przysięgi potwierdzające wcześniej złożone zobowiązania. Gdy te wybrzmiały już w murach świątyni, chór przystąpił do odśpiewywania litanii, a arcybiskup – pogrążył się w osobistej modlitwie. Dopiero gdy na nowo zapadła cisza, Janisław zaczął wygłaszać uroczyste słowa błogosławieństwa. To była formuła niemal tak stara, jak państwo Piastów. Używano jej w Europie od X stulecia i niezliczona rzesza królów za jej sprawą dostąpiła uświęconej władzy. Arcybiskup odwołał się do starotestamentowych monarchów; do władców idealnych, dbających o prawo, sprawiedliwość i dobro poddanych. Same jego słowa nie mogły jednak jeszcze uczynić Łokietka pełnoprawnym królem. Dwóch dostojników kościelnych opuściło nawę, udając się do położonej przy zakrystii kaplicy świętej Katarzyny. Tam właśnie, w przykrytym jedwabiem, odlanym ze złota kielichu, przechowywano święte oleje. Nastąpiła krótka, ale pełna blichtru i namaszczenia procesja. Pod wspaniałym baldachimem oleje przeniesiono pod ołtarz, gdzie pocałunkiem powitał je arcybiskup. Hierarcha zasiadł następnie na zdobionym krześle, a wokół niego to samo uczynili biskupi. Powstał okrąg, w którego środku nadal klęczał kandydat do korony. Księcia rozebrano, rozpinając kapę i dalmatykę, a tym samym obnażając górną część jego ciała. Janisław zwilżył kciuk prawej dłoni, zanurzając go w kielichu z olejem, i jednym, ciągłym ruchem namaścił kolejno piersi, plecy, a wreszcie ramiona elekta. Zgodnie z obrzędem w kościele zapadła na dłuższą chwilę zupełna cisza. Zebrani trwali w milczeniu, podczas gdy jeden z biskupów powoli obcierał jedwabiem namaszczone miejsca, arcybiskup zaś – błogosławił odsunięte wcześniej szaty ceremonialne: kapę i dalmatykę, po czym na nowo nałożył je na ramiona władcy.

Wreszcie z jego ust rozległy się słowa otwierające mszę świętą: Adiutorium nostrum in nomine Domini… A więc: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana”. Zebrani gromko odpowiedzieli: „Który stworzył niebo i ziemię”. Wplecenie ceremonii wyniesienia kandydata na tron w ramy mszy stanowiło osobliwość niemal niespotykaną w chrześcijańskim świecie. Podobny ceremoniał obowiązywał w nielicznych krajach, ściśle przyjmujących wytyczne Stolicy Apostolskiej co do protokołów koronacji. Rozwiązanie takie pomagało podkreślić, że z chwilą namaszczenia władca przestawał być zwykłym śmiertelnikiem. Awansował do rzędu kapłanów, królów i proroków Narodu Wybranego. I to dlatego właśnie już podczas mszy, między czytaniem a Ewangelią, arcybiskup przystępował do wręczenia władcy insygniów koronacyjnych.

Najpierw Łokietek otrzymał miecz. I to miecz nieprzypadkowy, bo samą swoją obecnością podkreślający, że akt koronacji stanowił zasługę nie tylko księcia, ale też jego żony Jadwigi. Chodziło o klingę nazywaną dzisiaj Szczerbcem i za pośrednictwem legendy powiązaną z pierwszym polskim królem, Bolesławem Chrobrym. W rzeczywistości ten Szczerbiec powstał jednak nie w latach narodzin królestwa, ale całkiem niedawno, bo w połowie XIII stulecia. Jego pierwszym właścicielem był książę wielkopolski Bolesław Pobożny. Po nim ceremonialną broń odziedziczyła córka Jadwiga, by następnie przekazać ją swojemu mężowi. Takiego miecza nie powstydziłby się żaden chrześcijański władca. Szczerbiec stanowił przykład mistrzowskiego kunsztu, tak pod względem wykucia, jak i wykończenia. Na misternej rękojeści wykonanej ze złotych płytek umieszczono grawerunki wyobrażające Baranka Bożego i postaci ewangelistów. Tam też znalazły się inskrypcje nadające klindze nie tylko symboliczną, ale wręcz magiczną moc. Monogramowi złożonemu z liter Alfa i Omega towarzyszył łaciński napis: „Ten znak umacnia miłość królów i książąt, a gniew sędziów”. Na jelcu umieszczono z kolei tekst hebrajski: „Żarliwą wiarę wzbudzają imiona Boga Sadalai i Ebrahel” oraz łaciński: „Ktokolwiek te imiona Boga ze sobą nosić będzie, temu żadne niebezpieczeństwo w ogóle nie zaszkodzi”

Łokietek przyjął z rąk arcybiskupa długi na dziewięćdziesiąt osiem centymetrów i ważący niewiele ponad kilogram miecz, po czym wykonał nim kilka rytualnych cięć. Jednocześnie tłum śpiewał: „Twoja jest moc, chwała i panowanie…”. Miecz szybko umieszczono w pochwie podanej arcybiskupowi, tak by nie wadził w najważniejszym momencie ceremonii. Janisław i dwóch asystujących mu biskupów wzięli do rąk szczerozłotą koronę przygotowaną specjalnie na tę okazję, wysadzaną rubinami, szmaragdami, szafirami i perłami. Wspaniałe insygnium, ozdobione łącznie niemal pięciuset klejnotami, wspólnie złożyli na skroniach władcy. Następnie podali mu berło i jabłko panowania. I w tej właśnie chwili Łokietek z księcia przemienił się w pełnoprawnego chrześcijańskiego króla.

Z honorowych miejsc ceremonii przyglądali się krewni i doradcy króla. Ludzie najbardziej zaufani i niezawodni. Tam też jednak posadzono zapewne grupę przybyszów z Węgier. Ich obecność w Krakowie nikogo nie dziwiła. Nowa polska królowa, Jadwiga Kaliska – koronowana teraz bezpośrednio po swoim mężu – w połowie sama była Węgierką. Jej matka Jolenta pochodziła z dynastii Arpadów, podobnie jak i jej ciotka Kinga; dziadkiem po kądzieli był król Bela IV. W żyłach Łokietka równie wiele południowej krwi nie płynęło. Być może miał jedną babkę Węgierkę, choć zdania genealogów są w tej sprawie podzielone. Żadnych wątpliwości nie budzi jednak fakt, że z Madziarami książę utrzymywał niezwykle ożywione stosunki. Węgrzy niejednokrotnie ratowali mu skórę, i to w najbardziej krytycznych momentach. Gdy w 1291 roku Wacław II po raz pierwszy spuścił cięgi Łokietkowi, honoru i ziem kujawskiego watażki bronił kontyngent węgierskich żołnierzy przysłany przez tamtejszego króla Andrzeja III. Gdy w 1304 roku Łokietek potrzebował pilnego wsparcia w powrocie do kraju, nie udzielili mu go (jak w popularnych baśniach) Górale czy rozbójnicy – ale węgierscy magnaci. Na dobrą sprawę to za ich pieniądze doszło do wyczekiwanego spotkania Łokietka i Jadwigi. Ich też wypadałoby uznać za nieoficjalnych ojców chrzestnych poczętej wówczas Elżbiety. Wreszcie gdy wójt Albert upraszał Czechów o interwencję, Łokietek również prosił. Tyle że Węgrów: o pomoc.

Szczerbiec. Słynny miecz

koronacyjny Łokietek otrzymał w darze

od swej niezawodnej małżonki.

Domena publiczna

Współpraca nie była oczywiście jednostronna. Łokietek też wysyłał swoich ludzi na południe od Karpat i angażował się w nie swoje wojny. Do Węgrów było mu blisko, bo ich sytuacja niewiele odbiegała od tej, z którą sam był zmuszony się borykać. Kraj z symboliczną stolicą w Białogrodzie Królewskim nie został wprawdzie rozdarty na dzielnice przez członków rodu, ale o jego jedności od lat nie można już było mówić. Dynastia Arpadów – jedyny dom panujący, jaki znali węgierscy poddani – chyliła się ku upadkowi. Król Władysław IV zginął zasztyletowany w 1290 roku i nie pozostawił po sobie żadnego następcy. Na tron wyniesiono Andrzeja III. Dalekiego krewniaka, który nawet nie wychował się na Węgrzech, ale w Wenecji. Jego kandydatura zadowalała magnatów, bo słaby król o niepewnym rodowodzie nie był w stanie przeciwstawić się potężnym posiadaczom ziemskim. Każdego roku monarcha gasił coraz to nowsze i zuchwalsze rebelie. Powszechnie uważano go za figuranta, marionetkę. Jeszcze zanim umarł w 1301 roku – być może otruty – na tron zaczęli sobie ostrzyć zęby nowi kandydaci. Wojna domowa to był już teraz na Węgrzech stan permanentny. Paradoksalnie jednak znaczenie współpracy młodego polskiego króla z Madziarami tylko przy tym wzrosło. A wszystko za sprawą niejakiego Karola Roberta.

Chłopak liczył sobie w 1301 roku trzynaście lat i wydawało się, że absolutnie nie ma czego szukać na Węgrzech. Z kultury był Włochem, z pochodzenia głównie Francuzem. Wychował się w Neapolu, na dworze przesiąkniętym luksusem i dekadencką atmosferą. Południowowłoską metropolią i wszystkimi jej bogatymi przyległościami rządził jego dziadek – Karol II z rodu Andegawenów. Dla losów Karola Roberta dużo ważniejsza okazała się jednak postać babki. Była ona węgierską królewną, krewniakom zamarzyło się więc, że zrobią z młodego potomka… nowego monarchę Węgier. Konkurencja była spora, a opór węgierskich oligarchów nieprzejednany. Za kandydatem z dalekiej Italii opowiedziała się tylko niewielka grupka zamożnych intrygantów. Większość dostojników wolała kogoś bliżej związanego z krajem. Zamierzano wybrać króla podczas elekcji, w której Karol Robert zupełnie się nie liczył. Chłopak w tej chwili powinien był oszacować szanse i spisać cały projekt na straty. Zamiast tego udowodnił, że jest człowiekiem przynajmniej równie bezczelnym co Władysław Łokietek. Tak jak niski Kujawianin po raz pierwszy zajął Kraków po tym, jak wykiwał silniejszych sojuszników, tak pretendent do węgierskiego tronu postanowił postawić swoich przyszłych poddanych przed faktem dokonanym. Wykorzystując panujący chaos, przedarł się ze zbrojną eskortą do położonego nad Dunajem Ostrzyhomia. Po swojej stronie miał jednego człowieka: świeżo mianowanego arcybiskupa. To wystarczyło, bo dostojnik przynajmniej w teorii miał prawo dokonać koronacji. Złota obręcz spoczęła na skroniach Karola Roberta, który przez kolejne dwie dekady miał udowadniać, że w istocie mu się należała.

Gdy Łokietek zaczął myśleć o własnej koronacji, sytuacja na Węgrzech wciąż nie była czytelna. Karol Robert Andegaweński gromił kolejnych nieposłusznych baronów. Ilekroć jednak udawało mu się ukrócić zakusy jednego z oligarchów, głowy podnosili kolejni ludzie niechętni jego władzy. Gra w kotka i myszkę trwała bez końca, a młody król nieustannie narażał w niej własne życie. Stawał na czele armii, osobiście dowodził oblężeniami wrogich twierdz. Niby rósł w siłę, ale najpotężniejsi przeciwnicy wciąż opierali się jego władzy, a ich determinacja tylko rosła. Dziesiątki niezdobytych twierdz w najważniejszych punktach państwa pozostawały w rękach opozycji, całe prowincje zachowywały zupełną niezależność. Wojna ciągnęła się bez końca i wcale nie było jasne, czy Karol Robert w niej zwycięży albo chociaż przeżyje kolejne ze swoich ryzykanckich wypadów. To niekoniecznie był dobry moment, by wiązać swoje losy z młodym węgierskim suwerenem. Łokietek zwyczajnie jednak musiał to zrobić. Karol Robert dysponował kluczowym elementem układanki, którą starał się ukończyć polski książę. Miał w kieszeni samego papieża.

Jan XXII, nim awansował na zwierzchnika zachodniego Kościoła, był przez wiele lat protegowanym neapolitańskiego króla. Dziadek Karola Roberta zatrudniał go jako swojego kanclerza. On też zapewnił mu pierwsze biskupstwo i otworzył przed nim drzwi do kariery na papieskim dworze. Pośrednio to za sprawą dawnego protektora mężczyzna został ojcem świętym. Był świadomy istniejącego długu wdzięczności i choć Karol II już nie żył, to głosy jego następców bardzo wiele ważyły w kurii. Jeśli ktoś mógł skutecznie przekonać papieża do zignorowania czeskich i krzyżackich protestów przeciwko odbudowie królestwa nad Wisłą, to był to właśnie wojowniczy Karol Robert. W zamian za dobre słowo Łokietek zaproponował mu sojusz, wsparcie, a wreszcie najsilniejszą rękojmię współpracy. Własną córkę – jako kandydatkę na żonę.

Uśmiech fortuny

Zahartowany w walkach węgierski monarcha nie godził się na byle co. Bezkompromisowy w polityce, bezwzględny na polu bitwy. A wreszcie – niezwykle wybredny jeśli chodzi o kobiety. Żenił się już wcześniej, i to kilkukrotnie. Partnerki odumierały go szybko, nie pozostawiając królowi żadnych potomków. To nie był jednak powód, by podejmować decyzje o kolejnych ożenkach bez właściwego namysłu, a już tym bardziej – żeby zaniżać własne standardy. Gdy parę lat wcześniej Karol Robert dogadywał się co do małżeństwa z samym cesarzem, na jego potrzeby urządzono istną giełdę matrymonialną. Posłom króla przedstawiono poszczególne córki władcy Niemiec i to oni mieli wybrać najładniejszą, najbardziej ponętną czy też ogółem – najlepiej odpowiadającą gustom ich mocodawcy. Łokietek niezamężną córkę miał tylko jedną. Na pewno jednak także tym razem kandydatkę na węgierską królową poddano krępującym oględzinom. Upewniono się co do jej ogłady, zdrowia, prezencji. Słowem, potraktowano bardziej jak towar niż człowieka.

O układzie decydowali panowie, trudno więc podejrzewać, że Elżbietę ktokolwiek zapytał o zdanie. Pewnie nawet nie dano jej szansy, by wybadała, jakim człowiekiem jest Karol Robert, jak wygląda, jakie ma obyczaje i charakter. Słuchała oficjalnych frazesów, przedstawiających go w samych superlatywach. Jako wybitnego wodza, wyrozumiałego pana, szczodrego patrona Kościoła. I jako władcę, który, rzecz jasna, w pełni panuje nad sytuacją. Sprawa ślubu była już pewnie przypieczętowana w chwili Łokietkowej koronacji. Latem 1320 roku węgierscy posłowie raz jeszcze zawitali do Polski, by odebrać przygotowaną do drogi królewnę. Z matką Piastówna pożegnała się zapewne w Nowym Sączu, gdzie zrobiono ostatni przystanek przed przekroczeniem granicy.

Elżbieta jechała w ciemno. Prawda o tajemniczym królu miała wyjść na jaw dopiero u celu podróży. Prawdziwego stanu państwa, które już niedługo miało stać się nową ojczyzną piętnastolatki, nie dało się jednak dłużej ukrywać. Orszak przedzierał się przez kraj zrujnowany wojną, zamieszkany przez buntowniczych poddanych i pełen śladów po krwawych walkach. Trzeba było kluczyć po leśnych kniejach i omijać forty zarządzane przez nielojalnych wielmożów. Atmosfera była gęsta, nastrój pełen napięcia i nieufności. A droga – niezwykle mozolna, szczególnie że pokonywano ją w ogromnym pośpiechu. Węgry obejmowały rozległe terytorium. Karolowi Robertowi, przynajmniej oficjalnie, podlegały cała dzisiejsza Słowacja, spora część Serbii i Rumunii. Król nie czuł się jednak bezpieczny we własnym kraju. Bojąc się o życie i o przebieg trwającej wojny domowej, wycofał się z centrum państwa, rezygnując z rezydowania w leżącej nad Dunajem Budzie. Zaszył się w odległym Siedmiogrodzie, uznając tamtejszy Temeszwar za swoją tymczasową stolicę. Do monarszego ślubu nie mogło jednak dojść w jakimś zaścianku, a już tym bardziej w tajemnicy. Elżbieta z Nowego Sącza wyruszyła nie do Siedmiogrodu, ale – do leżącego względnie blisko polskiej granicy Bardejowa. Tam jej kawalkada połączyła się z orszakiem czekającego niecierpliwie króla.

Wiemy, że spotkanie narzeczonych nastąpiło 1 lipca 1320 roku. Karol Robert uchodził za przystojnego mężczyznę, co skrupulatnie odnotowano w węgierskich tekstach z epoki. Bardzo więc możliwe, że przypadł do gustu Elżbiecie. Trudniej powiedzieć, jakie ona zrobiła pierwsze wrażenie na pochodzącym z Włoch królu. Informacje o aparycji Łokietkowej córki są fragmentaryczne i nie do końca wiarygodne. Zachowało się aż osiem jej wizerunków, są to jednak dzieła stworzone w epoce nieprzywiązującej szczególnej wagi do wiernego odwzorowywania twarzy, detali sylwetki i budowy ciała. Oficjalna pieczęć królowej ukazuje ją jako kobietę o bujnych, falujących włosach opadających na ramiona. Jedna ze scenek z jej udziałem zdradza podłużną szyję i nieco zgarbioną posturę. Twarz, widoczna na kilku różnych miniaturach, jest jednak serdeczna, atrakcyjna. Elżbieta ma lekko pucułowate policzki, niskie czoło, drobne usta i długi, wąski nos. Jej podbródek jest delikatnie zarysowany i lekko wystający. Dziewczyna zdecydowanie może się podobać.

Elżbieta tronująca.

Pieczęć wykonana zaraz po koronacji Piastówny.

Domena publiczna

Portrety pomagają ją sobie wyobrazić, ale też rzucają cenne światło na wydarzenia kolejnych dni. Na długie powitania, zapoznawcze rozmowy i wymiany doświadczeń zabrakło czasu. Kawalkada, nie szczędząc koni, ruszyła ku Budzie – miastu leżącemu w zachodniej części dzisiejszego Budapesztu. To tam, na dawnym zamku Arpadów, 6 lipca odbyło się wesele Elżbiety i Karola Roberta. Następnie para udała się do Białogrodu.

Na zachowanej miniaturze widać dwóch dostojników wyciągających dłonie ku wysokiej kobiecie ubranej w długi płaszcz o barwie karmazynu, zarzucony na ramiona. Strój, z przodu spięty klamrą, zdobią gronostaje. Jego poły sięgają do samej ziemi, nie widać spod nich nóg ani butów szykownej damy. Dzisiejszy obserwator obrazu mógłby odnieść wrażenie, że dwaj brodaci mężczyźni chwytają kobietę, powstrzymując ją od upadku lub może – uniemożliwiając jej ucieczkę. W rzeczywistości arystokraci nie hamują jednak Elżbiety. To oni prowadzą ją ku stojącemu naprzeciwko Karolowi Robertowi. Król trzyma już w wyciągniętych dłoniach koronę. W tle widać trębaczy ogłaszających zebranym, że za moment dostąpią zaszczytu obserwowania doniosłej ceremonii. Aktu wyniesienia Piastówny do rangi nowej monarchini Węgier.

Wydarzeniu temu towarzyszyły uczty, przemowy, dworskie zabawy. Gdy te jednak przeminęły, królewska para pospiesznie opuściła Budę. Kolejne lata Elżbieta miała spędzić w Siedmiogrodzie. Sześćset kilometrów i kilka długich tygodni drogi od rodzinnego Krakowa. Mąż, o ile tylko przebywał na zamku, odwiedzał ją w sypialni. O innych okazjach do kontaktu źródła jednak milczą. Karol Robert był rozdrażniony i niepewny swojej sytuacji. Dopiero co pokonał ważnego członka magnackiej opozycji – kontrolującego zachodnie pogranicze Andrzeja Hédera. Łaskawie pozostawił w jego rękach jeden z regionów, tymczasem ten wąż w ludzkiej skórze już po paru miesiącach na nowo podniósł żagiew buntu. Z rebeliantem sprzymierzył się zarządca sąsiedniej Slawonii. Nieustanne problemy sprawiał też naczelny kontestator monarszej władzy: Mateusz Csák. Człowiek, który już przed laty zatruwał życie i uniemożliwiał sprawne rządy ostatniemu przedstawicielowi dynastii Arpadów.

Koronacja nowej

węgierskiej królowej.

Miniatura

z Kroniki Ilustrowanej.

Rysunek wykonany przez Annę Pietrzyk na podstawie miniatury z Kroniki ilustrowanej

W 1320 roku Karol Robert odbił jeden ważny zamek i zaczął przygotowywać nową ofensywę przeciwko frondystom. Nie w głowie mu było marnowanie czasu na poznawanie młodej Polki. Szczególnie, że już pierwsze rozmowy musiały wystarczyć do wykazania jak wiele ich różni. Oboje nosili królewskie korony i dzielili monarszy tytuł. Na tym jednak podobieństwa się kończyły.

Ona miała lat piętnaście. On był ponad dwa razy starszy. Ona wychowała się w surowej, klasztornej atmosferze. Była osobą bogobojną, oddaną Kościołowi. Nigdy nie opuszczała mszy świętej. On uchodził powszechnie za bezbożnika. Nie dotrzymywał obowiązkowych postów, a na mszach się nudził i unikał ich jak diabeł święconej wody. Napomnienia duchownych spływały po nim, nie przynosząc żadnych rezultatów. Ona przejęła od matki godną zakonnicy cnotliwość. On zabawiał się z kochankami i choć nie miał legalnego potomka, to spłodził przynajmniej jednego bękarta. Niektórzy historycy snuli nawet przypuszczenia, że do szybkiego, ponownego ożenku popchnęli króla doradcy, „obawiający się powrotu metres”.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

PANI

PIĘCIU KRÓLESTW

ELŻBIETA ŁOKIETKÓWNA

Dostępne w wersji pełnej

ANATOMIA POGARDY

WSZYSTKIE KOBIETY

KAZIMIERZA WIELKIEGO

Dostępne w wersji pełnej

RĘKA KRÓLEWNY

I CAŁE KRÓLESTWO

LATA CHAOSU

I NIEPEWNOŚCI

Dostępne w wersji pełnej

OSTATNIE OGNIWO

JADWIGA ANDEGAWEŃSKA

NA POLSKIM TRONIE

Dostępne w wersji pełnej

Nota autora

Dostępne w wersji pełnej

Wybrana bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

POPRZEDNIE KSIĄŻKI AUTORA:

MUSIAŁY BYĆ SILNE, BY PRZEŻYĆ W BEZWZGLĘDNYM ŚWIECIE POLSKIEJ POLITYKI.

W MROKACH ŚREDNIOWIECZA POLSKĄ RZĄDZIŁY KOBIETY. I BYŁY DIABELNIE SKUTECZNE!

Dobrawa wie, że jej przyszły mąż Mieszko to zatwardziały poganin i morderca. Mimo to dla dobra swego rodu wyrusza do kraju Polan.

Rycheza jednym skinieniem palca może sprawić, że Polska Piastów przestanie istnieć. I tylko ona jest zdolna ją uratować.

Agnieszka pragnie korony i jest gotowa dla niej zabijać.

Judyta uwodzi potężnego palatyna Sieciecha, by z jego pomocą zapewnić tron swojemu synowi.

Helena chwyta w swoje ręce rządy nad Krakowem, gdy jej mąż ginie otruty przez odrzuconą kochankę.

Przyszło im żyć w czasach, gdy panowało tylko jedno prawo – prawo silniejszego. Przybyły do kraju rządzonego przez brutalnych władców, których całym życiem były podbój i mord. Stanęły u ich boku, a gdy nadeszła odpowiednia chwila, same sięgnęły po ster polityki.

Dla dobra rodu, swoich dzieci i dla władzy nie wahały się użyć trucizny czy sztyletu. Przekupstwo, podstęp, nawet własne ciało – każdy sposób był dobry, jeśli pozwalał im realizować zamierzone cele.

Polskie władczynie. Żelazne damy…

NOWA KSIĄŻKA BESTSELLEROWEGO AUTORA

ICH AMBICJA POZWOLIŁA ZBUDOWAĆ IMPERIUM.

ICH DUMA UNICESTWIŁA KRÓLESTWO

Matylda to dziedziczka najpotężniejszej dynastii świata. Głupota rodzonego brata zamienia jej życie w piekło. Nieodpowiedzialny szczeniak z koroną na głowie przegrywa ją podczas partii kości.

Rycheza angażuje cały swój spryt i nieustępliwość, by zmazać hańbę matki. Przybywa do kraju rządzonego przez ogarniętego obsesją tyrana. To ona zrobi z niego bohatera. I ona zapewni mu królewską koronę.

Przedsława, zgwałcona i odarta z marzeń przez nienawistnego furiata, poprzysięga zemstę. Za jej sprawą na rodzące się polskie mocarstwo spada klątwa.

Poznaj historię polskiej korony, odartą z mitów i fałszerstw. W świecie pełnym nienawiści, w którym ludzkie życie jest warte tylko tyle, ile gotowi są za nie zapłacić handlarze niewolników, te wielkie damy zrobią wszystko, by zdobyć sławę silniejszą od śmierci.

Urażona duma, poniżenie, zdrada, której nie wolno wybaczyć. Grzechy ludzi zbyt ambitnych, by uznać własne potknięcia, zepchną cały ród i imperium na drogę prowadzącą ku zagładzie. I tylko kobiety będą mogły je uratować.

POTĘŻNE, AMBITNE, OSAMOTNIONE.

CZY TO ONE STWORZYŁY POTĘGĘ RZECZPOSPOLITEJ?

Opływały w luksusy, na zawołanie miały setki dworzan i służących. Oczekiwano od nich, że będą statystkami w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Ale damy złotego wieku nie pozwoliły uwięzić się w złotych klatkach. Wzięły sprawy w swoje ręce.

Księżniczka z podrzędnego włoskiego rodu steruje zza kulis najpotężniejszym państwem Europy. Czy jej największym wrogiem okaże się ukochany syn?

Magnatka nosi w łonie nieślubne dziecko młodego władcy. Czy dzięki tej ciąży jej ród zostanie wywyższony? A może spadnie na nią hańba i powszechne potępienie?

Świat dworskich intryg, politycznych rozgrywek, nieograniczonych ambicji i namiętności. Autor bestsellerowych Pierwszych Dam II Rzeczpospolitej i Upadłych Dam II Rzeczpospolitej prezentuje zaskakująco współczesny teatr gry o polski tron. W takim świecie żyły Bona Sforza, Barbara Radziwiłłówna i Anna Jagiellonka.

ODDANE ŻONY,

MANIPULATORKI,

SKANDALISTKI

Maria wywołała skandal bez precedensu. Prezydent Polski poślubił młodszą o lat kobietę. I to kogo! Żonę własnego adiutanta i sekretarkę swojej pierwszej małżonki, która zmarła zaledwie kilka miesięcy wcześniej!

Michalina w młodości własnoręcznie konstruowała bomby i dobrze wiedziała, czego oczekuje od życia. Gdy jej mąż odrzucił propozycję objęcia urzędu prezydenta, wystarczył jej jeden telefon. Natychmiast zmienił zdanie i potulnie zgodził się na wszystko.

Mąż rewolucjonista porzucał Marię na długie miesiące. Ona nie zamierzała przejmować się rolą pierwszej damy. Zawsze i każdemu mówiła prawdę prosto w oczy. Czy to jej scysja z adiutantem marszałka Piłsudskiego doprowadziła do zamachu stanu i rozlewu krwi?

Pierwsze damy II Rzeczpospolitej. To one uosabiały magię, czar i elegancję dwudziestolecia międzywojennego – Polski utraconej dla nas na zawsze.

Ile milionów mieszkańców miała Polska Kazimierza Wielkiego?

Ile kochanek miał Kazimierz Wielki?

Jak duża była śmiertelność dzieci w średniowieczu?

Dlaczego Kazimierz Wielki wydziedziczył swoje córki?

Najgorszy interes średniowiecza.

Ile kosztowało posiadanie królewskiej córki?

Nędzarka na tronie.Jak bardzo biedna była królowa Jadwiga?

Jak imprezowała Jadwiga Andegaweńska?

Ile języków znała królowa Jadwiga?

Chcesz wiedzieć jeszcze więcej?

O tym wszystkim (i nie tylko!) przeczytasz pod adresem:

www.CiekawostkiHistoryczne.pl/DamyPolskiegoImperium/

POZNAJ ŚWIAT, KTÓRY ZAINSPIROWAŁ

GEORGE’A R.R. MARTINA

Zwiedzałeś kiedyś zamek?

Widziałeś ich setki, ale wciąż nic o nich nie wiesz. Dwójka cenionych historyków przedstawia barwny świat życia średniowiecznej warowni. Od władcy i jego pani przez rycerza, halabardnika zasypiającego przy bramie, aż po pomocnika kuchennego i jego psa.

Czy mieszkańcy zamków się nudzili? Co jedli? Czy obowiązywał tam wyjątkowy kodeks zachowań seksualnych? Dlaczego moda na dwie sypialnie ratowała życie, i to nie tylko małżeńskie?

Do czego służyły pomieszczenia na zamku? Od tych reprezentacyjnych aż po te w których przebywała tylko służba. Czy każde z nich miało swoje sekrety?

Joseph Gies i Frances Gies prowadzą nas przez świat życia w średniowiecznej warowni, który zachwyca i zaskakuje.

OOGLĄDASZ GRĘ O TRON?

Sprawdź z czego skorzystał George R. R. Martin tworząc zachwycający świat Pieśni Lodu i Ognia. Odkryj postaci, które posłużyły mu do stworzenia bohaterów Gry o Tron. Szukaj powiązań i krocz po śladach mistrza.

Życie w średniowiecznym zamku

to lektura obowiązkowa dla miłośników historii

oraz każdego wielbiciela George’a R.R. Martina

Projekt okładki

Adam Pietrzyk

Fotografia na pierwszej stronie okładki

Agnieszka Rzymek, www.agarzymek.com

Sesja zdjęciowa

Modelka Dorota „Thinloth” Wacławik

Organizacja sesji Fundacja Nomina Rosae

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Wybór ilustracji

Natalia Gawron

Kamil Janicki

Adiustacja

Judyta Wałęga

Korekta

Aleksandra Ptasznik

Grażyna Rompel

Indeks

Rafał Kuzak

Konsultacja merytoryczna

Adam Szabelski

Opracowanie ilustracji i łamanie

Katarzyna Leja

Copyright © by Kamil Janicki

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o.

ISBN ----

Partner wydania

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki , - Kraków

Dział sprzedaży: tel. , e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Damy polskiego imperium Damy ze skazą Żelazne damy Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce Damy złotego wieku Pierwsze damy II Rzeczpospolitej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie