Hotel pod jemiołą

Hotel pod jemiołą

Autorzy: Richard Evans

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 26.99 zł

 

Nawet w najbardziej szarym życiu może zdarzyć się historia jak z najpiękniejszej powieści Kimberly prawie się poddała. Śmierć matki, dwukrotnie zerwane zaręczyny i nieudane małżeństwo sprawiają, że nie wierzy już w szczęście. Pozwala sobie tylko na jedno marzenie – pragnie napisać powieść o miłości.

W urokliwym hotelu Pod Jemiołą organizowany jest kurs dla początkujących pisarzy. Kim poznaje tam tajemniczego Zeke’a, z którym nawiązuje wyjątkową więź. Taką, jaka zdarza się tylko ludziom, którzy podobnie patrzą na świat.

Czy przypadkowe spotkanie będzie dla Kimberly początkiem wielkich zmian?

Czy do najważniejszej powieści – jej własnego życia – los dopisze szczęśliwe zakończenie?

Hotel Pod Jemiołą to wyjątkowy prezent od Richarda Paula Evansa. Tym razem bestsellerowy autor przypomina, że jeśli nie tracimy wiary, najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami.

Pamięci mojej matki

June Thorup Evans

Słowo od Autora

Kilka lat temu postanowiłem napisać zbiór bożonarodzeniowych historii miłosnych pod tytułem Kolekcja pod jemiołą. Pierwsza powieść z tego cyklu, bestseller z 2014 roku, nosi tytuł Obietnica pod jemiołą. Niniejsza książka, Hotel Pod Jemiołą, jest druga. Trzecia, The Mistletoe Secret, ukazała się w Stanach Zjednoczonych jesienią 2016 roku. Powieści te nie tworzą trylogii. Są to trzy niezależne od siebie, podnoszące na duchu, pełne humoru, romantyczne historie o miłości – i są prezentem gwiazdkowym dla moich czytelników.

Nie oznacza to jednak, że pomiędzy tymi trzema książkami nie istnieje żaden związek. Główna bohaterka niniejszej powieści, Kim Rossi (nazwana tak na cześć mojej nauczycielki w trzeciej klasie), jest ambitną autorką romansów pracującą nad książką zatytułowaną Obietnica pod jemiołą. To taki mój prywatny żart. Wykorzystałem ten tytuł tylko dla zabawy, ponieważ nie ma on żadnego związku z opowiadaną historią ani jej zakończeniem.

Mam nadzieję, że sprawię Wam przyjemność tym świątecznym upominkiem oraz że napełni on Wasze domy i serca (oraz serca tych, którym polecicie tę książkę) radością, miłością i pokojem.

Z życzeniami pomyślności

Richard Paul Evans

Prolog

Miałam jedenaście lat. Wracając z przyjęcia urodzinowego jednej z koleżanek, zobaczyłam karetkę pogotowia stojącą na podjeździe przed moim domem. Upuściłam podarki, które dostałam na przyjęciu, i ruszyłam biegiem. W domu było pełno ludzi: ciotki, wujkowie, jacyś sąsiedzi i nasz pastor. Nie dostrzegłam tylko moich rodziców.

– Co się stało? – zapytałam.

Moja ciocia pochyliła się, by móc patrzeć mi w oczy.

– Kimmy, twoja mama próbowała odebrać sobie życie.

Jej słowa mnie zmroziły.

– Czy ona żyje?

– Nie wiem, kochanie. Czekamy, aby się czegoś dowiedzieć.

Zaczęłam płakać, wycierając oczy rękawem bluzki.

– Muszę ją zobaczyć!

– Teraz lepiej nie – powiedziała ciocia i delikatnie chwyciła mnie za ręce. Wyrwałam się i pobiegłam do pokoju rodziców. Krzepki sanitariusz zatrzymał mnie przed drzwiami sypialni, przytrzymując mocno w pasie.

– Stój!

– Niech mnie pan puści! – krzyknęłam, szarpiąc się.

– Lepiej, żebyś tam nie wchodziła.

– To moja mama! – wrzasnęłam.

– Właśnie dlatego tak będzie najlepiej.

Musiał usłyszeć mnie tata. Gdy go zobaczyłam, przestałam się szarpać. Było po nim widać zmęczenie i udrękę. Ukucnął i mnie objął.

– Mama wyzdrowieje – powiedział. – Wszystko będzie dobrze. Musisz tu zaczekać, aż ratownicy skończą swoją pracę. Musimy zawieźć mamę do szpitala, okej? Porozmawiamy po drodze.

Ktoś, nie pamiętam kto, wziął mnie za rękę i zaprowadził z powrotem do pokoju i posępnych twarzy. Wszyscy na mnie patrzyli. Czułam się jak w wesołym miasteczku po jeździe samochodzikiem, od której traci się orientację. A przynajmniej chce się wymiotować.

Gdy otworzyły się drzwi sypialni, w pokoju zapadła cisza. Sanitariusze wynieśli na noszach moją mamę. Była szczelnie przykryta kocem aż po szyję, obok niej szedł tata, niewzruszony i blady. Do dziś pamiętam odgłos ciężkich kroków sanitariuszy.

W drodze do szpitala zapytałam tatę:

– Dlaczego mama próbowała się zabić?

– Z tego samego powodu co poprzednio – odparł. – Czasami nachodzi ją coś takiego.

– Czy spróbuje jeszcze raz?

Tata wpatrywał się w drogę przed nami. Nawet mając tak niewiele lat, wiedziałam, że toczy ze sobą walkę, czy powiedzieć mi to, co chcę usłyszeć, czy prawdę.

– Nie wiem, skarbie. Mam nadzieję, że nie. Ale nie wiem.

Dwanaście tygodni później, w Boże Narodzenie, mama spróbowała jeszcze raz. Tym razem skutecznie.

Rozdział 1

Brzemię opuszczenia, które towarzyszy mi w życiu, jest łatwiejsze do udźwignięcia tylko dzięki ogromnej miłości mojego ojca.

Z dziennika Kimberly Rossi

Mama próbowała popełnić samobójstwo cztery razy. Udało jej się to za piątym. O tylu próbach wiem na pewno, ale możliwe, że było ich więcej, bo tata często w porę interweniował i ukrywał przede mną rzeczy, które, jak myślał, mogły mnie zranić. Mama cierpiała na głęboką depresję. Poza tym miała ataki migreny. Z tego, co wiem, były one niezwykle dotkliwe. Mama niemal zawsze miała zaburzenia wzroku, widziała dziwne linie i rozbłyski światła i czasami słyszała głosy. Gdy dostawała migreny, nigdy nie opuszczała swojego pokoju.

Lekarze usiłowali jej pomóc, ale moim zdaniem ich działania przypominały wybieranie wody papierowym kubkiem z tonącego statku. Większość po prostu zapisywała jej najmodniejszy w owym czasie lek psychotropowy: valium, xanax, prozac albo jeszcze inny. Kilku powiedziało jej, aby „wzięła się w garść”, co równało się powiedzeniu pacjentowi w ostatnim stadium raka, że mu przejdzie. No i były jeszcze nieznośne znajome, które wygadywały głupoty w stylu: „Ja też kiedyś miałam depresję. I poszłam na spacer” albo „Masz tyle rzeczy, za które powinnaś być wdzięczna. Jak możesz być przygnębiona?”, po czym odchodziły z uśmiechem samozadowolenia, jakby właśnie zrobiły dobry uczynek dla społeczeństwa.

Ponieważ jego żona niemal zawsze była chora, tata starał się za dwoje. Wcale nie rzadko zdarzało się, że po dniu ciężkiej pracy wracał do domu i robił obiad, sprzątał kuchnię (z moją pomocą), a potem nastawiał pranie. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie odszedł od mamy.

Tamtego świątecznego popołudnia, gdy mama umarła, po raz pierwszy widziałam, jak tata płacze. Płakał też na jej pogrzebie, co dla mnie było najbardziej irytującym momentem dnia. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale w moim młodym umyśle mama umarła długo przed tym, zanim ją pochowaliśmy.

Po pogrzebie spędziłam kilka dni u ciotki, do czasu aż przyjechał po mnie tata. Wróciliśmy do domu i do swojego życia. Po prostu. Jakby nic się nie stało.

Mój ojciec, Robert Dante Rossi, nie miał dyplomu, ale był inteligentny. Zaczął chodzić do college’u, ale go nie ukończył (natomiast bardzo nalegał, abym ja go ukończyła). Był pracowity i świetnie radził sobie w kontaktach z ludźmi. Kiedyś usłyszałam, jak jeden z jego kolegów opisał go następująco: „To facet, który jeśli ci powie, żebyś poszedł do diabła, to już się cieszysz na tę wyprawę”.

Był weteranem wojny w Wietnamie. Dwa lata służył w kawalerii aeromobilnej, co oznacza, że uczestniczył w wielu walkach. Rzadko opowiadał o swoich przeżyciach, ale też nie sprawiał wrażenia kogoś, kto był przez wojnę nadmiernie poszkodowany, przynajmniej nie w sposób, w jaki odmalowywano weteranów w filmach: okaleczonych psychicznie i umysłowo. Pamiętam, że gdy miałam piętnaście lat, zapytałam go, czy kogoś zabił. Milczał chwilę, po czym spojrzał na mnie i odparł: „Służyłem swojemu krajowi”.

Po powrocie z wojny tata poszedł do college’u, ale po roku uznał, że to nie dla niego. Przyjął posadę kierownika w Henderson w sklepie sieci Maverik. Po pięciu latach i tyluż awansach nadzorował wszystkie sklepy Maverik w regionie Las Vegas. Nie sądzę, aby dużo zarabiał, ale nigdy nie czułam, żebyśmy byli biedni. Tata był zdyscyplinowanym i oszczędnym człowiekiem, takim, który sam kosi swój trawnik i jeździ starym fordem taurusem.

Bardzo się starał, wychowując mnie samotnie. Każdego dnia wstawał wcześnie i przygotowywał dla mnie drugie śniadanie, po czym zawoził mnie do szkoły. Robił sobie późniejszą przerwę na lunch, aby móc odebrać mnie ze szkoły. Zwykle zostawałam z nim i kiedy kończył objazdy sklepów, opowiadałam mu o swoim dniu, a gdy wchodził do sklepu, odrabiałam lekcje w samochodzie. Zawsze przynosił mi mrożony sok, czekoladowe ciastko i kilka starych magazynów dla nastolatek – tych, które sprzedawcy zamierzali wyrzucić. Lubiłam z nim przebywać.

Gdy byłam trochę starsza, tata uznał, że skoro jeżdżę do sklepów razem z nim, powinnam dostawać za to pieniądze, i zatrudnił mnie jako swojego pracownika. Szłam z nim do sklepu, który odwiedzał, wycierałam automat do sprzedaży napojów gazowanych i starannie czyściłam szyby lodówek. Tak mniej więcej wyglądało moje życie, gdy byłam nastolatką.

*

Moje wspomnienia o mamie były niewyraźne i mgliste, prawdopodobnie z powodu traumy. Najbardziej utkwił mi w pamięci obraz mamy leżącej w łóżku w ciemnym pokoju. Właściwie w ogóle jej nie znałam. Przypuszczam, że tata mógłby wypełnić puste miejsca. Prawda była jednak taka, że wcale tego nie chciałam. W tych kilku nielicznych momentach, gdy zaczynał mi o niej opowiadać, powstrzymywałam go. „Nie chcę wiedzieć”, mówiłam. Patrząc wstecz, myślę, że sprawiałam mu przykrość, chodziło mi jednak o coś zupełnie przeciwnego. Chciałam mu pokazać, że dobrze mi bez mamy. Uważałam, że mama była nieudacznicą i zdrajczynią, nie tylko wobec mnie, ale przede wszystkim wobec taty. Zasługiwałam na kogoś, komu by tak bardzo na mnie zależało, że byłby ze mną, tak jak tata. Oboje zasługiwaliśmy na kogoś lepszego niż ona.

A przynajmniej wtedy tak myślałam.

*

W szkole średniej byłam jedną z tych dziewczyn, które zawsze mają chłopaka. Otaczałam się wianuszkiem adoratorów od ósmej do ostatniej klasy, kiedy zaczęłam chodzić z Kentem Clarkiem (Tak, wszyscy żartowali z jego nazwiska1. Kumple wołali na niego „Stalówka”). Kent był powszechnie lubiany. Grał w szkolnej drużynie koszykarskiej, wyróżniał się też na bieżni i w podnoszeniu ciężarów.

Dwa lata po ukończeniu liceum Kent zaproponował mi małżeństwo, a ja się zgodziłam. Tata, z pomocą sąsiadki, wziął na siebie trud zarezerwowania sali, wynajęcia firmy kateringowej i zamówienia kwiatów – tych wszystkich przedślubnych przygotowań.

Stalówka skryptonitował się w dniu ślubu, uciekając z dziewczyną, z którą chodził przede mną. Było to najbardziej upokarzające doświadczenie w moim życiu. Nie najgorsze. Po prostu najbardziej upokarzające.

Porzucona, kontynuowałam naukę w college’u, na uczelni, z której zrezygnował mój tata – na Uniwersytecie Nevada w Las Vegas. Tam poznałam Danny’ego, kolejnego koszykarza. Dwa lata później znowu byłam zaręczona.

Danny był graczem uniwersyteckiej drużyny koszykarskiej i szybko awansował na pozycję napastnika. Powinnam była widzieć, że mam niewielkie szanse na prawdziwy związek ze wschodzącą gwiazdą koszykówki, ale myślałam, że jestem zakochana, i ekscytowała mnie perspektywa bycia żoną zawodowego sportowca. Wkrótce przekonałam się, co to znaczy. Im więcej uznania Danny zdobywał w oczach innych (oraz swoich), tym mniej przejmował się naszym związkiem. Zaczęły do mnie dochodzić słuchy, że podczas wyjazdów na mecze wcale nie zachowuje się jak zaręczony mężczyzna. W następnym roku dostał propozycję od Orlando Magic i porzucił Las Vegas oraz mnie.

Po dwóch nieudanych związkach z młodymi sportowcami poznałam dziewięć lat starszego ode mnie Marcusa. Jego też spotkałam w college’u. Był moim profesorem historii, co powinno było stać się dla mnie pierwszym sygnałem ostrzegawczym.

Tata nie przepadał za żadnym z moich chłopaków, ale na ogół nie wypowiadał się na ich temat. Wyjątek zrobił tylko w przypadku Marcusa. Powiedział, że profesor, który umawia się ze swoją studentką, postępuje tak samo jak psychiatra, który zaleca się do swojej pacjentki. Tata cierpiał, pozwalał mi jednak dokonywać samodzielnych wyborów niezależnie od tego, jak były głupie. To, że Marcus mnie nie zostawił, zanim doszliśmy do ołtarza, uznałam za wielkie osiągnięcie.

Dziś żałuję, że tego nie zrobił. O skali jego okrucieństwa przekonałam się już podczas nocy poślubnej. Upił się na naszym weselu – do tego stopnia, że to ja zawiozłam nas do hotelu. Całą drogę wrzeszczał, że wesele kręciło się tylko wokół mnie, że go zaniedbywałam i że jestem bardzo samolubna. Błagałam go o przebaczenie, mimo to kazał mi spać na kanapie w pokoju gościnnym apartamentu, za który zapłacił mój ojciec. Tak wyglądała nasza noc poślubna. Była to zapowiedź życia, jakie mnie z nim czekało. Zanim się pobraliśmy, Marcus nie potrafił utrzymać rąk z dala ode mnie. Po ślubie nie chciał mnie dotykać. Wstydziłam się przy nim rozebrać, bo zaczął nazywać mnie grubą i powtarzał, że muszę schudnąć, choć wiedziałam, że jest inaczej. Ciągle mnie krytykował, nie tylko mój wygląd, ale również to, co mówiłam, co myślałam, a nawet moją ulubioną muzykę. Nieustannie wyzywał mnie od słodkich idiotek. Nic, co robiłam, nie spełniało jego oczekiwań. Dopiero dużo, dużo później uświadomiłam sobie, że jego modus operandi była manipulacja emocjonalna. Stał się w niej mistrzem. Powinien był uczyć psychologii zamiast historii. Miał władzę nad naszym związkiem dzięki utrzymywaniu mnie w stanie uczuciowego głodu, dając mi dość „miłości”, bym się nie załamała, ale nigdy tyle, bym czuła się zaspokojona. To tak, jakby miskę psa napełnić wodą tylko do połowy. Nigdy nie czułam, że go zadowalam, i najwyraźniej tak było. Powinnam była od niego odejść, jednak tego nie zrobiłam. Chyba wierzyłam, podobnie jak mój ojciec, że małżeństwo zawiera się na dobre i na złe.

Po trzech latach od naszego ślubu Marcusowi zaproponowano lepiej płatne stanowisko na Uniwersytecie Kolorado w Boulder. Myśl o pozostawieniu taty była dla mnie bardzo przykra, ale dla Marcusa przeniesienie oznaczało upragniony awans. Nie oponowałam. Wierzyłam, że najwłaściwszą rzeczą jest wspieranie własnego męża. Poza tym Marcus narzekał, że jestem za blisko ze swoim ojcem i że to szkodzi naszemu małżeństwu. Pomyślałam, że oderwanie się od dotychczasowego środowiska i zamieszkanie w obcym mieście pomoże nam się zbliżyć. Nie pomogło.

Pozew o rozwód wniosłam dwa lata później, gdy przeciw Marcusowi wszczęto śledztwo z powodu niemoralnego postępowania na kampusie, o czym być może czytaliście w „Huffington Post”. Nigdy nie zapomnę wieczoru, gdy mi o tym powiedział. O ironio, stało się to akurat w walentynki. Przez cały dzień przygotowywałam dla nas romantyczną kolację przy świecach.

– Dlaczego mnie zdradzałeś? – zapytałam, gdy przestałam płakać.

– Za bardzo do mnie przywarłaś – odparł ze stoickim spokojem. – Zacząłem się przy tobie dusić. To ty mnie do tego zmusiłaś.

– Zmusiłam cię, żebyś mnie zdradzał?

– Tak, ty. Poza tym monogamia jest wbrew naturze. Wie o tym każdy półgłówek.

Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłam do taty. Słuchając mnie, ani razu nie powiedział: „Ostrzegałem cię”. Chciał zbić Marcusa na kwaśne jabłko i prawdopodobnie by to zrobił, gdyby był na miejscu.

Następnego dnia w naszym mieszkaniu zjawili się dziennikarze. Nie uwierzylibyście, o co mnie pytali.

Dziennikarze: Jak się pani czuje, wiedząc, że mąż utrzymywał kontakty seksualne z sześcioma studentkami?

Ja: Naprawdę mnie o to pytacie?

Dziennikarze: Czy jest pani zła?

Ja: …

Po naszej separacji Marcus uciekł nie z jedną, ale z dwiema studentkami. Znowu zostałam sama. Przeprowadziłam się do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów Denver. Ojciec chciał, abym wróciła do Las Vegas, ale powstrzymało mnie poczucie wstydu. Nie chciałam wracać do domu jako życiowa nieudacznica, choć rzeczywiście nią byłam.

Dostałam pracę na przedmieściach Denver, w Thornton, w dziale sprzedaży salonu samochodowego Lexusa. I właśnie tam byłam tej zimy, gdy zaczęła się ta historia.

Gdy z perspektywy czasu patrzę na to, jakie było wówczas moje życie, muszę powiedzieć, że nie wyglądało ono tak, jak myślałam, że będzie wyglądać. To jednak może chyba powiedzieć o sobie każdy z nas. Nie było ono takie, jakiego pragnęłam. Chciałam być z kimś, z kim mogłabym zacząć nowe życie, z kimś, kto by o mnie myślał podczas naszej rozłąki. Pragnęłam kogoś, kto by mnie kochał.

Pragnęłam również, aby moje życie było wartościowe. Chciałam być kimś ważnym. I tu dochodzę do punktu, w którym powinniście dowiedzieć się o mnie jeszcze jednej rzeczy. Pomimo katastrofalnego życia uczuciowego bardzo chciałam zostać autorką romansów. Wiem, że to brzmi dziwnie. Ja pisząca romanse to jak weganin piszący o grillowaniu. Mimo to nie chciałam zrezygnować ze swojego marzenia. Tak więc gdy w skrzynce pocztowej zobaczyłam ulotkę reklamującą konferencję dla pisarzy romansów w hotelu Pod Jemiołą, cichy głos wewnętrzny powiedział mi, że to może być moja ostatnia szansa na znalezienie tego, czego poszukuję. Głos miał o wiele więcej racji, niż byłabym w stanie wtedy przewidzieć – tylko nie w sposób, w jaki sobie kiedykolwiek wyobrażałam.

1 Clark Kent to ziemskie nazwisko Supermana, nazywanego również „Człowiekiem ze stali” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Rozdział 2

Mówią, że miłość jest ślepa. Ale to nieprawda. Zauroczenie jest ślepe. Głód uczuć jest ślepy. Miłość widzi niedoskonałości – a także dużo więcej.

Z dziennika Kimberly Rossi

W Denver panował mróz. Wręcz arktyczny. Był listopad, późne piątkowe popołudnie, gdy do mojego biura zajrzała Rachelle, koleżanka z działu sprzedaży. Była olśniewająco piękna. Przed podjęciem pracy u Lexusa była cheerleaderką Denver Broncos, co powodowało, że większość naszych klientów płci męskiej chciała dokonywać zakupów właśnie u niej. Każdy próbował z nią flirtować, a ona to wykorzystywała. Sprzedawała więcej produktów do pielęgnacji aut niż reszta naszego działu. Gdyby była mniej wybredna wobec mężczyzn, rozbiłaby połowę małżeństw w Denver.

– Hej, Kim – zagadnęła, stając w progu mojego pokoju. – Mogłabyś przyjąć ostatniego klienta? Umówiłam się na wcześniejszą godzinę z facetem gorącym jak lawa wulkaniczna.

– Mówisz tak o każdym, z którym się umawiasz.

– Nic na to nie poradzę, że przyciągam takie gorące ciacha. A ten klient może ci się spodobać.

– Idź na tę randkę – powiedziałam, kręcąc głową.

– Jesteś skarbem! – rzuciła i szybko się oddaliła.

– A ty lalką Barbie – mruknęłam pod nosem.

Mężczyzna, którego skierowała do mnie Rachelle, był pod sześćdziesiątkę. Pomimo zimy miał na sobie kraciaste spodnie do golfa, jasnożółty sweter i różową koszulkę polo, która opinała jego wydatny brzuch. Nosił również beret, który jednak nie był w stanie zakryć łysiny. Na jego czole perliły się kropelki potu, które ocierał chusteczką. Nie mogłam uwierzyć, że Rachelle uznała, że ten mężczyzna mógłby być w moim guście. Chociaż właściwie nie powinnam się była dziwić. Rachelle uważała, że nie jestem dość atrakcyjna, by mieć wysokie wymagania.

Mężczyzna usiadł na winylowym krześle przed moim biurkiem, a Bart, kolega, który sprzedał samochód klientowi, dokonał prezentacji:

– Kim, to jest pan Craig, dumny właściciel nowego gx 460. – Następnie zwrócił się do sapiącego klienta: – Kimberly to jedna z naszych księgowych. Dobrze się panem zajmie.

– Mam taką nadzieję – powiedział mężczyzna cienkim, zrzędliwym głosem.

– Pobiegnę teraz do serwisu upewnić się, że pański samochód jest gotów do drogi – oświadczył Bart i wyszedł.

– Miło pana poznać, panie Craig – powiedziałam. – Jak tylko spiszę pana dane, będzie pan mógł cieszyć się swoim nowym autem.

Wprowadzałam do systemu informacje dotyczące zakupu, gdy mężczyzna nagle wypalił:

– Tu jest tak gorąco, czy może to… pani?

Podniosłam na niego wzrok. Wpatrywał się we mnie z nijakim uśmieszkiem.

– Rzeczywiście jest tu trochę ciepło – przyznałam. – Jeśli pan chce, mogę przykręcić ogrzewanie.

– Nie – powiedział, trochę zaskoczony moim brakiem entuzjazmu dla jego odzywki. – Lubię, kiedy jest gorąco. – I zaczął nucić: „Niektórzy lubią, jak jest gorąco, niektórzy się pocą w upale…”.

On z całą pewnością należał do tych, którzy się pocili.

– Okej – powiedziałam. – Mogę prosić o pana numer telefonu?

– Numer mojego telefonu, numer mojego telefonu – powtórzył. Udał, że przeszukuje swoje kieszenie. – Widocznie gdzieś go zawieruszyłem. Mogę prosić o pani numer?

– Słucham?

Nie zareagował, tylko na mnie patrzył.

– Pański numer telefonu? – powtórzyłam.

– 555-445-3989.

Wpisałam jego numer. Miałam nadzieję, że ta drobna utarczka go zniechęci, ale się pomyliłam. Kilka minut później mężczyzna zagadnął mnie ponownie:

– Masz na imię Kimberly?

– Tak.

– Mogę ci mówić Kim?

– Tak – odparłam, nie przerywając pisania.

Sekundę później zapytał:

– O której godzinie?

Podniosłam wzrok.

– O której godzinie… co?

– O której mogę do ciebie zadzwonić, Kim?

Wolno wypuściłam powietrze z płuc.

– Panie Craig…

– Tim.

– Bardzo mi pochlebiasz, Tim, ale nie jestem zainteresowana, więc skieruj te błyskotliwe teksty do jakiejś innej szczęściary.

Trochę się zaczerwienił.

– Przepraszam – bąknął.

– Nie musisz przepraszać – powiedziałam. – A teraz, proszę, podaj informacje dotyczące ubezpieczenia.

W milczeniu wypełnił formularz, po czym zapytał:

– Czy kończysz już pracę?

Oderwałam wzrok od komputera.

– Bo jeśli kończysz – ciągnął – to zabiorę cię na przejażdżkę swoim nowym autem. I może byśmy pojechali na kolację. Albo coś innego.

– Chwileczkę – powiedziałam, wstając. – Może przyniosę ci wody?

– Nie jestem spragniony.

– Abyś mógł się ochłodzić.

– Nie trzeba, czuję się dobrze – odparł.

– W porządku. Zaraz wracam.

Poszłam do pokoju socjalnego i wzięłam piwo imbirowe. Przy stole siedział mój szef, Steve, i pracował na iPadzie. Steve był porządnym facetem i jednym z moich nielicznych przyjaciół w pracy.

– Słuchaj, zabij mnie – powiedziałam. – Proszę.

– Co się stało?

– Pan Beret. Uważa, że do nowo zakupionego samochodu powinna być dołączona kobieta.

– To by zwiększyło sprzedaż – stwierdził Steve. – Ciekawe, czy ktoś już tego próbował.

– Aleś mnie pocieszył!

– Przepraszam. Chodzi o tego gx?

– Tak.

– Nie miała się nim zająć Rachelle?

– Miała. Ale poprosiła mnie o zastępstwo. Szła na gorącą randkę.

– Każda randka Rachelle jest gorąca – stwierdził Steve. – Chcesz, żebym dokończył sprawę za ciebie?

– Nie. Po prostu chciałam się komuś wyżalić.

– Czuj się pocieszona.

– Dzięki.

Gdy ruszyłam w kierunku swojego biura, Steve dodał:

– Może po prostu powiedz mu, że nie jesteś zainteresowana randkami.

– Już mu to powiedziałam.

– I nie podziałało?

– Nie.

Idąc do biura, zaczęłam się zastanawiać: Czy właśnie tak wszyscy o mnie myślą?

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 33

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 34

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 35

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 36

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 37

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 38

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 39

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 40

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

The Mistletoe Inn

Copyright © 2014 by Richard Paul Evans

Copyright © for the translation by Hanna de Broekere

Projekt okładki

Izabella Marcinowska

Fotografie na okładce

Copyright © Lucky Business / Shutterstock.com

Copyright © Elena Elisseeva / Dreamstime

Opieka redakcyjna

Monika Janota

Monika Kucab

ISBN 978-83-240-4733-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Hotel pod jemiołą Ścieżki nadziei Miejsce dla dwojga Obietnica pod jemiołą Drzwi do szczęścia List 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy