Człowiek, który widział więcej

Człowiek, który widział więcej

Autorzy: Eric-Emmanuel Schmitt

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.99 zł

Huk, błysk. Chwilę potem gorąca fala powietrza, która podrzuca w niebo nawet najcięższe przedmioty. Augustin niewiele pamięta z momentu wybuchu. Widział sprawcę, to pewne.

Ale kim była postać, która mu towarzyszyła?

Tego Augustin nie jest pewien i nikomu nie chce o tym mówić.

Od dziecka ukrywa swój dar. Widzi więcej. Widzi tych, którzy odeszli.

 

Czy jego niezwykła zdolność pozwoli zapobiec kolejnemu nieszczęściu?

 

Eric-Emmanuel Schmitt to mistrz filozoficznych przypowieści. Tym razem zastanawia się, jak to możliwe, że w świecie, w którym pragniemy miłości, jest również miejsce na zło. Jak to się dzieje, że ludzie w imię Boga dopuszczają się najgorszych zbrodni.

 

Mały Oskar z Oskara i Pani Róży pisał do Pana Boga listy, dorosły Augustin przeprowadza z Nim wywiad.

1

– Śpisz?

Chciałbym odkrzyknąć „nie” głosowi, który się do mnie zwraca, lecz zachowuję milczenie, zaciskając powieki. Wymówienie choćby jednego słowa wyrwałoby mnie z zachwycającego snu.

Na zalanej światłem polanie siwobrody starzec wręczył mi przed chwilą irysa, a teraz wskazuje palcem konia. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu wskakuję na kasztanowaty grzbiet rumaka – nie wiedziałem, że umiem jeździć na oklep, ba, nie wiedziałem, że w ogóle umiem jeździć konno – i obiecuję starcowi wypełnić misję, którą mi powierzył. Uśmiecha się, a jego wąskie usta rozchylają się, uwalniając śpiew ptaków. Świeci słońce.

– On śpi?

Czekam kilka sekund. Jeśli cisza potrwa jeszcze chwilę, wyruszę wypełnić zadanie i dotrę do zamku. Siedzę wyprężony z wodzami w dłoni, mając świadomość, iż jestem zawieszony między dwoma światami, jednym konkretnym, w którym moje łydki ściskają ciepłą pierś kasztanka, i drugim abstrakcyjnym, w którym ledwie odważyłem się zamknąć oczy i nasłuchuję jednym uchem. Stojący przede mną druid przechyla głowę na bok, rozczarowany, że nie ruszam w drogę. Och, jakże przeszkadza mi ten głos, głos, który mnie paraliżuje, głos, który, jeśli będzie nalegał, katapultuje mnie w inne miejsce!

Na szczęście cisza się przedłuża… Ponownie zanurzam się w świecie, w którym mój rumak galopuje przez las. Uwielbiam jego prędkość, lekkość, wdzięk, z jakim przesadza kałuże, okrąża przeszkody, pochyla się, żeby uniknąć gałęzi. Jego kopyta już nie dotykają ziemi.

– Śpisz, kochanie? – szepcze głos, przybierając nagle łagodny ton.

Czuję pobudzający dreszcz. Wydaje mi się, że rozpoznaję tembr tego głosu. Na niebie, ponad wierzchołkami drzew ukazuje mi się twarz matki, ogromna, delikatna, rozpromieniona, życzliwa. Dodaje mi odwagi. Zachęca mnie, żebym przyśpieszył. Co za radość… Wciąż galopując, czuję się szczęśliwy dzięki jej obecności.

– Wstawaj, idioto!

Kuksaniec w ramię. Chwieję się. Tracę równowagę.

W pierwszym świecie spadam z konia. W drugim zsuwam się z krzesła.

Siedzę na ziemi oszołomiony, zdrętwiały, z niesmakiem w ustach i obolałym tyłkiem.

Otwierają mi się oczy. Żegnaj, leśny trakcie, żegnaj, rumaku! Rozglądam się dokoła i ponownie widzę ciasny pokój biurowy, który przydzielono mi w redakcji „Demain”, dziennika ukazującego się w Charleroi. Matka zniknęła – nic dziwnego, zmarła przy moich narodzinach – a jej miejsce zajęła rumiana gęba Philiberta Pégarda. Gruby, zwalisty, poczerwieniały na twarzy dyrektor, nadymając się ze złości niczym rozwścieczony byk, przygląda mi się z pogardą, a jego oczy obracają się to w górę, to w dół, choć właściwie mnie nie widzą.

– Augustinie, nie płacimy ci za spanie!

Wstając, wyobrażam sobie, jak mu odpowiadam, że moja praca stażysty w gazecie nie jest w ogóle opłacana, ale nieśmiałość nie pozwala mi na tę ripostę, a dotkliwy ból przeszywa mi kość ogonową. Masuję sobie zadek.

– Proszę mi wybaczyć, panie Pégard.

W sąsiednich pomieszczeniach rozlegają się śmiechy.

Wzdychając z niesmakiem, szef odwraca wzrok, podobnie jak koledzy, których ubawiła ta scena. Brzydzę się nimi.

Czując na sobie ich złośliwe spojrzenia, znów przewracam krzesło, gdy próbuję na nim usiąść.

– Och, przepraszam, przepraszam…

Wybąkałem przeprosiny do krzesła, tylko pogarszając swoją sytuację.

Wyglądam żałośnie, wiem o tym… Jestem raczej tyczkowaty niż wysoki, bo nie dysponuję ciałem, lecz łodygą, łodygą, która ugina się pod ciężarem głowy. Mam zgięty kark i skrzywioną szyję, toteż moja sylwetka przypomina wieszak na płaszcze. Nawet gdy się wyprostuję, nadal się garbię. U mnie chudość oznacza cherlawość: kiedy odsłaniam ramiona, pokazuję tylko ścięgna, żadnych mięśni. Na basenie – a jest to miejsce, gdzie przeżywam katusze, więc go unikam – demonstruję wklęsłości tam, gdzie normalni osobnicy mają wypukłości, na klatce piersiowej i pośladkach. Zdejmując skarpetki, prezentuję pozbawione ciała stopy, w których można się doliczyć wszystkich dwudziestu sześciu kości. Gdy zaś rozbiorę się do naga… mam tylko jeden kolor, beż – beżową skórę, beżowe kudły, beżowe tęczówki – zatem na tle piasku staję się przezroczysty. Bezbarwność gwarantowana!

Choć poświęcałem na to raczej niewiele czasu, szukałem niekiedy w lustrze czegoś, co mogło się we mnie podobać, lecz zawsze coś mi przerywało te badania, zanim cokolwiek z nich wyniknęło.

Według pracownicy pomocy społecznej, z którą kazano mi się spotkać, nie lubię siebie. Nieprawda… Ja byłbym skłonny się polubić, to inni czują do mnie odrazę! Mojej pospolitości brak jest dyskrecji, wprawiam w zakłopotanie, irytuję, oburzam. Moja bezbarwność wywołuje złośliwe uwagi. Mimo że pragnąłbym być niewidzialny, przemykając się pod ścianami, ludzie mnie dostrzegają. Przyglądają mi się uważnie, a potem, z nieżyczliwym grymasem na twarzy, spluwają lub rzucają obelgi. „Paskudna gęba”, jak to ujął pewien nauczyciel, gdy miałem szesnaście lat. W wieku dwudziestu pięciu potwierdzam niezmienną trafność jego definicji.

Z jakiegoś powodu, którego nie jestem w stanie pojąć, ludzie uważają, że jestem winny własnej anatomii, zarzucają mi, że epatuję swym nieprzyjemnym wyglądem. Wciąż jestem ofiarą, którą się oskarża, i nigdy nie wzbudzam najmniejszego współczucia. Może byłoby lepiej, gdyby szpeciło mnie prawdziwe kalectwo? Ślepy, sparaliżowany, jednoręki, mógłbym ewentualnie budzić szacunek… Od czasu do czasu podejrzewam, że inni domyślają się także mojego tchórzostwa…

– A więc, co nam proponujesz, Augustinie? Młody praktykant zżerany ambicją to ktoś pełen pomysłów, prawda? Mam nadzieję, że nie traktujesz swojego pobytu tutaj jako okazji do spania w cieple, choć to już trzeci raz, kiedy przyłapuję cię na gorącym uczynku.

Przemawiając tubalnym głosem, Philibert Pégard stosuje ton groźby, przekonany, że nie zareaguję. Dostrzegam pułapkę, którą na mnie zastawia. Czy w nią wpadnę? To by go ucieszyło.

Milczę, więc zaczyna się bawić moim kosztem. W rzeczywistości, choć jest rozczarowany mną, zachwyca się sobą.

– Myślałem o rozmowach…

Wzdryga się, zdumiony, że wydukałem kilka słów.

– Słucham?

– Moglibyśmy przeprowadzić wywiady z miejscowymi osobistościami, zapytać je o zdanie na temat sytuacji na świecie, kryzysu, niepewności, pro…

– My?

– Gazeta.

– Ty?

– Czemu nie?

Pobladłem, świadomy swojego zuchwalstwa. Dyrektor zwraca się do dziennikarzy:

– Drżyjcie o swoje posady, przyjaciele: nasz patykowaty stażysta zamierza zasięgnąć opinii wielkich tego świata. Wkrótce nie tylko będziecie harować w dzienniku o zasięgu międzynarodowym, niemającym nic wspólnego z obecnym brukowcem, który pozwala wam płacić rachunki za gaz, lecz także możecie wylądować na bezrobociu, bo pan Augustin Trolliet zajmie wasze miejsce.

Do nikogo nie zwraca się per pan, chyba że wtedy, gdy chce zmiażdżyć swego rozmówcę.

– A z kimże Wasza Zarozumiałość przeprowadzi wywiad? No, pokaż swój notes z adresami, żebyśmy i my skorzystali z twojej siatki kontaktów! Z kim? Z papieżem? Z królem Księżyca? A może wskrzesiłeś de Gaulle’a, Gandhiego albo Czyngis-chana? Ty nigdy nie rozmawiałeś z nikim ważnym, nędzny robaku!

Mierzy mnie wzrokiem, marszcząc czoło.

Otwieram usta, żeby się odciąć, ale moje wargi nie wydają żadnego dźwięku. Zastygam bojaźliwie w bezruchu. Bezlitosna szyba z naprzeciwka posyła mi odbicie, w którym dostrzegam swoją gapowatą postawę. Kłótnie zawsze kończą się w ten sposób – gdy dosięga mnie zniewaga, nabieram powietrza, wstrzymuję oddech, cofam język… i riposta nie nadchodzi. Pod względem fizycznym wszystko jest w porządku, lecz umysł reaguje z opóźnieniem. Choć mam łuk, brakuje mi strzały.

Szef warczy, kipiąc ze złości:

– No dalej, zmiataj na ulicę!

Koledzy przestają się nam przyglądać, wpatrując się a to w swój ekran, a to w swój artykuł, a to w swoje dokumenty. Już przeżyli upokorzenie związane z pracą na ulicy i boją się, żeby rozkaz Pégarda nie trafił w nich rykoszetem.

– Na ulicy jestem do niczego, proszę pana.

– Ty wszędzie jesteś do niczego. Wynocha do miasta! Przynieś nam to, co wyłowisz z rynsztoka. Zbierać śmieci chyba potrafisz, co?

Posłuszeństwo. Szybko wypełnić rozkaz, zanim wymyśli bardziej wyrafinowaną zemstę. Chwytając płaszcz nieprzemakalny, czapkę i wełniane rękawiczki, mam jednak ochotę wyjaśnić mu, dlaczego ciepło mnie oszołomiło, dlaczego się zdrzemnąłem, dlaczego w tych ostatnich dniach…

Ale Pégard już wyszedł.

Sterczę pośrodku wyświechtanego dywanu, przedstawiając żałosny widok. Od ścian odbija się echem jedynie gorliwa cisza.

Moi koledzy, gdy mijam ich biurka, opuszczają głowy, przyciskają łokcie do boków, kurczą się. Chronią się przede mną, jakbym roznosił jakiś niebezpieczny wirus. Wirus pecha na przykład…

Znikam w korytarzu, zbaczam w stronę toalet, z trudem wyciskam z pęcherza kilka zbyt ciemnych kropel, a potem zatrzymuję się przy aneksie kuchennym. Waham się. Serce bije mi jak szalone. Nikogo w pobliżu? Może poniewiera się tu coś do jedzenia, tabliczka czekolady, herbatnik, przylepka, cukierek… Od kiedy nie miałem niczego w ustach? Przebiegam wzrokiem regał i zlew: pusto. Ostrożnie uchylam drzwiczki lodówki, która kryje w sobie napoczętą puszkę piwa. Czemu nie? Piwo ma więcej kalorii niż woda. Chociaż w moim stanie przełknięcie najmniejszej kropli alkoholu grozi, że…

Na puszce zaciska się wielka upierścieniona dłoń. Sprzątaczka odzyskuje swoją własność i unosi ją do szerokich ust, które przecinają pozbawioną szyi głowę przymocowaną wprost do tułowia. Nawet nie mrugnąwszy grubymi powiekami pokrytymi rozmazanym tłustym niebieskim cieniem, kobieta pochłania płyn jednym haustem, mlaska, ociera wargi, wzdycha z zadowoleniem i czka…

Po tym skurczu wlepia we mnie oczy alkoholiczki, chyba dostrzega mnie gdzieś w oddali – chociaż tkwię pięćdziesiąt centymetrów od niej – uśmiecha się niewyraźnie, a potem odchodzi niepewnym krokiem w przydeptanych kapciach i skręconych pończochach, bierze swoje akcesoria i zmywa podłogę. Widząc, jak przytrzymuje się trzonka, mam wrażenie, że mop został wymyślony nie do sprzątania, lecz po to, żeby się nie chwiała.

Przekonany, że już o mnie zapomniała, wyjmuję puszkę z kosza na śmieci, do którego ją wrzuciła, i wychłeptuję to, co zostało w środku. Gorzkawy smak chmielu regeneruje mój wyschnięty język, a przez gardło przepływa fala rozkoszy, potężna niczym przybój oceaniczny, odwrotnie proporcjonalna do maleńkich kropelek, które ją wywołały. Ach, gdybym odkrył, gdzie ta cholerna Umm Kulsum ukrywa swoje zapasy…

Wpatruję się w pracownicę „Demain”. Często, gdy się na kimś koncentruję, zgłębiam jego sekrety. Na ogół unikam takich doświadczeń, bo poznałem zbyt wiele okropności, których łatwo mógłbym sobie oszczędzić, lecz dziś jestem tak głodny, że już się nie waham. Mój wzrok świdruje jej tłusty kark.

– Gdzie chowasz swoje zapasy piwa? – powtarza mój mózg, poddając ją analizie.

Umm Kulsum stawia mi opór.

Nie udaje mi się uzyskać żadnej informacji. Jej zwaliste ciało, równie szerokie jak wysokie, spowite w trykotową sukienkę w lilie wodne, stanowi zwartą nieprzeniknioną bryłę. Alkohol, którym jest napompowana, trzyma mnie na dystans – zresztą niebezpiecznie jest zbliżać się do pełnej kadzi.

Nie daję za wygraną.

Umm Kulsum opiera brodę na trzonku, zamyka oczy, przestaje przecierać podłogę i wykonuje nieznaczne ruchy biodrem w lewo. Widocznie śni, że tańczy. Dokoła niej dostrzegam jedynie muzykę, pociągnięcia smyczków, szarpanie cytr, stłumione instrumenty perkusyjne i kilka tajemnych słów: Hajart albi ma’ak, Fat al-ma’ad… Niewątpliwie śpiewa w duchu, a ta melodeklamacja chroni jej sekrety i zmienia ją w niedostępną twierdzę.

Umm Kulsum ma nade mną przewagę. Zresztą ma przewagę nad wszystkimi członkami tutejszego personelu, mimo że znajduje się na samym dole hierarchii służbowej. Chociaż sprząta kiepsko i z roztargnieniem odbiera telefony – a to jej dwa jedyne obowiązki – Pégard nigdy nie robi jej wymówek. Przyznaje, że kobieta lekceważy kurz w kątach, że zapomina opróżniać kosze na śmieci, że nie stosuje się do jego standardów i nie dziękuje dostawcom, a jednak milczy.

Gdy miesiąc temu zacząłem pracować w redakcji, szybko zapytałem kolegów: dlaczego Umm Kulsum ma przywilej unikania tyranii szefa?

„Nie mamy pojęcia. Jeśli sama ci to wyjaśni, czym prędzej daj nam znać”.

Dzisiaj w identyczny sposób odpowiedziałem nowicjuszowi, który mnie o to zapytał.

Umm Kulsum pozostaje tajemnicą, tajemnicą rozjaśnianą przez nieliczne elementy, które czynią ją jeszcze bardziej nieprzeniknioną. Urodziła się jako chłopiec i nazywała się początkowo Robert Peeters. Pewnego ranka, w wieku czterdziestu lat, Robert Peeters, grając w warcaby w bistro w Châtelineau przy radiu nadającym na cały regulator piosenkę Ozkorini – Wspomnij o mnie – zrozumiał nagle, że w poprzednim życiu był kobietą, i to nie byle jaką, lecz Umm Kulsum, niezrównaną arabską śpiewaczką, Gwiazdą Wschodu, Słowikiem Kairu, Nieśmiertelną, tą, którą nazywano „czwartą piramidą”! Poruszony tym odkryciem, zmienił się z dnia na dzień, zaczął nosić buty na obcasie i sukienki, owijać głowę turbanem, a potem nawrócił się na islam i porzucił swój zawód bednarza na rzecz bardziej kobiecej profesji. Nikt nie wie, czy poddał się operacji, i nikt nie ma ochoty tego sprawdzić, bo oprócz tupetu, ubiorów, spektakularnej fryzury i takiegoż makijażu Umm Kulsum nie ma w sobie nic kobiecego: masywną sylwetkę kierowcy ciężarówki, owłosione ramiona, siny zarost, który pod koniec dnia przebija się przez ogorzałą skórę na twarzy, kałdun alkoholika i głos żandarma. Lafouine, rudzielec, który zajmuje się u nas sportem, zapewnia, że zachowała swoje męskie atrybuty i że nie wstrzykuje sobie hormonów.

Umm Kulsum rządzi w redakcji „Demain”. Siedząc niczym na tronie za wysokim mahoniowym kontuarem, obserwuje zamglonym, lecz władczym wzrokiem każdego, kto wchodzi lub wychodzi. Ktoś, kto znajdzie się w pobliżu niej, czuje się w obowiązku ją pozdrowić – wręcz się ukłonić – lecz jest to hołd, na który ona nigdy nie reaguje. Prosząc ją o cokolwiek, okazujemy respekt, a nawet odrobinę służalczości. Zresztą dla niej owo cokolwiek natychmiast przestaje być częścią jej obowiązków, stając się łaską, którą okazuje lub nie. Gdy dzwoni telefon, przygląda mu się z dezaprobatą i odczekuje piętnaście dzwonków, zanim odbierze, bo chce się upewnić, że intruzowi rzeczywiście zależy na połączeniu. Nic nie zbija Umm Kulsum z tropu. Ludzie, którzy słyszą ją w słuchawce, zwracają się do niej per „pan”, gdy tylko rozlegnie się jej głos, więc poprawia ich niezmiennie – „pani!” – z niezachwianym spokojem. Pewnego dnia Lafouine zagadnął ją złośliwie:

„To musi być zniechęcające, wyjaśniać każdemu, że jest pani kobietą, co?”

„Podobnie było w moim poprzednim życiu”.

Dokąd ona się udaje po pracy? Z kim mieszka?

Kierując się do wyjścia, ocieram się o nią pośrodku wąskiego korytarza. Wzdryga się, czując moje dotknięcie, zaskoczona, że jakiś śmiertelnik wkrada się w jej senne marzenia. Mierzy mnie wzrokiem, sztywniejąc, i po raz setny próbuje sobie przypomnieć, kim jestem, lecz daje za wygraną i rozpościera szmatę na linoleum.

Tuż przed przedsionkiem przechodzę obok gabinetu szefa, który zapomniał zamknąć drzwi. Zwalniam: ciekawe, czym on się zajmuje, gdy na nas nie wrzeszczy?

Z jednym pośladkiem na swoim biurku pan Philibert Pégard kopci hawanę, wpatrując się w ulicę obramowaną zasłonami z ciemnego aksamitu. Wydaje mu się, że jest sam na świecie. Zamiast gromić podwładnych, medytuje. Dym unosi się spokojnie z brunatnego cygara zakończonego pierścieniem siwego popiołu. Pégard nie przyśpiesza spalania, nie wkłada cygara do ust, pozwala, żeby zużywało się powoli, chce, żeby zachowało się jak najdłużej w stanie nienaruszonym.

Wbrew sobie przystaję przed tym niecodziennym obrazem.

Przyglądając się uważniej, zdaję sobie sprawę, że Pégard nie jest zwrócony w stronę okna, lecz w stronę małej dziewczynki, która majaczy w półmroku, siedmioletniej dziewczynki z jasnymi warkoczykami, w sukience w szkocką kratę. Uśmiecha się do niej, a ona robi do niego zalotne miny.

Kim ona jest? Przecież do redakcji nie wpuszcza się dzieci…

Smarkula odkrywa moją obecność i macha do mnie wesoło.

Reaguję spontanicznie:

– Dzień dobry.

Dziewczynka, speszona, unosi obie ręce do buzi, jakbym popełnił jakieś wielkie głupstwo, a potem chroni się za torsem Pégarda. Ten zaś odwraca się w moją stronę.

– Co cię ugryzło? Dlaczego mówisz mi dzień dobry?

– Och, nie panu, tej dziewczynce.

Pokazuję palcem stojącą za nim dziewczynkę, choć teraz już jej nie widzę.

– Jakiej znów dziewczynce? – docieka Pégard.

– Małej dziewczynce, która siedziała obok pana, a teraz się chowa.

Gdzie ona jest? Na próżno przechylam się to w prawo, to w lewo, robię krok do przodu, wchodząc do gabinetu, żeby dojrzeć miejsce, w którym się ukrywa. Umknęła. Nie do wiary! Nigdzie nie mogę jej znaleźć. Padam nagle na kolana i na czworakach szukam po drugiej stronie biurka, pod fotelem, rozsuwam zasłony.

– Augustinie, odbiło ci?

Nie sposób się zorientować, dokąd i jak się ulotniła.

– Była tutaj mała dziewczynka! Siedmioletnia, z jasnymi warkoczykami, w sukience w szkocką kratę!

Pégard robi się purpurowy na twarzy, oczy mu przygasają, ręce się trzęsą.

– Żartujesz? – szepcze.

– Wcale nie. Nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób zniknęła.

– W jaki sposób zniknęła?

Gdy podchodzę, żeby zdemaskować tę magiczną sztuczkę, Pégard mnie zatrzymuje, chwytając za kołnierz. Boję się. Szef zmienia się w chodzącą wściekłość. Wpadam w panikę. Czuję, że mnie udusi.

– Jak śmiesz?

Jest tak wzburzony, że z trudem mówi:

– Jak śmiesz!

Skandując to zdanie, unosi mnie, wlecze do drzwi gabinetu i wyrzuca na korytarz.

– Zapłacisz mi za to! Drogo mi za to zapłacisz…

Wydaje mi się, że dostrzegam łzy na krawędzi jego powiek. Odwraca się na pięcie i zatrzaskuje drzwi, zostawiając mnie na podłodze.

Klucz obraca się w zamku. Kroki Pégarda oddalają się w stronę okna, w głąb pomieszczenia.

Zapada cisza.

Nie zrozumiałem nic z tego, co się właśnie wydarzyło: obecność dziewczynki, jej nagłe zniknięcie, reakcja Pégarda…

Wstając, usiłuję doprowadzić nieco do porządku ubranie. Zza drzwi dochodzi pociąganie nosem, płacz. Przykładam do nich ucho.

Czyżby dziewczynka wróciła?

Odgłosy stają się wyraźniejsze. Ciężki oddech, czkawka wydobywająca się z szerokiej klatki piersiowej, jęki mężczyzny: to płacze Pégard, nie nieznajome dziecko.

Jeśli mnie tu zastanie i zorientuje się, że byłem świadkiem jego słabości, zabije mnie na miejscu: zmykam.

Na zewnątrz wilgoć bulwaru Audenta zarzuca mi zimne prześcieradło na policzki. Mimo że nie padało, bruk jest pokryty czymś w rodzaju werniksu.

Na ławce pijak ziewa z nudów. Kilka gospodyń domowych kończy robić zakupy. W bramie kamienicy dwóch zakapturzonych nastolatków pali bez zaciągania się dymem. O jedenastej przed południem przechodnie należą do rzadkości. Tylko jakiś pies się przeciąga. „Na ulicę!”, wykrzyknął Pégard, jakbym miał tu zastać ożywiony tłum szemrzący pragnieniami, ekscytacją, ambicjami, tłum, w którym mieszają się ze sobą tysiące osób żyjących na pełnych obrotach, gwar dostarczający niekończących się bogactw, i miałbym z niego wydobyć perły godne figurowania na łamach gazety. Rzecz w tym, że Charleroi to nie Paryż, nie Londyn ani Nowy Jork. To miasto częściej śpi niż czuwa. Mruży oczy w porze obiadu, na krótko wykazuje oznaki aktywności późnym popołudniem, w godzinach szczytu, chociaż pozlepiane ze sobą samochody kojarzą się raczej z postojem niż ze zniecierpliwieniem. Bezruch już dawno zadomowił się w Charleroi, podobnie jak białawe obłoki i powolny deszcz.

Rozglądam się dookoła. Ponury gołąb podrywa się do lotu.

Jakie informacje zdołam zebrać?

Powinienem wejść do jakiegoś bistro, oprzeć się o bar i popijać z kieliszka, słuchając plotek sączących się z ust właściciela lub klientów. Tyle że taka operacja wymagałaby ode mnie poświęcenia kilku euro, a tymczasem moje kieszenie zieją pustką. I nie tylko kieszenie, także żołądek.

Chodnik kończy się niepostrzeżenie i przez nieuwagę skręcam sobie kostkę.

Przewracam się.

Ach, gdybym mógł stracić przytomność! Zostać ocucony przez strażaków, zabrany na pogotowie, gdzie nakarmiono by mnie kanapką, zupą, kompotem…

Masuję sobie nogę. Nic z tego. Tylko trochę boli. A ból przejdzie. Szybciej niż głód. Podnoszę się. Przede mną, w odległości dwudziestu metrów elegancka kobieta wyjmuje z koszyka jabłko, nadgryza je. Dzwoni jej telefon. Odkłada owoc na brzeg ławki, żeby odebrać.

Skorzystać z jej nieuwagi i ukraść jabłko?

– Augustinie, powstrzymaj się.

Moje sumienie woli głód od wstydu.

– Szukaj informacji. Wróć do redakcji z newsami, bo w przeciwnym razie…

Niegodziwa część mnie ma ochotę sprzeciwić się sumieniu:

– Bo w przeciwnym razie co? Nie jestem wynagradzany ani szanowany. Ten staż do niczego się nie przydaje. Lepiej bym zrobił, żebrząc.

Wzruszam ramionami i idę dalej bulwarem. Biją dzwony. Przy placu Karola II odbywa się nabożeństwo.

Moje kroki kierują się w tamtą stronę, bo po drodze jest fast food. Oczywiście nie wejdę do środka, ale – nigdy nie wiadomo – ktoś wychodzący mógłby wyrzucić do kosza frytki albo połówkę hamburgera. Żywiłem się w ten sposób wczoraj. Jedzenie z odzysku nie budzi we mnie wstrętu.

Potrąca mnie jakiś mężczyzna.

Omal się nie przewróciłem, ale on nawet tego nie zauważył.

Rezygnując z domagania się przeprosin – nie umiem się bić – opieram się o fasadę kamienicy i rozcieram ramię.

Rozgorączkowany mężczyzna przechodzi niespodziewanie przez ulicę. Lepiej go teraz widzę: dwadzieścia lat, obszerna kurtka z kapturem mimo wątłej sylwetki, ciemna czupryna wystająca spod czapki, gęsta, lecz przycięta broda, posępne, nieco rozszerzone oczy. Rzuca niespokojne spojrzenia, a jego głowa bez przerwy obraca się to w prawo, to w lewo.

Intryguje mnie.

Co jest za nim, tuż przy jego ramieniu?

Zatrzymuje się, dotyka zegarka. Wyraźniej widzę ptaka, który trzepocze skrzydłami dookoła niego.

Co to jest? Kruk? Kos?

Wytężam wzrok.

Jakieś pierzaste stworzenie?

Tracę zmysły… Czyżby wyobraźnia płatała mi figle? Zamiast zwierzęcia widzę miniaturowego człowieka, ludzką postać w antracytowej dżalabii, wściekle wymachującą rękami. Przełykam ślinę i przyciskam dłonie do tynku, o który się opieram, próbując w ten sposób sprawdzić, czy naprawdę znajduję się w realnym świecie.

Naprzeciwko mnie młodzieniec ociera sobie czoło, drży, waha się, a potem postanawia zawrócić. Człowieczek na jego ramieniu zaczyna tupać, krzywić się, wrzeszczeć. Nie docierają do mnie słowa, lecz rozumiem, że to maleńkie stworzenie beszta młodzieńca.

Młody człowiek wypręża się, nieruchomieje. Słucha, co mówi mu stworzenie w dżalabii, zamyka oczy, oddycha głęboko. A teraz kiwa głową, wyraża zgodę. Po upływie minuty uspokaja się, spokój wręcz go przepełnia. Stworzenie, czując, że stawia na swoim, zachowuje się coraz mniej gwałtownie, poprawnie artykułuje słowa, z każdą chwilą pewniejsze swojej przewagi.

Podniesiony na duchu młodzieniec uśmiecha się i szepcze mu coś na ucho. Wszystko się ułożyło. Dochodzą do porozumienia.

Dzwony przestają bić.

Młody człowiek spogląda na zegarek i nabiera haust powietrza. Jest zdecydowany. Znów rusza przed siebie pierwotną trasą, stawiając wielkie kroki. Skręca.

Śledzę go. Oczywiście nie zdobędę w ten sposób żadnych nowin, ale intryguje mnie to stworzenie, które mu towarzyszy, szybując w powietrzu niczym latawiec na spokojnym niebie. Młodzieniec wychodzi na sześciokątny plac Karola II. Pod kruchtą kościoła Świętego Krzysztofa pogrążone w żałobie rodziny tworzą grupki, wychodząc z nabożeństwa. Pojawia się trumna.

Młodzieniec idzie dalej swoją drogą i posuwa się wzdłuż schodów, na których tłum nieruchomieje.

Ja też wkraczam na plac, gdy pewien szczegół przykuwa mój wzrok: po mojej lewej stronie, na górze kosza na śmieci leży pojemnik z frytkami. Chyba są jeszcze ciepłe. Ktoś położył je tam zaledwie przed chwilą.

Nie potrafiąc się oprzeć, porzucam śledzenie młodego człowieka, nabieram je pełnymi garściami i wpycham sobie do ust. Nie śmiem wierzyć, że za kilka minut już nie będę głodny. Zęby miażdżą mączną miazgę. Odżywam. A raczej odżyję za moment.

Swoją drogą, gdzie jest mój młodzieniec z tym swoim dziwnym latającym stworzeniem?

Odwracam się i dostrzegam go po drugiej stronie fontanny, nie dalej niż metr od pracowników zakładu pogrzebowego, którzy wsuwają trumnę do limuzyny.

A wtedy rozchyla kurtkę, wykrzykuje rozdzierającym głosem jakieś zdanie i wykonuje gwałtowny ruch.

Rozlega się detonacja.

Coś przesłania niebo.

Porywa mnie fala powietrza.

Unoszę się.

Spadam.

2

– Odzyskuje rumieńce…

– Dochodzi do siebie…

Słyszę głosy. Choć raz wcale mi się to nie śni. Spoczywam w czarnej otchłani, bez ścian, w nieprzeniknionych ciemnościach, pośród których unoszę się, szczęśliwy.

– Proszę pana!

Jest mi ciepło w tym moim mroku. Nic mi już nie ciąży, ani moje członki, ani moje myśli. Pozbawiony balastu ciała i ducha, nie jestem już sobą. Podoba mi się ta lekkość.

– Proszę otworzyć oczy!

Znowu…

– Proszę otworzyć oczy!

Dostrzegam zaniepokojenie w kierowanych do mnie słowach. Czy mam zareagować?

– Proszę otworzyć oczy!

Już?

– Błagam pana!

Chcąc wyswobodzić się z tej atmosfery paniki, rozpoczynam ów manewr, oceniając, że jestem w stanie wykonać polecenie.

– Niech pan otworzy oczy, proszę.

– Myślisz, że on nas słyszy?

Ależ tak, rozumiem. Tak, otwieram oczy. Trochę cierpliwości. Jeszcze chwilę… Staram się ze wszystkich sił.

– Proszę pana, to nie jest odpowiedni moment, żeby dać za wygraną. Proszę zareagować!

Wobec natarczywości głosu oceniam swoją bezsilność. Moje powieki stawiają opór niczym bezwładne ołowiane płyty, rozgrzane, zaczerwienione. Uniesienie ich wymaga energii ciężarowca. Robię wdech i – uff! – podejmuję ostatni wysiłek.

Gotowe!

Zalewa mnie światło.

Dwie pochylone nade mną twarze odcinają się na tle szarego nieba.

– Bardzo dobrze, proszę pana.

– Brawo!

– Jak się pan czuje?

Usiłuję wyartykułować odpowiedź, lecz moja ściśnięta, zduszona krtań odmawia współpracy. Chce mi się wymiotować.

Zamiast odpowiedzieć, robię uprzejmą minę.

Twarze dziękują mi, odwzajemniając uśmiech.

– Czy może pan swobodnie oddychać?

Zaniepokojony, koncentruję się na oddychaniu, robię wdech, wydech, zaczynam od nowa, powoli, mobilizuję żebra, klatkę piersiową, nos, jakbym wynalazł tę czynność.

– Nic nie uciska w płucach?

Kręcę przecząco głową.

– Ból w klatce piersiowej?

Zaprzeczam.

Na obu twarzach maluje się ulga. Mam wrażenie, że je zadowoliłem. Dopiero teraz wyraźniej rozróżniam rysy swoich ratowników: chłopak ma okrągłą twarz kochanego nastolatka, podczas gdy dziewczyna, blada, smukła, pożera mnie swoimi tęczówkami przypominającymi niebieską porcelanę. Ależ mi śpieszno, żeby wyrazili następne prośby, bym mógł je spełnić!

– Czy może pan mówić?

Chciałem powiedzieć „tak”, lecz to słowo nie wyszło z moich ust. Dziwi mnie to. Próbuję ponownie:

– Mm.

Nosowe chrząknięcie to najlepsze, co udaje mi się osiągnąć. Nie jestem tym zaniepokojony. Twarze natomiast nie są zachwycone.

– Proszę wybaczyć, że się panu naprzykrzamy, ale czy w normalnych okolicznościach pan mówi?

Uśmiecham się.

– Potwierdza pan, że zwykle nie jest pan niemową?

Uśmiecham się jeszcze szerzej.

– To szok?

– Albo ból…

– …który nie pozwala panu mówić?

Zastanawiam się nad tym i odwracam się w stronę chłopaka, tego, który powiedział „szok”.

– Czy może pan wstać?

Wcale nie mam ochoty wstawać. Domyślam się jednak, że jest to kwestia najwyższej wagi dla tych dwóch twarzy przepojonych dobrocią. Łącząc ponownie swoje kończyny ze świadomością, próbuję unieść tułów.

Ich ramiona pomagają mi usiąść.

– Brawo!

– Świetnie!

– Proszę nie rezygnować.

– No, dalej, niech pan stanie na nogi!

– Proszę nie wpadać w panikę, niczego się nie obawiać. My panu pomożemy.

Już dawno nikt nie był dla mnie taki miły.

Postanawiam wstać, mobilizując ponad miarę swoją wolę, jak niegdyś, gdy miałem sześć lat i po raz pierwszy skakałem do wody.

– Śmiało!

Drżą mi uda, dygoczą kolana, ręce kręcą młynka, lecz anioły stróże podpierają moje plecy i… udało się. Wreszcie stoję.

Widok, który odkrywam przed sobą, wprawia mnie w osłupienie: odłamki szkła, gruz, zgliszcza, krew, ciała na ziemi, jedne jęczą, inne osłonięto całunem, płonący karawan, wokół którego uwijają się strażacy, rozbita wiata autobusowa, wypatroszone witryny, pył, noszowi biegający tam i z powrotem, odjeżdżające karetki pogotowia, policjanci wyznaczający zamknięte strefy, funkcjonariusze robiący zdjęcia, a dalej, za barierkami, zwarty tłum gapiów. Nozdrza atakuje woń spalenizny. Wiszący w powietrzu białawy popiół wzbrania się przed osiadaniem. Zgiełk atakuje mnie ze wszystkich stron. Jęki rannych, rozkazy policjantów, płacz dzieci, wycie syren. W jednej sekundzie rozumiem, co się stało. Plac Karola II nie wyglądał w ten sposób. Bomba urządziła go od nowa.

Ratownicy dostrzegają moje zmieszanie.

– Miał pan coś ze sobą?

– Przy sobie?

Kręcę przecząco głową.

Nie odrywam wzroku od karawanu. Próbuję odkryć, co się stało z mężczyzną, który spowodował ten kataklizm, lecz na przeszkodzie stają góry piany gaśniczej, krzątanina strażaków, prześcieradła, zamęt.

Nagle spostrzegam na ziemi oderwaną rękę.

Należała do niego. Przez współczucie czuję ból w ramieniu.

– Aj!

– Coś pana boli?

Nigdy nie widziałem ręki osieroconej przez ciało. Odwracam wzrok.

– Dlaczego pan krzyczy?

Chciałbym odpowiedzieć, lecz oczy zachodzą mi mgłą, a po policzkach spływają łzy.

– Zawieziemy pana do szpitala.

Niech dadzą mi czas na zastanowienie, zapamiętanie doznań! Chcą wyłącznie działać, wciąż działać, skupieni, skuteczni. Oto poważne nieporozumienie dotyczące aniołów: sądzimy, że czuwają nad nami, żeby uleczyć nasz niepokój, podczas gdy w rzeczywistości to my musimy je uspokajać.

Pomagają mi dojść do cytrynowożółtej karetki. Kilka osób podbiega na widok naszej trójki. Układają mnie na składanych noszach, które wsuwają na tył pojazdu.

Zanim drzwi się zamknęły, dostrzegam w odległości dziesięciu metrów po swojej lewej stronie, na wysokości ratusza, Philiberta Pégarda i dziennikarzy z redakcji zatrzymanych, mimo ich gwałtownych protestów, przez policjantów za kordonem bezpieczeństwa.

Zauważywszy mnie, Pégard nieruchomieje. Nie jest pewien, czy to rzeczywiście ja. Jego twarz przez moment jest pozbawiona wyrazu, potem maluje się na niej radość. Rozpromienia się. W mgnieniu oka staję się atutem. Z wymuszoną uprzejmością szef kieruje do mnie minę, która oznacza jednocześnie: „dobrze się czujesz?” i „zobaczymy się za chwilę?”. Zaciera ręce, unosząc je powyżej żołądka. Jest zachwycony. Reporter „Demain” znajdował się na miejscu zamachu i przekaże gazecie relację o tym wydarzeniu na wyłączność! Niewątpliwie w zakamarkach swojego mózgu Pégard już szuka dobrego tytułu.

Drzwi się zatrzaskują.

Karetka uruchamia syrenę, rusza i z przezorną powolnością jedzie wzdłuż placu Karola II, wymijając wyrwane z ziemi latarnie. Przez szybę kontempluję chaos. Uodporniony przez emocje wywołane przed chwilą widokiem oderwanej kończyny, obserwuję uważnie ziemię między smugami sadzy i krwi, przykucniętymi technikami policyjnymi czy lekarzami osłuchującymi rannych.

Gdy skręcamy w ulicę Vaubana oddalającą nas od miejsca katastrofy, nabieram pewności: wśród szczątków nie ma żadnego śladu stworzenia w dżalabii, które unosiło się nad ramieniem terrorysty.

Na oddziale ratunkowym umieszczono mnie, wciąż leżącego na noszach, w jakimś kącie szmaragdowego korytarza. Jak zwykle jestem zaniedbywany.

Jak zwykle się na to zgadzam. Z zasłyszanych strzępów rozmów i uwag rzucanych w przelocie przez przerażone pielęgniarki orientuję się, że ekipy medyczne zajmują się najpierw najciężej rannymi i poparzonymi, grupą wysokiego ryzyka, do której ja się nie zaliczam. Dokoła mnie coraz więcej jest poważnie poszkodowanych ofiar. Podmuch spowodowany eksplozją zwielokrotnił obrażenia. Mimo że ludzkie ciało, miękkie i podlegające deformacji, lepiej wytrzymuje fale uderzeniowe niż twarde przedmioty, wiele osób zostało ugodzonych kawałkami gruzu, gwoździami, śrutem, śrubami, fragmentami blachy, deskami, które podziurawiły, czy wręcz przebiły je na wylot. Słyszę, jak mówi się o rozerwanych oczodołach, przebitych klatkach piersiowych, nogach do amputacji. „Opaska zaciskowa, szybko!”, „Na blok operacyjny!”, „Dzwońcie do szpitala Notre-Dame albo do Świętej Teresy, żeby zapytać, czy mają miejsca!”, „Amputujemy!”, „Opaska!”… Presja rośnie, zmobilizowano wszystkich lekarzy ze szpitala, nawet tych, którzy mieli dzień wolny lub byli na urlopie. Do czynników technicznych dochodzi czynnik ludzki: ranni krzyczą, pieklą się, błagają o pomoc. Jeśli nawet zamach na placu Karola II nie poraził w równym stopniu wszystkich ciał, dosięgnął wszystkich serc. U niektórych przerażenie góruje nad bólem, co sprawia, że cierpienie doprowadza ich do szaleństwa.

Walkie-talkie trzeszczą bez przerwy, podając wydłużającą się wciąż listę zabitych. Personel skarży się na niewystarczające wyposażenie. Brakuje mu sal operacyjnych, potrzebuje lekarstw, zwraca się zatem do prywatnych klinik. Czasami przejmujący krzyk dobiegający z poczekalni informuje nas, że oto matka straciła dziecko.

Asystuję przy tym, oniemiały, roztrzęsiony, przejęty zgrozą.

Ocierają się o mnie jakieś nosze. Wyciągnięty na nich nagi, zakrwawiony mężczyzna z poparzoną, pokaleczoną skórą wypręża się wstrząsany drgawkami i przewraca oczyma z przerażenia. Wyczuwam, że w głębi duszy stawia opór. „Nie, nie ja!” – krzyczy jego twarz. – „Nie ja! Nie tutaj! Nie teraz!” Prowadzi gwałtowną walkę wewnętrzną. Pielęgniarki zabierają go, biegnąc jak szalone.

Tego już dla mnie za wiele. Odwracam się do ściany, plecami do tego zamętu, przestraszony nie tylko tym, co widzę, lecz także tym, co sobie wyobrażam.

Leżę skulony bez ruchu. W regularnych odstępach czasu ktoś dotyka mojego ramienia, przypominając mi, że o mnie nie zapomniano. Lubię czuć tę odwagę, tę wytrwałość, tę wspaniałomyślność ludzi, którzy poświęcają się dla bliźnich. To mnie uspokaja. Niczym cień góry zakrywający pola ogarnia mnie otępienie.

Ulegam mu.

Późnym popołudniem budzi mnie libański stażysta o czarnych jak węgiel brwiach.

– Proszę się ocknąć!

Wsuwa moje nosze do izolatki i wypytuje mnie. Podaję mu nazwisko, wiek i adres redakcji „Demain”, a potem poddaję się badaniu, fachowemu i dokładnemu.

Po każdym obmacywaniu, każdym pomiarze zakreśla pola w karcie. Chociaż jest wyczerpany, nie zaniedbuje żadnego szczegółu.

– Jestem głodny – mówię.

– Myriam, porcja obiadowa dla pana!

Takie to było proste… Czemu nie dopominałem się wcześniej? Myriam, dobroduszna kobieta, odsuwa zasłonę, żeby zapytać, czy jadam mięso. Kiwam głową. Wszystkie rodzaje mięsa? Potwierdzam.

– Umieścimy pana w pokoju na trzecim piętrze – dochodzi do wniosku libański stażysta.

Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy niepokoić.

– Ale dlaczego?

– To środek ostrożności. Chcemy zostawić pana na obserwację. Z mojego wstępnego badania wynika, że nie wykazuje pan żadnych objawów pourazowych, z wyjątkiem niskiego ciśnienia i osłabienia wywołanego szokiem. Wolimy się jednak upewnić, czy nie ma pan obrażeń wewnętrznych.

– Na przykład?

– Obrażeń układu trawiennego, których zdiagnozowanie trwa najdłużej.

Mam ochotę wykrzyczeć mu, że to, na co cierpi mój brzuch, wynika z niejedzenia od dawna do syta, ale się powstrzymuję. Nikt nie powinien się dowiedzieć, dlaczego cieszę się, że tu zostaję.

– Czy zanim znajdzie się pan w swoim pokoju, zechciałby pan odwiedzić komórkę psychologii kryzysowej?

– Może po jedzeniu?

– Tak, przepraszam, proszę mi wybaczyć.

Myriam i Libańczyk przenoszą mnie z noszy na wózek inwalidzki, a potem pielęgniarka zawozi mnie do pokoju 313.

W porównaniu z oddziałem ratunkowym inne części szpitala wydają się spokojne. Nic nie mąci ciszy szerokich korytarzy, z wyjątkiem wilgotnego dźwięku, który miękkie linoleum wymusza na pantoflach pielęgniarzy czy kołach wózków. Posuwamy się naprzód w jakimś płynnym świecie.

Trzecie piętro. Zdjęcia alpejskich krajobrazów zdobią ściany łagodnie rozświetlane lampkami nocnymi.

– Jesteśmy na miejscu. Pokój 313.

Gdy pielęgniarka popycha drzwi, znajduję się twarzą w twarz z Philibertem Pégardem, który czeka na mnie, siedząc na krześle obok łóżka z wiązanką kwiatów w dłoni i lizusowskim grymasem malującym się na twarzy. Myriam mierzy go wzrokiem.

– Należy pan do rodziny?

– Jestem jego przyjacielem i pracodawcą – oświadcza Pégard typowym dla siebie autorytatywnym tonem.

Ledwie padło to zdanie, przybiera pokorną postawę, która wyraża szczere wzruszenie.

– Poza członkami rodziny i policją nikt nie ma prawa rozmawiać z ofiarami – przypomina surowo pielęgniarka.

– Augustin nie ma rodziny.

Kobieta odwraca się w moją stronę, żebym potwierdził tę informację. Spuszczam oczy.

– To byłoby mimo wszystko godne pożałowania – odparowuje Pégard – gdyby został sam, przechodząc te ciężkie doświadczenia. Co do komisarza Terlettiego, on mnie zna i przysyła tutaj, żebym się zajął Augustinem. Przedstawię się: Philibert Pégard, dyrektor gazety „Demain”.

Pielęgniarka, która czytuje wychodzącą w mieście gazetę, a przede wszystkim ma coś innego do roboty, postanawia nie interweniować. Wzrusza ramionami i układa mnie na łóżku. Pégard kilkakrotnie rzuca się, żeby jej pomóc, a raczej pokazać, iż gotów jest to zrobić, lecz ona za każdym razem go odpycha.

– Jaka jest diagnoza? – pyta ją szeptem.

– Proszę się zwrócić do lekarza. W tej chwili ten pan potrzebuje odpoczynku i musi pozostać pod obserwacją. Proszę go nie męczyć. Przyniosę tacę z jedzeniem.

Wychodzi.

Pégard robi przymilną minę.

– Jak się czujesz?

Waham się… A gdybym tak nadal trwał w afazji?

– Jesteś w szoku?

Czuję, że należy odpowiedzieć „tak”. Potwierdzam zatem i natychmiast dodaję:

– Jestem głodny.

– Ona za chwilę przyniesie jedzenie. Znajdowałeś się daleko od wybuchu?

Ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że od wielu godzin wcale nie myślałem o tym, co się stało, jakby wspomnienia z zamachu okopały się w jakimś zakamarku mojej pamięci, do którego zakazałem dostępu.

– Zostałem przy wejściu na plac.

– Byłeś więc dosyć daleko. Uff, tym lepiej dla ciebie… I widziałeś to?

– Co?

– Wybuch.

– Widziałem i słyszałem. Przewróciłem się. Na ziemi straciłem przytomność.

Mówiąc to, zastanawiam się, co się stało z frytkami, z tymi chrupiącymi frytkami, które zacząłem pożerać.

Zachwycony Philibert Pégard potrząsa kwiatami, chcąc dać mi do zrozumienia, że są przeznaczone dla mnie, znika w łazience, przestawia jakieś przedmioty, zrzędzi, klnie, odkręca kran, a potem wraca z nocnikiem zamienionym w wazon.

– Nie dziękuj i wszystko mi opowiedz.

Siada energicznie na fotelu: już nie żałuje, że przyszedł, ani że wydał pieniądze na bukiet.

– Spotkałem terrorystę na bulwarze Audenta. Był tak rozgorączkowany, że mnie potrącił, przechodząc na drugą stronę. Gdy znalazł się na przeciwległym chodniku, dobrze mu się przyjrzałem.

– Jak się zachowywał?

– Nerwowo. Dziwacznie.

– W jakim sensie dziwacznie?

– Spoglądał na zegarek kilka razy na minutę. Na zdrowy rozum raz wystarczy.

Pégard wyjmuje notes z kieszeni płaszcza przeciwdeszczowego i zapisuje to, co mu relacjonuję.

– Co dalej?

– Chociaż po jego nogach i głowie można się było domyślić, że jest bardzo chudy, miał na sobie ogromną kurtkę puchową, o wiele za dużą.

– I nie bez powodu. Ukrywał pod nią pas z ładunkami wybuchowymi. Ile miał lat?

– Dwadzieścia.

– Nosił brodę?

– Tak.

– Czarną?

– Tak.

– Osobnik w typie mieszkańca Maghrebu?

– Tak.

Pégard robi usatysfakcjonowaną minę, niczym kot, który właśnie pożarł mysz.

– Był sam?

Przyglądam mu się uważnie. To ważna chwila. Czy mogę mu wszystko powiedzieć? A gdybym spróbował?

Pochyla się do przodu, patrząc szklistym wzrokiem, i powtarza łagodnym głosem:

– Był sam?

– Nie.

Philibert Pégard się rozpromienia: wreszcie sensacyjna wiadomość! Dysponuje informacją nieznaną policji. W związku z tym rzuca za siebie ukradkowe spojrzenie, chcąc się upewnić, że nikt nas nie słyszy.

– Kto mu towarzyszył?

Jeszcze się waham… Uwierzy mi? Odpowiadam ostrożnie:

– Mężczyzna w dżalabii. Starszy od niego.

– Wysoki? Niski?

Zastanawiam się i mówię powoli:

– Niski.

– Gruby? Chudy?

– Ani jedno, ani drugie.

– Doskonale! Mów dalej. Co robili?

Wiercę się na łóżku. Ta rozmowa okazuje się niewygodna, bo jednocześnie wyznaję prawdę i ukrywam, co widziałem. Dokąd mnie to zaprowadzi?

– Augustinie, co robili ci dwaj?

– Rozmawiali, ale nie słyszałem, o czym. Wyglądało na to, że się kłócą. Starszy mężczyzna próbował przekonać młodszego. Właściwie uważam, że ten młodszy się wycofywał.

– A zatem ten stary jest indoktrynerem.

– Skoro pan tak uważa…

– Tak, to oczywiste, zajmuje się werbowaniem, praniem mózgów, jest szefem operacji. Jak długo trwała ta sprzeczka?

– Dwie, trzy minuty. Stary postawił na swoim, a młody odszedł w stronę placu Karola II.

– Sam?

– Nie, stary szedł za nim.

– Ach tak? Ciekawe…

Chętnie wyznałbym Pégardowi, że były dwie jeszcze ciekawsze rzeczy, a mianowicie wzrost starego i to, że unosił się w powietrzu. Gdybym mu jednak o tym powiedział, już w ogóle nie dałby wiary moim słowom.

– To znaczy, że odeszli w stronę placu?

– Tak. Skierowali się w stronę kościoła Świętego Krzysztofa. Ludzie wychodzili akurat z mszy. Wkładano trumnę do karawanu.

– I co?

Wyłamuję sobie palce ze wzrokiem wlepionym w pościel. Nie mam ochoty wyjawić, co było dalej.

Pégard mnie zachęca:

– Augustinie, twoje świadectwo ma zasadnicze znaczenie. Zdaję sobie sprawę, że przypominanie sobie tego draństwa dużo cię kosztuje, że jest… bolesne, ale musisz nam pomóc, nam dziennikarzom, policjantom, politykom, obywatelom, krajowi, światu. Być może tylko ty jeden wiesz, co się naprawdę wydarzyło.

– No więc…

Nie zamierzam wspominać o epizodzie z frytkami. Jeśli wyznam mu, że nie jem do syta, ryzykuję, że odkryje resztę.

– Augustinie, skup się, mój chłopcze.

Ależ dobry aktor z tego Pégarda! W tym momencie niemal gotów byłbym uwierzyć w jego współczucie.

– Jakaś scena po prawej stronie odwróciła moją uwagę… Ktoś zaczął kląć, bo pośliznął się na psiej kupie…

– Nie!

– Ależ tak.

– Nie!

Jak Pégard zwęszył, że kłamię? Taki jest zdolny? A ze mnie taki marny aktor?

Wstaje i kręci się wokół łóżka, purpurowy na twarzy, dysząc ciężko i miażdżąc w zębach cygaro.

– Nie, przecież nie powiesz mi, że przegapiłeś najważniejsze z powodu gówna jakiegoś kundla! Nie powiesz mi, że nie widziałeś zamachu!

– Ależ nie, widziałem.

– Ach!

Natychmiast usiadł ponownie, chwycił notes, założył nogę na nogę i pochylił się w moją stronę, niemal uległy.

– Agustin, wszystko mi opowiedz, drogi chłopcze!

– Kilka sekund później ten młodszy podszedł do tłumu zgromadzonego przy karawanie, rozchylił kurtkę, wykrzyknął jakieś niezrozumiałe zdanie i…

– Allahu akbar.

– Słucham?

– Wrzasnął Allahu akbar. Już się o tym dowiedziałem. To znaczy „Bóg jest wielki”.

– Aha… Potem gwałtownie wyprostował ręce i rozległa się detonacja.

– A ten stary?

– Jaki stary?

– Stary, który mu towarzyszył.

– Już go nie widziałem.

– Nie było go obok karawanu?

– Nie.

– Czyżby wymknął się w ostatniej chwili?

– Nie mam pojęcia.

– Ale może potem zauważyłeś go wśród ciał? Nie dostrzegłeś gdzieś jego dżalabii? Strzępów tkaniny?

Nie mogę wyjść ze zdumienia, że mnie o to pyta. Jak nabrał podejrzeń, że myśl o tym stworzeniu dręczyła mnie do tego stopnia, iż rozglądałem się za nim, opuszczając plac?

– Panie Pégard, ja straciłem przytomność. Gdy mnie reanimowano, miałem co innego na głowie niż sprawdzać, czy…

– Jestem przekonany, że to zrobiłeś!

Ponownie wpadam w osłupienie i rozdziawiam usta. Pégard kiwa głową, marszcząc brwi.

– Jestem tego pewien! A wiesz dlaczego? Bo prawdziwy z ciebie dziennikarz! Tak, zupełnie jak ja! Jesteś inteligentnym człowiekiem, który chowa emocje do kieszeni, żeby przede wszystkim zareagować jak zawodowiec. Mylę się?

Zwieszam głowę i bąkam coś, co można uznać za potwierdzenie.

– No więc? – niecierpliwi się.

– Nie było go tam!

– Genialne! Indoktryner podąża za zradykalizowanym młodzieńcem aż na miejsce zamachu i wymyka się, gdy tylko nabiera pewności, że dojdzie do ataku. Niesamowite! Oto nowy sposób, o którym nikt nigdy nie mówił!

Przytupuje, klaszcze w dłonie, pijany ze szczęścia. Zabici i ranni w wyniku tego odrażającego czynu nie mają dla niego żadnego znaczenia… Zachowuje się jak grabarz, który cieszy się z epidemii.

– Co, jeszcze tutaj? – wykrzykuje Myriam, wchodząc do pokoju.

Pégard opuszcza ramiona, przybierając pełną skruchy postawę smarkacza przyłapanego z palcami w konfiturze.

– Próbuję podnieść przyjaciela na duchu.

Myriam kładzie tacę na moim łóżku.

– To jest coś, co go podniesie na duchu!

Kieruje do mnie miły uśmiech, który odwzajemniam.

– Nałożyłam ci dwa desery – szepcze.

Potem odwraca się i władczym tonem strofuje Pégarda:

– Proszę wyjść! Nie chcę, żeby pan męczył mojego chorego.

Philibert Pégard chowa notes, udając posłuszeństwo.

– Ma pani rację, droga pani. Służba zdrowia rządzi. Uciekam. Do jutra, Augustinie.

– Otóż to, do jutra – powtarza za nim pielęgniarka, wypychając go z pokoju.

Kobieta zamyka drzwi za nim i za sobą, a ich kroki cichną, odbijając się echem w korytarzu.

Wzdycham.

Przede mną lśni skarb nad skarby, taca, na której znajdują się, oprócz kromki chleba, sałatka ziemniaczana z korniszonami, filet z indyka z ryżem, jogurt naturalny i kompot gruszkowy. Czuję mrowienie w całym brzuchu: wreszcie będę mógł się najeść!

Mimowolnie wybucham śmiechem. Oczywiście jest mi wstyd, że rechoczę w sytuacji, gdy zginęło tak wielu ludzi i gdy inni płaczą, ale cóż, skoro nie kopnąłem w kalendarz, muszę jeść, no nie?

Ależ instynkt okazuje się niedelikatny… choć jestem roztrzęsiony i oszołomiony, żyję, jestem tutaj, moja krew krąży w żyłach, szok mnie nie unicestwił, mam apetyt. Z moralnego punktu widzenia, przez zwykłe współczucie, powinienem się załamać, tymczasem myślę tylko o pożeraniu. Grom uderzył tylko w moją duszę, nie w ciało. Uparta siła mojego organizmu przewyższa wszelkie skrupuły czy uczucia. Nie wiem, czy zganią mnie, czy pochwalą za ów witalny egoizm: powierzam mu się. Stanowi dowód jakiejś kosmicznej mądrości, znacznie wybitniejszej niż mój pośledni rozum.

Zabieram się do jedzenia. Niemal bez udziału mojej woli ręka chwyta chleb i unosi go do ust.

Prostując kark, dostrzegam dziecko siedzące na krześle. To ta sama dziewczynka, którą widziałem niewyraźnie w gabinecie Pégarda. Jest poważna, milcząca i sprawia wrażenie przygnębionej.

– Ale… co ty tu robisz?

Odwraca w moją stronę duże jasne oczy.

– Zapomniał o mnie.

– Kto? Pan Pégard?

Potrząsa głową na potwierdzenie, a potem wpatruje się w sufit. Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej:

– Pan Pégard jest dla ciebie miły?

Odpowiada bez wahania głosem przypominającym przytłumiony flet:

– O tak.

Potem nerwowy tik unosi jej ramię, a inny tik podciąga do góry lewy policzek, wywołując mrugnięcie. Żeby się opanować, dziewczynka prostuje nogi, wpatruje się w swoje lakierki i wygładza szkocką spódniczkę na udach.

– Ale często o mnie zapomina…

Zakłopotany przyglądam się tacy z jedzeniem.

– Biegnij za nim, szybko, bo będzie się niepokoił.

Ugryzłem miękisz chleba i ponownie odwracam się w stronę dziewczynki.

Krzesło jest puste.

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

Inne książki Erica-Emmanuela Schmitta w Znaku:

Pan Ibrahim i kwiaty Koranu

Dziecko Noego

Małe zbrodnie małżeńskie

Opowieści o Niewidzialnym

Moje Ewangelie

Oskar i pani Róża

Kiedy byłem dziełem sztuki

Przypadek Adolfa H.

Małe zbrodnie małżeńskie z ilustracjami

Moje życie z Mozartem

Tektonika uczuć

Odette i inne historie miłosne

Marzycielka z Ostendy

Ulisses z Bagdadu

Zapasy z życiem

Historie miłosne

Trucicielka

Kiki van Beethoven

Księga o Niewidzialnym

Kobieta w lustrze

Kobieta w lustrze z audiobookiem

Intrygantki

Małżeństwo we troje

Ewangelia według Piłata

Tajemnica pani Ming

Papugi z placu d’Arezzo

Napój miłosny

Sekta egoistów

Talent do życia. Najpiękniejsze aforyzmy

Zazdrośnice

Noc ognia

Tytuł oryginału

L’homme qui voyait à travers les visages

Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2016

Copyright © for the translation by Łukasz Müller

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na okładce

Copyright © Sarolta Ban / Trevillion Images

Opieka redakcyjna

Krzysztof Janiczek

Aleksandra Kamińska

Bogna Rosińska

ISBN 978-83-240-4732-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Człowiek, który widział więcej Noc ognia Zazdrośnice Sekta egoistów Napój miłosny Papugi z placu d'Arezzo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej