Bikini

Bikini

Autorzy: Janusz L. Wiśniewski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.99 zł

Anna, młoda Niemka, dokumentuje okrucieństwo wojny w doszczętnie zniszczonym Dreźnie. Jest przekonana, że tylko za pomocą fotografii może pokazać światu, jak kończy się nienawiść do drugiego człowieka.

Sama podczas wojny straciła wszystko, swój dom, swoich najbliższych.

 

Zadanie sfotografowania wojennej rzeczywistości dostaje także Stanley, amerykański reporter. Dwoje ludzi, z czułością patrzących na losy innych, spotyka się w środku piekła, próbując odzyskać to, co zostało zabrane przez wojnę - wiarę w miłość.

Ich niezwykła odyseja będzie wiodła z Drezna przez Nowy Jork, aż po atol Bikini, który światu już zawsze będzie kojarzył się ze słynnymi testami broni nuklearnej.

Czy w takiej rzeczywistości może przetrwać nadzieja?

 

Bikini to niezwykła, napisana z rozmachem powieść, którą wielu czytelników zalicza do najlepszych w dorobku autora. W ciągu zaledwie dwóch lat od pierwszego wydania została przetłumaczona na 9 języków. Wielowarstwowa, pełna historycznych odniesień, pokazuje człowieka w jego najlepszej i najgorszej odsłonie.

Moim Rodzicom

Drezno, Niemcy, wczesny ranek, środa, 14 lutego 1945 roku

Obudziła ją cisza. Nie otwierając oczu, wsunęła powoli dłoń pod sweter. Serce biło. Zagryzła wargi. Potem mocniej. Jeszcze mocniej. Gdy poczuła słony smak krwi, otworzyła oczy. Żyła…

– Opowiesz mi bajkę? Przyniosę ci za to wody. Albo nawet papierosa. Opowiesz?

Odwróciła głowę w kierunku, z którego dochodził głos. Dwoje okrągłych niebieskich oczu wpatrywało się w nią uważnie. Uśmiechnęła się.

– Może być ta sama, co wczoraj – nalegał.

Podniosła rękę i bez słowa zaczęła delikatnie gładzić potargane włosy na głowie chłopca.

– Bajek nie opowiada się rano – wyszeptała. – Bajki opowiada się wieczorem.

Chłopiec nachylił się nad nią i pocałował ją w czoło. Strzępy słomy z jego jasnych włosów spadły na jej twarz, zaprószyły oczy, przykleiły się do krwi na wargach.

– Wiem, ale dzisiaj wieczorem muszę się modlić. Poza tym przez te samoloty nic nie słychać. Lepiej mi teraz opowiedz. Zanim umrzemy…

Poczuła nagle znajome ukłucie pod obojczykiem. Tylko Markus mógł powiedzieć coś takiego tak… no tak… no właśnie, do diabła, czyli jak?! Tak na marginesie. Tak absolutnie nieznacząco. Na wydechu, o wiele ciszej niż główne zdanie, prawie szeptem, z nadzieją że może jednak nikt tego i tak nie usłyszy. „Zanim umrzemy”. Jak gdyby mówił o gazecie wcale nie tej z wczoraj, ale o tej sprzed tygodnia! Dlatego zawsze wsłuchiwała się w Markusa do ostatniego dźwięku. Nauczyła się tego przed rokiem, gdy razem z Heidi i Hinnerkiem kradli czereśnie z ogrodu Zeissów…

Dr Albrecht von Zeiss miał szklane oko, które zasłaniał owalną, skórzaną przepaską zawiązywaną na łysinie z tyłu głowy, krótkie, krzywe nogi, ogromny brzuch i według Markusa był najbrzydszym i jedynym „piratem bez szyi”, jakiego znał. Odkąd tylko pamięta, zawsze chodził ubrany w galowy czarny mundur SS i brunatną koszulę. Zawsze też nosił czarny krawat i czerwoną przepaskę ze swastyką na lewym ramieniu. Nawet gdy wychodził tylko do ogrodu lub na spacer ze swoim wilczurem. Patrząc na Zeissa, można było pomyśleć, że Hitler ma urodziny każdego dnia.

Płot otaczający posiadłość Zeissów graniczył bezpośrednio z podwórzem kamienicy, w której mieszkała. Przy Grunaer Strasse 18, w centrum Drezna. Nikt tak do końca nie wiedział, jak to się stało, że w samym środku miasta za budynkami przy głównej, dwupasmowej ulicy znajdowała się willa z ogromnym ogrodem. Rodzice pytani o to ściszali głos, machali tylko ręką lub żartując, kazali zapytać samego Zeissa. Któregoś popołudnia w czerwcu Markus – miał wtedy siedem lat – podszedł pod płot ogrodu i krzyknął piskliwym głosikiem do Zeissa przycinającego krzaki róż:

– Dlaczego ma pan taki duży dom, a my mamy przez to takie małe podwórko?

Na podwórku zapadła grobowa cisza. Zeiss zrobił się czerwony na twarzy, rzucił ze złością nożyce na trawę, poprawił opaskę na oku, zapiął guziki munduru i zbliżył się do Markusa, wypychając swoim ogromnym brzuchem płot.

– Jak się nazywasz, szczeniaku? Nazwisko! – wycedził w kierunku chłopca.

Mały Markus z twarzą przyciśniętą do płotu tuż pod brzuchem Zeissa stanął na baczność, zadarł głowę do góry i z całych sił wykrzyknął:

– Nazywam się Markus Landgraf, jestem Niemcem i mieszkam w Dreźnie, na drugim piętrze.

Pamięta, że wszyscy – podwórko było tego słonecznego popołudnia pełne dzieci i dorosłych – wybuchnęli gromkim śmiechem. Zeiss wyglądał jak człowiek w ataku furii. Zacisnął dłonie na kolczastym drucie płotu, do twarzy napłynęła mu krew, było widać wyraźnie, jak drżą mu szczęki i na wargach pojawia się biała piana. Po chwili bez słowa odwrócił się i ruszył nerwowym krokiem w stronę domu. W pewnym momencie potknął się o metalowy kosz stojący pod drzewem czereśni i upadł. Podwórko znowu wypełniło się odgłosem śmiechu. Ona śmiała się najgłośniej i z największą nienawiścią…

Dwa dni później Heidi, piętnastoletnia siostra Markusa, Hinnerk, jego starszy siedemnastoletni brat, i ona spotkali się późnym wieczorem, po zapadnięciu zmroku, w piwnicy. Gałęzie rozłożystej czereśni w ogrodzie Zeissów uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Czasami ustawieni rzędem pod płotem z otwartymi ustami patrzyli w milczeniu, jak lokaj i jednocześnie ogrodnik Zeissów, stojąc na drabinie, zrywa owoce. Czekali z nadzieją do końca. Aż lokaj zejdzie z drabiny. Nigdy do nich nie podszedł. Markus wtedy schylał się i rzucał za nim kamieniem. Czasami nawet trafiał. Lokaj i tak nie reagował. Nie pamięta też, aby kiedykolwiek odezwał się do nich chociaż jednym słowem.

Pamięta, że ostatnie czereśnie jadła podczas urodzin babci, latem 1943 roku. Pamięta także, jak babcia zamknęła drzwi prowadzące do ich kuchni, wsypała kilkanaście sztuk do poszczerbionego kamiennego kubka, owinęła go szarym papierem i nałożyła czarną gumkę do włosów. Dla Lukasa…

– Zaniesiesz mu? – zapytała proszącym głosem. – Zanieś mu teraz. I nie zapomnij przed tym zgasić światła w przedpokoju.

Zaniosła.

Zawsze gdy schodziła do skrytki pod podłogą w przedpokoju, myślała o pierwszym spotkaniu z Lukasem. Wystraszony mały chłopiec o kruczoczarnych włosach, ogromnych, nieomal czarnych jak węgiel oczach, siedzący skulony w najbardziej oddalonym rogu skrytki. Przez cały czas, na przemian po niemiecku i w jidysz, mówił „dziękuję“. Pewnego dnia po prostu pojawił się u nich…

Dziadek Lukasa, doktor medycyny Miroslaw Jacob Rootenberg, był lekarzem. Prowadził praktykę na przedmieściach Drezna od wielu lat. Babcia Marta przez długi czas uważała, że lekarze w ogóle nie są światu potrzebni. To było dziwaczne, bo jej własny mąż sam był przecież lekarzem. Zwykła mawiać, że „tajemnica medycyny polega wyłącznie na tym, aby zająć czymś w tym czasie pacjenta, a natura i tak sama sobie ze wszystkim poradzi”. Tak uważała do chwili, gdy jej syn zachorował, rok i sześć miesięcy po urodzeniu, na tajemniczą chorobę. Najpierw, tuż po urodzeniu się syna, zmarł na gruźlicę – którą zaraził się od pacjenta – jej mąż. Teraz umierał syn. Żaden z niemieckich lekarzy nie potrafił pomóc. Przez zupełny przypadek, dzięki radzie znajomej polskiej Żydówki, która tak jak ona przybyła do Drezna z Opola, trafiła do gabinetu Rootenberga. To Rootenberg natychmiast rozpoznał zapalenie opon mózgowych. I to on przepisał antybiotyki. Babcia Marta uważała, że nie może istnieć na świecie wdzięczność większa niż ta, jaką poczuła ona, gdy po kilku dniach syn obudził się ze śpiączki i znowu się do niej uśmiechnął.

Gdy pewnego dnia w jej domu pojawił się Lukas ze swoimi rodzicami, którzy przy końcu rozmowy zdobyli się na odwagę, aby zapytać, czy Lukas mógłby „w tych okolicznościach i w tej sytuacji zostać tutaj na jakiś czas”, babcia Marta poprosiła do swojego pokoju synową i wnuczkę.

– Mamo, jak możesz w ogóle pytać – odpowiedziała jej matka i wzięła Lukasa na ręce.

Od tego dnia Lukas zamieszkał z nimi. Pod podłogą…

Tego wieczoru mieli „pomóc” ogrodnikowi Zeissów. Ale tak naprawdę to przede wszystkim drzewu czereśni Zeissów. Nie wie nawet, jak to się stało, ale nagle do piwnicy, w piżamie i kaloszach, z małym metalowym wiaderkiem w dłoni, wkroczył Markus. Nie mieli wyboru. Musieli go zabrać ze sobą. Nad bramką do ogrodu nie było drutu kolczastego…

Objadała się w ciemności czereśniami prosto z drzewa. Tylko kilka sztuk zdążyła wrzucić do wiklinowego koszyka. Nagle zapaliło się światło w jednym z okien na pierwszym piętrze willi Zeissów. Po chwili usłyszeli znajome ujadanie wilczura wypuszczonego na balkon. Zaczęli w popłochu uciekać. Była blisko płotu, gdy usłyszała za sobą trzask łamanych gałęzi i zaraz potem głos Markusa. Cofnęła się pod drzewo.

– Markus, co jest?! – wyszeptała.

– Wszystko w porządku, tylko się poślizgnąłem. Dawno nie jadłem takich dobrych czereśni. Te na wyższych gałęziach są największe. Mam pełne wiadro. Szkoda, że nie zabrałem torby taty. A ty? Dużo zerwałaś? – zapytał.

– Markus, co jest, do cholery? – powtórzyła ze zniecierpliwieniem w głosie.

– Wyciągniesz mi ten gwóźdź z ręki? – wyszeptał spokojnie.

– Jaki gwóźdź, Markus? – zapytała, nie rozumiejąc.

– No ten – odpowiedział cicho, podnosząc do góry prawą dłoń.

Brunatny, zardzewiały gwóźdź wystający z kawałka mokrej deski przebił na wylot dłoń Markusa i wyszedł po drugiej stronie.

– Boże, tylko nie płacz teraz…

– Wyciągniesz? – powtórzył Markus spokojnym głosem, wypluwając pestkę czereśni.

Ścisnęła mocno jego nadgarstek lewą ręką, a prawą chwyciła za deskę, pociągając w kierunku swojej twarzy. Po chwili byli przy płocie.

Dwa tygodnie później Hans-Jürgen Landgraf, ojciec Heidi, Markusa i Hinnerka, niepozorny, rachityczny, od zawsze chory, ciągle kaszlący, spokojny, wyglądający, jak gdyby miał umrzeć za chwilę, urzędnik pracujący w biurze zabezpieczenia głównego dworca w Dreźnie, specjalnym rozkazem został przeniesiony „w trybie natychmiastowym na bardziej odpowiedzialne stanowisko”. Na froncie wschodnim…

– Tylko nie płacz teraz – powiedział chłopiec, ścierając palcem łzy zbierające się wokół jej oczu. – Wszyscy tutaj teraz płaczą. Nawet Zeiss. A Heidi to wyła i miauczała przez całą noc. Jak kotka Roesnerów z trzeciego piętra w marcu. Nie mogłem w ogóle spać.

– Markus, no co ty! Przecież umówiliśmy się w ogrodzie u Zeissów. Zapomniałeś? Ja nie płaczę. To tylko ta słoma z twoich włosów. Wpadła mi do oczu. Naprawdę nie płaczę – powiedziała, wymuszając radość w głosie.

Chłopiec podniósł się z kolan, otrzepał energicznie spodnie wsunięte w filcowe kamasze i naciągnął na głowę wełnianą czapkę. Stojąc w rozkroku przed nią, próbował zbyt krótkimi rękami dosięgnąć kieszeni monstrualnie za dużej kurtki. Kieszenie były na wysokości jego kolan.

– To ty teraz pomyśl, a ja przyniosę ci wody.

Patrzyła, jak powoli się oddala, przechodząc pomiędzy śpiącymi na podłodze ludźmi. Za chwilę zniknął w krużganku prowadzącym do bramy w południowej nawie kościoła.

Podniosła się i klęcząc, rozglądała się dookoła. Przez wielką wyrwę w dachu powstałą po drugim nocnym nalocie przedostawała się szarość zachmurzonego nieba, oświetlając rozproszoną poświatą kilkanaście metrów eliptycznej przestrzeni wokół ołtarza. Cała reszta pozostawała w mroku przechodzącym stopniowo w ciemność. Tak jak u Dürera, na obrazach, które oglądała, jeszcze przed wojną, podczas szkolnej wycieczki, w muzeum w Berlinie! I tak jak u znienawidzonej przez jej ojca Leni Riefenstahl, którą – ale tylko jako fotografkę – podziwiała stokroć bardziej niż Dürera! Riefenstahl potrafiła zatrzymać moment, Dürer go tylko odtwarzał i dodając zbyt dużo od siebie, przesadzał. Do granicy kiczu. Zupełnie nie można było odróżnić granicy przenikających się nawzajem kolorów. Wszystko było tylko w doskonale nakładających się na siebie odcieniach szarości. Magicznie, bezgranicznie szare. Bez linii granic szare. Patrzyła na to jak oczarowana. Takie światło nie zdarza się często. Może tylko raz w życiu, „zanim umrzemy…”. Wstała i pośpiesznie otworzyła walizkę. Wyciągnęła ostrożnie owinięte w grubą, futrzaną kamizelkę zawiniątko. Wydobyła z niego aparat fotograficzny.

Mama kazała jej wczoraj – podczas pierwszego alarmu – zabrać tylko „najpotrzebniejsze rzeczy”. Najpierw owinęła pieczołowicie aparat i ułożyła ostrożnie na grubej poduszce ze swetrów. W pierwszej chwili sądziła, że to wszystkie „najpotrzebniejsze rzeczy”, jakie ma. Potem, poganiana coraz głośniejszymi pokrzykiwaniami matki stojącej w przedpokoju, biegnąc do drzwi, zmieniła zdanie. Wróciła do swojego pokoju i dodała przewiązany jej podwiązką plik kopert z listami od Hinnerka, fotografię babci, jej obrączkę, którą zdjęła z jej palca, wszystkie podręczniki do nauki angielskiego, jedną ulubioną sukienkę, trzy komplety bielizny na zmianę, oprawiony w skórę atlas świata, który dostała jako nagrodę za najlepsze wyniki w nauce, pisany od siedmiu lat pamiętnik schowany pod materacem i ogromny jak piłka zwitek waty, którą w tajemnicy podkradała mamie. Miała akurat „swoje dni”. Miała je regularnie, co miesiąc, od ponad sześciu lat, ale mama nie zdążyła tego zauważyć. Albo tylko udawała.

Jej matka nie chciała, aby córka przed końcem wojny stała się kobietą. Kobietę można zgwałcić. A potem wysłać jej syna na front. A potem czekać na listy od niego. A na końcu odebrać żółtawą, opieczętowaną ze wszystkich stron kopertę, wyjąć z niej drżącymi dłońmi szary arkusz papieru z jakimś ogromnym numerem w nagłówku, dowiedzieć się, że to „osobiście od Führera” – chociaż bez podpisu – i przeczytać, że ten ogromny numer „poległ ku chwale”. Jej matka nienawidziła Führera. Oficjalnie, ale przede wszystkim osobiście. Ta nienawiść do Hitlera była rodzajem namiętności, którą z prawdziwym oddaniem pielęgnowała w duszy i która pozwalała jej radzić sobie z własną bezsilnością, niezasłużoną samotnością i z pragnieniem zemsty. Za to czekanie na listy od męża, za jego odmrożone pod Stalingradem nogi, za nieskończony smutek wierszy, które pisał dla niej, za nieudolnie wyskrobywane żyletką przez cenzora angielskie tłumaczenia tych wierszy i za ich wspólny, od dawna dzielony wstyd, że są Niemcami. Ale przede wszystkim za żółtawą kopertę, którą odebrała na schodach od roztrzęsionego, unikającego jej wzroku młodego listonosza w wyświechtanym mundurze. W środowe upalne południe 12 maja 1943 roku. I także za to, że każdej nocy śni ten ogromny numer, którego nauczyła się na pamięć, i za to, że nie ma nawet grobu, którego mogłaby dotykać, przy którym mogłaby uklęknąć i przy którym mogłaby należnym jej prawem rozpaczać…

A potem, gdy sądziła, że nie może istnieć jeszcze większa, jeszcze bardziej szczera nienawiść, zaczęła nienawidzić jeszcze bardziej. Za swoją matkę, która w poszczerbiony kubek pakowała czereśnie dla żydowskiego chłopca przechowywanego w klatce pod podłogą ich przedpokoju…

Matka z największą, gorliwą namiętnością nie tylko nienawidziła, ale także gardziła Adolfem H. Tym „niedorozwiniętym, małym, pokracznym, niedouczonym, psychicznie chorym od momentu poczęcia pomiotem, budzącym odrazę, sikającym pod siebie ze strachu, zakompleksionym impotentem z Austrii, który jako przestępca nigdy nie powinien dostać niemieckiej wizy…”. Pamięta, że gdy pierwszy raz usłyszała to z ust matki, miała nie więcej niż dziesięć lat. Jeszcze przed wojną. Ojciec zerwał się wtedy z krzesła i natychmiast zamknął okno, a ona zapytała, kto to jest impotent, co to jest poczęcie i co to jest wiza. Mama uśmiechnęła się tylko, wzięła ją na kolana i zaplatając drżącymi rękami jej włosy w warkocze, szeptała coś jeszcze bardziej niezrozumiałego do jej ucha. Pamięta, że ojciec spojrzał wtedy na matkę z podziwem.

– Chrisie, bądź sprawiedliwa, nie wiemy, czy Hitler jest impotentem, a jeśli nawet tak jest, to należy mu się współczucie. To bardzo bolesna sprawa dla każdego mężczyzny. Pewne jest także, że wtedy, gdy przyjechał do Niemiec, nie był żadnym przestępcą, poza tym Austriacy nie potrzebują wizy, aby wjechać do Niemiec – powiedział cicho. – To zostało już dawno ustanowione traktatem z…

– Wiem. Oczywiście, że wiem! Wiem także, którym idiotycznym traktatem – przerwała ojcu, dotykając palcami jego warg, jak gdyby chcąc go uciszyć. – Boże, jak ja wiedziałam, że mi to powiesz. Uwielbiam cię. Także za to – wyszeptała.

Przecisnęła się przez tłum w kierunku schodów prowadzących na ambonę znajdującą się dokładnie naprzeciwko ołtarza. Przystanęła na chwilę i ustawiła naświetlenie i przysłonę. Szybko wbiegła krętymi schodami na górę. Słyszała przekleństwa siedzących na schodach ludzi przebudzonych lub potrącanych przez nią. Zdyszana dotarła do niewielkiego eliptycznego placu, otoczonego zamknięciem z kamiennych, rzeźbionych kolumn tworzących rodzaj balustrady. Zatrzymała się. Dziewczyna w granatowej wełnianej sukience zwiniętej do góry, z nagimi, sterczącymi piersiami objętymi męskimi dłońmi i rozłożonymi szeroko nogami unosiła się i opadała, siedząc na udach mężczyzny leżącego pod nią na marmurowej posadzce ambony. Nieoczekiwanie stanęła na wprost niej. Dziewczyna – mogła być w jej wieku lub niewiele starsza – otworzyła oczy. Uśmiechnęła się przyjaźnie. Po chwili je zamknęła. Na chwilę przestała się poruszać. Zwilżyła wargi językiem, podniosła palce do ust, zmoczyła śliną, opuściła je na dół, zasłoniła dłonią plamę z jasnych włosów pomiędzy szeroko rozłożonymi udami, uniosła się i odchyliła do tyłu głowę. Dziewczyna była jak w innym świecie, zupełnie nie zwracała uwagi na nic, co działo się wokół. Znowu zaczęła rytmicznie podnosić się i opadać. Rozpuszczone, długie blond włosy dotykały twarzy leżącego pod nią mężczyzny…

Poczuła zawstydzenie. Ale także ciekawość. I rodzaj podniecenia. A zaraz potem jeszcze większy wstyd. Taki inny, z jednoczesnym poczuciem winy. Za to podniecenie. Że odczuwa je nawet teraz, w tych okolicznościach i w tym miejscu. Wszystko inne było zupełnie normalne i zupełnie pasowało do rzeczywistości. Przypomniała sobie swoje rozmowy na ten temat w domu…

Była wystarczająco „dużą dziewczynką”, aby wiedzieć i w pełni zrozumieć całe to wydarzenie. Seks nie był dla niej żadnym tabu. I to już od dawna. Co wcale nie było normalne. Seks w Trzeciej Rzeszy już dawno przestał być najbardziej osobistą, intymną sprawą. Seks był sprawą publiczną i polityczną. Głównie dlatego, że miał pomnażać naród. I tylko to się liczyło. Niemiecka kobieta miała rodzić jak najwięcej dzieci i do tego jak najwcześniej. Wcale nie musiała nic wiedzieć o seksie. Może nawet lepiej, że nie wiedziała. Coś takiego jak wychowanie seksualne nie istniało. To było paranoiczne, ponieważ z jednej strony zachęcano do rozmnażania, do którego nie mogło dojść bez seksu, a z drugiej okrywano seks tajemnicą. Więcej o nim dowiadywała się – jeśli w ogóle można nazwać to wiedzą – z szarych propagandowych ulotek rozkładanych na parapetach okien w szkole niż od nauczycieli w trakcie lekcji. W tych ulotkach nie było nic o bliskości, więzi, rodzinie i miłości. Było za to dużo o obowiązku, o macicy i o przyszłości wielkiego i licznego czysto niemieckiego narodu. Przeczytała taką ulotkę, gdy jeszcze nie wiedziała, co to jest macica. Miała wtedy trzynaście lat. Przeczytała tylko jedną taką. Potem je ignorowała.

Niedługo skończy dwadzieścia dwa lata. Niektóre z jej koleżanek w tym wieku miały już trójkę dzieci. Pierwsze urodziły, gdy były jeszcze w gimnazjum. Dostawały wtedy okolicznościowy urlop, rodziły i po roku, gdy nadal miały na to ochotę, wracały do szkoły. Ważne było jedynie to, że urodziły aryjskie dziecko. Wcale nie musiały wychodzić za mąż. Marianne na przykład, notabene córka ewangelickiego pastora, z którą siedziała przez cały rok w jednej ławce, urodziła dwóch chłopców i dziewczynkę. Chłopcy, urodzeni podczas jej nauki w gimnazjum, to bliźniacy, ich ojcem był Hans-Jürgen, dziewczynkę urodziła, gdy Hans-Jürgen od jedenastu miesięcy był na froncie, więc to z pewnością nie on był jej ojcem. Odkąd kraj potrzebował dzieci, nie było z tym większych problemów. Tak naprawdę nie było z tym żadnych problemów. Niemieckie kobiety miały rodzić, a niemieccy mężczyźni jak najczęściej je zapładniać. Żony, kochanki, przyjaciółki, znajome jednego wieczoru lub ostatniej, jednej godziny, prostytutki, jakkolwiek je nazwać. Najlepiej było, gdy niemieckie kobiety zapładniali esesmani. Oni byli rasowo najbardziej pewni. Nakazem prawa, ustanowionym przez Himmlera, ich rasową czystość sprawdzano na wieki wstecz. Esesmanem mógł stać się jedynie ten mężczyzna, w którego drzewie genealogicznym „czystość rasowa” nie budziła wątpliwości od 1 stycznia 1750 roku. Taką datę, z nieznanych nikomu powodów, ustalił Himmler. Marianne urodziła nieślubne dziecko esesmana. Dzieci esesmanów były „szlachetnym podarunkiem dla niemieckiego narodu”. Nie wie, czy tak było w przypadku Marianne, która po urodzeniu trzeciego dziecka nie wróciła do szkoły.

Rozmawiała o tym często z rodzicami. Jej rodzice nie czynili z seksu żadnego tabu. Gdy skończyła szesnaście lat, na półkach ich domowej biblioteczki w salonie pojawiła się nagle książka holenderskiego autora van de Velde. To był w pewnym sensie akt odwagi ze strony rodziców. Zarówno naziści, jak i niemiecki Kościół zakazali czytania jego książki. Wyjątkowo zgodnym głosem. Kościół, ku radości reżimu, umieścił ją nawet na liście „ksiąg zakazanych”. Naziści ją potępiali jako „szkodliwą społecznie”, Kościół czytania jej zabraniał. Co tylko zwróciło na nią jeszcze większą uwagę. Nagle mało znany w Niemczech ginekolog z Holandii stał się synonimem zła i występku. I tylko dlatego, że pozwolił sobie przedstawić, naukowo opisać i pochwalić – to był ten jego największy występek – zmysłowy seks nieprowadzący do prokreacji, a tylko do bliskości i spełnienia pary kochających się ludzi. Czytała tę książkę najpierw z trudem (jej ojciec – celowo – zdobył angielskie tłumaczenie), potem uczyła się na niej angielskiego, a potem, gdy już wszystko rozumiała, zachwycała się nią.

To, co było zwyczajne w jej domu, nie było wcale takie zwyczajne gdzie indziej. Wiedziała o tym od swoich rówieśnic. One o seksie dowiadywały się głównie z okrytych tanią sensacją, szeptanych na ucho „zasłyszanych relacji” starszych, tak zwanych bardziej doświadczonych w tej materii, koleżanek. Ona mogła rozmawiać o tym z rodzicami bez żadnego skrępowania. Ale jedynie wtedy, gdy nie było przy tym babci Marty. Babcia uważała, że dzieci powinny być poczęte tylko w ciemności, w małżeńskich łóżkach, i rodzić się tylko prawowitym żonom. I wyłącznie żonom jednego mężczyzny. Tym poślubionym w kościele. Na całe życie. Wszystko inne jest grzechem i wstrętnym bezeceństwem. Odkąd nastał „ten pokraka i rozpustnik Hitler”, zrobiło się inaczej. Tak uważała babcia. Hitler, jej zdaniem, „zbrukał i zhańbił Niemcy” jak nikt nigdy dotąd. „Niby taki święty”, a uczynił z Niemiec „największy burdel na świecie”. To jej własne słowa.

Rozmawiali o tym któregoś wieczoru. Ojciec stanął, co było ogromną rzadkością, w obronie Hitlera. Wcale nie uważał, że Hitler był „rozpustnikiem”, jak ujęła to babcia Marta. Wręcz przeciwnie. Hitler zdawał się wzorcowym przykładem seksualnej czystości i nieomal ascetycznej wstrzemięźliwości. Jako jedyny z całego panteonu grzesznych nazistowskich aparatczyków nie był uwikłany w żadne romanse, zdrady, afery lub miłostki. I to przy swojej nieograniczonej niczym władzy i przy swoim dostępie do uwielbiających go całych tabunów kobiet. Samotnicza osobowość Hitlera wywoływała masową histerię seksualną u niemieckich kobiet. To na Hitlera przenosiły one swoje tłumione pragnienia i otaczały go nieskończoną adoracją. Dotyczyło to i młodych dziewcząt, i dojrzałych mężatek, i robotnic, i dam z towarzystwa, i prostych chłopek, i szalonych artystek czy atrakcyjnych aktorek. Wszystkie one usilnie, za wszelką cenę chciały zbliżyć się, i to w niewątpliwie jednoznacznym celu, do nieżonatego Hitlera podniecającego je jak magicznym afrodyzjakiem z jednej strony – pozycją i władzą, a z drugiej – podtrzymywaną swoim samotnictwem nadzieją, że to one mogą być tymi wybranymi. Kobiety, nie tylko niemieckie, błagały w swoich listach, aby Hitler został ojcem ich dziecka, i kobiety wykrzykiwały imię Hitlera podczas porodu, łagodząc tym sposobem swoje bóle.

O niektórych z tych kobiet dowiadywał się naród. Ale tylko o niektórych, i jedynie wtedy, gdy ustalono, że może to z korzyścią służyć propagandzie. Piękna baronowa Sigrid von Laffert, Winifred Wagner, synowa wielkiego kompozytora z Bayreuth, piosenkarka Margarete Slezak, architektka Gerdy Troost, nieprzyzwoicie bogata Lily von Abegg, obdarowująca Hitlera pieniędzmi i dziełami sztuki, fotografka i reżyserka filmowa Leni Riefenstahl, szalona, zadurzona bez pamięci w Hitlerze angielska hrabina Unity Mitford, córka lorda Redesdale, czy towarzysząca partii i zakochana w Hitlerze od początku powstania partii narodowej – gdy miała szesnaście lat – Eugenie Haug. Hitler był lub ciągle jeszcze jest dla nich idolem. O innych, tysiącach innych naród się nie dowiadywał. I z pewnością się nie dowie. O tych piszących listy, w których składały Hitlerowi jednoznaczne propozycje, wzmacniając je swoimi załączonymi fotografiami.

Najbardziej wstrętną z tych tak zwanych znanych kobiet zdaniem ojca była Leni Riefenstahl. Jej film Triumf woli obrazujący zjazd nazistów w Norymberdze w 1934 roku to przykład jej totalnego i totalitarnego uwielbienia dla Hitlera. Spiętrzone wysoko chmury, spoza których zaczyna do widza dochodzić warkot samolotu, samolot ląduje, majestatycznie opadając w kierunku zgromadzonych zastępów hitlerowskich fanatyków. Sam Führer jawi się w tym filmie niczym anioł lub neopogański bóg zstępujący z niebios do swych oczekujących go w amoku wiernych. Żadna z kobiet Hitlera bardziej niż Riefenstahl nie przyczyniła się do wpojenia Niemcom mitu boskości Hitlera. To Riefenstahl stworzyła swoimi fotografiami i filmami, szczególnie Triumfem woli, polityczny folder Trzeciej Rzeszy. Wszyscy myśleli, że to tylko przesadnie wyretuszowany folder, a to była sama prawda. Film entuzjastycznie przyjmowano i podziwiano za granicą jako „triumf prawdziwej sztuki”, chociaż był to jedynie żałosny triumf prymitywnej i trywialnej treści ubranej w nienaganną technicznie formę. W oczach Goebbelsa „ostra Leni” była „cudotwórczynią”, a Hitler przy każdej okazji podkreślał, jak wiele jej zawdzięcza. Wszyscy wiedzieli, że była jego pieszczoszką. Jej ojciec rzadko kogokolwiek nienawidził, ale Leni Riefenstahl nienawidził z całego serca. Za jej koniunkturalizm, za kłamstwa, za hipokryzję. Dla jej ojca Riefenstahl była nikim innym niż „artystyczną prostytutką” otoczoną właściwymi przyjaciółmi i możnymi protektorami. W tym wypadku nie do końca zgadzała się z ojcem. Fotografie Riefenstahl były znakomite.

Mimo to Hitler wydaje się mieć, jak podkreśla to na każdym kroku propaganda, tylko jedną jedyną wybrankę i kochankę: Germanię. Ale, aby przypadkiem nie było podejrzeń, że z Hitlerem jako mężczyzną jest jednak „coś nie tak”, pojawiła się u jego boku niespektakularna, nieproblematyczna, na zewnątrz przykładnie skromna, przyjaciółkom znana jako trochę dzika i momentami krnąbrna, Fräulein Ewa Braun. Młoda, ładna wyraźnie aryjską urodą, seksualnie atrakcyjna, dyskretnie milcząca dziewczyna z prostej niemieckiej rodziny. Idealnie pasująca do Hitlera, który nie ukrywał, że nie przepada za inteligentnymi kobietami. Pomocnica w zakładzie fotograficznym, marząca, aby zostać aktorką. Pasjami, podobnie jak Hitler, czyta książki Karola Maya i podobnie jak Hitler zachwyca się niezwyciężonym i szlachetnym Winnetou. To groteskowe, ale Hitler tak mocno zachwyca się Karolem Mayem, że już od początku wojny często rekomenduje go swoim generałom, mówiąc, że znajdą tam doskonałe przykłady strategii wojennych. Hitler wiedzę o taktyce czerpie nie z Clausewitza, ale z książek o Indianach! Ale to tak na marginesie. Fräulein Ewa Braun. Tak samo mało albo tak samo bardzo ważna dla Hitlera jak Blondi, jego pies. Wielu ludzi twierdzi, że panienka Braun u boku Hitlera to jedynie świetna przykrywka jego seksualnej abstynencji, męskiej niewydolności lub, nie daj Bóg, homoseksualnych skłonności.

Hitler długo nie był homofobem, a jeśli nawet był lub jest, to zbyt mało dosadnie – zdaniem propagandy – to okazywał. Był jakoś tak niepewny i rozdwojony w sprawie decyzji o zakazie homoseksualizmu. Wprawdzie już w 1935 roku drastycznie zaostrzono kary za łamanie paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego określającego homoseksualizm jako „bezprawny nierząd”, jednakże nie szły za tym żadne spektakularne prześladowania. Wynikało to najpewniej ze spuścizny historycznej Republiki Weimarskiej, która przymykała oko i tolerowała homoseksualizm. Co było absolutnie wyjątkowe w Europie i zupełnie niemożliwe w tak zwanej demokratycznej Ameryce. Jeszcze w 1934 roku, zarówno w Berlinie, jak i w Kolonii, istniały oficjalne, reklamowane w gazetach kluby dla homoseksualistów, wydawali oni swoje własne czasopismo „Der Eigene”, w kabaretach Berlina, Kolonii i Düsseldorfu występowali transwestyci, a wszyscy zainteresowani w Niemczech wiedzieli, że w hotelu Pod Orłem, przy Johanisstrasse 36 w Kolonii, dzieje się co noc przysłowiowa sodoma i gomora i że „najpiękniejszych chłopców na jedną noc do hotelu Pod Orłem” można poznać przy publicznym pisuarze na ulicy Trankgasse w Kolonii.

O ile w Mein Kampf, biblii nazistów, aż kipi od nienawiści do Żydów i pełno tam pogardy dla Słowian, o tyle homoseksualistom Hitler nie poświęca ani jednego słowa. To przekładało się na jego decyzje. Wśród naszych przywódców nie brakowało homoseksualistów. Taki na przykład Rudolf Hess, prawa ręka Hitlera, znany w światku jako „Fräulein Anna” lub „Czarna Emma”, albo Baldur Benedikt von Schirach, przywódca Hitlerjugend, nazywany potocznie przez niemiecki lud „Homojugend”. Naziści mają obsesję na punkcie czystości krwi. Dlatego uważają, że Żydów można jedynie zabić, gdyż nie da się „uszlachetnić ich rasy”. Aryjscy homoseksualiści z kolei mają „czystą krew”, są jedynie „biologicznie i umysłowo niedoskonali”, więc istnieje dla nich szansa „poprawy”. Można ich na przykład wykastrować lub wstrzyknąć im do jąder testosteron. Tych, którzy się na to nie zgadzali, od 1938 roku więziono w obozach koncentracyjnych.

Ewa Braun, demonstracyjnie nocująca w Berghofie, letniej rezydencji Hitlera w Obersalzbergu w Bawarii, lub z nim w Berlinie, jednoznacznie sugerowała, że nasz wódz, nawet jeśli tylko platonicznie kocha boginię Germanię, to jednak nie jest w żadnym wypadku klasztornym mnichem i nocami nie bywa zupełnie sam. I z największą pewnością bywa wtedy z kobietą. Młodą, aryjską i najprawdopodobniej płodną. Była to politycznie i propagandowo bardzo odpowiednia sugestia. Seksualnie źle zdefiniowany lub nawet tylko niezdefiniowany Führer bez potencji zupełnie nie pasował jako naczelnik narodu, który miał się rozmnażać jak króliki. Więc Fräulein Braun pasuje tutaj jak ulał, podobnie jak wilczurzyca Blondi.

Ojciec nie zgadzał się z babcią Martą jeszcze w czymś innym. Nie nazywał dzisiejszych Niemiec „burdelem”. Twierdził, że już w Mein Kampf Hitler zapowiedział zamknięcie wszystkich domów publicznych. A w 1933 roku, po dojściu do władzy, nawet specjalną ustawą to zarządził. Według ojca z jednego, podstawowego powodu. W burdelach prostytutki się nie rozmnażały. Ciężarna prostytutka natychmiast traciła pracę. Dlatego większość z nich robiła skrobanki. Poza tym Hitler w tej samej ustawie zabronił stosowania prezerwatyw i wykonywania aborcji. Burdele, z niemiecką dokładnością kontrolowane niezapowiadanymi nalotami przez nazistów, musiały więc upaść. I tak też się stało. Same z siebie upadły. Ale ponieważ prostytucja jest tak samo stara jak wszystkie cywilizacje, w zwolnione przez nią miejsce, aby wypełnić próżnię, musiało coś powstać. Powstały tak zwane domy radości. To prawie to samo co burdele, tyle że kobiety miały robić to tam „z radości”, a jeśli nie, to chociaż dla dobra i ku radości Rzeszy. Robiły. To fakt. Ale potem usuwały, nielegalnie, ale skutecznie, swoje niechciane ciąże. Niemcy nie rozmnażali się tak, jak oczekiwał tego reżim. Liczba pozamałżeńskich dzieci wcale, wbrew oczekiwaniom, nie wzrosła. Jak oficjalnie narzekał i niewybrednie pomstował prominentny nazistowski lekarz Ferdinand Hoffmann, w 1938 roku „Niemcy zużyli 27 milionów prezerwatyw”. Wkrótce po tym pomstowaniu Himmler zaostrzył przepisy dotyczące antykoncepcji śmiesznym prawnym passusem: „Każde objaśnianie antykoncepcji dla Aryjczyków jest zabronione”. Tylko Niemcom można było zaserwować takie prawo. I tylko Niemiec mógł je wymyślić. I na dodatek poprzeć to autorytetami tzw. profesorów. Jednym z nich jest profesor specjalizujący się w „higienie rasowej”, niejaki dr Fritz Lenz, który na łamach gazet odważył się opublikować wynik swoich intensywnych tzw. przemyśleń i studiów: „gdy młodzi ludzie odpowiednio wcześnie zawrą czyste rasowo związki małżeńskie, mogą dostarczyć narodowi nawet dwadzieścioro dzieci”. Nic dziwnego, że wkrótce po tej publikacji zaczął kursować po ulicach dowcip o tym, że „na rozkaz Führera ciąża zostaje zredukowana z dziewięciu do siedmiu miesięcy”. I nic dziwnego, że Goebbels natychmiast zaskarżył redaktorów gazet, które ten dowcip odważyły się upowszechnić.

Nawet Hitler nie wierzył w prawne sankcje wobec tak bardzo intymnych spraw. I miał rację. Liczba urodzeń aryjskich dzieci wcale nie wzrastała. Ale wzrastało za to w narodzie przyzwolenie na rozpustę, pozamałżeński seks i „na najcięższy grzech”, jak nazywała to babcia. Szczególnie od chwili, gdy naród dowiedział się, że z niemieckiego kodeksu karnego usunięto w 1937 roku, na osobisty wniosek Führera, przepis o obligatoryjnej karze za „niewierność małżeńską”. Kościół niemiecki – i katolicki, i protestancki – nawet wtedy milczał. Być może wyrażając w ten sposób wdzięczność za „pełne zrozumienie przez Führera” i wynikające z niego skrupulatne tuszowanie przez propagandę licznych przypadków „seksualnej aktywności księży” i wobec kobiet, i homoseksualnej wobec młodych mężczyzn.

W ogóle niemiecki Kościół, odkąd Hitler opanował w całości ten kraj, przykładnie i wiernie milczy „we wszystkich najważniejszych sprawach”. Tak skomentował to kiedyś jej ojciec. I w „sprawie niekontrolowanych poczęć, i w sprawie kontrolowanego zabijania”. I to przy przywódcy, który tak ostentacyjnie nienawidzi religii, często nazywając ją czystym mistycyzmem i okultyzmem. Ale o tym ojciec nigdy nie powiedział przy babci.

Matka przeważnie nic nie mówiła podczas takich dyskusji. Czasami tylko szeptała jej do ucha. O tym, że miłość jest najważniejsza. I o tym, że tylko na nią warto czekać. A gdy ta miłość nadejdzie, to ona sama – nieomylnie – poczuje to piękne, chwilami zniewalające pragnienie. Poczuje. Na pewno. Najpiękniejsze. I najważniejsze pragnienie. I powinna mu się poddać. Tak jak ona się mu poddała, gdy napotkała w swoim życiu jej ojca…

Odwróciła gwałtownie głowę i podeszła do balustrady ambony. Stanęła w rozkroku i oparta łokciami o balustradę, zaczęła fotografować.

Modlący się żołnierz. Prawą dłonią ściskający kikut, który pozostał mu z lewej ręki. Z hełmu leżącego obok jego nóg wydostawał się płomień palącej się świecy. Mała płacząca dziewczynka z zabandażowaną ręką siedząca na nocniku nieopodal żołnierza. Kilka metrów dalej staruszka w futrze i słomkowym kapeluszu głaszcząca siedzącego na jej kolanach wychudzonego kota z jednym uchem. Obok niej mężczyzna czytający książkę i odmawiający różaniec. Za jego plecami ksiądz w ogromnych okularach, siedzący w fotelu, palący papierosa i przyjmujący spowiedź od klęczącej przed nim zakonnicy. Tuż pod krzyżem trzy przytulone do siebie ciała. Z opuszczonymi na dół głowami. Jak Święta Trójca czekająca wspólnie na egzekucję.

Rozpoznała twarz Lukasa…

Wczoraj, gdy z walizką zbiegła pod drzwi, matka czekała, trzymając nożyczki w ręce. Obok jej nóg, w metalowej wanience, leżał harcerski mundur Hitlerjugend.

– Obetnij mu włosy, ubierz go w ten mundur, załóż mu przepaskę na oczy. Przepaskę załóż, zanim wyjdzie na górę. Zrozumiałaś? Zanim wyjdzie z klatki! Inaczej oślepnie. Powtórz, co masz zrobić! – krzyczała, podając jej zwitek czarnego materiału.

Powtórzyła. Tym samym krzykiem jak jej matka. Podbiegła do serwantki przy drzwiach do salonu. Opierając się plecami, przesunęła ją na bok. Wróciła na chwilę do kuchni. Z szuflady kredensu wyjęła toporek do rozgniatania mięsa. Wepchnęła ostrze toporka w szczelinę w podłodze. Podniosła kwadratowe zamknięcie pokryte parkietem podłogi. Wstała z kolan i zgasiła światło. Położyła się na podłodze i wpełzła powoli do klatki. Lukas siedział skulony, oparty plecami o ścianę zamykającą wąski korytarz. Znalazła jego głowę. W ciemności zaczęła obcinać mu w pośpiechu włosy. Nie rozmawiali ze sobą. Posłusznie podsuwał głowę. Całował jej rękę, gdy była w pobliżu jego ust. Zdjęła mu buty. Rozpięła spodnie, zsunęła je i na kolanach położyła wełniany mundur. Rozumiał wszystko bez słowa. Gdy sprawdziła, że się przebrał, zawiązała mu mocno przepaskę wokół oczu. Wypchnęła go przed siebie. Jej matka stojąca nad zamknięciem kryjówki podała mu rękę i wyciągnęła na zewnątrz. Posadziła go na podłodze i zapięła guziki munduru. Jeszcze mocniej, dla pewności, zacisnęła przepaskę wokół oczu. Uklękła przed nim. Głaskała po głowie i płakała. Po chwili wydostali się na ulicę, mieszając się z tłumem biegnących w popłochu ludzi.

Pierwsze syreny zaczęły wyć za kwadrans dziesiąta wieczorem. Matka spodziewała się nalotów już od bardzo dawna. Z drugiej strony, jakoś naiwnie wierzyła, że przy tej masie przesiedleńców ze wschodu Anglicy i Amerykanie ze względów humanitarnych nie zaatakują miasta pełnego kobiet i dzieci. Wyglądało na to, że nie tylko ona uspokajała się tą wiarą. Najważniejszy człowiek w Dreźnie, Gauleiter Martin Mutschmann, także. Czasami obchodziła miasto, wyszukując schrony, w których mogliby się ukryć. Prawdziwych schronów przeciwlotniczych było tylko kilka. Nie przeszkadzało to jednak Mutschmannowi, co było powszechnie znaną tajemnicą, kazać sobie wybudować prywatny schron przy Comeniusstrasse 32. Ludność miała się – zdaniem władz – chronić w piwnicach. Ich piwnica od miesięcy była zalana wodą wyciekającą z popękanych rur. W nocy, gdy temperatura na zewnątrz spadała poniżej zera, ta woda zamarzała.

Pobiegli za tłumem. Przy wejściu do pierwszego schronu na rogu Beethoven Strasse kłębiło się mrowie przerażonych ludzi. Nie mieli żadnych szans, aby dostać się do środka. Usłyszeli dźwięk nadlatujących samolotów. Kilka minut po dwudziestej drugiej bezchmurne tego dnia niebo nad Dreznem rozbłysło kaskadami świateł wyglądających jak ogromne ogniste kule. W jednej chwili zrobiło się jasno niczym w dzień. Wiedzieli, że za chwilę nadlecą bombowce. Zaczęli biec wąską ulicą w kierunku Frauenkirche w centrum miasta. W jednej ręce trzymała walizkę. Drugą ciągnęła za sobą Lukasa. W pewnym momencie natrafili na barykadę z wozów strażackich ustawionych w poprzek ulicy. Zawrócili. Słyszała za sobą odgłosy nadlatujących samolotów i eksplozje bomb. Bała się. Matka zaczęła krzyczeć, że „muszą koniecznie” do schronu na końcu Annenstrasse. To jedyny schron, który był w pobliżu. Na początku ulicy, tuż przy Annenkirche, matka upadła, uderzając twarzą o pokrytą błotem bruzdę ze zlodowaciałego śniegu. Pomogła jej się podnieść. Wszystkie bramy kościoła były otwarte na oścież. Wbiegli do środka. Zatrzymali się przy bocznym ołtarzu, po prawej stronie, tuż przy głównym wejściu. Pamięta, że matka przesunęła stojącą tam drewnianą ławę prostopadle do ściany i walizkami zamknęła dostęp do narożnika. Na rękach przeniosła Lukasa i zrywając mu opaskę z oczu, położyła go na posadzce pokrytej słomą.

– Księża w Annenkirche byli bardziej przewidujący niż Gauleiter Martin Mutschmann i jego cała banda służalczych kacyków – usłyszała głos matki.

Kazała się jej ułożyć obok chłopca i nakryła ich kocem. A ona się bała. Jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła takiego strachu. Pamięta też, że tuliła Lukasa do siebie i powtarzała w kółko z pamięci wiersz Rilkego, prosząc, jego słowami, aby nastała cisza. Przy każdym kolejnym dochodzącym z zewnątrz odgłosie wybuchu coraz głośniej prosiła o ciszę. Po kilku minutach Lukas powtarzał z nią strofy wiersza.

Nie potrafiła zmusić się do modlitwy. Nawet tutaj, w tym miejscu, i nawet w takiej chwili. I w takim ostatecznym strachu. Te okropne jej zdaniem bałwochwalcze wiersze, które jako modlitwy kazali się jej uczyć w szkole na lekcjach religii, zapominała natychmiast po wyrecytowaniu przed nauczycielem. Podobnie jak prymitywne, rymowane formułki wychwalające Führera powtarzane chórem podczas porannego apelu każdego poranka przed rozpoczęciem lekcji. Nie wierzyła w żadnego Führera, jakiegoś naczelnego Przewodnika, którego kultu nie wolno w żadnym przypadku podważać. Dlatego nie wierzyła także w Boga. Nie miało to nic wspólnego z traumatyczną utratą wiary po tym wszystkim, co przeżyła w ciągu tych kilku lat od początku wojny. Wcale nie przestała wierzyć w Boga w jakimś rozczarowaniu, żalu, proteście czy zemście za to, że do tego wszystkiego dopuszcza, że jest w absolutnie nieusprawiedliwiony sposób nieobecny albo że odwrócił się do świata plecami w momencie, gdy świat najbardziej Go potrzebuje. To byłoby właśnie zaprzeczeniem wiary i – jej zdaniem – jeszcze większą obłudą niż zmuszanie się do modlitw w chwili strachu ostatecznego. Przez ostatnie lata obserwowała, a także sama doświadczyła cierpienia spowodowanego zachowaniem ludzi kierowanych wyłącznie bezgranicznym, ślepym lękiem przed karą za niepodporządkowanie się nakazowi, kultowi, rozkazowi lub przykazaniu. Ojciec nauczył ją mądrze wątpić – szczególnie w to, co bezmyślnie powtarzają wszyscy – i zadawać pytania, a matka z kolei, nauczona przez swoją matkę, pokazywała jej, jak „nie żyć na kolanach”.

Nie wierzyła w Boga, chociaż była ochrzczona, w białej sukience połknęła biały opłatek pierwszej komunii i dodali jej drugie imię Marta podczas bierzmowania. Po babci. Czasami, ale tylko ważnym dla niej ludziom, przedstawiała się tym imieniem. Hinnerk je uwielbiał. Dla niego była wyłącznie Martą. Kiedy ją pierwszy raz całował, wtedy, w ciemności, gdy usiedli na trawie nad brzegiem stawu w ogrodzie Zwingerteich, szeptał jej do ucha „moja Martinique”.

Babcia Marta, urodzona w – kiedyś polskim – ultrakatolickim Opolu, nie mogła sobie w żaden sposób wyobrazić nieochrzczonej wnuczki. Jej rodzice wyobrażali sobie wszystko i pewnie dlatego wyłącznie dla babci ją ochrzcili. W dostojnej drezdeńskiej Frauenkirche. Nie przewidywali wtedy, jak bardzo świadectwo chrztu przyda się ich jedynaczce. Pamięta, że od pewnego czasu – to zaczęło się, gdy była w gimnazjum – dzieci bez tego szarego kawałka papieru automatycznie były podejrzewane o „niearyjskie pochodzenie”. A to zakłócało natychmiast statystykę demograficzną szkoły. Każdy dyrektor niemieckiej szkoły, będący z natury urzędnikiem Trzeciej Rzeszy, o tym wiedział. Ponieważ każdy był zobowiązany brać aktywny i czynny udział w „budowaniu nowego niemieckiego społeczeństwa”. Rasowo czystego, aryjskiego, pięknego, zdrowego, pracowitego i oczywiście bezwarunkowo wiernego Führerowi. Rasowo czystego i zdrowego.

To stało się szczególnie ważne. Ojcowie psychicznie chorych dzieci byli nakazem ustawy sterylizowani. Zgodnie z prawem obowiązującym od 1934 roku. Podobnie sterylizowani byli psychicznie chorzy mężczyźni w wieku płodnym, jak również nieuleczalni alkoholicy. W 1939 roku z kolei eutanazja stosowana wobec „przewlekle chorych” stała się, według słów Goebbelsa, „aktem humanitaryzmu”.

Ojciec uważał, że to właśnie Hitlerowi, jak nikomu innemu przed nim, udało się przekonać Niemców o tym, że są narodem wybranym. To Hitler, Himmler i Goebbels wynaleźli w tym celu „narodową wieczność”. Oczywiście niemiecką wieczność. I tym pojęciem zachwycili maluczkich. Sprytnie i w bardzo prosty sposób. Wznosili nowe narodowe pomniki i strącali poprzednie. Te nowe są o wiele większe, bardziej monumentalne i tak prostackie, jak gdyby faraonowie do budowy piramid zaangażowali Walta Disneya. Zakładali muzea poświęcone narodowej tradycji, zlecali poddanym sobie naukowcom wypracowanie rzekomo naukowych sposobów klasyfikacji kultur i ras, kolekcjonowali rodzimy folklor, tworzyli kanon narodowej literatury, a wszystko, co się w nim nie mieściło, demonstracyjnie spalili. Ustanawiali nowe narodowe święta, reżyserowali monumentalne ceremonie ku czci „słusznie” poległych, projektowali nowe flagi, nakazywali komponować nowe hymny, gromadzili tłumy w kolejnych paradach z okazji zupełnie nowych historycznych jubileuszy. Po krótkim czasie udało się im stworzyć mit. A mit, gdy się przyjmie, zamienia kulturę w naturę. Sprawia, że nowe zachowania, wartości i symbole stają się czymś naturalnym, odwiecznym i zrozumiałym dla każdego. I w taki sposób mit zaczyna wyprzedzać historię. Natura zawsze wyprzedzała kulturę. Kultura zrozumiała jest dla nielicznych, ponieważ jej zrozumienie wymaga wiedzy i wysiłku myślenia. Naturze wystarczy się jedynie poddać. Wcale nie trzeba jej rozumieć. Zresztą nie trzeba prawie nic rozumieć, gdy z kultury uczyni się kulturę masową. Obrazy są proste i zrozumiałe, Goebbels i jego świta doprowadzili do tego, że w radiu grają tylko ojczyźniane pieśni i jeszcze bardziej ojczyźniane, prymitywne operetki, a najbardziej obecnie docenianym niemieckim rzeźbiarzem jest niejaki Arno Breker wystawiający swoje kolosalne figury, mające z prawdziwą rzeźbą tyle samo wspólnego, ile ogrodowe krasnale ze sztuką antyczną. Co nie przeszkadza Hitlerowi uważać, że kolosy Brekera należą do „najpiękniejszych rzeźb, jakie kiedykolwiek powstały w Niemczech”. Oprócz Brekera także jeszcze Thorak i Klimsch. Kolejna para artystów od siedmiu boleści. Cała reszta, według słów Hitlera, to dzieła „zwyrodniałych jąkałów, pozbawionych talentu sabotażystów, szaleńców i handlarzy”. Dokładnie tak samo zresztą uważa naród fotografujący się zawzięcie przy tych figurach Brekera, Thoraka i Klimscha w Berlinie lub Monachium.

I w ten sposób udało się hitlerowcom jeszcze jedno. Chyba najważniejsze. Nieustannie podgrzewali do temperatury wrzenia narcyzm mas, które w końcu uwierzyły, że wcale nie są dodatkiem do dyktatury. Hitler ich o tym przekonywał przy każdej nadarzającej się okazji. Mawiał i ciągle jeszcze mawia: „Jesteście przede mną jak wezbrana masa pełna najświętszego oburzenia i niezmierzonego gniewu”.

Hitlerowi, jak chyba nikomu innemu, może tylko poza Stalinem, udało się przekonać masy, że to one są dyktaturą. Największe zasługi ma w tym sam Hitler. Chciał zostać malarzem, filozofem, architektem, ale tak naprawdę został aktorem. Doskonałym aktorem. To on hipnotyzuje Niemców swoimi przemówieniami. To on je do perfekcji reżyseruje i scenografuje, chociaż mają sprawiać wrażenie improwizowanych. Każde jest jak spektakl. Zaczyna się w ciszy. Hitler stoi w milczeniu i bezruchu, zaczyna mówić spokojnym, niskim tonem, stopniowo go podnosi, aż do histerycznego krzyku, którym na końcu hipnotyzuje zgromadzony tłum, doprowadza do ekstazy. Jeśli do tego dołożyć niebywały estetyczny talent Hitlera, te smugi reflektorów lotniczych, te symbole układane z płonących pochodni, te zbiorowe pokazy gimnastyczne na granicy jednoznacznie erotycznych baletowych pamfletów, tę patetyczną, dudniącą jak z nieba muzykę. Tyrady dziko gestykulującego Führera stojącego w świetle reflektora, na tle czarnej swastyki w białym kole na krwistoczerwonym tle. I jego ulubione słowa: „absolutne”, „niezachwiane”, „rozstrzygające”, „ostateczne”, „niezmordowane”, „dziejowe”, „wieczne”. Słowa proste, jednoznaczne, zrozumiałe dla każdego. Wszystkim wykrzykuje do ucha to, co chcą usłyszeć. Chłopom: „To wy jesteście fundamentem narodu”, robotnikom: „Robotnicy to arystokracja Trzeciej Rzeszy”, finansistom i przemysłowcom: „Udowodniliście, że należycie do najwyższej rasy, macie prawo być wodzami”. Hitler w swoim najniższym, instynktownym populizmie jest bliski każdemu. Jak niezawodny przyjaciel, jak dobroczyńca i niezmordowany opiekun. Wszystkich bez wyjątku. Starców i dzieci, kolarzy i kolejarzy, nauczycieli i rzeźników, poetów i piekarzy.

To Hitler jako pierwszy wprowadził elektryczne wzmacniacze. To dzięki nim wydawało się tłumowi, że ich przywódca nigdy nie traci głosu. To takie prozaiczne, ale bez głośników Hitler nigdy nie podbiłby Niemiec! I do tego wszystkiego te makabryczne przedstawienia z dźwiękiem i światłem wokół. Absolutnie prekursorski, propagandowy majstersztyk, z którego bez wątpienia będą kiedyś w przyszłości korzystali inni. Tylko Hitlerowi udaje się, jak to skrzętnie relacjonowała goebbelsowska prasa, doprowadzać do tego, że po niektórych przemówieniach Führera „kobiety z nieprzytomnym wyrazem twarzy osuwały się w spełnieniu na ziemię niczym szmaciane lalki”, a okrzyk „Heil!” na końcu jego przemówień jest tak głośny, że „wielu ludziom wydawało się, że za chwilę zawalą się dachy”.

Nietrudno więc zrozumieć, że to mogło działać. I naprawdę działało. Także poza Niemcami. W 1938 roku, na rok przed wybuchem wojny, nasz Adolf Hitler został nominowany do Nagrody Nobla! I to do bardzo szczególnej nagrody. Pokojowej! Miał ją odebrać w 1939 roku. Jego nominację zaproponował niejaki E.G.C. Brandt, szwedzki polityk z niemieckim nazwiskiem i z mózgiem wielkości mózgu szczura. To zresztą dość powszechna wielkość mózgu polityków. Niemniej, wybrany w demokratycznych wyborach członek szwedzkiego parlamentu. Adolf Hitler laureatem Pokojowej Nagrody Nobla! To byłby chyba największy przekręt w historii ludzkości. Hitler konkurował w tymże roku między innymi z Gandhim. Gdy okazało się, że nie ma szans, na rozkaz Goebbelsa, aby uniknąć spodziewanej kompromitacji, wycofano tę kandydaturę w lutym 1939 roku. Goebbels doskonale wiedział, że we wrześniu 1939 roku wybuchnie wojna. I nikt nie rozda Nagród Nobla w listopadzie i grudniu tego roku. Szczególnie pokojowych.

Powstawanie nowego, idealnego gatunku Homo Germanicus na miarę i ambicję tysiącletniej Rzeszy zaczynało się już w przedszkolach, a potem, z największą, gorliwą intensywnością w szkołach. Gatunku czystego rasowo, aryjskiego od pierwszej kropli krwi. Przypominała sobie, jak ojciec zapytał kiedyś, czy pamięta ten wiersz:

Utrzymuj swą krew w czystości,

Nie jest tylko twoja,

Przypływa ona z daleka

I odpływa w dal.

Niesie w sobie ciężar tysięcy przodków

I spoczywa w niej cała przyszłość!

Jest twoim całym życiem.

Pamiętała. Oczywiście, że pamiętała. Sama musiała uczyć się go na pamięć. Dzieci recytowały to już w piątej klasie. A potem na komendę podnosiły prawą rękę do góry. Ona także. Nic nie rozumiejąc.

Nauczyciele w szkole z własnej nieprzymuszonej woli dbali o stan permanentnego patriotycznego uniesienia na najwyższych tonach. Tak zwana czystość rasowa należała do najważniejszych oznak tego patriotyzmu od początku Trzeciej Rzeszy. Pamięta, jak wysłuchiwała na lekcjach historii opowieści o roli zachowania „nieskażonej aryjskości”. Według jej nauczycielki stare cywilizacje upadały, bo dopuściły do mieszania krwi, a „utrata czystości rasowej rujnuje na zawsze szczęście narodu”.

Teraz swoją aryjską czystość trzeba było jednakże udowodnić. Dokumentem. Jego brak u któregoś dziecka natychmiast rzucał na nie cień dyskryminującego podejrzenia. To było także bardzo niebezpieczne podejrzenie. Przesadzano je do ostatnich ławek. Nie wyczytywano ich nazwisk podczas sprawdzania obecności. Nie mogły zjeść obiadu w szkolnej stołówce. Nie mając godności, nie miały także prawa odczuwać głodu. Ale na apelu wychwalającym Führera musiały być. Zanim nie przyniosły innych szarych kawałków papieru udowadniających, że są „rasowo czyste”, to tak naprawdę nie istniały. Liczyły się tylko jako dodatkowe decybele w trakcie apelu. Z chwilą przyniesienia zaświadczeń natychmiast przywracano im godność. Chyba że nie było na nich odpowiednich pieczątek, ktoś zapomniał wpisać datę lub numer ewidencyjny albo zaświadczenie nie było wystawione w odpowiednim języku. Wtedy otrzymywały godność warunkową, na tydzień lub maksimum dwa. Do czasu uzupełnienia dokumentacji. Tak jak na przykład Irene, jej koleżanka z ławki. Urodziła się jako córka Niemców w małej wiosce w pobliżu Wrocławia, ale w rok po wybuchu wojny jej rodzice w poszukiwaniu pracy przenieśli się do Drezna. Ksiądz udzielający jej chrztu był „źle” lub „niedostatecznie” zniemczonym Polakiem. Źle, ponieważ nie potrafił pisać po niemiecku. Niedostatecznie, jej akt chrztu bowiem przysłano po polsku. Było na nim jej nazwisko, była data, były imiona rodziców, była pieczątka z „gapą”, ale nie było numeru i była jakaś uwaga wpisana odręcznie po polsku. To wystarczyło, aby biurokraci nie przywrócili Irene godności nigdy.

Tak naprawdę wyłącznie dzięki upartym katolickim wierzeniom babci Marty miała poprawne świadectwo chrztu. Ale to dzięki swoim rodzicom w trakcie apelu zawsze milczała.

Czasami wydawało się jej, że to wcale nie Hitler, ale jego zniewoleni strachem biurokraci ustawiają wszystko w tym kraju. Kiedyś dyskutowała na ten temat z ojcem. Pamięta, że opowiadał jej o jakimś rosyjskim Hitlerze o nazwisku Sthalin lub Stalin. Nie zapamiętała dokładnie. Kiedyś rzekomo Stalin pojechał na Syberię. W propagandowym, nagłośnionym przez wszystkie gazety geście odwiedzał obozy zesłania tak zwanych przeciwników reżimu. Rozmawiał z więźniami, żartował, pił z nimi wódkę. Od jednego z nich, Gruzina – Stalin urodził się w Gruzji – dowiedział się, że został on zesłany, ponieważ nie dostarczył ojczyźnie wymaganych osiemdziesięciu metrów sześciennych drewna. Stalin zapytał go wtedy, dlaczego nie dostarczył. Okazało się, że najbliższy las rósł w odległości ponad dwustu wiorst od chaty Gruzina, który nie miał nawet konia. Wyjeżdżając wieczorem z obozu, pijany Stalin nakazał natychmiast zwolnić Gruzina. I zaraz potem rozstrzelać naczelnika obozu.

Jej ojciec – zupełnie niepotrzebnie, sama to doskonale rozumiała – przekonywał ją tym przykładem, że Stalin to zdegenerowany dyktator, jak egipski, zaślepiony władzą cesarz z Quo vadis – ojciec podarował jej tę książkę na piętnaste urodziny – który sam powinien stanąć przed plutonem egzekucyjnym. To ministrowie Stalina kazali urzędnikom w Gruzji dostarczać drewno, to on podpisał to rozporządzenie i to on sam, z pewnością o tym nie wiedząc, wysłał Bogu ducha winnego Gruzina na Syberię. To Stalin, podobnie jak Hitler, stworzył cały ten makabryczny system. Ojciec nie musiał jej o niczym przekonywać. Chciała tylko wiedzieć, że myśli tak samo jak ona. Myślał. To było dla niej bardzo ważne. Najważniejsze.

Rodzice Hinnerka na przykład w ogóle nie myśleli. Tak uważał Hinnerk, chociaż ona mu nie wierzyła. Uważali, że należy na czas wywieszać flagę w oknie, podnosić wraz ze wszystkimi energicznie prawą rękę do góry i otwierać szeroko okno, gdy w radiu przemawiał Führer. Nawet zimą, gdy zużyli jeszcze przed Bożym Narodzeniem cały kartkowy węgiel i przy stole siedzieli w płaszczach i kufajkach. Hinnerk się za nich wstydził. Ale nigdy nie protestował i nie narzekał, także posłusznie wkładając kufajkę. To może dlatego Hinnerk tak chętnie przychodził do niej zimą? U nich okna, oprócz ciepłej wiosny i lata, były zawsze zamknięte. A gdy przemawiał Führer, to także latem, nawet gdy panowały największe upały, jej matka, słysząc głos Hitlera, szczelnie je zamykała.

Nie! Nie potrafiła zmusić się do modlitwy.

Lukas, wtulony w nią, co kilka minut upewniał się, że jest obok, dotykając dłonią jej uda. Gdy w końcu nastała dłuższa chwila ciszy, zasnął. Czasami krzyczał coś w jidysz przez sen. Zakrywała mu wtedy usta. Bała się, że ona także zaśnie. Nie chciała, aby ktokolwiek wiedział, że Lukas mówi w jidysz. Nawet tylko we śnie. Mocno wtuliła twarz Lukasa w swoje piersi. Chciała zasnąć. Chciała śnić…

Około pierwszej w nocy obudziła ją matka. Lukas ciągle spał. Podniosła się, otuliła go szczelnie kocem i usiadła na drewnianej ławie. Dwoje ludzi stało obok jej matki. Niska, zgarbiona kobieta w szarym połatanym płaszczu wpatrywała się w śpiącego chłopca. Mężczyzna starał się coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie słowa. W pewnym momencie upadł na kolana przed nią i objął jej stopy. Nie rozumiała, o co chodzi. Nie znała tych ludzi. Jej matka gwałtownie podniosła mężczyznę z kolan. Ona poderwała się w tym momencie z ławy.

– Pozwól, że ci przedstawię, pani Maria Rootenberg i pan doktor Jacob Rootenberg. Rodzice Lukasa – powiedziała matka spokojnie. Po chwili dodała: – Moja córka, Anna Marta Bleibtreu.

Kobieta zignorowała jej wysuniętą na powitanie rękę. Zakryła drżącą dłonią usta. Po chwili wahania sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła z niej skórzany, związany rzemykiem woreczek. Wpychając go do jej ręki, spojrzała na mężczyznę. Jak gdyby prosząc o przyzwolenie.

– Bardzo cenię prace pani ojca. Spotykaliśmy się czasami na uniwersytecie. Dawno temu. Jeszcze przed wojną. Nie znam lepszych tłumaczeń Goethego. A jego przekład Lutra też jest jedyny w swoim rodzaju. Będziemy zaszczyceni, gdy przekaże mu pani ten skromny dowód wdzięczności i nasze najszczersze…

Jej matka przerwała mu w pół słowa.

– Mój mąż nie żyje – powiedziała stanowczo, bez najmniejszego śladu emocji w głosie. – Czy moglibyście państwo teraz przejść za mną w inne, bardziej dyskretne miejsce?

Schwyciła rękę mężczyzny i pociągnęła go za sobą. Gdy znaleźli się w ciemności, tuż obok śpiącego Lukasa, wyjęła nóż z torebki, rozpięła jego płaszcz i nie pytając mężczyzny o zgodę, zaczęła obcinać klapę marynarki, do której była przyszyta plakietka z gwiazdą Dawida. Potem obcięła także klapę po drugiej stronie. Wyrwała wszystkie guziki. Marynarka miała wyglądać na starą i zniszczoną.

– Wybaczy pan, ale myślę, że tak będzie lepiej – powiedziała, uśmiechając się. – Czy mógłby pan rozerwać kieszenie? Teraz?

Mężczyzna bez słowa posłusznie włożył obie ręce do kieszeni granatowej marynarki. Usłyszała odgłos pękającego materiału. Po chwili rozpięła płaszcz kobiety i zaczęła powoli obmacywać jej piersi.

– Czy ma pani coś pod tym swetrem? – zapytała.

– Tak, mam – odpowiedziała kobieta – dwa inne swetry i… halkę.

– Czy może go pani, tylko ten jeden, zdjąć?

– Nie wiem – zawahała się kobieta. – Na tamtych nie przyszyłam… no, wie pani.

– Nam nie wolno bez, no, wie pani, tak rozkazał Gauleiter Mutschmann…

Wiedziała, że jej matka zaczynała się denerwować. Poznała to po mocno zaciśniętych wargach, zamkniętych w pięści dłoniach i zmarszczonym czole.

– Gauleiter Mutschmann, proszę wybaczyć mi teraz niedelikatność, to ostatni chuj, wie pani? Czy rozumie pani dokładnie, co po niemiecku znaczy „chuj”? Nie wiem, jak to jest w jidysz, ale z pewnością się kiedyś dowiem. To o wiele więcej niż ostatni skurwiel. Moja teściowa, która była bardzo delikatną i szlachetną kobietą, nie mówiła inaczej o Mutschmannie jak „chuj”. Po polsku. Ona zawsze najważniejsze rzeczy mówiła po polsku. Stąd znam to słowo po polsku i potrafię je nawet przeliterować: c, h, u, j. To drugi największy chuj, jakiego przyszło mi poznać w moim życiu – szeptała nachylona do ucha kobiety. – Ja panią za niego przepraszam. Ja panią w imieniu… ja panią proszę o wybaczenie… za wszystko, co oni wam tutaj zrobili… Ja panią bardzo proszę o wybaczenie. Jeżeli pani może…

Kobieta położyła płaszcz na posadzce, zdjęła bez słowa sweter i podała go matce. Podeszła do śpiącego Lukasa i wzięła go na ręce. Mężczyzna podniósł płaszcz i okrył nim chłopca. Po chwili zniknęli za zaułkiem kościoła.

Wszystko wydarzyło się tak nieoczekiwanie i tak szybko. Chciała pobiec za nimi. Zatrzymać. Powiedzieć im, że Lukas lubi, jak mu się czyta bajki Grimmów, że gdy kaszle, najbardziej pomaga mu gorące mleko z jedną łyżką miodu, że przepięknie rysuje, że nie znosi cebuli, że najszybciej zasypia na prawym boku, że marzy o tym, aby mieć psa. I także o tym, że uwielbia czereśnie i że babcia Marta…

Matka zastawiła jej drogę. Posadziła ją obok na ławce i przytuliła mocno do siebie.

– Uspokój się! Zostaw ich. Czas Lukasa z nami minął! Tak się cieszę, że ich tutaj odnalazłam – powiedziała. – Szczerze mówiąc, to przypuszczałam, że spotkam Rootenbergów tutaj. Gdzie mieliby pójść?! Do schronu? Tam Żydów nigdy by nie wpuścili. Poza tym oni nawet nie odważyliby się tam pójść. Do kościoła ich także nie wpuszczali, ale w tym chaosie tutaj…

Poza tym babcia opowiadała mi, że oni od lat z czterema innymi rodzinami mieszkają w suterenie niedaleko stąd. Od trzech lat pracują jako niewolnicy po dwanaście godzin dziennie dla tych złodziei od Koch & Sterzel w Mickten. Tylko za kartki na żywność. Sama wiesz, jakie kartki i na jaką żywność otrzymują Żydzi…

Gdy spaliście z Lukasem, obeszłam cały kościół. Spotkałam Landgrafów. Mały Markus natychmiast zapytał, gdzie jesteś. Nie powiedziałam mu. Nie chciałam, aby zobaczył Lukasa. Poza tym byłby zazdrosny. On chyba jest w tobie zakochany. Może nawet bardziej niż jego brat. Hinnerk honorowo w ogóle nie zapytał o ciebie, ale gdy mnie zobaczył, aż pojaśniał ze szczęścia. Wiesz, że on ma najbardziej błękitne oczy, jakie widziałam w życiu? Oczywiście, że wiesz…

A potem nadepnęłam niechcący na cuchnącego moczem, wystraszonego, tłustego, obleśnego szczura. Tak mi się wydawało. Ale to był tylko Albrecht von Zeiss. Natychmiast go rozpoznałam. Szczury nie noszą czarnych opasek na oku…

Rootenbergowie stali przy drzwiach prowadzących do plebanii. W najciemniejszym miejscu kościoła. Stali na baczność obok dwóch swoich walizek. Jak postawione tam przez kogoś i zapomniane rzeźby. W milczeniu. Bez ruchu. Myślę, że starali się ze wszystkich sił nie oddychać. Uważasz, że strach może być aż tak ogromny? Jeśli tak, to Mutschmann zasługuje na medal od Goebbelsa. Osiągnął dokładnie to, co Goebbels wymyślał w swoich kokainowych wizjach. „Żydzi mają być ogoleni i nie zwracać na siebie uwagi. Nieogoleni Żydzi zostaną rozstrzelani…” – tak było napisane w jego ostatnim – jak zawsze idiotycznym – rozporządzeniu rozklejanym na każdym słupie w Dreźnie. Jacob Rootenberg był bardzo dokładnie ogolony. I ze wszystkich sił starał się nie zwracać na siebie uwagi.

Wiesz, Aniu, co pomyślałam wtedy? Coś okropnego, coś nieprawdopodobnie wstrętnego. Pomyślałam… pomyślałam, co zdarzyłoby się, gdyby to Jacob Rootenberg był Albrechtem von Zeissem? Gdyby to on, przy swoim strachu i absolutnie bezwarunkowym podporządkowaniu, miał całą jego władzę? Albo jeszcze gorzej, gdyby to Rootenberg nagle stał się Mutschmannem. Wiem. Jestem cholernie niesprawiedliwa. Bo nigdy nie byłam Żydem w Niemczech. Wiem, Aniu…

Rootenbergowie widzieli mnie tylko jeden raz w życiu. Tej jednej nocy, gdy przyprowadzili do nas Lukasa. Poza tym już nigdy więcej. Babcia czasami chodziła do nich i zanosiła im bochenki chleba lub kawałki twarogu owinięte papierem z rysunkami Lukasa. Tymi, które ty wynosiłaś czasami ze skrytki.

Poznali mnie! Najpierw Maria Rootenberg przestała być posągiem i uklękła przede mną. Czułam się taka poniżona. Rozumiesz mnie? Gdyby w jakimś kraju ktoś chciał ciebie, moją ukochaną, jedyną córkę, zagazować tylko za to, że jesteś Niemką, i mogłabym cię uratować, wysyłając pod podłogę jakichś tubylców w tym kraju, to myślisz, że także bym klękała? Myślisz, że tak? Z wdzięczności? Skąd, do diabła, wiesz? Ty nie miałaś córki? Może masz rację…

Potem Rootenberg pokazał mi wezwanie na szesnastego lutego. Mieli się stawić z synem Lukasem J. Rootenbergiem w siedzibie NSDAP w celu „rozpatrzenia okolicznościowej deportacji”. Czasami naprawdę podziwiam Goebbelsa i jego – co ja mówię naszych – wiernych urzędników Trzeciej Rzeszy. Tak uroczyście i tak elegancko sformułować wyrok śmierci. Jako „okolicznościową deportację”. I tak dostojnie, specjalnym listem, nieomal zaprosić. Najpierw do siedziby partii, potem do wagonu, a następnie do krematorium…

Wiesz, co wtedy pomyślałam, Aniu? Wtedy, gdy Rootenberg pokazał mi to pismo? – zapytała.

I nie czekając na jej reakcję, odpowiedziała sobie sama.

– Pomyślałam, że jeśli te naloty mają w ogóle jakiś sens, to może zdarza się to tylko dlatego, aby Rootenbergowie nie musieli stawić się na to wezwanie? Szesnastego lutego 1945 roku, za dwa dni. W Dreźnie za dwa dni nie będzie istniała żadna siedziba NSDAP! Mam taką nadzieję. Jestem tego pewna! Może już nawet teraz nie istnieje i może właśnie to jest sprawiedliwe? Aby zrównać z ziemią całe miasto, zabić tysiące ludzi, ale uratować życie trójki Żydów. Matkę o imieniu Maria, jej męża i ich syna, małego chłopca.

Jeśli Bóg to wymyślił, to byłby niezbyt oryginalny, a jeśli ktoś inny, to byłby to zwykły plagiat – westchnęła.

– A nasz Lukas? On nigdy nie był nasz. On się tylko u nas na chwilę zatrzymał. Tak zdarza się w życiu bardzo często, córeczko – mówiła dalej, ściskając jej dłonie.

– Spotykamy kogoś na swojej drodze, zupełnie przypadkowo, jak przechodnia w parku lub na ulicy, przeważnie darujemy mu tylko spojrzenie, ale nieraz całe życie. Nie wiem, dlaczego tak jest, kto i dlaczego przecina nasze drogi? I dlaczego nagle dwie drogi stają się jedną. Jak to się dzieje, że dwoje dotychczas zupełnie obcych sobie ludzi chce iść nią razem. Twój ojciec uważał, że to miłość i że nie istnieją przypadkowe spojrzenia. On obdarowywał nimi wszystkich, ale sam wierzył w przeznaczenia. Nie w jedno, ale w wiele przeznaczeń. I może dlatego było w nim tyle spokojnego pogodzenia się ze światem. Uważał, że nawet zło jest przeznaczeniem, które zostanie kiedyś wyrównane przez dobro. Gdzieś już poczęte i czekające tylko na swój moment przyjścia. I że życie toczy się na okręgu jednego zamkniętego cyklu. Cyklu zła wyrównywanego dobrem. Że nie ma do końca złych ludzi i że nawet Zeiss nie jest tak do końca zły. Nie dotknęło go – twój ojciec był o tym przekonany – po prostu jeszcze dobro.

Czasami wydawało mi się, że gdyby twój ojciec wydawał wyroki podczas Sądu Ostatecznego, to można by spokojnie zlikwidować piekło.

Nagle wstała. Owijając jej szyję szalikiem i zapinając guziki płaszcza, powiedziała:

– A teraz przestań płakać! Wstawaj! Muszę koniecznie zapalić. Koniecznie. Ale nie tutaj. Na zewnątrz. Nawet nie wiem, czy ty także już palisz? Palisz, Aniu? – zapytała, uśmiechając się.

Wyszły przed kościół. Niewielki plac przed główną bramą był opustoszały. Cała wschodnia i południowa strona centrum miasta płonęła jak monstrualna pochodnia. Niebo po tej stronie horyzontu rozświetlała wielka czerwonożółta łuna.

– Myślisz – odwróciła twarz w stronę matki – że Grunaer, że nasz dom…

Matka nie pozwoliła jej dokończyć.

– Chodźmy stąd. Natychmiast! Nie mogę na to patrzeć – wrzasnęła. – Co ci skurwiele robią nam z Drezna!

Chwyciła ją mocno za przegub dłoni i przeprowadziła pośpiesznie za ścianę kościoła od strony Annestrasse. Z tej strony niebo nad Dreznem było jasne i rozgwieżdżone. W kilku tylko miejscach zasnute szarymi plamami dymu z dopalających się pożarów, ale oprócz tego takie samo jak zawsze. Małe płomyki ognia wydobywające się z rumowisk zbombardowanych budynków wokół kościoła przypominały cmentarne znicze. Cisza. Przerażająca cisza. Grobowa. Cmentarna.

Stały przez długą chwilę w milczeniu.

– Aniu, damy sobie radę! Zobaczysz! – powiedziała matka. – Jeżeli oni już więcej nie nadlecą i skończy się ta noc, to najpierw wrócimy na Grunaer. Gdy nie będzie Grunaer, wydostaniemy się z miasta i pojedziemy… przedostaniemy się jakoś do Kolonii. Tuż obok Kolonii, w Königsdorfie, mieszka Annelise, siostra taty. Ona zawsze chciała, abyśmy, gdy zaczęło się to wszystko walić, przenieśli się do niej. Na wsi łatwiej przeżyć takie czasy, powtarzała zawsze. Na wsi nie ma schronów, ale jest mleko. Twój tata jednak nie chciał wyjechać z Drezna. Uważał, że tutaj jest jego miejsce. On się tu urodził, tutaj się wszystkiego nauczył, tutaj pocałował mnie pierwszy raz i tutaj ja mu urodziłam ciebie. Tutaj jedynie nie umarł – westchnęła. – Ciocia Annelise jeszcze bardziej zdziwaczała, odkąd zmarła babcia, ale to dobra, szlachetna kobieta. Muszę koniecznie zapisać ci jej adres. Na wypadek, gdyby…

– Na wypadek czego, mamo?! – przerwała jej nerwowo, nieomal histerycznie.

– Na wypadek, gdyby… stało się coś z moją walizką i notatnikiem z adresami – odparła matka, uśmiechając się do niej. – A teraz muszę zapalić, bardzo chcę zapalić – dodała.

Skręciła dwa papierosy i wkładając oba do ust, podpaliła.

– Wiesz, twój ojciec opowiadał mi niezwykłe historie o niebie – zaczęła, zaciągając się głęboko i patrząc w górę. – Nazywał gwiazdozbiory i darował mi gwiazdy. Te, których nie potrafił nazwać albo które swoich nazw jeszcze nie miały, zawsze otrzymywały moje imię, uzupełnione imieniem jakiejś bogini z mitologii. Gdy się urodziłaś, wszystkie przemianował na Anna, Ania, Anuszka, Annschen, Aneczka, Aniula, Aniusia, Anielka, A1, 1A1, 11AN11 i tym podobne. Byłaś dla niego każdą galaktyką, każdą mgławicą, każdą gwiazdą i każdą planetą. Czasami byłam nawet o to bardzo zazdrosna.

Twój ojciec był neurastenicznym, niedopasowanym do świata romantykiem. Urodził się po prostu o wiele za późno i w absolutnie nieodpowiednim miejscu – mówiła, zaciągając się głęboko papierosem. – Często nie wiedziałam, czy tylko recytuje wiersze Goethego lub Byrona, czy mówi mi swoimi własnymi wierszami, że mnie kocha. Nikt nie kochał mnie tak jak on. I nikt mi tak tej miłości nie wyznawał. Nikt. Rozumiesz?! Nikt!

A poza tym to nie powinnaś palić – powiedziała, spoglądając na nią z uśmiechem i ze łzami w oczach. – Przynajmniej nie przy mnie. Twój ojciec nigdy by mi nie wybaczył, że to toleruję…

Wróćmy teraz do środka, robi się zimno – dodała po chwili.

Lukas siedział przyciśnięty kolanami rodziców. Dwoje Żydów obejmowało i całowało głowę żydowskiego chłopca w mundurku Hitlerjugend. W kościele, w umierającym Dreźnie. Kilka metrów od doktora Albrechta von Zeissa, który jak zawsze w krawacie i czerwonej opasce ze swastyką na lewym ramieniu siedział pod krzyżem Jezusa i spokojnie obcinał paznokcie u nóg. Zupełnie niedaleko od dwójki umorusanych dzieci o słodkich twarzach, dziewczynek z blond lokami, podpartych łokciami o stopień schodów prowadzących do roztrzaskanych resztek marmurowego stołu ołtarza i patrzących w zagadkowym zamyśleniu na obraz Madonny z niemowlęciem na rękach.

Scena jak żywcem wyjęta z malowidła Madonna Sykstyńska Rafaela Santi…

– Hitler, gdy bywa w Dreźnie, to zawsze przychodzi z całą swoją świtą oglądać ten obraz – przypomniała sobie słowa ojca. – Nawet nie wiem dlaczego…

Którejś soboty ojciec zabrał ją do muzeum. Spędzili tam cały dzień. Uwielbiała oglądać z nim obrazy. On dostrzegał w nich to, czego ona nigdy by nie zauważyła. Pamięta, że przystanęli na długo przy tym obrazie Rafaela.

– Wiesz, że Hitler czasami zdumiewa mnie swoją wrażliwością? – powiedział po chwili zadumy, wpatrzony w ogromne malowidło wiszące na ścianie. – Może to tylko wyreżyserowana propaganda, może jego czkawka po niespełnionych marzeniach, a może tylko zazdrość, zawiść i zemsta? Ale może jednak nie. Może on naprawdę coś odczuwa. Nie wiem. Może nawet wie, co to piękno, i chce, aby i inni je także podziwiali? Inaczej zabrałby ten obraz do Berlina lub do swojego pałacu Berghof w Obersalzbergu. Nie zrobił jednak tego. Chociaż mógł. On wszystko przecież może w tym kraju…

Wiesz, że Hitler marzył, aby zostać malarzem? Przez pewien czas to była jego obsesja. Jedna z wielu zresztą. Chociaż zupełnie nie miał talentu. Dwukrotnie wysyłał swoje kiczowate malunki do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Gdy w 1907 zostały odrzucone, wysłał je ponownie rok później. Komisja z Wiednia także za drugim razem nie dała się przekonać. Myślę, że Hitler bardzo przeżył to poniżenie. Sądzę też, że wiedeńscy profesorowie sztuki, gdyby wiedzieli to, co my wiemy teraz, mogliby zmienić historię świata. Gdyby tylko wtedy pozwolili mu malować, to może nie miałby czasu na napisanie Mein Kampf, może… Wielu twierdzi, że osobisty antysemityzm Hitlera wziął się stąd, że jednym z profesorów w tej komisji, rzekomo mającym decydujący głos, był Żyd. Moim zdaniem to zbyt daleko idące uproszczenie. Równie dobrze można by powiedzieć, że Hitler za największych wrogów ma Słowian, ponieważ jakiś Polak odbił mu narzeczoną. Ale to nieważne, nie o tym przecież chciałem mówić…

Hitlera fascynuje piękno. Ma swój własny jego kanon, czasami bardzo prostacki, ale jednak ma. Nie potrafi sam piękna tworzyć, ale go potrzebuje. Czasami ponad wszystko, obsesyjnie. Aż trudno sobie wyobrazić, że jednocześnie potrafił być przy tym tak odrażający w swoim tworzeniu zła i brzydoty. Gdy 14 czerwca 1940 roku napompowany dumą Goebbels szczekał w każdym głośniku o tym, że upadł Paryż, Hitler wkrótce się tam pojawił. To była jego pierwsza w życiu wizyta w Paryżu. W mieście, które podziwiał, którego nigdy nie odwiedził, a które teraz zdobył. I wiesz co? Hitler wcale nie przyjmuje parady zwycięstwa w Paryżu na Champs-Elysées. Zupełnie go to nie interesuje. Woli zamiast tego zwiedzić paryską operę. I to on jest przewodnikiem wycieczki znudzonych generałów, zna każdy kąt, każdy szczegół. Na tyle dobrze, aby opuścić jeden z salonów, ten niewarty zwiedzania, ponieważ od lat jest w remoncie. To także wiedział Hitler. W dniu swojego największego zwycięstwa nie interesuje go nic poza architekturą.

To powszechnie znany fakt, że najwierniejszy architekt Hitlera Albert Speer jest także jego najwierniejszym przyjacielem. To właśnie ze Speerem tworzy Hitler swoją architektoniczną megalomańską wizję Berlina, planując zamienić go w metropolię, która przewyższy swym rozmachem i Paryż, i Londyn, i Wiedeń, przypominając Rzym z czasów imperium. Tyle że setki razy większy i tym samym setki razy bardziej kiczowaty. To instruowany przez Hitlera Speer wymyślił dla Berlina monumentalną Katedrę Światła, którą ubóstwiająca Hitlera reżyserka Leni Riefenstahl pokazała w swoim filmie, to Hitler ze Speerem planowali postawić w centrum miasta Łuk Triumfalny, który miał być ponad dwa razy większy niż ten w Paryżu, i to Speer zachwycił Hitlera psychodelicznym projektem tak zwanego Pałacu Narodowego, który miał stanąć naprzeciwko berlińskiego Łuku Triumfalnego i mógłby pomieścić pod jednym dachem wszystkich mieszkańców Lipska!

Hitler uwielbia spacerować po takim monumentalnym Berlinie ze swoich wizji. Zna każdy ważniejszy budynek w tym mieście. Często o tym mówi w swoich przemówieniach. Najciekawsze jest to, że nieomal cytuje w nich Maksa Osborna, jednego z najsłynniejszych niemieckich krytyków sztuki i architektury początku XX wieku. To mnie bardzo zaskakuje, ponieważ Osborn jest Żydem, a jego książki zostały spalone po 1933 roku.

Ale to nie wszystko. W Hamburgu ma stanąć most na Łabie większy od Golden Gate w San Francisco, w Norymberdze z kolei powstał Pałac Zjazdów przypominający rzymskie Koloseum. To przy jego projekcie Speer, w pełni wyrażając wolę Hitlera, sformułował i po raz pierwszy zastosował w praktyce słynne „prawo ruin”. Według niego monumentalne budowle miały być projektowane w taki sposób, aby nawet w stanie ruin, za tysiące lat, imponowały wielkością i przypominały potomnym świetność „Tysiącletniej Rzeszy”.

Na szczęście są to jedynie jak na razie niezrealizowane plany dwóch fanatyków.

Obok malarstwa architektura jest drugim natchnieniem Hitlera. To taki bardzo sympatyczny, propagandowo idealny aspekt jego osobowości. Czy to nie jest poruszające, że pan i władca Trzeciej Rzeszy wykazuje tak głębokie zainteresowanie sztuką? Miłość do szczegółu? Zdumiewającą fachową wiedzę, która pozwala prowadzić mu rozmowy o fasadach, półcieniach lub lekkościach konstrukcji? Dziwne to, ponieważ nikt inny jak Hitler rozkazuje lub pozwala niszczyć tak wiele z tego, co inni zbudowali. Ale o tym bardzo niewielu wie. Naród wie za to o jego tak bardzo sympatycznych, ludzkich słabościach. Nasz Führer, jak wielu z nas, jest łasuchem, nie może oprzeć się słodyczom i uwielbia torty, nasz Führer płacze przy sentymentalnych filmach, „pożera” książki przygodowe i wzruszają go przesadnie łzawe, melodramatyczne operetki. Jest uśmiechnięty na fotografiach z dziećmi o blond włosach, melancholijny, gdy na innych fotografiach ogląda zachody słońca w górach, i na dodatek nosi czarne skarpety do jasnych garniturów. Nasz Führer to taki zupełnie normalny człowiek. Bezradny, momentami rozczulający z tymi swoimi niedopasowanymi skarpetami, narodowy bohater. Taki człowiek w żadnym wypadku nie może być tyranem. I nie ma w sobie nic z monarchy. A gdy czyta się w gazetach wypowiedzi Rosy Mitterer, pracującej w latach trzydziestych jako służąca w jego bawarskiej samotni w Berghofie, że Hitler jest „czarującym mężczyzną, kimś, kto ma dla mnie jedynie miłe słowa, do tego świetnym szefem”, to serce się człowiekowi kraje. Taki nasz. Taki dobrotliwy, trochę roztrzepany Führer…

Ale to tak na marginesie, Aniu. Jakoś tak przyszło mi do głowy i chciałem ci to, zanim zapomnę, opowiedzieć – dodał. – A teraz zapomnij Führera i przypatrz się uważnie. Widzisz te dwa małe, słodkie anioły, te u samego dołu obrazu? – zapytał, wskazując palcem. – Dla mnie to dowód geniuszu Rafaela. A także główny wątek opowieści o narodzeniu Chrystusa. Jest tysiące obrazów przedstawiających Maryję z Dzieciątkiem, ale tylko na tym obrazie jest to takie… takie bardzo ludzkie. Może dlatego nawet Hitler tutaj tak chętnie przychodzi.

Jak myślisz, dlaczego te dwa zabawne maluchy ze skrzydłami aniołów patrzą tak komicznie? Dla mnie jest to jasne! Ponieważ się okropnie nudzą. Nie wolno się im bawić. Czują się zapomniane i zbędne. Ten trzeci maluch na rękach Maryi jest w ich oczach takim samym dzieckiem jak one. One chcą się po prostu z Jezusem bawić. Ale im nie wolno. Poza tym pewnie wiedzą, że Jezus też nie miałby na to ochoty. I mimo że jest do nich bardzo podobny, jest także bardzo inny, nieobecny, jak gdyby nosił w sobie jakąś wielką tajemnicę. Dlatego ci uskrzydleni malcy pogodzili się z tym, ale pomimo to są zawiedzeni.

Rafael opowiedział tym drobnym szczegółem swojego obrazu przepiękną historię. To może oddać tylko obraz. Słowa nie mają żadnych szans. Opisać to, co się widzi, tylko pozornie jest łatwo. Ale stworzyć z tego dramat, zamykając w klamrach początku i końca? To udaje się bardzo niewielu.

I wiesz co? Tak się cieszę, że fotografujesz – dodał, obejmując ją i całując w czoło. – Swoją drogą, to niezwykłe, że mamy ten obraz tutaj u nas, w Dreźnie. Sprowadził go z Rzymu w 1754 roku August III, polski król i jednocześnie elektor Saksonii. Twoja babcia twierdzi, że Polacy mieli pecha, jeśli chodzi o swoich królów. Według niej wszyscy to byli albo pijacy, albo rozpustnicy, albo psychicznie chorzy. Ojciec Augusta III miał ponad – ciągle to powtarzała, gdy wypiła zbyt dużo wina – trzysta nieślubnych dzieci, a jego syn, ten od Rafaela, z lubością strzelał do psów i kotów z okna swojego pałacu w Warszawie. Babcia Marta widocznie zapomniała, że August III, jak i jego ojciec tak naprawdę byli z krwi i kości Niemcami, a jedynie ustanowiono ich polskimi królami. Ale nie za darmo. By rządzić Polską, musieli przejść na katolicyzm i na dodatek wybudować w luterańskim Dreźnie katolicką świątynię. Dopiero August III wypełnił to drugie zobowiązanie. I tak powstał Hofkirche, ten przy placu Teatralnym, naprzeciwko głównego wejścia do pałacu Zwinger. Dokonał tego za pieniądze drezdeńczyków, którzy później przez długie lata nie mogli mu tego wybaczyć. Hofkirche był długo nazywany „niemym kościołem”. Mieszkańcy nie zgodzili się bowiem na to, aby posiadał dzwony. Mimo to był jak kłujące źdźbło w oku. Nie dość, że katolicki, to na dodatek z polskim godłem nad wejściem.

My, Niemcy, tak mi się wydaje, mamy jakiś ogromny i niepojęty kompleks, jeśli chodzi o Polskę. Z poczuciem wyższości traktujemy Polaków jak trochę barbarzyński, nieokrzesany naród, budzący się rano z kacem i zasypiający wieczorem pod stołami żydowskich wyszynków. Niepunktualny, ciągle czymś odurzony, nieprzewidywalny, nikomu i niczemu niepodporządkowany, niepokorny i bardzo z siebie dumny. Dla Niemców oczywiście dumny zupełnie bez najmniejszego powodu. Bez jakiegokolwiek zrozumiałego dla mnie powodu także obsesyjnie znienawidzony przez nazistów.

Tylko raz byłem w Polsce, Aneczko. Niedokładnie w Polsce. Ale blisko niej. W Gdańsku. Na zaproszenie tamtejszej politechniki. W sierpniu trzydziestego dziewiątego. Tuż przed wybuchem wojny, która rozpoczęła się kilkanaście dni później. Gdańsk, wyszarpany Polsce, był dziwnym tworem. Rzekomo neutralnym, pod protektoratem Ligi Narodów. Politycznie ani nie niemiecki, ani też nie całkiem polski. Ale historycznie polski. Pamiętam, jak wracając pociągiem do Drezna przez Berlin, przeczytałem w berlińskiej gazecie przerażający swoim absurdem nagłówek: „Warszawa grozi zbombardowaniem Gdańska! Niewiarygodny atak odwiecznego polskiego szaleństwa!”. Wracając akurat z Gdańska, nie miałem żadnych wątpliwości, że jest dokładnie na odwrót. To żołnierze niemieckiego Wehrmachtu prawie w całości zajmowali hotel, w którym się zatrzymałem. A po ulicach neutralnego rzekomo miasta w dzień i w nocy jeździły demonstracyjnie niemieckie samochody wojskowe.

Polakami gardzi się w Niemczech. A z drugiej strony zazdrości się im romantyzmu, wrażliwości, spontaniczności i umiłowania wolności. To dla nich chyba jest najważniejsze. Ta wolność. I zaraz potem Bóg. Albo najpierw Bóg, a zaraz potem wolność. Twoja babcia jest w połowie Polką. Dlatego jest taka religijna i tak bardzo niepokorna. I taka piękna. I dlatego ty także jesteś taka piękna. Czy wiesz, że babcia potrafi modlić się tylko po polsku? Chociaż doskonale zna Ojcze nasz po niemiecku? Mnie oczywiście uczyła po niemiecku, ale sama modli się zawsze po polsku. Często podsłuchiwałem ją w kościele. Babcia uważa, że także Bóg modli się tylko po polsku. Bo Bóg, według niej, mógł być tylko Żydem z Polski. Nikim innym. Zapytałem kiedyś, zupełnie niedawno, do jakiego Boga musi modlić się po polsku Bóg, skoro sam jest Bogiem. I wiesz, co mi wtedy odpowiedziała twoja ortodoksyjnie wierząca w jednego Boga babcia Marta? Do tego lepszego Boga, który temu obecnemu kiedyś wybaczy Hitlera. Tak powiedziała, Aneczko. Bez chwili zastanowienia…

Uwielbiała być z ojcem. Zawsze. Kiedykolwiek. Gdziekolwiek. Wszędzie. W pokoju przy piecu, w swoim pokoju przy łóżku, na spacerach, w jego uniwersyteckim gabinecie przypominającym nieuporządkowane archiwum, w bibliotece, w sali wykładowej, gdy opowiadał studentom anegdoty, a oni nawet tego nie zauważali i wpisywali je do swoich notatników. Ale także w kuchni przy zmywaniu naczyń i obieraniu ziemniaków. Chciała go przede wszystkim słuchać. Gdziekolwiek. Wszędzie. Jej ojciec był bardzo mądry i najzwyczajniej, po prostu, dobry. Żałuje, że mu tego nie zdążyła powiedzieć, gdy żył. Naiwnie wierzyła, że on będzie żył wiecznie i że ciągle ma na to czas. Tak zawsze się myśli o rodzicach. Że będą żyli wiecznie. I gdy nagle odchodzą, pozostaje niewypowiedziane to najważniejsze, odkładane na jakieś odległe później. Mogłaby mu wtedy otrzeć łzy, a on by udawał – nieudacznie – że mu tylko coś wpadło do oka, i przytuliłby ją mocno, a ona głaskałaby go delikatnie po głowie i zakochiwałaby się w nim kolejny raz. Bo ona nie kochała swojego ojca, ona była w nim nieustannie zakochana. „Tato, jesteś dla mnie wzorem. Chcę być taka jak ty”. Te takie proste dwa najważniejsze zdania. Czasami mu to mówi teraz, przed zaśnięciem, i czasami, gdy zamknie bardzo mocno oczy i ściśnie bardzo mocno dłonie w pięści, wydaje się jej, że czuje na zaciśniętych palcach wilgoć jego łez…

Pamięta, że to była ostatnia taka sobota z ojcem. Wkrótce potem zaczęły z mamą czekać na listy od niego.

Miała wrażenie, że zawieszona w powietrzu jak na niewidzialnej linie ponad sceną obserwuje próbę generalną makabrycznego, surrealistycznego spektaklu końca świata według chrześcijan. Zapomniała w swoim podnieceniu, że sama w tym uczestniczy. Tutaj, na tej ambonie, w Annenkirche, w centrum umierającego Drezna.

Fotografowała. Żałowała, że nie może uchwycić ruchów, gestów, spojrzeń jednego po drugim, tak jak następują, że bezpowrotnie traci możliwość zarejestrowania obrazów, które już nigdy więcej się nie powtórzą. Magia fotografii to, oprócz światła, przede wszystkim kulminacja momentu. Tak to nazywała. Wydawało się jej, że być może omija ją ta kulminacja, gdy po każdym zwolnieniu migawki musiała odstawiać aparat od twarzy i małą korbką przewijać film. Nerwowo spoglądała na cyfry odliczające liczbę klatek do końca kasety. Gdy robiła pierwsze zdjęcie, licznik wskazywał dwadzieścia osiem. Postanowiła, że zatrzyma się, gdy ta liczba spadnie do ośmiu. Chciała pozostawić miejsce na kilka obrazów „na potem”. Nie wiedziała, co będzie potem i czy „potem” w ogóle nastąpi, ale chciała…

Zastanawiała się, dlaczego Zeiss w ogóle tutaj jest. Nie mogła sobie wyobrazić, że esesmani jego rangi nie mieli dostępu do schronów. Poza tym sądziła, że Zeissowie, oczywiście w tajemnicy, zlecili wybudowanie schronu pod swoją willą. Wyglądało na to, że jednak nie. Pomyślała, że być może Zeiss zbyt późno dowiedział się o nalocie i po prostu nie udało mu się w tym chaosie dostać do żadnego schronu. W dzikim, rozwścieczonym tłumie zdesperowanych do ostateczności ludzi przed schronami jego nieskazitelny mundur esesmana nie dawał mu żadnych przywilejów. Wprost przeciwnie. Prowokował zemstę i wydobywał z ludzi agresywną, skrywaną nienawiść. Od dawna wiedziano w Dreźnie, kto jest winny temu, co się teraz tutaj dzieje. Bardzo szybko zapomniano, że niedawno gremialnie wiwatowano „na cześć”, „dla Rzeszy”, „dla Führera”, „ku wiecznej chwale”.

Tłum tak miał najpierw w Grecji, potem w Rzymie, potem na całym świecie i teraz tutaj. To nic nowego. Tłum nie ma mózgu, więc nie myśli i wiwatuje na cześć czegokolwiek, gdy tylko ktoś zacznie wiwatować. Tłum można bardzo łatwo uwieść. Hitler – a tak naprawdę Goebbels – świetnie rozumieli tłum. NSDAP bez tłumu byłoby egzotyczną małą partią wąsatego psychopaty z Austrii. Zupełnie bez znaczenia. Tak uważał jej ojciec. Rozmawiała z nim o tym bardzo często. Ojciec starał się zrozumieć wszystko. Także tłum. I jej to objaśnić. Twierdził, że zawsze w każdym tłumie znajdą się ludzie, którzy stoją z boku i uważnie się przypatrują. Potem wpadają na swoje pomysły i kreują swój własny tłum. Hitler bez tłumu byłby nikim. Ojciec opowiadał jej o niezwykłej fotografii, która ukazała się w drezdeńskiej gazecie lokalnej w listopadzie 1936 roku. Ponieważ dla niej fotografie były najbardziej ostatecznym argumentem, to poszedł do piwnicy i przyniósł szary, zakurzony skoroszyt. Pokazał jej tę fotografię. Zrobiona z samolotu lub jakiejś wysokiej wieży. Bardzo dobrej jakości. Na zdjęciu na jakimś placu w Dreźnie stoi gęsty tłum z rękami wyciągniętymi w geście „Heil Hitler”. Nieprzebrana masa ciał w tym jednoznacznym zjednoczeniu. Jak gdyby była to jedna ręka. Tylko jeden jedyny człowiek nie podniósł prawej ręki. Stoi zamyślony z rękami złożonymi na piersiach. Najbardziej prawdziwy człowiek na tej fotografii. Chociaż w tym tłumie wygląda jak nieprawdziwy. Jak posąg. Jak wstawiona nieudolnie przez amatora od fotomontażu postać. Tak zadziwiająco nierealny. Jej ojciec był dumny z tego anonimowego człowieka. „Chciałbym go poznać i chciałbym mu podziękować”, powiedział, zamykając skoroszyt. „Każdy tłum ma symbol swojego absurdu”, dodał. Ten mężczyzna jest właśnie takim symbolem. Poza tym, powtarzał, „na tłumie nie można polegać na dłuższą metę. Tłum sam w sobie jest jak odbezpieczony granat, zawsze niebezpieczny, a tłum, któremu grozi śmierć, jest po prostu nieobliczalny”.

Albrecht von Zeiss wiedział to doskonale. Esesmanów nieustannie szkolono, jak właściwie zachowywać się w tłumie. Podejrzewała nawet, że to sam Zeiss szkolił. Na bramie prowadzącej do jego willi była pozłacana tabliczka z wygrawerowanym pełnym nazwiskiem Zeissa: „Prof. dr Albrecht von Zeiss”. To miało nawet listonosza sprowadzić na kolana. I to każdego dnia, gdy przychodził z listami. W Niemczech, gdy ktoś nie jest „von”, to przynajmniej chce mieć „dr” przed nazwiskiem. Zeiss miał te dwa przedrostki ozdobione gustownie przez „Prof.”. Absolutna próżność. Ciekawe, co będzie Zeiss miał wygrawerowane na swoim grobie? Ogrodnik i lokaj Zeissów, ten od czereśni, każdego dnia pluł na tę tabliczkę i z największą uwagą ją polerował.

Zastanawiała się, jak doszło do tego, że człowiek z tytułem profesora stał się esesmanem. Uważała, że do SS przyczepiali się jak wszy do brudu we włosach tylko wyjątkowo zdegenerowani „prole”, ci, co ledwie nauczyli się pisać i czytać. Jej ojciec zapytał, co to znaczy „prol”. Była zdziwiona, że nie wie. W jej szkole „proli” znali wszyscy. Gardzili nimi i jednocześnie się ich bali. Takie kreatury bez mózgu, w krótkich skórzanych bawarskich spodniach na szelkach, z wystruganymi z drewna atrapami pistoletów za pasem, z wyrysowanym atramentem hakenkreuzem na ramieniu i z pianą w kącikach ust. Miniaturowi esesmani in spe.

Ojciec powiedział jej, że przeważnie było akurat odwrotnie. To esesmanów robiono z „proli” profesorami. To typowe dla wszystkich dyktatur. Tytuły naukowe w „chorych na raka czasach” nadaje się nie za mądrość, wiedzę i pracowitość, a jedynie „za wierność” reżimom. Ale żeby być wiernym dyktatorom, trzeba być skończonym głupcem. Prolem właśnie…

W każdym razie Zeiss – nawet bez tytułu profesora – nie ryzykowałby wejścia do publicznych schronów. Nienawiść do siebie, w grupie, czują nawet zwierzęta. Nienawiść do jakiegokolwiek esesmana w tłumie przed schronem upadającej Rzeszy, jakkolwiek to zwać, musiała być o stokroć większa niż poczucie obowiązku nienawidzenia Żydów. Nienawiść z obowiązku nie jest prawdziwą nienawiścią. Kochać i nienawidzić można tylko z przekonania. Żadna propaganda nie może wywołać miłości. Nienawiść – może nawet tak. Ale wyłącznie do tych, którzy przekonują do nienawiści.

Przypuszczała, że nie mając wyboru, Zeiss dotarł, tak jak oni, do kościoła. Jednakże nie rozumiała tak do końca, dlaczego ciągle tutaj jest. Mógł przecież wyjść z kościoła już po pierwszym nalocie.

Patrzyła na siedzącego pod ołtarzem Zeissa obcinającego paznokcie u nóg. W pewnym momencie zauważyła, że zbliża się do niego jej matka. Podeszła wolnym krokiem do Zeissa, usiadła obok niego na schodach prowadzących do ołtarza. Ich ciała prawie się stykały. Zaczęła z nim rozmawiać. Zeiss, po krótkiej chwili, nie podnosząc głowy, przesunął się kilka metrów dalej. Jej matka pozostała na swoim miejscu. Było wyraźnie widać, że wykrzykuje coś w kierunku Zeissa. Podnosiła ręce, zaciskała pięści, nerwowo gestykulowała. W pewnej chwili zaczęła uderzać dłońmi o posadzkę schodów prowadzących do ołtarza. Ona z ambony nie mogła dosłyszeć, co matka mówi. Była zbyt daleko. Poza tym z zewnątrz kościoła zaczęły dochodzić dziwne odgłosy. Po chwili je rozpoznała. Mimo braku syren. Gdy dotarł do niej dźwięk wybuchu pierwszej bomby, była pewna. Zaczynał się kolejny nalot…

Spojrzała przed siebie. Plac przed ołtarzem w mgnieniu oka opustoszał. Pozostali tam tylko Zeiss i jej matka. Jak gdyby to, co się dzieje, zupełnie ich nie dotyczyło. Matka ciągle gestykulowała, Zeiss ciągle obcinał paznokcie. Zaczęła krzyczeć w jego kierunku. Jej głos ginął w huku eksplozji. Po chwili cofnęła się gwałtownie w głąb ambony. Dziewczyna w granatowej wełnianej sukience leżała z głową ułożoną na piersiach mężczyzny w mundurze. Delikatnie i spokojnie gładził jej włosy. Czasami podnosił i nachylał głowę, i je całował. Położyła się obok nich. Dziewczyna przytuliła się mocniej do mężczyzny, robiąc jej więcej miejsca. A ona zamknęła oczy. Przez zaciśnięte powieki docierały do niej rozbłyski wybuchów przedostające się przez wyrwę w dachu kościoła. Przytuliła się do dziewczyny. Mężczyzna wsunął rękę za jej plecami i objął je obie. Czuła dotyk jego dłoni na plecach. Zamknęła oczy. Zaczęła prosić, znowu wierszem Rilkego, aby nastała cisza. Gdy ostatni raz, z Lukasem przytulonym do niej, prosiła, to cisza przecież nastała. Dziewczyna zaczęła drżeć i płakać. W pewnej chwili mocno ścisnęła jej dłoń. „Kocham cię, kocham cię, pamiętaj, że cię kocham…” – powtarzała na głos. Ona także ją pokochała. Na tę krótką chwilę. A może już na zawsze. Do końca życia. W chwilach ostatecznego lęku kocha się chyba każdego, kto wtedy jest przy nas. Wystarczy, że jest blisko nas. Ktokolwiek to jest.

Przypomniała sobie babcię Martę. Gdy umierała…

Siedziały tego popołudnia naprzeciwko siebie za stołem w kuchni. Piły „herbatę”. W czasach, gdy w filiżance nie ma ani herbaty, ani cukru i jest tylko gorąca woda, przydaje się mieć wielką wyobraźnię i poczucie humoru. Mimo wojny, albo zwłaszcza wtedy. I właśnie także za to kochała i podziwiała swoją babcię. Kiedy brakowało już nawet jajek, babcia Marta codziennie o trzeciej po południu jak zawsze wołała je nadal do kuchni na Kaffe und Kuchen. Rozkładała wyszydełkowane serwetki, stawiała na nich porcelanowe filiżanki, a na talerzyki nakładała po kawałku chleba z konfiturami. Czasami tylko chleb.

Tego dnia były same. Matka wyszła do miasta, aby zdobyć coś do jedzenia. Nagle usłyszała pisk hamujących opon i po chwili łomot spod drzwi wejściowych do kamienicy. Podbiegła szybko do okna. Dostrzegła dwa motocykle i samochód. Potem usłyszała tupot kroków na schodach.

– Otwierać! Natychmiast otwierać!

Babcia Marta powoli wstała od stołu. Podeszła wolnym krokiem do lustra. Spokojnie poprawiła włosy. Tak jak gdyby to, a nic innego, było teraz najważniejsze. Odwróciła głowę w jej kierunku i spojrzała w oczy. Nie powiedziała ani słowa i skierowała się ku drzwiom.

– Chowacie w domu Żyda! – wył od progu oficer w czarnym mundurze.

Czwórka żołnierzy z karabinami wbiegła do pokoju.

– Nikogo tutaj nie chowamy. Jesteśmy same. Nie ma w tym mieszkaniu żadnego obywatela pochodzenia żydowskiego – odpowiedziała babcia, nie podnosząc głosu i nie spuszczając wzroku z rozbieganych oczu mężczyzny.

Mężczyzna odwrócił się na chwilę, naciągnął czarną rękawiczkę na dłoń, wygładził ją dokładnie drugą dłonią i z całej siły wymierzył cios. Obserwowała to dokładnie. Krzyknęła. Było już za późno. Siwe włosy babci spięte w kok rozsypały się, zakrywając twarz, końce włosów zabarwiła na czerwono krew. Widziała, jak babcia osuwa się na podłogę.

– Przeszukać dom! Sprawdzić wszędzie! – wrzeszczał oficer. – Gdzie jest Żyd?!

Chciała podbiec do leżącej na podłodze babci. Jeden z żołnierzy zastawił jej drogę i przycisnął kolbą karabinu do ściany. Czuła zimno metalu na szyi i odór jego oddechu na twarzy. Cuchnął piwem.

– Żydzi to nie obywatele, ty stara suko. Żydzi to pluskwy. Pluskwy! Zrozumiałaś?!

– Gdzie jest Żyd?! – powtarzał bez końca oficer, za każdym razem kopiąc leżącą na podłodze kobietę. – Gdzie jest Żyd?!

Młody żołnierz przyciskający ją do ściany uniósł jej spódnicę i zaczął dotykać ud. W pewnym momencie rozerwał jej majtki i wsunął w nią palec. Zamknęła oczy i zacisnęła zęby. Czuła obrzydzenie i ból. Bardziej obrzydzenie. Napięła z całych sił kolano i energicznie podniosła je do góry. Usłyszała przekleństwo i po chwili poczuła potworny ból od ciosu w okolicach brzucha, tuż pod piersiami.

– Szukać Żyda! Ty także, Wolfgang! – wykrzykiwał coraz bardziej rozwścieczony oficer.

Wolfgang zostawił ją i posłusznie się oddalił, aby „szukać Żyda”. Podszedł do regału z książkami i go przewrócił. Stojąca na jednej z półek ramka z fotografią ojca upadła i szkło rozbiło się o podłogę. Widziała, jak jego but depcze fotografię. Podbiegła do Wolfganga i zaczęła okładać go pięściami. Z trudem sięgała do jego głowy. Do dzisiaj nie wie, dlaczego zaczęła krzyczeć po angielsku:

– You fucking son of a bitch, you fucking less than nothing. I recognize you, you fucking minus zero. You could hardly spell your fucking own, fucking name without errors in the school. You are a fucking nobody, and you will always be… – wrzeszczała, okładając go pięściami.

Wolfgang – z pewnością nie rozumiejąc ani jednego słowa – opędzał się od niej jak od natrętnej muchy. W pewnym momencie popchnął ją energicznie i śmiejąc się, spokojnie się oddalił. Upadła, uderzając głową o ścianę. Poczuła smak krwi w ustach. Po chwili podczołgała się na kolanach do leżącej na podłodze babci. Oficer nie dopuścił do tego, aby zbliżyła się do niej i jej dotknęła. Stanął pomiędzy nimi i brutalnie odepchnął ją butem. Nachylił się, z papierosem pomiędzy wargami, uścisnął dłoń babci i powiedział:

– Pamiętaj, stara suko, Żydzi to nie obywatele. To wszy i pluskwy…

Patrzyła na jej twarz pomiędzy stojącymi w rozkroku nogami oficera w czarnym mundurze. Babcia uśmiechała się spokojnie, patrząc na twarz esesmana. Nie wie, czy dokładnie w tym momencie umierała. Wie tylko, że gdy pokój opustoszał i zapadła cisza, babcia już nie żyła…

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Copyright © by Janusz L. Wiśniewski

Projekt okładki

Zuzanna Weremiuk

Fotografia na okładce

Copyright © Photo12/UIG via Getty Images

Fotografie wykorzystane w książce

Zniszczony pomnik M. Lutra w Dreźnie, s. 63: © ullstein bild via Getty Images

Skrzypce, s. 102: © alenavlad / iStock / Getty Images Plus

Ruiny Drezna, s. 116: AKG Images / EastNews

Ruiny Kolonii, s. 262: © Margaret BourkeWhite / Keystone / Getty Images

Times Square, 8 maja 1945 roku, s. 399: © Corbis via Getty Images

Empire State Building w ogniu, s. 421: ©e Bettmann / Getty Images

Pocałunek na Times Square, s. 435: © Alfred Eisenstaedt / Masters / Getty Images

Grzyb nieopodal Wysp Marshalla, s. 536: © Corbis via Getty Images

Redakcja

Ewa Niepokólczycka

Opieka redakcyjna

Bogna Rosińska

ISBN 978-83-240-4772-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bikini Wszystkie moje kobiety Samotność w Sieci Eksplozje Siedem lat później Udręka braku pożądania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej