Wszystkie moje kobiety

Wszystkie moje kobiety

Autorzy: Janusz L. Wiśniewski

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.99 zł

Życiem rządzą prawdopodobieństwo, logika i udowadnialne twierdzenia. Przynajmniej jemu, naukowcowi, tak się wydawało, dopóki nie spędził wielu miesięcy w klinice w Amsterdamie i nie otarł się o śmierć, co całkowicie zburzyło konstrukcję jego świata.

Były przy nim w chwili największej tragedii, mimo że je zawiódł, skrzywdził, zdradzał, upokorzył. Dlaczego? Wszystkie jego kobiety.

Milena, niesforna, uderzająco piękna i wyuzdana femme fatale. Daria, jego była studentka, „kruche, naiwne dziewczę w wieku jego córki”, o oczach jak niezapominajki. Tajemnicza Ludmiła, z którą rzekomo łączył go tylko seks. Natalia, fascynująca, bezpruderyjna artystka, niezastąpiona partnerka do filozoficznych dysput. Justyna - miała być jedynie lekiem na jego depresję po rozstaniu z żoną. Ewa, tak samo charyzmatyczna, jak eteryczna, zachwycająco mądra nauczycielka, która na nowo buduje jego świat...

Kim był dla nich? Kim one były dla niego? Której był coś winien, której kiedyś podarował za mało, a która była mu wdzięczna?

***

Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie to najbardziej przejmująca i osobista powieść Janusza L. Wiśniewskiego. Hołd złożony kobiecości i hymn pochwalny ku czci miłości, która bywa potężna jak śmierć. Dlatego warto dla niej żyć.

Samotność wcale nie zaczyna się od tego,

że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu.

Samotność zaczyna się wówczas,

kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie,

aby czekał tam na ciebie ktoś zupełnie inny…

Afazja

W szerokiej smudze poświaty dostrzegał tylko jej kontury. Wycinały się smolistą czernią z dziwacznie rozciągniętej, postrzępionej na krawędziach mgliście zielonkawej aury, która przylepiona do konturów to się przybliżała, to oddalała z każdym ruchem. Gdy tylko za nisko nachyliła się nad nim, intensywna zieloność aury oślepiała go i wtedy pośpiesznie zamykał oczy. Słyszał, że nuci pod nosem – coś w rodzaju kołysanki – a niekiedy przerywa nucenie i mrukliwym głosem mówi coś do siebie. Nie rozumiał jej słów. To nie był niemiecki. Nie był także ani polski, ani rosyjski. Było mu dobrze, błogo, nierzeczywiście. Jak we śnie. Kiedyś na plaży, dawno temu, zasnął w hamaku i w półśnie albo w półjawie też się tak czuł. Tylko poświata była wtedy bladopomarańczowa, z oddali dochodziły odgłosy bawiących się dzieci na tle rytmicznego uderzania w bębny i nikogo wówczas przy nim nie było.

– Dlaczego dotyka pani mojej głowy? – zapytał szeptem, delikatnie chwytając jej dłoń.

Chwilę potem poczuł dotkliwy ból od paznokci wbijanych w skórę na potylicy. To nie jest sen! Rozbłysło światło. Poświata znikła w ułamku sekundy. Poczuł pulsowanie i rozrywający ból gałek ocznych. Szczelnie zasłonił oczy dłońmi. Usłyszał szybki tupot i dochodzący z oddali przeraźliwy krzyk:

– Panie doktor, panie doktor, Panienko Przenajświętsza, panie doktor! Polak się obudził. Panienko, panie doktor! Cud jest! Nasz Polonês się ocknął! Boże jedyny…

Po chwili trzasnęły drzwi i rozległ się głośny, regularnie powtarzany pisk, podobny do alarmu pożarowego. Nie miał pojęcia, z jakiego powodu jest w tym miejscu. To nie było jego biuro. To nie było jego mieszkanie. To nie był pokój w hotelu. To nie był samolot ani przedział wagonu kolejowego. Ostrożnie zsunął dłonie z oczu. Gdy uniósł powieki, poczuł pulsowanie gałek ocznych. Jak gdyby miały za chwilę eksplodować. Zdążył dostrzec zielony ekran monitora elektrokardiografu. To jego światło w ciemności dawało tę zielonkawą poświatę. Szpital! Jest w szpitalnej sali! Dlaczego? Co się mu przydarzyło?

Zaczął dotykać swojego ciała. Najpierw głowa. Żadnych bandaży, opatrunków ani plastrów. Pod opuszkami palców za gładką skórą wysokich zakoli na czole poczuł kilkudniowy, twardy i drapiący zarost. Ogolili go! Zrobili więc to, na co on przez całe życie nie miał odwagi. Obmacywał głowę bardzo dokładnie. Centymetr po centymetrze. Wszystko, przynajmniej na zewnątrz, wydawało się w porządku. Nieomal tak stary jak on, dobrze mu znany, duży, nierównomiernie wypukły guz kilka centymetrów nad szyją z tyłu też był na swoim miejscu. Jako niemowlę wypadł z łóżeczka łysą głową w dół. Od uderzenia czaszką o podłogę – był tłustym i niespotykanie ciężkim niemowlęciem, ponoć „najbrzydszym na całym oddziale” – dostał wstrząśnienia mózgu. Stracił, jak mu za każdym razem z największym przejęciem opowiadała babcia Marta, na trzy godziny „całą przytomność”. Przerażeni i zrozpaczeni rodzice nabrali w tym czasie przekonania, że ich syn, jeśli będzie miał szczęście i w ogóle przeżyje, pozostanie umysłowo niedorozwinięty, a tymczasem wszystko skończyło się na przemieszczeniu i niewielkim wybrzuszeniu odprysku kości czaszki w tym jednym miejscu z tyłu głowy.

„Nie mam więc chyba nic z głową”, pomyślał uspokojony. To bardzo ważne. To najważniejsze. Potrzebuje jej. Potrzebuje swojego łba jak niczego innego na świecie! Cała jego egzystencja, a tak naprawdę cały sens jego istnienia wynika z tego, co udało mu się zgromadzić i co przetwarza w swoim mózgu otoczonym czaszką, pod którą znajduje się stwardniały guz znany tylko kilku osobom na świecie. Od chwili, kiedy to pojął, miał wtedy dziewięć czy dziesięć lat, upewnił się, że żadnego świata poza umysłem nie ma. Nawet jeśli inni mogliby przysiąc, że jest i istnieje od miliardów lat. Wtedy nie nazywał oczywiście zmysłów zmysłami, umysłu umysłem ani pewnie nawet znaczenia znaczeniem, bo był na to o wiele za młody, ale już wówczas na swój naiwnie dziecięcy sposób doskonale pojmował, że świata poza mózgiem nie ma, że dopiero to „coś” w głowie ten świat tworzy. I że u każdego może stworzyć inny albo nie stworzyć żadnego. Tę nienaturalnie poważną i mądrą jak na swój wiek filozoficzną konstatację zawdzięczał dziadkowi Brunonowi, który przez rok, tracąc swoją godność, umierał obok, za ścianą…

Mieszkali wówczas w trzypokojowym mieszkaniu na parterze przedwojennej odrapanej kamienicy, w małym, zapyziałym i omijanym przez ludzi miasteczku na Pomorzu. Jedynie względna bliskość Trójmiasta przynosiła nadzieję i odmianę. Ludzie jeździli tam pracować, uczyć się lub po prostu wsiadali do pociągu albo autobusu i uciekali na kilka godzin do Gdańska, Gdyni lub Sopotu – tak jak on to często czynił – od beznadziei swojego życia zamkniętego między opłotkami zapomnianej przez świat, siermiężnej, peerelowsko szarej prowincji. To wówczas, podczas jednej z takich ucieczek do Gdańska, miał wtedy chyba ze czternaście lat, z zachwytem i głową pełną chłopięcych marzeń, siedząc na kamiennych schodach u podnóża pomnika Obrońców Wybrzeża i oglądając wypływające z portu statki, postanowił, że wyrwie się kiedyś do innego, lepszego świata. Za wszelką cenę. Na zawsze…

Trzy pokolenia w trzech pokojach. Pięcioro ludzi ściśniętych na czterdziestu pięciu metrach kwadratowych mieszkania wyglądającego kuchennym oknem na prostokąt ponurego podwórka, oddzielonego od sąsiedniej kamienicy ceglanym murem. Jego większą część zajmowały zawsze przepełnione blaszane śmietniki, wokół których latem krążyły roje much, a zimą szukały odpadków hordy bezpańskich psów. Przedwojenna, nigdy nieremontowana komunalka bez łazienki, z ohydną wspólną ubikacją na półpiętrze, w postaci cuchnącej, zamykanej na haczyk drewnianej klatki z wbitym do ściany zardzewiałym gwoździem, na którym wisiały pocięte gazety. Jego pokój był najmniejszy. Prostopadłościan bez okna, z paździerzowymi, pomalowanymi na żółto ścianami. Wyodrębniony z niegdysiejszej komórki, fragmentu kuchni i kawałka przedpokoju.

Dziadek Bruno – tak naprawdę miał na imię Brunon, ale po wojnie rozsądniej było nie epatować niemieckością pod żadnym względem – z pewnością nie był jego „ukochanym dziadkiem”. Nie był także ukochanym ojcem ani dobrym mężem, ani wujem, ani stryjem, ani bratem lub sąsiadem. W ogóle nie był człowiekiem, którego można było lubić, poczuć do niego odrobinę sympatii, a co dopiero kochać. Apodyktyczny egocentryk, bezwzględny tyran, a do tego bufon i koniunkturalny kabotyn przekonany o swojej nieomylności. Babcią – ona jedna chyba kiedyś musiała go kochać – pomiatał, pastwił się nad nią i przy każdej okazji ją poniżał. Nie pamięta, aby dziadek nazywał ją inaczej niż „stara” ani by o cokolwiek ją prosił. To zawsze były żądania, polecenia, a najczęściej rozkazy. „Stara, podaj, stara, zrób, stara, chodź tutaj”. Tylko takie słowa padały z jego ust. Przypomina sobie również absurdalne napady „cichych dni” dziadka. Bez żadnych powodów dziadek Bruno nagle obrażał się na cały świat i trwał w milczeniu nawet kilka tygodni, ignorując wszystkich lub okazując im pogardę. Nie przeszkadzało mu to dalej rozkazywać babci. Pisał wówczas nieczytelną dla niego szwabachą na skrawkach papieru swoje rozkazy, polecenia, rzadziej pytania, a jemu jednoznacznym gestem palca nakazywał je zanosić babci.

W swojej megalomanii dziadek Bruno chełpił się na każdym kroku „wyższym wykształceniem”, które tak naprawdę w jego przypadku ograniczało się do przedwojennej matury. To, że była to matura „prawdziwa, z przedwojennego gimnazjum, a nie te dzisiejsze komunistyczne dyrdymały dla półgłówków”, podkreślał na każdym kroku. Przed wojną z tą swoją maturą dochrapał się wysokiego urzędniczego stołka na polskiej kolei w Chełmnie, a gdy przyszli Niemcy, bez żadnych patriotycznych ani moralnych dylematów zsunął się wprawdzie na trochę niższy stołeczek, ale za to w Deutsche Reichsbahn. Po wojnie oskarżony o kolaborację z Niemcami stał się z tego powodu pogardzanym nikim i być może dlatego tak bardzo chciał się za to na kimś zemścić. Babcia Marta, jego żona, była pod ręką, mścił się więc głównie na niej. Później zachorował. Miewał ataki epilepsji, zaniki pamięci, długotrwałe stany bezdechu połączone z coraz częstszymi i coraz dłuższymi epizodami utraty świadomości. Pewnego dnia wniesiono do domu wielką zardzewiałą butlę z tlenem, postawiono przy jego łóżku, wsunięto brudne żółtobrunatne plastikowe rurki do jego nosa i dziadek Bruno powoli zaczął odchodzić. Z butnego, aroganckiego, krzykliwego, nieznoszącego najmniejszych oznak sprzeciwu despoty stawał się potulnym, godzącym się na wszystko, później całkowicie bezwolnym, z każdym dniem bardziej niedołężnym i sklerotycznym niewolnikiem choroby. Babcia Marta trwała przy nim, przeistaczając się w czujną, opiekuńczą pielęgniarkę całodobową. Karmiła go jego ulubionymi rosołkami, czytała mu książki po niemiecku, podsuwała nocnik i wynosiła pełny, myła go, goliła, czesała, z anielską cierpliwością znosząc jego gburowatą niewdzięczność. Pamięta, że chcąc wyręczyć umęczoną babcię, czytał niekiedy dziadkowi jego ulubioną „Trybunę Ludu” po polsku. Obserwował, jak świat z zewnątrz stopniowo przestaje docierać do mózgu dziadka. Ni stąd, ni zowąd przy jedzeniu rosołu zaczynał nagle lżyć i przeklinać Gomułkę, innym razem z kolei przy czytaniu mu o Gomułce wychwalał ten babciny rosół. Zdarzało się, że dostawał ataku śmiechu, kiedy Marta opowiadała mu, kto ze znajomych ostatnio umarł, innym razem rzewnie płakał podczas oglądania w telewizji przedwojennych komedii z Dymszą. To właśnie ta powolna umysłowa agonia dziadka Brunona wstrząsnęła nim o wiele bardziej niż jego całkowita fizyczna bezradność, która w końcowym stadium przypominała bezradność niemowlęcia. Utrata pamięci, cofanie się w umysłowe zdziecinnienie, skrajna demencja wydawały mu się już wtedy, jako małemu chłopcu, o wiele bardziej poniżające i odbierające godność niż wypróżnianie się do nocnika stojącego na środku pokoju. Dziadek Bruno, nie będąc w ogóle tego świadomy, stał się godnym jedynie litości, wyśmiewanym, bo przecież wcale nie śmiesznym, obleczonym w skórę człowieka żyjątkiem, któremu – w duchu, rzekomo dla jego dobra – wszyscy życzyli jak najszybszego opuszczenia tego świata.

Nigdy nie zapomniał tamtych wydarzeń. To była pierwsza śmierć, o którą otarł się tak blisko, tak dosłownie i tak namacalnie, jak namacalny był sinobiały trup dziadka Brunona leżący na stole przykrytym wykrochmalonym prześcieradłem, nagi, podobny do mumii, myty przez babcię i mamę. Z przerażeniem przypatrywał się tej ponurej, dziwacznej i przerażającej ceremonii przez szczelinę niedomkniętych drzwi. Nie pojmował jej celu, ale jedno w tamtych chwilach dotarło do niego bardzo wyraźnie: dziadek Bruno odszedł na zawsze. Moment, w którym zdajemy sobie sprawę, że życie ma koniec, jest chyba także końcem beztroski dzieciństwa. Dygocząc ze strachu przed duchem dziadka, który mógłby w nocy pojawić się przy jego łóżku, przenikając ścianę dzielącą jego pokoik od pokoju ze stołem, na którym leżał trup, namacalnie poczuł nieuchronność śmierci i skończoność życia. Jednak zdał sobie z tego sprawę dopiero kilkanaście lat później. Podobnie jak z tego, że sam wolałby umrzeć na czas, a jak będzie trzeba, to się zabić, gdyby kiedykolwiek miało go dotyczyć takie „więdnięcie i wysychanie mózgu”, jak kiedyś po swojemu nazwała to babcia Marta.

Z biegiem lat pogłębiało się w nim przekonanie, że ludzka głupota, nawet ta niezawiniona i usprawiedliwiona, wynikająca tylko z choroby, jest absolutnie najgorszym nieszczęściem, jakie może dotknąć człowieka. Z kolei ta zawiniona wydała mu się największym, niewybaczalnym zaniechaniem, do którego można w swoim życiu dopuścić. To przekonanie pogłębiało się w nim i z czasem przeistoczyło w prawdziwą obsesję. Działo się to w okresie, kiedy zaczynały się jego, utrzymywane w tajemnicy przed wszystkimi, problemy z niewyjaśnionymi skokami ciśnienia, i stopniowo, nie uświadamiając sobie tego wówczas, popadał w nerwicę lękową. Którejś nocy – kolejnej bezsennej – przyszło mu nagle do głowy, że może się przecież zdarzyć, że sam nie zauważy swojego umysłowego „więdnięcia i wysychania”! Dziadek Bruno do ostatniego oddechu także nie był tego świadomy. Mieszkali już wówczas z Patrycją w Niemczech. To było na długo przed ich rozwodem, ciągle był w niej zakochany. Cecylka skończyła akurat sześć lat i zaczęła chodzić do szkoły. Gwałtownym szarpnięciem obudził Patrycję w środku nocy i zaczął prosić:

– Kiedy będziesz pewna, że tracę zmysły, pomożesz mi i nie dopuścisz do mojego skretynienia, dasz mi jakieś tabletki, prawda, Pati?

Wyrwana ze snu Patrycja początkowo zupełnie nie wiedziała, o co mu chodzi, ale kiedy już w końcu zrozumiała sens jego dziwacznej prośby wyartykułowanej około czwartej nad ranem, najpierw zapytała, jaką chemię połknął i czy przypadkiem nie za dużo, a potem nazwała go „powalonym maniakalnym paranoikiem”, który namawia ją do „otrucia własnego męża”. W miarę jak mijało jej przerażenie, zaczęła go tulić i uspokajać. Potem wypytywać. Dlaczego? Co się stało? Dlaczego akurat dzisiaj? Czy jest chory? Dlaczego ona nic o tym nie wie? Czy istnieje w jego życiu inna kobieta, do której najpierw śpieszy z takimi wiadomościami? Odpowiadał jej nieskładnie, że dziadek, że geny, a akurat dzisiaj, ponieważ od rana nie może przestać myśleć o pewnym bardzo mądrym człowieku z Gdańska. Był recenzentem jego habilitacji. Surowym, pedantycznie uważnym, bezkompromisowo sprawiedliwym. Potem przez kilka lat robili wspólne projekty dla CERN. Był dla niego najpierw autorytetem, a potem przyjacielem, którego podziwiał. Szlachetny i prawy. Symbol skromności i dobroci. Dzisiaj powiesił się w swoim gabinecie na rurze od kaloryferów. Miał od wielu lat stwardnienie rozsiane i nie potrafił pogodzić się z faktem, że straci kontrolę nad swoim ciałem. Najbardziej z tym, że straci wzrok. Ostatnio dwukrotnie upadł podczas wykładów. Nie godził się nigdy z żadną słabością. Bezradność była dla niego nie do zniesienia. Był bardzo wymagający wobec innych, ale najwięcej wymagał od siebie samego. Rano widziano, jak wchodzi do instytutu. Nie zamienił z nikim ani słowa. Jego doktorantka miała dodatkowy klucz do gabinetu i weszła tam po południu, aby zostawić na biurku obiecane poprawki ostatniego rozdziału rozprawy. A on tam wisiał. Nie zostawił żadnego listu pożegnalnego, ale zdążył napisać przeprosiny za niedopełnienie do końca obowiązku promotora. Wysłał je kilka minut przed śmiercią. Mejlem na adres tej doktorantki. Zadzwonili do niego z Gdańska, ponieważ wiedzieli, że się przyjaźnią. Dlatego dzisiaj. Bo to samobójstwo przypomniało mu to, o czym zapominał. I dzisiaj właśnie stare demony, jak gdyby czekając na właściwy moment, wydostały się na zewnątrz jak powietrze z przebitego balonu.

– Straszna historia. Okropna. Ale o jakie, do diabła, demony ci chodzi? Przykro mi, że utraciłeś w taki sposób przyjaciela, ale co to ma wspólnego z twoimi demonami? – zapytała z przestrachem w głosie Patrycja.

Poczuł, że musi zapalić. Wstali z łóżka i owinięci prześcieradłami przeszli na balkon. Zaczynało świtać. Podczas długiej opowieści Patrycja poznała w najdrobniejszych szczegółach historię życia i choroby dziadka Brunona, a także kilka faktów z jego własnego dzieciństwa, i dowiedziała się o jego – jej zdaniem dziwacznej – fobii polegającej na panicznym strachu przed utratą zmysłów.

– Nie chciałbym umierać byle jak i byle gdzie – powiedział. – Nie chcę skończyć z zaszczaną pieluchą między nogami i bez zębów. Ale najbardziej nie chciałabym umierać w poniżającym otępieniu. Pati, to byłaby dla mnie ostateczna moralna degradacja! – wykrzyknął. – Najbrutalniejsze pogwałcenie mojej godności. Zapamiętasz to?

W odpowiedzi chwyciła jego głowę i patrząc mu w oczy, powiedziała z uśmiechem:

– Pomijając, że to, co mi opowiadasz, jest smutne i tragiczne, jest także trochę, wybacz mi, kochanie, śmieszne. Nawet gdybyś w pewnym momencie stał się warzywem lub skończył w domu dla obłąkanych, i tak wszyscy wiedzieliby, że byłeś jednym z lepszych matematyków w tej części Europy. A ci, co nie wiedzą, albo ci, co z radością o tych faktach z twojej biografii zapomną? No cóż – dodała stanowczo – tych trzeba mieć głęboko w dupie. Jak najgłębiej. Kilka lat, nawet najbardziej zafajdanych brakiem godności, nie jest i nie powinno być wyznacznikiem oceny czyjegoś życia. Znam cię i dobrze wiem, że nigdy nie stosujesz takiej miary w stosunku do innych, dlatego bądź czasami uczciwym egoistą i zastosuj ją także do siebie. I przegnaj te swoje demony.

O tym, że jego ciśnienie – i do tego to niższe, ważniejsze, rozkurczowe – przekracza bez żadnych organicznie uzasadnionych powodów 125, nie powiedział jej wówczas na balkonie. A przecież już przy wartości 110 jest niedobrze, a przy 125 robi się bardzo niebezpiecznie, bo może na przykład eksplodować któraś cienka żyłka w mózgu, co doprowadzi do zalania go krwią. Te nagłe problemy z nadciśnieniem także stanowiły istotną część jego lęków. Tego jednak nie chciał Patrycji mówić z powodów dla siebie oczywistych. Mężczyzna w ogóle nie powinien chorować, a jeśli już, to w najgłębszej tajemnicy. A leczyć się – w skrajnej ostateczności. Tak uczył go ojciec, który żył podług tej swojej góralskiej filozofii upartości i zgodnie z nią także umarł. Odszedł tak, jak chciał i niekiedy między wierszami obiecywał. Nie był ciężarem dla nikogo. Wprawdzie oficjalnie zmarł na zawał serca, ale nieoficjalnie lekarze stwierdzili u niego raka żołądka w ostatnim stadium. Chociaż on, jego syn, chyba jako jedyny na tym świecie wie, że jego ojciec umarł na coś zupełnie innego…

Dzisiaj już nie pamięta, żeby kiedykolwiek później w rozmowie z Patrycją wrócili do tematu jego demonów. Przez jakiś czas po tej nocy przyglądała mu się uważniej, była troskliwsza niż zwykle i miała mniej pretensji, gdy wracał późno z biura lub wyjeżdżał służbowo. W tamtym czasie praktycznie dwa razy w miesiącu latał na kilka dni z Berlina do Stanów i zostawiał ją samą z Cecylką, co niezbyt jej się podobało. Więcej także rozmawiali ze sobą i częściej się kochali. Do dzisiaj nie wie, czy to wynikało z jej pragnień, czy ze strategii walki z jego bezsennością. Po seksie bowiem z reguły bardzo szybko zasypiał.

***

Przesuwał dłońmi po swojej twarzy. Była jakaś inna, dziwnie wychudzona, pomarszczona, z głęboko zapadniętymi policzkami. Nareszcie schudł! W nosie miał miękki plastikowy przewód przymocowany plastrem pod prawym oczodołem i ciągnący się gdzieś dalej za uchem. Twarz więc też raczej w porządku. Wsunął dwa palce do ust, pouciskał dziąsła i sprawdził zęby. Wszystkie na miejscu. Sięgnął do podbrzusza. Z pomarszczonego penisa owiniętego czymś podobnym do pieluchy wychodził cienki przewód. Boże, ma cewnik podłączony do pęcherza! To znaczy, że nie może się sam wysikać! Jeśli go cewnikują, to nie mógł już przez dłuższy czas. Inaczej sikałby do foliowego woreczka. Przesunął dłonie na klatkę piersiową. Tutaj też go ogolili. Odnalazł przewody i gumowe gruszki elektrod EKG. Dwie przyssane do skóry tuż pod obojczykami, cztery wokół serca. Jedna, ta na podbrzuszu, odklejona. No tak. Przecież jakoś musieli go podłączyć do tego monitora. Przesunął dłonie wzdłuż ramion. Na lewym, tuż nad łokciem, wyczuł chropowatość mankietu owijającego biceps. Z mankietu wychodziła gumowa rurka. Mierzą mu ciśnienie. Monitorują go. Jest na intensywnej terapii!

Dlaczego? Po co? Co się, kurwa, takiego stało?! Przecież nie miał wypadku samochodowego! Nawet na skuterze nie wolno mu jeździć. Od sześciu miesięcy, a jeśli już, to tylko rower. Nie ma prawa jazdy. Zabrali mu. Miał o jedną pieprzoną dziesiątą promila za dużo. Nawet jego adwokat nie potrafił go z tego wyciągnąć, bo kiedyś miał dokładnie o jedną dziesiątą za mało i wtedy mu odebrać nie mogli. Więc się teraz odkuli.

Dotknął uda. Najpierw lewego, potem prawego. Jakby nie jego. Wychudzone, zwiotczałe, obwisłe. Jak u trupa. Próbował podnieść nogi do góry. Nie potrafił. Spróbował jeszcze raz. Nie mógł. Chryste, jest sparaliżowany?! Z całych sił zacisnął palce na skórze prawego uda. Poczuł ból. Odetchnął z ulgą. Jednak nie! Wsunął dwa palce w odbyt. Też ból. „Jeśli czuje się ból w dupie, to znaczy, że to na pewno nie paraliż, kolego!” Tak powiadał Lorenzo, jego berliński lekarz od ponad dwudziestu lat.

Usłyszał poruszenie i hałas na korytarzu. Zrobiło się ciemno. Otoczyła go grupa ludzi. Nie widział ich twarzy, tylko niewyraźne sylwetki w świetle padającym z korytarza. Stali wokół jego łóżka.

– Kto, do jasnej kurwy, kazał pani zapalać światło? No kto?! Mogła go pani oślepić na całe życie! Nie czytała szanowna pani instrukcji? Co robią tutaj te rośliny? To nie porodówka. On może złapać bakterię nawet z płatka tulipana. Natychmiast usunąć. Proszę teraz przewiązać mu oczy opaską. Natychmiast! I zamknąć okno. To nie sanatorium. Może się wychłodzić i dostanie zapalenia płuc – rozkazywał po angielsku donośny męski głos.

– Światło ja zapaliła z przestraszenia. Jak tylko się wybudził. Bo to jakby duch mnie za rękę chwycił. A okno rozwarła, bo duszno było. Oby mógł lepiej oddyszać. Kwiaty jego kobieta przysyła, panie doktor. Co tydzień przysyła. Bo ona mówi, że on kwiatki lubi. To ja mu do wazona kwiaty ważne wstawiam. Bo co on ma za radości, oprócz tych kwiatów? Ja o Polaka dbam jak o syna mojego. A krzyczeć to pan doktor może na swojego psa, jak panu doktorowi na to pozwoli – odpowiedział kobiecy chrapliwy głos po angielsku, ale z wyraźnym latynoskim akcentem.

Zapadła cisza. Poczuł dotyk dłoni na twarzy. Tych samych, które go masowały. Ciągle czuł zapach lawendy. Pewnie olejek do masażu. Nie otwierał oczu. Opaska podniosła się do góry. Przez wąską szczelinę dostrzegał kontury ludzi w fartuchach.

– Słyszy mnie pan? – zapytał ktoś donośnie. – Nazywam się Douglas McCornick. Jestem neurologiem i prowadzę pana jako pacjenta od momentu, kiedy zapadł pan w śpiączkę. Ponad sześć miesięcy temu, osiemnastego marca, około szesnastej czterdzieści. Dzisiaj mamy dwudziesty drugi września. Był pan w tym czasie w stanie wegetatywnym po restauracji z dwóch epizodów śmierci klinicznej. Czy pamięta pan, jak pan się nazywa? Czy może pan mówić? Czy odczuwa pan w tym momencie jakieś potrzeby?

– Dlaczego krzyczał pan na tę kobietę, panie Kornik? Było, kurwa, naprawdę duszno w tym pokoju. Gdybym wcześniej się obudził, zwlókłbym się z łóżka i sam bym otworzył wszystkie okna – odparł ironicznie. – A jeżeli chodzi o potrzeby… No cóż, z potrzeb podstawowych to najbardziej chciałbym teraz zapalić – dodał.

Usłyszał wybuch radosnego śmiechu i odgłos gromkich oklasków. Poczuł także uderzenia dłoni na kołdrze.

– Jak się pan nazywa? – powtórzył rozbawiony McCornick, z trudem powstrzymując śmiech.

– Z pewnością nie tak ładnie jak pan – odpowiedział i podał swoje nazwisko.

– W jakim języku pan teraz myśli? – zapytał McCornick.

– Nie wiem. Pan mówi po angielsku, więc ja chyba też po angielsku?

– Jakie języki pan znał przed sześcioma miesiącami?

– Nie wiem, jakie znam teraz, ale wiem, że wówczas znałem angielski, rosyjski, niemiecki i szwedzki.

– Jest pan tego pewien? A polski?

– Ach tak. Polski też znałem, ale z zasady nie lubię się aż tak przechwalać.

Znowu rozległ się głośny śmiech. Docierały do niego szmery rozmów i odgłosy chichotów.

– Proszę o ciszę! Natychmiast! – krzyknął McCornick.

Zbliżył się do niego, usiadł na skraju łóżka i zapytał spokojnym głosem:

– Czy mógłby pan teraz przestać żartować i wypowiedzieć w każdym z tych języków zdanie: „Znajduję się w szpitalu w Amsterdamie, leżę na łóżku i rozmawiam z doktorem Douglasem McCornickiem”?

– Naprawdę? Jestem w Amsterdamie? Czyli jednak dojechałem. Ten pociąg tak się wlókł i…

– Nie dojechał pan – przerwał mu w pół zdania McCornick. – Przyleciał pan helikopterem. To znaczy przetransportowano pana śmigłowcem do naszej kliniki. A dokładnie… Niech zerknę…

McCornick zaczął wertować gruby skoroszyt oprawiony w dziwaczną, odblaskowo pomarańczową okładkę.

– Zarejestrowano pana jako naszego pacjenta w piątek, osiemnastego marca, o godzinie siedemnastej trzydzieści dwa pod nazwiskiem Björn Skerstupp. Wcale się pan tak nie nazywa, jak sam pan przed chwilą przyznał. Ustalenie, kogo tak naprawdę przetransportowano helikopterem z Apeldoorn do naszej kliniki, zajęło nam ponad tydzień. To długa, interesująca i niebywale przewrotna historia. Nie mam teraz czasu, aby wchodzić w szczegóły. Jutro ja albo ktoś z mojego zespołu, gdyby to pana interesowało, ją panu opowiemy. W każdym razie przez ponad tydzień był pan uznawany za szwajcarskiego nieszczęśliwca o nazwisku Skerstupp. Według raportu sanitariuszy pogotowia ratunkowego znaleziono pana leżącego bez oznak życia na peronie dworca kolejowego w Apeldoorn. Apeldoorn to miejscowość około godziny drogi samochodem od Amsterdam Centraal. Wysiadł pan z pociągu na pierwszym peronie na tej stacji i upadł. Uważny sanitariusz przywołany do pana orzekł, że wprawdzie pan oddycha, ma wyczuwalny puls, ale nie przejawia pan żadnych reakcji neurologicznych. Zdiagnozował, że najpewniej dostał pan wylewu krwi do mózgu. Co okazało się prawdą, ponieważ w rzeczy samej doznał pan dość rozległego wylewu podpajęczynówkowego. Sanitariusz wezwał helikopter ratunkowy, co było dość odważne z jego strony, ponieważ to bardzo dużo kosztuje. Jednak podjął taką decyzję. U nas w Holandii takie decyzje się respektuje, nawet przed potwierdzeniem ich przez lekarza. Notabene przybyły przed śmigłowcem lekarz całkowicie się z tą decyzją zgodził. Sanitariusz wiedział, jak wielkie są korki w centrum Amsterdamu o tej porze. Gdybym był panem, to czułbym, że mam wobec niego ogromny dług wdzięczności. Najpewniej możemy teraz rozmawiać z panem właśnie dzięki niemu. Pańskie ciągle żyjące ciało zabrano z placu przed dworcem w Apeldoorn. Pisały o tym wszystkie tamtejsze lokalne gazety. Śmigłowca brawurowo lądującego na małym parkingu przed dworcem nigdy dotąd tam nie widziano. Od początku świata. Nawet w czasie wojny nie było tam ani jednego helikoptera. Powiedziała mi o tym moja była żona, która mieszka dokładnie naprzeciwko dworca w Apeldoorn. Ponieważ widziała ten helikopter i wiedziała, że takich jak pan transportują wyłącznie do naszej kliniki, nie opanowała swojej kobiecej ciekawości i zadzwoniła do mnie. Pierwszy raz od naszego rozwodu. To dość makabryczne, lecz i ja mam pańskiemu nieszczęściu coś bardzo ważnego i bardzo osobistego do zawdzięczenia. Po tamtej rozmowie mieszkam znowu w Apeldoorn, w swoim dawnym domu ze swoją oficjalnie byłą żoną.

W tym momencie McCornick głęboko westchnął, potem zamilkł, aby po chwili rzec stanowczo:

– Wróćmy do meritum. Czy wypowie pan teraz to zdanie?

– Przepraszam, nie pamiętam… – odparł drżącym głosem.

– To normalne. Proszę się nie martwić. To zupełnie normalne. To może nie mieć nic wspólnego z pana chorobą. Ponadto z medycznego punktu widzenia pan od kilku minut wcale nie jest chory. Jest pan jedynie wycieńczony. A zdanie brzmiało: „Znajduję się w szpitalu w Amsterdamie, leżę na łóżku i rozmawiam z doktorem Douglasem McCornickiem”.

To, co przed chwilą usłyszał, było jak jakaś fikcyjna kretyńska historia z plotkarskiej gazety. Boże jedyny! Przeleżał tutaj w absolutnej bezczynności ponad sześć pierdolonych miesięcy! Nic w tym czasie nie czytał, nic nie pisał, niczego nie zaprogramował. Kurwa zajebana mać! A co z Cecylką?! Umówili się przecież na lunch w następny wtorek. Na lotnisku. Specjalnie zmieniła dla niego lot. I jego, kurwa, znowu tam nie było. A co z projektem?! Miał oddać ostateczną wersję przed Wielkanocą. Przecież obiecał. Co z wykładami w Gdańsku? Przyrzekł dziekanowi, że będzie je prowadził. A co z jego kotem? Zostawił mu karmę i wodę tylko na trzy dni. Boże…

– Czy ma pan dzieci?! – zapytał lekarza, starając się ze wszystkich sił zachować spokój.

– Tak. Mam córkę. Tak jak pan. A z pańską córką rozmawiałem przed chwilą – odparł spokojnie McCornick.

– Kłamie pan! Kłamie pan jak z nut – wysyczał z wściekłością, próbując unieść głowę.

– Obraża mnie pan. I to publicznie! Nie kłamię. Nigdy nie kłamię. Nie mam na to czasu. Poza tym mam za słabą pamięć, aby kłamać. Zadzwoniłem dziesięć minut temu do Sydney i powiedziałem Cecylii, że pana wybudziliśmy. Rozmawiamy ze sobą regularnie, odkąd pana tutaj odnalazła. Niech pan mi wierzy. To ona dzwoni do mnie. Każdego dnia. Nawet ze swoją córką nie rozmawiam tak regularnie. Chciałbym, aby moja córeczka kochała mnie kiedyś tak, jak dorosła Cecylia kocha pana. Poprosiłem ją, aby nie łączyła się teraz z panem. To trochę za wcześnie. Chociaż bardzo chciała. Ale to raczej temat dla psychologa, a nie neurologa. Dotychczas był pan jedynie inteligentnie i zabawnie ironiczny, momentami trochę sarkastyczny. Ale teraz stał się pan arogancki. To nie my jesteśmy winni, że zapadł pan na ponad pół roku w śpiączkę – mówił coraz głośniej McCornick. – A teraz powtórzy pan to zdanie czy nie? Jeśli nie, to szkoda mojego czasu. Mamy wielu innych nie mniej ważnych pacjentów na tym oddziale – dodał, wstając z jego łóżka.

– Myśli pan, że jestem arogancki? Może tak to brzmi. Tylko to nie był żaden zamysł. Nie potrafiłem skojarzyć pana tutaj, w Amsterdamie, z moją córką tam, po drugiej stronie świata, w Sydney. Bo niby jak i dlaczego?! Przyzna pan, że to może być trochę nowe dla mnie. Sam pan mówił, że sześć miesięcy jak gdyby nie istniałem. Proszę mi wybaczyć. Przepraszam pana. Słyszy pan? Przepraszam. Proszę o wybaczenie. Bardzo proszę, aby mi pan wybaczył. Słyszy pan?! Oczywiście, że powtórzę to zdanie – wyrzucał z siebie gorączkowo. – Chociaż, szczerze mówiąc, nie wiem po co – dodał po chwili.

Zaczął powoli i wyraźnie wypowiadać zdanie o łóżku w Amsterdamie. Najpierw po szwedzku, potem po niemiecku i rosyjsku. Przy polskim nagle zabrakło mu słów. Nie potrafił wydobyć z pamięci słowa „łóżko”, potem słowa „doktor”. Zaczął się jąkać. Po chwili bełkotać. Drżały mu ręce, czuł mocny ucisk wokół głowy, jak gdyby ktoś zaciskał na niej stalową obrożę.

– Już dobrze, proszę przestać – przerwał mu McCornick, przyciskając jego dłonie do kołdry.

Kiedy się uspokoił, zamilkł, a jego głowa opadła na poduszkę.

McCornick cicho powiedział:

– Ma pan afazję, a w zasadzie dysfazję. Pana funkcje językowe są zaburzone, ale na szczęście nie wszystkie. To bardzo dobra wiadomość. Śpiączka i brak aktywności mózgu pozamiatały panu kilka obszarów pamięci, tej długotrwałej. Nie może pan wydobyć słów w języku, który zna pan od zawsze. Słowa niedawno nauczone, te z pamięci krótkotrwałej w hipokampie, może pan bez trudu wypowiedzieć. To normalne przy dysfazji. Nie potrafi pan powiedzieć w swoim najstarszym pamięciowo języku tego, co pan by chciał, i w ostateczności, aby wypełnić lukę i powiedzieć cokolwiek, używa pan innych podobnie brzmiących słów z nowszych języków. „Deuter” to nie całkiem to samo co „doktor”. Ludzie, którzy nie znają innych języków, nieświadomie używają podobnie brzmiących słów ze swojego jedynego języka, co często prowadzi do oczywistych nonsensów, ponieważ język to nie tylko słowa, lecz także kontekst. Ale pan to przecież wszystko wie, prawda? – zapytał nagle. – Pańska córka opowiadała mi, że pracował pan nad matematycznymi modelami NLP. Co dla mnie jest magią. Absolutną. I absolutnie niepojętą. Bo jakżeż można modelować matematycznie coś takiego jak neurologia, lingwistyka i ludzkie zachowania? Musi więc pan orientować się w kontekście kontekstów o wiele lepiej niż ja – dodał z uśmiechem. – Z zapominaniem lub przypominaniem sobie języków obcych po uszkodzeniach mózgu mieliśmy tutaj najróżniejsze, zupełnie nieoczekiwane przypadki. Niekiedy zabawne i do tego bardzo tajemnicze. Ale jeden graniczył z prawdziwym cudem. Kiedyś przywieźli nam prosto z autostrady, po wypadku, pewnego bardzo poturbowanego Portugalczyka z otwartym pęknięciem czaszki i mózgiem na wierzchu. W pana wieku był. Tak pod sześćdziesiątkę. Tyle że o połowę lżejszy. Wybrał się swoim harleyem na przejażdżkę. Z Faro, to jest prawie koniec Portugalii i Europy, bardzo blisko Afryki, do Anglii. Ot, taka sobie mała przejażdżka. Z Faro do Liverpoolu. To jest ponad dwa tysiące siedemset kilometrów! Wyobraża pan sobie?! – zapytał go, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Starsi mężczyźni – dodał – to taka moja obserwacja z ostatnich lat, upodobali sobie te okropnie warczące, ciężkie jak traktory motocykle jako sposób na powrót do młodości. Niszczą sobie kręgosłup, bo siedzi się na nich jak na bardzo niskim sedesie, z rękami wysuniętymi jak do rury trzepaka na podwórku. Harleye uszkadzają też bębenki w uszach tym rzucaniem i warkotem, a drganiami wcale nie masują prostaty, są równie delikatne jak nasz zwykły rower holenderski na wyboistych uliczkach Amsterdamu. To chyba resztki traumy po jakichś niespełnionych młodzieńczych marzeniach o zabawce, której się nigdy nie dostało. Albo freudowska fantazja seksualna o rozedrganym rumaku między nogami i rycerzu w skórzanej zbroi, w kasku bardzo przypominającym hełmy żołnierzy Wehrmachtu, z opakowaniem viagry w kieszeni w drodze do czekającej na niego dziewicy. W wieku wnuczki rycerza. A jakby inaczej.

Potem dodał z ironią w głosie:

– Swoją drogą Freudem można objaśniać prawie wszystkie ludzkie szczęścia i nieszczęścia. Może z wyjątkiem przewlekłej grzybicy paznokci u stóp. Dlatego nigdy nie traktowałem go do końca serio. Nawet na studiach. Freud wcale nie był odkrywcą podświadomości czy mówiąc ściśle, nieświadomości. Ona w jego wydaniu była jednakże gorąca i mokra, kipiąca pożądaniem i gniewem, miała charakter oniryczny, irracjonalny, prymitywny, barbarzyński. A to się świetnie sprzedaje.

Przerwał na chwilę i drapiąc nerwowo swoje ucho, zmarszczył czoło. Wyglądał na kogoś, kto nagle stracił wątek, który chciał rozwinąć, lub zapomniał pytania, na które miał odpowiedzieć.

– Ach tak! – wykrzyknął po chwili uradowany. – Mówiliśmy o naszym motocykliście z Faro! – I zwracając się do pielęgniarki, na którą przed chwilą nakrzyczał, zapytał: – Jak on miał na imię? Zapomniałem. Pani go wzięła pod szczególną opiekę, bo to Portugalczyk. To oni dawno temu skolonizowali pani piękne wyspy. I mogła się pani z nim dogadać lepiej niż kto inny.

Pielęgniarka zerknęła na niego jak wywołana nagle do tablicy, spłoszona uczennica i odparła zdenerwowanym głosem:

– Skolonizowały Portugalczyki. No i co z tego? Mama moja własna mi opowiadała, że za Portugalii było u nas lepiej niż dzisiaj. Czysto i spokojnie. I kapitaliści byli nie nasi. Okradali nas obcy. Nie to co teraz. A on nazywał się po portugalsku Jorge Justino. Dwojga imion był. Jak przystoi prawdziwemu mężczyźnie. Po francusku przedstawiał się Jean Luc. Potem tylko był francuskim Jean Lukiem. Coś mu na mózg padło…

– Ja mam tylko jedno imię – odparł spokojnie McCornick. – Może dlatego jestem tak mało prawdziwy dla niektórych… Ale tak, padło mu na mózg. To prawda. Bardzo był poturbowany. Ma pani rację. I to bardzo mu na mózg padło, jak pani to nazywa. Właśnie to wszystko „po francusku” jest tutaj i w tej chwili najważniejsze. To jest ten prawie cud – zaśmiał się. – Nasz Jorge Justino vel Jean Luc jechał harleyem z Faro do Liverpoolu. Pewnej nocy w okolicach Rotterdamu chyba zasnął na tym swoim harleyu. Co ciekawe, do dzisiaj nikt nie wie, dlaczego w ogóle zaszczycił swoją wizytą Holandię. Rotterdam nie jest przecież po drodze z Faro do Liverpoolu. Najkrótsza droga do Liverpoolu wcale nie prowadzi przez Holandię. To jego pomyłka albo nieznany cel, mniejsza o to. Grunt, że nasza depresyjna Holandia może zanudzić i uśpić. Każdego. Jean Luc vel Jorge Justino, albo na odwrót, wjechał z dość dużą prędkością w parkującą na poboczu ciężarówkę. Uratował go chyba ten pancerny hełm z Wehrmachtu. Uśpiliśmy go, w odróżnieniu od pana, bo pański mózg i pan z nim spaliście z własnej woli od początku. Wprowadziliśmy zatem Jeana Luca w śpiączkę farmakologiczną. Chemią z zewnątrz. Sen ratuje ludzkie życie częściej niż sztuczne oddychanie. Mało kto to wie. Kiedy po tygodniu go wybudziliśmy, zaczął dosadnie bluźnić, co jest zupełnie normalne u osób, które wychodzą z tak zwanego stanu minimalnej świadomości, a po kilku dniach zdarzył się ten cud. Jorge Justino tuż po wybudzeniu przeklinał po portugalsku, ale zaczął mówić po francusku. Z kolosalnymi błędami, lecz tylko i wyłącznie po francusku. Padło mu bardzo na jego poharatany mózg. Dlaczego przypomniał się mu akurat francuski, którego uczył się w młodości w szkole, do dzisiaj nie wie nikt. Angielskiego też się uczył. I z angielskiego miał lepsze oceny. Co ciekawe, przed wypadkiem ostatni raz używał francuskiego trzydzieści lat temu. Naukowo to się nazywa kompulsywny syndrom języka obcego. Ale on nie tylko język Francji sobie upodobał. On upodobał sobie wszystko, co francuskie. Obsesyjnie zaczął naśladować francuski styl życia, łącznie z czytaniem wyłącznie francuskich gazet i oglądaniem jedynie francuskiej telewizji. Na śniadanie życzył sobie najczęściej bagietki. Poza tym wszystko w jego zachowaniu było w miarę normalne jak na uraz mózgu, którego doznał. Miał co prawda kłopoty ze snem i wymiotło mu z pamięci prawie wszystkie dane za ostatnie trzy lata, jednak to raczej neurologiczne drobiazgi w obliczu tego, co przydarzyło się jego głowie. Nie pamiętał, co działo się z nim w tym czasie. Nie pamiętał na przykład zakupu na raty swojego ognistego rumaka, swojego harleya, na którym narobił sobie tych kłopotów. Ta jego, nazwijmy to, patologiczna frankofilia, połączyła się także z manią bezgranicznej fascynacji kulturą francuską. U nas w klinice chodził korytarzem, nosząc ze sobą, także do toalety, Kwiaty zła Baudelaire’a. Chociaż przed wypadkiem poezji nie znosił. Wszelkiej. Jak sam przyznał. Nikt nie wie, czy to w ogóle czytał, w każdym razie nosił. I jeszcze coś. Jak każdy prawdziwy Francuz, chociaż nierasowy, przestał lubić Anglików. Opowiadam panu tę historię – ciągnął McCornick – trochę ku pocieszeniu i pokrzepieniu pana serca, a tak naprawdę to dla pańskiego mózgu. Wyobraża pan sobie, że na przykład przydarza się panu kompulsywny syndrom języka rosyjskiego i, dajmy na to, dzieje się to podczas wakacji w pana rodzinnej Polsce? Pana nagła kompulsywna rusofilia versus odwieczna rusofobia Polaków! Kiedy pan sobie spał, miałem dość czasu, aby poczytać o pańskim kraju i jego historii. Mam wrażenie, że miałby pan tam z tą rusofilią mnóstwo kłopotów i jeszcze więcej wrogów. Pan ma na szczęście jedynie, moim skromnym zdaniem, niezbyt poważną dysfazję.

McCornick podniósł się z krawędzi łóżka, oddalił się i po krótkiej chwili wrócił z filiżanką herbaty w dłoni.

– Zapewniam jednak pana, że to minie – mówił spokojnie dalej. – To odrośnie panu w mózgu tak, jak odrastają panu paznokcie. Albo jeszcze szybciej. Może to pan sam jeszcze przyśpieszyć. Jeśli pan tylko zechce. Pańska Cecylka podczas którejś wizyty w Amsterdamie kupiła albo raczej przeszmuglowała do Holandii z Australii, nie płacąc cła, komputer i w jakiś dziwny sposób przekonała naszego ordynatora, że ten komputer może pomóc w pana terapii. To nie zdarzyło się w tej klinice, odkąd tutaj pracuję – dodał, podnosząc filiżankę do ust.

Zaraz potem oddalił się od jego łóżka i podszedł do wysokiego metalowego pulpitu, na którym stał komputer przymocowany do drewnianej półki. Przyciągnął do jego łóżka pulpit i wskazując palcem na ekran, powiedział:

– Włączamy ten komputer każdego ranka, aby Cecylia mogła panu na Skypie powiedzieć dzień dobry i każdego wieczoru mogła się z panem pożegnać. Niekiedy rozmawiała z panem tak, jak gdyby pan wcale nie spał. Sama sobie odpowiadała na pytania, które panu zadała. Specjalnie po to od kilku miesięcy opłaca całodobowy dostęp do internetu, w tym szpitalu chyba najdroższy w Holandii, jeśli nie na świecie. Kapitaliści doskonale wiedzą, kiedy można bez większych nakładów wyciągnąć kasę z kieszeni dotkniętych nieszczęściem ludzi. Ci od internetu, jak się okazuje, nie są wcale lepsi niż ci od lekarstw. W przyszłym tygodniu zainstalujemy na tym komputerze C-VIC. To najlepszy jak na razie program pomagający w terapii dysfazji. Komercyjny niestety, ale sądzę, a w zasadzie nie mam żadnych wątpliwości, że pana firma w Berlinie, kiedy dowie się ode mnie za kilka godzin o pańskim wybudzeniu, z przyjemnością wykupi dla pana licencję. A może i dla całej naszej kliniki. Poproszę ich o to. Pobawi się pan trochę komputerem, przypominając sobie, jak pięknie wygłaszał pan swoje wykłady, kilku z nich wysłuchałem na YouTubie, a także napisze kilka ważnych mejli, które jest pan po tych sześciu miesiącach winien niektórym osobom. Jak mniemam.

McCornick odstawił filiżankę na jego nocny stolik, przetarł okulary i przesunął pulpit z komputerem pod drzwi izolatki. Następnie przysiadł na jego łóżku i mówił dalej:

– Ma pan i tak ogromne szczęście. Według skali Glasgow, to taka nasza linijka do pomiaru świadomości pacjentów, był pan w śpiączce ocenianej na poziomie między niskie sześć i słabe osiem. Moim zdaniem bardziej sześć niż osiem. Dlatego nie zdecydowaliśmy się u pana na intubację. Od początku byłem przeciwny. Okazało się, że słusznie. Na szczęście oddychał pan samodzielnie, ale dla pewności pomagaliśmy panu trochę butlą z tlenem i rurkami w nozdrzach. Za to najbardziej powinien pan podziękować Bogu, jeśli pan w niego wierzy. Nie był pan w stanie przyjmować pokarmów, więc karmiliśmy pana dożylnie. Powiedzmy, że trochę pan schudł, ale w mojej ocenie nie było to w pana wypadku wielkie ryzyko. Był pan w momencie zapaści w śpiączkę, nazwę to delikatnie, dość otłuszczony. Natomiast pod tłuszczem miał pan bardzo potężną masę mięśniową, zadziwiającą u naukowca siedzącego od kilkudziesięciu lat za biurkiem. Utracił pan jej dużą część przez te pół roku. Nie będzie pan w stanie przez kilka miesięcy poruszać się tak, jak pan przywykł. Krótko mówiąc, zaklinam pana, proszę nawet nie próbować wstawać samodzielnie z łóżka. Mówię to na wypadek, gdyby taki idiotyczny i skrajnie niebezpieczny pomysł przyszedł panu w najbliższym czasie do głowy. Miał pan dzięki szczodrobliwości pańskiego instytutu z Berlina doskonałą opiekę fizjoterapeutyczną. Bywają tu u pana regularnie od prawie pięciu miesięcy masażyści, a niekiedy także specjaliści od gimnastyki rehabilitacyjnej. Profesjonalnie masowali pana i rehabilitowali, kiedy pan sobie spał w najlepsze. Ponadto regularnie masuje pana nasza niezastąpiona Laurencja Dobra Dusza, jak ją tutaj wszyscy nazywamy. To w jej obronie pan przed chwilą stanął. Seniorita Laurencja ma magiczne dłonie, niewyczerpaną cierpliwość i wielkie złote serce. Z jakiegoś powodu, który być może sama panu kiedyś wyjawi, największą część tego serca oddała ostatnio „swojemu Polonês”, czyli panu…

Nagle usłyszał szmer i szepty dochodzące z oddali. Zerknął przez szczelinę pod opaską wokół oczu. Grupa ludzi w fartuchach ciągle tam stała. McCornick wypił kilka łyków z filiżanki i mówił dalej.

– Cewnikujemy pana. To niemiłe, szczególnie dla mężczyzny, ale skuteczniejsze i bezpieczniejsze niż długotrwałe faszerowanie pana diuretykami, które wypłukiwałyby z pana wszystkie elektrolity. Przy długotrwałym reżimie odżywiania z kroplówki bardzo ich pański organizm potrzebuje. Nie można wykluczyć, że obecnie, kiedy odzyskał pan świadomość, pojawi się u pana niekontrolowana lub, czego panu z całego serca życzę, kontrolowana erekcja. To ciągle normalne w pana wieku – powiedział z uśmiechem – szczególnie po tak długim niezawinionym okresie abstynencji. Wzwód penisa z igłą w środku mógłby być niebezpieczny dla penisa i bardzo bolesny dla pana, co zrujnowałoby, jak przypuszczam, całą przyjemność – dodał z delikatnym chichotem w głosie. – Dlatego jutro zarządzę usunięcie cewnika i podamy panu silne środki moczopędne. Jeszcze przez jakiś czas będzie pan wydalał wszystko, nie ruszając się z łóżka. To przykre dla dorosłego człowieka, ponieważ odbiera mu poczucie wartości i sprowadza go ponownie do poziomu dziecka, ale nie ma pan wyboru. Jest pan także całodobowo monitorowany kardiologicznie. – McCornick wskazał monitor na półce nad łóżkiem. – Dostarcza pan – ponownie zaczął szybko wertować skoroszyt w pomarańczowej okładce – od przynajmniej dziesięciu tygodni wręcz wzorcowo akademickie elektrokardiogramy. Żadnych epizodów migotania przedsionków, dosłownie żadnych tachykardii. Zupełnie jak nie pańskie niegdysiejsze serce, bo pana berliński lekarz przesłał nam całą opasłą teczkę elektrokardiogramów za ostatnie dziesięć lat. Dziś pańskie serce rysuje przepiękne sinusoidy. Na dodatek ciśnienie systoliczne i diastoliczne znakomicie się unormowały i utrzymują się stabilnie w okolicach 120 na 80 milimetrów słupka rtęci. Co jest moim zdaniem informacją dla pana bardzo ważną, ponieważ wylew spowodowany pęknięciem naczyń włosowatych i następujący po nim udar mózgu, jak przypuszczamy, chociaż nie mamy całkowitej pewności, był spowodowany nadciśnieniem. To, że do pęknięć doszło, wiemy ponad wszelką wątpliwość. Kilkanaście – McCornick znowu pośpiesznie wertował skoroszyt – a dokładnie mówiąc, osiemnaście razy w ciągu sześciu miesięcy wsadzaliśmy pańską głowę do tomografu i skany mózgu to bez cienia wątpliwości potwierdziły. Trochę pana naświetliliśmy, nie pytając o zgodę, ale założyliśmy, że terapia tego bez wątpienia wymaga. Niewiele osób miało u nas tak częste badania tomograficzne. Nalegała na to pańska firma z Berlina. I za wszystkie dodatkowe badania ponad ustalony w typowej terapii standard zapłaciła. A to są, proszę pana, ogromne pieniądze. I żadne niemieckie ubezpieczenie tego by nie opłaciło. Pański mózg musi być dla firmy ważny i niezwykle cenny. Nie udało nam się wyjaśnić, dlaczego zapadł pan w śpiączkę oraz dlaczego dwukrotnie przeszedł pan na drugą stronę podczas dwukrotnej śmierci klinicznej. Ale też dwa razy pan z tej drugiej strony do nas powrócił. Tego także nie potrafimy wytłumaczyć… No dobrze, tym razem to już naprawdę dosyć informacji. Podejrzewam, że po sześciu miesiącach całkowitego resetu trudno jest panu teraz przetworzyć tyle bitów naraz. Musiałem jednak to wszystko panu powiedzieć. To mój lekarski obowiązek, a pana prawo do wiedzy.

McCornick przerwał na moment, zamknął skoroszyt i podał go stojącej w pobliżu Laurencji.

– A teraz jeszcze tylko jedno i naprawdę, obiecuję, dam panu już święty spokój – powiedział, stając przed nim i sięgając ręką do kieszeni swojego lekarskiego fartucha.

Wyciągnął z niej plik niewielkich białych, sztywnych kartek i usiadł ponownie na skraju łóżka. Wyjął z pliku jedną z nich i przybliżył do jego twarzy, mówiąc:

– Jeśli rozpoznaje pan osobę na tej fotografii, proszę to potwierdzić. Powiedzieć, tylko krótko, jednym zdaniem, kto to jest. Jeśli pan jej nie rozpoznaje, proszę po prostu zaprzeczyć. Okay?

Zupełnie nie pojmował, o co w tym przedstawianiu chodzi. Wydawało mu się dziwaczne i śmieszne, ale pomyślał, że to nie może być żart, skoro czyni to ten mądrala McCornick. Spojrzał na fotografię. Patrzyła z niej jakaś uśmiechnięta zielonooka, piegowata dziewczynka, z burzą potarganych rudych włosów.

– Nie znam jej – odpowiedział krótko, patrząc w oczy McCornickowi. – A powinienem? – zapytał zaniepokojony.

McCornick spojrzał na niego wyraźnie zniecierpliwiony i podsuwając kolejną fotografię, powiedział stanowczo:

– Proszę, aby pan absolutnie o nic nie pytał, lecz jedynie odpowiadał. O nic nie pytał. Może tak być?

– Tak, oczywiście. Przepraszam…

– Kto jest na tej fotografii? Rozpoznaje pan tę osobę? – zapytał McCornick, wskazując palcem twarz Cecylki.

Uśmiechnięta, z jaśniejszymi niż zwykle blond włosami rozpuszczonymi do ramion. Kilka piegów na nosku, rozsunięte wargi i wysunięty język. Radosna i szczęśliwa. W tle lazurowy błękit wody i plaża.

Chciał odpowiedzieć, ale nie potrafił wydusić z siebie słowa. Czuł drżenie warg i łzy napływające do oczu. Zaczął głęboko i szybko oddychać, wypychając strumieniem wydychanego powietrza plastikowe rurki z nozdrzy. Laurencja nachyliła się nad nim, aby je ponownie włożyć do jego nosa.

– Cecylka, moja córeczka – odparł w końcu, pokonując wzruszenie.

McCornick patrzył mu w oczy, siedząc nieruchomo. Dopiero po chwili wyciągnął kolejną fotografię.

– Ewa, moja… no, moja kobieta. Kocham ją. A to… Milena, przez kilka miesięcy spędzaliśmy ze sobą czas…

W tym momencie McCornick przerwał i zaczął wertować fotografie w pliku, aby wyciągnąć jedną ze środka. Zbrązowiała, popękana w kilku miejscach, trochę jak w sepii, kiedyś pewnie czarno-biała. Na niej on, pomimo że już duży chłopak, prawie mężczyzna, siedzi na kolanach drobnej staruszki, która wychyla uśmiechniętą twarz spoza jego pleców.

– Marta, moja babcia Marta – odparł, uśmiechając się i sięgając po zdjęcie.

McCornick błyskawicznie cofnął dłoń i wyjął kolejną fotografię.

– Chwileczkę! Tak. To Daria, kiedyś moja studentka. Trochę bliższa niż inne. Stąd ją lepiej pamiętam… A to… Natalia, matematyczka, filozofka, ale tak naprawdę malarka. Mieszka teraz we Włoszech. Na Sycylii…

Przy następnej fotografii zatrzymał się dłużej.

– Nie jestem pewny, wydaje się znajoma. Jednak nie. Nie rozpoznaję tej kobiety – powiedział, wpatrując się w twarz elegancko ubranej brunetki w pretensjonalnych okularach.

McCornick pokazał mu kolejne zdjęcie.

– A to Justyna, kiedyś bliska mi kobieta. Mieszkaliśmy razem jakiś czas. Po moim rozwodzie… A to Patrycja, moja była żona…

W tym momencie McCornick wstał, włożył plik z fotografiami do szuflady stolika przy jego łóżku i powiedział:

– Zostawiam je panu wszystkie. Będą tu na pana czekały, gdyby pan kiedyś nabrał ochoty, by obejrzeć je jeszcze raz. W spokoju.

– Skąd pan ma te zdjęcia? I dlaczego mi pan je pokazywał? O co panu chodzi? – zapytał, podnosząc się na łóżku.

McCornick sięgnął po skoroszyt trzymany przez Laurencję i pośpiesznie coś w nim zapisywał. Nie patrząc na niego, mówił jak gdyby do siebie:

– To tylko rutynowy test. Miał pan duże pęknięcia i intensywne wylewy z naczyń krwionośnych w obszarze zakrętu wrzecionowatego. To wprawdzie niewielka, ale bardzo ważna część płata skroniowego kory mózgowej. To dzięki niej może pan rozpoznawać znajome twarze, a także oceniać ich wyraz emocjonalny. Uszkodzenie jej mogłoby wskazywać na prawdopodobną możliwość wystąpienia prozopagnozji. To częste zaburzenie percepcji wzrokowej polegające na upośledzonej zdolności rozpoznawania twarzy znajomych lub widzianych już osób. Nie przydarzyło się to panu. To bardzo dobra wiadomość. Dla pana. I dla nas także.

***

Prozopag… coś tam, jakieś wrzeciono na zakręcie. Nie zdążył zapamiętać całości.

„Boże jedyny – myślał – nawet gdybym zapamiętał, to i tak nic mi to nie mówi”.

Wywody McCornicka, który z pewnością w dobrej wierze zakłada, że wszyscy tak jak on mają anatomiczną budowę mózgu w małym paluszku, a nomenklatura zaburzeń percepcji to ich elementarna wiedza, uzmysłowiły mu nagle, że przez wiele lat bywał do niego bardzo podobny. Ale to przytrafiało się mu bardzo dawno temu. W mrocznych i bezsensownych – tak to dzisiaj ocenia – czasach, gdy zdarzało mu się sypiać z dwiema kobietami w ciągu dwudziestu czterech godzin. I do tego nie kochając żadnej z nich. Daria, ta jego była studentka z fotografii, wyszeptała mu pewnego razu w nocy, kiedy po seksie i przed kolejnym przytuleni do siebie palili trawę, ledwo mieszcząc się na wąskim, twardym łóżku w akademiku: „Wiesz co, opowiadasz o tych swoich przestrzeniach Hilberta i tych transpozycjach tensorów, jak gdyby tego uczyli w podstawówkach szkół specjalnych, a tego, wyobraź sobie, nie uczą nawet na studiach magisterskich. Byłbyś jeszcze bardziej kochany przez te wszystkie wpatrzone w ciebie podniecone panny, gdybyś objaśnił im to w kilku zdaniach, tak na chłopski rozum. Może zaczniesz ode mnie, co?”. Przypomina sobie, że faktycznie i natychmiast zaczął od niej. Wprawdzie nie udało mu się dokończyć objaśniania genialnego zamysłu Hilberta – od pewnej chwili Daria zajęła go sobą całkowicie – a o przestrzeni tensorów nie wspomniał nawet słowem, ale jedno tamtej gorącej czerwcowej nocy, a w zasadzie nad ranem, zrozumiał i zapamiętał na zawsze: naukę, szczególnie tę skomplikowaną, należy objaśniać tak, jak gdyby chciało się wytłumaczyć ogólną teorię względności swojej babci po podstawówce. Unikać, szczególnie na początku, tych wszystkich przemądrzałych terminów, które odcinają naukę od normalnego śmiertelnika lub nawet ją dla niego całkowicie hermetyzują. Tak naprawdę całe to nazewnictwo służy tylko tym naukowcom, którzy sądzą, że mówiąc niezrozumiałym szyfrem, nobilitują swoją elitarną wyjątkowość. No bo przecież to, co mówią, mogą rozkodować tylko nieliczni, tak samo wyjątkowi jak oni. Maluczcy nie pojmą nic, ale za to otworzą usta z zachwytu lub podziwu, tak że im szczęki opadną. Te wszystkie kody i łaciny płynące z ich ust, a także hieroglify na tablicach sal wykładowych lub na kartkach papieru można w większości przypadków spokojnie obejść. Niektórym jednak to wyraźnie nie odpowiada. Po łacinie przecież wszystko brzmi tak zachwycająco mądrze. Słuchasz rzekomo dostojnego cavum in culus i potem się okazuje, że to oznacza „dziura w dupie”.

Przekonał się, że wykładać lub opowiadać naukę interesująco i przede wszystkim zrozumiale można bez tej przemądrzałej łaciny. Opanowanie tego zabrało mu wprawdzie sporo czasu, wymagało zmiany nawyków i wymusiło powrót do książek. Matematyka z natury rzeczy zawiera w sobie mnóstwo abstrakcji, jest metaforą rzeczywistości, wymaga ogromnej wyobraźni, opisuje świat logicznie, dosadnie i opiera się na lapidarnym, bardzo skondensowanym zapisie myśli. Posługuje się krótkimi zdaniami, niekiedy tylko symbolami. Matematyka, skonstatował to pewnego wieczoru, czytając rozważania noblisty Richarda Feynmana, jest w tych sensach bardzo podobna do… poezji. I do muzyki także. Feynmanowski zachwyt nad swoistym tańcem elementarnych cząstek górnych, dolnych, dziwnych, pięknych i powabnych, nad istniejącymi obiektami mikroświata przewidzianymi przez na wskroś zmatematyzowaną fizykę teoretyczną, otworzył mu oczy na zupełnie inne znaczenia tego, czym się na co dzień zajmuje. Dużo racji miał ktoś, kto zauważył i powiedział, że matematyk, któremu brakuje wyobraźni, zostaje marnym poetą. Przeformułował swoje wykłady. Więcej było w nich opowieści o matematyce niż czystej matematyki. Tę wplatał w taki sposób, aby stawała się frapującą tajemnicą, którą studenci sami będą chcieli poznać. Ucząc się przy tym. Często nawet tego nie zauważając, mimowolnie.

***

Wydarzyło się to już po rozwodzie. Przed nim przeżywał zwariowane, pełne zawirowań w ich życiu z Patrycją czasy, kiedy w piątki wieczorem po pracy w instytucie wsiadał do samochodu i z Berlina gnał do Poznania. W sobotę i niedzielę wykładał dla zaocznych, od poniedziałku do kolejnego piątku dla dziennych. I tak co trzeci tydzień. W trakcie jednego, zawsze letniego semestru. Na tyle tylko starczało mu berlińskiego urlopu – jego praca na uczelni w Polsce zupełnie Berlina nie interesowała – jeśli nie liczyć ośmiu dni pozostawionych na letnie wakacje z Patrycją i Cecylką. To ciągłe podróżowanie i jego nieobecność w domu trwały przez siedem długich lat. Patrycji starczyło wyrozumiałości oraz cierpliwości tylko na dwa…

Chcieli go na uczelni w jego rodzinnym Gdańsku, ale chcieli go także w Poznaniu. Wybrał Poznań wyłącznie ze względu na geograficzną bliskość, chociaż tak od serca, emocjonalnie do Gdańska było mu najbliżej. On chciał zebrać punkty liczące się do profesury, bo przecież nie chodziło o te marne pieniądze, które mu w Poznaniu za jego pracę wypłacali, oni chcieli mieć „zachodniego” specjalistę od „modeli matematycznych w zastosowaniach makroekonomicznych”. Wówczas w Polsce garnącej się do Europy było to bardzo potrzebne, a uczelnie szybko tę potrzebę wyczuły i natychmiast udały się na polowanie na Polaków, którzy się na tym znają. Okazało się, że tę jego matematykę od modelowania makrostruktur chemicznych i symulowania reakcji chemicznych da się po niewielkich przeróbkach zastosować do modelowania zachowań obiektów ekonometrycznych. Musiał się wprawdzie dużo nauczyć z ekonomii, nad czym mocno ubolewał, ale się udało. Bardzo szybko rozniosło się na uczelni w Poznaniu, że jakiś „polski gostek z Niemiec opowiada na wydziale ekonomicznym matematykę dla superopornych i czasami puszcza nawet przy tym hip-hop”. Co było prawdą, ponieważ faktycznie czasami na sali wykładowej odtwarzał z komputera hip-hopowe kawałki jako ilustrację transformacji Fouriera, dla wizualizacji analizy fal dźwiękowych i zasugerowania wykorzystania analizy Fouriera do kompresji MP3. A przecież skrót MP3 zna każdy młody człowiek słuchający muzyki, chociaż niekoniecznie pojmuje, o co w tym chodzi. A on sobie zaplanował, że się w końcu dowie. A tak naprawdę był to jedynie pretekst do wyjaśnienia metod analizy „okresowych drgań koniunktury”. Transformacja fourierowska doskonale się do tego nadaje. Okraszenie jej hip-hopem wzbudzało zaciekawienie. Przede wszystkim w nim samym. Potem zainteresował nią na sali wykładowej tych, którzy „okresowych drgań koniunktury” w takim ujęciu jeszcze nie znali, ale za to z pewnością znali hip-hop. Oprócz tego budował modele z plasteliny, wyświetlał grafiki trendów i symulacji, tak naprawdę tajne, które po znajomości załatwił mu Nirav, przyjaciel, analityk pracujący w berlińskim oddziale Deutsche Bank, genialny statystyk i do tego błyskotliwy informatyk „wydrenowany” z Indii, naprawdę piękny umysł. Na sam koniec semestru zostawiał prawdziwą wisienkę na torcie: ich – jego i Nirava – wspólny wielogodzinny wykład, podczas którego na ogromnym ekranie za pomocą specjalnego, opatentowanego programu komputerowego, do tego interaktywnego, symulowali złe decyzje hipotetycznego banku dmuchającego bańkę kredytowo-spekulacyjną. On tutaj był mało ważny. To Nirav porywał wszystkich swoją wiedzą, swoim entuzjazmem, a studentki na sali także swoim wyglądem. Studentka lub student, którzy tak nadmuchali bańkę danymi wejściowymi, że w końcu pękła, otrzymywali w nagrodę sto euro. Tak ustalili z Niravem pewnego zimowego wieczoru w jednej z berlińskich restauracji po trzeciej butelce wina. On płacił te sto euro, a Nirav brał urlop i godził się przyjeżdżać do Poznania na swój koszt. To był rok 2006. Na dwa lata przed wstrząsem kryzysu z roku 2008, gdy rzeczywiście pękła bańka kolosalnych rozmiarów. I do tego prawdziwa. Do dzisiaj nie wie, czy Nirav, główny analityk jednego z najważniejszych i największych banków na świecie, wymyślając i projektując eksperyment dla studentów, przypuszczał, co wkrótce nastąpi, czy był już tego pewien. Raczej to drugie.

Daria miała w pewnym sensie rację. Nie wiedział, czy te wszystkie panny bardziej go pokochały, ale na jego wykładach zaczęły się pojawiać tłumy i byli to nie tylko studenci wydziału ekonomii. Zupełnie dla niego nieoczekiwanie wywołało to sporą zawiść i zazdrość niektórych „kolegów wykładowców”. Nie tylko plotkowali za jego plecami, ale ci najbardziej dotknięci jego popularnością regularnie słali anonimowe donosy do rektora, nazywając jego „dziwaczne i szkodliwe niemieckie metody” kpiną z nauki, autolansem i niepotrzebną nikomu wydmuszką „odbierającą cześć nauce i innym pracownikom uczelni”. Najczęściej podpisywali te anonimy „Studenci” lub niekiedy „Zaniepokojeni studenci”.

***

Poczuł nagle szarpnięcie za rękę i usłyszał głos McCornicka.

– Proszę jeszcze nie zasypiać. Już zaraz pozwolimy panu odetchnąć od tych wszystkich bitów informacji.

– Nie zasypiam. Zamyśliłem się tylko na temat tej pańskiej prozakoparanoi, czy jak to się nazywa…

– Prozopagnozji – poprawił go McCornick, wyraźnie powstrzymując wybuch śmiechu. – A jeśli chodzi o fotografie, to jest piękna historia. Albo nawet kilka pięknych historii. Nasza Laurencja je z pewnością panu opowie. Fotografię pańskiej babci Marty otrzymałem od Cecylii. Wyrwała ją z rodzinnego albumu i przyleciała z nią pewnego dnia do Amsterdamu. Przywiozła też wtedy fotografię swojej matki, a pańskiej żony Patrycji. Dwie osoby, których pan słusznie nie rozpoznał na zdjęciach, to ta rudowłosa pieguska, moja córka, i pewna miejscowa celebrytka, prezenterka holenderskiej telewizji. Pozostałe kobiety sfotografowała Laurencja. Oczywiście za ich zgodą.

W tym momencie McCornick umilkł na chwilę, a potem, patrząc mu prosto w oczy, dodał cicho:

– Wszystkie one, z wyjątkiem pańskiej żony, tutaj były. Wszystkie te kobiety były w tej sali, przy pana łóżku. Niektóre wielokrotnie. Niektóre przybyły do Amsterdamu z bardzo daleka. Aby spędzić przy panu trochę czasu.

Poczuł dudniące pulsowanie w głowie, mocny ucisk w klatce piersiowej i rodzaj dobrze mu znanej duszności. Usłyszał także narastający pisk dochodzący z monitora wiszącego nad jego łóżkiem. Piki na zielonej linii przebiegającej przez ekran zbliżyły się za bardzo do siebie, co wywołało dźwiękowy alarm ogłaszający, że jego puls jest za szybki. Laurencja natychmiast pochyliła się nad nim i sprawdziła, czy plastikowe rurki w nozdrzach są na miejscu, po czym głaszcząc go delikatnie po policzku, powiedziała:

– No stress, Polonês. Nasz médico prawdę mówi. Laurencja ci wszystko opowie jak na spowiedzi. I ty Laurencji może też opowiesz. Bo opowiadanie i na serce, i na głowę nieraz lepiej pomaga niż wszystkie pigułki. No stress…

McCornick uśmiechnął się i powiedział:

– Myślę, że to chyba już wszystko. Na teraz. I tak za dużo. Dokonałem na pana prawdziwego informacyjnego nalotu dywanowego około drugiej nad ranem. Proszę mi wybaczyć, ale takie są procedury, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy pan znowu, czego panu nie życzymy, zapadnie w komę… I na jak długo – dodał z uśmiechem. – Zostanie pan jeszcze tutaj z nami, jak szacuję, minimum trzy miesiące, ale nie dłużej niż pięć, więc będzie dużo czasu na dopowiedzenie tego, o czym zapomniałem wspomnieć albo czego nie wiem, ale wiedzą moi współpracownicy. Dzisiaj, może koło południa, wepchniemy pańską głowę do tomografu, a potem wykreślimy elektroencefalogramy, aby wiedzieć, co ciekawego ma pan w swoim mózgu tuż po przebudzeniu. Porównamy te wyniki z poprzednimi.

McCornick umilkł. Nie ruszał się jednak z miejsca. Dalej siedział na skraju łóżka i wpatrywał się bez słowa w trzymaną w dłoniach filiżankę. Po czym wydarzyło się coś niezwykłego. McCornick odstawił filiżankę na blat stolika przy łóżku, nachylił się nad jego głową i obejmując go, uniósł nieznacznie, przyciągając do siebie, po czym mocno przytulił i cicho wyszeptał mu do ucha:

– Nawet pan nie wie, jak bardzo się cieszę…

Trwali w tym nieoczekiwanym objęciu dłuższą chwilę. Pamięta, że kiedy zaskoczenie niespodziewanym aktem bliskości minęło, poczuł przypływ wzruszenia. Powoli uniósł ręce leżące na kołdrze i odwzajemnił uścisk. Dopiero w objęciach tego do niedawna zupełnie obcego człowieka poczuł to, co powinien był poczuć od razu: dziką radość. Żyje! Widzi! Słyszy! Przytuli Cecylkę! Do nadejścia momentu tej fizycznej bliskości słuchał opowieści McCornicka, tak jak się słucha ciekawego wykładu lub interesującej prelekcji, nie potrafiąc odnaleźć w niej bezpośredniego odniesienia do siebie. Tak jak gdyby McCornick opowiadał historię wybudzenia z długotrwałej śpiączki jakiegoś nieszczęśnika wybranego z listy innych, mniej spektakularnych przypadków. Jedynie chwilami docierało do jego świadomości, że to opowieść o nim. Potem jednak tracił poczucie swojej obecności w tym wszystkim. Do teraz…

– A powiem jeszcze, że na początku ledwo wierzyłem, że się pan kiedyś wybudzi – mówił McCornick, trzymając go za rękę. – Te dwa epizody śmierci klinicznej wskazywały na bardzo duże spustoszenie w pańskim mózgu, bo to nie były krótkie epizody i oba niedotlenienia trwały relatywnie długo. Ale wierzyłem. Miałem poważne powody. Grafiki najpierw z rezonansu NMR, a potem te dokładniejsze, z tomografu PET, konsekwentnie wskazywały, że pański mózg jak dziki, łakomy zwierz pobiera energetyczną glukozę. Mało kto się ze mną w klinice w tym punkcie zgadza, ale moim zdaniem wysoka długotrwała absorpcja glukozy przez mózg jest bardzo dobrą i przekonującą prognozą wybudzenia. Pański mózg glukozę wprost pożerał. Pewnie tak samo jak mój. Potem, po rozmowach z pańską córką, coraz bardziej nie mogłem się tego wybudzenia doczekać. Cecylia z dumą w głosie opowiadała mi, że jej paps robi jakieś ważne rzeczy dla świata. Że to ponoć tylko matematyka, lecz w końcu wychodzą z niej najpierw jakieś struktury, a potem instrukcje do produkcji lekarstw. Podobno istotnych dla ludzkości. Nie znam wprawdzie żadnych pańskich leków, ale to o niczym nie świadczy. Jeśli już o czymkolwiek, to jedynie o mojej ignorancji. W farmakologii liczą się niestety tylko nazwiska tych ludzi od PR-u. A i te najczęściej są nieprawdziwe. To tylko dygresja. Niech pan sobie wyobrazi, że pięć dni temu pańska Cecylia powiedziała mi, że kupiła dla pana jakąś ważną książkę. I że powinien pan ją koniecznie przeczytać. Była pewna, że pan ją przeczyta, bo czyta pan wszystkie książki, które ona dla pana kupuje. Nawet te najgłupsze. I jeszcze się nie zdarzyło, aby pan jakiejś książki od niej nie przeczytał. Więc i tę nową wkrótce pan przeczyta. Tak mi powiedziała. Cecylia odganiała od pana śmierć i przywoływała pańskie przebudzenie na wszelkie możliwe sposoby. Nawet mistyczne i dziecinne. I przysłała mi tę książkę z Sydney jakimś niewiarygodnie ekspresowym transoceanicznym DHL-em. Przedwczoraj na poczcie w Apeldoorn, notabene oddalonej tylko o jedną przecznicę od ostatniego dworca kolejowego, do którego pan dotarł w swoim poprzednim życiu, odebrałem niewielki kartonik przysłany przez Amazon. Zostawiłem go u siebie na biurku. A dzisiaj… dzisiaj to pana wybudzenie! Mało kto ma nieszczęście urodzić się dwa razy. Bo medycznie poród to nieszczęście. To mozolne przeciskanie się przez wąski tunel to najpierwsze cierpienie dla człowieka i dlatego najpierwsze nieszczęście. I nie mam tutaj na myśli rodzącej matki. Pan to nieszczęście przeżył po raz wtóry. Dzisiaj, pozwolę sobie na patetyczność, są pańskie drugie narodziny. Tym razem, może to nie przypadek, w Amsterdamie. Cecylia opowiadała mi, że już raz w Amsterdamie pana życie zmieniło się diametralnie. Proszę zapamiętać tę datę. Niedziela, dwudziesty drugi września. Blisko kwadrans po drugiej nad ranem.

Powiedziawszy to, McCornick wstał, podszedł do ludzi w białych fartuchach i wszyscy opuścili salę.

Czuł piekącą suchość w ustach i dotkliwe pragnienie. Dostrzegł kontury sylwetki Laurencji, która przysiadła obok niego, gdy tylko McCornick się oddalił. Wilgotną miękką chusteczką starła pot z jego czoła, po czym szpatułką owiniętą bandażem zrosiła jego wargi i podsunęła słomkę wystającą z woreczka napełnionego płynem. Kiedy zaczynał się krztusić, Laurencja natychmiast wyciągała mu słomkę z ust, podnosiła jego głowę z poduszki, delikatnie opukiwała plecy dłonią zaciśniętą w pięść i z głośnym chichotem powtarzała:

– Spokojnie, Polonês, no stress. Tak mnie dzisiaj przestraszyłeś, że aż się posikałam ze straszności. Ale stara Laurencja od początku wiedziała, że nie odejdziesz i że się obudzisz. Od pierwszej nocy. Już jak cię tamtej nocy przepchałam na noszach do izolatki, to najpierwsze, co zrobiłam, to łóżko twe w te pędy przestawiłam. Bo nogami do drzwi stało, a to może rychłą śmierć oznaczać. Lepiej na zimne dmuchać, pomyślałam sobie wtedy – dodała cichym głosem.

Chwyciła jego obie dłonie.

– Tak się cieszę, Polonês! O, jak bardzo! Kiedy wrócę do domu, opowiem o tym mojej wnuczce. Bo ona sika w majtki ze straszności, ale i małości, a potem płacze. Powiem jej, że babcia Laurencja, choć duża, gruba i stara, też o mało co w majtki nie narobiła. A niedługo ci zaśpiewam, bo obiecywałam tej twojej Cecílii, że jak się obudzisz, to najlepszego grogu na to święto napędzę, włosy obetnę i zrobię ci tu w szpitalu koncert jak nasza Cise robiła. To moja ziomalka, Cesária Joana Évora z Mindelo na São Vicente. Urodziłam się na tej samej brudnej ulicy co ona! No stress, Polonês. Bo ja jak nasza Cise z Cabo Verde, chociaż ja do Holandii przywędrowałam. Ojciec za chlebem musiał z raju uciekać. Do Holandii trafił, a my z mamą za nim. Mała byłam. Malutka. Ojciec pechowo z tą emigracją trafił. Lepiej jakby robotę tam gdzie słońce znalazł. Dobrze chociaż, że morze tu jest. Zielone, zimne nawet latem, ale jest. Mało ludzi wie, gdzie to moje Cabo Verde Bóg stworzył i na ziemi umieścił. Tym geograficznie nierozgarniętym z Europy powiadam, że to takie zielone plamki na oceanie, tak bliżej Hiszpanii, a tym ciamajdom z Ameryki, że blisko Brazylii, hi, hi, hi… – zaniosła się śmiechem. – Ale teraz na sam bok żartowanie. A Cecília to twoja krew. A do tego piękna seniorita. A jaka mądralina! Wiadomo. Córunia. Ale i zupełnie inne seniority tutaj bywały. Oj, bywały, bywały. Smakowite, że paluszki im lizać albo pieśni by o tym smutne śpiewać. A ty, senior Polonês, nic. Spałeś sobie w najlepsze jak ten obżarty na zimę niedźwiedź. A jedna senioritka, powiem ci w tajemnicy, to bezwstydna świntucha była, tak że niech Bóg się nad nią zmiłuje. Do pościeli ci chciała wchodzić. Ale ją zatrzymałam. Prawie siłowo. Trzy dni tu przychodziła. Przeważnie pod wieczór i do nocy przy twoim łóżku warowała. Tak jak ja, tyle że ona z drugiej strony. Rękę ci gładziła, do ucha szeptała, warg palcami zmoczonymi wodą dotykała. Jakieś kartki, jak widokówki z urlopu, na głos w twoim szeleszczącym języku czytała. A jak niektóre czytała, to jej łzy jak grochy po buzi się toczyły. Zostawiła te kartki smutne. Wstążką przewiązane. Laurencja wszystko to solidnie pochowała w szafie, coby nie zginęły. I jak czas przyjdzie, to ci wynajdzie. No stress, Polonês. No stress – powtórzyła jeszcze raz szeptem, delikatnie głaszcząc jego czoło. – Nagadała mi razu pewnego cichaczem na ucho, że jak się do ciebie na goło przytuli, to się zaraz obudzisz, bo ponoć zawsze się budziłeś, hi, hi, hi. Powiem ci, Polonês, szczerze, że potem trochę, a nawet mocno żałowałam, że ją powstrzymałam. A może to prawda była, co ona gadała?! Tak sobie razu pewnego na dyżurze na głos pomyślałam. A może by cię świntucha wybudziła?! Bo przecież ty normalny chłop jesteś i wszystko, co trzeba, masz na miejscu, bom przecież sama to w ramach obowiązków szpitalnych widziała. I dotykałam nawet. A ona piękna, że dech zapierało i niejednemu w głowie się zakręcić mogło. Dwóm lekarzom się chyba trochę zakręciło. Jednemu brodatemu pięknisiowi z ortopedii i temu staremu, łysemu zbereźnikowi z urologii. Temu, co się ślini na widok każdej baby młodszej od jego córki. Przez te trzy dni dziwnym trafem akurat po wieczorach kręcili się tutaj po korytarzu naszej emergência jak koty z pełnymi pęcherzami w marcu. Ten obleśny staruch to tylko w jej tyłek się wpatrywał jak w obrazek święty. Miał w co, bo takiego cuda nawet u nastolatek na Verde nie widziałam, ale żeby tak przy ludziach?! Podczas dyżuru?! Ale no stress, szybko pomyślałam wtedy. A może faktycznie, jakby się ona tak do ciebie swoim gołym, jędrnym jak świeżutka brzoskwinka ciałkiem przytuliła, toby ci się cosik bardzo miłego przypomniało, jakoś świadomie, nadświadomie czy podświadomie albo jakoś tak inaczej, i ta twoja krew, Polonês, z mózgu by ci strumieniami na dół odpłynęła, hi, hi, hi. I byś wtedy faktycznie doznał prawdziwej ulgi na mózgu i dobrego ciśnienia tam gdzie trzeba też byś doznał i może też przebudzenia? I wrócił do świata. Tylko za późno mi się to wszystko w myślach odmieniło. Bardzo szkoda. Za późno, bo na czwarty dzień już ta senioritka nie przyszła przy twoim łóżku warować. Wszystko ci stara Laurencja opowie. Jak tylko będziesz chciał, Polonês. No stress…

Ze wszystkich sił starał się jej słuchać. Nie odpowiadał, lecz jedynie niekiedy potakiwał głową i uśmiechał się. W pewnym momencie słowa Laurencji zaczęły rozmazywać się powoli jak niknące obrazy za oknem pędzącego pociągu.

„Cecylka przysłała mi książkę. Córunia. Kochana. Dobra. Moja…”, pomyślał z rozczuleniem. Po chwili zasnął.

***

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Przebudzenia

Dostępne w wersji pełnej

Sześć miesięcy później

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Janusz L. Wiśniewski

Projekt okładki

Zuzanna Weremiuk

Fotografia na okładce

Copyright © Fabrizia Milia / Trevillion Images

Redakcja

Bogna Rosińska

ISBN 978-83-240-4774-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bikini Wszystkie moje kobiety Samotność w Sieci Eksplozje Siedem lat później Udręka braku pożądania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej