Światło

Światło

Autorzy: Jay Asher

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 276

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 18.83 zł

Poruszająca love story dla nastolatków, której nie da się zapomnieć.

Autor zekranizowanych bestsellerowych 13 powodów, w Polsce sprzedano 100 tysięcy egzemplarzy tej książki.

Sierra prowadzi podwójne życie, a jego rytm wyznaczają święta Bożego Narodzenia. Jedno to życie w Oregonie, przy plantacji drzewek choinkowych, którą prowadzi jej rodzina. Drugie to życie świąteczne, kiedy przychodzi czas ich sprzedaży i wszyscy przenoszą się na miesiąc do Kalifornii. Gdy podczas jednej ze świątecznych podróży poznaje Caleba, wszystko się zmienia.

Calebowi daleko do idealnego chłopaka. Kiedyś popełnił ogromny błąd, którego cenę wciąż płaci. Sierra potrafi w nim jednak zobaczyć coś więcej niż jego przeszłość i jest gotowa zrobić wszystko, by pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. Sierra i Caleb odkrywają coś, co może przezwyciężyć nieporozumienia, podejrzliwość i niechęć, które narastają wokół nich: prawdziwą miłość.

Piękna opowieść o miłości i wybaczeniu. Stephen Chbosky, autor zekranizowanej powieści Charlie.

Światło to poruszająca powieść […] o drugiej szansie i o tym, jak się nauczyć postrzegać ludzi takimi, jacy są. […] Czytając tę cudowną historię miłosną, śmiałam się, płakałam, trzymałam za nich kciuki i – tak, całkowicie się w nich zakochałam. Jennifer Niven, autorka bestselleru Wszystkie jasne miejsca.

Dla:

JoanMarie Asher, Isaiaha Ashera oraz Christy Desir,

którzy podarowali mi tę bożonarodzeniową opowieść

Dennisa i Joni Hopperów oraz ich synów, Russela i Ryana – za inspirację

od:

wdzięcznego chłopca

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie znoszę tej pory roku – oświadcza Rachel. – Sorki, Sierra, wiem, że przynudzam, ale taka jest prawda.

Poranna mgła niemal całkiem przesłania wejście do szkoły majaczące na drugim końcu trawnika. Trzymamy się cementowej dróżki, żeby nie wejść w mokrą trawę, ale to nie na pogodę narzeka Rachel.

– Proszę cię, nie zaczynaj – błagam. – Zaraz się przez ciebie popłaczę, a naprawdę bym chciała przetrwać jakoś ten tydzień bez…

– Ale to nawet nie jest tydzień! – przerywa mi przyjaciółka. – To marne dwa dni. Za dwa dni zaczynają się już ferie, za chwilę Święto Dziękczynienia i znów wyjeżdżasz na cały miesiąc. Na ponad miesiąc!

Przytulam ją i idziemy razem. Mimo że to przecież ja wyjeżdżam, Rachel jak co roku zachowuje się tak, jakby to jej świat się właśnie zawalił. Wiem dobrze, że ta nadąsana mina i zgarbione ramiona to jej sposób, by mi pokazać, jak bardzo będzie za mną tęsknić. Jak każdego roku jestem jej wdzięczna za ten melodramat, bo choć uwielbiam nasze świąteczne wyjazdy, opuszczam Oregon z ciężkim sercem. Świadomość, że moje przyjaciółki już odliczają dni do mojego powrotu, naprawdę jest dla mnie ważna.

Pokazuję jej łzę, która już się pojawiła w kąciku oka.

– Widzisz, co narobiłaś? Zaraz się poryczę.

Gdy rano wyjeżdżałyśmy z mamą z naszej plantacji choinek, niebo było niemal bezchmurne. Robotnicy już pracowali, w oddali pilarki bzyczały cicho jak komary. Ścinali pierwsze w tym roku choinki.

Gdy zjechałyśmy niżej, pojawiła się mgła. Zasnuła małe farmy, autostradę, miasteczko. Rozsiewała wspaniałą świąteczną woń. O tej porze roku całe nasze miasteczko pachnie choinkami. W innych miesiącach pachnie kukurydzą i burakami.

Rachel przytrzymuje przede mną szklane drzwi, a potem wchodzi za mną. Pod moją szafką stuka w swój lśniący czerwony zegarek.

– Mamy piętnaście minut – mówi. – Zimno mi, załapałam dołka. Strzelmy sobie jeszcze przed dzwonkiem małą kawkę.

Zarządzająca naszym szkolnym teatrem pani Livingston nie-tak-znowu-delikatnie daje zawsze swoim uczniom do zrozumienia, że mają w siebie wlewać tyle kofeiny, ile trzeba, żeby przygotować wszystko przed występem. Dlatego dla uczniów z kółka teatralnego zawsze grzeje się kawa za kulisami. Ponieważ Rachel odpowiada za scenografię, ma nieograniczony dostęp do sali teatralnej.

W ten weekend odbyły się ostatnie pokazy Sklepiku z horrorami. Dekoracje zostaną zdjęte dopiero po Święcie Dziękczynienia, kiedy więc włączamy światło w głębi sali, ukazują nam się teraz w całej okazałości. Na scenie, między ladą sklepu z kwiatami a wielką, zieloną, krwiożerczą rośliną, siedzi Elizabeth. Na nasz widok prostuje się i macha.

Rachel idzie przede mną między rzędami na widowni.

– W tym roku postanowiłyśmy podarować ci coś, co możesz zabrać ze sobą do Kalifornii.

Mijam puste czerwone fotele. Dziewczyny nie mają serca. Przecież nie mogę przez ostatnie kilka dni szkoły chodzić cały czas zaryczana. Wspinam się po schodach prowadzących na scenę. Elizabeth wstaje, podbiega i tuli mnie serdecznie.

– Widzisz – triumfuje ponad moim ramieniem Rachel. – Mówiłam ci, że się poryczy.

– Nie cierpię was – syczę.

Elizabeth podaje mi dwa prezenty owinięte w lśniący srebrny papier świąteczny, ale już chyba wiem, co jest w środku. W zeszłym tygodniu byłyśmy razem w sklepie w mieście i widziałam, jak patrzyły na ramki mniej więcej tej wielkości co te pudełka. Siadam, żeby je otworzyć. Opieram się o ladę, na której stoi staroświecka, metalowa kasa.

Rachel siada po turecku tuż przede mną, niemal stykamy się kolanami.

– To wbrew zasadom – narzekam, wsuwając palec pod papier pierwszego pakunku. – Przecież zawsze otwieramy prezenty dopiero po moim powrocie.

– Ale chciałyśmy, żebyś miała coś, co ci będzie o nas przypominać – wyjaśnia Elizabeth.

– Głupio nam, że nie wpadłyśmy na to na samym początku, jak zaczęłaś wyjeżdżać – dodaje Rachel.

– Znaczy, jak byłyśmy niemowlakami? – pokpiwam.

W moje pierwsze Boże Narodzenie mama została ze mną na farmie, a tata sam pojechał sprzedawać nasze choinki w Kalifornii. Następnego roku mama uważała, że my dwie powinnyśmy jeszcze zostać w domu, ale tata uparł się, że bez nas w ogóle nie pojedzie. Oświadczył, że w takim razie woli już zostać i tylko powysyłać drzewka sprzedawcom w różnych częściach kraju. Wtedy mama powiedziała, że tego nie możemy zrobić wszystkim tym rodzinom, które tradycyjnie kupowały u nas choinki każdego roku. A poza tym, choć oczywiście była to dla nich praca – tata odziedziczył naszą farmę po dziadku – to jednocześnie sprzedawanie choinek stanowiło dla moich rodziców ważną tradycję. Zresztą nawet poznali się właśnie dzięki temu, że mama i jej rodzice byli właśnie takimi stałymi klientami. I tak co roku te kilka tygodni od Święta Dziękczynienia do Bożego Narodzenia spędzamy w Kalifornii.

Rachel kładzie się wygodnie na scenie i podpiera ręką.

– Twoi rodzice zdecydowali w końcu, czy to ostatni wasz wyjazd do Kalifornii?

Usiłuję zdrapać taśmę klejącą, żeby jakoś rozpakować podarunek.

– Kazałyście to zapakować w sklepie czy jak?

– Usiłuje zmienić temat – teatralnym szeptem mówi Rachel do Elizabeth.

– Przepraszam – bąkam. – Po prostu nie chce mi się nawet o tym myśleć. Wiecie, że was uwielbiam, ale mimo wszystko okropnie będzie mi brakowało tych wyjazdów. Zresztą wciąż nic mi nie powiedzieli. Wiem tylko tyle, co wtedy niechcący usłyszałam. Ale wydaje mi się, że trochę się stresują pieniędzmi. W każdym razie, póki nie podejmą decyzji, wolałabym się na nic nie nastawiać.

Gdybyśmy tylko utrzymali się jeszcze trzy sezony, mielibyśmy okrągłe trzydzieści lat w biznesie. Kiedy moi dziadkowie kupowali działkę, nasze małe miasteczko właśnie się rozrastało. Istniały wprawdzie inne farmy w Oregonie, ale nie było ich aż tak dużo. Teraz jednak wszędzie sprzedaje się choinki – od supermarketów po sklepy żelazne. Dużo ludzi sprzedaje też drzewka organizacjom charytatywnym. Mało kto już sam zajmuje się sprzedażą własnych choinek. Jeśli się poddamy w Kalifornii, będziemy musieli sprzedawać wszystko hurtowo supermarketom albo organizacjom charytatywnym. Albo nawet innym sprzedawcom choinek.

Elizabeth kładzie mi dłoń na kolanie.

– Z jednej strony chciałabym, żebyś znów tam pojechała w przyszłym roku, bo wiem, jak bardzo kochasz to miejsce. Ale z drugiej, jeśli zostaniesz z nami, po raz pierwszy w życiu spędziłybyśmy razem święta.

Mimowolnie uśmiecham się na tę myśl. Uwielbiam te dziewczyny. Ale Heather też jest moją bliską przyjaciółką, a ją widzę tylko przez ten jeden jedyny miesiąc, kiedy jestem w Kalifornii.

– Jeździmy tam od zawsze. – Wzdycham. – Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak by to było tak nagle… zostać.

– Zaraz ci pomogę to sobie wyobrazić – zapala się Rachel. – Czwarta klasa. Narty. Gorące kąpiele. A wokół śnieg!

Tylko problem w tym, że kocham to nasze kalifornijskie miasteczko nawet mimo braku śniegu. Jest położone na wybrzeżu, zaledwie trzy godziny na południe od San Francisco. Uwielbiam sprzedawać choinki, znów widzieć znajome twarze. Tyle rodzin przychodzi do nas rok w rok. Dziwnie bym się czuła, gdybyśmy nagle musieli tak po prostu wysyłać nasze drzewka innym ludziom do sprzedawania.

– Kusząca wizja, prawda? – ciągnie Rachel. Pochyla się bliżej mnie i unosi znacząco brwi. – A jeszcze pomyśl o tych wszystkich chłopcach.

Parskam śmiechem, potem odruchowo zasłaniam usta.

– Albo i nie – mówi Elizabeth, odciągając Rachel za ramię. – Miło by było spędzić czas tylko we trójkę, bez żadnych tam chłopaków.

– No, to w sumie by było jak w każde święta, jeśli o mnie chodzi – stwierdzam z przekąsem. – Pamiętacie, jak w zeszłym roku ten kretyn rzucił mnie w ostatni wieczór przed naszym wyjazdem do Kalifornii?

– To było okropne – zgadza się Elizabeth, ale jednak ze śmiechem. – A potem na bal zimowy przyprowadził tę nieznajomą z wielkimi cycami i…

Rachel przyciska jej do ust palec, żeby ją uciszyć.

– Dzięki, nie musimy sobie już przypominać szczegółów.

Spuszczam wzrok na prezent, którego wciąż nie zdążyłam jeszcze odpakować.

– W sumie trochę go rozumiem. Kto by chciał być w związku na odległość, i to w święta? Na pewno nie ja.

– Ale, ale! Przecież mówiłaś, że przy sprzedaży pomagają wam całkiem przystojni chłopcy.

– Taa… – Kręcę głową. – Uważaj, bo mój tata by mi na cokolwiek pozwolił.

– Dobra już, dobra. Koniec tematu – zarządza Elizabeth. – Otwieraj te prezenty.

Odrywam taśmę, ale myślami wciąż jestem w Kalifornii. Przyjaźnimy się z Heather, odkąd tylko pamiętam. Moi dziadkowie ze strony mamy byli kiedyś sąsiadami jej rodziny. Po ich śmierci rodzice Heather zajmowali się mną po kilka godzin dziennie, żeby jakoś pomóc moim rodzicom. W zamian moi rodzice zawsze dawali im piękną choinkę, kilka bożonarodzeniowych wieńców i jeszcze podsyłali paru pracowników ze stoiska, żeby im pomogli pozawieszać światła na dachu.

Elizabeth wzdycha.

– Halo? Prezenty!

Odrywam papier z jednej strony pudełka.

Dziewczyny mają rację. Wspaniale by było spędzić tę ostatnią zimę tu z nimi. Przecież zaraz potem kończymy szkołę i rozjedziemy się po kraju. Marzy mi się wzięcie wreszcie udziału w konkursie na najlepszą rzeźbę z lodu i w ogóle robienie z nimi tych wszystkich rzeczy, o których co roku mi opowiadają.

Tylko że święta w Kalifornii to jedyna okazja, by zobaczyć się z Heather. Kiedyś nazywałam ją „zimową przyjaciółką”, ale teraz wiem już, że po prostu jest jedną z moich trzech najbliższych przyjaciółek. Dawniej widywałam się z nią też latem, kiedy jechałam do dziadków na wakacje, ale po ich śmierci te wyjazdy siłą rzeczy się skończyły. Martwię się, że trudno mi się będzie cieszyć tymi świętami z Heather ze świadomością, że być może to już nasze ostatnie.

Rachel wstaje i przechodzi przez scenę.

– Muszę się napić kawy.

– Ale ona właśnie otwiera nasze prezenty! – wrzeszczy za nią Elizabeth.

– Otwiera twój prezent – prostuje Rachel. – Mój to ten z czerwoną wstążką.

Oglądam pierwszą ramkę – tę z zieloną wstążką. To selfie Elizabeth. Wystawia na nim język i robi zeza. Dokładnie ta sama mina co na prawie wszystkich zdjęciach, które sobie w życiu zrobiła – i dlatego tak okropnie mi się podoba.

Przyciskam ramkę do piersi.

– Dziękuję.

Elizabeth oblewa się rumieńcem.

– Nie ma za co.

– Teraz otwieram ten od ciebie! – krzyczę przez całą scenę.

Rachel idzie powoli w naszą stronę. Niesie trzy papierowe kubeczki z parującą kawą. Bierzemy od niej po jednym. Odstawiam swój na bok, a Rachel siada przede mną. Zaczynam odpakowywać jej prezent. Wyjeżdżam niby tylko na miesiąc, ale tak strasznie będę za nią tęsknić.

Na zdjęciu piękna twarz Rachel jest z boku, częściowo zasłonięta jej dłonią, jakby nie chciała, żeby pstryknięto jej tę fotkę.

– Chodziło o to, żeby wyglądało, jakby mnie opadli paparazzi – wyjaśnia. – Wiesz, jestem sobie supergwiazdą, wychodzę właśnie z jakiejś wypasionej restauracji… Chociaż w sumie to pewnie miałabym w takiej sytuacji jakiegoś wielgachnego ochroniarza, ale…

– Przecież ty nie jesteś aktorką – wchodzi jej w słowo Elizabeth. – Chcesz być scenografką.

– To tylko pierwszy etap planu – tłumaczy Rachel. – Czy wy macie pojęcie, ile jest na świecie aktorek? Miliony. I wszystkie robią wszystko, żeby je ktoś zauważył. Nie sposób się wybić. Ale ja jestem sprytniejsza. Pewnego dnia, gdy będę projektowała scenografię dla jakiegoś słynnego producenta, spojrzy na mnie i zrozumie, że marnuję się po tamtej stronie kamery. Że powinnam być przed nią, nie za nią. Oczywiście będzie się potem chwalił, że to on mnie odkrył, nie wiedząc, że świadomie do tego doprowadziłam.

– Najgorsze, że ty naprawdę wierzysz, że to się uda – mamroczę.

Rachel upija łyk kawy.

– Oczywiście, że się uda.

Dzwoni pierwszy dzwonek. Zbieram srebrny papier i zgniatam go w kulę. Rachel zanosi ją i nasze puste kubki do kosza za kulisami. Elizabeth chowa moje ramki do papierowej torby ze spożywczego, zwija górę i podaje mi pakunek.

– Rozumiem, że nie możemy już wpaść do ciebie przed wyjazdem? – upewnia się.

– Raczej nie – mówię. Schodzę za nimi ze sceny i powoli idziemy znów między rzędami sali teatralnej. – Dziś muszę iść wcześnie spać, żeby jutro rano przed szkołą jeszcze popracować. A potem w środę wyjeżdżamy z samego rana.

– O której? – dopytuje Rachel. – Może mogłybyśmy…

– O trzeciej – mówię ze śmiechem. Z naszej farmy w Oregonie do naszego stoiska w Kalifornii jest około siedemnastu godzin samochodem, zależnie od liczby przerw na ubikację i tego, jaki się zrobi przedświąteczny korek. – Ale oczywiście, jeśli macie ochotę wstać tak wcześnie…

– No, dobra – kapituluje Elizabeth. – Będziemy przesyłać ci dobre myśli przez sen.

– Wiesz już, co masz zadane? – upewnia się Rachel.

– Chyba tak. – Jeszcze dwa lata temu w szkole było kilkanaścioro uczniów wyjeżdżających na świąteczne sprzedawanie choinek. W tym roku jest nas troje. Na szczęście w okolicy jest tyle farmerskich rodzin, że nauczyciele są wyrozumiali i wiedzą, jak zaplanować pracę z uwzględnieniem rozmaitych zbiorów. – Tylko Monsieur Cappeau niepokoi się, czy aby będę miała na wyjeździe dość czasu, by pratiquer mon français, więc kazał mi dzwonić raz na tydzień na konwersacje.

Rachel puszcza do mnie oko.

– Czy to aby jedyny powód?

– Nie obrzydzaj mnie – prycham.

– Rachel, Sierra nie lubi starszych facetów – poucza ją Elizabeth.

Parskam śmiechem.

– Masz na myśli Paula, tak? Przecież tylko raz się z nim umówiłam! A zresztą potem przyłapano go w samochodzie kumpla z otwartą puszką piwa.

– Przypomnę na jego obronę, że nie siedział za kierownicą – wcina się Rachel. Nim mam czas cokolwiek powiedzieć, unosi ręce. – Ale kumam. To był już twoim zdaniem znak, że chłopak zaraz niechybnie wpadnie w alkoholizm. Albo że nie umie podejmować słusznych decyzji. Albo… coś w tym stylu.

Elizabeth kręci głową.

– Ty to jesteś wybredna, Sierra.

Zawsze się podśmiewają z moich zawyżonych standardów, jeśli chodzi o chłopaków. Ale ja po prostu widziałam w życiu za wiele dziewczyn, które męczą się z beznadziejnymi typkami. Nawet jeśli z początku wydawali się w porządku. Po co mam marnować całe lata czy miesiące, a nawet dni, na kogoś takiego?

Tuż przed drzwiami na główny korytarz Elizabeth obraca się w naszą stronę i mówi:

– Jak nic spóźnię się na angielski, ale… zjedzmy razem obiad, dobra?

Uśmiecham się. Przecież zawsze jemy razem obiad.

Pchamy drzwi i wychodzimy na korytarz. Elizabeth znika w tłumie.

– Zostały nam już tylko dwa obiady – jęczy Rachel, gdy idziemy dalej. Udaje, że ociera łzy. – I potem koniec. Chyba się zaraz…

– Przestań! – warczę na nią. – Ani się waż tak mówić!

– O mnie się nie martw. – Macha na to ręką. – Kiedy ty będziesz tam sobie imprezować w Kalifornii, będę miała ręce pełne roboty. W poniedziałek zaczynam rozbierać dekoracje. Zajmie nam to tydzień jak nic. Potem muszę pomóc przy projektowaniu wystroju sali na bal zimowy. Nie jest to może teatr, ale mam taką zasadę, że nie odmawiam pomocy tym, którzy potrzebują mojego talentu.

– Mają już jakiś temat na tegoroczny bal? – pytam.

– „Śnieżna kula miłości” – odpowiada. – No, wiem, trochę kiczowate, ale mam już pewną koncepcję. Chciałabym udekorować salę gimnastyczną tak, żeby zdawało się, że tańczymy w środku prawdziwej śnieżnej kuli. Będę miała mnóstwo roboty.

– Widzisz? Nawet nie będziesz miała czasu za mną tęsknić – mówię.

– Otóż to – potwierdza Rachel. Trąca mnie łokciem. – Ale lepiej, żebyś ty za mną porządnie tęskniła.

I tak będzie. Tęsknienie za przyjaciółkami od zawsze należy do moich bożonarodzeniowych tradycji.

ROZDZIAŁ DRUGI

Słońce ledwo wyłania się zza wzgórz, gdy parkuję pikapa taty na poboczu błotnistej drogi dojazdowej. Zaciągam ręczny hamulec i wyglądam przez okno. To jeden z moich ulubionych widoków. Kilka metrów od samochodu zaczynają się choinki i ciągną tak przez dobre czterdzieści hektarów. Po drugiej stronie auta to samo. Nawet tam, gdzie kończy się nasza ziemia, w większości wypadków zaczynają się tylko choinki sąsiadów.

Wyłączam ogrzewanie i wychodzę na dwór. Ale ziąb. Związuję włosy w kucyk i chowam pod zimową kurtką, wkładam kaptur i zaciągam sznurki.

Wilgotne powietrze pachnie żywicą, moje ciężkie buty zapadają się w mokrej ziemi. Gdy wyciągam z kieszeni komórkę, siłą rzeczy szoruję rękawami po gałęziach. Naciskam numer do wujka Bruce’a, a potem przytrzymuję sobie telefon ramieniem, żeby móc w tym czasie szybko włożyć rękawice.

Odbiera ze śmiechem.

– Coś podejrzanie prędko dotarłaś na miejsce, Sierro!

– Wcale nie jechałam szybko – bronię się, ale prawda jest taka, że bardzo trudno się oprzeć tym fantastycznym skrętom w błocie.

– Nie przejmuj się, młoda. Sam nieraz poszalałem na tym wzgórzu.

– Wiem, widziałam. Dlatego wiem, jaka to świetna zabawa – przyznaję. – W każdym razie jestem już prawie przy pierwszej stercie.

– Zaraz tam będę – obiecuje i nim się rozłącza, już słyszę warkot zapuszczanego silnika helikoptera.

Wyciągam z kieszeni pomarańczową kamizelę odblaskową. Wkładam ją, żeby mógł mnie z łatwością dojrzeć z wysokości.

Dwieście metrów przede mną buczą już pilarki. Nasi pracownicy tną pnie tegorocznych choinek. Dwa miesiące temu zaczęliśmy oznaczać drzewka do ścięcia. Na najwyższych gałązkach poprzypinaliśmy plastikowe paski: czerwone, żółte lub niebieskie, zależnie od wysokości. Dzięki tym zawieszkom łatwiej będzie nam potem posortować choinki przy wrzucaniu na pakę. Drzewka, które nie mają oznaczeń, zostaną i będą rosły na przyszłe lata.

W oddali widzę już zbliżający się czerwony helikopter. Mama i tata pomogli wujkowi go kupić, a w zamian on przewozi nam drzewka podczas ścinki. Helikopter to lepsze rozwiązanie – nie musimy przecinać lasu drogami dojazdowymi, a drzewka są świeższe. Kiedy wujek nie pomaga nam przy wyrębie, lata z turystami pokazywać im nasze skaliste wybrzeże. Czasami nawet musi odegrać bohatera i uratować jakiegoś zagubionego piechura.

Pracownicy ścinają cztery, pięć drzewek, kładą je obok siebie na dwóch długich kablach, trochę tak, jakby je kładli na torach. Na to wrzucają kolejne choinki, aż zbierze się ich mniej więcej tuzin. Potem zwijają kable i mocują je na górze. Wtedy mogą się zająć następnymi drzewkami, a do akcji wkraczam ja.

W zeszłym roku tata po raz pierwszy pozwolił mi przy tym pomagać. Dobrze wiedziałam, że najchętniej powiedziałby, że to zbyt niebezpieczna robota dla piętnastolatki, ale oczywiście nie śmiał. W końcu zatrudnia przecież kilku moich kolegów z klasy i im jakoś pozwala wymachiwać piłami łańcuchowymi.

Coraz głośniej słychać uderzenia łopat helikoptera – buch, buch, buch, tną powietrze z dużą siłą. Serce wali mi w tym samym rytmie. Zabieram się do mojej pierwszej partii w tym sezonie.

Staję obok drzew, rozprostowuję palce w rękawicach. Poranne słońce odbija się od okna helikoptera, który ciągnie za sobą długie druty. Na nich zwisa ciężki czerwony hak.

Helikopter zwalnia, a ja wbijam buciska w ziemię. Maszyna zawisa nade mną, wujek powoli schodzi niżej, aż w końcu metalowy hak dotyka już igieł mojej sterty z choinkami. Unoszę rękę nad głowę i robię nią koło w powietrzu, żeby dać mu znać, że potrzebuję więcej luzu. Zniża się jeszcze trochę i udaje mi się złapać hak. Mocuję na nim kable i odsuwam się dwa duże kroki w tył.

Zadzieram głowę i widzę, że wujek uśmiecha się do mnie. Pokazuję w jego stronę palcem, odpowiada uniesieniem kciuka i zaczyna się wznosić. Choinki osuwają się na środek lin i unoszą z ziemi, a potem odlatują.

Nad naszym domem wisi półksiężyc. Przez okno mojego pokoju na piętrze widzę rozciągające się w ciemności wzgórza. Kiedy byłam mała, stawałam tu czasem i udawałam, że jestem kapitanem okrętu, który patrzy na nocny ocean, fale pode mną o wiele ciemniejsze niż rozgwieżdżone niebo w górze.

Ścinki planujemy w ten sposób, żeby ten widok nigdy się nie zmieniał. Na każde wycięte drzewo zostawiamy pięć rosnących, a w pustym miejscu od razu sadzimy nową siewkę. Po sześciu latach każde z tych drzewek wędruje gdzieś po kraju, aż trafia do odpowiedniego domu – jako symbol świąt.

I dlatego właśnie my w święta mamy zupełnie inne tradycje. Dzień przed Świętem Dziękczynienia jedziemy z mamą na południe, gdzie już jest tata. Jemy uroczysty obiad z Heather i jej rodziną, a następnego dnia zaczynamy od rana do nocy sprzedawać choinki i tak już aż do Wigilii. Dwudziestego czwartego wieczorem zupełnie wykończeni dajemy sobie po jednym skromnym prezencie. Naprawdę nie mamy miejsca na więcej w naszej srebrnej przyczepie – naszym domku z dala od domu.

Nasz prawdziwy dom na farmie został zbudowany w latach trzydziestych. Przez te stare drewniane podłogi i schody nie sposób wymknąć się z łóżka w środku nocy bez narobienia hałasu, ale staram się przynajmniej trzymać tej mniej skrzypiącej strony schodów. Już zostały mi zaledwie trzy stopnie do kuchennej podłogi, gdy z salonu dobiega mnie głos mamy:

– Sierra! Naprawdę musisz się przespać choćby kilka godzin.

Zawsze jak taty nie ma, mama zasypia na kanapie przed telewizorem. Gdy spojrzeć na to z romantycznej perspektywy, być może wtedy ich sypialnia wydaje się jej zbyt smutna. Ale coś mi mówi, że niewykluczone, iż zasypianie na kanapie to jej sposób na taki mały bunt.

Owijam się mocniej szlafrokiem i wsuwam stopy w znoszone tenisówki, które zostawiłam przy kanapie. Mama ziewa i sięga ręką na ziemię po pilota. Wyłącza telewizor. Pokój pogrąża się w ciemnościach.

Włącza lampkę.

– A ty dokąd?

– Do szklarni – odpowiadam. – Chcę tylko przynieść sobie tu drzewko, żebyśmy rano o nim nie zapomniały.

Mamy taki system, że nie pakujemy wszystkiego do samochodu poprzedniego dnia, tylko przygotowujemy sobie torby przy drzwiach, żeby jeszcze rano wszystko przejrzeć. Potem, jak już wyjedziemy na główną drogę, mowy nie ma o zawracaniu.

– Ale zaraz potem marsz do łóżka – mówi mama, która też ma tak, że nie potrafi zasnąć, jeśli czymś się martwi. – Bo inaczej nie dam ci jutro prowadzić.

Obiecuję jej, że zaraz pójdę spać, i zamykam za sobą drzwi. Jeszcze mocniej otulam się szlafrokiem, próbując się zasłonić przed zimnym nocnym powietrzem. W szklarni będzie cieplej, ale schowam się w środku tylko na chwilę, żeby zabrać stamtąd malutkie drzewko, które przesadziłam sobie niedawno do czarnej plastikowej donicy. Postawię je przy bagażu, a potem razem z Heather posadzimy je po kolacji w Święto Dziękczynienia. Będzie to szósta choinka do kolekcji – wszystkie przewiozłam z naszej farmy do Kalifornii i potem z Heather sadziłyśmy je rok po roku na Cardinals Peak. Plan jest taki, że w przyszłym roku zetniemy wreszcie pierwszą choinkę i podarujemy ją rodzinie Heather.

To kolejny powód, dla którego to po prostu nie mogą być nasze ostatnie święta w Kalifornii.

ROZDZIAŁ TRZECI

Z zewnątrz nasza przyczepa wygląda trochę jak przewrócony srebrny termos, ale w środku jest bardzo przytulnie. Do jednej ściany przyczepiony jest mały stolik, a przy nim ława, która na noc staje się moim łóżkiem. W kuchni mieści się zlew, lodówka, kuchenka i mikrofalówka. Łazienka dosłownie kurczy się z roku na rok, choć rodzice nawet niedawno wymienili prysznic na większy. W tym poprzednim nie dałabym już rady schylić się, żeby umyć nogi, chyba że przedtem naprawdę bym się porozciągała jak jakaś joginka. Naprzeciw mojego łóżka są drzwi do pokoju rodziców, w którym nie ma miejsca na nic poza ich łóżkiem, małą szafą i stołkiem. Teraz drzwi są zamknięte, ale i tak słyszę chrapanie mamy, która odsypia naszą podróż.

Nogi mojego łóżka stykają się z jedną szafką kuchenną. Druga wisi tuż nad nią. Wbijam w nią wielką białą pinezkę. Na stole obok leżą ramki od Rachel i Elizabeth. Połączyłam je lśniącą zieloną wstążką, żeby móc je powiesić jedną nad drugą. Na końcu wstążki wiążę pętelkę i zawieszam na pinezce. W ten sposób będę miała moje przyjaciółki cały czas przy sobie.

– Witajcie w Kalifornii – mówię do nich.

Przełażę po łóżku do okna i rozsuwam zasłony.

W tej samej chwili w szybę wali choinka. Wrzeszczę odruchowo. Igły drapią po szkle. Ktoś chyba usiłuje wyprostować drzewko.

Zza gałęzi wyłania się Andrew. Pewnie chce się upewnić, że nie wybił mi okna. Rumieni się na mój widok, a ja w panice spuszczam wzrok, żeby sprawdzić, czy w ogóle włożyłam koszulkę po prysznicu. Zdarzało mi się już nieraz chodzić sobie beztrosko w samym tylko ręczniku po przyczepie, a przecież powinnam pamiętać, że tuż za szybą pracuje całe mnóstwo chłopaków.

W zeszłym roku Andrew zaprosił mnie na randkę – jako pierwszy i ostatni chłopak w Kalifornii. Wymyślił sobie, że przylepi mi na oknie karteczkę z zaproszeniem. To chyba miało być słodkie, ale ciarki mnie przechodzą na myśl, że zakradł się tam w ciemnościach i majstrował mi tuż nad głową. Na szczęście udało mi się od tego wymigać. Mogłam mu – zgodnie z prawdą – wyjaśnić, że nie powinnam spotykać się z nikim, kto pracuje przy sprzedaży naszych choinek. Nie jest to może jakaś święta zasada, ale jednak rodzice wspomnieli parę razy o tym, że czuliby się dość niezręcznie, gdybym zaczęła romansować w pracy.

Moi rodzice poznali się zresztą, kiedy byli w moim wieku. Tata pracował z rodzicami właśnie tutaj, a rodzina mamy mieszkała kilka przecznic obok. Pewnej zimy tak się w sobie zakochali, że tata przyjechał tu potem latem na obóz baseballowy. Potem pobrali się i z czasem przejęli rodzinny interes. Do pomocy zatrudniają baseballistów z okolicznej szkoły, którzy chcą sobie dorobić przed świętami. To nie stanowiło żadnego problemu, póki byłam mała, ale gdy tylko wkroczyłam w wiek dojrzewania, w oknach naszej przyczepy pojawiły się nowe, grubsze zasłony.

Nie słyszę Andrew zza szyby, ale po ruchu jego ust domyślam się, że mnie przeprasza. W końcu udaje mu się wyprostować drzewko i ustawić je tak, żeby nie dotykało gałązkami żadnych innych wokół.

Uważam, że tamta niezręczna sytuacja między nami w zeszłym roku nie powinna wpływać na nasze zawodowe relacje, więc uchylam okno i witam się z nim serdecznie.

– A zatem wróciłeś na jeszcze jeden rok – mówię.

Ogląda się, ale wokół nie ma nikogo, więc chyba raczej jasne, że zwróciłam się do niego. Obraca się w moją stronę, wkłada ręce do kieszeni.

– Miło cię znów zobaczyć – mamrocze.

Fajnie, jak pracownicy wracają w kolejnym sezonie, ale tym razem bardzo się staram, żeby przypadkiem jakoś opacznie nie zrozumiał mojej radości.

– Tata bardzo się cieszył, że jest was kilku z zeszłego roku – dodaję więc.

Andrew gapi się na najbliższe drzewko, odrywa kilka igieł.

– No – rzuca z lekko nadąsaną miną. Ciska igły na ziemię i odchodzi.

Staram się tym nie przejmować. Otwieram szerzej okno, zamykam oczy. Powietrze tu nie pachnie tak jak w domu, ale też jest nieźle. Widok za to jest zupełnie inny. Zamiast wzgórz porośniętych drzewami przede mną stoją choinki w metalowych stojakach. Zamiast naszego ciągnącego się po horyzont lasu mamy tu tylko niecałe pół hektara ubitej ziemi, a potem już widać jezdnię Oak Boulevard. Po drugiej stronie ulicy stoi sklep spożywczy pana McGregora, a obok jest parking. Dziś Święto Dziękczynienia, więc wcześniej zamknęli.

Ten sklepik jest tu od zawsze, był tu, zanim jeszcze zaczęliśmy sprzedawać choinki. Teraz to jedyny sklep w całym miasteczku, który nie należy do żadnej sieci. W zeszłym roku właściciel uprzedził moich rodziców, że kiedy wrócimy za rok, może go już tu nie być, więc kiedy kilka tygodni temu tata zadzwonił z Kalifornii dać nam znać, że dotarł na miejsce, pierwsze, o co spytałam, to czy sklep pan McGregora jeszcze istnieje. Kiedy byłam mała, uwielbiałam, gdy rodzice robili sobie przerwę w sprzedawaniu choinek i szliśmy razem na zakupy. Potem dawali mi listę potrzebnych rzeczy i sama przechodziłam przez ulicę do sklepu. A od kilku lat to jakoś tak się stało, że i robienie listy zakupów należy już do moich obowiązków.

Patrzę, jak po wyasfaltowanym parkingu sunie biały samochód. Pewnie ktoś chce sprawdzić, czy rzeczywiście już jest zamknięte. Kierowca zwalnia przed sklepem, a potem przyśpiesza i wyjeżdża na ulicę.

Gdzieś z gąszczu naszych drzewek dobiega mnie głos taty:

– Ani chybi zapomniał o sosie żurawinowym!

Słyszę, jak chłopaki wybuchają śmiechem.

Tata co roku tak sobie żartuje ze sfrustrowanych klientów, którzy z piskiem opon odjeżdżają sprzed sklepu. „Czymże by było Święto Dziękczynienia bez tarty dyniowej?!” albo „Oj, chyba ktoś zapomniał o farszu”. Chłopaki zawsze śmieją się z jego żartów.

Patrzę, jak dwóch niesie wielką choinkę. Akurat przechodzą koło przyczepy. Jeden ma ręce zanurzone w gałęziach, drugi idzie za nim i trzyma drzewko za pień. Zatrzymują się na chwilę, żeby ten od gałęzi mógł je lepiej złapać. Ten od pnia czeka na kolegę i ogląda się w tym czasie w stronę przyczepy. Zauważa mnie, uśmiecha się. Coś szepcze do tego od gałęzi. Nie słyszę przecież co, ale teraz już obaj się na mnie gapią.

Nagle czuję przemożną potrzebę upewnienia się, czy nie mam na głowie jakiegoś gniazda, choć przecież wcale nie chcę się im podobać (bez względu na to, jacy są przystojni). Zamiast tego jednak tylko grzecznie do nich macham i odsuwam się od okna.

Po drugiej stronie przyczepy ktoś wyciera buty na naszych metalowych stopniach. Mimo że właściwie, odkąd tata wyładował choinki, jeszcze ani razu nie padało, ziemia i tak jest lekko wilgotna. Codziennie musimy przecież podlewać i zraszać drzewka.

– Puk, puk!

Ledwie otwieram zasuwę, wpada do środka Heather. Jej czarne loki aż podskakują, gdy z piskiem rzuca się mnie uściskać. Wybucham śmiechem na widok tej jej ekscytacji. Przyklęka na moim łóżku, żeby się przyjrzeć zdjęciom Rachel i Elizabeth.

– Dały mi je tuż przed wyjazdem – wyjaśniam.

Heather dotyka górnej ramki.

– To Rachel, prawda? Że niby tak się ukrywa przed paparazzi?

– Ale by się cieszyła, gdyby wiedziała, że tak od razu załapałaś, o co chodzi – mówię.

Heather przełazi bliżej okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Stuka w szybę opuszkami palców i jeden z chłopaków od razu się odwraca. Niesie akurat wielki karton podpisany „jemioła”. Idzie w kierunku zielono-białego namiotu, takiego trochę jak w cyrku.

To tam mamy kasę. Tam też sprzedajemy inne świąteczne drobiazgi i mamy nawet małą wystawę z choinek obsypanych sztucznym śniegiem.

Heather w ogóle na mnie nie patrzy, tylko zachwyca się widokiem za oknem.

– Czyś ty widziała, jakie masz tu w tym roku ciacha?

Oczywiście, że widziałam, ale przecież o wiele łatwiej by było, gdybym właśnie była ślepa. Jeśli tata zacznie choćby podejrzewać, że flirtuję z którymś z naszych pracowników, każe mu natychmiast wyczyścić wszystkie nasze toalety, żeby odstraszał mnie od biedaka smród. I pewnie by podziałało.

A zresztą i tak po co miałabym z kimkolwiek w ogóle tu chodzić, bez względu na to, czy dla nas pracuje czy nie. Po co angażować się w związek, skoro wiem, że los i tak rozłączyłby nas rano w Boże Narodzenie?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Dedykacja

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Lista grzecznych dzieci

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: What Light

Copyright © 2016 Jay Asher

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Razorbill, an imprint of Penguin Young Readers Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Fotografia na okładce: Anton Muhin

Projekt okładki: Theresa Evangelista

Projekt i opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Izabella Marcinowska

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Światło, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-876-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Światło 13 powodów Ty, ja i fejs 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy