Miastogwałt

Miastogwałt

Autorzy: MARCIN MAJ

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Obyczajowe Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: PDF MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

Miasto, w którym liczy się kariera, seks, pieniądze i własny interes. Miasto, w którym uśmiech to maska dla strachu, smutku i samotności.

W sam środek miejskich konfliktów i zależności trafia młody grafik, który z biegiem czasu przekonuje się, że życie w metropolii rządzi się swoimi prawami. Zaczyna rozumieć, że jeśli nie będzie grał w tę samą grę, nie będzie tu dla niego miejsca.

"Miastogwałt" obnaża to, o czym w dużych miastach nie mówi się głośno - idąc za obowiązującymi trendami i naciskami, tracimy niezależność, szacunek do siebie i kręgosłup. Tylko którą drogą pójdzie główny bohater?

O autorze: Marcin Maj od niemal dekady związany ze stolicą, współpracował z dziennikami, stacjami radiowymi, telewizyjnymi i portalami internetowymi jako dziennikarz, redaktor i wydawca. Chcąc mieć absolutną wolność wypowiedzi, publikuje pod pseudonimem.

Marcin Maj

Miastogwałt

Warszawa 2017 r.

Copyright by Marcin Maj, 2017.

ISBN: 978-83-7853-459-4

HELION.PL Sp. z o.o.

ul. Kościuszki 1c

44-100 Gliwice, Polska

Zdjęcie na okładce: Radek Kołakowski

Niniejsza publikacja, ani żadna jej część, nie może być kopiowana, ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana, powielana, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Kontakt z autorem: m.maj@wp.eu

1

Miasto stołeczne Warszawa, reklamowane w telewizji pod hasłem "Zakochaj się w Warszawie" na początku wcale do tego zakochania nie zachęca. Wręcz przeciwnie. Głośno, gorąco, dużo ludzi, ruch, na światłach trzeba czekać bardzo długo, a bilet na komunikację miejską jest cholernie drogi, mimo, że jedzie się tylko kilka przystanków.

Stoi z wielką torbą na kółkach i plecakiem na jednym ramieniu na skrzyżowaniu ulic Marszałkowska i Aleje Jerozolimskie i za bardzo nie wie, w którą stronę jechać. Mieszkanie, a raczej pokój w mieszkaniu, który wynajął, było na Czerniakowskiej. Jest tutaj pierwszy raz, kupił mapę, sprawdził wszystko w internecie, ale i tak kompletnie nie wie, w którą stronę się ruszyć. Jest grafikiem, a nie rdzennym warszawiakiem, taksówkarzem, turystą i przewodnikiem. Ma ochotę wracać tam, skąd przybył.

Pracę znalazł tak, jak się ją obecnie w większości przypadków znajduje – przez internet. Grafik wysyłał swoje zgłoszenie do dużej agencji reklamowej, takiej, co przyznają jej nagrody na międzynarodowych konkursach ze słowem "awards" w nazwie. Zrobił to bez większego przekonania i nadziei, zrobił tak, bo ktoś mu podpowiedział, żeby się zgłosił, napisał, może dostanie gdzieś pracę w dużym mieście, to i zarobi więcej i będzie miał większe szanse zawowodowego rozwoju.

No i zadzwoniła do niego po dwóch tygodniach jakaś nadpobudliwa kobieta, mówiła, a w zasadzie krzyczała i wołała przez słuchawkę, że prace Grafika są niezwykle imponujące i spodobały się dyrektorom, managerom, accountom i innym, których zdanie w firmie się liczy i oni zapraszają go na spotkanie, już dziś, a jeśli nie dziś, to jutro. Grafik nie mógł jednak z dnia na dzień rzucić wszystkiego, tak po prostu kupić bilet i przyjechać sobie na pół godziny rozmowy kwalifikacyjnej, kobieta proponuje więc, że będą rozmawiali przez skajpa, bo to szybciej, sprawniej, nowocześniej i bezboleśniej.

I on założył koszulę, białą, jedyną najporządniejszą, która wisiała w jego szafie, założył też krawat, co mu jeszcze został z matury i zasiadł przed komputerem. Widział przed sobą trzy osoby na tle białej ściany, miny miały poważne i mega profesjonalne, no, może oprócz tej nadpobudliwej kobiety, która do niego dzwoniła, bo ona śmiała się co chwilę i żartowała, żywiołowo gestykulowała i była tak zaangażowana, jakby to chodziło o jej pracę, a nie jego.

Wypytywali go o doświadczenie, umiejętności, oczekiwania finansowe i gotowość do pracy po godzinach. Od kiedy pan może zacząć, damy panu odpowiedź w ciągu pięciu dni roboczych, dziękujemy za spotkanie. Grafik nacisnął czerwoną słuchawkę, połączenie przerwane.

Dwa dni później: gratulujemy, zapraszamy, proszę przyjeżdżać. Grafik na wariackich papierach szukał pokoju, gdzieś znalazł ogłoszenie, zadzwonił, okazało się, że jako jeden z pierwszych i pokój wolny, ale było już kilku chętnych, więc decyzja musi być szybka, bo zaraz ktoś zajmie i będzie po ptakach. Grafik zarezerwował, spakował torbę i pojechał.

Przepastne głębie internetu powiedziały mu też, że musi wsiąść do autobusu. Tylko którego? One tu jeżdżą we wszystkie możliwe strony świata. Próbuje zapytać kogoś o drogę, ale ludzie chyba biorą go za żebraka, który potrzebuje dwóch złotych na bułkę, bilet albo krople do oczu, więc omijają go szerokim łukiem.

W autobusie nie ma wolnego siedzenia. Godziny szczytu. Stoi więc w miejscu przeznaczonym dla osób obładowanych i słyszy co chwilę, jak automat anonsuje kolejne przystanki. Wszystko nowoczesne, cyfrowe, elektroniczne. Ludzie wsiadają, wysiadają. Z każdą chwilą robi się jeszcze bardziej tłoczno.

Grafikowi wydaje się, że w takim tłoku i w tak dużym mieście spotkanie kontrolera biletów zwanego kanarem musi graniczyć z niemalże kolosalnym pechem. Dziwi go, że właśnie widzi dwóch mężczyzn z aparatami przypominającymi terminale kart płatniczych. Grafik włożył gdzieś swój bilet, zapomniał gdzie. Jeden z kanarów patrzy na niego, jakby Grafik był największym na świecie konfabulantem. A Grafik wie, że ów kanar pewnie był świadkiem najlepszych scen aktorskich, jakie kiedykolwiek widziały oczy pasażerów komunikacji miejskiej. Były i zapewnienia o tym, że się zapomniało, że się właśnie jedzie do rodzącej żony albo do kostnicy, bo ktoś właśnie zmarł, było też udawanie Anglika, a jeśli kanar znał angielski, to Francuza. Grafik ostatecznie znajduje bilet i podaje go kontrolerowi. Mężczyzna odchodzi, bo chwili wysiada razem z drugim.

Wsiada dziecko cygańskie. Chodzi z kubkiem po kawie z automatu za złoty dwadzieścia w porywach do dwa pięćdziesiąt i udaje biedną sierotę. Zagranie niezwykle sprytne, ale on się nie da na to nabrać, o nie, nie. Pamięta, że na Warmii i Mazurach też była taka rodzina, ona piła, on pił, babka była niewiadomo gdzie, a dziadek to już dawno uciekł do nowej żony. Dzieci zbierały po mieście na wódkę, że niby na chleb, na szynkę, na podręczniki. Podręczniki? W maju? Już on wiedział, o jakie podręczniki chodzi. Takie, które można zagryźć ogórkiem kiszonym.

-Rodzice gdzie? - pyta.

Dziecko wyczuwa, co się święci. Obcy mężczyzna zacznie dopytywać, po policję zadzwoni, po straż miejską, albo porwie. Zaczyna więc udawać, że jest nie tylko zwykłą sierotą, ale także sierotą zagraniczną bez znajomości języka polskiego. Przechodzi szybko obok niego mamrocząc coś pod nosem i wysiada z tramwaju na kolejnym przystanku.

Dojechał. Puka do drzwi mieszkania w jednym z bloków. Dzwonek nie działa, o czym informuje przylepiony na nim kawałek białej kartki.

-A, to ty, to ty, dobrze – otwiera mu dwudziestoparoletnia dziewczyna w krótkich spodenkach i czarnej podkoszulce. – Świetnie, że przyjechałeś teraz, bo ja za chwilę będę wychodziła do pracy, więc wiesz. Kluczy bym raczej pod wycieraczką nie zostawiła, cholera wie, ktoś może chodzić i wycieraczki sprawdzać.

Zostawia torby i siada na łóżku. Pokój jest niewielki. Łóżko pod oknem, biurko przy ścianie, dwa regały i niewielka szafa. Pachnie drewnem, kurzem i starymi magazynami. Pukanie do drzwi. Drzwi oczywiście z szybą, za którą niby nic nie widać, oprócz poruszających się kształtów. Nie wiesz jednak, co ten kształt robi, z kim rozmawia, czy jest smutny, czy wesoły. Wiesz tylko, że twój współlokator istnieje, żyje i że jeszcze się nie zaćpał.

-Edek jestem – mówi na oko trzydziestoletni facet podając rękę. Edek pracuje na parę etatów. Trochę dorabia w wielkim sklepie budowlanym. Tam doradza ludziom, jakie wybrać śrubki, kafelki, żarówki, tłumaczy, do czego służy taka wielka rura tam w kącie i dlaczego te panele kosztują aż stówę za metr kwadratowy, choć w internecie jest taniej i to o conajmniej trzydzieści procent.

Edek trenuje też piłkę siatkową z dziwną grupą złożoną z ludzi o różnym statusie społecznym, spotykają się na hali raz w tygodniu. Zrzucają się po dychę i grają. Kiedy nie pracuje w markecie budowlanym i nie gra w siatkówkę z dziwnymi ludźmi, zakłada czarne spodnie, czarną koszulę, myje włosy, używa dezodorantu i wody z kiosku "Ruchu" i pracuje w perfumerii. Doradza facetom i kobietom, jak pięknie pachnieć za dwieście złotych w górę.

-A tamta dziewczyna, co otworzyła drzwi? - pyta Grafik. Edek mówi chętnie, widać, że popala czasami. Grafik czuje zapach skręcanego, taniego tytoniu, który można kupić w paczkach zaoszczędzając w ten sposób kupę forsy. Fajki idą w górę z roku na rok. Edek tłumaczy, że palenie to droga zabawa, inwestycja, w która polega tak naprawdę na tym, że nie inwestuje się w nic konkretnego, tylko fajki, po których potem pozostaje tylko wspomnienie, żółte palce i specyficzny zapach. Do palenia fajek ludzie dorabiają historię, mówi Edek. Sztuka, kultura, relaks, kawa i papierosy, Jim Jarmusch, profile na Facebooku "Seksowna kobieta z fajką". A historii nie ma w tym żadnej. Jem, oddycham, wydalam i palę. To fizjologiczna czynność.

-Marta studiuje – wyjaśnia Edek. Marta w tym czasie trzaska drzwiami i biegnie do pracy.

Dziś w wielkim mieście studenci i studiują i pracują, najczęściej w kelnerstwie, kupiectwie i innych branżach niewymagających większego doświadczenia, a jedynie uśmiechu, szybkości, uczciwości i umiejętności mówienia "hello", "lemon and ice?", a także niemniej ważnego "cash or credit card?". Marta właśnie w ten sposób obsługiwała klientów w jednym z pobliskich artystycznych pubów.

Grafik nie wie, co to jest artystyczny pub. Artystyczne puby, tłumaczy Edek, o których ty nie wiesz, bo nie widziałeś, ale tu ich pełno, polegają na tym, że właściciel nie ma pieniędzy na wykończenie artystycznego pubu, więc zostawia betonową podłogę, ludzie siedzą na fotelach ze śmietnika i z ogłoszeń "oddam fotel za darmo, transport we własnym zakresie". Gdzieś poupychane są książki na regałach, niby dla klientów, ale tak naprawdę nikt ich nie czyta, bo przychodzi się tam pić, gadać i palić (ale tylko na zewnątrz, bo w środku to już od dawna jest zakaz). Klientów obsługuje wydziarany koleś, albo wydziarana laska, mówią do ciebie na "ty", mają wełniane czapki na głowach, wyglądają tak, jakby uciekli z domu w dzieciństwie i proponują piwa, o których w życiu nigdy nie słyszałeś. Czasem organizują kameralne koncerty kapel, które mają po sto fanów na Facebooku. To jest właśnie artystyczny pub. A, i jeszcze jedno. Taki pub musi mieć nazwę zupełnie niezwiązaną z tym, że jest pubem, np. Lumpeks, Skład Pieczywa, Betoniarka, Ściana Cegieł. I w takim artystycznym pubie o zachęcającej, a jednocześnie mrożącej krew w żyłach nazwie "Defibrylator" pracuje po zajęciach Marta.

Grafik idzie do supermarketu po cokolwiek, czym mógłby zapełnić pustą półkę. Półka podpisana jego imieniem. Zasada pierwsza. Nie bierzemy jedzenia z cudzej półki. Zasada druga, jeśli już bierzemy, to przyznajemy się i odkupujemy w ciągu dwudziestu czterech lub czterdziestu ośmiu godzin w zależności od rodzaju produktu. Zasada trzecia, mleko kupujemy na zmianę, bo tu wszyscy piją kawę i herbatę z mlekiem przynajmniej raz dziennie. Więc ty też musisz.

W supermarkecie jest tylu ludzi, ile u niego, w małej miejscowości na Warmii i Mazurach przy okazji świąt Bożego Narodzenia. Słyszał, że ludzie tu nie chodzą na spacery nad Wisłę, ale właśnie do supermarketu. Albo do galerii handlowej. Kolejka przy kasie. Kasjerka krzyczy do kasjerki, czy ma rozmienić i czy pamięta kod na te bułki z nadzieniem. Nie, nie mam karty stałego klienta. Tak, poproszę. Można zbierać punkty, za punkty złotówki. Poproszę torbę za dziesięć groszy. Dziękuję, do zobaczenia ponownie.

W mieszkaniu pusto. Marta w pracy. Edek też w pracy albo gra w siatkę. Już czuje, że to miasto jest dziwne, obce, nieswoje. A może to tylko wrażenie. Kładzie się spać marząc o tym, że tak naprawdę nie jest tutaj, tylko tam, u siebie, w miejscach, które dobrze zna.

2

-Witamy, cieszymy się, że pan do nas dołączył, to pański komputer – kobieta koło czterdziestki trajkocze jak najęta. Naładowana, jakby nawciągała się czegoś. Tu podobno wszyscy wciągają. Tak mówił Jonasz, który tu mieszkał przez jakiś czas. Jonasz naopowiadał strasznych rzeczy. I nagle zderzenie z rzeczywistością warszawską, jest, pierwsza Ćpunka tego miasta, która nie przestaje gadać i ma oczy wielkie jak pięć złotych.

- Zaraz pójdę do kadr, wszystko podpiszemy, załatwimy i będzie cacy, mój drogi panie, strasznie się cieszę, że wszystko wyszło, bo baliśmy się, że umowa, że takie tam inne problemy, ale wszystko po tych trudach się udało, taka przeprowadzka, wie pan, to naprawdę przeżycie, zmiana klimatu, duże miasto, będzie pan zachwycony, a w ogóle będziesz ty zachwycony, bo tu mówimy wszyscy na ty sobie w tej naszej agencji, to standardy z zachodu.

Biurko niewielkie, udaje drewniane, chociaż jest najtańsze z internetu i o drewnie niewiele słyszało, ba, nawet obok niego nie stało, chyba, że całkiem przypadkiem gdzieś w magazynie. Puste szuflady, na blacie ślady po kubku po kawie. Ktoś tu kiedyś pracował, siedział od ósmej do szesnastej, ale z jakiegoś powodu tej osoby już nie ma. Może odeszła, może ją zwolnili, może umarła, może wyjechała, może zaginęła w tajemniczych okolicznościach, by odnaleźć się w Hiszpanii hodując rośliny i prowadząc agroturystykę. Woli nie pytać, nie wnikać. W kącie drugi grafik. Cichy, mówiący niewiele, wpatrujący się tylko w monitor z miną nieprzeszkadzalną, nieznoszącą pytań, odpowiedzi i innych informacji niż te dotyczące maili z działu kreacji.

On nigdy nie był nazbyt rozmowny. Nie zgłaszał się sam do odpowiedzi w klasie, nie poprosił dziewczyny o chodzenie, wstydził się czytać Ewangelię wg świętego Jana służąc do mszy w kościele na Warmii i Mazurach. Ale tamten Cichy to już jest ewidentna przesada. Milczy uparcie i wpatruje się w monitor, zamiast dzwonić woli pisać smsy. Nawet Grafikowi trudno współpracować z takim człowiekiem, spędzać czas w jednym miejscu przez kilka lub kilkanaście godzin dziennie. Każda chwila jest wtedy niezręczna. A potem z biegiem czasu przestaje już taką być, bo jest się dla siebie nawzajem tylko powietrzem i w zasadzie przestaje się wzajemnie zauważać.

Pierwsza Ćpunka warszawska, zapewne wciągająca koks w przerwie obiadowej, oprowadza go po biurze.

- Jeden wielki openspejs – tłumaczy. Po kolei wita się z różnymi pracownikami, dyrektorami, accountami. Każdy z identyfikatorem. Dużo wielkich oprawek okularów. Ludzie z pieniędzmi i poczuciem własnej wartości.

-Jak masz jakiś problem, to w ogóle nie wahaj się pytać. Jesteśmy jednym wielkim zespołem, integrujemy się na wyjazdach i wspólnych wyjściach, pomagamy sobie i w ogóle jest super – opowiada Ćpunka wymachując dłońmi.

Ciekawe, jak jej facet z nią wytrzymuje. No jak? A może nie ma faceta. Grafik słyszał, że w dużym mieście w modzie są związki lesbijskie i gejowskie, słowem: homoseksualne. Społeczeństwo tutaj jest bardzo otwarte i nawet jak coś kogoś bardzo, ale to bardzo dziwi, to udaje, że tak nie jest i prezentuje siebie jako osobę niezwykle tolerancyjną.

-Założymy ci zaraz firmowego e-maila, dobrze by było, jakbyś go sprawdzał nawet w sobotę i niedzielę, bo centrala może coś napisać. I dostaniesz identyfikator, żeby przejść przez bramki. Pracujemy do siedemnastej, ale oczywiście, masz świadomość, że koniec projektu, dedlajn, klient się spieszy, my mamy zakontraktowane w umowie, trzeba się spiąć. Ale to nieczęsto. No dobra, czasem się zdarza, ale da się przeżyć. Manager zamawia wtedy pizzę dla zespołu i jest kawa za darmo. Jako szeregowy pracownik nie masz obowiązku uczestniczenia w zebraniach zarządu, ale zespołu już tak, ale to dostaniesz maila albo zadzwonię. W ogóle dzwoń, kiedy chcesz. Tylko nie w weekend, bo w weekend to imprezujemy i spędzamy czas z rodziną. Chyba, że projekt, to wtedy nie ma nic w życiu ważniejszego od projektu. Projekt, kochany, mój słodki, projekt. Projekt to świętość, nasze bóstwo niezmierzone.

W mieszkaniu cisza. Edek gdzieś, jak zwykle. Marta chyba na spotkaniu z koleżankami. Słuchać tylko tupanie czyichś stóp piętro wyżej. Ktoś nalewa wody do wanny. Ktoś głośno się śmieje, ktoś kaszle. Słychać radio albo telewizję. Nie wiadomo. Jakieś medium elektroniczne. On nawet nie ma radia. Ma komputer i internet. W internecie wszystko. Ale poza pracą nie lubi szperać w komputerze.

Chociaż, jak zdradziła Ćpunka warszawska, w dużym mieście dobrze jest też mieć fejsbuka. Bo fejsbuk jednoczy ludzi. Ale on nie lubi, bo jego zdaniem, najważniejszy jest kontakt twarzą w twarz. O ile ma się znajomych. A jeśli nie ma się znajomych, to siedzi się samemu w wynajmowanym mieszkaniu, w którym wynajmuje się pokój.

Grafik postanowia jednak, że tego wieczoru nie będzie sam. Chce zobaczyć, jak to miasto wygląda wieczorem, nocą, kiedy nie jest oświetlone światłem słonecznym i znika z niego cały blichtr. Zostają nocne światła i zmęczeni ludzie.

W Defibrylatorze zaskakująco pełno ludzi. Nie przypomina sobie, by w jego niewielkiej miejscowości na Warmii i Mazurach było podobnie. Knajpy i lokale zamykano tam dość wcześnie. Przychodziło się głównie na pizzę, chyba, że był piątek i tak zwana dyskoteka. Czekało się na nią cały tydzień. On na nią specjalnie nie czekał, bo bardzo nie lubił głośnej muzyki i pijanych ludzi. Za barem Defibrylatora stoi Marta. Rozmawia z klientem w garniturze.

-O, cześć. Fajnie, że przyszedłeś. Tu właśnie pracuję. Poznaj Romka, Romek jest doradcą klienta w banku, znamy się jeszcze z poprzedniej pracy.

Romek w swojej elegancji zupełnie nie pasowuje do tego miejsca. Otoczenie jest raczej swobodne. Ludzie w dresach wyjściowych, albo dżinsach. Siedzą na wielkich kanapach albo drewnianych zydlach. Zamiast stołów – stare skrzynki albo palety. W tle cicha muzyka, a jakże, alternatywna.

-Boże, jeszcze cztery godziny – marudzi Marta, nalewając mu piwo. – Masz, dyszka.

Dyszka? Za dyszkę wypiłby conajmniej ze dwa piwa na Warmii i Mazurach. Za co ma płacić? Za skrzynki zamiast stołów, za stare plakaty wiszące na ścianie, czy za obecność tego Romka, co pracuje w banku i nosi garnitur nawet siedząc w tej dziwnej, brudnawej knajpie? Płaci.

-Ciężki dzień, serio, ciężki dzień – zagaduje Roman. Siedzą razem przy barze, Marta szuka dla wybrednej klientki czeskiego piwa, które ma być nie za mocne, nie za słodkie i nie za gorzkie. – Śrubują wymagania, sprzedawać więcej kredytów, kart kredytowych, zakładać więcej kont. Jak nie spełnisz, nie masz premii, a premia i tak słaba.

Grafik pije powoli piwo słuchając Romka i zastanawia się, czy mu współczuje. Roman ma przecież świetny garnitur i robotę w renomowanym banku. Każdy narzeka, nawet jeśli zarabia mnóstwo pieniędzy i ogólnie daje radę. Nawet tu, w tym mieście, w atmosferze wielkiego sukcesu nie wypada nie mieć problemów i powodów do niezadowolenia z wykonywanej pracy.

-A ty, co robisz na co dzień?

-Grafikiem jestem, w agencji reklamowej.

-Wow, to jest super! I co, fajnie? Jest tak, jak na filmach i w serialach?

Grafik nie wie, jak jest na filmach, bo nigdy nie oglądał filmów i seriali o agencjach reklamowych. Lubi sensacyjne, takie, na których strzelają, zabijają, jest intryga, mafia, narkotyki. Kiedy natomiast widzi, że na filmowym kanale emitują coś innego, to wyłącza telewizor i idzie spać.

-Nie wiem, dopiero zacząłem – odpowiada. Romek wygląda na nieco zawiedzionego. Spodziewał się barwnych zakulisowych historii o kreatywnych kampaniach, które śledzi codziennie w telewizji i prasie dla mężczyzn.

-Siema, cześć – pojawia się Jerzy, właściciel knajpy. Klepie Romana po plecach. Ma na oko czterdziestkę, przepity i przepalony głos, kilkudniowy zarost. Wygląda tak, jakby nie zajmował się niczym innym przez ostatnich kilkadziesiąt lat, tylko przesiedywaniem właśnie w takich knajpach jak Defibrylator w otoczeniu kumpli, papierosów i alkoholu. – Wpadnijcie za tydzień, będzie fajny zespół z Wielkiej Brytanii, moi znajomi. Taki rock w połączeniu z dubstepem.

Grafik nie wie, co to jest dubstep. Postanawia, że przyjdzie. Popatrzy, posłucha. Może czegoś się dowie. Jerzy zaczyna mówić o swojej córce, która ewidentnie jest jego oczkiem w głowie i "matce swojego dziecka", o której zdecydowanie nie można już tego powiedzieć.

-Matka mojego dziecka kupiła obrzydliwą kanapę. Chyba ją tu wstawię. Kanapę, oczywiście, a nie matkę mojego dziecka – mówi Jerzy.

-Kim jest matka twojego dziecka? - pyta Grafik. Roman zaczyna chichotać.

-Matka mojego dziecka jest matką mojego dziecka. Żoną, znaczy się. Ale bycie matką mojego dziecka jest jej głównym zajęciem i zasługą. Żoną to ona jest w dziesięciu procentach. Nie licz, człowieku na to, że cię wesprze i pocieszy. Nic z tych rzeczy. Ciągle tylko "rzuć tę knajpę" i "rzuć tę knajpę". Gdyby nie kobiety, większość mężczyzn na świecie byłaby milionerami, mówię wam.

-Ej, zróbmy sobie selfi – krzyczy Roman i robi zdjęcie swoim telefonem komórkowym.

Grafik się krzywi. Ma nadzieję, że się na to nie załapał. I nie wyląduje na cudzym fejsbukowym wallu z dopiskiem "zajebista impreza w Defibrylatorze z zajebistymi ludźmi" albo "trzeźwieję, ratunku, pomocy".

Cichy z biurka obok nadal się nie odzywa. Grafik idzie do automatu z kawą.

- Nie umiesz czytać? Automat nie wydaje reszty – mówi Filip i kręci oczami.

Filip to typ skurwysynka. W każdym korpo trafia się taki skurwysnek lub rasowa skurwysynica, mówił kiedyś Jonasz. To taki typ człowieka, co się zastanawiasz, jak ktoś taki może być przez kogokolwiek lubiany. Zawsze jest miły dla szefa, a jak ciebie nie lubi, to da ci to jasno do zrozumienia już na samym początku, mimo, że jedyna rzecz, jaką jemu lub jej powiedziałeś było "cześć, co słychać".

-Nie wiedziałem.

-To już wiesz. A na przyszłość, maile z niedyspozycjami mają trafiać do mnie. Jestem kierownikiem twojego projektu – Filip odchodzi. Wygląda na zadowolonego z siebie. Grafik mruga oczami patrząc na Filipa.

Pierwsza Ćpunka warszawska podskakuje do automatu.

-Kawy, kawy!! - krzyczy rozemocjonowana. – Poznałeś już Filipa? To dobrze, on tu jest od spraw grafikowych, hjuman resorses i tak dalej, kieruje waszym projektem. Bardzo fajny człowiek. Ej, uśmiechnij się, rozchmurz, dopiero środa!

Po pracy wizyta w galerii handlowej. Wszystko błyszczy. Jakaś kobieta psika na niego próbką ostro pachnącego zapachu.

-Próbował już pan? - zagaja.

Odchodzi. Nie chce wdawać się w nią dyskusję, bo boi się, że jeszcze go przekona i zmusi do kupienia buteleczki czegoś zupełnie niepotrzebnego za sto czterdzieści dziewięć złotych. A Grafikowi, choć wstyd mu to przyznać przed samym sobą, ciężko jest odmawiać i zawsze ma wrażenie, że mówiąc "nie" sprawia komuś ogromną przykrość. Edek na pewno nie jest taki sztuczny i nachalny.

Zagląda do jego perfurmerii. Sporo ludzi. Edek pokazuje wody toaletowe pięćdziesięcioletniemu biznesmenowi. A proszę bardzo, tu taka za pięćset, bardzo popularna, proszę, proszę, psiknę panu na papierek, proszę powąchać i jak, pasuje? To może coś za sześćset trzydzieści, też się dobrze sprzedaje, podobno korzysta z tego Brad Pitt i jeden z żyjacych mężów Elizabeth Taylor, nie pamiętam już który, świetny zapach, utrzymuje się bardzo, bardzo długo i wystarczy tylko kropelka.

Biznesmen chce się zastanowić, przemyśleć, powąchać, zapytać swoją córkę, kochankę albo prostytutkę, trudno stwierdzić, kim ona tak naprawdę dla niego jest, bo na oko ma dwadzieścia lat, długie nogi, wielki dekolt do samej ziemi i podejrzanie się uśmiecha. Nie uśmiecha się jak córeczka tatusia, raczej jak wyrachowana sucz, która za nieograniczony dostęp do gotówki gotowa jest rozchylać usta i uda w sposób równie nieograniczony.

-A ty jako klient czy współlokator? - Edek puszcza oko do Grafika. Wygląda dziwnie, taki elegancki. Kiedy jest w mieszkaniu, a tak zdarza się rzadko i przez chwilę, chodzi w starym dresie, rozciągniętym t-shircie z napisem "król browaru" i każdy włos ucieka w swoją stronę.

-Przypadkowy przechodzień – mówi Grafik.

-No widzisz, ruch taki, jak na Marszałkowskiej, ale przynajmniej płacą nienajgorzej. Klientela też do zniesienia.

Podchodzi drugi elegancki mężczyzna z plakietką. Edek sztywnieje i zmienia ton głosu.

-Tak jak wspominałem, dla pana idealny byłby ten zapach, jest delikatny, a jednocześnie silnie męski i pobudzający płeć przeciwną. Trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć złotych. Proszę to potraktować jako inwestycję, proszę pana. Wielu klientów przychodziło potem do mnie i mówiło, że rzeczywiście dobrze działa na kobiety, poza tym jest niezwykle subtelny i elegancki, w sam raz dla człowieka sukcesu.

Mężczyzna z plakietką mija Edka i Grafika, idzie dalej.

-Sorry – mówi Edek. – Nie wolno nam tu rozmawiać na tematy prywatne.

-Przepraszam, niepotrzebnie zawracam ci głowę.

-Co ty, nie zawracasz. Jeśli chcesz, możesz sobie coś wybrać. Na kartę pracowniczą mam dwadzieścia procent zniżki.

Grafik próbuje różnych zapachów, psika na papierki, wącha, rozpryskuje w powietrzu, na nadgarstek. Obserwuje ludzi. Zachowują się tak, jakby niczego innego przez ostatnie lata nie robili, tylko kupowali zapachy za setki złotych.

W końcu nie decyduje się na nic. Kupowanie takich zapachów wydaje mu się fanaberią. Żegna się z Edkiem, który doradza tym razem tej suce-materialistce od biznesmena.

Kolejne stoisko. Jedno ciastko za 10 zł. Małe czekoladki na wagę. Świątynia rozpusty. Każdy wygląda tak, jakby było go stać na wszystko, co tu sprzedają. A niektórzy tak naprawdę przychodzą tylko popatrzeć, powąchać, poczuć, uszczknąć trochę z tego kolorowego świata. Pięknego, szczęśliwego, gdzie najwyższym priorytetem jest dobrze się ubrać, wyglądać, umalować, kupić najlepszy telewizor w sklepie agd-rtv, mnóstwo książek, które w internecie można dostać sto razy taniej, błyszczący wisiorek, kupić kawę za 20 zł i szorować z nią od początku korytarza aż do końca, bo do sklepów przecież z kawą nie wpuszczają, żeby wszyscy widzieli.

Taki cudowny i beztroski jest ten galeryjny świat.

Tam nie ma problemów, nieszczęśliwej miłości, raka i porażenia mózgowego, biedy, głodu i niepomalowanych ścian. Wszsytko jest za szkłem, marmurem, pachnie, wygląda i całe się śmieje. Zostań, woła. Nie wychodź, tu znajdziesz spokój. A oni, co chodzą po tej galerii, doskonale wiedzą, że świat wcale tak nie wygląda. Wiedzą, że to jest iluzja, ale przez tych kilkadziesiąt minut, parę godzin, chcą jednak czuć, że takie właśnie jest ich życie.

I przychodzą. I patrzą. I wydają. I śledzą, obserwują, wąchają, smakują. Jeżdzą góra-dół, po schodach ruchomych, wysłuchują komunikatów z głośników. To sposób na niedzielę, na każdy dzień wolny od pracy, można zabić czas, kupić coś w promocji. Może nowy wałek, nową łyżeczkę, nowe spodnie. Ej, kupmy coś. Kupmy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Miastogwałt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie