Zdążyć z miłością

Zdążyć z miłością

Autorzy: Beata Majewska

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.90 zł

Czy można zwlekać z miłością? 

Trzydziestoletnia Olga jest kobietą wykształconą, majętną i atrakcyjną. Zmagając się z życiowymi problemami – chorobą i miłosnymi niepowodzeniami – stara się nie okazywać uczuć. Ale to tylko gra pozorów. Kiedy poznaje Kamila, samotnego ojca ośmioletniej Faustyny i czteroletniego Maksia, niespodziewanie odkrywa miłość. Zakochuje się w mężczyźnie z wzajemnością. Dzieci Kamila całym sercem akceptują Olgę, a ona sama dostrzega w nich dar od losu. Wkrótce para się pobiera, ale czy nowa rodzina wypełni miłością puste miejsca w sercu Olgi? 

WROCŁAW 2017

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografie na okładce

© Africa Studio/Fotolia

© kvdkz/Fotolia

© goodween123/Fotolia

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Publicat S.A. MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-245-8293-8

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Parę lat później...

Rozdział 1

Stuk, stuk. Stuk, stuk...

Obcasy wybijały idealnie równy rytm o posadzkę i choć Olga nie patrzyła pod nogi, bo zajęta była przeglądaniem oferty na nowe meble do swojego gabinetu, nawet na centymetr nie zboczyła z kursu. I nie zeszłaby z niego do końca, aż do drzwi z tabliczką informującą, że tu urzęduje CEO of LABBE magister Olga Becker, gdyby nie zapomniała o szklanym przepierzeniu, które kiedyś rozdzielało długi korytarz na dwie części. Nie weszła w nie, bo od pół roku już go nie było. Niestety ktoś z ekipy remontowo-budowlanej zapomniał zdemontować metalowy element przytrzymujący jedno z nieistniejących skrzydeł i cieniutki obcas zgrabnego bucika Olgi wbił się w sam jego środek.

– Niech to szlag! – zaklęła, bo tylko trochę brakowało, a leżałaby jak długa.

Wysunęła stopę z buta i przykucnęła. Próbowała wyszarpać obcas z idealnie okrągłego otworu, ale tkwił jak przyspawany. Gdy w końcu udało jej się uwolnić but, była zmęczona jak po treningu kardio. Okolicznością łagodzącą dla tej bardzo kiepskiej formy fizycznej był fakt, że właśnie dzisiaj Olga pierwszy raz stawiła się w pracy, na dodatek zaledwie dwa tygodnie po dosyć ciężkiej chorobie i zabiegu operacyjnym.

– I po bucie – jęknęła, oceniając straty fachowym okiem.

Rzeczywiście, elegancki but ulubionej marki bohaterek serialu Seks w wielkim mieście przedstawiał żałosny widok. Czarna lakierowana skóra tuż nad flekiem obcasa kompletnie się zdarła, a szarpanie spowodowało, że drapieżna i seksowna szpilka zamieniła się w balerinę z wysoko zadartym nosem.

Olga pokuśtykała do jednego z krzeseł stojących pod ścianą i usiadła. Właśnie zaczęła rozmyślać, czy lepiej będzie urwać też drugi obcas, czy może jednak rozważyć skorzystanie z pomocy jakiegoś szewca, który zająłby się tym ciężkim, o ile nie beznadziejnym przypadkiem, gdy ujrzała przed sobą wyciągniętą rękę dzierżącą katalog mebli, czyli współwinnego nieszczęścia.

– Wypadło to pani. – Dziewczynka położyła folder na krześle obok.

– Dziękuję. – Olga podniosła wzrok na dziecko.

Stała przed nią dosyć pulchna, ale na pewno nie gruba, śliczna bruneteczka z uroczymi warkoczykami. Na oko mogła mieć jakieś siedem lat. Uśmiechała się wesoło, a jej lewy policzek ozdabiał mały dołek.

– Odłamał się? – Dziewczynka zerknęła pytająco na szpilkę.

– Obawiam się, że tak.

– I co teraz?

– Chyba je wyrzucę. Trochę szkoda, bo wczoraj kupione. – Olga lekko wzruszyła ramionami i odłożyła oba buty na to samo krzesło, na którym leżał folder. – Nawet gdy naprawią obcas, but już nigdy nie będzie stabilny.

– Uhm – mruknęła mała, po czym nieśmiało przysiadła na wolnym krześle po lewej stronie. – Jak wrócisz do domku? Na bosaka? – Zachichotała, bezwiednie przechodząc na ty.

– Mam w biurze zapasowe buty. A tak w ogóle, co tu robisz sama? – zainteresowała się Olga, bo ostatnie, najcichsze piętro budynku laboratorium wypełniały wyłącznie biura administracji.

– Nie jestem sama. Tatuś poszedł odebrać wyniki i kazał mi poczekać tutaj.

– Rozumiem. – Olga czuła się dziwnie, gdy mała siedziała tak blisko i badawczo wlepiała w nią czekoladowobrązowe oczy ocienione gęstymi rzęsami. – Jestem Olga Becker – przedstawiła się i wyciągnęła rękę, bo nic innego nie przyszło jej w tym momencie do głowy.

– A ja jestem Faustyna Polska – odpowiedziała bardzo poważnym tonem dziewczynka i z równym namaszczeniem uścisnęła dłoń Olgi. – Dla przyjaciół Fisia, Fiśka albo Fausia. Jak wolisz. Możesz też mówić mi Faustyna. To piękne, ale bardzo długie imię, bo składa się aż z trzech sylab. Bardzo niepraktyczne, no ale przecież imienia się nie wybiera. Rodziców też – dodała i nagle nerwowo zachichotała, jakby powiedziała coś bardzo niestosownego. – Mój brat ma na imię Maksymilian. Jeszcze gorzej, bo więcej liter. Ale na szczęście na niego można mówić Maksio. Albo Maksiur, ale to gdy mnie wnerwi, a kiedy Sabinki mówią na niego Maksik, wtedy się strasznie wkurza, bo brzmi, jakby sikał. Nasze imiona są po świętych. Moje po Faustynie Kowalskiej, a Maksia po Maksymilianie Kolbem.

– Aha. – Olga wytrzeszczyła oczy, uniosła brwi i na moment popadła w lekki stupor.

– Ten Maksymilian Kolbe miał jeszcze na imię Maria. Pewnie po Matce Boskiej. A twoje? – Faustyna przechyliła głowę i taksowała Olgę świdrującym wzrokiem.

– Moje co?

– Imię. Od kogo pochodzi twoje imię? – zapytała. – Od jakiej świętej?

Stwierdzić, że Olga Becker zbaraniała, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Jej rodzice jeszcze za młodu wystąpili z Kościoła katolickiego, jawnie głosili, że są ateistami, a gdy w ich „bezbożne” szeregi zawitała córka, postanowili, że wychowają dziecko dokładnie w takim samym świeckim duchu. Skąd miała wiedzieć, czy kiedyś żyła jakaś jej imienniczka obwołana po śmierci świętą?

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia – wyznała po chwili namysłu.

– Musisz spytać mojego tatę. On na pewno wie. – Faustyna poklepała ją krzepiąco po ręce. – Ile masz lat? Bo ja osiem, a Maksio cztery.

Olga odetchnęła z ulgą. Przynajmniej na to pytanie znała prawidłową odpowiedź.

– Za tydzień skończę trzydzieści.

– Dużo. – Dziewczynka lekko zmarszczyła nos. – Ale nie tragicznie.

– Ile to jest tragicznie? – spytała Olga, rozciągając usta w uśmiechu, bo ta rozmowa nieoczekiwanie zaczęła ją bawić.

– Nie wiem. Chyba czterdzieści.

– Hm... Skoro tak uważasz.

– Masz raka?

– Słucham?! – Olgę zamurowało z wrażenia.

– Oj. Nie chciałam ci sprawić przykrości. – Faustyna wyraźnie się stropiła. Wyciągnęła szyję i szybciutko cmoknęła policzek Olgi. – Przepraszam. Tata mówi, że czasami jak coś palnę, a nie nabiję... Przepraszam, nie gniewaj się.

– Nie gniewam się – wykrztusiła z trudem Olga. – Powiedz, dlaczego mnie o to spytałaś?

– Ale masz raka?

– Kiedyś byłam chora, ale już wyzdrowiałam.

– O, jak dobrze! – Dziewczynka podskoczyła na krześle, wyraźnie ucieszona. Jej oczy natychmiast odzyskały blask, a w policzku znów pojawił się dołeczek.

Olga nachyliła się, żeby lepiej widzieć Faustynę. Nie miała pojęcia, co sprawiło, że sama z siebie wzięła małą za rękę i ścisnęła jej pulchną dłoń. Przecież nie lubiła dzieci. Wręcz nie znosiła. Według niej wszystkie dzieciaki były hałaśliwe i irytujące, ale nie to było najgorsze. To, co najbardziej ją odstręczało od dzieci, to nuda. „Dzieci są nudne i przewidywalne” – twierdziła. Tymczasem ta dziewczynka była naprawdę wyjątkowa, bo najwyraźniej temu przeczyła.

– Dlaczego to cię tak ucieszyło? – spytała szczerze zainteresowana.

– Rak to straszne świństwo. A gdzie go miałaś?

– Miałam guza, nie raka. O, tu. – Wskazała miejsce wolną ręką.

– Nie miał zbyt wiele miejsca – zachichotała Faustyna, patrząc na płaski brzuch Olgi ukryty pod czarną obcisłą dzianiną. – No, chyba że ci go wycięli razem z brzuchem.

– Z całym brzuchem nie, ale zabrali trochę. A skąd wiedziałaś, że byłam chora? – spytała.

– Bo masz perukę. Jak ci, co mają raka.

Gdy tylko Fisia skończyła mówić, Olga od razu bezwiednie poprawiła włosy. Myślała, że nikt nie zauważy, a tu proszę: pierwszy dzień w peruce i już. Została zdemaskowana przez ośmiolatkę! Zerknęła na prawą dłoń, żeby stwierdzić, że ciągle jeszcze ma siniaka po wenflonie, ale akurat tym się nie przejmowała. Gorszy był ślad po wkłuciu centralnym. Właśnie dlatego włożyła czarny golf.

– Serio, tak od razu widać, że to nie moje włosy? – Olga szczerze się przejęła, bo peruka, choć z syntetycznych włosów, sporo kosztowała. – Jest bardzo podobna do mojej fryzury sprzed leczenia. Myślałam, że nikt nie zauważy – wyjaśniła nieco zmartwiona.

– Nie. Jest bardzo ładna. I prawie jak naturalna – pocieszyła ją natychmiast Faustyna. Chciała wytłumaczyć, że kiedyś też nosiła perukę i dlatego zwróciło to jej uwagę, gdy nagle usłyszały za plecami:

– Fiśka! Wszędzie cię szukam!

Zajęte rozmową nie zauważyły, kiedy podszedł do nich jeszcze jeden niespodziewany gość.

– Tatuś! – Dziewczynka zerwała się z krzesła, objęła mężczyznę i mocno ścisnęła w pasie. – Czemu tak długo cię nie było? – Popatrzyła na niego, zadzierając głowę.

– Szukam cię od kwadransa – stwierdził z wyrzutem przystojny blondyn. W jego głosie pobrzmiewały jednocześnie ulga, że dziecko się znalazło, i złość na nie, bo przecież to nic miłego biegać po całym budynku w poszukiwaniu niesfornej córeczki.

– Kazałeś mi tu czekać. Powiedziałeś: „Idź na korytarz i poczekaj”. A to n i e w ą t p l i w i e jest korytarz – orzekła z emfazą, używając słówka, którego ostatnio się nauczyła i które nazbyt często powtarzała.

Olga parsknęła śmiechem, od razu skupiając na sobie uwagę mężczyzny. Zerknął na nią, ale szybko znów nachylił się nad dzieckiem i spytał:

– Kazałem ci iść na trzecie piętro?

– Chyba nie. – Faustyna wzruszyła ramionami. – Ale najważniejsze, że mnie znalazłeś. Po co ta awantura? Stres skraca życie, a ty nie rób mi wstydu. Poza tym byłam zajęta, rozmawiałam z kimś. – Odkleiła się od ojca i popatrzyła na nową znajomą. – To Olga. Moja koleżanka.

– Kamil Polski. – Mężczyzna lekko skłonił głowę.

„Dobrze wychowany, pierwszy nie pcha ręki” – skonstatowała w myślach Olga. Uniosła się z krzesła i wyciągnęła prawą dłoń.

– Olga Becker. Miło mi poznać tatę Faustyny. – Uśmiechnęła się do mężczyzny.

Od razu wpadł jej w oko. Był jej wzrostu lub ciut niższy, ale, prawdę mówiąc, rzadko który mężczyzna górował nad Olgą i jej metrem osiemdziesiąt wzrostu. Jeśli chodzi o sylwetkę, zbyt wiele nie mogła zauważyć pod nieco obwisłym i grubym swetrem, ale na pewno pan Polski nie miał wydatnego brzuszka. Za to patrzył na świat najpiękniejszymi oczami, jakie Olga kiedykolwiek widziała u mężczyzny. Jego tęczówki były jasne, błękitnoseledynowe, otoczone cienką obwódką w bliżej nieokreślonym rdzawym odcieniu. Gdy się w nie wpatrywała, na ich dnie coś zdawało się migotać, zupełnie jak promienie słońca przenikające wodę górskiego strumyka płynącego wartko po drobnych kamyczkach.

– Tatusiu, bucik Olgi się zepsuł. I co teraz? – Faustyna przerwała jej kontemplację urody pana Polskiego.

– Ach, no tak. – Olga natychmiast puściła dłoń mężczyzny. – Faktycznie, złamałam obcas. – Zagryzła wargi, zawstydzona, że tak długo trzymała rękę ojca Faustyny i gapiła się nań jak cielę na malowane wrota.

– Proszę pokazać.

– Już.

Kamil przez chwilę oglądał uszkodzony but, później sięgnął po drugi, jeszcze raz wrócił do poturbowanego obcasa wiszącego na wąskim paseczku skóry i wyraźnie się skrzywił. Nie wyglądało to dobrze, ale przecież nie był głupi i zdążył zauważyć, że buty musiały sporo kosztować. Akurat w tym przypadku naprawa miała sens, w przeciwieństwie do reperacji butów Fiśki czy Maksia, które szybko lądowały na śmietniku, bo tylko tam się nadawały po pół roku żywiołowej eksploatacji.

– Chyba znam niezłego szewca. Nomen omen, urzęduje na Szewskiej. – Popatrzył na Olgę i zaśmiał się ze swojego żartu, choć nie zakończył go żadną sensowną puentą, bo takiej po prostu nie było. – Żona kilka razy zaniosła tam moje buty do podzelowania. Będzie pani zadowolona – oznajmił, wręczając Oldze szpilki. – Niestety nie mam przy sobie numeru telefonu do tego pana, ale mam w domu, zapisany w notesie. Zaraz dam pani wizytówkę. Oczywiście moją, nie tego szewca – dodał, sięgając do tylnej kieszeni spodni po portfel. Przez chwilę w nim szperał, aż w końcu wyjął sfatygowany kartonik. – Prawie wszystko nieaktualne, ale nazwisko się zgadza, a mój numer znajdzie pani z tyłu – oświadczył, wkładając wizytówkę do wnętrza uszkodzonej szpilki. – Proszę o telefon za jakieś trzy godziny. Będę już w domu.

– Mam do pana zadzwonić? – Olga uniosła brwi.

Zdziwiło ją zachowanie mężczyzny. W zasadzie nigdy nie dzwoniła pierwsza do żadnego faceta, ale szybko uznała, że Kamil na pewno nie zalicza się do grona chętnych, żeby pójść z nią na randkę czy zawlec do łóżka. Poza tym miał żonę.

– No tak. – Pokiwał głową. – Może też pani wysłać SMS-a, odpiszę.

– E... bardzo dziękuję. To może SMS będzie lepszy.

– Proszę wybaczyć, ale trochę się spieszymy. – Znów skłonił głowę.

– Przepraszam, już pana nie zatrzymuję. – Uśmiechnęła się blado, wyraźnie zawstydzona nagłym zakończeniem spotkania. – Trzymaj się, Faustynko, miło było cię poznać – powiedziała ciepło do dziewczynki.

– Mnie też było miło. – Mała obdarzyła ją „dołeczkowym” uśmiechem. – Pa, pa.

– Do widzenia – dodał Kamil.

Chwilę później Polscy dotarli do schodów i wtedy Faustyna obróciła się i pomachała ciągle stojącej na korytarzu Oldze.

– Ona jest bardzo miła – powiedziała do ojca, gdy szybkim krokiem przemierzali parking przed budynkiem laboratorium.

– Fisiu, nie możesz tak biegać, gdzie chcesz i zaczepiać obcych osób – strofował ją Kamil. – To niegrzeczne i niebezpieczne.

– Olga nie jest obca. Przecież ją znamy – odparła niezrażona Faustyna.

– Tak, znamy. Pięć minut – westchnął Kamil.

Mimo to musiał przyznać, że nawet te kilka minut wystarczyło, żeby dokładnie się przyjrzeć nowej znajomej córki. N i e w ą t p l i w i e była atrakcyjną kobietą: smukła czarnula, może ciut za szczupła jak na swój wzrost, z twarzą jak u porcelanowej lalki i prawie czarnymi oczami spoglądającymi bystro i przenikliwie. Jednak to ustami najbardziej go urzekła. Ich kształt, pełność warg, karminowy kolor od razu rzuciły mu się w oczy. „Niestety, poza zasięgiem. Piękna, ale n i e w ą t p l i w i e za wysoka. Nawet boso niezła z niej żyrafa, a co dopiero w szpilkach” – uznał w myślach Kamil.

– Wiesz, że Olga nie zna swojej świętej? – spytała Faustyna, zajmując miejsce na tylnym siedzeniu.

– Hm... Ja chyba też nie kojarzę żadnej świętej Olgi. – Kamil zmarszczył czoło. – Ale mogę sprawdzić w Internecie. A teraz jedziemy po Maksia, później do McDonalda, jak wam obiecałem, a na koniec odwiedzimy mamę. Pasuje ci ten plan?

– Pasuje! – odkrzyknęła uradowana Faustyna, bo tata tylko dwa razy w roku dawał się namówić na wizytę w tej restauracji serwującej najpyszniejsze jedzonko na świecie, jak uważała.

– To w drogę!

Olga jak zawsze wróciła do domu dopiero pod wieczór. Rzuciła torebkę na podłogę, płaszcz wylądował na oparciu kanapy, a ich właścicielka padła jak kawka na skórzane siedzisko. Ułożyła się wygodnie, wsparła głowę o podłokietnik i nie zzuwając butów, oparła nogi o niską ławę.

Sięgnęła po pilota i przez chwilę bezmyślnie skakała po kanałach, ale nic jej nie zainteresowało. W końcu zatrzymała się na jakimś programie informacyjnym, żeby cokolwiek rozbijało tę okropną ciszę panującą wokół. Mówi się, że dźwięki są czyste lub mają brudne brzmienie, są łagodne albo ostre i bolesne. Olga do tego repertuaru mogła dodać coś jeszcze. Czasami miała wrażenie, że w jej rodzinnym domu cisza ma zapach stęchlizny.

Schyliła się i podniosła torebkę, odnalazła telefon oraz wizytówkę Polskiego i opadła z powrotem na kanapę. Może to było śmieszne, ale już od godziny zastanawiała się, czy napisać SMS-a w sprawie superszewca z Garncarskiej, czy też samej spróbować go jutro odnaleźć. „Przecież to nie najdłuższa ulica w mieście – dumała, wpatrując się w pożółkły kartonik. – Becker, nie zachowuj się jak idiotka. To nic nadzwyczajnego: koleś dał ci wizytówkę, więc napisz tego cholernego SMS-a i nie cuduj – ochrzaniła się w duchu, a za moment znów napłynęło pytanie: – A jeśli to jakiś świr?”.

Była na siebie zła. Jak zawsze, gdy coś ją zafrapowało, a tak właśnie było, chciała od razu wiedzieć jak najwięcej. Po dziwnym spotkaniu z jeszcze dziwniejszą dziewczynką Olga wróciła do swojego biura, w komputerze odnalazła kartotekę Faustyny oraz, co jeszcze bardziej zaskakujące, jej taty Kamila, i przeanalizowała wszystkie badania, które ta tajemnicza dwójka z zadziwiającą regularnością robiła od ponad czterech lat.

Co trzy miesiące przychodzili oboje. Na zleceniu małej powtarzały się w kółko te same badania: morfologia krwi, białko CRP i odczyn Biernackiego, jej ojciec z kolei robił różne: i te podstawowe, jak morfologia, i bardziej specjalistyczne, na przykład TSH, próby wątrobowe czy poziom trójglicerydów; ale jedno je łączyło: zarówno mała Faustyna, jak i Kamil Polski byli zdrowi jak ryby.

Właśnie wtedy pomyślała pierwszy raz: „A może to jakiś świr?”. Owszem, zdarzali się klienci, którzy co tydzień przychodzili na morfologię, bo była tania, a uspokajający wynik otrzymywali natychmiast i prawie zawsze prawidłowy, ale hipochondria rozciągnięta na własne dziecko? Swego czasu Olga interesowała się różnymi odchyleniami od normy, czytała o zastępczym zespole Münchhausena, ale nie znała osobiście takiego przypadku. Nie mieściło jej się w głowie, żeby świadomie i niepotrzebnie narażać dzieciaka na stres, bo przecież to nic miłego mieć pobieraną krew. A czemu tylko Faustyna? A nie ten Maksio? I co na to żona tego dziwacznego kolesia?

Rozważała też jakąś odmianę kancerofobii ze względu na zaskakującą wiedzę dziewczynki o skutkach chemioterapii. Żeby dojść do jakichkolwiek wniosków o Polskim, przeanalizowała również wizytówkę. Niestety, nic nie odkryła poza dwoma przekreślonymi adresami mailowymi i informacją po angielsku, że inżynier Kamil Polski pełnił obowiązki kierownika działu o tajemniczym numerze XR453EE. Po dogłębnym sprawdzeniu obu adresów okazało się, że wskazują na domenę jakiejś zagranicznej firmy zajmującej się tworzeniem specjalistycznego oprogramowania dla wojska. „Pewnie go zwolnili i zaczęło mu odbijać. Albo zaczęło mu odbijać i dlatego go zwolnili” – wysnuła naprędce dwa różne, choć dosyć jednoznaczne wnioski.

Właśnie dlatego się wahała. No i jeszcze te imiona! Kto to widział, żeby dać dziecku na imię Faustyna? Nie trzeba mieć szczególnie rozwiniętej wyobraźni, żeby wiedzieć, jaki los czeka dzieci o takich bardzo rzadkich i oryginalnych imionach. Z reguły były przyczyną ciągłych drwin i prześladowań każdego Mściwoja, Ścibora, Eurydyki czy jak w tym przypadku – Faustyny. I to już od przedszkola.

Kusiło Olgę, żeby zadzwonić do Dorotki, jedynej osoby z laboratorium, która była z nią na ty i na dodatek pobierała materiał do badań, więc na pewno co najmniej kilka razy, o ile nie kilkanaście, miała możliwość porozmawiania z Polskim i jego córką, ale trochę się wahała. Pewnie usłyszałaby mnóstwo informacji, mniej lub bardziej prawdziwych, bo Dorotka stanowiła swoistą wewnętrzną rozgłośnię BBC krakowskiego oddziału sieci laboratoriów LABBE, ale to była broń obosieczna. Nazajutrz wszyscy by wiedzieli, i to jeszcze przed poranną kawą, że szefowa interesuje się jakimś pacjentem i jego córką.

– Jezu... Co ja robię?! – warknęła Olga i plasnęła się w czoło. „Zamiast wziąć prysznic, zjeść coś, siedzę tu jak debilka i myślę o bzdurach. Pewnie ten szewc klepie buty w jakiejś norze od podwórza i nigdy go nie znajdę”. Szybko wstukała bardzo lakoniczną treść SMS-a oraz numer Kamila i wcisnęła „wyślij”. – I już. Gotowe – burknęła do siebie.

Odłożyła telefon, pewna, że odpowiedź dotrze za chwilę lub wcale, bo z tym się też liczyła, ale ku jej zaskoczeniu aparat zabrzęczał prawie natychmiast.

– Matko! – jęknęła. – To na stówę świr. Czekał z telefonem w łapie?

Kręcąc głową z niedowierzaniem, podniosła komórkę. Na szczęście to była wiadomość od Izki. Olga przeczytała, odpowiedziała szybko, że nigdzie się nie wybiera przez weekend, bo nie ma siły ani ochoty, i ledwie zdążyła ją wysłać, a otrzymała kolejny SMS. Polski podał jej numer telefonu stacjonarnego do mistrza Jana Kozy, napisał również, pod jakim numerem domu urzęduje fachowiec, ale oprócz tych informacji i standardowych pozdrowień dodał coś jeszcze:

Na prośbę Fisi i w wielkim skrócie: Święta Olga Kijowska, zwana Olgą Mądrą, znana z tego, że jej ciało nie uległo rozkładowi po śmierci i stanowiło relikwię, która miała uzdrawiającą moc. Jeśli Pani chce, mogę zdobyć znacznie więcej materiałów na temat tej świętej niż to, co można przeczytać w Wikipedii. Chętnie je Pani przedstawię osobiście, na przykład przy filiżance kawy lub dobrej herbaty. Proszę napisać, czy jest Pani zainteresowana.

– Nie wierzę. – Olga bezwiednie złapała się za czoło. – Kato-podryw na Świętą Olgę i niegnijące zwłoki? Trzeba przyznać, koleś jest oryginalny albo nieźle walnięty – mruknęła. – Co to ma być? Za plecami żony zapraszać jakąś świeżo poznaną kobietę na kawę, żeby gadać o świętych?

Szybko odpisała, że bardzo dziękuje za wszystkie informacje i że w zupełności jej wystarczą. Poprosiła o przekazanie pozdrowień Faustynie i wysłała SMS-a.

– Co za ulga... – stęknęła pół minuty później, gdy dotarł kolejny SMS od Polskiego, zawierający wyłącznie trzy słowa: Ok. Pozdrawiam. Kamil. Na wszelki wypadek od razu wyłączyła aparat. – Najwyższy czas umyć zwłoki, żeby się nie zepsuły. Każda mądra Olga tak robi – sarknęła i poczłapała do łazienki.

Miała dość tego dnia. Zresztą jak i wszystkich poprzednich.

Od kiedy dzieciaki odwiedziły z ojcem fabrykę cukierków, a raczej malutką manufakturę na Grodzkiej, i własnoręcznie ulepiły dwa dosyć koślawe lizaki o smaku truskawkowo-śmietankowym, Kamil nie mógł ich odciągnąć od tego miejsca.

Gdy tylko zbliżali się do Rynku, Maksio zaczynał przynudzać, że chce do „Ciuciu”, Fiśka mu wtórowała, a biedny ojciec dawał się tam zaciągnąć, bo nie miał innego wyjścia. Jego narzekania, że to sam cukier, barwniki i aromaty, nie odnosiły żadnego skutku. Tak samo jak roztaczana przez niego wizja popsutych zębów i groźba związanych z tym częstszych wizyt u pani Wandzi, stomatolożki.

– Mój jest anyżkowy – powiedziała Faustyna i z lubością oblizała sporą zieloną kulę.

– Mój jest lepszy, bo truskawkowy, a wszyscy ludzie na świecie lubią truskawki. Nawet Eskimosy.

– Eskimosi – poprawił syna Kamil. On też musiał kupić dla siebie lizaka. Wybrał najmniejszego i o smaku mięty, ale i tak czuł, że jeszcze chwila i zwymiotuje od nadmiaru słodyczy. – No, chodźcie – popędził dzieciaki, bo wlokły się noga za nogą. – Kwiecień nas zastanie, jeśli w tym tempie będziemy iść na parking – burknął.

– A kiedy będzie kwiecień? – spytał ojca Maksio.

– Za tydzień.

– Panikujesz, tato – orzekła Fiśka.

– Niewątpliwie – dodał jej brat.

– Niewątpliwie to już nigdy nie zabiorę was do „Ciuciu”, jak tak się będziecie wlec.

– Psujesz nam zabawę! – fuknęła pod nosem Faustyna. – Tak nie wolno. Nie wolno wykorzystywować...

– Wykorzystywać – poprawił Kamil.

– Wykorzystywać – powtórzyła szybko Fisia – swojej przewagi ekomonicznej. Mężczyzna nie może wykorzy... stywać przewagi ekomonicznej. To jest bardzo słabe.

– Ekonomicznej, jeśli już. A teraz chodźcie szybciej, bo na miły Bóg wykorzystam swoją przewagę, ale tę fizyczną, i zabiorę wam to słodkie świństwo. – Popchnął lekko dzieciaki, stawiając w głowie diagnozę: „Za dużo Sabinek”.

– Płacisz pięć złotych do kasy – burknęła z satysfakcją Fiśka i polizała anyżkową kulkę, która była już bardzo mała.

– Za co? – spytał Kamil, próbując odtworzyć w głowie to, co przed chwilą wyszło z jego ust.

– Za miłego Boga – usłużnie podpowiedział Maksio.

– To wy płacicie po dwa pięćdziesiąt – orzekł, z ulgą wyrzucając patyczek do najbliższego kosza na śmieci.

– Za co?! – ryknęły chórkiem dzieciaki, stanęły jak wryte i z oburzeniem wpatrywały się w ojca.

– Za to, że mnie sprowokowaliście – odpowiedział, łapiąc swoją niesforną dwójkę za poklejone cukrem ręce. – Idziemy!

– To demagogia – stwierdziła Fisia po udanej próbie przypomnienia sobie kolejnego fajnego słówka, które ostatnio usłyszała od Inki.

– I pupulizm – dodał Maksio.

– Populizm – sprostował bezwiednie Kamil. – Nigdy nie strzeliłem was w tyłek i teraz widzę, że to był błąd. Już ja wam zrobię pupulizm, ale w domu – warknął, ciągnąc ich za sobą. – I macie szlaban na Sabinki, bo znów sprały wam mózgi.

– Do kiedy? – Maksymilian jak zawsze chciał być dobrze poinformowany.

– Do odwołania. – Z obu dziecięcych gardeł od razu wyrwał się jęk, więc Kamil szybko dodał: – Jak przyspieszycie, wszystko wam daruję.

– No dobra... – burknęła Fiśka.

Przyspieszyli. Na szczęście lizaki zostały już schrupane i dzieci nie miały powodu, żeby spacerować wolnym krokiem, jak przedtem. Minęli Rynek, weszli na plac Szczepański, gdy nagle Fiśka pisnęła na całe gardło:

– Olga!!!

I faktycznie, to właśnie Olga wychodziła z budynku, gdzie mieścił się prywatny gabinet jej lekarza ginekologa.

– Faustyna! – Podeszła do dziewczynki, nachyliła się i podała jej rękę. – Cześć. Jak miło cię zobaczyć. A ty to pewnie Maksio? – Uniosła lekko brwi, zerknąwszy na chłopca, który wyglądał jak zminiaturyzowana kopia ojca.

– Dzień dobry, jestem Maksymilian Maria Polski. – Podał jej lepką dłoń.

– A ja Olga Becker.

– Fisia powiedziała, że pani nosi perukę. I że miała pani guza w brzuchu. To jest bardzo dziwne, bo ja też miałem guza, jak mnie Matryna z mojego przedszkola uderzyła w głowę samochodzikiem. Ale mój guz był tutaj. – Dotknął się nad czołem.

Kamil przewrócił oczami, myśląc że koniecznie musi wdrożyć ten „pupulizm” w domu i za brak dyplomacji oraz długie ozory natrzeć obu swoim pociechom uszu.

– Dzień dobry i przepraszam. Za nich – dodał znad głów dzieci.

– Dzień dobry i nic się nie stało. – Olga wyprostowała się i podała dłoń Kamilowi.

Z premedytacją przywitała się najpierw z dziećmi. Było jej bardzo głupio, gdy parę dni temu wysłała Kamilowi krótkie podziękowanie za namiary na tak doskonałego szewca, jakim okazał się Jan Koza, a Polski nie odpisał ani jednym słowem. Chyba wyczuł, że się o to dąsa, bo podjął temat:

– Przepraszam, że nie odpisałem na pani SMS-a.

– Był zbyt oficjalny? – zakpiła z pozornie niewinnym uśmieszkiem na twarzy.

– Nie aż tak oficjalny, jak ten przedostatni – odparował, bo ciągle pamiętał, że poczuł się jak idiota, gdy na swoją zawoalowaną propozycję spotkania uzyskał odmowną odpowiedź. – Mimo to bardzo przepraszam. Mam nadzieję, że pan Janek się spisał.

Olga już miała na końcu języka ripostę, że nie tylko z kulturą i wiernością małżeńską u Polskiego na bakier, lecz także z umiejętnością czytania ze zrozumieniem, ale się powstrzymała. W sumie, co by jej dała wymiana „uprzejmości” z tym dziwnym człowiekiem?

– Tak, spisał się. Jak widać. – Spuściła wzrok na swoje stopy obute w szpilki.

– Ojej, masz naprawiony but! – pisnęła Faustyna.

– Uhm. Pośrednio dzięki twojemu tacie. To naprawdę bardzo pomocny człowiek. – Popatrzyła na Kamila i lekko skinęła głową.

– E... No tak. – Wyraźnie się speszył pod jej spojrzeniem. – To my...

– Ach, na pewno znów się pan spieszy. Pewnie żona przygotowała kolację. Nie zatrzymuję – wycedziła słodkim tonem. – Faustynko, Maksiu, miło było was spotkać. – Zerknęła na dzieci.

– Tata nie ma żony – oświadczył malec.

– Mama umarła – dodała Fisia i jak zawsze, gdy o tym mówiła, nieświadomie uniosła ramiona do góry, jakby miało to jej pomóc zbagatelizować własne słowa albo wrażenie, jakie wywierały.

– Kolację robi nam tatuś – dopowiedział Maksio. – Ja jem chrupki z mlekiem, a Fiśka jajecznicę albo budyń. Też lubię budyń, ale na deser. Nie na kolację.

– Och! – wyrwało się Oldze. – Ojej, bardzo mi... – Zawiesiła głos, bo poczuła się nieprawdopodobnie głupio. Najchętniej zapadłaby się pod ziemię, a dokładnie pod granitowe płytki, którymi wyłożono chodnik.

– Nic się nie stało – ulitował się nad nią Kamil.

Szybko doszedł do wniosku, że trochę winy za to nieporozumienie leżało po jego stronie. Gdy mówił o szewcu, wspomniał przecież, że żona zanosiła tam jego buty. Skąd pani Becker mogła wiedzieć, że Ania nie żyje już od kilku lat?

– Bardzo mi przykro. – Olga zagryzła wargę. – Przepraszam, że... – Pokręciła głową nad własnym zachowaniem.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Baśnik Zdążyć z miłością Bilet do szczęścia Konkurs na żonę 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy