Początek

Początek

Autorzy: Mercedes Lackey

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.44 zł

  Fascynująca powieść fantasy, dziejąca się w pełnym magii świecie Valdemaru

Trzynastoletniemu osieroconemu chłopcu o imieniu Mags udaje się wydostać z kopalni kamieni szlachetnych, w której zmuszany był do niewolniczej pracy. Dzieje się tak dzięki temu, iż magiczny koń, Towarzysz, wskazuje go jako Wybranego – kogoś, kto w przyszłości stanie się Heroldem. Mags wyjeżdża do Haven i niespodziewanie znajdzie się w samym centrum dworskich intryg, gdzie nikomu nie może ufać. Nagle odkrywa, że posiada talent, o którym wcześniej nie wiedział, stając się jednocześnie świadkiem tworzącej się legendy – formowania Kolegium Heroldów.

„Akcja powieści rozpoczyna się w kluczowym momencie historii Valdemaru, kiedy system kształcenia Heroldów zmienia się, zaś na dworze i na uczelni wyczuwa się niebezpieczne działania ze strony innych państw. Fanom Lackey spodobają się nowe wątki, zaś ci czytelnicy, którzy nie znają jej powieści, odkryją świat pełen przygód i wartości. Lektura godna polecenia!”.

„Library Journal”

Mercedes Lackey

Początek

Tytuł oryginału

Foundation

ISBN

Copyright © 2008 by Mercedes R. Lackey

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Redaktor

Agnieszka Zienkowicz

Projekt graficzny okładki

Tobiasz Zysk

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

EPILOG

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

1

Mags nie trząsł się z powodu zimna; jego ciało zdążyło już przywyknąć do chłodu. Poza tym tutaj, w kopalni, było cieplej niż na powierzchni, przy śluzach, i nieco cieplej niż w noclegowni, chyba że wszyscy znaleźli się w jednym pomieszczeniu, a ciepło ich ciał sprawiało, że grzali się wzajemnie i można było usnąć.

Ukląkł w szybie we właściwy sposób. W odległości kilku palców od jego nosa widniała skała, stopy zaś wpasowały się w zagłębienia, które sam skrupulatnie wykopał. Lampa, którą miał zamocowaną na czole, rzucała na skałę przyćmione światło. Jedynie ta część jego ciała była ciepła — czoło pod reflektorem oliwnej lampy.

Gdzieś w pobliżu, za jego plecami, rozlegało się postukiwanie i echo tego odgłosu. Dopiero rozpoczął w kopalni swoją połowę dnia, ale oczywiście był już głodny. Owsianka z jęczmienia i owsa, którą dostawali na śniadanie, nie wystarczała na długo. Ale on do tego przywykł; czas zaś, gdy nie był głodny, wrył się w jego pamięć. Był taki dzień, gdy kucharz zachorował, a chleb przypalono. Pomocnicy kucharza wyrzucili bochenki, zamiast nakarmić nimi dzieci — a wystarczyłoby tego na kilka dni. Na szczęście Mags był wówczas dostatecznie blisko śluz, by dostrzec chleb, który miał być dla świń, wrzucony do wiadra. Zawołał resztę dzieciarni, która capnęła przypalone bochenki, nim te zdążyły trafić do chlewu. Tamtej nocy położyli się spać wcześnie, z żołądkami pełnymi jedzenia. Był i taki dzień, gdy Mags natknął się na kryjówkę pełną jabłek — prawdopodobnie ukradzionych przez jednego ze służących — i zjadł je wszystkie. No i oczywiście ten jedyny dzień w roku, gdy przyjeżdżał na inspekcję ksiądz. Wszystkie dzieci były z tej okazji myte, dostawały przyzwoite ubranie oraz ogromną porcję jedzenia składającą się z chleba i zupy.

Na myśl o zupie poczuł w ustach ślinę, a w brzuchu mu zaburczało. Może dzisiejszego popołudnia uda mu się wślizgnąć do chlewika i dobrać się do wiadra z odpadkami. W jednym z nich Demmon znalazł pół pasztetu mięsnego. Gnojek chełpił się tym naokoło. Zawsze podkradał różne rzeczy, ale nigdy się nimi nie dzielił. W pracy ociągał się, nigdy nie zakładał podpór w swoim złożu, zostawiając to następnej szychcie. Byłoby dla niego nauczką, gdyby znalazł się w tym zapadlisku. Dziel się, taka była zasada. Tym sposobem, jeśli jedzenie, które podwędziłeś, było zepsute, nikt nie chorował tak bardzo, by zaprzestać pracy, a jeśli żywność była dobra, najadali się wszyscy. Dziel się ciepłem i szmatami, które ukradłeś, a wszyscy będą mieli okrycie, bo jeśli ktoś zachoruje z powodu zimna, pozostali będą zmuszeni pracować za niego.

Jedyną rzecz, jaką nie można było się dzielić, stanowiła praca w pokładzie. W przypominających dziury wygryzione przez robaki skalnych tunelach było miejsce tylko dla jednej osoby.

Mags starannie ułożył dłuto i postukał młotkiem w odpowiednie miejsce pokładu. Było to rozległe, dobre złoże, którego szerokość dorównywała długości tunelu, co oznaczało, że nie będzie musiał spędzić większości czasu na rozbijaniu skały pokładowej. Nie będzie też musiał wysłuchiwać wrzasków, że nie znajduje żadnych drogocennych kamieni. Jak do tej pory miał takie trzy, w kolorze żółtym. Znajdowały się w sakiewce, którą miał zawieszoną na szyi i którą wyciągał pod koniec dnia. Mistrz Cole lubił żółte kamienie. Zielone może nawet bardziej, ale to jego synowie pracowali przy złożach, w których można było je znaleźć. Cole nie ufał sierotom, choć Mags nie potrafił sobie wyobrazić, co mogliby zrobić z dużym, zielonym kamieniem. Gdzie mieliby z nim iść? Kto kupiłby kamień szlachetny od wychudzonego, obdartego dzieciaka? A to oznaczało, że musieliby je po prostu gdzieś porzucić.

W kopalni wydobywano różne kamienie. Żółte, bladozielone, które nie były tak cenne jak ciemnozielone, ciemnoczerwone, fioletowe we wszystkich odcieniach tej barwy, bladożółte, które Mags wydobywał ze swojego pokładu, bladoniebieskie i przezroczyste ze srebrnymi żyłkami wewnątrz. Tych ostatnich było najwięcej i wydobywali je najmłodsi górnicy. Kiedy nabywałeś więcej doświadczenia, zaczynałeś poszukiwać bladożółtych i ciemnoczerwonych. Następnie bladozielonych i fioletowych. Potem ciemnożółtych i bladoniebieskich — ich wydobycie wymagało dobrego oka i sprawnej ręki.

Pod wpływem uderzeń Magsa od ściany odpadł kawałek skały. Nie było w nim kamieni szlachetnych, ale skała nie marnowała się — wędrowała do młyna bijakowego i do śluzy. Mags rzucił ją za siebie, a zbieracz, najmłodszy dzieciak spośród całej gromady, wyciągał kamienie z tuneli i kładł na zaprzężony w osła wózek.

Mags umieścił dłuto w odpowiednim miejscu i znowu zaczął stukać. Jeszcze jeden kamień i do zupy otrzyma dodatkową porcję chleba. Och, dobrze by było.

W miejscu, w którym znajdował się teraz Mags, słychać było dwa odgłosy — uderzania i kapania wody. Im bliżej wylotu kopalni, tym intensywniej słychać było wycie, które przynosiło na dół świeże powietrze, i skrzypienie pomp, które usuwały wodę. Nie utonęliby, oczywiście, gdyby pompy nie pracowały, ale mistrz Cole uważał, że woda powoduje rdzewienie narzędzi, kamienie zaś mogą zostać utracone. Toteż nie było mowy o pracy w wodzie.

Skała pękła nagle i jej kawałek odpadł. Dzięki lampie Mags dostrzegł kolejny żółty kamień, tak duży jak jego kciuk. Dodatkowa porcja chleba gwarantowana!

Najpierw jednak musi wydobyć kamień tak, by go nie uszkodzić.

Mags odwiązał szmatkę, którą nosił na szyi, złożył ją parę razy i umieścił na ziemi, dokładnie pod kamieniem. Jeśli są na nim rysy, to kamień, upadłszy na podkładkę, nie pęknie. Jeśli pęknie później, przy obróbce, wtedy nie będzie to już problem Magsa.

Operując dłutem tak delikatnie, jak tylko potrafił, zaczął usuwać kawałki skały wokół kamienia. Uderzenie, chwila przerwy, tak by sprawdzić postępy w pracy, następne uderzenie i znowu przerwa. To była ciężka, intensywna robota. Jeden zły ruch dłutem i może to go kosztować dodatkową porcję chleba. Inni, to znaczy synowie, wywnioskowali ze zmiennego rytmu uderzeń, że Mags coś znalazł.

— Mags! Lepiej, żeby to nie był zielony! — wrzasnął Jarrik Pieters.

— Nie jest! — burknął Mags. — To żółty!

— Nie uszkodź go! — wrzasnął w odpowiedzi Jarrik, zupełnie niepotrzebnie. Mags widział Jarrika pracującego przy jego własnym złożu z twarzą czerwoną z wysiłku i gniewu. Krzaczaste brwi miał zmierzwione, brązowe włosy (które już zaczęły mu się przerzedzać na czubku głowy) zlepiły się w strąki od potu, a małe, głęboko osadzone oczka lśniły chciwością na myśl o kolejnym kamieniu w sakiewce. Szeroko otworzył swoje duże usta, wołając, żeby Mags nie uszkodził kamienia. Tak jakby w ogóle miało się to zdarzyć! Czy Jarrik miał go za idiotę?

Tak, to właśnie myśli o tobie. Albo nawet gorzej. O wiele gorzej. Idiota i człowiek Złej Krwi.

Mags często to słyszał. Inne dzieciaki też słyszały dużo na jego temat. Ale żadne z nich nie wiedziało, co te słowa tak naprawdę znaczą.

Większa część nowych dzieciaków była zbierana raz do roku, by żyć i pracować w tym miejscu. Cole wyjeżdżał swoim wozem na poszukiwanie sierot, dzieci opuszczonych i tych, które straciły rodziców albo w ogóle były niechciane. Cole preferował te około jedenastego roku życia, ale brał nawet dziewięciolatków, jeśli były silne i wyglądały na zdatne do pracy. Kilkoro pochodziło z miejscowości oddalonych o dwa tygodnie drogi. Wysyłano je na spotkanie wozu Cole’a — a robili to przeważnie ludzie, którzy chcieli mieć te dzieciaki jak najszybciej z głowy.

Ale z Magsem było inaczej. Pochodził stąd. Pracował dla Cole’a, odkąd tylko pamiętał.

I jak daleko sięgał pamięcią, od zawsze członkowie rodziny Pietersów kogoś obrażali. Magsowi wkładano do głowy: „Jesteś Złej Krwi, chłopcze. Jesteś Złej Krwi i masz cholerne szczęście, że znalazłeś się tutaj, że daliśmy ci pracę i że możesz zająć czymś swoje bezużyteczne łapska, bo inaczej w końcu zawisłbyś na sznurze”.

Był Złej Krwi, bo jego rodzice byli bandytami i zostali zabici podczas ataku Królewskiej Gwardii. Był Złej Krwi, bo znaleziono go w kołysce w obozie bandytów. Był Złej Krwi, i to tak złej, że nikt nie chciał go wziąć i w końcu pozostawiono go w miejscowej Świątyni Trójcy. Księża nie byli zbyt zadowoleni, że przypadł im obowiązek opieki nad niemowlęciem. A potem pojawił się Cole Pieters.

„Wziąłem cię z dobrego serca, z czystej dobroci serca. Nikt inny cię nie chciał, nawet świętoszkowaci księża. Wszyscy wiedzieli, czym jesteś. Wszyscy się bali, że kiedyś zwrócisz się przeciwko nim. Jestem cholernym świętym, naprawdę jestem, bo zaryzykowałem, przyjmując cię do siebie”.

I tak niemowlak rozpoczął życie w domu Pietersów. Nazywano go Smarkaczem. Od chwili, gdy jego małe rączki mogły się zająć czymkolwiek, posyłano go do pracy. Nie płacono mu ani grosza, kiepsko karmiono i biednie przyodziewano, traktując jak popychadło. Mówiono mu, a on w to wierzył, że pracował, zanim nauczył się chodzić — raczkując, ciągnął za sobą kawałek szmaty, nieświadomie czyszcząc podłogę. Przez lata nazywano go Smarkaczem, a on wykonywał najróżniejsze prace w gospodarstwie domowym, począwszy od odkurzania podłóg, obracania rożna, mycia naczyń, aż po oczyszczanie ogrodu z chwastów. Trwało to do momentu, gdy był na tyle duży, by móc wyjrzeć poza krawędź śluzy. I wówczas zaczął pracować w kopalni.

Wtedy otrzymał imię Mags.

Stuknięcie, przerwa. Stuknięcie, przerwa. Mags przysunął nos do skały tak blisko, jak to tylko było możliwe, uważnie przyglądając się jej powierzchni.

Pamiętał tamten dzień. Polecono mu jedynie obserwować starsze dzieci, robić to samo, co one, i szukać rzeczy, które błyszczały i były kolorowe. Dostał narzędzia zaraz po tym, gdy przydzielono mu strój do pracy, choć nikt się nie spodziewał, że cokolwiek znajdzie. Kiedy jednak zaczął przesiewać żwir w zagłębieniu, w którym pracował, zwracając uwagę nie tylko na żwir w sicie, ale także upewniając się, że sprawdził, co znajduje się w śluzie, coś dostrzegł. Przedmiot ten nie był większy od ziarenka pszenicy, ale lśnił jasnozieloną barwą. Potem znalazł coś takiego w kolorze żółtym, fioletowym i zielonym, i jeszcze raz w zielonym. Pod koniec dnia Mags wręczył zdumionemu nadzorcy stosik maleńkich kamieni. Było ich tak dużo, że wypełniały całą garść.

— Na bogów, Smarkaczu, masz oczy niczym sroka! — wykrzyknął Endal Pieters. Tak samo było następnego dnia, i kolejnego, aż zaczęto go nazywać Magpie, „małą sroką”, potem Mags, a w końcu nazwa ta przylgnęła do niego jako imię.

Mags ostrożnie położył kciuk i palec wskazujący na błyszczącym kamieniu i poruszył nim, a przynajmniej próbował to zrobić. Czy kamień tkwił w skale luźno? Czy zdoła go wyciągnąć, niczym ząb mleczny? To zawsze było lepsze niż odłupywanie części kamienia od całości.

Mags czuł, że znalezisko lekko się naddaje, słyszał delikatny odgłos zgrzytania. Kamień wysunął się z zagłębienia w dwóch częściach, ale wystarczająco dużych. Nie musiał już nic mówić. Dwa kawałki wystarczą na dodatkową porcję chleba.

— Nie słyszę uderzeń młotka! — wrzasnął Jarrik. — Nie słyszę młotka, Mags!

— Wyciągnąłem dwa! — odburknął Mags i pociągnął łyk z butelki, po czym włożył kamienie do sakiewki zawieszonej na szyi.

— To nie oznacza, że możesz marnować czas na głupoty — odkrzyknął Jarrik. Ostatnio tak właśnie lubił określać ociąganie się przy pracy.

— Muszę się wysikać! — odrzekł Mags, co nie było prawdą, ale w łydkach i udach czuł skurcze, a poza tym słuchać już było odgłos nadjeżdżającego wózka zaprzężonego w osła. I tak będzie musiał albo wyjść z tunelu, albo przestać pracować i skulić się gdzieś przy jego końcu, podczas gdy dzieciak będzie wyciągał kamienie, toteż Jarrik burknięciem wyraził zgodę na przerwę w pracy. Mags cofnął się w głąb tunelu, do większego szybu. Chłopak o imieniu Felan, kościsty, zabrudzony, ze strąkowatymi włosami, ubrany w połatane konopne spodnie i koszulę, nawet na niego nie spojrzał, zajęty nurkowaniem w wyrobisku z jutowym workiem w ręku. Mags jednak nie oczekiwał pogawędki; sam pamiętał czasy, gdy był chłopakiem powożącym wózkiem zaprzężonym w osła i nie wolno mu było rozmawiać z górnikami.

Nie jesteś tu po to, by rozmawiać! Jesteś tu po to, żeby pracować!

Zmierzając w kierunku wyczerpanego pokładu, Mags miał okazję rozprostować nogi. Miejsce to służyło obecnie za latrynę. Składowano tutaj skały odpadowe, zakopując pod nimi odchody, zanim zaczynały wonieć zbyt intensywnie. Za to też był odpowiedzialny chłopak powożący wózkiem.

Mags nie znał tego dzieciaka zbyt dobrze. O ile było mu wiadomo, od momentu pojawienia się w kopalni chłopak nie odezwał się ani słowem. Cóż, to powinno spodobać się Jarrikowi, którego ulubionym powiedzonkiem było: „Dość obijania się!” i „Za dużo mielenia ozorem”, czemu towarzyszyło zdzielenie delikwenta po karku.

Mówiąc szczerze, Mags wcale nie chciał poznawać historii chłopca. Tutaj nie było szczęśliwych historii. Każdy dzieciak pracujący w kopalni był niechciany, stanowił ciężar dla wioski, był bękartem pozostawionym gdzieś na schodach albo sierotą. Dzieciaki najczęściej przybywały tutaj ze śladami łez na twarzy i ślady te wcale nie znikały. W kopalni niewiele było powodów do radości.

Jedzenia było tyle, byś utrzymał się przy życiu, chyba że je znalazłeś lub zwędziłeś. Sypiali wszyscy razem w jednym nieogrzewanym pomieszczeniu pod ziemią. Pomieszczenie to znajdowało się pod stajnią i wypełnione było sianem i słomą, zbyt starymi, by można było karmić nimi zwierzęta. Ale przynajmniej siano i słoma chroniły przed przeciągami i chłodem, a latem przed gorącem. Każdy dzieciak dostawał wytarty koc, a najlepszym sposobem na spanie było leżenie jak najbliżej jeden drugiego niczym gromadka szczeniaków, dzięki czemu można było się wzajemnie ogrzewać i dzielić okryciami. To oczywiście sprawiało, że pomiędzy starszymi dochodziło do obmacywania, ale wszyscy wiedzieli, że lepsze to niż chędożenie. Wszyscy znali historię Missy, która zaciążyła i miała wielki brzuch. Bito ją i podawano jej jakieś medykamenty, aż straciła dziecko. Potem już nigdy nie było w porządku z jej umysłem. Każdy chłopak na tyle duży, by mógł zostać ojcem, też dostał baty. Więc nikt z nikim się nie chędożył.

Mags nigdy nie mógł pojąć, skąd Missa miała energię i ochotę na takie rzeczy. On był tak bardzo zmęczony pod koniec dnia, że zasypiał, kiedy tylko nieco się rozgrzał, a czyjeś kościste ciało w żaden sposób nie zachęcało go, by skrócić czas snu choćby o chwilę. Może inaczej było w przypadku dziewczyn, które po prostu musiały się bzykać. A może z nim będzie inaczej, gdy nieco podrośnie, zwłaszcza wiosną i latem, gdy już nikt nie trzęsie się z zimna. Ale na razie jego fiutek był tak samo zmęczony jak jego właściciel i nie wydawał się zainteresowany seksem. Może gdy Mags będzie miał czternaście lat. Na razie miał trzynaście, a przynajmniej tak powiedział mistrz Cole księdzu podczas jego ostatniej wizyty.

Mags nie miałby nic przeciwko temu, żeby tak zostało. Pomysł, by skrócić sen tylko po to, by zaspokoić nagłe zachcianki jednej części swego ciała, nigdy nie przyszedł mu do głowy. A na razie znajdował się w wyczerpanym pokładzie i musiał tutaj zostać. Mógł się tutaj nawet położyć. To nie było złe; chłopak powożący wózkiem niedawno zabrał stąd kamienie. Magsowi udało się pozbyć skurczów w nogach i z powrotem poczołgał się w kierunku tunelu, zabierając ze sobą trochę drewna.

Mags zazwyczaj używał sporej liczby drewnianych belek. Mistrz Cole krzyczał na niego za to, ale tam, gdzie pracował Mags, nigdy nie doszło do zawalenia się stropu i Cole nie mógł z tym dyskutować. Czołgając się do wyjścia, chłopak zauważył, że belki podtrzymujące strop są stare i słabe, toteż wziął nową i za pomocą młotka umieścił ją jako podpórkę.

Mags wrócił do pracy na przodku, nieco niżej niż zazwyczaj. Gdzieś z oddali dobiegała go cicha rozmowa dwójki dzieciaków, szybko uciszona wrzaskami Jarrika: „Nie mleć ozorem!”.

Poczuł, że znowu zaczyna mieć skurcze. Dobra, czas na małe oszustwo. Miał już wystarczająco dużo kamieni. Wpadłby w kłopoty, gdyby ktoś go przyłapał — ale żeby to zrobić, nadzorcy musieliby wczołgać się do tunelu, a Mags musiałby nie słyszeć, że nadchodzą. Wyciągnął się, najpierw prawą, potem lewą nogę, cały czas postukując w ścianę tunelu dłutem. Potem przewrócił się na plecy i wyprostował całe ciało, wpatrując się w sufit widniejący tuż nad głową i wciąż postukując.

Mógł sobie na to pozwolić tylko wtedy, gdy chłopak z wózkiem już wykonał swoją robotę. Mags miał twardą skórę, ale nie aż tak twardą. Ale teraz chłopiec już się oddalił, oczyściwszy teren, a Mags mógł się wyciągnąć na gładkiej skale. Zimnej, lecz gładkiej.

Kiedy tak leżał, wpatrując się w sufit, usłyszał ciche, dobiegające z pewnej odległości pochlipywanie. Jarrik prawdopodobnie go nie słyszał, w przeciwnym razie na pewno by wrzeszczał. A potem podczas posiłku byłby wykład, jakimi to są szczęściarzami, jaki dobry był mistrz Cole, dając im schronienie, jedzenie i ubranie, bo nikt inny ich nie chciał. I jak to mistrz Cole tracił na nich pieniądze, bo są nic niewartymi robotnikami, niezarabiającymi nawet na swoje utrzymanie.

Mags nie miał pojęcia, jak nazywały się kamienie, które wydobywał, ani ile są warte, ale doskonale wiedział, że całe to gadanie o niezarabianiu na swoje utrzymanie było jednym wielkim kłamstwem. Dom mistrza Cole’a bowiem nie był zaniedbany, on sam nie tracił na wadze, jego żona nie nosiła łachmanów, jego córki zaś bez trudu znalazły mężów. A na wszystko to wszak potrzeba było pieniędzy. Jeśli więc pracownicy Cole’a nie zarabiali na swoje utrzymanie, to skąd mistrz miał pieniądze?

Kiedy Mags powiedział to głośno, ksiądz cmoknął i zgodził się z nim.

Mistrz Cole trzymałby wszystkie dzieciaki na dole dzień i noc, gdyby tylko uważał, że to możliwe. Jednak wówczas, gdy Mags był cały czas w domu i nie dołączył jeszcze do załogi kopalni, mistrz Cole doszedł do wniosku, że kiedy dzieciaki przebywały pół dnia w kopalni, a pół na powierzchni, nie chorowały tak często, a ich ciała nie deformowały się z powodu przyjmowania nienaturalnych pozycji, do czego zmuszało je przebywanie na dole. Teraz jedyni pracujący z Magsem ludzie, którzy byli przygarbieni i powykręcani od artretyzmu, rekrutowali się z grupy, która pracowała u Cole’a, gdy jeszcze nie obowiązywał obecny system, albo ci, którzy mieli nieszczęście doświadczyć wypadku w kopalni.

Dzieciaki z kopalni naprawdę nie miały dokąd pójść i faktycznie nikt by ich nie chciał. Nie umiały nic więcej, jak tylko płukać skały i poszukiwać kamieni. Tak więc były w stanie przetrwać dzięki marnym groszom, które pozostawały im po tym, jak Cole potrącał im z pensji na „zakwaterowanie i wyżywienie”.

Cole albo pozwalał dzieciakom odejść z kopalni w wieku szesnastu lat, albo zatrudniał ich na całą dniówkę. Ale gdzie można było odejść? Niczym inwalidzi, znali tylko pracę w kopalni i przy śluzie, więc kto by ich zatrudnił i po co?

Nielicznym udawało się dożyć szesnastego roku życia.

W Magsie narastało natomiast postanowienie: miał zamiar przetrwać. Dlatego był tak ostrożny. W pokładach, w których pracował, nigdy nie doszło do zawalenia się stropu. Nie miał pojęcia, co będzie robił, gdy skończy szesnaście lat, ale miał zamiar przeżyć do tego czasu. Życie może było marne, ale i tak było lepsze od jakichś alternatyw — Mags nie wierzył bowiem w bogów, niebiosa i tym podobne rzeczy. Jeśli bogowie istnieli, dlaczego pozwalali, by ludzie tacy jak mistrz Cole nosili piękne ubrania, jedli mięso i biały chleb, podczas gdy dzieci, które nigdy nie uczyniły nikomu nic złego, ginęły w kopalni pod zwałami skał? Może on, Mags, był Złej Krwi i zasługiwał na takie życie, ale niewielu było mu podobnych…

Cóż, będzie lepiej, jak wróci do pracy. Jego podstęp nie może trwać zbyt długo. Chłopak powożący wózkiem mógłby zauważyć brak kamieni i zameldować o tym fakcie.

Schylił się ponownie i powrócił do poszukiwań.

Do południa znalazł jeszcze dwa kamienie szlachetne, które zapewniały mu dodatkową porcję chleba, toteż dołączył do kolejki kierujących się na powierzchnię w znacznie lepszym nastroju, niż gdy schodził pod ziemię.

Kiedy wyłonili się na powierzchnię, mrugając pod wpływem światła słonecznego, Mags ujrzał Liema Pietersa, który wyciągał tłustą łapę po woreczek z kamieniami. Chłopak wręczył go nadzorcy i stłumił uśmiech na widok jego uniesionych brwi. Ale Liem tylko burknął: „Dodatkowa porcja, popołudniowy posiłek i kolacja” i odprawił go ruchem ręki.

Kilkoro dzieciaków patrzyło na Magsa z zazdrością, gdy kierował się ku Wielkiemu Domowi i tylnym drzwiom prowadzącym do kuchni.

Jakaś tajemnicza siła sprawiła, że w kuchni już wiedziano o jego dzisiejszym powodzeniu, bo wręczono mu miskę kapuśniaku i dwie pajdy razowego chleba. Mags zaniósł posiłek do długiej szopy, w której stał wielki stół. Szopę tę nazywano „szkołą”.

Zajął ostatnie wolne miejsce na jednej z długich ław i ujął czekający nań kawałek węgla drzewnego. Tak właśnie tutaj było — równocześnie jadłeś i uczyłeś się czytać i pisać.

Dlaczego? Mags nie miał pojęcia. To nie składało się w sensowną całość, zwłaszcza że mistrz Cole wściekał się, nazywając naukę „marnowaniem czasu”, ale z jakiegoś powodu musiał się na to zgadzać.

W szopie znajdowała się jedna z córek Cole’a; do niej należało zadanie nauczania dzieciaków. Do dyspozycji miała wiszącą na ścianie tablicę i kawałki białej kredy. Dziewczyna ubrana była w czystą, błękitną sukienkę, a jasne włosy uczesała w spływający na plecy warkocz. Poza tym jednak wyglądała jak wszystkie córki Cole’a: miała okrągłą twarz o jasnej cerze, różowe policzki i oczy niczym okrągłe, niebieskie jagody, tkwiące w jej ciastowatej buzi bez wyrazu. Pisała na tablicy, dzieciaki zaś za pomocą węgla pisały to samo na stole i głośno odczytywały, po czym wracały na chwilę do posiłku. Potem ścierały to, co napisały, i wracały do nauki.

Tę część dnia Mags niezaprzeczalnie lubił. Właściwie umiał już znacznie, znacznie więcej niż to, czego wymagano. Potrafił czytać i pisać całe zdania i często tworzył je z użyciem słowa, które właśnie wypowiedzieli inni. Stanowiło dla niego rodzaj magii to, że zapisywał wyrazy, a inni wiedzieli, o co mu chodziło. Słyszał kiedyś, że istnieje coś takiego jak „książki”. Pełne zdań, opowiadały historie i fakty dotyczące przeróżnych spraw — a dobrze było wiedzieć o różnych sprawach i móc znajdować odpowiedzi na wiele pytań. Mistrz Cole nie miał w swoim domu książek. Ale mieli je inni ludzie.

Jak gdyby w odpowiedzi na myśli Magsa córka Pietersa napisała na tablicy słowo „książka”. Posłusznie, choć z trudem, dzieciaki zaczęły je przepisywać. „K-siąż-ka. Książka” — literowały, podczas gdy Mags napisał: „Otwieram książkę, żeby czytać”.

Kiedy starł napisane zdanie, zauważył, że Burd, najmłodszy z dzieciaków, który pracował w kopalni, nie ma ani kawałka chleba. Zajmował się więc tylko swoją zupą, choć wyglądał tak, jakby miał ochotę się rozpłakać. Brak chleba mógł oznaczać wyłącznie to, że Burd wyszedł z kopalni z pustymi rękami. To nie było w porządku. Nie można karać dzieciaka tylko za to, że pokład był już wyczerpany, a on miał pecha akurat tam utknąć. Ale to był cały Cole…

Zakląwszy w duchu, Mags szturchnął Burda łokciem. Wytarł napisane zdanie i wręczył mu swój kawałek chleba. Burd gapił się na niego, najpierw ze zdziwieniem, a potem z uwielbieniem. Wziął kromkę i szybko wpakował ją do ust, tak jakby obawiał się, że Mags zmieni zdanie.

Mags dokończył zupę.

Lekcja dobiegła końca, gdy przyszedł Endal Pieters i powiedział, że już wystarczy. Córka Cole’a — żadnej z nich Mags nie rozróżniał, wszystkie były identyczne, łatwo je było zapomnieć i żadna nie miała na jego życie większego wpływu, bo nie miały władzy, bo go ukarać — wytarła tablicę i wyślizgnęła się z pomieszczenia. Dzieciaki, w tym także Mags, starły napisane słowa, rozprawiły się z resztkami posiłku i szybko wstały, gdyż Endal obserwował je z niecierpliwością.

Potem ustawiły się w rzędzie, bo Endal lubił precyzję, i wymaszerowały na zimno, by na zmianę pracować przy śluzie.

2

Latem praca przy śluzach była najlepszym zajęciem. Świeciło słońce, powietrze było świeże, a jeśli się zgrzałeś, mogłeś się ochlapać wodą. Obracanie w wodzie ciężkich sit ze żwirem było ciężką robotą, a pod koniec dnia twoje ramiona i plecy bolały straszliwie, ale i tak nie było niczego gorszego od pracy w pokładach. Jeśli zaś musiałeś pracować długie godziny — albo dlatego że miałeś poranną zmianę i wstawałeś razem ze słońcem, albo dlatego że miałeś zmianę popołudniową i pracowałeś aż do zachodu słońca — nie było tak źle. Latem nie chciało się nikomu kłaść zbyt wcześnie. Można było wtedy ochlapać się wodą i pozwalać, by ciało wchłaniało ciepło, zwłaszcza po pracy w kopalni, gdzie panował chłód. A kiedy pracowało się na porannej zmianie i było gorąco, kopalnia stanowiła z kolei dobre miejsce, by się nieco ochłodzić. Poza tym dłuższe dni latem rekompensowały te krótsze zimą.

Dzieciaki miały tę przewagę nad trzema pracującymi nocą górnikami — ciała ich wszystkich były powykręcane, a umysły nie bardzo w porządku — że pracowały za dnia. Noce należały do tych, o których Cole dbał jeszcze mniej, o ile to możliwe. Oni pracowali tylko w kopalni, a wydobyte przez nich odłamki skał były płukane przy śluzie przez dzieciaki przychodzące do pracy na poranną zmianę. Ciała mężczyzn były zdeformowane. Już wyrządzono im krzywdę, więc nie miało znaczenia, że ich kalectwo będzie postępować. Jak długo mogli jeszcze przykuśtykać na nocną zmianę, tak długo odpowiadali Cole’owi. Gdyby zachorowali, mała strata. Mistrz Cole znalazłby innych niepełnosprawnych, którzy mogli zastąpić każdego, kto zachorował lub umarł, nawet gdyby żadne z dzieciaków nie doznało wypadku i nie zaczęło pracować nocą.

Niektóre dzieciaki bały się tych dziwacznych obdartusów. Kiedy wracały do noclegowni, pracujący na nocnej zmianie właśnie się budzili, mrugając pod wpływem światła. Wyglądali niczym śpieszki, o twarzach ziemistych i bladych, pokrytych pyłem i kończynach powyginanych pod różnymi kątami. Nigdy nic nie mówili, tylko mamrotali, a to, co można było zrozumieć, rzadko miało jakiś sens.

Latem, nawet pomimo faktu, że pracujący nocą górnicy mieli krótsze zmiany niż dzieciaki pracujące za dnia, Mags nieco im współczuł, na tyle, na ile było mu kogoś żal poza samym sobą. Okaleczeni górnicy nigdy nie byli czyści i chyba nawet o to nie dbali. Słońce widzieli tylko wtedy, gdy zachodziło lub wschodziło. Przemieszczali się z jednej podziemnej dziury do drugiej. Mags zastanawiał się, czy patrzą na pracę przy śluzie z przyjemnością, czy raczej z żalem. A może w ogóle o tym nie myśleli?

Jednakże jesienią, kiedy robiło się chłodniej, i zimą, gdy woda zamarzała, a na śluzie pojawiały się sople, praca w tym miejscu nie należała do przyjemności i Mags zazdrościł pracującym na nocnej zmianie w kopalni. Na dole było przynajmniej cieplej niż przy śluzie. Może bycie szalonym nie było więc takie złe. Może warto było postradać zmysły, tak by uniknąć śluzy zimą.

Teraz była jesień; z drzew zaczęły spadać liście, woda zaś była tak zimna, że aż drętwiały ręce. Mags niechętnie obserwował, jak kółka maszynerii skrzypiały, a z wiader zawieszonych na skórzanym pasie, który podnosił je i opuszczał, leje się do śluzy woda. Osioł przywiązany do koła poruszającego całą konstrukcją wprawiał je mozolnie w ruch, drepcząc ze spuszczoną głową.

Każdy z dzieciaków zajmował miejsce przy jednej z trzech śluz. Do drewnianych rynien pompowano wodę z kopalni, poza tym za pomocą wiadra na łańcuchu dolewano wodę ze studni. Posortowane odłamki skał startych na żwir w młynie bijakowym trafiały właśnie tutaj. Zajmowały się tym córki Cole’a i najmłodsi synowie. Młyn wzniecał mnóstwo iskier, rozdrabniając skały, ale nie uszkadzając kamieni. Kiedy rodzeństwo Pietersów uporało się ze swoim zadaniem, żwirem zajmowały się dzieciaki. Sortownia była o wiele przyjemniejszym miejscem niż śluzy. Wolno ci było tam usiąść. Przez otwarte drzwi i okna latem wpadał wietrzyk. Zimą w pomieszczeniu palił się ogień. Jedyną okazją, by dzieciaki mogły zobaczyć ogień, były chwile, gdy palono liście i śmieci albo wtedy, gdy ktoś z kuchni zachorował i trzeba go było zastąpić. Sortownia była czysta i jasna, a praca, choć monotonna, nie powodowała bólu w plecach. Ale — jako że zajmowały się nią dzieci Pietersów — rzadko zdarzało się, by pracował tam ktoś inny. O ile Magsowi było wiadomo, raz wybuchła epidemia febry i biegunki. Zmarło na nią dwoje dzieci Cole’a i kilkanaścioro osób ze służby, w dziwny jednak sposób choroba oszczędziła dzieciaki z kopalni. Może nawet gorączka uświadomiła sobie, jak nędzne mieli życie, i uznała, że dosyć już kar.

Mags zajął miejsce na przodzie trzeciej śluzy. Stał odwrócony plecami do popołudniowego słońca, a choć grzało ono już słabo, ciepło przenikało przez nędzną koszulę chłopaka i jego skórę. Podniósł miskę, którą pozostawił dzieciak pracujący na poprzedniej zmianie. Z kupki nieopodal wziął garść żwiru, którego wystarczyło na tyle, by pokryć dno naczynia, i zaczął płukać żwir pod bieżącą wodą, przypatrując się jednocześnie, czy nie skrzy się coś kolorowego i błyszczącego.

Jego myśli znowu poszybowały ku dzieciakom Cole’a. Ich produkcja wydawała się nie mieć końca. Przeciętnie wyglądający chłopaki i dziewczyny przypominali nieco kawałki ciasta, które zrobiono w kuchni, wszystkie podobne do siebie i wypieczone tylko do połowy. Wśród progenitury Cole’a było czterech starszych synów, dwie zamężne już córki, kilka, które zajmowały się nauczaniem, oraz z tuzin młodszych dzieci. A przecież żona Cole’a nie mogła wydawać ich na świat niczym kotka kociaków! A jednak była ich cała horda, począwszy od najstarszych, które zajmowały się obróbką kamieni, po najmłodsze, które rządziły jedne drugimi w trakcie niekończących się i głupawych zabaw. Potem chłopcy zajmowali się pracą w sortowni, a dziewczyny przyuczały się do domowych obowiązków pod czujnym okiem zarządczyni domu.

— Zastanawiam się, dlaczego Pietersów jest aż tylu — wymruczał Mags.

Nie zdawał sobie sprawy, że powiedział to głośno, ale dzieciak stojący obok — Davey, który miał już prawie szesnaście lat, nie był inwalidą, nie był głupi i nie ukrywał, że ma zamiar odejść z kopalni, kiedy następnym razem przyjedzie ksiądz — roześmiał się głośno. Davey był o głowę wyższy od Magsa i, podobnie jak reszta, był pokryty pyłem do tego stopnia, że trudno było powiedzieć, jaki kolor ma naprawdę jego skóra. Ale jego oczy były poważne, zimne i brązowe niczym kamienie. Jego matowe włosy, w których wciąż tkwiły źdźbła siana, były krótko obcięte, podobnie jak u Magsa, z tym że Mags miał włosy ciemne, coś pomiędzy brązem a czernią.

— Dlatego że stary Cole nie umie trzymać rąk z dala od pokojówek — zarechotał starszy chłopak. — A to wkurza dzieciaki z prawego łoża. Zwłaszcza chłopaków. Za każdym razem, gdy jakaś służąca zachodzi w ciążę, są źli niczym burza gradowa.

Mags zamrugał, zauważywszy jakiś błysk w wodzie, i wyłowił jasnobłękitny kamyk wielkości paznokcia.

— Hm? A to dlaczego?

— Kiedy nie podoba mu się to, co oni robią, stary Cole mówi im, że jak nie będą go słuchać, zostawi kopalnię i cały majątek swoim bękartom. — Davey tym razem zachichotał. — Powiedział Jarrikowi, że nadchodzącej wiosny ma poślubić jakąś suchą dziewuchę zamiast ładnej dziewuszki, która nie miała posagu. Jarrikowi to się nie podobało, a słyszałem, że i dziewczyna miała to i owo do powiedzenia!

— Skąd ty to wszystko, do licha, wiesz? — Mags spojrzał na niego z ukosa.

Gdzie Davey dowiedział się tych rzeczy? Davey opowiadał tak, jakby przebywał w Wielkim Domu i w jego pobliżu przez cały czas, ale Mags wiedział, że to było niemożliwe. Co prawda Davey najczęściej kładł się ostatni i nawet zimą był skory do włóczenia się. Mags przypuszczał, że wymyka się gdzieś ze stajennym. Albo może z podkuchennym. Ani stajenny, ani podkuchenny nie otrzymywali nawet tej żałosnej zapłaty, jaką dostawali inni służący, i dlatego brali to, co i kiedy mogli. Stajenny potajemnie przygotowywał owsiankę, podkuchenny zaś, myjąc garnki i patelnie, miał okazję zwędzić to i owo. Kiedy pracował jako podkuchenny, Mags nigdy nie chodził głodny.

— Bo mam uszy. I nie potrzebuję tyle snu, co wy, dzieciaki. Więc przemykam się w pobliżu Wielkiego Domu i podsłuchuję. — Davey zerknął na Magsa i mrugnął. — Bo kiedy dowiadujesz się różności, czasem zdarza się, że warto je zachować w pamięci. Dowiaduję się czegoś i kucharz daje mi lepsze jedzenie. Wiem o czymś i mam lepsze ubranie. Jak sądzisz, dlaczego się nieraz wymykam? Dzięki temu wiem dużo. Wiem o rzeczach dotyczących Jarrika, a on nie chce, żeby wiedział o nich jego ojciec. Wiem o sprawach Cole’a, o których on nie chce powiedzieć żonie. Jak o tych służących. Mówi jej, że to wina synów, ale to on płodzi bękarty. — Davey pochylił się konspiracyjnie i zaczął szeptać: — Powiem ci wszystko, co wiem, zanim odejdę, jeśli dasz mi parę tych żółtych kamyków. Schowaj je i zatrzymaj dla mnie, a ja zabiorę je przed odejściem.

Mags poczuł, jak wali mu serce. Pochylił się nad miską, żeby ukryć wyraz twarzy. Nikt wcześniej nie złożył mu takiej oferty.

Kusiło go to — och, jak bardzo kusiło. Poważnie kusiło. Istniała różnica pomiędzy utknięciem w kopalni a możliwością odejścia stąd, tak jak Davey. Oczywiście, jeśli jego oferta była prawdziwa. Taka wiedza mogłaby być użyteczna nie tylko po to, by odejść, ale ułatwiłaby także wiele spraw. Dzięki niej mógłby dostawać więcej jedzenia, lepszy koc i być lepiej traktowanym przez Jarrika. Mógłby mieć również przywileje u podkuchennego i wiele innych rzeczy.

Ale zachodziła możliwość, że nie była to propozycja, a pułapka. Być może Davey, dostawszy kamienie, nic mu nie powie albo po prostu wymyśli coś, co nie będzie prawdą i co przysporzy Magsowi tylko kłopotów, jeśli zechce użyć tych informacji. Najważniejsze jednak było niebezpieczeństwo związane z kradzieżą. Mags nigdy nie miał okazji zobaczyć, co działo się z dzieciakami, które kradły kamienie, bo w czasie jego pobytu w kopalni żaden dzieciak nie widział powodu, żeby kraść.

Ale musiało to być coś gorszego niż kara za podwędzenie jedzenia czy koców. Mistrz Cole był na tyle skąpy, że mógł powiedzieć Daveyowi: „Pozwolę ci odejść i zapłacę ci oraz dostaniesz przyzwoite ubranie pod warunkiem, że dowiesz się, kto ukradłby kamienie, gdyby miał taką okazję”. Mags był przekonany, że mistrz Cole spróbowałby wszystkiego, taki był skąpy.

— To nie byłoby bezpieczne — wymruczał Mags, wyławiając z miski jasno połyskujący czerwony kamień. — Podejmę ryzyko, a potem co? Jeśli mnie złapią, ty będziesz wolny. Powiesz, że dałem ci te kamienie, chociaż o to nie prosiłeś.

O ile Mags wiedział, Davey nigdy nie oddał nikomu żadnej przysługi. Nigdy nie był okrutny, ale nie robił też nikomu żadnych uprzejmości. Nie czyniło go to żadnym wyjątkiem; prawie wszyscy tak się zachowywali. Ale nie sprawiało to również, że był godny zaufania.

I czy nie powiedział, że podkuchenny dawał mu różne rzeczy, którymi nie dzielił się z nikim, chociaż mógł? To czyniło go jeszcze mniej godnym zaufania. Podobnie jak Demmon, Davey był chciwy. Ale w przeciwieństwie do Demmona, był też przebiegły i skryty.

Biorąc pod uwagę sytuację, teraz, gdy Mags zaczął się nad tym zastanawiać, nikomu tutaj nie można było w pełni ufać. Nawet najmłodsze dzieciaki mogły cię wydać za większą porcję jedzenia. Dlatego wszystko, co dobre, było rozdzielane, a winni byli wszyscy, jeśli kogoś trzeba było winić.

Tymczasem Davey nie podzielił się z nikim informacjami. A co to oznaczało? Prawdopodobnie nic dobrego. Oznaczało, że Davey był podstępny. I chciwy, to pewne. Wszystko, co robił, robił dla własnej korzyści.

Mags miał talent do obserwacji kątem oka i dostrzegł, że przez chwilę na twarzy Daveya pojawiła się brutalność i coś więcej niż złość, co sprawiło, że Magsowi włosy zjeżyły się na karku. Potem Davey się roześmiał.

— Jak wolisz! Nie jesteś jedynym, który szuka kamieni. Jeżeli nie chcesz, zechce kto inny. — Po czym odwrócił się i zajął swoją miską.

To było prawdą, podobnie jak to, że Davey był dobry w znajdowaniu zielonych kamieni. Tak więc gdyby chciał, mógł zwędzić kamienie, które sam znajdował. Jego propozycja chyba była pułapką.

Cóż, jeśli sądził, iż jego słowa sprawią, że Mags będzie błagał, by ponowił propozycję, niech tak sobie myśli. W tę grę grał już lata temu, kiedy to osłom w uprzęży pokazywał wiecheć trawy, a potem się odwracał. Zwierzęta za każdym razem podążały za nim, próbując sięgnąć po trawę, a Mags był pewien, że jest mądrzejszy od osła.

Pomyślał, że mógłby odwrócić sytuację, pójść do jednego z synów Cole’a i powiedzieć: „Davey zaproponował, że powie mi to i owo, jeśli ukradnę dla niego kamienie i dam mu je, zanim odejdzie”.

Tyle że Davey nigdy wcześniej nie wyrządził Magsowi żadnej krzywdy. Pomiędzy dzieciakami panowało wiele niepisanych zasad, a jedną z nich było to, że nie wolno było szkodzić sobie nawzajem.

Jeśli rzeczywiście chciał zaproponować Magsowi układ i nie była to pułapka, to Davey nie chciał zrobić mu nic złego. A może, ponieważ Davey miał zamiar opuścić kopalnię, chłopaki Pietersów obserwowali go na tyle uważnie, że nie był w stanie ukraść żadnych zielonych kamieni i dlatego zwrócił się do Magsa, którego nikt specjalnie nie pilnował.

Tak czy inaczej, pójście do Cole’a byłoby donosicielstwem, a jedną z rzeczy, której dzieciaki nie robiły, było donoszenie na siebie nawzajem. Davey musiałby wyrządzić Magsowi śmiertelną krzywdę, by Mags zniżył się do takiego czynu. A wyjawienie takich informacji mogłoby prowadzić do okropnych rzeczy, takich, o jakich plotkowano w ciemnościach przed pójściem spać. Opowieści o dzieciach „schwytanych” i zmiażdżonych w młynie bijakowym albo za pomocą wiadra na łańcuchu strąconych do studni, w której utonęły, albo takich, które wyszły zrobić siusiu i zawalił się na nie strop kopalni, skąd trudno było je wydobyć, bo nie było już co wydobywać. Słowem — mówiono o takich rzeczach, które wydawały się wypadkami, lecz wszyscy wiedzieli, że nimi nie były.

Mags postanowił nie wtykać nosa w nie swoje sprawy, wyrzucił wypłukany już żwir do śluzy i skoncentrował się na słabym cieple, które czuł na plecach. Było ono przeciwwagą dla zimna, od którego drętwiały ręce i ramiona. Mags wpatrywał się w miskę z pozornie niezbyt wytężoną uwagą, ale w rzeczywistości w taki sposób, by móc zauważyć maleńkie kolorowe iskierki światła, które inni przegapiali. Małe drewniane naczynie, przypasane do jego boku, wypełniało się stopniowo — choć Mags zachowywał ostrożność. Zważywszy dzisiejszą rozmowę, bezpieczniej było trzymać je z dala od Daveya. Tak na wszelki wypadek. Bo jeśli Davey był zły, że Mags nie zgodził się zwędzić kamieni, mógłby być złośliwy i wrzucić naczynie Magsa do wody, a wtedy ten nie miałby z czym zgłosić się po zmianie.

Ale dotarło do niego, że to, co powiedział Davey, może mu się w jakiś sposób przydać. Może warto byłoby, gdyby to on, Mags, podsłuchiwał pod oknami. Być może dowiedziałby się czegoś użytecznego, użytecznego na tyle, że warto będzie poświęcić na to nawet parę godzin snu.

Powietrze stało się chłodniejsze, słońce bardziej złociste, a mniej białe, potem bardziej bursztynowe i mniej złote, aż wreszcie stało się czerwone, chyląc się ku horyzontowi. O tej porze dalsze płukanie nie miało już sensu, bo nie widać było maleńkich okruchów kamieni w ciemnej wodzie śluzy. Pojawił się Jarrik, który polecił im odstawić misy i oddać swoje znaleziska. Jak zwykle Mags przekazał swoje naczynie w połowie wypełnione maleńkimi kamyczkami. Jak zwykle jedyną odpowiedzią na to było chrząknięcie.

Potem nadszedł czas kolacji składającej się z kapuśniaku i chleba, a Mags otrzymał dodatkową porcję pieczywa. Kolejna córka Pietersów o ciastowatej twarzy czytała niepewnie jakąś świętą księgę czy coś takiego. Mags nie miał pojęcia, jaka to książka i o jakim bogu jest mowa. Dziewczyna czytała tak źle, że trudno było zrozumieć jej słowa, bo większa część z nich była dla niej za długa i błędnie je wymawiała.

To był pomysł księdza, a Cole oczywiście chciał pozostać z nim w dobrych stosunkach. W czasie wieczornego posiłku czytała jedna z dziewcząt, a rankiem jeden z chłopaków, który szykował się na kapłana. Ani dziewczyna, ani chłopak nie wkładali w tę czynność żadnych emocji. Obydwoje wyglądali i brzmieli tak, jakby robili to tylko dlatego, że w razie odmowy dostaliby baty.

Mags zignorował czytanie. Wciąż były to te same głupoty. Cierpienie na ziemi i nagroda w niebie były czymś, w co nie wierzył, podobnie jak w bogów, którzy nie robili nic, by ulżyć ludzkiemu cierpieniu.

Czasem, gdy miał moment na zastanowienie i coś sprawiło, że jego myśli powędrowały ku bogom, którzy dla duchownych byli tak ważni, Mags miał ochotę trzepnąć księży i bogów, jeśli istnieli. Ale to zabierało energię, a on nie mógł jej marnować. Wolałby raczej, żeby przy posiłkach panowało milczenie albo żeby ktoś czytał książki, z których wynikałoby coś pożytecznego, na przykład jak można się ogrzać zimą albo które rośliny nadają się do jedzenia. Paplanina dziewczyny doprowadziłaby go do szału, tyle że dzisiaj miał pełny żołądek, a kiedy zjadł ostatni kawałek dodatkowej porcji chleba, natychmiast poczuł się senny. Podniósł wzrok i zobaczył, że trzech inwalidów już szykuje się na nocną zmianę. Jeśli Mags wyprzedzi innych i pierwszy znajdzie się w noclegowni, siano wciąż będzie jeszcze nagrzane od ciepła ich ciał. Chłopiec będzie mógł wybrać koc i znajdzie się pomiędzy śpiącymi, gdzie zawsze było najcieplej.

Logika takiego rozumowania była bezbłędna i nawet pokusa wypróbowania metod Daveya nie była wystarczająco silna, by zmienić plany Magsa. Szybko popędził do stodoły, wpełzł do miejsca, gdzie sypiały dzieciaki, zawinął się w najmniej podarte przykrycie i zasnął tak szybko i głęboko, że kiedy inni do niego dołączyli, nawet nie wiedział, że tutaj są.

Kiedy Jarrik obudził ich rankiem, powietrze było szczypiące, a gdy opuścili noclegownię, w bladym świetle poranka ujrzeli, że wszystko pokrywa szron. Mags westchnął z niezadowoleniem. Nie zazdrościł dzieciakom, które dzisiejszego ranka znajdą się przy śluzie. Kiedy przyjdzie pracować tam jego zmianie, woda będzie przynajmniej odrobinę cieplejsza. Przyszedł czas, by poszukać sitowia, słomy i worków. Tego właśnie używali zimą zamiast butów — worki wypychali słomą, starając się w ten sposób chronić przed mrozem. Szczęściarze znajdowali szmaty, którymi można było owinąć stopy. Za niezwykłych farciarzy uchodzili ci, którzy zdołali skombinować skądś trochę wełny, zbyt brudnej i zniszczonej, by można ją było prząść, i mogli nią wypchać buty. Może zdarzy się coś, co da dzieciakom chwilę wolnego, na przykład rozleci się wiadro. Wtedy Mags mógłby poszukać gdzieś jakichś użytecznych rzeczy. Orzechów, które można było schować na później, łupinek nasion, które były prawie tak samo dobre i delikatne jak wełna, korzeni pałki, które można było zjeść od razu.

W kopalni pracowało teraz piętnaścioro dzieciaków i trzech dorosłych inwalidów. Dziesięcioro najstarszych dzieci miało zmianę w pokładach rano — Mags, Davey, Burd, Tansy i Ket, a pozostałych pięcioro popołudniu. Spośród tej piątki jeden chłopak powoził wózkiem zaprzężonym w osła, a reszta pracowała przy śluzie. Ta czwórka wyglądała nieszczęśliwie; wiedzieli, czego mogą oczekiwać. Będą mieli odmrożenia, bolesne czerwono-fioletowe guzy na rękach od zimnej wody, które będą pękać, a nawet mogą przekształcić się we wrzody. Oczywiście, gdyby mogli ogrzewać ręce, odmrożenia by zniknęły, ale wyjęcie rąk z wody na kilka chwil i włożenie ich pod pachy dla zyskania ciepła oznaczałoby, że nie płuczą żwiru i nie znajdują kamieni, a za to dostaliby lanie.

Mags nigdy nie nabawił się odmrożeń, co uważał za wyjątkowe szczęście. Ale nawet bez odmrożeń, kiedy pracował przy śluzie zimą, jego ręce straszliwie marzły. Jedynym czasem, gdy nie musieli pracować przy śluzach, były chwile, kiedy woda w rynnach zamarzała albo kiedy przychodziła tak potężna śnieżyca, że nie można było dostać się do śluz. Jeśli tak się zdarzało, było tak zimno, że jedynym dobrym miejscem pozostawała kopalnia. Jak dotąd przytrafiło się to tylko dwukrotnie i wszystkie dzieciaki zgromadziły się wtedy na dole. Nawet mistrz Cole nie miał nic przeciwko temu. Potem Mags pomyślał, że niewiele by Cole’a obchodziło, gdyby jego pracownicy zamarzli na śmierć.

Kiedy przychodziła zima, kopalnia stawała się lepszym miejscem do życia. Mags czuł różnicę temperatury już na głębokości dziesięciu stóp pod ziemią i im bardziej się wchodziło w jej głąb, poczynając od starej jaskini, która stanowiła wejście do kopalni, tym było przyjemniej. Kiedy docierał do swego pokładu, czuł się już niemal komfortowo. Przy końcu tunelu, tak jak się tego Mags spodziewał, znajdowała się torba z narzędziami. Oznaczało to, że ubiegłej nocy ktoś pracował w jego pokładzie. I być może potrzebna będzie podpórka…

Mags wyjął drewniany słupek, ale to oznaczało, że będzie mógł mieć w rękach tylko dłuto i młotek. Wpełzł do skalnego korytarza, sprawdził, że strop faktycznie wymaga podparcia, i za pomocą młotka umieścił słupek we właściwym miejscu. Potem powrócił do pracy.

Dziś kontynuował poszukiwanie żółtych kamieni. Były mniejsze, ale za to było ich więcej. Kiedy znalazł ich skupisko w skale, wrócił, by wyjąć z torby narzędzie zrobione z dużego gwoździa z uchwytem, dzięki któremu mógł podważać kamienie, zamiast je odłupywać.

Wtedy to usłyszał, jak Jarrik i jeden z jego braci rozmawiają przyciszonymi, niespokojnymi głosami. Mags natychmiast pomyślał, że mówią o „propozycji” Daveya. Przylgnął do ściany ich szybu i nadstawił uszu, tak by nie umknęło mu to, o czym rozmawiają.

— Nigdy nie widziałem czegoś takiego — mówił Melak, młodszy brat Jarrika. — To znaczy słyszałem opowieści, ale żebym widział — to nie. Było jak oszalałe i starało się dostać do środka, a za każdym razem, gdy się zatrzymywało, próbowało znowu. Jest mądre. Takie stworzenia nie mają prawa być tak mądre jak człowiek.

— To nie tak, że jest mądre — chrząknął Jarrik. — Ma diabelskie szczęście. Tyndale strzelał do niego, ale tylko chybił.

— To mnie przeraża. Czego ono chce? — W głosie Melaka pobrzmiewał autentyczny strach, do czego Mags nie był przyzwyczajony. — Dlaczego ono nie odejdzie?

— Chce czegoś stąd, jak przypuszczam — odparł Jarrik. — Czegoś albo kogoś. Ojciec przecież nie wpuścił tego tutaj. Obiecał, że zrobi coś, żeby trzymać to z daleka od kopalni.

— Ale jak? — zaczął biadolić Melak. — Nie możesz go zastrzelić, wyrzucić ani zatrzymać! Nie wiemy, czego ono chce! A co, jeśli ma zamiar dostać się tutaj i nas pozabijać?

— Dlaczego miałoby… — urwał Jarrik.

— Wiesz dlaczego — stwierdził kategorycznie Melak. — Dobrze wiesz. Jest więcej niż duchem! To nawet może być…

— Nawet tak nie mów! — odrzekł ostro Jarrik. — Nawet tak nie myśl. Niech zajmie się tym ojciec. Pozwól się tym zająć ojcu i zostaw tę sprawę!

Stojąc w ciemnościach i słuchając, jak Pietersowie mówią o czymś, czego obawiali się tak bardzo, że nawet nie nazywali tego z imienia, Mags zadrżał. Kiedy ten — potwór czy cokolwiek to było — pojawił się i zaczął nawiedzać kopalnię? Parę dni temu?

Teraz wiele drobnych szczegółów zaczęło się układać w sensowną całość. Ostatnio Pietersowie nie nadzorowali śluz, a połowy z dorosłych chłopaków nie było przez parę dni w kopalni. Dziewcząt prawie nie puszczano za próg, a jeśli już wychodziły, to spiesznie udawały się do Wielkiego Domu. Kucharze byli znacznie mniej uważni podczas rozdzielania posiłków i do bulionu w miskach trafiało znacznie więcej kapusty i okrawków, niż pozostawało ich w garnku.

Poza tym przynajmniej połowy pracowników nie było widać przez ponad trzy ostatnie dni.

Może to właśnie zachęciło Daveya do snucia planów o kradzieży kamieni.

Mags wślizgnął się do swego pokładu, tak by bracia nie zorientowali się, że nie dochodzi stamtąd żadne uderzanie młotka. A kiedy ostrożnie podważał kamienie i wydobywał je ze skały, drżał głęboko zamyślony.

Większość dzieciaków była zbyt zmęczona, by robić cokolwiek poza zapadnięciem w sen, kiedy wracały do noclegowni. Ale to nie powstrzymywało ich przed słuchaniem historii o wszelkich możliwych okropnościach. Pietersowie mieli cały zestaw takich historii, które opowiadali niby sobie nawzajem, ale robili to po to, by przestraszyć dzieciaki pracujące w kopalni. Większa część opowieści dotyczyła strasznych rzeczy, które wydarzyły się na dole, w pokładach. Było więc o duchach ludzi, którzy zginęli w kopalni, a Mags znał paru takich. Duchy szukały kogoś, kto był dokładnie w tym samym wieku, kiedy one umarły — a gdy go znajdowały, rozdzierały go, starając się znaleźć drogę do jego ciała.

Byli Złośliwcy, powykręcane, maleńkie karły, sięgające człowiekowi nie wyżej niż do kolan, ale za to wyjątkowo straszne. Wyczekiwały momentu, gdy wszyscy będą zajęci, a potem kradły dzieci, porywając je z pokładów, nim te zdążały powiedzieć choć słowo. Rozbijały im głowy młotkiem, a potem zjadały ich ciała.

Istnieli również Szeptacze, świetliste duchy, które prowadziły człowieka do niebezpiecznych części kopalni i tam zrzucały na niego lawinę kamieni. Najpierw usypiały ofiarę, a potem prowadziły uśpioną na miejsce, gdzie dokonywały zbrodni.

Były także Poczwary, które wnikały do głowy człowieka i sprawiały, że tracił zmysły niczym pracujący na nocnej zmianie inwalidzi. Kiedy cię dostawały, widziałeś czarne postacie zmierzające w twoją stronę. Wszystkie miały pazury i czerwone oczy. Żeby się ich pozbyć, człowiek walił głową o ścianę albo sam próbował wykopać jaskinię, a kiedy ofierze zdawało się, że potwory unoszą ją nad ziemią, rzucała się w dół studni, by się od nich uwolnić.

Wszystko to jednak były potwory pokazujące się w kopalni. Ale co mogło się dziać poza jej obrębem? Co kręciło się gdzieś wokół i było tak straszne, że Pietersowie nie chcieli nazywać tego po imieniu, opisywać go i nie mieli zielonego pojęcia, jak się tego pozbyć?

Nagle Mags zapragnął nie opuszczać kopalni po skończonej zmianie.

I to nie dlatego, że woda w śluzie była tak cholernie zimna.

Nie, Mags obawiał się, że cokolwiek to było, pojawi się na górze, i że będzie to jakiś diabeł. Mags nie wierzył w bogów, ale chętnie przychylał się do wiary w diabły.

A jeśli faktycznie pojawił się tutaj diabeł, to mógł przyjść tylko po jedną osobę. Może po dwie, tyle że chłopaki mówili, iż Cole Pieters odpędził diabła, więc nie po niego on przyszedł.

W porządku. Demon przyszedł więc po Magsa. Bo Mags był Złej Krwi. Diabeł pochwyci go i wypije jego krew, tak by stać się silniejszym. A potem poniesie go i będzie torturował przez wieczność.

Nie, Mags nie chciał teraz opuścić kopalni. Ale oczywiście nie miał wyjścia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Początek 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów