Lila i Ethan: Nie kuś mnie

Lila i Ethan: Nie kuś mnie

Autorzy: Jessica Sorensen

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.00 zł

Nigdy nie przypuszczała, że pojawi się ktoś taki jak on...

Pozory mylą. Lila Summers wydaje się nieskazitelna: jest piękna, nosi drogie stroje i uśmiecha się szeroko. Ale jej perfekcyjną fasadę może zrujnować mroczna przeszłość i skrywane tajemnice. Lila zrobi wszystko, by ukryć pustkę, którą czuje w duszy. Przez to wpada w sytuacje, które zawsze źle się kończą. Gdy znajdzie się na dnie, tylko jedna osoba może ją z niego podźwignąć: Ethan Gregory...

Ethan od dawna wyznaje zasadę: „Lila jest tylko przyjaciółką”. Zresztą, sam  nie angażuje się w związki. Wytatuowany buntownik nie pasuje do ślicznej księżniczki Lili. Jednak Ethan nie może zaprzeczyć, że teraz wiąże ich coś więcej niż kiedy się poznali. Jeśli nie zachowa ostrożności, grozi mu, że podda się uczuciom – a z doświadczenia wie, jak mocno potrafią go ranić.

Jeśli Lila upadnie jeszcze niżej, czy Ethan zdoła jej pomóc jako przyjaciel? Czy też odkryje, że znalazł się o włos… od uczucia, którego się nie spodziewał?

PASJA I NIEBEZPIECZNA MIŁOŚĆ W NOWEJ POWIEŚCI AUTORKI BESTSELLEROWEGO CYKLU O ELLI I MICHY

Jessica Sorensen

Lila i Ethan: Nie kuś mnie

Tytuł oryginału

The Temptation of Lila and Ethan

ISBN

Copyright © 2013 by Jessica Sorensen

All rights reserved

Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

Redakcja

Magdalena Wójcik

Projekt graficzny okładki

Tobiasz Zysk

Ilustracja na okładce

Shutterstock/578foot

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Podziękowania

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Epilog

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Podziękowania

Niezwykle dziękuję mojej agentce Erice Silverman i redaktorce Amy Pierpoint. Jestem dozgonnie wdzięczna za waszą pomoc i wskazówki.

Mojej rodzinie dziękuję za wspieranie mnie i moich marzeń. Jesteście cudowni.

Wszystkim, którzy czytają tę książkę, składam nieskończone podziękowania.

Prolog

Lila

Piękno. Próżność. Doskonałość. Moja matka uwielbia te trzy słowa. Znaczą dla niej więcej niż jej mąż, córki i życie. Wolałaby umrzeć, niż się ich wyrzec. Gdybym sama nie miała tych cech, wydziedziczyłaby mnie. Bądź nieskazitelna. Błyszcz niczym gwiazda. Nigdy, przenigdy nie schodź poniżej poziomu perfekcji. Takie są jej zasady, które wraz z próżnością składają się na moje życie. Ojciec też nie jest lepszy. Chyba tak naprawdę bywa jeszcze gorszy, bo nawet mimo piękna, doskonałości i nieskazitelności wciąż nie jestem według niego wystarczająco dobra.

Przymus perfekcji dominuje nad moim życiem. Czuję, jakby presja miała mnie za chwilę zgnieść. Słowo daję, czasem mam wrażenie, że dom na przemian kurczy się i rozszerza, a jego ściany zapadają się, by następnie wrócić na swoje miejsce. Kiedy jestem sama w domu, przestrzeń wydaje się bezkresna. Otacza mnie zbyt wiele pokoi i za dużo ścian. Ale gdy przebywam w nim w towarzystwie rodziców, wydaje mi się, że brakuje w nim miejsca, zupełnie jakbym nie mogła zaczerpnąć tchu. Dzieje się tak, nawet gdy znajduję się w zupełnie innej części budynku niż oni.

Może to dlatego, że zawsze robię coś niewłaściwie, a oni wciąż przypominają mi o moich niewybaczalnych błędach. Albo robię za mało, by ich zadowolić, albo niewystarczająco się do tego przykładam. Zawsze należy postępować zgodnie z zasadami. Siedź prosto. Nie garb się. Nie odzywaj się bez pytania. Nie psuj wszystkiego. Bądź doskonała. Pięknie wyglądaj. Trzeba spełniać oczekiwania i standardy. Na zewnątrz musimy wyglądać nieskazitelnie, nieważne, co się kryje w środku. Jestem tak bardzo zmęczona tymi zasadami. Mam czternaście lat i pragnę choć raz w życiu się zabawić. Nie chcę nosić rozpinanych sweterków, gładkich spodni i sukienek od projektantów. Nie chcę się martwić o to, czy moje włosy są lśniące i gładkie, a cera bez skazy. Gdybym mogła, ścięłabym je i zafarbowała na jakiś jaskrawy kolor, na przykład ognistą czerwień, albo zrobiła sobie czarne pasemka. Malowałabym grube kres­ki eyelinerem wokół oczu i usta ciemnoczerwoną szminką. Robiłabym wszystko, co by do mnie rzeczywiście pasowało. Ale w tej chwili nawet nie wiem, kim tak naprawdę jestem. Znam siebie tylko taką, jaką mnie stworzyła matka.

Zaczyna mnie to męczyć. Nie chcę się martwić tym, co wszyscy myślą o mojej rodzinie. Nie chcę siadać przy stole jadalnym, który jest tak wielki, że mógłby pomieścić dwadzieścia osób, a jest nas tylko troje. Nie chcę, by mnie zmuszano do jedzenia posiłków, które sprawiają wrażenie, że powinny się jeszcze dłużej gotować. Nie chcę uczestniczyć w kolejnej kolacji, podczas której słyszę, co złego zrobiłam. Niech mi pozwolą być sobą. Niech mi powiedzą, że mnie kochają. Nie chcę czuć się tak, jakbym wciąż coś zawalała. Chciałabym czuć się kochana. Naprawdę.

— Lila Summers — mówi oschłym tonem moja mama, celując we mnie palcem — nie garb się przy stole. Zepsujesz sobie postawę i będziesz się wydawać niższa, a może jeszcze gorzej: dostaniesz garba. Wyobraź sobie, jak szkaradnie będziesz wówczas wyglądać.

Wypuszczam oddech i prostuję ramiona, unosząc piersi. Popycham srebrnym widelcem jedzenie na talerzu.

— Tak, matko.

Rzuca mi wredne spojrzenie, niezadowolona z mojego pozbawionego szacunku tonu. Właśnie wróciła ze swojego zwyczajowego zastrzyku botoksu i jej twarz wygląda jak zastygła. Nic się na niej nie porusza i nie marszczy, ani nie zdradza żadnych emocji. Ale moja matka jest taka nawet bez zastrzyków z botoksu. Okazywanie uczuć jest słabością, pogardzaną przez moich rodziców na równi z porażką, brakiem osiągnięć i wstydem przyniesionym rodzinie, czego często jestem powodem.

— Ale czy to nie brzmi nieco niedorzecznie — stwierdzam, wiedząc, że stąpam po kruchym lodzie. Ojciec nie znosi kwestionowania zasad, ale czasem nie udaje mi się trzymać buzi na kłódkę, bo zbyt często w ogóle się nie odzywam — nie móc się odrobinę zgarbić, jeśli jesteśmy tutaj sami?

— Może powinniśmy sadzać ją podczas posiłków przy osobnym stole — mówi ojciec, biorąc kęs szparagów. — Wiesz, co sądzę na temat dekoncentracji, gdy jem. — Zawsze ma podły nastrój, ale dzisiaj bije wszelkie rekordy. Musiał stawić się wraz z matką na obowiązkowym spotkaniu u dyrektora mojej szkoły, ponieważ przyłapano mnie na wagarowaniu. To nic poważnego. Opuściłam lekcję wychowania fizycznego, ale i tak ich wezwano. Już sam ten fakt wprawił ojca w zakłopotanie, co mi wypominał raz po raz, gdy wracaliśmy samochodem do domu.

„Nigdy nic nie robi tak, jak powinna — powiedział mojej matce po drodze. — Mam już serdecznie dość tego teatru. Albo się poprawi, albo trzeba będzie się jej pozbyć”.

Ujął to tak, jakbym była psem albo czymś podobnym, co łatwo można wyrzucić za drzwi.

Matka wciąż wbija we mnie gniewny wzrok ponad stołem, ostrzegając, bym nie otwierała ust, bo ojciec nie jest w nastroju do sprzeczek. Jakby kiedykolwiek był. Jej blond fryzura i niebieskie oczy wyglądają identycznie jak moje, ale zaczęła siwieć, więc co kilka tygodni farbuje włosy, by nie było widać odrostów. Chodzi na manikiur i ubiera się wyłącznie w stroje od znanych projektantów. Jej garderoba z butami ma wielkość niejednego domu. Lubi swoje drogie wino i, oczywiście, lekarstwa. Mam nadzieję, że kiedy dorosnę, nie będę taka jak ona, ale jeśli mama dopnie swego, wyjdę za jakiegoś chłopca z dobrej rodziny, nawet jeśli się w sobie nie zakochamy. Miłość jest głupia. Miłość nie zapewni ci szczęścia, zawsze powtarza. Tak się poznała z tatą i pewnie dlatego siedzą po przeciwnych końcach stołu jadalnego i nie nawiązują kontaktu wzrokowego. Czasem się zastanawiam, w jaki sposób pojawiłam się na świecie, skoro nigdy nie widziałam, by się całowali.

Telefon dzwoni w kieszeni koszuli ojca. Wyjmuje go i zerka na ekran. Waha się przez chwilę, wycisza go i wkłada z powrotem do kieszeni.

— Kto to był? — pyta matka, chociaż już wie. Wszyscy wiemy. Nawet pokojówki.

— Interesy — odburkuje ojciec i wkłada szparagi do ust.

Interesy to jego dwudziestoczteroletnia kochanka, o której matka wie, ale nigdy nie powie nic ojcu na jej temat. Podsłuchałam, jak rozmawiała o tym ze swoją matką. Obydwie zgodziły się, że takich poświęceń wymaga jej luksusowe życie. Matka zachowywała się, jakby to nie było nic takiego, ale słyszałam w jej tonie, że jest zraniona. Tak jak teraz dostrzegam wzburzenie w jej oczach. Chyba czuje, że traci swoją urodę i młodość, skoro starzeje się i siwieje, a na jej twarzy zaczynają pokazywać się zmarszczki.

— Hm, przekaż proszę swoim interesom, żeby nie dzwoniły do ciebie podczas kolacji, dobrze? — Wbija widelec w kurczaka. — Lilo, nie będę cię już więcej ostrzegać. Usiądź prosto albo odeślę cię do twojego pokoju bez kolacji. Nabawisz się ostatecznie garba i nikt cię nie zechce.

— Naprawdę powinniśmy ponownie zastanowić się nad wysłaniem jej do tej szkoły z internatem w Nowym Jorku, dokąd posłałaś Abby — odzywa się ojciec, nawet na mnie nie patrząc. Poprawia krawat i wkłada kęs jedzenia do ust. — Tak, stanowczo. Nie chcę się już więcej martwić jej wychowaniem. To za wiele dramatyzowania, a ja nie mam do tego cierpliwości.

— Ależ Douglas, nie sądzę, by trzeba było posyłać ją tak daleko. — Moja matka przechodzi do porządku dziennego nad telefonem od kochanki z taką łatwością, z jaką bierze każdego ranka swoje pigułki.

Co wieczór prowadzą prawie tę samą rozmowę. Tata stwierdza: „Hej, odeślijmy ją”, na co matka odpowiada: „Ależ Doug­las”.

— Pakuje się w wielkie kłopoty. — Ojciec krzywi się, krojąc kurczaka. — Wagaruje, żeby pójść na zakupy, i przebywa w towarzystwie osób, które odstają od naszych standardów. Uzyskuje w najlepszym razie przeciętne oceny i nie ma żadnych osiągnięć. Jest tylko ładna. Ostatnio wpadłem na Forta Allmana. Jego syna właśnie przyjęto do Yale. — Wsuwa w usta kęs kurczaka i przeżuwa dokładnie, a potem kontynuuje: — A my czym możemy się poszczycić, Julie? Dwoma córkami, z których jedna przeszła dwa razy odwyk, a druga pewnie skończy w ten sposób, że zajdzie w ciążę przed końcem pierwszego roku szkoły średniej. Trzeba nią w jakiś sposób pokierować.

— Nie zamierzam zachodzić w ciążę — sprzeciwiam się. Czuję, jak się kurczę, garbiąc ramiona. — Nawet jeszcze nie mam chłopaka. Przynajmniej nie na poważnie.

— Zbyt wiele flirtuje — przerywa mi. W jego głosie brzmi pogarda, jakby się wstydził tego, kim jestem. — Zamienia się w drugą Abby. Nie chcę kogoś takiego w swoim domu. Pragnę czegoś, z czego będę dumny, a szkoła z internatem może zdoła ją zmienić, o ile już nie jest na to za późno.

Czuję się tak, jakbym wpadła w miejsce, gdzie nie można oddychać. Ściany napierają na mnie, jakby zaraz miały mnie zgnieść. Jeszcze bardziej kulę ramiona, aż niemal zwijam się w kłębek.

— Jeszcze stanie się osobą, z której będziesz dumny — mówi pokornym głosem matka, układając warzywa na porcelanowym talerzu. — Potrzeba jej tylko więcej dyscypliny.

— A jeśli to się nie uda? Co wtedy?

Nie odpowiada, tnąc kurczaka w cienkie plasterki. Dobiega mnie skrobanie noża o talerz.

Ojciec spogląda na mnie zimnymi brązowymi oczami. Zaciska szczękę, zachowując obojętny wyraz twarzy.

— W jej wieku już wiedziałem, do którego college’u będę uczęszczał i gdzie będę pracował. Pomagałem nawet ojcu w biurze trzy dni w tygodniu. A co ona osiągnęła? Piękny wygląd? Ładną garderobę? Stała się taka jak ty, Julie. Nie wiem, jakie to może jej przynieść korzyści w przyszłości. Chyba że znajdzie kogoś, kto się z nią ożeni, ale na tym etapie mogę cię zapewnić, że nikt jej nie zechce — mówi z arogancją i poczuciem wyższości. — Musi przestać skupiać się tylko na chłopcach i ubraniach, a zacząć koncentrować na szkole i pracy. Musi przestać być taką cholerną niedojdą. Dopóki tak się nie stanie, nie chcę, by przebywała w tym domu.

Nakazuję sobie oddychać. Przekonuję siebie, że ściany na mnie nie napierają i nie zetrą mnie na pył. Rany, które się otwierają, to tylko złudzenia, a ja pewnego dnia nie będę się czuć tak bezwartościowa. Pewnego dnia poczuję się kochana. Ojciec już taki jest. Tak samo zachowywał się wobec niego jego ojciec (wiem, bo byłam tego świadkiem). Moja siostra, Abby, zapewnia mnie, że z dala od rodziców, pieniędzy, oczekiwań i próżności czeka cały świat. Tam można być sobą. Można być, kimkolwiek się zechce, cokolwiek by to było. Twierdzi, że teraz jest wolna. To najcudowniejsze, odbierające oddech uczucie, jakie kiedykolwiek przeżyła, mimo niezbyt ciekawych warunków, w jakich mieszka, i jej niedoskonałych wyborów życiowych.

— Douglas, naprawdę uważam… — zaczyna matka, ale ojciec przerywa jej, unosząc dłoń, by ją uciszyć.

— Zapewniałaś mnie, kiedy decydowaliśmy się na dzieci, że nie będę musiał się nimi zajmować — mówi głosem zimnym jak lód. — Powiedziałaś, że to ty o nie zadbasz, a ja będę mógł skupić się na pracy. Ale popatrz tylko, siedzi z nami córka numer dwa, która przyprawia mnie o taki sam ból głowy jak córka numer jeden. Nie taka była umowa.

Nie wiem czemu, ale wyobrażam sobie ojca składającego w dniu swojego ślubu podpis na kontrakcie, w którym stwierdza się, że nie będzie zmuszony do zajmowania się swoimi dziećmi, jeśli moja matka postanowi je posiadać.

— Poprawię się — ośmielam się odezwać. — Obiecuję, że będę próbować.

— Próbować. — Ojciec parska szyderczym śmiechem, rzucając widelec na talerz. — Julie, ona musi wyjechać do szkoły z internatem. To jej dobrze zrobi. — Nie kieruje tych słów do mnie. Rzadko do mnie mówi, jakbym nie była dość dobra, by móc z nim rozmawiać.

— Dobrze, odeślemy ją — mówi nagle matka, spuszczając nisko brodę. — To pierwsza rzecz, którą się zajmę w poniedziałek.

— Co takiego?! — Wiem, że nie powinnam podnosić głosu przy stole, ale to wyjątkowa sytuacja. Odsuwam od siebie talerz i kładę dłonie na stole. — Nie możecie tego zrobić! Nigdzie nie pojadę!

Tata splata dłonie na stole i w końcu mówi w moją stronę:

— Będę robił wszystko, co tylko zechcę. Jesteś moją córką i nosisz moje nazwisko, więc będziesz się zachowywać tak, jak tego chcę, i pojedziesz tam, dokąd cię wyślę. A jeśli mówię, że masz jechać do szkoły z internatem, to tam właśnie się udasz.

Czuję się tak, jakby między ścianami, stołem i mną samą nie został ani centymetr wolnej przestrzeni. Zgniotą mnie, jeśli się stąd nie wydostanę. Odsuwam krzesło od stołu. Wiem, że nie powinnam tego robić, ale nie umiem się pohamować.

— A co z moimi przyjaciółmi? Szkołą? Moim życiem tutaj? Nie mogę tego wszystkiego porzucić.

— Twoi przyjaciele są dla ciebie nieodpowiedni — wtrąca matka. — Przez nich wagarujesz i wpadasz w kłopoty.

— Wcale nie — protestuję. — Nie zrobiłam nic złego. A to, co się przydarzyło, jest normalne dla nastolatków.

— Siadaj — nakazuje ojciec. — Nie wstaniesz, dopóki nie dokończysz kolacji.

Potrząsam głową i odsuwam się od stołu.

— Co za brednie! — Jak dotąd zdarzyło mi się niewiele takich wybuchów. Karą za każdy z nich był bardzo długi wykład na temat tego, jak niewiele znaczę w tej rodzinie.

Ojciec krzywi się w stronę matki.

— Zajmij się swoją córką.

Mama szybko podnosi się z krzesła, kładąc ręce na białym lnianym obrusie.

— Lila…

Wypadam z jadalni i pędzę ku schodom, ale w ostatniej chwili obracam się w kierunku hallu. Stawiam długie kroki, pragnąc wydostać się stąd, tak jak zrobiła to moja siostra, Abby. Chcę od nich uciec. Zniknąć. Kiedyś moja siostra cały czas tak postępowała, aż pewnego dnia ją odesłali i już nigdy nie wróciła do domu.

Słyszę, jak mama krzyczy, ścigając mnie, a jej wysokie obcasy stukają w marmurową podłogę.

— Lilo Summers, nie ośmielaj się wyjść z tego domu!

Otwieram gwałtownie drzwi wejściowe. Ogarnia mnie ciepło i blask słońca. Rozlega się alarm, ale nie zawracam, by go wyłączyć. Biegnę wyłożonym brukiem podjazdem i wciskam kod, by otworzyć bramę. Słyszę, że matka mnie woła, ale wybiegam za bramę i pędzę chodnikiem w poszukiwaniu wolności. Chcę uciec od nich i ich zasad. Nie mogę wyjechać do szkoły z internatem. Tutaj mam swoje życie. Otaczają mnie przyjaciele, których obchodzę. Bez Steph, Janie i Cindy nie będę mieć nikogo. Będę samotna.

Przeraża mnie ta myśl. Strach powoduje, że przez moje ciało przebiega adrenalina. Szybko przebieram nogami i macham rękami, biegnąc przecznicą. Nie zatrzymuję się, dopóki nie docieram do przystanku autobusowego parę mil dalej, gdzie okoliczne domy zmieniają wygląd. Masywne i ekscentryczne wille ustępują miejsca zwykłym, mniej wyszukanym domom z przedmieść. Jak dotąd tylko raz jechałam autobusem, ale chyba sobie poradzę. Poza tym obecnie nie mam wyboru. Nie wzięłam ze sobą telefonu, więc mogę włóczyć się po okolicy, wrócić do domu albo wsiąść do autobusu, pojechać do mieszkania siostry i zostać z nią przez jakiś czas. Sięgam do kieszeni spodni i wyjmuję dwudziestodolarowy banknot. Potem siadam na ławce i czekam na autobus, który jedzie ku śródmieściu, na główną ulicę w mieście.

Upływa dłuższa chwila, nim zjawia się autobus. Trochę się dziwię, że przed jego przyjazdem nie znalazła mnie matka, chociaż to nieprawdopodobne, by się zapuściła aż w te rejony. Próbuję udawać, że nic się nie stało, chociaż jest inaczej. Cieszę się, że jej nie widzę, bo dzięki temu nie muszę wysłuchiwać jej pouczeń. Ale jeśli miałabym przyznać się przed sobą do bolesnej, brzydkiej prawdy, to żałuję, że jej tu nie ma, bo to by oznaczało, że obchodzę ją na tyle, by mnie chciała szukać.

Podróż autobusem trwa wieczność. Fotel, na którym siedzę, dziwnie pachnie, jakby mieszaniną odoru niepranych skarpet i duszącej kwiatowej woni. W środku panuje tłok, a niektórzy ludzie wyglądają naprawdę groźnie. Na przykład ten facet siedzący naprzeciwko mnie — oblizuje usta, wbijając we mnie spojrzenie. Nie zawiązał sznurówek butów. Jego dżinsy są całe w dziurach. Pewnie jest ode mnie starszy o zaledwie kilka lat. Nie jest brzydki, ale na widok blizn i paru pryszczy moja matka pewnie stwierdziłaby, że nie zasługuje na nic lepszego w życiu. Tylko piękni ludzie mogą być bogaci. (Doprawdy, słyszałam, jak to mówi swojej matce podczas jednego z epizodów pijackich zwierzeń).

— Masz jakąś kasę? — pyta, przesuwając się ku krawędzi siedzenia. Pociera nieogoloną szczękę.

Potrząsam głową i kieruję kolana ku ścianie.

— Nie.

— Na pewno? — Mierzy wzrokiem kieszenie moich spodni i oblizuje wargi.

— Tak, na pewno. — Przesuwam się ku oknu, a on przygląda się mi natrętnie.

— Ale z ciebie gorąca sztuka. Wiesz o tym? — Przez chwilę cieszy mnie to pochlebstwo, ale czuję się przez to niezręcznie. — Zgubiłaś się? — Wygląda na zdziwionego, a kiedy nie odpowiadam, kładzie rękę na moim kolanie. — Jeśli chcesz, pomogę ci znaleźć drogę do domu.

— Nie dotykaj mnie — mówię cichym głosem. Mój puls przyspiesza, gdy chłopak przesuwa dłoń po mojej nodze.

— Dlaczego nie, skarbie? — Ręka dociera do mojego uda. — To nie jest złe, sama o tym wiesz.

Nie od razu się poruszam. Przez minutę porządkuję zamieszanie w głowie, bo mózg i ciało komunikują mi odmienne rzeczy. Nie chodzi o to, że wcześniej nie dotykał mnie żaden chłopak, ale z jakiegoś powodu ręka tego gościa sprawia, że czuję się wyjątkowo. Kontakt z innym człowiekiem, skóra przywierająca do skóry. Nie podoba mi się, że tak bardzo tego pragnę, a jego dotyk przynosi mi odrobinę radości. Czuję się przez to zażenowana i brudna, ale jednocześnie pożądana. A rzadko się zdarza, by ktokolwiek mnie pragnął.

Zbieram się na odwagę i strącam jego dłoń z nogi. Zaczyna się ze mnie śmiać, ale nic już nie mówi. W końcu wysiada z autobusu, rzucając na pożegnanie zaproszenie, bym z nim poszła, a on mi pokaże, „jak się zabawić”.

Odprężam się nieco, gdy znika, i próbuję się skupić na mijanym otoczeniu, gdy autobus pokonuje ulicę za ulicą. Słońce zniża się ku horyzontowi, aż w końcu chowa się za nim całkowicie. Odbicie mojej twarzy w szybie wpatruje się we mnie prawie przez całą podróż: głęboko osadzone niebieskie oczy, sięgające ramion blond włosy i jasna karnacja, która jest tak gładka, że wszyscy myślą, iż noszę makijaż, choć to nieprawda. Piękno. Wciąż słyszę od innych, że jestem piękna. Wydaje się, że ludzie mi tego zazdroszczą, ale wcale dzięki niemu nie otrzymuję tego, czego pragnę. Miłości. Uczucia. Poczucia spełnienia w miejsce tej strasznej pustki.

Kiedy docieram do kresu podróży, zapada mrok, a powietrze staje się chłodne. Dzielnica, w której mieszka moja siostra, też nie jest najlepsza. Jej lokum znajduje się w zaniedbanej okolicy. Po zaśmieconych chodnikach włóczy się mnóstwo ludzi. Na ławce na przystanku autobusowym zasnął jakiś człowiek, a przed opustoszałym budynkiem z oknami zabitymi deskami stoi w kręgu grupa mężczyzn i coś krzyczy. Jeden z nich dostrzega mnie, gdy wysiadam z autobusu, i trąca łokciem drugiego, mówiąc coś pod nosem. Obydwaj przyglądają mi się. Nie podoba mi się wyraz ich twarzy oraz to, że są ode mnie trzy razy więksi.

Przechodzę na prawą stronę, choć mieszkanie siostry znajduje się po lewej. Chcę uniknąć przejścia obok nich. Zwieszam głowę, bo chcę ukryć swój wygląd. Z doświadczenia wiem, że może ściągnąć na mnie kłopoty.

— Hej, kotku, dokąd idziesz? — woła do mnie jeden z nich, śledząc mnie wzrokiem. — Wracaj i zabaw się z nami.

Oddalam się od nich, nie zwalniając. Okrążam dwa rogi budynku, praktycznie zawracając. Docieram do spokojniejszej części chodnika przylegającego do otoczonego łańcuchem złomowiska. Idę dalej, wciąż zwieszając głowę. Maszeruję szybko, aż w końcu docieram do mieszkania parę przecznic dalej.

Pamiętam, jakiego doznałam wstrząsu, gdy odwiedziłam siostrę po raz pierwszy. Właśnie ją wyrzucono ze szkoły z internatem za posiadanie narkotyków. Tata nie pozwolił jej wrócić do domu i nie pomagał finansowo. Opuszczała dom jako pyskata dziewczyna, która lubiła mówić to, co myśli, i buntować się od czasu do czasu, choć nigdy nie było to nic poważnego. Wróciła stłamszona, uzależniona od narkotyków. Wcale nie zachowywała się jak siostra, którą pamiętałam. Stać ją było tylko na takie mieszkanie i muszę przyznać, że jest odrażające. Większość okien trzypiętrowego budynku z cegły ma wybite szyby albo zakrywają je deski. Na klatce schodowej sypiają ludzie. Matka nazywa to miejsce narkomańską speluną, zamieszkaną przez niechciane ludzkie odpadki. Zabrania mi odwiedzać siostrę. Udaje mi się dotrzeć na piętro, gdzie mieszka Abby, nie nawiązując kontaktu z ludźmi śpiącymi na schodach i z kobietą, która wywrzaskuje jakieś obelgi pod adresem człowieka mieszkającego naprzeciwko. Siostra otwiera dopiero po piątym pukaniu do drzwi. Kiedy ją widzę, zauważam, że już jest na błogim haju.

— Cześć, Lila — mówi oszołomiona, mrugając błękitnymi oczami. — Czemu zawdzięczam ten honor, że mnie odwiedziłaś? — Ma na sobie za dużą bluzę dresową i szorty. Mama wydziedziczyłaby ją za założenie takich ubrań, ale przecież już tak się stało, więc to nie ma znaczenia.

— Hej. — Macham jej jak idiotka, czując się niezręcznie.

Otwiera szerzej drzwi, bym mogła wejść do środka.

— Założę się, że chodzi o tatę, prawda? — mówi z przekąsem, zamykając za mną drzwi. — Pewnie cię wysłał, byś sprawdziła, co ze mną jest i czy jego droga córka sobie radzi. A może leży martwa gdzieś w rynsztoku?

— Musiałam znaleźć sobie miejsce, by odzyskać jasność myśli. — Biorę głęboki wdech. Obracam się, obejmując spojrzeniem jej pokój dzienny, który ma wielkość holu w moim domu. W powietrzu unosi się zapach dymu i śmieci. Wszędzie stoją dziwaczne wazony i mnóstwo butelek po alkoholu. — Mama i tata nie wiedzą, że tu jestem. — Obracam się do niej. Chcę ją przytulić, bo sama potrzebuję teraz kontaktu, ale sprawia wrażenie tak kruchej osoby, że gdybym ją zbyt mocno uściskała, mogłabym ją zgnieść.

Bardzo się zmieniła od ostatniego czasu, gdy ją widziałam, a upłynęło zaledwie sześć miesięcy. Blond włosy są tłuste i przerzedzone. Ma rozszerzone pory i kilka ran na skórze, które wyglądają tak, jakby skubała pryszcze. Na bardzo wyschniętych ustach widać kilka ognisk opryszczki. Straciła wiele na wadze, co nie jest dobrą wiadomością, bo już wcześ­niej była za chuda.

Mruga powiekami i wskazuje kanapę pokrytą obiciem w kratę, która stoi w wąskim pokoju dziennym.

— Jeśli chcesz, możesz usiąść. — Sama opada na siedzenie.

Strzepuję okruszki z obicia i zajmuję miejsce. Na stoliku kawowym stoi dziwna żarówka, pokryta kolorowymi rysunkami. Wskazując ją, pytam:

— Co to takiego? Jakieś dzieło sztuki?

— Nie dotykaj tego — warczy i uderza mnie w dłoń. — To nie sztuka, Lila.

— Och, przepraszam. — Zaczynam żałować, że tu przyszłam, bo najwyraźniej wcale nie jest z tego powodu zadowolona i najwyraźniej niezbyt przytomna. — Może powinnam sobie pójść. — Zaczynam się podnosić, ale Abby chwyta mnie za rękę i ściąga na dół

— Nie wychodź. — Wzdycha. — Ja tylko… — Drapie się po głowie i skubie twarz. — Nie wiem, dlaczego się tu znalazłaś, skoro mama wyraźnie dała do zrozumienia, że rodzina się mnie wyrzeknie.

— Ja się ciebie nigdy nie wyrzeknę — odpowiadam, bo pamiętam, że kiedyś miałyśmy ze sobą dobry kontakt, zanim wyjechała do szkoły z internatem i pojawiło się uzależnienie od narkotyków. — Ja tylko… to jest… tata wysyła mnie do szkoły z internatem — wypluwam z siebie słowa. — Do tej samej, do której posłali ciebie.

Przez dłuższą chwilę milczy, wpatrując się w żarówkę na stole.

— Dlaczego? Co się stało?

Przybieram minę pełną poczucia winy.

— Przyłapano mnie na wagarowaniu.

Potrząsa głową, a na jej twarzy pojawia się nienawistny wyraz.

— Co za pieprzony frajer. Zupełnie jakbyś nigdy nie miała prawa czegoś zepsuć. Ani jednego razu, nawet jeśli to tylko bzdura. A jeśli ci się to zdarzy… w takim przypadku przestajesz dla niego istnieć.

Nie zaprzeczam. Doprawdy, przez większość mojego życia czuję się tak, jakbym nie istniała.

— Co mam więc zrobić?

Wzrusza ramionami.

— Masz niewiele możliwości… Przynajmniej dopóki nie skończysz osiemnastu lat i nie opuścisz swoich rodziców.

Zapadam się na kanapie, wbijając wzrok w kolorowy plakat z gitarą na ścianie.

— Jak bardzo jest to złe?

Podnosi zapalniczkę ze stołu i wyciąga rękę do żarówki.

— Co ma być złe?

— Szkoła z internatem. — Obserwuję ją z ciekawością. Co ona robi? Kim jest ta osoba, która siedzi obok mnie? Ledwie ją rozpoznaję.

Unosi żarówkę do ust.

— Nie gorsza niż przebywanie w domu. — Pstryka zapalniczką i zaczyna przesuwać płomień po szkle. Nie mam pojęcia, co robi, ale wygląda na to, że nie powinnam na to patrzeć, więc odwracam wzrok.

— Czyli dam sobie radę? — Wpatruję się w ciemny korytarz, który prowadzi do drzwi schowanych za zasłoną ze sznurów paciorków. — Wiesz, być tam. Nie będzie aż tak źle, ­prawda?

Parska śmiechem, a potem zaczyna kaszleć.

— Wszystko zależy od tego, jak bardzo doceniasz życie w naszym domu.

— Nie jest aż takie złe. — Kłamstwo więźnie mi w gardle.

Ponownie parska śmiechem.

— Lila, nie oszukuj siebie samej. Życie w tym domu to kupa łgarstw pod publiczkę. Wobec świata wyglądamy na doskonałą rodzinę, ale w naszym gronie — za zamkniętymi drzwiami — żyjemy w wydmuszce domu. Nikt nas nie przytula. Nikt nie całuje. Nikt nie obdarza uczuciem. Mamy pozbawioną emocji matkę zombie, która ceni tylko piękno i pieniądze. Wiecznie nieobecny ojciec nienawidzi nas, o czym z dumą nieustannie nam przypomina, byśmy wiedziały, jak bardzo go drażnimy samym swoim istnieniem. — Kaszle ponownie, aż wypluwa coś na podłogę. — Zupełnie jakby chciał, byśmy czuły się równie żałośnie jak on, kiedy go doprowadził do tego jego ojciec.

W końcu kieruję na nią wzrok. Odkłada żarówkę na stół. Powietrze zrobiło się stęchłe.

— Co to jest? — Wskazuję na przedmiot.

— Miejmy nadzieję, że nigdy się tego nie dowiesz. Miejmy nadal nadzieję, że twoje życie będzie wypełnione tęczami i promieniami słońca, a nie czymś takim.

— Ale twierdziłaś, że tutaj lepiej ci się wiedzie. Czujesz się bardziej wolna.

— Bo tak jest. — Ziewa i widać, że powieki jej ciążą. — Ale nie chcę, byś ty korzystała z tej wersji wolności.

— Jeśli ci się to nie podoba, dlaczego ją wybierasz?

— Bo mnie uszczęśliwia i sprawia, że mroczne rzeczy przestają być takie straszne. — Upuszcza zapalniczkę na stół, rozważa coś, a potem przysuwa kolano do siebie na kanapie, siadając twarzą do mnie. — Chcesz siostrzanej porady?

— Hm… — Rozglądam się po mieszkaniu, które z pewnością jest zapełnione przyborami do zażywania narkotyków. — Chyba tak.

— Żyj swoim życiem, Lila, tak jak tego chcesz, a nie jak tata czy ktokolwiek inny ci każe. — Ponownie sięga po zapalniczkę. Powieki ciążą jej coraz mocniej. Zaczyna mamrotać i wygląda na oszołomioną. Chyba ledwo jej się udaje sklecić zdanie. — A jeśli trafisz do szkoły z internatem, trzymaj się z dala od facetów, którzy sprawiają problemy. Unikaj groźnie wyglądających, dzikich, niebezpiecznych typów. Dzięki nim możesz co prawda poczuć, że żyjesz i jesteś kochana, a twoje istnienie ma sens. Ale oni tylko patrzą, jak cię wykorzystać. I ściągną cię ze sobą na dno. Oni cię tak naprawdę nie kochają, Lila. O nie. Miłość nie istnieje, nieważne, jak bardzo byś tego chciała.

Zastanawiam się, dlaczego mi to mówi.

— Hm… Dobrze.

Nie wyjaśnia mi już nic więcej. Tak się kończy nasza rozmowa. Wstaje i zaczyna sprzątać, niczym robot odurzony cukrem i kofeiną. Siedzę i obserwuję ją, zastanawiając się, w jaki sposób znalazła się w takim punkcie swojego życia, brzydka i popsuta, całkowicie nieprzystosowana. Czy stało się tak z powodu jakiegoś faceta? Kogoś, kogo pokochała? Czy to dlatego w ten sposób wypowiadała się na temat miłości?

Tydzień po tej wizycie wyjeżdżam do szkoły z internatem, mając w pamięci jej słowa mądrości. Jednak są one tylko cieniem. Szkoda, że zapomniała ostrzec mnie przed mężczyznami, którzy z zewnątrz wydają się idealni, czarujący i bez skazy, sprawiając, że czujesz się kochana już od pierwszej chwili. Nie pamiętała, by mi powiedzieć o złudzeniu, gdy sądzisz, że jesteś kochana, i o ciemności, która później przychodzi. Kiedy w końcu iluzja znika, ściany napierają na ciebie i zgniatają, a tobie pozostaje tylko myśleć, że jeszcze nigdy wcześniej nie byłaś tak bardzo niekochana i nic niewarta.

Ethan

Siedzę przy kuchennym stole. Otaczają mnie śmieci, butelki po alkoholu i niedopałki. To pewnie najpodlejszy dom w okolicy, a to już wiele, bo w tym mieście stoi mnóstwo beznadziejnych domów. Za oknem panują ciemności. Właściciel tego mieszkania postanowił, że udekoruje je w stylu hipisowskich lat sześćdziesiątych i porozstawiał wszędzie lampy lawa. Zainstalował także oświetlenie ultrafioletowe, więc dom jest skąpany w niepokojącym świetle, a zęby wszystkich osób wyglądają idiotycznie śnieżnobiało.

Jeszcze rok temu byłem przeciętniakiem. Chodziłem do szkoły i uzyskiwałem średnie oceny. Teraz mam prawie siedemnaście lat, porzuciłem szkołę i przesiaduję w mieszkaniu jakiegoś narkomana. Nawet nie wiem, jak się tutaj znalazłem. Czuję się tak, jakbym znienacka skoczył w dół z klifu. Spędzam czas w grupie ludzi, których ledwo znam. Nic ich najwyraźniej nie interesuje, poza naćpaniem się i rozprawianiem o tym, jak ciężko im się żyje.

Początkowo ten upadek wydawał się łatwy i zabawny, zwłaszcza dlatego, że znikały myśli, które doprowadzały mnie do szaleństwa. Jednak z czasem wszystko zaczęło pchać mnie na samo dno. Czuję, że tylko chwila dzieli mnie od tego, bym się o nie roztrzaskał. Nie chcę sięgnąć aż tak daleko. Nie dlatego, że nienawidzę igieł. Mogę je tolerować, o ile zagłębiają się w ciało obcej osoby, a nie moje. To powinno wystarczyć, bym unikał takich sytuacji jak ta, w której się znalazłem, ale właśnie jestem świadkiem tego, jak jakiś chłopak daje sobie w żyłę. Pewnie powinienem wstać i wyjść, ale nie mogę wymyślić żadnego powodu, by to zrobić. Poza tym ciekawi mnie to. Jest tu też London, moja jedyna słabostka na tym świecie, choć nie cierpię się do tego przyznawać. Dla niej dokonuję głupich wyborów, nawet jeśli zdaję sobie z tego sprawę. To dla niej złamałem swoją zasadę, by nie mieć żadnej dziewczyny.

Właściciel domu pstryka palcami w igłę i kieruje jej czubek w stronę swojego ramienia. Kilka razy otwiera i zamyka pięść, pompując żyły, aż w końcu zaciska ją, zanurzając igłę w przedramię. Wsuwa ją pod skórę, aż zagłębia się w żyłę. Wzdrygam się, gdy jego mięśnie tężeją. W końcu wyjmuje strzykawkę i rzuca na stół, obok łyżki. Rozpiera się na kuchennym krześle i jęczy, co budzi we mnie niepokój.

— I w taki sposób trafiamy do nieba, fajansiarze — mówi, a oczy uciekają mu w tył głowy. — Serio, czuję się jak… — Traci świadomość, a głowa opada mu na bok.

Próbuję zrozumieć, czemu wciąż tu jestem. Wiem, dlaczego się tutaj zjawiłem. Z powodu London. Spotkałem ją po raz pierwszy prawie rok temu. Upiła się na przyjęciu, na które trafiłem, i trzeba ją było odwieźć do domu. Jakoś tak się złożyło, że to ja musiałem się tym zająć. Początkowo wkurzyłem się i zadbałem o to, by uprzykrzyć jej całą drogę. Ale ona nagle zaczęła płakać tak rozpaczliwie, że myślałem, iż zemdleje, więc zjechałem na pobocze, a ona wysiadła i wybiegła przed siebie.

— To chyba jakieś żarty — mruknąłem, przerzucając dźwig­nię biegów na pozycję parkowania. Nigdy nie radziłem sobie dobrze w sytuacji, gdy ktoś płacze, i przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pozwolić jej uciec i zniknąć w ciemnościach. Rozważałem długo, jak wielkim jestem palantem, aż w końcu doszedłem do wniosku, że nie mogę jej tak zostawić. Kląłem pod nosem, ale wysiadłem z terenówki, poszedłem za nią i odnalazłem ją, zalaną łzami pośrodku pola.

— Słuchaj, nie wiem, z czym masz problem, ale naprawdę muszę cię dowieźć do domu. — Stanąłem przed nią, próbując się spokojnie zachowywać. Robiło się późno, niebo szarzało, a ja chciałem jeszcze mieć czas, by wrócić na imprezę. — Wyświadczysz mi więc tę przysługę i wsiądziesz do samochodu?

Potrząsnęła głową i skuliła się, przyciągając kolana do ciała.

— Zostaw mnie tutaj.

— Och, uwierz, już o tym myślałem.

— To dobrze. — Opuściła głowę na kolana. — Nie chcę… — Zgubiła wątek, wycierając oczy.

Stałem tak pośrodku pola porośniętego wyschłą trawą, próbując wymyślić, co mam robić. Czy mam zadawać pytania, czy trzymać gębę na kłódkę? Już miałem sobie pójść, gdy zaczęła szlochać. Łkała, biorąc głębokie wdechy. Nagle przypomniałem sobie, że gdy miałem osiem lat, mój tata, jeśli akurat nie zażywał przeciwbólowych lekarstw, bił mnie z całych sił, a ja zwijałem się w kłębek i szlochałem. Nic strasznego. To trwało tylko mniej więcej rok, ale wtedy wydawało się okropne.

Nawet mimo tego, że nie miałem pojęcia, dlaczego London płakała, zacząłem jej współczuć, bo coś było najwyraźniej na rzeczy.

— Hej, wszystko w porządku? — Ukucnąłem przed nią. — Chcesz, żebym cię zawiózł w inne miejsce, nie do domu?

Łzy przestały płynąć z jej oczu. Podniosła na mnie wzrok, przybierając cyniczny wyraz twarzy, co mnie do głębi zdziwiło.

— Na przykład do siebie? Żebyś mnie bzyknął?

— Nie. — Wstałem i cofnąłem się o krok, bo ta dziewczyna wywierała przejmujące wrażenie. — Próbowałem ci pomóc. Tylko tyle. Ale jeśli zamierzasz mi z tego powodu dokuczać, to siedź tu sobie i płacz.

Nie odwracała ode mnie wzroku, wstając. Przestała być smutna i zaciekawiła się, mierząc mnie spojrzeniem.

— Ale z ciebie palant.

— Dzięki — odmruknąłem, wcale się tym nie przejmując. Nie po raz pierwszy usłyszałem coś takiego. Doprawdy, spotkałem się z gorszymi wyzwiskami.

— Jeśli rzeczywiście chcesz mi pomóc — powiedziała, chwytając mnie za rękę — to przestań gadać.

Zanim wymyśliłem odpowiedź, zaprowadziła mnie do mojej terenówki, zaparkowanej na poboczu. Sądziłem, że otworzy przede mną duszę, ale po wejściu do środka wyciągnęła ze stanika jointa. Wypaliliśmy go, a potem zapytała, czy chcę się z nią pieprzyć. Chociaż uwielbiałem uprawiać seks, coś w jej przypadku — może smutek w oczach — spowodowało, że po raz pierwszy od chwili, gdy rozpocząłem swoje życie seksualne, zawahałem się. Pewnie, London sprawiała wrażenie rozwiązłej buntowniczki. Miała na sobie obcisłą skórzaną spódnicę i bluzkę, która ukazywała rowek między piersiami, ale dostrzegałem też, że coś ją dręczy. Zupełnie, jakby chciała pozbyć się tego smutku i tymczasowym rozwiązaniem był seks.

— Chyba powinienem cię zawieźć do domu — stwierdziłem, gasząc jointa w samochodowej popielniczce.

— Dlaczego? — zapytała zadziornie, unosząc brwi. — Boisz się mnie, czy jak?

Potrząsnąłem głową i przewróciłem oczami.

— Nie bądź śmieszna.

Zmierzyła mnie wzrokiem.

— Jesteś prawiczkiem?

Parsknąłem śmiechem.

— Od dwóch lat już nie, skarbie.

Uśmiechnęła się protekcjonalnie.

— To w czym problem?

— Nie mam zielonego pojęcia — skłamałem.

Wciąż zagryzała wargę. Miała oczy zapuchnięte od płaczu, a po jej policzkach spływał tusz do rzęs. Dopiero ją poznałem, ale już miałem ochotę zetrzeć ten wyraz smutku z jej twarzy. A przecież nie chciałem mieć takich problemów. Nie uzależniać się od nikogo. Nie wchodzić w związki. Oto moje zasady.

— Zatem kochaj się ze mną. — Przesunęła się na ławce i przywarła do mnie ustami w szorstkim pocałunku, przygryzając moją dolną wargę. Rozważałem, czy ją odepchnąć, ale zbytnio się podnieciłem i w końcu zacząłem myśleć fiutem, oddając jej pocałunek.

Kochaliśmy się na tylnym siedzeniu mojej terenówki. To był niewyrafinowany, namiętny seks, ociekający potem. Wtedy mnie odurzył. Chociaż wcześniej już uprawiałem seks, tym razem było inaczej. Przestałem zadręczać się myślami i pragnąć samotności. Poczułem, że chcę więcej od życia, choć nie wiedziałem, co to by miało być.

Po tym zdarzeniu chyba się uzależniłem od niej oraz jej niestabilnego, impulsywnego i dzikiego sposobu bycia. Wprowadziła mnie w świat trawy. Godzinami uprawialiśmy seks, ale nigdy prawdziwie nie porozmawialiśmy. Staraliśmy się, by nasz związek był łatwy, doskonały, lecz nigdy skomplikowany.

A teraz, sześć miesięcy później, siedzę w domu narkomana uzależnionego od heroiny, bo mnie o to poprosiła. To nie moje środowisko. Chociaż czasem palę zioło, a nawet kilka razy spróbowałem kokainy, to heroina należy do innej ligi, w której chyba nie chcę grać.

London kładzie ręce na stole. Ma krótkie czarne włosy z fioletowymi pasemkami, kolczyk w brwi i nad wargą, tuż obok poszarpanej blizny, która biegnie od jej nosa aż do ust. Pytałem ją milion razy, skąd się wzięła, ale odmawia odpowiedzi. Nie chce mi opowiadać o wielu rzeczach.

— Ethan? — London spogląda w moim kierunku z pełnym nadziei wyrazem twarzy. — Nie dam rady sama dać sobie w żyłę. Bardzo cię proszę, czy mi pomożesz?

Patrzę na nią z rezerwą i potrząsam głową.

— Wybacz, ale nie wiem jak.

— Orientuję się, kochanie, że nie masz pojęcia, ale powiem ci, jak masz to zrobić. Wszystko pójdzie dobrze, zaufaj mi. — W jej oczach pojawia się błagalny wyraz. Przesuwa wolną ręką przez moje włosy, próbując mnie zachęcić. — Proszę, naprawdę tego potrzebuję.

Zawsze czegoś jej naprawdę potrzeba. Zwykle jej to daję, bo nie jest przecież moją własnością, ale… Tym razem to może być już za wiele.

— Odkąd bierzesz coś takiego? — pytam, obejmując wzrokiem ludzi leżących na podłodze w pokoju dziennym. — Od sześciu miesięcy jestem z tobą i nigdy nie widziałem, byś brała coś poza trawą i koką.

— Cóż, chyba więc nie znasz mnie tak dobrze — odwarkuje, odrywając rękę od moich włosów. — I wcale ze mną nie jesteś. Pozwalam ci się za mną włóczyć.

Zaczynam się denerwować. Stukam knykciami o stół i rozciągam szyję, aż trzeszczą kręgi.

— Hm, z tym ci raczej nie pomogę. — Wydyma usta, ale wcale mi jej nie żal. — To na mnie nie działa. Nie w tym przypadku.

— Ja ci pomogę, kotku — odzywa się facet w jej wieku, wchodząc do kuchni. Na imię ma Drake albo Draven czy coś w podobnym dziwacznym wampirzym stylu. To kompletny palant. Nie zwraca na mnie uwagi. Patrzy na London, jakby do niego należała. — Masz igłę?

Dziewczyna potrząsa głową i zakłada pasmo włosów za ucho, strącając je z ramienia. Dostrzegam tatuaż na jej ramieniu: popsuta. Kiedyś ją zapytałem, co to oznacza, a ona odpowiedziała, że jest popsuta. Spytałem, dlaczego tak uważa, a ona potrząsnęła głową i stwierdziła, że nie chce o tym rozmawiać. Chce się jedynie pieprzyć. Często to powtarza.

— Tylko tę tutaj. — London trąca używaną igłę na stole, a ja krzywię się z obrzydzenia.

Facet siada obok niej i podnosi igłę, która należała do goś­cia leżącego nieprzytomnie na stole. Unosi łyżkę i zapalniczkę.

— Wiesz, że to wbrew zasadom higieny? — Obciągam rękawy swojej koszuli w kratkę. — I rozsądku.

— A kiedy to twierdziłam, że jestem rozsądna? — Unosi brew, rzucając mi wyzwanie, bym zaprzeczył.

— Nigdy, ale to nie oznacza, że masz się zachowywać jak idiotka. — Zerkam na Dravena, Drake’a, czy jak się nazywa. — Bo wcale nią nie jesteś.

— Cóż, Drake mi w tym pomoże — stwierdza, a w jej oczach widzę wyzwanie. Wie, że to drażliwy temat. Nie znoszę okazywać słabości, a właśnie teraz pozwalam, by jakiś facet miał kontrolę nad moją dziewczyną.

Zerkam na igłę w ręku gościa, gdy pobiera płyn z łyżki. Mam ochotę walnąć go w twarz. Chcę na niego nawrzeszczeć. Pragnę krzyczeć na London, nie tylko z powodu tego, co właś­nie robi, ale ponieważ zastanawiam się, czy już miała z tym do czynienia w przeszłości i dawała sobie w żyłę brudnymi igłami. Jezu, a jeśli czymś mnie zaraziła? Ale nie wrzeszczę na nią, bo zamieniłbym się w kogoś na wzór mojego ojca, który zawsze krzyczy na mamę. Szczerze, pragnę tylko uciec z tego cholernego domu, bo nie chcę dłużej tu przebywać.

— Czy możemy stąd iść? Na pewno jest jeszcze coś innego, czym chcesz się zająć. Możemy spotkać się z Jessabelle i Dużym D.

— To dwójka amatorów. — Z jej zdecydowanego tonu wnioskuję, że nie zmieni decyzji, bo gdy London coś postanowi, nie ma od tego odwrotu.

— Kto tutaj przyprowadził tego mazgaja? — wtrąca się facet, wbijając we mnie gniewny wzrok. Wskazuje ruchem głowy drzwi. — Jeśli jeszcze nie dorosłeś na tyle, by to znieść, spadaj stąd.

Mężczyzna jest dwa razy większy ode mnie. Ma grubą szyję, jest wysoki i masywny. A ja niechętnie wdaję się w bójki.

— Po prostu chodź ze mną. Mogę zabrać cię do twojego domu albo do siebie.

— Po co? Porozmawiać? Popieścić się? Bzykać? — Potrząsa głową. — Nie mam teraz na to ochoty, Ethan. Pragnę… potrzebuję… właśnie tego. — Z powrotem kieruje uwagę na igłę. Kilkakrotnie zaciska i rozprostowuje pięść. — Boże, jak ja tego potrzebuję.

Widzę, że coś ją gryzie. Chyba po raz pierwszy czuję, że muszę dotrzeć do sedna sprawy, zanim zrobi coś drastycznego, nawet z jej punktu widzenia.

— London, proszę, chodź ze mną i powiedz…

— Zamknij się, do cholery, Ethan! — krzyczy, waląc drugą dłonią w stół. Jakiś chłopak w pokoju dziennym wybucha śmiechem, a odurzony facet na fotelu przechyla się w bok i przewraca się na podłogę. Najwyraźniej na nikim nie wywiera to wrażenia. — Nie potrzebuję jakiegoś pieprzonego bohatera. Ani żałosnego nastolatka z liceum, który będzie próbował mnie ocalić. Trzeba mi kogoś, kto da mi to, czego pragnę, i pozwoli żyć tak, jak chcę.

Zaciskam zęby i wstaję z krzesła.

— Świetnie. Rób więc, co chcesz. Znajdź sobie kogoś innego. Sprawdź, czy mnie to w ogóle obchodzi. — Problem jest w tym, że mnie to obchodzi. I to bardzo. Pragnę London najbardziej na świecie. Zawsze w głębi duszy miałem nadzieję, że zostawię wszystko za sobą, wyprawię się autostopem przez kraj i opiszę, co zobaczyłem i poczułem. Będę pisać także o tym, jak bardzo nienawidzę przebywać wśród ludzi, w otoczeniu całego świata, znosząc nieustanną gadaninę. Ciągle mam wrażenie, że coś mnie oddziela od reszty świata. Ale teraz jestem już ja i London. Chyba nawet mogę stwierdzić, że się w niej zakochałem, nawet jeśli jest taka pokręcona i niewiele o niej wiem. Ale przecież ja też taki jestem. Nieczęsto zdradzam informacje o sobie, a kiedy już tak postępuję, zbijam ludzi z pantałyku. W głębi duszy uważam, że razem stanowilibyśmy piękną parę, przeżywając wszystkie chwile związane z naszym pokręconym życiem. Dyskutowalibyśmy o tym, jak to jest być wyrzutkiem i doświadczać do głębi wszystkiego, co nam się przydarza. Ale nie w taki sposób. Nie wtedy, gdy we krwi krąży heroina.

Kiedy ruszam ku drzwiom, na twarzy London malują się sprzeczne emocje. Wydaje się rozzłoszczona, rozdrażniona i zraniona, ale ja mimo wszystko kroczę przed siebie. Wychodząc z kuchni, pragnę obrócić się i spróbować jeszcze raz ją od tego odwieść, ale gdy zerkam nad ramieniem, facet już zatapia igłę w jej ręce. Potrząsam głową i kulę się w środku. Wypadam za drzwi, wiedząc, że zadzwoni do mnie wieczorem albo rano, bym ją stąd zabrał. Zawsze tak robi. London taka już jest. Ciąg­le do mnie wraca, nieważne, co się dzieje. A ja pewnie zawsze będę ją przyjmował, bo w tym przepełnionym samotnością świecie jest jedyną osobą, która pojmuje, jak to jest czuć się nie na miejscu. Obiecała mi, że bez względu na wszystko zawsze do mnie wróci. Do tej pory tak było. Kiedy więc nie dzwoni do mnie następnego poranka, od razu wiem, że stało się coś złego. Po raz pierwszy i ostatni nie wróciła do mnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lila i Ethan: Nie kuś mnie Przyszłość Violet i Lukea Na zawsze razem. Ella i Micha Przeznaczenie Violet i Luke’a Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha Ocalenie Callie i Kaydena 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy