Żona na sprzedaż

Żona na sprzedaż

Autorzy: Amila Katharina Finke

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 248

Cena książki papierowej: 34.00 zł

cena od: 21.33 zł

O nieludzkim traktowaniu kobiet w Indiach.

Zabrana rodzinie w wieku dziewięciu lat, wydana za mąż jako jedenastolatka, matką została w wieku dwunastu lat.

Amila nie zdawała sobie sprawy, jaki koszmar ją czeka, gdy w wieku dziewięciu lat na podstawie fałszywych obietnic złożonych jej matce, zabrano ją z rodzinnego Asamu do Nowego Delhi. Los nie obszedł się z nią łaskawie: zamiast obiecanych luksusów nie czekało tam na nią nic poza udręką. Po dwóch latach wykorzystywania do niewolniczej pracy została wbrew swej woli wydana za mąż za starszego mężczyznę. Odtąd jej codzienną dolą stały się przymusowy seks, maltretowanie i ciężka fizyczna praca. Mimo to 24-latka, która w międzyczasie urodziła piątkę dzieci, nie poddała się. Walczy dla swoich dzieci, które dają jej miłość i siłę.

Historia odważnej młodej Hinduski, która z każdym dniem staje się coraz silniejsza i nie traci nadziei na lepszą przyszłość.

Katharina Finke(ur. 1985) jest niemiecką dziennikarką, piszącą relacje z różnych miejsc na całym świecie – Chin, Indii, Portugalii, Oceanii i Stanów Zjednoczonych. Skupia się przede wszystkim na kwestiach ochrony środowiska i praw człowieka. Finke pracuje dla mediów drukowanych i internetowych („Freitag”, „Greenpeace Magazin”, „Spiegel”, „taz”, „Zeit”) oraz dla niemieckojęzycznych stacji telewizyjnych (ARD, BR, ORF, SF, ZDF, 3sat), a także jako moderatorka.

Tytuł oryginału

MIT DEM HERZEN EINER TIGERIN BY AMILA

WITH KATHARINA FINKE

Copyright © 2015 by Wilhelm Heyne Verlag

a division of Verlagsgruppe Random House GmbH,

München, Germany.

All rights reserved

Projekt okładki

Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce

© Alison Wright/Getty Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Zofia Firek

ISBN 978-83-8123-547-1

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla ochrony protagonistki zmieniłam w książce jej imię, a także imiona innych osób oraz nazwy miejscowości. Niektóre szczegóły zostały lekko przekształcone. Poza tym historia ta została napisana tak, jak opowiedziała mi ją Amila.

Prolog

Oprócz Bollywood, curry i jogi od trzech lat Indie kojarzą się przede wszystkim z innym, mniej sympatycznym tematem: gwałtów. Przyczyniła się do tego historia Nirbhayi, która w grudniu 2012 roku trafiła na nagłówki na całym świecie: w Nowym Delhi po brutalnym zbiorowym gwałcie zmarła 23-letnia studentka. Ponieważ Hinduska wcześniej wypowiadała się na temat przemocy seksualnej, nadano jej imię Nirbhaya, co w języku hindi oznacza „nieustraszona”.

Przez wiele tygodni trwały demonstracje przeciwko nieludzkiemu traktowaniu kobiet na subkontynencie azjatyckim. Indie stały się więc nie tylko miejscem gwałtów, lecz także największych protestów przeciwko temu zjawisku. W żadnym innym kraju świata takie tłumy nie wyszły na ulice, by demonstrować przeciwko przemocy wobec kobiet i przeciwko nierówności płci. Wprawdzie światowa opinia publiczna wkrótce zapomniała o tym problemie, ale dla kobiet w Indiach była to szczęśliwa chwila. Według obrończyń i obrońców praw człowieka oraz feministek i feministów Nirbhaya przerwała zmowę milczenia. Od tej pory część zgwałconych indyjskich kobiet bierze z niej przykład i ujawnia sprawców. W związku z tym liczba zgłaszanych gwałtów w Indiach jest teraz znacząco wyższa niż przed trzema laty. Nie znaczy to jednak, że dzisiaj na subkontynencie rzeczywiście zdarza się więcej aktów przemocy seksualnej niż przed Nirbhayą. Mimo że zaczęto na to zjawisko zwracać baczniejszą uwagę, jednak przemoc wobec kobiet w Indiach, tak samo jak przedtem, jest na porządku dziennym: przeciętnie co dwadzieścia minut jest tam gwałcona kobieta. Jeszcze częściej znieważana, molestowana seksualnie i atakowana. Dziewczęta są porywane, przymusowo wydawane za mąż i oferowane jako towar. Jak dotąd niezliczone noworodki płci żeńskiej były zabijane tuż po urodzeniu, wdowy często były palone (kobietobójstwo).

Kiedy zimą 2011 roku po raz pierwszy udałam się w podróż do Indii, jeszcze o tym nie wiedziałam. Początkowo, prawdopodobnie tak jak wielu turystów, bogata kultura Indii ekscytowała mnie. Byłam oszołomiona jej wielowarstwowością i mnogością przeciwieństw. Szybko zauważyłam jednak, że kobiety na subkontynencie nie cieszą się szacunkiem, są często dyskryminowane. Dotyczy to zarówno turystek, jak i Hindusek, przy czym te ostatnie są w znacznie gorszej sytuacji. Chciałam się dowiedzieć, dlaczego tak jest. Moje zainteresowanie tym tematem jedni przyjmowali z życzliwością, inni wyśmiewali. Większość zdawała się nie mieć wielkich nadziei, że możliwe jest polepszenie sytuacji kobiet w Indiach. Byłam tym oburzona, chciałam coś zrobić, pisać o tym.

Niestety media w Niemczech nie były zbyt zainteresowane tym tematem i zdołałam opublikować zaledwie kilka krótkich historii. To zmieniło się, kiedy w grudniu 2012 roku wielkie zainteresowanie wzbudziła historia Nirbhayi. Naraz skontaktowało się ze mną kilka mass mediów, ponieważ odkryły, że zajmowałam się już tematem „przemoc wobec kobiet w Indiach”. Zaproponowano mi, bym napisała książkę o losie indyjskich kobiet.

Wiosną 2014 roku znów pojechałam do Indii. Tym razem w towarzystwie fotoreportera Davida Weyanda, ponieważ wiedziałam, że prowadzenie kwerendy w pojedynkę, zwłaszcza gdy jest się kobietą, nie będzie bezpieczne. Nawet pomimo jego wsparcia nie było to proste. Byłam pod wrażeniem, jak wiele kobiet okazało mi zaufanie i opowiedziało o tym, jak zostały zgwałcone. Problem ten dotyczył zarówno młodych dziewcząt, jak i starszych kobiet, zamożnych i biednych, wykorzystanych w domu i w miejscu pracy, w mieście i na wsi, na północy, południu, wschodzie i zachodzie subkontynentu. Jedno łączyło kobiety, które doświadczyły przemocy: chciały mi powierzyć swoją historię, ponieważ wiele z nich absolutnie pierwszy raz mogło o tym opowiedzieć.

To, co dla nich było swego rodzaju wyzwoleniem, we mnie wywołało niepokój. Losy indyjskich kobiet obciążyły mnie o wiele bardziej, niż się spodziewałam, złączyły się z moimi własnymi doświadczeniami napastowania, dlatego musiałam się najpierw nauczyć, jak sobie z tym radzić. Poza tym stanęłam przed koniecznością wyboru na bohaterkę książki tylko jednej kobiety. Było to nie tylko bardzo trudne, lecz budziło we mnie wewnętrzny opór, ponieważ, moim zdaniem, wszystkie zasługiwały na wysłuchanie.

Kiedy poznałam Amilę, wiedziałam, że to jej historię muszę opowiedzieć. Byłam zaskoczona, z jaką łatwością Amila nieustannie rozśmieszała ludzi wokół siebie, pomimo cierpienia, jakie stało się jej udziałem. Imponowała mi silna wola i odwaga tej młodej kobiety, która postanowiła walczyć z niesprawiedliwością. Fakt, że w końcu mogła o tym porozmawiać, nie tylko poprawił jej samopoczucie. Pragnęła także, by jej otwartość – nawet gdyby miała stanowić dla niej samej zagrożenie – przyczyniła się do zmiany losu kobiet w Indiach.

Ponieważ gwałty są powszechnym zjawiskiem w Indiach, Amila występuje w imieniu wszystkich kobiet, które zostały skrzywdzone. Oczywiście można w tym miejscu zacząć dyskusję: w jaki niby sposób? Bo przecież jedna historia ukazuje tylko jedną prawdę. Daje jednak bardzo dobry wgląd w naznaczone niesprawiedliwością i przemocą stosunki między mężczyznami a kobietami na subkontynencie. Ponieważ chciałam odkryć, jakie czynniki odgrywają przy tym istotną rolę, i były dla mnie ważne także inne perspektywy, chciałam o tym porozmawiać z jak największą liczbą kobiet, by w książce znalazły się również dodatkowe informacje. Dlatego jesienią/zimą 2014/15 roku ponownie pojechałam z Davidem Weyandem do Indii.

Podróż wiodła nas z Nowego Delhi i Radźasthanu do stanów Himaćal Pradeś, Meghalaja, Asam i zamiast, jak wiosną, do Tamilnadu, tym razem przez Keralę aż do Maharasztry. Spotykaliśmy się z ludźmi, których już poznaliśmy wcześniej, i nawiązywaliśmy nowe kontakty. Coraz bardziej ugruntowywało się nasze przekonanie, że żadna indyjska kobieta nie jest bezpieczna, niezależnie od tego do jakiej należy kasty, jaką wyznaje religię lub z jakiej części kraju pochodzi. Ponadto uświadamialiśmy sobie coraz bardziej, że temat nie jest łatwy, a przyczyny dyskryminacji kobiet są bardzo złożone.

Z sercem tygrysicy opowiada historię młodej Hinduski Amili, daje wgląd w sytuację kobiet w Indiach, wyjaśnia związki i okoliczności, ma na celu wzbudzenie zainteresowania tym tematem. Nie tylko cierpieniami, lecz także odwagą i siłą, jakie się za nimi kryją. Książka ta powinna zachęcić do podjęcia publicznej debaty na temat „przemocy wobec kobiet w Indiach” i – co byłoby nawiązaniem idealnym – przyczynić się do poprawienia ich sytuacji.

Katharina Finke

1

Wywieziona, sprzedana, wydana za mąż

Bałam się. Bałam się spotkania z Aktharem. Mężczyzną, którego nigdy dotąd nie widziałam i z którym miałam spędzić resztę mojego życia. Byłam zaledwie jedenastolatką i miałam poślubić zupełnie obcego mężczyznę. Nie mogłam spać, ponieważ nie wiedziałam, co mnie czeka. Zamknęłam oczy. Moje powieki były ciężkie, wciąż byłam bardzo zmęczona. Ale moje serce biło gwałtownie. Zrobiło mi się gorąco. Sama sobie zadawałam pytania: co to za człowiek? Czy mnie polubi? Czy będzie mnie bił lathi? Długą, cienką bambusową rózgą?

Nim wstało słońce, pobiegłam do studni, żeby przynieść wodę na cały dzień. Na jej powierzchni odbijało się światło księżyca. Chłodna woda była przyjemnie orzeźwiająca, kiedy zanurzyłam w niej wiadro i zniszczyłam w ten sposób odbicie księżyca. Potem umieściłam wiadro na głowie i balansując, udałam się z powrotem do domu. Chociaż słońce jeszcze nie wzeszło, przeczuwałam, że dzień będzie bardzo gorący. W powietrzu unosiły się piasek i kurz, osadzając się na wszystkim, także na mojej skórze.

Musiałam wielokrotnie przebyć z wiadrem drogę do studni i z powrotem, nim przyniosłam wystarczającą ilość wody. Następnie pozamiatałam dom i nastawiłam ćaj. Czarną herbatę pije się w całych Indiach. Najczęściej gotuje się ją w garnku z odrobiną mleka i dużą ilością cukru. Do tego, zależnie od regionu, stosuje się różne przyprawy (masala), kardamon, cynamon, imbir, goździki, gałkę muszkatołową lub liście laurowe. Dodałam do ćaju tylko nieco imbiru oraz cynamonu i zagotowałam go z odrobiną cukru, za to z większą ilością mleka. Potem zaniosłam go kobiecie, dla której pracowałam od dwóch lat.

Ponieważ była taka tłusta i czułam do niej wstręt, nazywałam ją Moti – w języku hindi jest to potoczne i pogardliwe określenie grubych kobiet. Jeszcze zanim Moti wypiła pierwszy łyk, wrzasnęła na mnie: „Jak ty znowu wyglądasz? Cała zakurzona! Umyj się i zrób się na piękną! Dzisiaj jest bardzo ważny dzień!”.

Wzięłam zapaskudzoną ścierkę kuchenną i starłam kurz ze skóry. Następnie poszłam do wiadra z wodą i umyłam sobie włosy. Bez mydła, ponieważ ono było przeznaczone tylko dla Moti. W końcu weszłam do domu i włożyłam najpiękniejszy salwar kamiz, jaki miałam. To tradycyjny strój noszony przez niektóre Hinduski, składający się z salwar – szerokich, workowatych spodni, kamiz – długiej, luźnej koszuli, oraz zarzuconego na szyję szala, zwanego dupatta. Mój kamiz był jasnopomarańczowy w duże białe kwiaty. Przypominały orchidee, które rosną w moich stronach rodzinnych, w stanie Asam. A cały kamiz umaszczenie tygrysów, które tam żyją. Tylko nie był chaotycznie pasiasty, lecz ukwiecony. Tego salwar kamiz nigdy nie zapomnę. Dziś już by na mnie nie pasował. Wtedy byłam o wiele chudsza. Jednak nie szczuplejsza i piękna, ale wychudzona i słaba.

Kilka dni wcześniej zjawił się starszy pan, aby porozmawiać z Moti i jej mężem. Jak później opowiedziała mi Moti, chciał, żebym wyszła za mąż za jego syna Akthara. I właśnie dzisiaj po raz pierwszy miałam spotkać tego zupełnie obcego mężczyznę i zostać jego żoną. Tego poranka gorliwie się modliłam. Czy mnie polubi, zastanawiałam się, czy będzie mnie traktował tak samo źle jak Moti? Wszystkie natrętne myśli bezsennej nocy krążyły po mojej głowie. Moti i jej mąż zabrali mnie zbiorową taksówką do nieznanej mi wsi, oddalonej około czterdziestu minut od miasta. Oddali mnie mojemu przyszłemu mężowi i jego rodzinie. Moti powiedziała tylko:

– Ma na imię Amila.

Następnie ona i jej mąż pożegnali się z rodziną – ale nie ze mną – i po prostu odjechali.

To było komiczne. Abdul, który był wcześniej z wizytą u Moti, wskazał na mężczyznę obok siebie. Ten był wprawdzie od niego młodszy, ale ode mnie przynajmniej dwa razy starszy i z pewnością o dwie głowy wyższy.

– To jest mój syn Akthar – powiedział. – Jesteś teraz jego żoną.

Akthar przyjrzał mi się uważnie, nie odezwał się jednak ani słowem. Ja także nie. Ale patrzyłam na niego. Wyglądał dziwnie. Jego ciemna, plamiasta twarz pokryta bliznami, z czarnym, trzydniowym zarostem, z wielkim, bulwiastym nosem, nie robiła przyjemnego wrażenia. Przed jego oczami znajdował się mój welon, który przesłaniał jasny błękit jego tęczówek i źrenice. Mimo to spojrzenie źrenic jego oczu przeszyło mnie niczym błyskawica. To spojrzenie sprawiło, że poczułam się nieprzyjemnie i odwróciłam wzrok. Zapalił papierosa i wetknął go sobie w usta. Przy tym odsłonił pożółkłe szpiczaste zęby. Spuściłam powieki i ukradkiem kątem oka zauważyłam bujne czarne włosy dziko sterczące z jego rozpiętej u góry koszuli, następnie odwróciłam głowę. Jednak w moim wnętrzu aż kipiało. Jeszcze mocniej niż rano, kiedy leżałam, nie mogąc spać.

„Jesteś jego żoną!” – to zdanie rozbrzmiewało w mojej głowie niczym echo. Bolało mnie to i czułam, jakby te słowa bezustannie ktoś mocno wbijał mi przez sklepienie czaszki do głowy. „Jesteś jego żoną! Jesteś jego żoną! Jesteś jego żoną!” – powtarzałam te słowa bezgłośnie niczym mantrę. Bałam się. Oby to się już skończyło. Tak się jednak nie stało. Nie wiedziałam, jak do tego doszło, gdzie dokładnie się znajdowałam i kim ten Akthar, mój mąż, właściwie miał być.

Nagle podszedł do mnie jakiś inny mężczyzna i wbił mi mały złoty ćwiek w skrzydełko nosa. Nie udało mu się to za pierwszym razem i na mój ulubiony kamiz zaczęła kapać krew. Jednak nieznajomy wiercił dalej, aż złota ozdoba została pewnie zakotwiczona w skórze, po czym powiedział:

– To jest symbol waszego związku.

Wtedy Akthar krzyknął:

– Muhdak karo (zasłoń twarz)! – i naciągnął mi szal na twarz, zakrywając w ten sposób moje pytające spojrzenie, ponieważ w ogóle nie rozumiałam, co to ma znaczyć. Ale mężczyźni wyglądali na zadowolonych i zostawili mnie samą z jedyną poza mną kobietą, znajdującą się w chacie.

– Nie bój się – powiedziała. – Jestem Kamla, twoja teściowa.

Usiadłyśmy na ziemi i wyjaśniła mi, że dziewczęta, jak tylko wyjdą za mąż i tym samym stają się kobietą, otrzymują taką ozdobę nosa, którą muszą nosić aż do końca życia. Na szczęście lubiłam biżuterię. Ponadto zamężne kobiety musiały całkowicie zakrywać twarz, żeby nie mógł jej oglądać żaden mężczyzna oprócz męża. Następnie pokazała mi różne metody wiązania welonu (ghunghat karna). Albo tak, że całkowicie zasłaniał głowę, kiedy tkanina jest tak cienka, że można widzieć przez nią. Albo przykłada się welon do czoła, a potem dłuższym końcem zawija wokół głowy i osłania nim nos i policzki, a potem wiąże obydwa końce z tyłu głowy, tak że widoczne są tylko oczy. Dzisiaj to wszystko jest dla mnie oczywistością, ale wtedy musiałam się tego dopiero nauczyć. Wspólnie wypróbowałyśmy różne zawoje i wydało mi się to niemal zabawą. W pewnym sensie było to także dziwne i niezwykłe.

Nigdy wcześniej nie słyszałam słowa ghunghat. W moich rodzinnych stronach, w Asamie, welon nazywamy dupatta; jest on wiązany bardzo luźno, a czasami noszony jak szal. Tutaj w Alwarze, w odległości wielu tysięcy kilometrów od mojej ojczyzny, gdzie mieszkałam wtedy od niemal dwóch lat „dużo rzeczy wyglądało zupełnie inaczej”, jak określiła to Kamla.

Alwar to nazwa regionu i jego stolicy w Radźasthanie, państwie związkowym w północno-zachodnich Indiach. Asam, mój stan rodzinny, znajduje się w północno-wschodniej części kraju, na północ od Bangladeszu. Jest to region położony po prawej u góry na mapie Indii, który wygląda tak, jakby już do nich nie przynależał. I dokładnie tak teraz się czułam. Jak outsiderka. Wszystko w Alwarze wyglądało inaczej niż w Asamie i było dla mnie obce. Ziemia była sucha, podobnie powietrze. Z trudem mogłam oddychać. Wszystko było pokryte kurzem. Był on przywiewany z różnych miejsc: z pustyni położonej za rdzawoczerwonym pasmem górskim, zarysowującym się na horyzoncie. Z wielkich białych kominów pieców do wypalania cegieł, wzniesionych z czerwonych cegieł palonych, które sterczały w niebo i z których niepowstrzymanie wydobywały się kłęby czarnego dymu. I ze spalin niezliczonych samochodów ciężarowych, motocykli, traktorów. Wiele ciężarówek załadowanych kamieniami pędzi niepowstrzymanie główną ulicą, łączącą różne miejscowości regionu Alwar ze stolicą prowincji.

Tylko ubiór mężczyzn, biała kurta, był mi znany. Długie, pozbawione kołnierzyka koszule o luźnym kroju są w Indiach tradycyjną częścią stroju męskiego. Dla większej swobody ruchów od wysokości bioder lub kolan, w zależności od tego, jak są długie, koszule po bokach nie są zszyte, dokładnie tak samo jak kamiz dla kobiet. Rękawy sięgają aż po nadgarstki. Pod kurtą mężczyźni noszą najczęściej spodnie z materiału, dzisiaj także dżinsy.

Niektórzy mężczyźni osłaniają włosy długimi chustami, które zawijają na głowie niczym turban. Alternatywną opcją dla takiego nakrycia głowy są białe, robione szydełkiem czapeczki take, które nosi wielu muzułmanów. W Alwarze widywałam ich zdecydowanie więcej niż w Asamie. Także Akthar miał czapeczkę take, nosił ją najczęściej wtedy, kiedy wybierał się do meczetu. Wydaje mi się, że także meczetów jest tu więcej niż świątyń hinduistycznych.

Kiedy mężczyźni nie przebywali w meczecie, palili fajkę wodną lub rozglądali się znudzeni po okolicy. Wydawało się, że także zwierząt nic nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi. W nielicznych bajorach kilka czarnobrunatnych bawołów domowych, zwanych też wodnymi, zażywa kąpieli, żeby się ochłodzić. Krowy grzebią w śmieciach, piętrzących się na skraju drogi, znad których unosi się potworny fetor. Wszędzie leżą plastikowe i kartonowe kubki po ćaju. Między nimi w śmieciach przeciągają się leniwie psy, a świnie chrumkając, tarzają się w błocie. Na ich grubej szczecinie błoto wysycha wyjątkowo szybko. Nic dziwnego, słońce leje się bowiem z nieba bezlitosnym żarem.

Podczas gdy mężczyźni i bydło bezczynnie przeczekują upał, kobiety nieustannie się krzątają. Znoszą na głowach duże wiązki drewna na opał albo siano z okolicznych pól. Prawie każda trzyma jeszcze dziecko na ramieniu albo prowadzi je za rękę. Jak tylko najmniejsze mogą już chodzić, pomagają matkom w codziennych pracach. U niektórych kobiet kamiz opina brzuch, ponieważ znów są w ciąży. Rodzić dzieci, troszczyć się o dużą rodzinę i gospodarstwo domowe, to zadania kobiet w Alwarze. Przy tym powinny opuszczać dom tylko wtedy, kiedy pracują na polu lub przynoszą do domu drewno na opał.

Jeśli wychodzą na zewnątrz, muszą się zasłaniać, w przeciwnym razie ludzie zaczynają gadać i kobieta ma nieprzyjemności w domu, wyjaśniła Kamla. Bo zamężna kobieta bez ghunghatu i ćwieka w nosie jest złą kobietą. Podobnie jak mężczyzna ma niewielki wpływ na to, kogo przyjdzie jej poślubić. O tym decydują rodzice.

– U nas w Alwarze kobieta nie musi wyrazić zgody na zawarcie małżeństwa – pouczyła mnie Kamla.

Wystarczy, że mężczyzna w trakcie nikah (muzułmańskiego ślubu) wypowie przysięgę małżeńską i są przy tym obecni dwaj męscy świadkowie.

Podczas mojego ślubu nie był obecny nikt z mojej rodziny, był tylko Akthar i kilku mężczyzn z jego rodziny. Nie było przy tym nawet Kamli, ponieważ jest kobietą. Za to razem ze swoim mężem wybrała mnie na pannę młodą dla Akthara. Zdarzało się tak i w innych częściach kraju, niezależnie od przynależności do kasty i wyznawanej religii. Niemal każde małżeństwo w Indiach jest aranżowane. Małżeństwo nie ma tutaj nic wspólnego z miłością. Chodzi o władzę, własność i pieniądze. Ojciec panny młodej przekazuje córkę jej mężowi i tym samym pełną odpowiedzialność za nią. W zamian za to wypłaca mu posag. Mogą to być bawoły, pieniądze, złoto, biżuteria lub inne wartościowe przedmioty. Niekiedy w wyprawie panny młodej przekazywane są telewizory płaskoekranowe, telefony komórkowe i samochody.

– Najważniejsze jest, żeby mężczyzna i kobieta pochodzili z tej samej kasty – powiedziała moja teściowa.

Szczegóły postanowiła mi wyjaśnić innym razem. Miałam przecież dopiero jedenaście lat i nie wiedziałam, co się ze mną stało. Po prostu nie mogłam zrozumieć, że synowie i córki nie mają żadnego wpływu na wybór partnera, a dziewczynki są wydawane za mąż tak młodo. Poza tym pytałam sama siebie, czy moi rodzice też za mnie zapłacili. Ale tego nie mogłam sobie wyobrazić, ponieważ byli bardzo biedni i mieszkali w Asamie.

W Asamie, gdzie się urodziłam, wszystko wygląda inaczej. Jest tam przepięknie: powietrze jest czyste, woda przejrzysta, a pośród zieleni łąk kwitną kwiaty. Niestety opuściłam tamte strony już tak dawno, dlatego o większości rzeczy już zapomniałam. Ale moje dzieciństwo przypominam sobie całkiem dobrze i chętnie. Wtedy mogłam się swobodnie poruszać, nie było takich surowych reguł jak w Alwarze i miałam wiele frajdy, bawiąc się z przyjaciółkami.

Było nas razem pięć. Najbardziej lubiłam Manandę, która była najsilniejsza spośród nas. W grupie były jeszcze bierna uczestniczka zabaw Aswaa, nieśmiała Somila, Omissa, która jest hinduistką, i ja. Razem chodziłyśmy do szkoły, ale nauczyłyśmy się niewiele, ponieważ byłyśmy jeszcze dość małe i całkiem niesforne. Jak tylko wchodziłyśmy do budynku szkoły, rzucałyśmy torby i książki w kąt, wychodziłyśmy na dziedziniec i zaczynałyśmy się tam bawić. Najczęściej w kabaddi (wstrzymać oddech).

W grze tej rywalizują dwie drużyny, z których każda wysyła jednego sahi (napastnika). Ten musi krzyczeć kabaddi (wstrzymać oddech), a następnie sam wstrzymując oddech, próbuje dotknąć jak najwięcej graczy drużyny przeciwnej, by ich w ten sposób wyeliminować. Kiedy zabraknie mu oddechu, drużyna przeciwna wysyła swojego napastnika. Ponieważ na ogół było nas tylko pięć, gra bardzo nas męczyła i często przerywałyśmy ją po kilku rundach.

Potem siadałyśmy na piasku i grałyśmy w ludo1 – moją ulubioną grę. Miałyśmy pieniądze tylko na jedną kostkę, dlatego same musiałyśmy sobie zrobić pionki do ludo z materiałów, jakie akurat wpadły nam w ręce. Najczęściej były to patyczki bambusowe i małe kamyki. Każda uczestniczka gry potrzebowała czterech pionków, które, rzucając kostką, należało jak najszybciej doprowadzić do celu. Planszę do gry rysowałyśmy na piasku. Ponieważ w grze biorą udział cztery osoby, jedna z nas zawsze musiała pauzować. Ale to nie było takie złe: kto nie mógł grać, zrywał z drzewa dla nas wszystkich karambole. Albo zjadałyśmy te małe zielonożółte gwiaździste owoce od razu, wtedy są bardzo kwaśne, albo wyciskałyśmy sok i rozcieńczałyśmy go wodą, przez co stawał się bardzo słodki, mnie w tej formie smakował bardziej niż gorzki owoc.

Kiedy nie szłam do szkoły albo nie bawiłam się z przyjaciółkami nad rzeką, spędzałam czas z rodzicami. Mieszkaliśmy w dwóch domach z bambusowych prętów. Jeden miał dach ze słomy, drugi, większy – był z cyny.

Dookoła rosły wysokie na kilka metrów melonowce (papaje) oraz krzewy paan (pieprzu żuwnego), pod którymi jako dziewczynka mogłam chodzić i oglądać od dołu pomarańczowe orzechy betelu. Tuż za domami w ziemi znajdowały się dwie ważne dziury. Nad jedną wznosiła się pompa, za pomocą której, używając wielkiej dźwigni, mogłyśmy wypompowywać z ziemi wodę. Druga była otoczona bambusową palisadą i służyła za toaletę.

Za nimi rosły palmy kokosowe, drzewa mango i bananowce. W ciągu roku rodziły tyle owoców, że nasza rodzina niemal nie była w stanie wszystkich zjeść. Kiedy miałam ochotę, pomagałam mamie w zbieraniu owoców. Często chętniej drażniłam jednak nasze dwie kozy, ciągnąc je figlarnie za ogon. Albo dwa tuziny kur, które gdakając, kręciły się koło domu i znosiły wyjątkowo smaczne jajka. Poza tym bardzo chętnie obserwowałam kaczki naszych sąsiadów, kiedy powoli człapały ze stawu, znajdującego się obok pola.

Kiedy urodziły się moje młodsze siostry Momina i Sobriya, mama poleciła mi, bym ich pilnowała. Było to co prawda coś innego niż drażnienie się ze zwierzętami, ale bardzo mi się podobało. Jak tylko zaczęły chodzić, wychodziłyśmy razem na pole. To był piękny okres, który wspominałam z wielkim rozrzewnieniem.

Mojego ojca Halima nie widywałam zbyt często, ponieważ musiał ciężko pracować w położonym niedaleko kamieniołomie. Mieliśmy mało pieniędzy. Kiedy przychodził do domu, najczęściej był wyczerpany, jadł coś i kładł się spać. Wcześnie rano, po porannej modlitwie, opuszczał dom. Cieszyłam się za każdym razem, kiedy przynosił nam zakupy z targu znajdującego się na końcu naszej ulicy larus. Najbardziej lubiłam żółte kuleczki z mąki, mleka i cukru z sezamem. Niestety nie dostawałam tego smakołyku często. Mniej więcej tak rzadko, jak moi rodzice – którzy są w podobnym wieku – razem spędzali czas lub ze sobą rozmawiali.

Wynikało to przede wszystkim z faktu, że moja matka Zahra niechętnie otwierała usta. Zawsze była bardzo cicha i często miałam wielką ochotę chwycić ją, potrząsnąć i zapytać: jesteś głucha? Niczego nie słyszysz? Nie umiesz nic powiedzieć? Co z tobą? Ale naturalnie nie robiłam tego. W każdym razie ja byłam zupełnie inna. Wyjątkowo ciekawska, i nie mogłam zrozumieć, dlaczego matka pozornie niczym się nie interesowała i unikała kontaktów z ludźmi. Dlatego nasi krewni zawsze mówili: jedyne, co masz po swojej matce Zahrze, to wielkie, silne ręce. Bystre usposobienie, piękne i drobne rysy twarzy, a także duże, intensywnie brązowe oczy pochodzą od twojego ojca Halima. Także moi bracia Ajmal i Sahid, którzy urodzili się po nas trzech dziewczynkach, mieli oczy mojego ojca.

Jedną cechę szczególną odziedziczyliśmy jednak wszyscy, cała piątka: maluteńkie czarne znamię na tylnej stronie małżowiny prawego ucha. To nasz tajny znak rozpoznawczy. Moja matka urodziła mnie jako pierwsze dziecko, miała wtedy dwadzieścia lat. Moje rodzeństwo rodziło się w rytmie co dwadzieścia cztery miesiące.

Kiedy matka była w ciąży z moim bratem Sahidem, do domu rodziców przyszła Moti, która wtedy mieszkała w sąsiedniej wsi. Wydawało się, że matka znała tę tłustą kobietę, ponieważ powitała ją serdecznie. Następnie Moti zaczęła ją przekonywać. Moja matka była jak zawsze bardzo spokojna, o nic nie pytała, tylko słuchała. Obserwowałam je z pewnej odległości i dlatego nie mogłam usłyszeć, o czym rozmawiały. Ale niemal rozsadzało mnie z ciekawości. Dlatego przyniosłam im nieco wody z karambolą, żeby móc je lepiej podsłuchać.

Moti spytała:

– To jest zatem twoja najstarsza?

Matka przytaknęła i powiedziała:

– Amila ma dziewięć lat i jest moją najstarszą.

Teraz nie byłam już w stanie utrzymać języka za zębami i zapytałam:

– Mamo, dlaczego ta pani chce to wiedzieć?

Odpowiedziała:

– Moti chętnie zabrałaby cię ze sobą do Nowego Delhi.

Na to zawołałam:

– Świetnie, jakie to fantastyczne!

Ucieszyłam się, ponieważ jeszcze nigdy nie byłam nigdzie poza moją wsią. Moja mama nie patrzyła na mnie.

– Będę mogła, mamo? Proszę! – błagałam i nawet nie chciałam się dowiedzieć, dlaczego Moti chciała mnie zabrać ze sobą. Grunt to przygoda, pomyślałam sobie.

Matka najpierw się wahała, potem jednak się zgodziła, ponieważ ufała Moti. Halim często zdawał się na decyzje żony. Dzisiaj wiem, że to rzadkość w Indiach. Na szczęście ojciec nie był i nie jest patriarchą. Zawsze traktował synów i córki tak samo oraz fair i nikogo nie dyskryminował. Matka także nie. Przynajmniej ja o niczym takim nie wiedziałam.

Następnego dnia w szkole natychmiast opowiedziałam moim przyjaciółkom o czekającej mnie podróży. Byłam taka podekscytowana. Somila, najmniejsza i najdrobniejsza z nas wszystkich, bardzo mi zazdrościła. Aswaa, Omissa i Mananda cieszyły się wraz ze mną i powiedziały, że powinnam przywieźć im coś ładnego. Kilka dni później sprawa nabrała tempa. Niestety nie zobaczyłam już ojca przed wyjazdem. Trochę żałowałam, że nie mogłam się z nim pięknie pożegnać. Ale przecież za kilka dni miałam być z powrotem, tak obiecała Moti, wtedy chciałam mu zrelacjonować moje przygody.

Moja wierna przyjaciółka Mananda odwiedziła mnie jeszcze raz, by powiedzieć mi do widzenia. Moti była tylko trochę wyższa ode mnie i dziwnie pachniała, ale nie byłam w stanie zidentyfikować tego zapachu. Być może był to po prostu jej pot, będąc bowiem tak tłustą, bardzo szybko się pociła. Wydawało mi się, że ważyła co najmniej pięć razy więcej ode mnie, jeśli nie jeszcze więcej.

Małą zbiorową taksówką udałyśmy się do Gauhati, oddalonego o mniej więcej trzydzieści kilometrów największego miasta w stanie Asam. Przynależące do niego przedmieście Dispur jest siedzibą rządu państwa związkowego. Tego nauczyłam się w szkole. Także tego, że będziemy musiały przekroczyć Brahmaputrę, jedną z największych i niosących najwięcej wody rzek kraju. Jej koryto miało szerokość kilkuset metrów, jednak podczas corocznych stanów wysokiej wody rzeka rozlewała się niekiedy na szerokość do trzech kilometrów.

Wtedy właśnie pierwszy raz jechałam zbiorową taksówką. I było to naprawdę ekscytujące. Bagaż został umieszczony na dachu. Wewnątrz siedziałam wciśnięta między Moti i innych pasażerów. Jedna z kobiet nosiła przepiękną biżuterię: złote kolczyki z różowymi kamieniami, na które nie mogłam się napatrzyć.

Wyglądało na to, że nie ma stałych przystanków, zatrzymywaliśmy się wszędzie tam, gdzie ktoś chciał wsiąść lub wysiąść. Kobieta z koźlęciem opuściła taksówkę, a jej miejsce zajęła inna z workiem ryżu, która przez niemal całą drogę zasłaniała mi widok. Kiedy wreszcie po niemal trzech godzinach dotarłyśmy do miasta i znów mogłam wyglądać przez okno, ponieważ kobieta z workiem ryżu opuściła pojazd, byłam poruszona. W całym swoim życiu nigdy nie widziałam tak dużo ludzi. Ani takiego rozgardiaszu. Śmigały koło nas motocykle, przy skraju ulicy mężczyźni naprawiali buty, ze stojaków uśmiechały się do mnie torby, ubrania i szale. Byłam tak podekscytowana, nie wiedziałam, gdzie najpierw patrzeć, chciałam wszędzie się zatrzymywać. Jednak Moti nie wypuszczała mojej dłoni.

Kiedy wysiadłyśmy z taksówki, pociągnęła mnie szybko obok budynku ku schodom, i widziałam już tylko nogi. Idąc po stopniach w górę i w dół, zaprowadziła mnie na peron. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego: żelazne pręty zamontowane na drewnianych belkach, które bez końca prowadziły w dal. A potem jeszcze olbrzymie monstra ze stali, które nadjechały, sunąc po tych żelaznych prętach, wypluły z wnętrza setki ludzi, a następnie zassały innych i po gwizdku odjechały. W międzyczasie skrzeczący głos mówił z lejka podwieszonego pod sufitem – miałam mętlik w głowie.

Wielkie wrażenie robił ruch dookoła mnie. Na peronie ledwie mogłam dostrzec ziemię. Wszędzie stali i kucali mężczyźni, jeden obok drugiego. Wycieńczeni dźwigali na głowach walizki, torby i paczki, należące do elegancko i czysto ubranych ludzi. Moti i ja byłyśmy w samym środku tego zamieszania. Kurczowo ściskała moją dłoń i zacisnęła ją tak mocno, że aż poczułam ból.

Obok nas handlarz sprzedawał orzechy kokosowe. Maczetą rozłupywał koniec, wsuwał do środka słomkę i podawał klientom, którzy wysączali sok. Inni kupowali przy małym kramie orzechy nerkowca lub ćaj. Dobrze, że nie za bardzo go lubię, bo dla nas była tylko woda. Nabrałyśmy jej sobie z kranu, znajdującego się pośrodku peronu. Kiedy już o to zadbałyśmy, Moti znów ścisnęła moją rękę o wiele za mocno, wbijając przy tym ostre i brudne paznokcie w moją skórę. Z napełnioną plastikową butelką pod pachą poszukałyśmy sobie zacienionego miejsca i usiadłyśmy na ziemi.

Było gorąco. Zadaszenie na peronie dawało niewiele cienia i w rzeczywistości nie mogło chronić od upału, który bardziej dokuczał z powodu wielkiego tłumu. Okropnie śmierdziało. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie wąchałam: mieszanina uryny, spalonego plastiku, resztek jedzenia, ćaju i kilku innych, nie do zdefiniowania zapachów. Aby nieco zmniejszyć intensywność smrodu, naciągnęłam dupattę na nos i usta. Wyziewy, upał i gęstwina ludzi sprawiały, że czekanie było nieznośne. Zadawałam sobie pytanie, jak wielki musiałby być pociąg, żeby mogli zmieścić się w nim wszyscy oczekujący tutaj ludzie. Cóż mieli oni do załatwienia w Nowym Delhi? Najwyraźniej musiało tam być coś ekscytującego. A więc skracałam czas oczekiwania, wyobrażając sobie, co też mogłabym zobaczyć w stolicy, co znałam ze szkolnych książek. Wkrótce miałam doświadczyć tego na własnej skórze.

Wreszcie nadjechał nasz pociąg. Około tuzina białych wagonów z jasnoniebieskimi napisami. Nie mogłam ich odczytać. Jeszcze zanim huczące monstrum zatrzymało się, z szeroko otwartych drzwi po obu stronach na perony zaczęli wyskakiwać liczni pasażerowie. Ku nim ruszyła masa ludzka, która wcześniej godzinami czekała wraz z nami i teraz chciała szybko dostać się do pociągu. Moti znów zbyt mocno trzymała mnie za rękę. Tym razem ból sprawiały mi nie tylko jej wbijające się paznokcie, także napierający ludzie, którzy potrącali mnie ze wszystkich stron lub uderzali mnie w twarz torbami i paczkami. Byłam taka mała, że znajdowałam się na wysokości ich ramion, i jeszcze intensywniej czułam ich pot. Kiedy wreszcie dostałyśmy się do wąskiego korytarza wagonu pociągu, wszystkie miejsca siedzące były już zajęte.

Mężczyźni siedzieli obok siebie w szeregu niczym kurczaki na grzędzie. Niektórzy usadowili się u innych na kolanach, bagaż znajdował się między nimi, pod siedzeniem lub w korytarzu. My musiałyśmy stać. Bądź co bądź bezpośrednio przy zakratowanym oknie, tak że w trakcie jazdy nasze twarze owiewał delikatny powiew i mogłam podziwiać krajobrazy. Za oknem przesuwały się palmy, pola i wsie. Widziałam kury, kozy, krowy i bawoły. Za każdym razem, gdy przeciskał się obok nas sprzedawca ćaju z metalowym dzbankiem i pakietem plastikowych kubków, czułam twarde pręty krat na plecach i ciężar Moti na moich bosych stopach. Czyżby nie było jakiegoś innego skrawka podłogi, na którym mogłaby postawić stopę?

Po wielu godzinach stania Moti zdobyła miejsce do siedzenia. Wcisnęła się obok innej kobiety, bez pytania i bez skrępowania biorąc na kolana towarzyszącą jej małą dziewczynkę, która wcześniej siedziała na tym miejscu. Chociaż wydawało mi się, że kobieta była matką małej, nie zareagowała. Dopiero kiedy dziewczynka zaczęła płakać, wzięła ją szorstko na ręce. Ja nadal stałam. Przez wiele godzin. A musiałam pilnie pójść do toalety. Ale Moti nie pozwoliła mi pójść samej, a nie chciała też stracić miejsca siedzącego.

Dobre tysiąc palm i sto stacji kolejowych później w końcu wysiadłyśmy. Było ciemno, wokół latarni na dworcu krążyły chmary komarów.

– Czy jesteśmy teraz w Nowym Delhi? – spytałam Moti.

Ale ona nie odpowiedziała, tylko poszła ze mną prosto do dworcowej toalety. Następnie usiadłyśmy na brudnej podłodze przed nią.

– Czekamy na następny pociąg – syknęła do mnie.

Niedługo później zasnęła i zaczęła głośno chrapać. Ludzie, którzy siedzieli lub leżeli dookoła nas, w ogóle nie zwracali na to uwagi. Czułam się nieswojo, aż w którymś momencie z wyczerpania także i mnie zamknęły się oczy. Obudziły mnie dopiero piszczące hamulce pierwszego pociągu, który o poranku zatrzymał się koło nas.

Moti otrząsnęła się, wcisnęła się wraz ze mną do pociągu i usadowiła w korytarzu, by spać dalej. Tym razem wdrapałam się na półkę na bagaże i tam się umościłam. Ponieważ byłam mała, zupełnie dobrze się to sprawdzało. Linki półki były przyjemniejsze niż pręty krat okna. Z tego miejsca nie mogłam jednak nic widzieć. Kiedy chciałam zejść na dół, żeby pójść do toalety, Moti szturchnęła mnie energicznie, bym wracała na swoje miejsce, i powiedziała:

– A może chcesz spędzić resztę dnia, stojąc?

A więc zostałam na górze.

Od jednej stacji do drugiej obserwowałam teraz już nie krajobrazy, lecz ludzi. W miarę upływu czasu byli oni więksi i ciemniejsi. W pewnym momencie Moti ściągnęła mnie za nadgarstek z półki. Niektórzy pasażerowie krzyczeli niczym spłoszone kurczaki „Delhi, Delhi, Delhi”. Moti popchnęła mnie obok nich przez korytarz na peron. Przez głośnik skrzeczący głos odczytywał komunikat: „Następny pociąg z Nowego Delhi do Gandhinagaru odjeżdża z peronu drugiego”. Wreszcie na miejscu! – pomyślałam.

Słońce już zaszło, kiedy opuszczałyśmy budynek dworca kolejowego. Na zewnątrz trąbiła gromada autoriksz. Zmotoryzowane trójkołowce, które służyły do przewożenia ludzi, były mniejsze i miały inny kolor niż w Asamie. Były zielone, a nie czarne, tylko miały taki sam żółty dach. Służyły za taksówki, tak samo jak kolorowe riksze-rowery, które w Asamie widywałam rzadko, ponieważ niewiele z nich docierało do naszej wioski, a tej jeszcze nigdy nie opuściłam. Przed nami zatrzymał się autobus. Jego jaskrawe reflektory oślepiły mnie. Wsiadłyśmy. Podróż trwała dalej.

W autobusie nie było żadnego oświetlenia, wszystko spowijała ciemność. Tylko podświetlane reklamy sklepów, które mijaliśmy, rzucały nieco światła do wnętrza pojazdu. Pomyślałam sobie: Nowe Delhi jest bardzo duże, skoro musimy jechać autobusem. Sklepów było coraz mniej, a tym samym mniej świateł podświetlanych reklam. Jechaliśmy szosą, która wydawała się nie mieć końca. W międzyczasie zrobiło się całkiem ciemno. Autobus wielokrotnie się zatrzymywał, a my nadal siedziałyśmy. Z każdym kolejnym przystankiem stawałam się coraz bardziej podejrzliwa. Byłam pewna, że coś się nie zgadza. Nie chciałam jednak budzić Moti, która znów bez skrępowania chrapała, żeby ją spytać, dokąd jedziemy i czy jeszcze jesteśmy w Nowym Delhi.

Wysiadłyśmy dopiero na przystanku końcowym. Tam czekał na nas starszy mężczyzna, mąż Moti, który zabrał nas do zbiorowej taksówki. I nią pojechaliśmy we trójkę dalej przez ciemność.

Po ponad godzinie taksówka zatrzymała się, wysiedliśmy i przeszliśmy kilka kroków przez pola, aż znaleźliśmy się przed domem. Moti i jej mąż zniknęli w jego wnętrzu, mnie polecili zostać na zewnątrz. Kiedy chciałam wejść do środka, Moti wypędziła mnie na zewnątrz.

A ponieważ byłam kompletnie wyczerpana, położyłam się przed domem i oglądałam niebo. Powietrze było tak suche i pełne kurzu, że gwiazdy, które zawsze mogłam podziwiać migoczące na przejrzystym niebie, wyglądały, jakby znajdowały się za mętną szybą. Poczułam się obca. Obca i samotna. Jednak nie chciałam płakać, nawet jeśli najchętniej tak bym zrobiła. Gdy się bierze udział w przygodzie, trzeba być odważnym, pomyślałam sobie. W końcu zasnęłam z wyczerpania.

Następnego dnia zamiast obiecanych przygód w stolicy widziałam tylko jedno: ghass (trawę). Musiałam ją ścinać.

– Ghass katna, ghass katna, ghass katna! – wrzeszczała na mnie Moti.

I nie tylko tego dnia, lecz także przez kolejne. Wszystko, co zostało mi obiecane, że pójdę na zakupy na stary bazar w Nowym Delhi, że będę mogła zobaczyć zabytki miasta – Bramę Indii, Dźama Masdźid, największy meczet kraju, a także Qutub Minar, najwyższy minaret w Indiach – wszystko to okazało się nieprawdą. Zamiast tego obudziłam się w koszmarze.

Gdzie oni mnie przywieźli? – pytałam nieustannie sama siebie. Tutaj jak okiem sięgnąć nie ma niczego poza trawą. Musiałam się wypłakać.

Kiedy Moti to zobaczyła, wzięła swoją lathi (rózgę), i zaczęła mnie nią bić i cały czas krzyczała:

– Ghass katna, ghass katna, ghass katna!

Musiałam to teraz robić od wschodu do zachodu słońca w suchym upale. Bez wody. Bez jedzenia. Bez przerwy. Kiedy protestowałam, byłam bita. Na moją skórę, na moje drobne i kruche ciało spadały liczne uderzenia. Moti w ogóle nie liczyła się z tym, że byłam jeszcze dzieckiem i byłam absolutnie bezradna.

Tymczasem jej siostra Sanya tak. Na szczęście była zupełnie inna niż Moti. Nie tak tłusta, drobna i o wiele wyższa ode mnie. U niej mieszkałam i regularnie otrzymywałam jedzenie. Za to musiałam troszczyć się o jej dom i o szóstkę jej dzieci, które były niewiele młodsze ode mnie. Byłam jej służącą. Musiałam codziennie zamiatać dom i ścierać kurze, gotować ćaj i robić pranie. Karmić bawoły i je doić oraz przygotowywać trzy posiłki, na które zawsze składał się roti (chleb), zamiast ryżu, jak w Asamie. Pogodziłam się z tym, bo mój napełniony żołądek przywrócił mi nieco godności. Poza tym siostra Moti nie miała lathi. Ona nigdy mnie nie biła. Sanya zawsze traktowała mnie łagodnie. U niej czułam się w miarę dobrze.

Najdrobniejsza nawet myśl o Moti bardzo mnie denerwowała i pytałam sama siebie, jak długo moje życie będzie tak wyglądać. W zasadzie moja mama umówiła się z Moti, że po kilku dniach odwiezie mnie z powrotem, a te definitywnie już minęły. Moti nie przejmowała się takimi ustaleniami. Wprost przeciwnie: w Nowym Delhi oprócz dworca kolejowego niczego nie widziałam. Byłam z tego powodu wściekła. Ale od złości jeszcze większy był strach, że będę musiała pozostać u Moti na czas nieokreślony. Strach z dnia na dzień był coraz większy. Podobnie jak moja tęsknota za domem. Tęskniłam za Asamem i zaczynałam płakać. Jak tylko Moti to widziała, zaczynała mnie bić. Jej odpowiedzią na moje łzy były twarde i bolesne uderzenia lathi.

Mijały tygodnie. Upłynęły miesiące. Zadawałam sobie pytanie, czy moi rodzice się o mnie martwią? Czy mnie szukają? Ale z drugiej strony: jak mieliby mnie tutaj znaleźć? Tak daleko od Asamu? Coraz bardziej nasilały się moje wątpliwości, czy mój ojciec cokolwiek wiedział o podróży i umowie z Moti, zadręczałam się pytaniem, czy matka zdecydowała się otworzyć usta, żeby mu o tym powiedzieć. Jednak co mógłby zrobić? Byłam tak rozczarowana, tak zrozpaczona. To we mnie wzbierało. Nie wolno mi było płakać. Musiałam dalej pracować dla Sanyi w domu, ścinać trawę dla Moti i liczyć na to, że nie będę często bita.

Po niemal dwóch latach Moti wezwała mnie do swojego domu. To był pierwszy raz, kiedy do niego weszłam. Tam między Moti i jej mężem na dywanie siedział starszy pan. Miał rzadkie siwe włosy. Jego twarz przecinały głębokie zmarszczki. Wyglądał strasznie.

– Przynieś nam ćaj! – poleciła mi Moti.

– Dlaczego sama tego nie zrobisz? – odpowiedziałam i sama byłam zaskoczona moją krnąbrnością. – Nie pracuję tutaj, tylko u twojej siostry!

Moti spojrzała na mnie gniewnie i wrzasnęła:

– Rób posłusznie to, co ci powiedziałam!

Wbrew własnej woli poszłam, ugotowałam ćaj i przyniosłam im trzy filiżanki.

Staruszek lustrował mnie wzrokiem z góry na dół.

– Jak masz na imię? – spytał mnie.

– Dlaczego chciałbyś wiedzieć, to nie powinno cię interesować! – odpowiedziałam mu opryskliwie.

Nie wiem, jak się na to odważyłam, sama nie umiałam tego wyjaśnić. Prawdopodobnie z wściekłości, która skumulowała się we mnie przez te dwa lata. Musiałam po prostu dać jej upust. Starszy mężczyzna chwycił mnie za ramię.

– Jeśli chcesz, żebym dla ciebie pracowała, po prostu powiedz, ale nie zadawaj mi żadnych zbędnych pytań! – zwymyślałam go.

Patrzył na mnie wstrząśnięty. Wściekła Moti rzuciła we mnie kubkiem z gorącym ćajem i krzyknęła:

– Co też ci strzeliło do głowy! Pościeraj to, przeproś tego pana, a potem się wynoś!

Kucnęłam i wytarłam rozlany ćaj. Trzęsły mi się ręce.

– Co za arogancka, bezczelna papla! – zwymyślał mnie staruszek. – Jesteś haram2, ktoś taki jak ty przynosi tylko nieszczęście.

Następnie Moti złapała mnie kciukiem i palcem wskazującym za ucho, przyciągnęła do siebie i wrzasnęła mi do ucha:

– Masz natychmiast przeprosić tego pana! Zrób to!

Ze spuszczonymi oczami powiedziałam bardzo cicho:

– Przepraszam bardzo. – Moti jeszcze mocniej ścisnęła moje ucho. – Przepraszam bardzo! – powiedziałam głośno, wysmyknęłam się z chwytu Moti i wybiegłam jak najszybciej do kuchni. Stamtąd podsłuchiwałam rozmowę przez zasłonę, oddzielającą pomieszczenia.

Moti wielokrotnie przepraszała staruszka za moje zachowanie. Omawiali coś razem, ale nie bardzo rozumiałam, o co chodzi. Przypomniałam sobie podobną sytuację, kiedy Moti przyszła, żeby porozmawiać o mnie z moją matką. Ale tym razem Moti wzięła pieniądze. Nie byłam w stanie zorientować się ile. Potem ta trójka pożegnała się i staruszek opuścił obejście.

Teraz Moti przyszła do mnie z lathi w ręce. Wzięła zamach i rózga spadła na mnie. Pamiętam tylko, że ocknęłam się zakrwawiona na podłodze kuchni. Moti wciąż stała nade mną. Nadepnęła na mój brzuch i zażądała, bym się wynosiła, co też bez sprzeciwu uczyniłam. Gorzko płakałam w drodze powrotnej do domu Sanyi, która przyjęła mnie i zaczęła pocieszać.

Kilka dni później, rany nie były jeszcze wygojone, Moti rano znów wezwała mnie do siebie i powiedziała:

– Dzisiaj nie będziesz ścinać trawy, zrobimy sobie wycieczkę.

Nie powiedziała dokąd, tym bardziej byłam podekscytowana. Ale równocześnie się bałam. Wiedziałam bowiem, co się wydarzyło, kiedy ostatnim razem zwabiła mnie wizją wycieczki. Moti, jej mąż i ja wsiedliśmy do zbiorowej taksówki i pojechaliśmy na bazar.

– Zaczekaj tutaj – powiedziała do mnie. – Szybko coś załatwimy i do ciebie wrócimy.

Czekałam i czekałam, ale nie wrócili.

Dojrzałam natomiast pomarszczoną twarz, która wydała mi się znajoma. Był to ten stary mężczyzna, który niedawno był z wizytą u Moti i zwymyślał mnie, że jestem haram. Podszedł do mnie.

– Chodź, pójdziemy do mnie – odezwał się.

– Dlaczego, cóż miałabym tam robić? – spytałam nieprzyjaźnie.

Powiedział, że będzie tam na mnie czekać Sanya. Byłam zaskoczona, bo nic mi o tym nie wspomniała. Ponieważ jednak nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym się do niej dostać, pojechałam z nim do jego domu. Mieszkał tam z czterema synami, ich żonami i ich dziećmi.

Jeden z synów, który był mniej więcej w wieku mojego ojca, a więc miał ponad trzydzieści lat, spytał staruszka:

– Ojcze, skąd wziąłeś tę dziewczynę?

Ten odparł:

– Przywiozłem ją z bazaru.

Ta odpowiedź najwyraźniej nie zadowoliła syna, bo powiedział:

– Nie możesz przyprowadzać do domu obcej kobiety tylko dlatego, że zmarła nasza matka!

Zaczęli się tak gwałtownie kłócić, że naprawdę zaczęłam się bać. Najstarsza synowa wzięła mnie na stronę i zapytała o moje imię.

– Mam na imię Amila – powiedziałam jej.

– Skąd się tutaj wzięłaś, didi? – spytała.

Didi oznacza siostrę, więc słysząc tak miłe słowo, od razu poczułam się nieco śmielej.

– Didi, tego sama nie wiem zbyt dokładnie – odpowiedziałam i opowiedziałam jej, jak nieswojo czuję się w obecności jej teścia. Nie tylko dlatego, że był co najmniej tak stary jak mój dziadek, lecz także dlatego, że jego wygląd, a przede wszystkim jego pocięta głębokimi zmarszczkami twarz napełniała mnie lękiem.

– Nie bój się, będę nad tobą czuwać – próbowała mnie uspokoić.

Odtąd miała mnie stale na oku, aż pewnego dnia musiała pójść na bazar, żeby coś załatwić. Zaprowadziła mnie oraz swoje dzieci do kuchni i poprosiła, bym ich nie opuszczała do chwili, aż wróci. Ledwie wyszła, a już staruszek zawołał do mnie z zewnątrz:

– Amila, zrób mi ćaj!

Nie odpowiedziałam i szybko zamknęłam drzwi kuchni. Po chwili stanął przed nimi i zaczął krzyczeć:

– Otwieraj natychmiast!

Bałam się i zostałam z dziećmi w kuchni. Walił w drzwi i wrzeszczał dalej:

– Otwieraj, jesteś moją żoną!

Zupełnie zaskoczona i przerażona krzyknęłam:

– Nie, nigdy!

Mój głos drżał. Dzieci płakały. On dalej walił w drzwi. W pewnym momencie usłyszałam, że krzyczy któryś z jego synów:

– Oszalałeś, ojcze. Ona mogłaby być twoją wnuczką, zostaw ją w spokoju!

Następnie usłyszałam tępy odgłos i zapadła cisza.

Trochę później do drzwi zapukała didi. Zapewniła mnie, że starzec już sobie poszedł. Otworzyłam jej, wzięła dzieci w ramiona i zapytała mnie, co się stało. Odpowiedziałam, że jej teść powiedział, jakobym była jego żoną. Nie mogła w to uwierzyć. Energicznym krokiem poszła do swojego męża, który znów dyskutował ze staruszkiem, i poinformowała go o tym, co ode mnie usłyszała. To tak bardzo rozzłościło jej męża, że natychmiast zażądał od swojego ojca:

– Niezależnie od tego, skąd wziąłeś tę dziewczynę, odwieź ją z powrotem albo rozerwiemy cię na strzępy!

Dlatego staruszek złapał mnie za ramię i wepchnął do swojego samochodu. Tak na łeb na szyję, że ani didi, ani jej mąż nie zdołali wsiąść. Ten ostatni zastukał w szybę, jednak jego ojciec dodał gazu i odjechał.

Bardzo się bałam. Mój strach jeszcze się zwiększył, kiedy starzec zdjął lewą rękę z kierownicy i położył ją na moim kolanie. Kiedy powoli zaczął wciskać ją między moje nogi, otworzyłam drzwi, wyskoczyłam z jadącego samochodu i pobiegłam tak szybko, jak tylko mogłam. Byłam zaskoczona tym, że zdobyłam się na odwagę i jak daleko poniosły mnie bose, pokaleczone stopy.

Starzec pozostał w samochodzie i jechał wzdłuż ulicy. Ja pobiegłam na przełaj i zatrzymałam się dopiero, kiedy znalazł się poza zasięgiem mojego wzroku. Wówczas odetchnęłam głęboko i zauważyłam dom Moti. Podczas gdy starzec, jadąc ulicą, musiał sporo nadłożyć drogi, ja skróciłam sobie drogę do domu Moti przez pola. Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek się ucieszę, widząc jej dom. Stamtąd miałam już niedaleko do domu Sanyi, gdzie w końcu dotarłam skrajnie wyczerpana, a Sanya powitała mnie przyjaźnie jak zawsze.

Następnie zaprowadziła mnie do domu swojej siostry. Ta była zaskoczona, kiedy mnie zobaczyła, i chciała wiedzieć, co się stało. Zaczęłam się jąkać, ponieważ bałam się jej lathi. Zanim zdołałam coś z siebie wydusić, zobaczyłyśmy nadjeżdżający samochód staruszka. Ponieważ Moti wciąż nie wiedziała, co się stało, ukryła mnie w kuchni. Stamtąd mogłam – tak jak podczas pierwszej wizyty starca – podsłuchiwać rozmowę. Jednak tym razem się bałam. Przepełniał mnie lęk, że zostanę odkryta i znów zabrana. I wolałam sobie nie wyobrażać, co też się później ze mną stanie. Mimo to starałam się zachować spokój.

Stary człowiek wbiegł z hukiem do domu Moti i wrzasnął:

– Natychmiast oddaj mi moje pieniądze!

Zamiast to zrobić, chciała się dowiedzieć, co się wydarzyło.

– Wiedziałem przecież od razu, że ona jest haram – odburknął starzec.

Następnie opowiedział jej, że najpierw podburzyłam jego rodzinę przeciwko niemu, a potem uciekłam.

– Jeśli nie jesteś w stanie utrzymać przy sobie swojej żony, to twój problem – odpowiedziała mu Moti lodowato.

Staruszek nie odpuszczał i wciąż domagał się zwrotu 30 tysięcy indyjskich rupii3. Trwało chwilę, nim się zorientowałam, że Moti sprzedała mnie temu człowiekowi, rozmawiali o mnie, jakby chodziło o jakiś towar na bazarze. Starzec okazał zadowolenie dopiero wtedy, kiedy Moti wcisnęła mu w dłoń 20 tysięcy rupii.

Swoją złość z powodu nieudanego interesu wyładowała na mnie. Przez wiele dni musiałam cierpliwie znosić twarde uderzenia lathi. Aż nadszedł dzień, kiedy Moti odwiedził Abdul, aby kupić mnie jako narzeczoną dla syna Akthara. Moti nie powiedziała mu ani słowa o tym, co się wcześniej wydarzyło i także mnie kazała milczeć, grożąc mi dalszym biciem. Dlatego że już raz poślubiona kobieta była uważana za wykorzystaną i nieczystą, wbiła mi do głowy. Powinnam się zatem cieszyć, że jeszcze raz wyda mnie za mąż.

– Tak czy inaczej, jesteś nic niewarta – powiedziała mi na pożegnanie. – A więc lepiej trzymaj język za zębami, tak będzie dla ciebie lepiej! Nigdy o tym nie zapominaj!

I tych słów rzeczywiście nigdy nie zapomniałam. Tak samo jak bezlitosnych uderzeń lathi.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Prolog

1. Wywieziona, sprzedana, wydana za mąż

2. „Należysz do niego!”

3. Wychowywanie dziewczyny jest jak podlewanie ogrodu sąsiada

4. Wykorzystywana i splugawiona

5. Wreszcie (nieco) miłości

6. Dlaczego nie możemy same decydować?

7. Nadzieja jest silniejsza niż strach

8. Jestem uwięziona w małżeństwie

9. Walczyć dalej

Epilog

Podziękowania

1 Gra planszowa, rodzaj chińczyka, zwana też „Człowieku nie irytuj się”.

2 „Haram” oznacza wszystko to, co zakazane według islamu.

3 Kwota 30 tysięcy rupii odpowiada mniej więcej 400 euro.

Table of Contents

Prolog

1. Wywieziona, sprzedana, wydana za mąż

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żona na sprzedaż 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia