Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Autorzy: Tomasz Lach

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 480

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.74 zł

Zbeletryzowane wspomnienia o życiu rodzinnym wybitnego jazzmana i kompozytora muzyki filmowej Krzysztofa Komedy.

Polska przełomu lat 50. i 60. Środowisko artystów tworzących w PRL-owskiej rzeczywistości. Tuż za granicami – Zachód. Dostępny dla nielicznych i wyjątkowy. Chłopiec z głową pełną marzeń i jego Kumpel. Ojciec. Przyjaciel. Wielki muzyk. Niezwykły człowiek.

Tomasz Lach, pasierb Krzysztofa Komedy, snuje opowieść o swoim dorastaniu, które przypadło na tak burzliwe czasy, o ludziach tworzących ówczesną artystyczną bohemę oraz o relacji, która łączyła go z wybitnym kompozytorem i pianistą jazzowym. "Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych" to zapis doświadczeń – osobistych i pokoleniowych, ale przede wszystkim porywająca historia ludzi, którzy mieli odwagę wciąż chcieć więcej.

"Być ze swojego Starego dumnym, mieć go za przykład tego, kim samemu chciałoby się być, i dążyć do zrealizowania swoich planów, czując na plecach to zachęcające klepnięcie, to największy z darów, jakie możemy otrzymać od naszych ojców. Opowiem o Krzysiu. Już wiem jak."
Tomasz Lach

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Jan Jaroszuk

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lingventa

Fotografie na okładce

© archiwum Zofii Komedowej Trzcińskiej

© by Tomasz Lach

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0473-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Dzielnemu Franciszkowi Lachowi-Kubicy

Dziadek

Spis treści

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Dwadzieścia jeden

Dwadzieścia dwa

Dwadzieścia trzy

Dwadzieścia cztery

Dwadzieścia pięć

Dwadzieścia sześć

Dwadzieścia siedem

Dwadzieścia osiem

Dwadzieścia dziewięć

Trzydzieści

Trzydzieści jeden

Trzydzieści dwa

Trzydzieści trzy

Trzydzieści cztery

Trzydzieści pięć

Trzydzieści sześć

Trzydzieści siedem

Trzydzieści siedem i jedna druga

Trzydzieści osiem

Trzydzieści dziewięć

Trzydzieści dziewięć i jedna druga

Czterdzieści

Czterdzieści i jedna druga

Czterdzieści jeden

Czterdzieści jeden i jedna druga

Czterdzieści dwa

Czterdzieści trzy

Czterdzieści cztery

Czterdzieści pięć

Czterdzieści sześć

Czterdzieści siedem

Czterdzieści siedem i smutna jedna druga

Czterdzieści osiem

Czterdzieści dziewięć

Pięćdziesiąt

Pięćdziesiąt jeden

Pięćdziesiąt dwa

Pięćdziesiąt dwa i jedna druga

Pięćdziesiąt trzy

* * *

Jeden

A więc wbrew wszelkim prognozom i oczekiwaniom nadal rosnę. Już nie w górę. Nie, to byłoby przesadą, ale w innych kierunkach. A wydawałoby się, że więcej nie można i nie powinno się rosnąć. Przynajmniej z powodu wydatków. Te ciągłe dopłaty do coraz to większych ubrań i wręcz niewiarygodnych – jak twierdzi Zosia – ilości śniadań, obiadów i kolacji. Przecież to też kosztuje, nie mówiąc już o miejscu, które zajmuje w lodówce. Choć nie na długo. Dlatego moje odwiedziny w naszym żoliborskim mieszkanku za każdym razem poprzedza to samo – rytualne wędrówki po sklepach spożywczych, rybnych, masarniach i warzywniakach, żeby przygotować ugoszczenie Tomeczka. Małego już tylko z imienia, bo ten wyższy od Krzysia o ponad głowę i cięższy o połowę Tomeczek, pytając od świtu do wieczora: „A to czy tamto, co jeszcze rano było w lodówce, to gdzie jest?”, zasługuje raczej na miano Niewiernego Giganta Tomasza.

Wciśnięty pomiędzy przerobioną na biurko szafę i wąski rozkładany tapczan w moim skrytym za kuchennymi drzwiami gabineciku po raz kolejny przeraziłem się postępami dorastania. Otaczający mnie świat kurczył się, a ja z miesiąca na miesiąc coraz bardziej pęczniałem. Aby pisać czy czytać w pozycji siedzącej, musiałem wsuwać nogi w pozbawione półek wnętrze szafy. W nocy zaś spadałem z hukiem na podłogę z dawnej wersalki, która stała się jakimś dziecięcym rozklekotanym wynalazkiem. Kiedy przykrywałem nogi kusą, za krótką już kołdrą, głową waliłem w ścianę, a kiedy plecy – gołe nogi po łydki dyndały w bebechach biurka. Zgroza, a podobno stać mnie było na jeszcze więcej!

– Urosłeś – skwitował krótko przechodzący obok Krzysztof. – Stary, jesteś już wyższy ode mnie! – dodał z uśmieszkiem na ustach. – Koniec z podbieraniem ciuchów, nareszcie spokój. Teraz moja kolej! Trochę potrenuję i będę pożyczał od ciebie.

Tak, to wiedziałem już od kilku lat. Jego jeansy sięgały mi do kostek, a skarpetki nadawały się jedynie na rękawiczki. Pożyczanie na prywatki skończyło się bezpowrotnie. Dawno, tak dawno temu. Szkoda, bo były to ciuchy wyjątkowe. Krzysztof ubierał się wspaniale, a właściwie był ubierany przez Zosię. Parę lat temu, w szkole podstawowej, jego ubraniami i butami zachwycali się wszyscy moi koledzy. Byłem już jednak licealistą.

– Tomku. Tak, dla Krzysia herbata, a dla mnie kawa. Ale tylko wtedy, kiedy o to się zwrócimy! Bardzo cię proszę, teraz nam nie pomagaj, to znaczy nie przeszkadzaj. – Zosia Komedowa, moja Mama, wiedziała, co mówi. Kiedy rzucała się w wir działań, świat wokoło wydawał się zamierać w bezruchu. „Komandos Zośka” – żartował z niej Krzysio, ale tylko wtedy, kiedy nie słyszała. „Tyran i despota. Wariatka! Szalona baba!” – mówili ci, którzy z nią pracowali. A ja? Lepiej tego nie przypominać.

Dzisiaj Zosia pakowała Komedę. Krzysztof wyruszał w podróż. Najdłuższą i najważniejszą ze wszystkich, jakie odbył, choć podróżował bardzo często. Miarą popularności artysty muzyka jest liczba pozostawionych za sobą kilometrów. Komeda był bardzo popularny i pracowity. Podróżom zatem nie było końca. Tym razem leciał do Stanów. Do Hollywood, legendarnego światowego centrum sztuki filmowej. Muzyk, kompozytor, urodzony wojownik i nie do końca dorosły mężczyzna, który wierzy, że wszystko, o czym zamarzy, może ot tak, wysiłkiem woli zrealizować. Wyruszał, aby wygrać. I wygrał. Ale była to jego ostatnia wyprawa. Tego nikt z nas wtedy nie przeczuwał. A może jednak… Teraz widzę to inaczej.

Kiedy Mama pakowała Krzysia, trzeba było trzymać dystans. Owszem, wyprasowanie czegoś – tak, choć nigdy nie spełniało jej oczekiwań. Ja również pod jej dyktando musiałem pakować swoją walizkę na wakacje czy też do internatu. Była perfekcjonistką. W czasie okupacji pakowała i wysyłała setki paczek z pomocą dla uwięzionych w oflagach i niemieckich obozach koncentracyjnych. Rozłożona na podłodze pośrodku pokoju walizka Krzysztofa wypełniła się wyprasowanymi, poukładanymi w komplety ubraniami. Wystarczy, że wyjmie i będzie mógł włożyć bez zastanawiania się. Zawsze będzie dobrze. System i precyzja Zośki. A obok, przewieszona przez krzesło, czekała na swoją kolej rozkładana torba na garnitury i ustawione rzędem, jak na paradzie, pieczołowicie wypastowane, tym razem przeze mnie, buty. Codzienne i wizytowe. Wszystko policzone, poukładane, gotowe.

Krzysio wyrusza w daleką, transoceaniczną podróż, ale dopiero następnego dnia. Nadal więc siedzi w swojej pracowni, dwumetrowej wnęce w ścianie pokoju, który jest jednocześnie jego miejscem pracy, sypialnią gospodarzy oraz pokojem mieszkalnym, i żegna się po swojemu, jak zwykle kiedy wyjeżdża, z pracą. Wolno, z widocznym namysłem wodzi palcami po klawiaturze pianina oraz coś tam poprawia i dopisuje na skrawkach papieru nutowego.

Ta cecha charakteru była wspólna dla Zofii i Krzysztofa. Porażająco skuteczna, w opinii przyjaciół stanowiła podstawę ich sukcesów zawodowych. Byli pracoholikami. Nie dlatego, że taka była konieczność i nie dlatego, że chcieli zrobić czy też zarobić jeszcze więcej i szybciej. Praca, czynności zawodowe i twórcze, to był ich naturalny żywioł. Pasja i cel życia. Najważniejszy z celów. Życie zawodowe nierozerwalnie splatało się z prywatnym. Toczyło się równolegle, bez możliwości podziału na czas obowiązku i godziny wolności. To przekleństwo tworzących artystów, lecz również najlepsza recepta na sukces. Artysta pracuje zawsze! Mój Stary żegnał się z pracą tu i teraz. Żegnał się, nadal pracując.

Przycupnął, skulony na kręconym taborecie pomiędzy pianinem, sięgającymi sufitu półkami pełnymi książek i płyt, dwoma magnetofonami, adapterem i biurkiem pokrytym stertą papierów nutowych. Pochylony nad klawiaturą, prawie że przytulał się do pianina. Siedząc z nogą założoną na nogę, niezapalonym papierosem w jednej i kubkiem z wystygłą już kawą w drugiej dłoni, patrzył z tym swoim pobłażliwym uśmieszkiem na twarzy na pakowaną przez Zosię walizkę. Ale taka pozycja nie oznaczała, że Krzysztof odpoczywa. O nie…

Pozornie przypadkowe drganie nogi i bezwiedne muśnięcie dłonią klawiatury. Nagły obrót na taborecie w stronę biurka i ołówek w dłoni kreślący kilka nieczytelnych znaków na kawałku papieru nutowego. I już. Uśmiech i radosne, jakby obudzone z letargu oczy rozświetlały twarz. Ciało przez moment ledwo dostrzegalnym ruchem akcentowało sobie tylko słyszalne muzyczne podziały. Tak! Teraz mój Stary był naprawdę zrelaksowany. Miał! Znalazł i stworzył to, czego poszukiwał. I jeszcze tylko raz… Pochylał się nad klawiaturą, włączał magnetofon oraz umocowany nad pianinem mikrofon i przez ulotną, czasem trwającą tylko minutę, a nawet krótszą chwilę nagrywał dźwięki, które właśnie odnalazł w otaczającej go przestrzeni. Po czym unosił się, wyłączał magnetofon, zapalał papierosa i rozglądając się, kiwał głową na potwierdzenie. Jest! Wrócił i jest z nami. W domu. Na dzisiaj koniec.

Za oknem senny, zmęczony chłodem dzień ustąpił miejsca mrokowi grudniowej nocy. Ostatni z żegnających Krzysztofa przyjaciół zniknął za drzwiami. Ze wspólnej pośpiesznej kolacji pozostały jedynie naczynia w zlewozmywaku. Z pokoju dochodziły ciche rozmowy, dźwięki pianina, dzwonek telefonu, muzyka.

– Proszę, nie śpij w ubraniu. – Łagodny głos Zosi poderwał mnie z drzemki na rozłożonym atlasie geograficznym. – Wykąp się, umyj zęby i do łóżka. Mamy z Krzysiem mnóstwo pracy. Połowa rzeczy nadal niespakowana. A przecież musimy jeszcze porozmawiać.

Tak też zrobiłem, niechbym tylko spróbował inaczej! A przy okazji sprawdziłem, czy, po pierwsze, powinienem się już poważnie, czyli co najmniej raz w tygodniu, golić. Po drugie, jak pachnie kupiony przez Mamę specjalnie na wyjazd Krzysztofa płyn po goleniu. Czerwony old spice w zakręcanej buteleczce. A po trzecie, czy w trakcie drzemki odcisnęła mi się na policzku ta atlasowa, a dla mojego Starego już od jutra realna, Kalifornia.

Kalifornia… Usiadłem przy biurku i uchyliłem szufladę ze zgromadzonymi w niej pamiątkami z mojej burzliwej, a nawet tragicznej, zwłaszcza dla najbliższego otoczenia, młodości. Proca i scyzoryk. Kompas, zapalniczka i latarka. Śrubokręt, otwieracz do konserw oraz kombinerki. I dobrze, niech czekają, chociaż na co? Jeszcze rok i będę podpadał pod paragrafy. Bilety. Do kina, na pociągi i samoloty. Karty hotelowe, rachunki z restauracji, pocztówki. Cenzurki szkolne? No nie, aż tak źle to chyba nie było. Przecież jedno, a nawet dwa kiblowania to jeszcze nie recydywa. A w głębi… Niklowany rewolwer na kapiszony, z pękniętą sprężyną, czyli dziecięcy kowboje i Indianie, oraz Pan Lach na zdjęciu. Mój biologiczny ojciec.

– Pan Lach! I niech tak pozostanie, bo poza nazwiskiem niczego… Tomek nie otrzyma! – powtarzała, a właściwie wykrzykiwała Zosia za każdym razem, kiedy ktoś ot tak, z czystej ciekawości pytał: „A Tomka, no wiesz… Ojciec, to co?”, dodając czasami, kiedy pozostawaliśmy sami: – Byłam taka młoda i durna. Przecież nie wiedziałam!

Miała rację. Młoda i durna, nagle wolna od kurateli despotycznej matki. Po ukończeniu gimnazjum znalazła się w Krakowie. Marzyła o liceum plastycznym, ale zgłosiła się po terminie i wylądowała w technikum krawieckim. Polubiła je. W klasie maturalnej poznała starszego o dziesięć lat krakowskiego dżolera – taka tam ówczesna galicyjska ksywa środowiskowa. Miejskiego szpanera, cwaniaka i kombinatora. Zakochała się, to pewne. Przystojny, elegancki, szarmancki i przy kasie. Dla osiemnastolatki strzał w dziesiątkę. Cztery lata. Tyle wystarczyło, żeby miłość zamieniła się w ponurą rzeczywistość molestowanej matki z paromiesięcznym dzieckiem na ręku. Ze mną. W siódmym miesiącu życia wylądowałem na przechowanie u Babci Barbary, matki Zosi. Na dziewięć lat. A Zosia? Zaraz, chwileczkę! Opowiem. Przecież dopiero zaczynam.

Niklowany rewolwer otrzymałem od Matki Chrzestnej, siostry Pana Lacha, w nagrodę, kiedy za pierwszym podejściem dostałem się do przedszkola. A uwierzcie, nie było łatwo. Zwłaszcza stać spokojnie! „Od twojego taty, za moim pośrednictwem. Pracuje i nie ma czasu, przeprasza”. Kochana. Była to jej inicjatywa, jak i regularne coroczne kontrole mojego dorastania. Ze szczerego serca i z rodzinnego obowiązku. Kupiony w komisie pewnie za fortunę rewolwer i pudełko zwiniętych w rolki kapiszonów. Bo filmowe westerny… Jakie tam westerny! W czasie wojny była w lesie, w AK. Kupiła to, na czym się znała. Niklowany colt był drugim prezentem od niej. Pierwszy to wiszący nad moją głową wszędzie tam, gdzie sypiałem i sypiam, srebrny ryngraf z Matką Boską. Na nim dedykacja: „Cnót puklerzem i serca wielkością przełamuj przeszkody, walcz z każdą podłością. Tomkowi. Chrzestna matka”. Ładny gips… I dodała do tego rewolwer! A Pan Lach? Jasne, że poznałem. Dobitnie. W piętnastym roku życia.

– No. Stary, to cześć, do zobaczenia! – pożegnał się ze mną Krzysztof. Z lekko pochyloną na bok głową i poważną miną popatrzył głęboko w oczy. Był taki jak zawsze w naprawdę ważnych chwilach. – Tomku, nie zawalaj szkoły, maluj i trenuj. Słuchaj Zosi i pomagaj jej. Proszę! – dodał.

A na koniec? Tak! To była naprawdę ważna chwila. Zrobił coś, co zazwyczaj tak ciężko mu przychodziło. Przygarnął mnie w kumplowskim, dorosłym uścisku. Potrzymał, klepnął parę razy w plecy, a potem odsunął się i opuścił głowę. Jakby zawstydzony.

W nienagannie dobranym ubraniu i błyszczących butach, ze zmęczeniem, lecz i wiarą w oczach oraz muzyką w duszy mój Stary wyruszał na podbój Ameryki. Pachnąc swoją nową wodą po goleniu. Zwiastunem tajemniczej, niewyobrażalnie dalekiej podróży, marzeń, planów i zamierzeń oraz unoszącego się ponad tym wszystkim rozświetlonego słonecznymi promieniami, lecz również przesłanianego złowieszczymi chmurami losu.

Jak opowiedzieć o Ojcu, którego poznałem w piątym roku życia? Moim Starym, z którym mieszkałem pod wspólnym dachem jedynie przez siedem lat i którego straciłem, mając lat osiemnaście? Myślę, że czas nie ma tu specjalnego znaczenia. Najważniejsze nie to, kim był i jak długo, ale jaki we mnie pozostał. Jedyny Ojciec, pierwszy przyjaciel, kumpel i co najważniejsze – wzór człowieka i artysty. Być ze swojego Starego dumnym, mieć go za przykład tego, kim samemu chciałoby się być, i dążyć do zrealizowania zamierzeń, czując na plecach to zachęcające klepnięcie, to największy z darów, jakie możemy otrzymać od naszych ojców. Opowiem o Krzysiu. Już wiem jak.

Dwa

Starsza, postawna i dystyngowana pani oraz podtrzymywany przez nią za kolana, stojący na chybotliwej krawędzi jej krzesła czteroletni, zapatrzony i zasłuchany chłopiec, to Babcia Barbara, mama mojej Mamy, i ja, Tomeczek, najmłodszy uczestnik pierwszego festiwalu jazzowego w Sopocie. Tak powiedziała Mama, kiedy wprowadziła nas do środka zatłoczonej, wielkiej i dusznej sali, a następnie usadowiła na zarezerwowanych miejscach. Przejęty dumą, nie bardzo wiedząc i rozumiejąc, na co patrzę, czego słucham i dlaczego to jest takie głośne, śledziłem ponad falującym morzem głów ruchy kilku ubranych w ciemne stroje panów. Z wielkim zaangażowaniem i widocznym w każdym geście wysiłkiem próbowali zniszczyć coś, czym się bawili. Tak to w każdym razie wyglądało, a sala wibrowała przedziwnymi, wprowadzającymi mnie w rytmiczne drgania dźwiękami maltretowanych, skarżących się na swój ciężki los instrumentów.

– To jest jazz, muzyka amerykańskich Murzynów! – Babcia starannie przygotowała mnie do odbioru koncertu. – Kiedy przed wojną jeździliśmy z Dziadkiem Stefanem do Warszawy, to były takie dancingi, a i bale w Resursie Obywatelskiej. Ach, te fokstroty i swingi, długo by opowiadać.

Barbara Tittenbrun nie lubiła wspominać. Los nie zawsze był dla niej łaskawy, znacząc nieubłaganie kolejne etapy życia nagłymi tragediami.

Co pozostało w pamięci czterolatka? Niewiele. Prawie nic. Zawziętość panów muzyków i wytrzymałość ich instrumentów, wszechobecna, tak ważna dla wszystkich Mama i uprzejmość dorosłych, gdy słyszeli: „To jest Tomeczek, syn Zośki!”. Przede wszystkim jednak lody na Monciaku, rejs parowcem na Hel, mokre, deszczowe spacery wzdłuż brzegu morza oraz molo i plaża. Rozkrzyczane, szybujące ponad falami mewy i złocisty piasek. Spoczywające na nim rybackie kutry oraz słońce. Sopockie słońce.

– Tomku, proszę, przerwij na chwilę. Poznaj Krzysia – powiedziała Mama. Przyszła do mnie na plażę i pochyliwszy się, musnęła dłonią i ustami włosy na czubku mojej głowy, wskazując mi kogoś, kto zasłonił swoim wielkim cieniem słońce. Zmrużyłem oczy, przesłoniłem je dłonią i spojrzałem w górę. Białoskóry olbrzym porośnięty poskręcanym, jasnym jak lemoniada włosem! Dziwny, bo uśmiechnięty. Pochylił się, zdjął z głowy śmieszny słomkowy kapelusz i wyciągnął w moim kierunku rozłożystą, wielką jak plażowa łopatka dłoń.

– Cześć, jestem Krzysztof. Witaj – przedstawił się, uśmiechnął i spojrzał mi w oczy. Objął delikatnie moją dłoń i potrzymał przez chwilę skrytą w ciepłym, bezpiecznym uścisku. Słońce rozświetliło jego twarz i wtedy go poznałem. Pan Muzyk! A więc przetrwał to murzyńskie granie! Mama przykucnęła przy wiklinowym koszu osłaniającym od słońca Babcię i cicho z nią rozmawiała, a Krzysio, grający tak głośno Pan Muzyk, pochylił się nad moją piaskową budowlą i uważnie się jej przyglądał.

– Musimy obłożyć ściany kamykami. Nie będą się obsuwały podmywane przez wodę – powiedział i przyszedł mi z pomocą, siadając na piasku.

Świat małego dziecka zaczyna się pod stopą i kończy tam, gdzie wzrok i słuch dosięga. Na dawno niewidzianym, jaśniejącym szczęściem uśmiechu Mamy. Na uważnym, ale aprobującym spojrzeniu Babci i wypowiedzianej z zastanowieniem uwadze, kiedy wróciliśmy z plaży: „Tomku, Pan Krzysztof to naprawdę dobry chłopiec”. A także na mojej głębokiej wierze czteroletniego brzdąca, że jeżeli On i jego instrument przetrwali to wszystko, czego byłem świadkiem, to już nigdy nic nam nie zagrozi! Świat czterolatka zaczyna się i kończy tam, gdzie pragnęlibyśmy, aby zaczynał się i kończył ten nasz, dorosły. Na miłości.

Przyniesiony, a właściwie doprowadzony przez Mamę i podarowany wraz z jego muzyką, promieniami słońca i tchnieniem sopockiego morza, Krzysztof pojawił się w moim życiu jak słoneczna pogoda, ale nie przeminął z zachodem słońca czy też końcem lata. Pozostał i powracał w czytanych na głos przez Babcię listach od Mamy. W babcinych, wysłuchiwanych ze skupieniem przez przysypiające na parapetach okien gołębie wieczornych monologach nad szklanką herbaty z odrobiną cytryny, łyżeczką miodu i kroplą spirytusu oraz w marzeniach zagubionego malca szukającego odpowiedzi na tak banalne i – wydawałoby się – proste pytanie: Kto czy też co to jest ojciec?

– Tomku, to Komeda. To gra Krzysio, posłuchaj. – Babcia Barbara miała słuch muzyczny, dar, którego ja nie potrafiłem w sobie odnaleźć.

Wiszące na ścianach jadalni, kuchni i naszych sypialni radiowe głośniki coraz częściej mówiły do mnie tymi wciąż dziwnymi, głośnymi i fatalnie rokującymi wydobywającym je instrumentom, ale bliskimi dźwiękami. Przypominały i utwierdzały w wierze, że minie jeszcze miesiąc czy dwa i przyjadą do nas, do Białośliwia. A może ja kiedyś pojadę do nich, do Krakowa, i zobaczę na własne oczy mieszkającego tam, jak żywo przypominającego mi Panią Przedszkolankę, wawelskiego smoka!

Mama i Krzysio. Rodzice. Tata, a mój Tata jest muzykiem jazzowym! – informowałem z dumą kolegów. W Białośliwiu, małej miejscowości pomiędzy Piłą a Wyrzyskiem, ta informacja była tak samo zrozumiała jak charakterystyka pól magnetycznych Jowisza. Ale ja to wiedziałem, wierzyłem w to! Byłem silniejszy.

– Synku, wybacz, proszę, że mnie tak długo nie było – powiedziała cicho Mama, unosząc łagodnie dłonią moją głowę, aby móc popatrzeć mi w oczy. – Zrozum… To te wszystkie podróże, koncerty.

Nie rozumiałem, nie wierzyłem i prawie już jej nie pamiętałem, ale byłem najszczęśliwszym dzieckiem w całym Białośliwiu. Bo oto są ze mną! Mama i Krzysio, mój muzyk jazzowy. Hej, koledzy i koleżanki, czy wy to widzicie? Przyjechali moi wspaniali rodzice. Moi artyści!

– Musisz mieć cierpliwość, musisz nauczyć się czekać – powtarzała Babcia Barbara za każdym razem, kiedy dostrzegała na mojej twarzy tęsknotę. – Twoi rodzice są artystami. To jest dziwny świat, ciężkie, niepewne jutro i ryzykowne życie. Musisz czekać, musisz mieć cierpliwość. Na wszystko przyjdzie czas.

Barbara Tittenbrun nie znała życia artystów, mogła się tylko domyślać i wysnuwać wnioski, śledząc losy córki. Ale przecież miała z tą córką ryzykantką cechy wspólne. Dobrze urodzona, dobrze wydana za mąż, zaryzykowała nie mniej niż Zosia Tittenbrun. Patriotka, oficer żeńskiej medycznej służby pomocniczej w Legionach, po powrocie z wyprawy do Kijowa ukończyła stomatologię i wyszła za znakomicie rokującego, tyle że nie to, czego się po nim spodziewała, ziemianina. Zawiedziona w swoich oczekiwaniach, porzuciła z dwójką małych dzieci stojący na skraju bankructwa dwustuhektarowy majątek. Nie pogodziła się z tradycyjnym „Będzie tak, jak Bóg da, a mąż zechce!” i rozpoczęła życie na własny rachunek. Zamieszkała w stojącej nieopodal hrubieszowskiego rynku kamieniczce i otworzyła tam niewielki gabinet dentystyczny. Pracowała również w przychodni lekarskiej tamtejszej jednostki wojskowej. Zapłaciła za to wysoką, tkwiącą bolesnymi cierniami w duszach jej dzieci cenę rozbitego małżeństwa i rozrywanych pomiędzy ojca a matkę dziecięcych, niczego nierozumiejących uczuć. Ale ostatecznie, patrząc z dystansu dwóch pokoleń, per saldo – jak mówiła, oceniając swoje życie – wygrała. Najlepszym tego dowodem byłem ja oraz moja obecność w jej domu w Białośliwiu.

Trzy

Miniony, skryty i uśpiony w muszelkach leżących na stoliku przy moim łóżeczku Sopot 1956 roku z jego piaskiem, prężącymi się na nim rozpalonymi od słonecznych promieni nagimi ciałami i parującą, pachnącą trochę jak Mama plażą oraz tętniącym dziwną muzyką pawilonem Biura Wystaw Artystycznych, a także obiecującą rozkosz podniebienia lodziarnią, rozpłynął się w mgłach jesieni. A po chwili te ulotne, dziecięce wspomnienia przysypał kopny śnieg i utuliły do snu mgły siermiężnej białośliwskiej zimy. Leżące na babcinej komodzie, tuż przy zegarze z pozytywką, listy od Mamy pokryły się kurzem, a jej świąteczny, kilkudniowy zimowy pobyt minął tak szybko, jak drzemka po długim leśnym spacerze. W naszym przytulnym, okrytym śnieżnymi czapami i dymiącym z węglowych pieców domu mieliśmy nowego lokatora – jazz. Wiedzieliśmy już, gdzie teraz jest i co robi Zosia oraz towarzyszący jej zapewne Krzysio. Ich obraz napływał do nas wraz z tą dochodzącą z obecnych wszędzie, wiszących nawet w przedszkolu i gabinecie dentystycznym Babci głośników dziwną, wprawiającą ciało w ruch, trochę murzyńską, a trochę Krzysiową muzyką. Nie byłem już sam.

Moi przedszkolni przyjaciele wiedzieli, że Mama ma Pana Krzysia, ponieważ im to radośnie, oczywiście w wielkiej tajemnicy, wypaplałem. A Pan Krzysio jest moim prawdziwym tatą! Ot tak, automatycznie. Ja natomiast, wyczekując z niecierpliwością następnego spotkania i kolejnej dyskusji o budownictwie lądowym czy morskim, a może nawet o samochodach, kto wie, rozpocząłem w moim przedszkolnym środowisku wnikliwe badania porównawcze na temat „Jaki tak naprawdę może być tata?”.

Koledzy ze zdziwieniem, potem zaś z radością, zareagowali na nagłe, głębokie zainteresowanie ich życiem rodzinnym i zachłystując się, opowiadali mi jeden przez drugiego, oczywiście niczego nie ubarwiając, o bohaterskich czynach swoich ojców, a moja chęć natychmiastowego poznania tych herosów wzbudziła w nich prawdziwy entuzjazm. Bo oto Tomek, wnuk Pani Lekarki, syn tajemniczej Zośki z miasta i tego Komedy z radia, chce poznać naprawdę prawdziwego mężczyznę. Kogo? Jak to kogo? Mojego wspaniałego tatę! A ja słuchałem, patrzyłem i porównywałem. Wysoki, ach… To nieważne, przecież Krzysio na pewno jeszcze urośnie. Łowi ryby… Ależ oczywiście! W zeszłym roku Krzysio złapał w Sopocie taką wielką sztukę, jak kajak Pana Rybaka! Jeździ na lokomotywie… No, nic na to nie poradzę. To tak, jakby teraz pilotować jumbo jeta. Ale Krzysio parę razy lokomotywą jechał, a potem mu się znudziło. Wiecie, ten jazz tak wciąga! Co? Leje Mamę?! Hm… Tego nie wiem, czy Krzysio już Zosię leje? Ale jak nie, to pewnie kiedyś będzie ją lał. Poczekajmy, a poza tym to przecież boli, powinienem skonsultować się z Mamą.

Żaden białośliwski ojciec nie miał jednak jednej cechy – włosów w kolorze lemoniady, takiej jak w naszym dworcowym sklepiku. I żaden nie miał takiego wspaniałego, dużego i głośnego, a do tego niezniszczalnego instrumentu. Żaden też nie był na ścianie w głośniku i żaden nie był Krzysiem, który do mnie przyjedzie! Tutaj, do Białośliwia! Bo co do tego, że Pana Krzysia jeszcze zobaczę, nie miałem żadnych wątpliwości. Upewniły mnie o tym: cicha, przegadana do świtu świąteczna rozmowa Babci z Mamą, tak rzadko goszczący na twarzy Babci uśmiech, gdy czytała listy od Mamy, oraz nagłe i niespodziewane, wyrzucone z głębi siebie przekonanie „Jest lekarzem, poradzi sobie. Będzie wam dobrze!”, gdy spytałem: „Babciu, a po co jest jazz?”.

„Prawdziwy mężczyzna nie płacze” – składałem jedna za drugą drukowane literki. Wolno i starannie, jak moje drewniane klocki. Jedną z niewielu dobrych stron bycia babcinym synkiem jest staranniejsza edukacja otrzymywana z cierpliwego, kochającego serca oraz mądrości, którą daje wyłącznie czas i przebyta droga. Czytałem, i to nie jakieś tam cieniutkie bajeczki. Owszem, te również, ale wyłącznie na pokaz, z myślą o lodach lub czekoladzie. Czytałem przede wszystkim to, czego czytać nie powinienem, ponieważ jeszcze do tego nie dorosłem. Nie znaczy to oczywiście, że wiele rozumiałem. Literowałem, sylabizowałem i dukałem, jednocześnie zawzięcie kombinując, co oznacza ten czy tamten tak pokrętny i tajemniczo brzmiący opis.

Babcia Barbara wymyśliła fantastyczną zabawę, która szybko przeistoczyła się w rytuał, zwłaszcza w długie zimowe wieczory przysypane śnieżnymi zaspami i utulone światłem spacerującego po niebie, okrytego lodowym futerkiem księżyca. To były nasze wspólne literacko-światopoglądowe dyskusje. Najpierw Ona czytała na głos, siedząc obok mnie na rozłożystej sofie, ze szklanką herbaty z miodem, kroplą spirytusu i obłoczkiem cytryny w jednej i książką w drugiej dłoni, a ja ze stojącym na stoliku w zasięgu ręki kubkiem słodkiego jak czekolada parującego kakao pachnącego podróżą, w którą na pewno kiedyś wyruszę. Czytała mi wolno na głos, starannie intonując wybrane zawczasu fragmenty. Tłumaczyła, a jeżeli było trzeba, opowiadała po raz kolejny w taki sposób, abym zrozumiał opisane wydarzenia oraz powodujące je mechanizmy. A potem ja czytałem, tak układając literki w wypowiadane głośno słowa, aby tym razem Ona rozumiała.

Białośliwskie zimowe miesiące nie były zatem czasem straconym. Moje marzenia o domu i rodzinie z jej przeróżnymi, oglądanymi dotychczas jedynie u sąsiadów atrybutami nabrały realności. Tak, kochane koleżanki i szanowni koledzy… Nareszcie! Ja tę rodzinę po prostu miałem. Koniec z kombinowaniem, co by tu odpowiedzieć na głupie pytania zadawane przez rówieśników w przedszkolu. Koniec oczekiwań na odczytanie kolejnego listu i odpakowanie przyniesionego przez listonosza, położonego pod wigilijnym drzewkiem prezentu. Koniec! I już.

Długie, senne zimowe popołudnia i wieczory przesiedziane przy moim biurku ze stojącą na nim secesyjną, przypominającą orientalny kwiat lampą odkładały się w babcinej szufladzie dziesiątkami kartek i karteczek. Zagryzmolonych i opisanych nieudolnymi kulfonami projektów mojej szczęśliwej przyszłości, pełnych okrętów, samolotów, pociągów i samochodów, a nawet koni i krów. Na ich pokładach i grzbietach zaś rysowane kreskami i kółkami cztery postacie: ja i Babcia, a także Mama i Tata. A kiedy zima ustąpiła miejsca wiośnie, ta z kolei po przelotnej, trwającej tyle co zielenienie się trawy i drzew, chwili rozkwitła latem, Babcia Barbara spakowała walizki, a ja mojego przyjaciela, pluszowego misia, oraz plażową łopatkę i pojechaliśmy nad morze. Tam gdzie zawsze. Do Sopotu.

Tego lata miałem tyle morza, plaży, kina i lodów oraz innych wspaniałych dla dziecka wrażeń, ile chciałem, ale Mamy i Krzysia praktycznie wcale. „Tomku, przepraszam… Zrozum, proszę, koncerty”. Już rozumiałem, jak to jest w tym artystycznym świecie. To było coś innego, wyjątkowego, ale kiedy widziałem trzymające się za ręce, radośnie gaworzące pary z dziećmi, odczuwałem ból. W końcu doczekałem się i Zosia stanęła w drzwiach naszego sopockiego mieszkania.

– Synku, tym razem nie spotkamy się na plaży. Jutro następny koncert i będziemy już daleko. Wybacz – powiedziała, a stojący obok Krzysztof dodał:

– Cześć, no i jak tam? Stary, podobno czytasz!

„Czekać”, to słowo znałem już na pamięć. Ale Zosia powiedziała coś jeszcze. Że kiedy skończą koncertować, zabierze mnie do Krakowa. No, kochani, nie byłem już sam!

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych Ostatni tacy przyjaciele 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia