Zimowa forteca

Zimowa forteca

Autorzy: Neal Bascomb

Wydawnictwo: Wielka Litera

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 488

cena od: 23.31 zł

Prawdziwa historia, która brzmi jak najlepszy szpiegowski film.

Spektakularna akcja sabotażowa, która zniweczyła nuklearne plany Hitlera.

Jest rok 1942 i nazistowskie Niemcy dążą do zbudowania broni, jakiej świat dotąd nie widział. W tym celu powołują zespół fizyków i gromadzą zapasy uranu. Wszystkie ich plany zależą teraz od zdobycia odpowiedniej ilości ważnego składnika: ciężkiej wody, która produkowana jest w Vemork w Norwegii, jedynej na świecie fabryce wytwarzającej tę niezwykle rzadką substancję. Inżynierowie Vemork, pracując pod groźbą śmierci, starają się nadążyć z produkcją na potrzeby niemieckich naukowców. Dla aliantów sprawa jest prosta: fabryka musi zostać zniszczona. Ale jak dostać się do pilnie strzeżonej fortecy, która stoi na zboczu urwistego wąwozu w jednym z najzimniejszych i najbardziej niedostępnych miejsc na ziemi? Ma im w tym pomóc Leif Tronstad, znakomity norweski naukowiec, który uciekł z kraju, by powiadomić aliantów o znaczeniu fabryki. Wspólnie z brytyjskimi oficerami Tronstad werbuje grupę swoich rodaków i przygotowuje plan misji, którą wielu uważa za niewykonalną. Oparta na ściśle tajnych dokumentach, nigdy wcześniej niepublikowanych wspomnieniach oraz listach sabotażystów fascynująca historia siatki szpiegów i komandosów oraz ich brawurowej operacji, która zniweczyła marzenia Hitlera o bombie atomowej.

Neal Bascomb to cieszący się międzynarodowym uznaniem autor między innymi takich bestsellerów New York Timesa jak: Wytropić Eichmanna, Czerwony bunt, The Perfect Milei Higher. Jego książki zdobyły kilka amerykańskich nagród i ukazały się w ponad dwudziestu krajach. Bascomb jest byłym dziennikarzem zajmującym się sprawami międzynarodowymi i powszechnie cenionym znawcą drugiej wojny światowej. Mieszka w Seattle.

Tym, którzy mają odwagę walczyć

Uczestnicy wydarzeń

Operacja Grouse/Swallow

Jens-Anton Poulsson, dowódca

Knut Haugland, radiooperator

Claus Helberg

Arne Kjelstrup

Einar Skinnarland

Operacja Gunnerside

Joachim Rønneberg, dowódca

Knut Haukelid, zastępca dowódcy

Birger Strømsheim

Fredrik Kayser

Kasper Idland

Hans Storhaug

Zatopienie SF „Hydro”

Alf Larsen, inżynier w Vemork

Knut Lier-Hansen, bojownik ruchu oporu Milorg

Gunnar Syverstad, laborant w Vemork

Rolf Sørlie, inżynier konstruktor w Vemork

Kjell Nielsen, kierownik transportu w Vemork

Ditlev Diseth, emerytowany pracownik Norsk Hydro

Norwegowie

Leif Tronstad, naukowiec i dowódca kompanii Lingego

Jomar Brun, naczelny inżynier w Vemork

Torstein Skinnarland, brat Einara

Olav Skogen, dowódca lokalnej komórki Milorg w Rjukan

Lillian Syverstad, kurierka Einara Skinnarlanda

Hamarenowie, Hovdenowie i Skindalenowie, rodziny farmerów, którzy pomagali Einarowi Skinnarlandowi

Alianci

Winston Churchill, premier Wielkiej Brytanii

Franklin D. Roosevelt, prezydent Stanów Zjednoczonych

Eric Welsh, szef norweskiego wydziału tajnej brytyjskiej służby wywiadowczej (SIS)

John Wilson, szef norweskiej sekcji brytyjskiego Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE)

Wallace Akers, szef brytyjskiego programu atomowego Tube Alloys

Mark Henniker, dowódca operacji Freshman

Owen Roane, pilot amerykańskich sił powietrznych

Naziści i kolaboranci

Josef Terboven, komisarz Rzeszy w Norwegii

generał Nikolaus von Falkenhorst, naczelny dowódca wojsk niemieckich w Norwegii

podpułkownik Heinrich Fehlis, szef gestapo i sił bezpieczeństwa w Norwegii

kapitan Siegfried Fehmer, oficer śledczy gestapo w Oslo

podporucznik SS Muggenthaler, przedstawiciel Fehlisa w Rjukan

Vidkun Quisling, przywódca norweskiej partii faszystowskiej Nasjonal Samling

Niemieccy naukowcy

Kurt Diebner

Werner Heisenberg

Paul Harteck

Abraham Esau

Walther Gerlach

Trzeba walczyć o swoją wolność i o pokój. Trzeba walczyć o te wartości każdego dnia, aby je ochronić. Przypominają bowiem statek ze szkła: łatwo je zniszczyć. Łatwo utracić.

Joachim Rønneberg, dowódca grupy Gunnerside

Prolog

Okupowana przez nazistów Norwegia, 27 lutego 1943 roku

Dziewięciu narciarzy przecięło slalomem górskie zbocze1. Grupa młodych mężczyzn zdawała się polegać bardziej na własnym instynkcie niż na słabym świetle księżyca. Przemknęli między sosnami i zjechali trawersem w dół stromego, nierównego stoku pokrytego gdzieniegdzie wykrotami, a gdzieniegdzie grubymi zaspami śniegu. Ubrani w białe kombinezony maskujące nałożone na mundury wojsk lądowych Brytyjskich Sił Zbrojnych mężczyźni wyglądali jak grasujące po lesie widma. Poruszali się bezgłośnie niczym duchy, ciszę zakłócał jedynie szmer sunących po śniegu nart i co pewien czas odgłos uderzenia kijka o niedostrzeżoną w porę gałąź. Ciepły wiatr wiejący nieprzerwanie przez dolinę Vestfjord zagłuszał jednak nawet i te dźwięki. Mężczyźni liczyli na to, że wiatr zatrze również ich ślady.

Kiedy pokonali półtora kilometra od chaty, która służyła im za bazę wypadową, las stał się zbyt gęsty, a zbocze zbyt strome, by mogli kontynuować wędrówkę inaczej niż na piechotę. Młodzi Norwegowie odpięli narty i zarzucili je na ramiona. Ale i tak poruszali się z wielkim trudem. Objuczeni plecakami z 15 kilogramami sprzętu, a przy tym uzbrojeni w karabiny maszynowe, granaty, pistolety, materiały wybuchowe i noże, ślizgali się, zsuwali i brnęli przez ciężki, mokry śnieg. Pod ciężarem sprzętu zapadali się niekiedy po pas w zaspach. Sytuacji nie ułatwiała gęstniejąca ciemność, kiedy nisko wiszące chmury zaczęły przesłaniać księżyc.

W końcu las się przerzedził. Mężczyźni wyszli na drogę, która biegła przez północną część doliny Vestfjord w kierunku jeziora Møsvatn na zachodzie oraz oddalonego o kilka kilometrów miasta Rjukan na wschodzie. Dokładnie na południu, po drugiej stronie stromego wąwozu rzeki Måna, znajdował się ich cel: Vemork.

Pomimo dużej odległości dzielącej ich od drugiego brzegu wąwozu oraz świszczącego im w uszach wiatru komandosi doskonale słyszeli ciche buczenie hydroelektrowni2. Jej budynek wraz z ośmiopiętrowymi zakładami chemicznymi znajdował się na półce skalnej nad blisko dwustumetrową przepaścią, poniżej której w dolinie wiła się rzeka Måna. Dolina była tak głęboka, że promienie słoneczne rzadko docierały do jej najniższych partii.

Gdyby Hitler nie zaatakował Norwegii, a Niemcy nie przejęli kontroli nad fabryką, od Vemork biłby blask niczym z latarni morskiej. Ale teraz okna zakładów były zaciemnione ze względu na nocne naloty aliantów. W trzech miejscach nad doliną rozciągnięto również liny, aby zapobiec dziennym atakom nisko lecących bombowców.

Ciemna sylwetka fabryki przypominała imponującą fortecę wzniesioną na pokrytej lodem, skalistej grani. Pracownicy mogli się dostać do niej jedynie przez bacznie strzeżony wiszący most z jednopasmową drogą. Otaczające zbocza zostały zaminowane, a okoliczne tereny stale patrolowali żołnierze. Przygotowane były również reflektory, syreny, stanowiska karabinów maszynowych oraz stacjonujące w koszarach wojsko.

I właśnie do środka tej twierdzy zamierzała się włamać grupka komandosów.

Stali na skraju drogi, z zafascynowaniem patrząc po raz pierwszy na Vemork3. Nie potrzebowali dziennego światła, by wiedzieć, gdzie kryją się rozliczne zabezpieczenia fabryki. Przestudiowali w tym celu sterty zdjęć zwiadowczych, setki stron raportów, nauczyli się na pamięć planów budynku i dziesiątki razy przećwiczyli na jego makiecie zakładanie ładunków wybuchowych. Wszyscy znali na pamięć każdą ścieżkę, korytarz i klatkę schodową na terenie zakładów.

Nie oni pierwsi próbowali wysadzić Vemork w powietrze. Wysiłki te były dotychczas okupione licznymi ofiarami. Podczas gdy w Europie, Rosji, Afryce Północnej i na Pacyfiku szalała wojna, a bataliony czołgów, eskadry bombowców, flotylle łodzi podwodnych i niszczycieli oraz miliony żołnierzy ścierały się ze sobą w globalnym konflikcie, zdaniem alianckich przywódców to właśnie ta ukryta na surowym norweskim pustkowiu fabryka była języczkiem u wagi, który miał rozstrzygnąć o zwycięstwie lub przegranej.

Pomimo całej niezwykle bogatej wiedzy na temat Vemork, dziewiątka komandosów wciąż nie do końca rozumiała, dlaczego ten obiekt ma tak duże znaczenie. Powiedziano im, że w fabryce produkuje się tajemniczą substancję o nazwie „ciężka woda” i przy jej użyciu naziści mogą „wysadzić w powietrze sporą część Londynu”4. Sabotażyści sądzili, że przedstawiono im to w wyolbrzymiony sposób, aby zagwarantować ich pełne zaangażowanie w misję.

Oni zaś byli oddani tej misji bez względu na cenę, jaką przyjdzie im za to zapłacić, włącznie z najwyższą ceną własnego życia. Od początku zdawali sobie sprawę, że mają niewielkie szanse na przeżycie. Byli w stanie wkraść się do fabryki i wypełnić zadanie, ale wydostanie się na zewnątrz to już całkiem inna sprawa. Jeśli zajdzie taka konieczność, na pewno podejmą walkę, ale ucieczka wydawała się mało prawdopodobna. Aby nie dać się pojmać żywcem, każdy z komandosów miał ukrytą w klapie lub pasie i zabezpieczoną w gumowej osłonie kapsułkę z cyjankiem.

Wszyscy niewątpliwie denerwowali się przed akcją, ale przeważało poczucie fatalizmu. Od wielu miesięcy przebywali z dala od domów, spędzając czas na treningach, planowaniu i przygotowaniach. Teraz mieli w końcu przejść do działania. Jeśli zginą, jak wielu członków sił specjalnych podczas innych operacji – to trudno5. Przynajmniej będą mieli okazję stanąć do walki. W takiej wojnie jak ta każdy powinien liczyć się z tym, że prędzej czy później przyjdzie mu zginąć.

Tymczasem w Anglii kierujący operacją Leif Tronstad czekał na wieści. Zanim komandosi wyruszyli na misję, obiecał im, że ich czyny będą pamiętane przez setki lat. Ale żaden z mężczyzn nie brał w niej udziału po to, by zapisać się w historii. W gruncie rzeczy nikt z nich nie robił tego dla ciężkiej wody czy dla Londynu. Wszyscy oni widzieli na własne oczy, jak Niemcy zaatakowali ich kraj, jak upokarzano i zabijano ich przyjaciół, jak ich rodziny przymierały głodem, a rodaków pozbawiano praw. Podjęli się tej misji przede wszystkim ze względu na Norwegię, aby wyzwolić norweską ziemię oraz norweski naród spod władzy nazistów6.

Zaraz miała nadejść ich wielka chwila, przypięli więc z powrotem narty i ruszyli w ciemnościach w dół drogi.

CZĘŚĆ I

1

Woda

14 lutego 1940 roku Jacques Allier, szykownie ubrany bankier w średnim wieku, wszedł w pośpiechu do hotelu Majestic przy rue la Pérouse w Paryżu1. Usytuowany w pobliżu Łuku Triumfalnego reprezentacyjny hotel gościł już zarówno dyplomatów biorących udział w konferencji pokojowej w Wersalu w 1919 roku, jak i tłumy artystów, którzy w kolejnych latach rozsławili na całym świecie Miasto Świateł. Teraz jednak, gdy cała Francja szykowała się do niemieckiej inwazji, którą najprawdopodobniej miało poprzedzić natarcie na Belgię, a większość mieszkańców Paryża została ewakuowana, rozmowy w hotelu znów krążyły wokół tematu wojny. Allier przeszedł przez hol. Nie przybył tutaj jako pracownik banku, ale agent Deuxième Bureau, francuskiego wywiadu wojskowego. Czekali już na niego minister uzbrojenia Raoul Dautry oraz fizyk Frédérick Joliot-Curie, a ich rozmowa dotyczyła rozpoczęcia całkiem nowego rodzaju wojny.

Joliot-Curie, który wraz z żoną Irène zdobył Nagrodę Nobla za odkrycie, iż sztucznymi metodami można nadać stabilnym pierwiastkom radioaktywne właściwości, wyjaśnił Allierowi, że znajduje się obecnie w trakcie prac nad skonstruowaniem urządzenia do wykorzystania energii uwięzionej w atomach. Najprawdopodobniej będzie jej można użyć do napędzania łodzi podwodnych, lecz kryje się w niej również potencjał do stworzenia niemającego sobie równych materiału wybuchowego. Dlatego Joliot-Curie potrzebował pomocy Alliera. Podobne argumenty przedstawił przed paroma miesiącami Dautry’emu, wzmacniając dodatkowo ich siłę sugestią, że jeśli energia zawarta w zwykłym stole kuchennym zostanie uwolniona, może zamienić cały świat w wielką kulę ognia. Allier obiecał zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby pomóc naukowcowi.

Joliot-Curie wyjaśnił, że potrzebuje do swoich eksperymentów specjalnego składnika zwanego ciężką wodą, a na świecie jest tylko jedna firma, która ją produkuje: Norsk Hydro w Norwegii. Jako urzędnik Banque de Paris et des Pays-Bas, posiadającego większość udziałów w norweskim koncernie, Allier idealnie nadawał się do tego, aby jak najszybciej i jak najdyskretniej zdobyć wszystkie zapasy ciężkiej wody, jakie Norsk Hydro zgromadziło w swoich zakładach Vemork. Misję zatwierdził już sam premier Francji Édouard Daladier.

Pojawił się tylko jeden problem, jak zaznaczył Allier. Zaledwie miesiąc wcześniej w jego paryskim biurze odwiedził go Bjarne Eriksen, główny prawnik Norsk Hydro. Według Eriksena Niemcy również interesowali się produkcją w Vemork. Złożyli duże zamówienia i zapowiedzieli, że w niedalekiej przyszłości mogą potrzebować nawet dwóch ton ciężkiej wody. Szefostwo Norsk Hydro, zdumione tak dużym zapotrzebowaniem – i spotkawszy się z odmową udzielenia informacji na temat sposobu wykorzystania zakupionej substancji – dostarczyło na razie nieco ponad 25 kilogramów ze złożonych przez Niemców zamówień2.

Ta wiadomość poważnie zaniepokoiła Dautry’ego i Joliota-Curie. Naziści wpadli zapewne w swoich badaniach na ten sam trop. Allier musiał czym prędzej wyruszyć w podróż, aby zabezpieczyć zapasy ciężkiej wody, zanim przejmą je Niemcy. Gdyby napotkał problemy przy wywiezieniu substancji z Norwegii, miał dopilnować, by woda uległa zanieczyszczeniu i tym samym stała się nieprzydatna do eksperymentów.

Dwa tygodnie później Allier przemaszerował przez rozległą halę paryskiego Gare du Nord i wsiadł do pociągu do Amsterdamu. Podróżował pod panieńskim nazwiskiem matki – Freiss. W teczce wiózł ukryte dwa dokumenty: list kredytowy opiewający na półtora miliona koron norweskich oraz pismo upoważniające go do zwerbowania francuskich agentów potrzebnych do przeszmuglowania zapasów ciężkiej wody poza granice Norwegii. Mimo braku sztucznej brody Allier czuł się jak bohater uwielbianych przez siebie powieści szpiegowskich3.

Z Amsterdamu udał się samolotem do Malmö w Szwecji, a stamtąd pociągiem do Sztokholmu, gdzie spotkał się z trzema agentami francuskiego wywiadu i polecił im, żeby czekali na niego za kilka dni w Oslo. Do norweskiej stolicy przybył 4 marca wcześnie rano i wysiadł z pociągu na Dworcu Wschodnim. W siedzibie francuskiego poselstwa dowiedział się, że jego przykrywka jest już spalona. Udało się odszyfrować przechwyconą wiadomość z Abwehry, niemieckiej agencji wywiadu wojskowego: „Za wszelką cenę należy powstrzymać podejrzanego Francuza podróżującego pod nazwiskiem Freiss”4.

Allier się nie zniechęcał. Opuścił budynek poselstwa i z publicznej budki telefonicznej zadzwonił do Norsk Hydro. Niecałą godzinę później wszedł do głównej siedziby firmy mieszczącej się pod adresem Solligata 7, niedaleko rezydencji króla Haakona VII. Następnie podczas spotkania z doktorem Axelem Aubertem złożył ofertę kupna całego zapasu ciężkiej wody. Nie wiedząc jednak, czy może zaufać Aubertowi, Allier nie zdradził, co Francuzi zamierzają z nią zrobić. Surowy długoletni dyrektor generalny Norsk Hydro, który wyglądał tak, jakby na śniadanie przeżuwał kamienie, postawił sprawę jasno: jego sympatia jest po stronie Francji, odmówił więc sprzedaży Niemcom większych ilości ciężkiej wody, Allierowi natomiast może dostarczyć wszystko, czego mu tylko potrzeba.

Nazajutrz Allier udał się samochodem do oddalonej o 160 kilometrów od norweskiej stolicy fabryki Vemork. Aubert pojechał za nim. Ich przyjazd był niezapowiedziany.

Przez tysiące lat ogromne masy wody przepływały przez dziki i wysoko położony płaskowyż Hardanger (Hardangervidda) w znajdującym się na zachód od Oslo okręgu Telemark5. Większa część tej wody wpadała do naturalnego zbiornika, jaki stanowi jezioro Møsvatn. Następnie wypływająca z niego rzeka Måna niosła wodę przez blisko 30 kilometrów głęboką doliną Vestfjord aż do jeziora Tinnsjå.

Bieg rzeki uległ zmianie w 1906 roku, gdy Norsk Hydro, prężnie rozwijający się gigant przemysłowy, zbudowało u ujścia jeziora zaporę6. Wodę przekierowano do wydrążonych w skałach tuneli, które biegły przez pięć kilometrów pod ziemią do elektrowni Vemork. Tam spadała ona pionowo z wysokości 280 metrów jedenastoma stalowymi rurami do turbogeneratorów, które wytwarzały prąd o mocy 145 tysięcy kilowatów. Była to największa hydroelektrownia na świecie.

Niewielka część tej wody, mniej więcej 16 ton na godzinę, była kierowana do położonej dziesięć metrów dalej, na skraju urwiska, wytwórni wodoru, również największej na świecie. Tam woda przepływała przez dziesiątki tysięcy stalowych ogniw elektrolitycznych (elektrolizerów), które pochłaniały niemal całą energię wyprodukowaną w elektrowni. Przepływający przez ogniwa prąd elektryczny rozbijał cząsteczki wody na dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu. Oddzielone od siebie gazy były następnie pompowane do zakładów chemicznych w Rjukan na dnie doliny. Rjukan liczyło 7000 mieszkańców, w większości zatrudnionych w Norsk Hydro. Uzyskany w ten sposób wodór wykorzystywano głównie do produkcji nawozów, na które był w tamtym czasie olbrzymi popyt.

Niewielka część tej wody, która spływała z płaskowyżu Hardanger do jeziora Møsvatn i dalej tunelami, rurami i ogniwami elektrolitycznymi do Vemork, była kierowana przez kaskadową instalację specjalistycznych wanien elektrolitycznych, kończącą się w piwnicach fabryki. Woda była tam poddawana dalszej redukcji, aż w końcu zaczynała wolno i miarowo skapywać, tak jak z cieknącego kranu. Ten finalny produkt był cenną i wyjątkową substancją określaną mianem ciężkiej wody.

Jej odkrycia dokonał w 1931 roku amerykański chemik Harold Urey, który trzy lata później został za to uhonorowany Nagrodą Nobla7. Urey udowodnił, że podczas gdy większość atomów wodoru składa się z pojedynczego elektronu krążącego wokół pojedynczego protonu w jądrze, istnieje odmiana – czyli izotop – wodoru, która zawiera w jądrze również neutron. Nazwał ten izotop deuterem bądź ciężkim wodorem, ponieważ jego masa atomowa (suma protonów i neutronów atomu) wynosiła nie 1, lecz 2. Deuter niezwykle rzadko występuje w przyrodzie (stanowi około 0,015 procent całego wodoru), a jedna cząsteczka ciężkiej wody D2O przypada na 41 milionów cząsteczek zwykłej H2O.

Opierając się na pracy Ureya, kilku uczonych doszło do wniosku, że najlepszą metodą pozyskania ciężkiej wody jest elektroliza. Substancja ta nie rozpada się tak łatwo pod wpływem działania prądu jak zwykła woda, więc w cieczy pozostałej w naczyniu po usunięciu wodoru w postaci gazu powinno być coraz większe stężenie ciężkiej wody. Ale wytworzenie choćby najmniejszej ilości tej substancji wymagało potężnych zasobów. Pewien naukowiec obliczył, że do produkcji zaledwie kilograma ciężkiej wody potrzeba „50 ton zwykłej wody, którą przez rok należy poddawać działaniu [elektryczności], co pochłonie 320 tysięcy kilowatogodzin, a produkt końcowy będzie się odznaczał najwyżej dziesięcioprocentową czystością”8. Trzeba więc było zużyć ogromne ilości energii elektrycznej, aby uzyskać niewielką ilość deuteru, w dodatku o bardzo niskiej czystości.

W 1933 roku młody, uznany norweski uczony Leif Tronstad oraz jego kolega ze studiów Jomar Brun, który kierował fabryką wodoru w Vemork, przedstawili Norsk Hydro propozycję zbudowania zakładu do produkcji ciężkiej wody9. Nie byli do końca pewni, do czego ta substancja może zostać ostatecznie wykorzystana, ale jak Tronstad powtarzał często swoim studentom: „Najpierw technologia, potem przemysł i zastosowanie!”10. Wiedzieli natomiast, że Vemork wraz z niewyczerpanymi zasobami taniej energii oraz wody stanowi idealny obiekt do takiej produkcji.

Obaj uczeni połączyli wynikające z położenia atuty fabryki z pomysłowym, nowym projektem instalacji. W początkowym okresie działalności stworzona przez Tronstada i Bruna technologia miała sześć etapów11. Wyobraźmy sobie stos puszek ułożonych w kształcie piramidy. A teraz wyobraźmy sobie, że ta piramida jest odwrócona do góry nogami i opiera się na pojedynczej puszce. W projekcie Tronstada i Bruna do górnego rzędu puszek – a mówiąc ściśle, do 1824 ogniw elektrolitycznych – wpływała woda (zmieszana z ługiem potasowym jako przewodnikiem), którą następnie poddawano działaniu prądu. Część wody ulegała rozkładowi na tlen i wodór, które w postaci pęcherzyków gazu były uwalniane z naczyń, zaś pozostała woda, o znacznie wyższym stężeniu ciężkiej wody, spływała do kolejnego rzędu w piramidzie (składającego się z 570 ogniw). Proces ten powtarzał się w trzecim (228 ogniw), czwartym (20 ogniw) i piątym (3 ogniwa) rzędzie piramidy. Jednak pod koniec piątego etapu, mimo ogromnych nakładów czasu i energii, w ogniwach wciąż znajdowało się zaledwie 10 procent bogatej w deuter wody.

W końcu ciecz spływała do najniższej „puszki” w piramidzie. Szósty i ostatni etap był nazywany fazą wysokiego stężania. W ogromnych, jasno oświetlonych podziemiach fabryki wodoru znajdowało się tak naprawdę siedem ustawionych w rzędzie stalowych ogniw elektrolitycznych. W tych specjalnych naczyniach był zastosowany podobny kaskadowy model koncentracji ciężkiej wody. Mogły też one jednak przetworzyć gazową formę deuteru, który zasadniczo marnował się podczas wcześniejszych etapów, i wykorzystać go ponownie w procesie produkcji. W rezultacie stężenie ciężkiej wody szybko wzrastało między kolejnymi ogniwami. W siódmym, ostatnim ogniwie fazy wysokiego stężania wolno, miarowo kapiąca ciecz zawierała 99,5 procent ciężkiej wody.

Kiedy fabryka Vemork ruszyła pełną parą z produkcją z wykorzystaniem tej metody, naukowcy na całym świecie ogłosili, że nastąpił przełom, choć zastosowanie ciężkiej wody w dalszym ciągu pozostawało wątpliwe. Jako że zamarzała ona już w temperaturze 4 stopni Celsjusza, niektórzy żartowali, że można ją wykorzystać jedynie do tworzenia bardziej trwałych lodowisk. Tronstad, który sprawował funkcję doradcy Norsk Hydro, a kierowanie zakładem zostawił Brunowi, głęboko wierzył w potencjał ciężkiej wody. Z wielką pasją opowiadał o jej wykorzystaniu w rozwijającej się dziedzinie fizyki atomowej oraz w badaniach chemicznych i biomedycznych. Naukowcy zauważyli na przykład, że u myszy, którym podano niewielkie ilości ciężkiej wody, nastąpiło spowolnienie procesów życiowych. Nasiona znacznie wolniej kiełkowały w jej rozcieńczonym roztworze, natomiast w ciężkiej wodzie w stanie czystym nie kiełkowały w ogóle. Niektórzy byli przekonani, że ciężka woda może pomóc odkryć lek na raka12.

W styczniu 1935 roku Vemork wyeksportował pierwsze partie ciężkiej wody w pojemnikach mieszczących od 10 do 100 gramów, ale interes nie szedł najlepiej13. Laboratoria z Francji, Norwegii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Skandynawii i Japonii złożyły zamówienia na ilości nie większe niż 100 gramów. W 1936 roku Vemork wyprodukował jedynie 40 kilogramów ciężkiej wody na eksport. Dwa lata później produkcja wzrosła do 80 kilogramów, ale wciąż była to niewielka ilość warta zaledwie około 40 tysięcy dolarów. Firma zamieszczała ogłoszenia w czasopismach branżowych, lecz z mizernym skutkiem: nie było po prostu dostatecznie dużego zapotrzebowania.

Audyt przeprowadzony w czerwcu 1939 roku przez Norsk Hydro wykazał, że ta drobna, uboczna działalność jest niewypałem14. Nikt nie chciał kupować ciężkiej wody, a przynajmniej nie w takich ilościach, by warto było w nią inwestować, w związku z czym firma zaprzestała jej produkcji.

Ale zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Brun zgasił światła w podziemiach fabryki, a na siedmiu naczyniach w pomieszczeniu, gdzie przebiegała faza wysokiego stężania, zaczął osiadać kurz, sytuacja na świecie – podobnie jak w dziedzinie fizyki atomowej – uległa błyskawicznej zmianie.

Od wielu dekad uczeni próbowali zgłębić tajemnicę „atomów i próżni”15, jak starożytni Grecy opisywali naturę wszechświata. W ciemnych laboratoriach prowadzili eksperymenty z bombardowaniem rozmaitych pierwiastków subatomowymi cząstkami. Teoretycy dokonywali błyskotliwych obliczeń. Pierre i Maria Curie, Max Planck, Albert Einstein, Enrico Fermi, Niels Bohr i inni naukowcy odkryli pełen energii i nowych możliwości świat atomu.

Angielski fizyk Ernest Rutherford zaobserwował, że ciężkie, niestabilne pierwiastki, takie jak uran, rozpadają się w sposób naturalny na lżejsze pierwiastki, na przykład argon. Kiedy obliczył, jaka olbrzymia ilość energii wydziela się podczas tego procesu, zrozumiał, o co toczy się gra. „Gdyby udało się znaleźć odpowiedni detonator – powiedział do pracownika swojego laboratorium – można by sobie wyobrazić zainicjowanie fali rozpadów atomowych w materii, a wtedy nasz stary świat rzeczywiście ulotniłby się z dymem. (...) Jakiś głupiec w laboratorium mógłby nieświadomie wysadzić w powietrze cały wszechświat”16.

W 1932 roku inny angielski uczony, James Chadwick, znalazł odpowiedni detonator: neutron17. Neutron ma masę, ale w przeciwieństwie do protonów i elektronów, które obdarzone są odpowiednio dodatnim i ujemnym ładunkiem, nie ma żadnego ładunku, który zakłócałby jego ruchy. Tym samym stanowi on cząstkę, która idealnie nadaje się do tego, by wysłać ją do jądra atomu. Czasami neutron jest przez nie wchłaniany, czasami zaś wyrzuca na zewnątrz proton, dokonując przemiany całego pierwiastka chemicznego. Fizycy odkryli, jak wpływać na podstawową strukturę świata, i dzięki temu mogli badać liczne składające się na nią wątki – a nawet tworzyć nowe.

Używając jako źródła neutronów radonu lub berylu, naukowcy zaczęli bombardować neutronami różnego rodzaju pierwiastki, aby wywołać zmiany w ich naturze. Zespół kierowany przez Włocha Enrica Fermiego odkrył, że proces ten staje się szczególnie efektywny, kiedy neutrony muszą przejść przez jakiś rodzaj moderatora, który spowalnia ich ruch. Najlepszymi tego typu początkowymi moderatorami okazały się parafina i zwykła woda. Obie substancje zawierają mnóstwo wodoru i kiedy atomy wodoru zderzały się z mającymi taką samą masę neutronami, odbierały im część prędkości, tak jak dzieje się w przypadku dwóch zderzających się kul bilardowych. Najbardziej zagadkowe rezultaty przyniosło bombardowanie neutronami atomów uranu, włącznie z zupełnie nieoczekiwanym pojawieniem się znacznie lżejszych pierwiastków.

W grudniu 1938 roku dwóch niemieckich chemików, Otto Hahn i jego młody asystent Fritz Strassmann, udowodniło, że neutron zderzający się z atomem uranu jest w stanie zrobić znacznie więcej, niż odłupać część jądra atomu lub zostać przez nie wchłonięty18. Okazało się, że neutron potrafi rozbić atom na dwie części – proces ten nazwano rozszczepieniem jądra atomu. Na początku stycznia 1939 roku wiadomość o tym odkryciu obiegła cały świat, wywołując ogromną ekscytację wśród uczonych zajmujących się badaniami atomu, którzy pytali, dlaczego i w jaki sposób doszło do rozpadu atomu uranu oraz jakie były jego skutki.

Wychodząc od spostrzeżeń duńskiego teoretyka Nielsa Bohra, fizycy doszli do wniosku, że jądro atomu uranu zachowuje się jak napełniony wodą balon19. Jego „powierzchnia” jest naciągnięta przez dużą liczbę znajdujących się w środku protonów i neutronów, a gdy wstrzeli się w nie kolejny neutron, jądro przyjmuje kształt przypominający hantle: dwie kule połączone cienkim przewężeniem. Kiedy napięcie powierzchniowe staje się zbyt duże, dochodzi do pęknięcia i powstają dwie kule – dwa lżejsze atomy – które odskakują od siebie z ogromną siłą równą energii spajającej wcześniej jądro (energii wiązania). Badacze szybko ustalili również, że wynosi ona 200 milionów elektronowoltów, co wystarczy, żeby ziarenko piasku uniosło się w widoczny dla ludzkiego oka sposób. To wprawdzie niewielka siła, ale biorąc pod uwagę, że jeden gram uranu zawiera około 2,5 tryliarda (2,5 × 1021) atomów, same liczby skrywały potencjał uwolnionej w tym procesie energii. Pewien fizyk obliczył, że metr sześcienny rudy uranu może dostarczyć energii potrzebnej do podniesienia kilometra sześciennego wody na wysokość 27 kilometrów20.

Potencjalna moc atomu stała się jeszcze wyraźniejsza, gdy naukowcy odkryli, że rozszczepienie jądra uranu uwalniało dwa lub trzy szybko poruszające się neutrony, które działały jak detonatory. Neutrony z jednego atomu mogły dokonać rozszczepienia dwóch innych atomów. Neutrony z tych dwóch atomów rozszczepiały cztery kolejne. Cztery atomy detonowały osiem. Osiem atomów rozbijało szesnaście. Dzięki stale rosnącej liczbie szybko się poruszających, zderzających się ze sobą i rozszczepiających atomy w tempie wykładniczym neutronów naukowcy mogli wywołać tak zwaną reakcję łańcuchową i tym samym wytworzyć ogromne ilości energii.

Tu nasuwało się oczywiste pytanie: ale w jakim celu? Niektórzy snuli plany wykorzystania tej uwolnionej energii do zasilania fabryk oraz domów. Innych z kolei pociągała – bądź przerażała – możliwość użycia energii atomu jako materiału wybuchowego. W ciągu tygodnia od odkrycia Hahna amerykański fizyk J. Robert Oppenheimer naszkicował na tablicy w swojej pracowni projekt prymitywnej bomby.

Fermi, który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, drżał na myśl o tym, co może przynieść to odkrycie. Wyglądając przez okno swojego gabinetu na Uniwersytecie Columbia, obserwował kręcących się pod budynkiem studentów i zatłoczone, pełne samochodów nowojorskie ulice. W końcu odwrócił się do kolegi, złączył dłonie, jakby trzymał w nich piłkę, i nawiązując do słów Rutherforda, oznajmił z całkowitą powagą: „Mała bomba, o taka, i wszystko to zniknie”21. Biorąc pod uwagę agresję, jaką pod koniec lata 1939 roku na arenie międzynarodowej przejawiały Niemcy, taka bomba – gdyby dało się ją zbudować – mogłaby się okazać bardzo przydatna w obliczu nadciągającej wojny. Po obu stronach narastającego konfliktu przygotowano więc plany szybkiego jej uzyskania.

Dokonując aneksji Austrii i zajmując Czechosłowację, Hitler zdołał osiągnąć część swoich celów bez konieczności prowadzenia walki aż do 1 września 1939 roku, kiedy to o 4.45 rano niemiecki 103 Pułk Artylerii wysłał w kierunku Polski swoje pierwsze „żelazne pozdrowienia”22. Na wschód ruszyły czołgi dywizji pancernych, a niebo zaroiło się od bombowców. Rozpoczął się niemiecki Blitzkrieg, zaś Hitler obiecał: „od tej chwili na bomby odpowiemy bombami”.

Wielka Brytania i Francja zareagowały wypowiedzeniem Niemcom wojny, a 3 września Winston Churchill, Pierwszy Lord Admiralicji, oświadczył w Izbie Gmin: „To nie jest kwestia walki o Gdańsk czy o Polskę. Walczymy o to, by ocalić świat przed zarazą nazistowskiej tyranii, a także w obronie wszystkiego, co dla człowieka najświętsze”23.

Niecałe dwa tygodnie później, 16 września, niemiecki naukowiec Kurt Diebner siedział w swoim gabinecie w głównej siedzibie Urzędu Uzbrojenia Wojsk Lądowych przy Hardenbergstraße 10 w Berlinie i czekał na ośmiu niemieckich fizyków, których wezwał kilka dni wcześniej. „Chodzi o bombę”24 – oznajmił podwładnemu, który sporządzał listę uczestników spotkania.

Trzydziestoczteroletni, lecz mający już zakola Diebner był lojalnym członkiem partii nazistowskiej i cechowało go skromne, pełne rezerwy zachowanie25. Garnitur nieco zbyt mocno opinał jego niską, szczupłą sylwetkę, do tego nosił okrągłe, uczniowskie okulary, które nieustannie zsuwały mu się z nosa. Podczas zebrań wypowiadał się nieco nieskładnie i mało zdecydowanie. Pomimo wyglądu i niepewnego sposobu mówienia był jednak ambitnym i energicznym człowiekiem.

Urodzony w robotniczej rodzinie niedaleko przemysłowego Naumburga, Diebner dostał się na uniwersytet wyłącznie dzięki ciężkiej pracy i wrodzonej inteligencji. Studiował fizykę, najpierw w Innsbrucku, potem w Halle. Innych studentów stać było na obiady na mieście i garnitury w modnym fasonie, ale Diebner prowadził skromne życie. Zafascynowany eksperymentalną stroną fizyki, pracował sumiennie w laboratorium, a jego celem było zdobycie posady wykładowcy uniwersyteckiego – a także wiążących się z nią zarobków i prestiżu. Jeszcze jako student Uniwersytetu w Halle wstąpił do szanowanego klubu szermierczego, co stanowiło ważny krok na drodze awansu społecznego, a podczas pojedynków dorobił się kilku blizn na twarzy.

W 1931 roku Diebner obronił doktorat z fizyki atomowej. W 1934 roku – tym samym, w którym Hitler został Führerem III Rzeszy – młody uczony został zatrudniony w Urzędzie Uzbrojenia niemieckiej armii, gdzie powierzono mu prace nad kumulacyjnymi ładunkami wybuchowymi. Przez kilka lat próbował nakłonić swego szefa, by zamiast tego pozwolił mu stworzyć wydział badań atomowych. W odpowiedzi usłyszał, takie prace to „bzdury”26, które nie mają żadnego praktycznego zastosowania. Jednak gwałtowne przyspieszenie badań w tej dziedzinie w 1939 roku pokazało niezbicie, że fizyka atomowa to wcale nie bzdury, a Diebner w końcu otrzymał pozwolenie na sformowanie zespołu naukowego.

Kiedy najlepsi i najbystrzejsi niemieccy naukowcy przybyli tego wrześniowego dnia na Hardenbergstraße 10, w rękach trzymali walizki, nie wiedzieli bowiem, dokąd mogą zostać wysłani27. Gdy zobaczyli, że na powitanie wyszedł im Diebner, uścisnęli mu z ulgą dłoń, mając przynajmniej pewność, że nie trafią na front. Zebrali się w sali konferencyjnej, gdzie powiedziano im, że według informacji zdobytych przez niemieckich szpiegów Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania prowadzą prace nad rozszczepieniem jądra atomu. Uczestnicy spotkania już o tym wiedzieli. Wszyscy wszak czytali, a w niektórych przypadkach współtworzyli liczne poświęcone temu zagadnieniu artykuły, które w ostatnim czasie zalały międzynarodową prasę. Wraz z oficjalnym wypowiedzeniem wojny na tę otwartą scenę naukowych zmagań opadła jednak kurtyna cenzury. Diebner poinformował zebranych, że zostali tu wezwani, aby wspólnie ustalić, czy można w praktyce okiełznać energię atomu i wykorzystać ją do produkcji broni lub elektryczności.

Jeden z obecnych w sali uczonych zajmował się już pierwszym z tych celów. W kwietniu Paul Harteck, chemik fizyczny z Uniwersytetu w Hamburgu, wysłał list do ministra wojny III Rzeszy, wyjaśniając w nim najnowsze odkrycia na polu fizyki jądrowej. Jak napisał, otwierają one jego zdaniem „możliwość stworzenia materiału wybuchowego o milion razy większej sile rażenia niż materiały używane obecnie. (...) Kraj, który jako pierwszy wykorzysta [ten materiał], na zawsze zdobędzie przewagę nad pozostałymi”28. Harteck uważał, że zgromadzona przez Diebnera grupa powinna podjąć się tego zadania.

Natomiast Otto Hahn był zrozpaczony, że jego odkrycie przyczyni się teraz do zbudowania śmiercionośnej broni29. Usiłował ostudzić towarzyszący temu przedsięwzięciu entuzjazm, wskazując na liczne trudności techniczne związane ze skonstruowaniem ładunku wybuchowego oraz zaprojektowaniem urządzenia do wytwarzania energii.

Zauważył, że jak wynika z najnowszych badań, najszybciej rozpadają się atomy rzadkiego izotopu uranu 235 (masa atomowa 235: 92 protony i 143 neutrony). Tymczasem znacznie powszechniejszy uran 238 (92 protony, 146 neutronów) na ogół wchłania neutrony uderzające w jądro i tym samym pozbawia je zdolności do wywoływania reakcji łańcuchowej. Ponadto jeżeli szybko poruszające się neutrony wyzwolone w wyniku rozbicia atomu nie zostaną odpowiednio spowolnione, istnieje nikła szansa na rozszczepienie jądra U-238. W występującym w przyrodzie uranie na każdy tysiąc atomów U-238 przypada zaledwie siedem atomów U-235, nie znano zaś żadnej metody rozdzielenia obu izotopów. Co więcej, trzeba było znaleźć dostatecznie skuteczny moderator dla U-235. Biorąc pod uwagę to wszystko, a także inne ewentualne komplikacje, Hahn uważał więc, że wszelkie próby okiełznania energii atomu w celu wykorzystania jej w trwającej wojnie są skazane na porażkę.

Dyskusja ciągnęła się godzinami, aż wreszcie uczeni doszli do porozumienia: „Jeśli istnieje choćby cień szansy, że uda się tego dokonać, powinniśmy się tym zająć”30.

Dziesięć dni później, 26 września, Diebner zwołał kolejne spotkanie „klubu uranowego”31. Tym razem wziął w nim również udział Werner Heisenberg. Był on uważany za czołową postać niemieckiej fizyki teoretycznej, zwłaszcza po tym, jak dojście Hitlera do władzy zmusiło Alberta Einsteina i innych żydowskich fizyków do ucieczki z kraju. Początkowo Diebner opierał się przed włączeniem go do zespołu, ponieważ zależało mu na eksperymentatorach, a nie teoretykach, a także dlatego, iż Heisenberg określał jego badania naukowe mianem „amatorszczyzny”. Ale zwerbowani przez Diebnera naukowcy nakłonili go do zmiany zdania: Heisenberg w wieku zaledwie 31 lat otrzymał Nagrodę Nobla i był po prostu zbyt utalentowany, żeby go pominąć.

Heisenberg okazał się cennym nabytkiem dla klubu. Pod koniec drugiego ze spotkań wszystkim członkom grupy przydzielono zadania. Niektórzy, jak Harteck, mieli szukać metod pozwalających uzyskać dostateczne ilości U-235 z naturalnej rudy uranu. Inni, w tym Heisenberg, mieli się zająć rozstrzygnięciem problemu reakcji łańcuchowej, zarówno w przypadku konstruowania ładunku wybuchowego, jak i wytwarzania energii. Pozostali zaś mieli eksperymentować z najlepszymi moderatorami.

Heisenberg szybko zabrał się do pracy teoretycznej32. Pod koniec października zaczął pisać dwa przełomowe artykuły. Jak twierdził, gdyby udało się oddzielić izotop U-235 i upchnąć odpowiednią jego ilość w kuli, wówczas szybko poruszające się neutrony wywołają natychmiastową reakcję łańcuchową, która doprowadzi do eksplozji „tysiące razy potężniejszej od najsilniejszego dostępnego ładunku wybuchowego”33. Rozdzielenie izotopów, jak oznajmił Heisenberg, stanowiło „jedyny sposób na zbudowanie ładunku wybuchowego”, przeprowadzenie zaś takiego rozdzielenia nastręczało mnóstwa trudności. Natomiast skonstruowanie „urządzenia” wykorzystującego uran oraz znalezienie moderatora do wytwarzania stałego poziomu energii wydawało się realne. Kiedy bowiem urządzenie osiągnęłoby stan krytyczny, liczba reakcji łańcuchowych by się ustabilizowała, a urządzenie samo podtrzymywałoby swoją pracę. Kwestią kluczową pozostawała ilość U-235: potrzeba było bardzo dużo naturalnego uranu w przetworzonej, oczyszczonej formie – tlenku uranu – aby uzyskać odpowiednią ilość rzadkiego rozszczepialnego izotopu.

Heisenberg odrzucił jednak pomysł wykorzystania zwykłej wody jako moderatora34. Zawarte w niej atomy wodoru wprawdzie dostatecznie spowalniały neutrony, by sprzyjać rozszczepieniu jądra U-235, ale przechwytywały je w zbyt szybkim tempie. Tym samym pozostały tylko dwie znane kandydatury: grafit, czyli krystaliczna postać węgla, oraz ciężka woda. W graficie funkcję moderatora spełniały atomy węgla, natomiast w ciężkiej wodzie – deuter. Obie substancje powinny zredukować do minimum liczbę pasożytniczo wychwytywanych przez jądro neutronów oraz skutecznie je spowolnić.

Kiedy już uda się zdobyć wystarczającą ilość uranu i znaleźć właściwy moderator, konkludował Heisenberg, pozostanie jedynie obliczyć najwydajniejszą wielkość urządzenia (ilość uranu i moderatora), sposób rozmieszczenia (substancje wymieszane ze sobą czy ułożone warstwowo) oraz kształt (cylindryczny czy kulisty). Według jego początkowych ustaleń optymalnym rozwiązaniem wydawała się kula wypełniona co najmniej toną uranu oraz taką samą ilością wybranego moderatora, ułożonych warstwami. Urządzenie miało więc być olbrzymie, ale powinno zadziałać.

Heisenberg wskazał Diebnerowi kierunek, w którym należy podążać, a reputacja laureata Nagrody Nobla pomogła mu przekonać do tego również pozostałych uczonych. Nadal trwały eksperymenty nad wydzieleniem U-235 z rudy uranu, ale większość wysiłków uczonych skupiła się teraz na zbudowaniu „maszyny uranowej”. Gdyby im się to udało, udowodniliby przynajmniej wagę – oraz przydatność – fizyki jądrowej. A za tym przyszłoby również skonstruowanie bomby atomowej.

W uznaniu dla pracy „klubu uranowego” Diebner został mianowany kierownikiem berlińskiego Instytutu Fizyki imienia Cesarza Wilhelma, jednostki naukowej cieszącej się ogromną estymą i dysponującej najnowocześniejszym w kraju laboratorium35. Heisenberga powołano do rady naukowej w charakterze doradcy, aby udobruchać tych spośród pracowników, którzy byli niezadowoleni, że tak mało znany fizyk jak Diebner kieruje tak szacowną instytucją.

Pod koniec roku Diebner nadzorował już w całych Niemczech dziesiątki naukowców, którzy pracowali nad udoskonaleniem projektu maszyny uranowej oraz budową pierwszych, niewielkich eksperymentalnych modeli36. Do tego czasu udało się również zaopatrzyć laboratoria w odpowiedni sprzęt oraz zamówić zapasy tlenku uranu i innych potrzebnych surowców.

Mimo że kwestia ta wymagała jeszcze dodatkowych badań, z obliczeń naukowców wynikało, że ciężka woda jest najlepszym znanym moderatorem. „Klub uranowy” potrzebował więc stałych i dużych dostaw tej cennej substancji. Niestety, jedyny jej producent na świecie, fabryka Vemork koncernu Norsk Hydro, była położona w odległej i niedostępnej dolinie w Norwegii, która ze względu na swój neutralny status nie mogła być uważana za solidnego partnera. Zakłady wznowiły produkcję ciężkiej wody całkiem niedawno, w listopadzie 1939 roku, i były w stanie dostarczyć nieco ponad 10 kilogramów miesięcznie. Diebner rozważał wybudowanie wielkiej fabryki ciężkiej wody w Niemczech, choć kosztowałoby to dziesiątki milionów marek, a wyprodukowanie jednej tony pochłaniałoby setki tysięcy ton węgla. Zanim jednak zdecydował się na takie posunięcie, wspólnie z Heisenbergiem ustalili, że najpierw muszą się upewnić, czy ciężka woda rzeczywiście jest odpowiednim moderatorem. Uznali, że do tego rodzaju eksperymentu powinno im wystarczyć 25 kilogramów. Aby ukryć zaangażowanie Urzędu Uzbrojenia w całe przedsięwzięcie, Diebner polecił zdobycie ciężkiej wody przedstawicielowi niemieckiego koncernu IG Farben, który posiadał 25 procent udziałów w Norsk Hydro.

W styczniu 1940 roku, kiedy coraz liczniejsze grono fizyków w grupie Diebnera domagało się własnych zapasów ciężkiej wody, jej planowane zamówienia wzrosły do 100 kilogramów każdego miesiąca37. Norsk Hydro chciało znać przeznaczenie tak dużych ilości, ale eksperymenty z wykorzystaniem ciężkiej wody były teraz oznaczone kryptonimem SH-200 i stanowiły tajemnicę wojskową o wysokiej klauzuli poufności, dlatego przedstawiciel IG Farben odpowiedział na to pytanie milczeniem.

Wkrótce jednak dzięki Jacques’owi Allierowi Norwegowie poznali prawdziwy cel tak dużych zamówień: chodziło o prace nad skonstruowaniem bomby atomowej.

Gdy 5 marca 1940 roku Allier złożył wizytę w Vemork, przedstawił się po prostu jako urzędnik Banque de Paris38. Axel Aubert poprowadził spotkanie z głównym inżynierem fabryki Jomarem Brunem. Zakłady dysponowały od ręki 185 kilogramami ciężkiej wody z niesprzedanych wcześniej zapasów oraz niedawno wznowionej produkcji. Całość, jak powiedział Aubert Brunowi, musi zostać potajemnie przetransportowana ciężarówką do Oslo. Brun chciał wiedzieć, w jakim celu ma to zrobić, tak samo jak wcześniej tego roku, gdy Aubert polecił mu, by po cichu zwiększył pięciokrotnie produkcję ciężkiej wody, do 50 kilogramów miesięcznie. Podobnie jednak jak poprzednio Aubert odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek pytania i poinstruował Bruna, żeby nikomu nie wspominał o tym specjalnym zamówieniu.

Po tym, jak dokonano wszystkich ustaleń i znaleziono w Rjukan spawacza, który miał wykonać 26 mogących się zmieścić w walizce butli z nierdzewnej stali, Allier wrócił z Aubertem do Oslo, żeby sfinalizować negocjacje i przygotować się do wywiezienia pojemników z Norwegii39. Dyrektor generalny Norsk Hydro zaproponował, że przekaże Francji ciężką wodę za darmo, i obiecał dostarczyć pierwszą partię wyprodukowaną w najbliższej przyszłości. Allier, na którym ten hojny gest – jak również dziarskość, z jaką poruszał się Aubert – zrobiły wielkie wrażenie, wyjawił w końcu, do czego Frédéric Joliot-Curie i jego zespół zamierzają wykorzystać ciężką wodę.

9 marca z Vemork wyruszyły w dół stromej, oblodzonej drogi dwie ciężarówki. Zatrzymały się pod niczym niewyróżniającym się domem w Oslo, gdzie wyładowano 26 butli i powierzono je opiece Alliera40. Dom należał do francuskiego rządu i znajdował się rzut kamieniem od kryjówki Abwehry, ale jak mówi porzekadło, czasami najciemniej jest pod latarnią.

Zastanawiając się nad sposobem wywiezienia ciężkiej wody, Allier snuł pełne rozmachu wizje łodzi podwodnej, która przekrada się do Oslofjorden, a następnie przemyca na pokładzie cały zapas, ale ostatecznie zdecydował się na stary numer z przynętą i podmianą, w czym miało mu pomóc trzech francuskich agentów zwerbowanych w Sztokholmie41. Przez kilka biur sprzedaży biletów i pod różnymi przybranymi nazwiskami zarezerwowali miejsca w dwóch samolotach startujących o zbliżonej porze rano 12 marca z lotniska Oslo Fornebu. Jeden leciał do Amsterdamu, drugi do Perth w Szkocji. Na wypadek gdyby coś poszło źle, kupili również bilety na te same loty w dwóch kolejnych dniach.

W lodowaty i bezchmurny poranek 12 marca Allier i towarzyszący mu szpieg Fernand Mosse wsiedli do taksówki pięć kilometrów na południe od centrum miasta i udali się na Fornebu. Ubrani jak biznesmeni urządzili przed pracownikami obsługi naziemnej i bagażowymi, którzy musieli dźwigać kilka ich dużych, ciężkich walizek, wielkie przedstawienie w związku z czekającą ich podróżą do Amsterdamu. Wkrótce kroczyli już po płycie lotniska w kierunku junkersa Ju-52, który obsługiwał ich lot. Obok niego stał identyczny samolot lecący do Perth.

Gdy tylko się upewnili, że ich bagaże zostały załadowane do maszyny zmierzającej do Amsterdamu, a jej śmigła zaczęły się obracać, ruszyli, by wejść na pokład. W tym momencie na płytę lotniska wjechała taksówka. Siedzący w środku Jehan Knall-Demars, kolejny członek zespołu Alliera, uprosił strażnika o przepuszczenie go, żeby mógł zdążyć na lot do Amsterdamu. Szpieg kazał kierowcy zaparkować taksówkę między dwoma junkersami, gdzie był niewidoczny z budynku terminalu. Następnie wypakował z bagażnika kilka walizek zawierających 13 butli z ciężką wodą. Umieszczono je w luku bagażowym samolotu lecącego do Szkocji, do którego wsiedli również – zamiast do Amsterdamu – Allier i Mosse. Knall-Demars odjechał taksówką schowany na tylnym siedzeniu.

Kilka minut później samolot lecący do Amsterdamu zaczął kołować po pasie startowym i po chwili wzbił się w powietrze. Gdy zmierzając na południe, znajdował się nad oddzielającą Danię od Norwegii cieśniną Skagerrak, po obu jego stronach pojawiły się dwa myśliwce Luftwaffe. Ich piloci nakazali Ju-52 zmienić kurs na Hamburg. Kiedy samolot wylądował w Niemczech, agenci Abwehry otworzyli luk bagażowy. Przeszukując go, natrafili na kilka szczególnie ciężkich walizek. Jak się okazało, były wypełnione gruzem.

Tymczasem Allier i Mosse wylądowali bezpiecznie w Szkocji z zapasem ciężkiej wody. Następnego dnia przybył Knall-Demars z pozostałymi 13 butlami.

18 marca wszystkie 26 butli zostało ukrytych w starej piwnicy o kamiennym sklepieniu w Collège de France w Paryżu. Pierwsza bitwa o ciężką wodę została wygrana. Wkrótce miała się jednak rozpocząć kolejna.

2

Profesor

Do Trondheim przybyli wcześnie rano 9 kwietnia 1940 roku, gdy było jeszcze ciemno, wpływając do norweskiego fiordu z prędkością 25 węzłów1. Miotający śniegiem północny wicher hulał po stalowych pokładach niemieckiego krążownika „Admiral Hipper” oraz czterech sunących za nim niszczycieli. Flotylla zbliżyła się do trzech fortów strzegących wejścia do dawnej stolicy wikingów, członkowie wszystkich załóg zajęli stanowiska bojowe.

Norweski patrol przesłał sygnał obcym jednostkom, by podały swoje dane identyfikacyjne. Kapitan okrętu „Admiral Hipper” przedstawił się po angielsku jako kapitan HMS „Revenge” i dodał, że otrzymał od brytyjskiego rządu rozkazy, „by płynąć w kierunku Trondheim” i nie ma „żadnych nieprzyjaznych intencji”2. Gdy łódź patrolowa przesunęła reflektorem po wodzie, jej załoga została oślepiona przez światło szperaczy z pokładu krążownika, który nagle rozwinął maksymalną prędkość, wyrzucając z siebie zasnuwające wszystko wokół kłęby dymu. Niebo rozświetliły rakiety i flary ostrzegawcze. W norweskich fortach rozdzwoniły się alarmy i wydano rozkazy, aby strzelać do atakujących okrętów.

Upłynęło piętnaście minut. Do baterii norweskich dział musiano załadować amunicję, ale zepsuł się elektryczny mechanizm odpalający. Kiedy niedoświadczeni norwescy żołnierze byli w końcu gotowi, by zareagować, „Admiral Hipper” minął już pierwszy fort. W drugim forcie trębacz, który powinien dąć na alarm, zasnął na służbie i żołnierze dotarli do dział za późno. W chwili, gdy otworzyli ogień, wysiadły im reflektory i nie mogli dojrzeć celu.

O 4.25 rano skromna niemiecka armada zarzuciła kotwice w porcie Trondheim. Kutry zaczęły przewozić dwie kompanie piechoty z okrętów na brzeg. Całe miasto było jeszcze pogrążone we śnie, gdy niemieccy żołnierze rozbiegli się z portu po niebronionych przez nikogo ulicach. Rozpoczęła się nazistowska inwazja na Norwegię.

W auli Norweskiego Instytutu Technologii (NTH), do którego można było dotrzeć w dwadzieścia minut piechotą od portu, zebrali się studenci, wykładowcy oraz garstka innych członków społeczności lokalnej Trondheim3. Wiadomość o inwazji dotarła do Leifa Tronstada tuż przed świtem i kiedy jego dzieci jeszcze spały, pospieszył do instytutu. Ze skąpych doniesień wynikało, że została zaatakowana cała Norwegia. Wraz z Trondheim poddały się również takie miasta, jak Bergen, Stavanger, Kristiansand i Narwik, ale chodziły słuchy, że Oslo jeszcze się trzyma. Zgromadzeni w instytucie zaczęli w panice debatować, co powinni teraz zrobić. Wśród nich był odwiedzający przyjaciół w Trondheim Knut Haukelid, który chciał walczyć z Niemcami przy użyciu wszelkiej dostępnej broni4. Pozostali doradzali rozwagę: Norwegia była małym krajem z niewielkim wojskiem i miała nikłe szanse w starciu z niemiecką potęgą.

Gdy przemówił Tronstad, uwaga wszystkich natychmiast skupiła się na nim. Miał 37 lat i był najmłodszym profesorem na uniwersytecie oraz ulubieńcem studentów. Był średniego wzrostu, miał niebieskie oczy, ostry nos i popielatoblond włosy ze starannym przedziałkiem z lewej strony.

Tronstad poinformował zebranych, że jako oficer rezerwy korpusu uzbrojenia norweskiej armii w razie wybuchu wojny ma rozkaz stawić się w Oslo5. Osobom mającym wojskowe doświadczenie doradzał zrobić to samo. Jeśli chodzi o pozostałych, stwierdził, że każdy człowiek powinien wsłuchać się we własne sumienie co do tego, jakie działania podjąć, ale przypomniał wszystkim, że ojczyzna ich potrzebuje. Następnie pożegnał się i opuścił aulę.

Tronstad obawiał się tego, co właśnie się stało: że norweski „śpiący rząd”6 zostawi kraj nieprzygotowany do obrony przed inwazją. Od czasu, gdy przed siedmioma miesiącami Hitler najechał Polskę, dla Tronstada było oczywiste, że Norwegia tym razem nie zdoła zachować neutralnego statusu jak podczas wielkiej wojny. Walki między aliantami a nazistami w Europie utknęły w martwym punkcie i obie strony od miesięcy krążyły wokół Norwegii, wyczekując, kto wykona pierwszy krok i spróbuje wciągnąć ją w swoją strefę wpływów.

Oba obozy miały dobre powody, by interesować się Norwegią: przede wszystkim jej długa linia brzegowa stwarzała możliwość założenia baz morskich pozwalających dominować na wodach Morza Północnego. Norweski rząd natomiast przez cały czas liczył na to, że wyważona dyplomacja zatriumfuje nad potrzebą użycia siły. Zaledwie przed kilkoma dniami niemiecki ambasador Curt Braüer wydał przyjęcie dla ponad 200 norweskich polityków i wojskowych7. W pewnym momencie przyciemniono światła i wyświetlono film zatytułowany Feuertaufe (Chrzest ognia). Goście obserwowali, jak przy dźwiękach muzyki Ryszarda Wagnera bomby unicestwiają Warszawę, a lektor wyjaśniał, że takie konsekwencje spotykają tych, którzy pozostają w sojuszu z Brytyjczykami i Francuzami. Film kończył się obrazem mapy Wielkiej Brytanii, która staje w płomieniach, po czym na ekranie pojawił się znak swastyki.

Wracając w pośpiechu do domu, Tronstad zobaczył, że niemieccy żołnierze szybko opanowali miasto. Maszerowali w kolumnach przez ulice. Ustawiali gniazda karabinów maszynowych i stanowiska moździerzy na mostach oraz w kluczowych punktach miasta, a zewsząd rozlegały się komunikaty w języku niemiecku wzywające mieszkańców, by nie stawiali oporu. Tronstad nie zwracał na nie uwagi. Wreszcie dotarł do swojego jednopiętrowego domu wśród drzew na peryferiach miasta. Powiedział swojej żonie Bassie, że w Trondheim nie są bezpieczni. Postanowił zabrać ją wraz z dziećmi do oddalonego o 160 kilometrów na południe domku górskiego w Kongsvoll, a sam miał udać się do Oslo, żeby wstąpić do armii.

Oboje obudzili siedmioletnią córkę Sidsel oraz dwuletniego Leifa juniora, pomogli im się ubrać i spakować. Piętnaście minut później załadowali się do luksusowego niemieckiego opla super 6. Gdy zmierzali na południe mostem nad rzeką Nidelva, nad ich głowami przemknęły dwa popielate bombowce.

– Co to za samoloty? – spytała Sidsel.

– To niemieckie samoloty – odparł Tronstad, wyjaśniając po raz pierwszy przyczynę ich nagłego wyjazdu. – Obawiam się, że do naszego kraju zawitała wojna8.

Po południu dojechali do Oppdal, małej wioski, w której w zimie kończyła się droga. Wiadomości, jakie tam usłyszeli, nie napawały optymizmem. Nareszcie ogłoszono wprawdzie mobilizację, ale „żelazny pierścień” obronny wokół Oslo okazał się fikcją i Niemcy kontrolowali już stolicę. Król Haakon VII, wysoki, poważny mężczyzna, który objął tron w 1905 roku, uciekł z miasta, podobnie zresztą jak norweski rząd. Vidkun Quisling, szef faszystowskiej partii Nasjonal Samling, ogłosił przez radio, że przejmuje władzę w państwie. Teraz Tronstad wiedział, że jego podróż do Oslo nie ma już najmniejszego sensu. Zabrał swoją rodzinę do domku w Kongsvoll, a sam nazajutrz rano wyruszył, by dołączyć do miejscowego oddziału wojska.

Na drugi dzień po inwazji śpiący norweski rząd wreszcie się przebudził9. Ambasador Braüer przekazał królowi Haakonowi niemieckie żądania. Król przedstawił je premierowi Johanowi Nygaardsvoldowi oraz jego ministrom, informując ich przy tym, że osobiście nie może zaakceptować ani władzy Quislinga, ani kapitulacji, ale jako że jest jedynie monarchą konstytucyjnym, nie w jego kompetencjach leży podjęcie ostatecznej decyzji. Jeśli jednak rząd postanowi zawrzeć pokój z Niemcami, jest gotów natychmiast abdykować. Rząd stanął po stronie króla, który następnie wydał przez radio orędzie do narodu: będą walczyć, dopóki najeźdźcy nie zostaną wyparci z Norwegii.

Gniazda oporu powstawały w całym kraju, ale Norwegowie przy wsparciu Brytyjczyków i Francuzów największy wysiłek włożyli w obronę dwóch miejsc: portu morskiego w Narwiku oraz dwóch długich dolin między Oslo a Trondheim10. Gdyby Niemcy przejęli kontrolę nad tym rejonem, którym biegły szlaki komunikacyjne łączące stolicę z północną częścią Norwegii, wówczas opanowaliby serce kraju.

To właśnie tutaj Tronstad toczył walkę z niemieckimi batalionami pancernymi wspieranymi przez Luftwaffe. Miał za zadanie powstrzymać prące na północ od Oslo niemieckie oddziały przed przekroczeniem norweskiej linii obronnej11. Utworzywszy kwaterę główną w domku w Kongsvoll, zorganizował siatkę ludzi, którzy bacznie obserwowali poczynania wroga i żłobili głębokie bruzdy w śniegu na okolicznych jeziorach, aby przeszkodzić niemieckim samolotom transportowym w lądowaniu.

Przez trzy tygodnie niedoświadczeni i dysponujący mniejszą siłą ognia Norwegowie, głównie przy wsparciu Brytyjczyków, stawiali zaciekły opór w tych dwóch dolinach, stale jednak byli spychani w kierunku Trondheim. Uznawszy, że bitwa jest przegrana, pod koniec kwietnia Brytyjczycy rozpoczęli ewakuację. W dniu 1 maja, kiedy do ich okręgu dotarł rozkaz poddania się, Tronstad wraz z kilkoma żołnierzami ukrył w górach 81 skrzyń z amunicją w nadziei, że przydadzą się w przyszłej walce12. Tego popołudnia, gdy Tronstad przebywał z dala od swojej rodziny, w domku w Kongsvoll pojawił się patrolujący okolicę niemiecki oddział kawalerii.

Ubłoceni i brudni żołnierze podeszli w ulewnym deszczu do prowadzących do budynku schodów. Dowódca nakazał opróżnić oborę dla swoich ludzi oraz ich koni.

– Trzymamy tam krowy – odparła nienagannym niemieckim Bassa Tronstad. – Jeśli je wyprowadzimy, nie będziemy mieli mleka13.

Oficer, zaskoczony odmową, w dodatku wypowiedzianą w jego ojczystym języku, oświadczył, że w takim razie jego ludzie będą spać w domku.

– Pod warunkiem, że będą czyści – rzuciła Bassa.

Przed odjazdem dowódca oddziału stanął przed Bassą i zagroził jej:

– Jeśli coś nam się przytrafi w okolicy, zostaniesz natychmiast rozstrzelana.

Po powrocie do domku Tronstad zabrał rodzinę do Trondheim. W Narwiku nadal trwały walki, ale niebawem i one ustały, a król Haakon wraz z rządem uciekli na pokładzie statku do Wielkiej Brytanii. Norwegia była teraz pod władzą Niemców. Ich obecność stanowiła pogwałcenie wszystkiego, co było drogie sercu Tronstada, a niemiecka okupacja pozbawiła go życia, które zdołał zbudować praktycznie od zera.

Trzy miesiące przed narodzinami Leifa Tronstada jego ojciec Hans Larsen zmarł na atak serca14. Matka Josefine wychowywała czterech synów, prowadząc mały kiosk w miasteczku niedaleko Oslo i pracując jako służąca podczas prywatnych przyjęć urządzanych przez bardziej zamożne miejscowe rodziny. Okres dorastania upływał Leifowi albo na nauce, albo na pracy, albo na bieżni lekkoatletycznej. Po ukończeniu szkoły średniej i kilku latach spędzonych w firmie energetycznej rozpoczął naukę w Szkole Technicznej w Kristianii – taką nazwę nosiło na początku dwudziestego wieku Oslo – gdzie studiował chemię. Na podstawie listy ustanowionych przez niego rekordów krajowych można stwierdzić, że był również znakomitym lekkoatletą. Pomimo pracy w fabryce i aktywności sportowej zdołał ukończyć uczelnię z najwyższymi ocenami. W 1924 roku, po odbyciu służby wojskowej i podreperowaniu stanu swoich finansów, podjął studia w Norweskim Instytucie Technologii.

W Trondheim mógł się w końcu skupić wyłącznie na działalności naukowej i jeszcze bardziej podnosić kwalifikacje. Całymi dniami ślęczał nad książkami. „Tyram ostatnio niczym wół – pisał do matki podczas pierwszego roku studiów. – Nie musisz przysyłać pieniędzy. Żyję skromnie, wręcz po spartańsku i oszczędnie. Jem tylko chleb z najtańszym masłem”15. Studia ukończył z najwyższymi wyróżnieniami, czym zasłużył sobie na słowa uznania samego króla Haakona. Leif Tronstad, który z szacunku dla poświęcenia matki przybrał jej panieńskie nazwisko, był teraz wschodzącą gwiazdą norweskiej nauki.

Przez cały ten czas zalecał się do Edli, swojej ukochanej z dzieciństwa, którą od najmłodszych lat nazywano Bassa. Była od niego o kilka lat młodsza, oboje wychowywali się na tym samym wzgórzu w położonym nad zatoką Oslofjorden miasteczku Sandvika, kilkanaście kilometrów na zachód od norweskiej stolicy. W trakcie studiów Leif wysyłał listy miłosne do ukochanej, którą nazywał „małym aniołem” i „cudnym skarbem”16. Pewnego dnia obiecał jej: „Będziemy ze sobą na zawsze i zostaniemy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem”. Podczas świąt Bożego Narodzenia, nie mogąc „doczekać się, aż się zestarzejemy w miłości”17, Leif poprosił Bassę o rękę.

Po ślubie w 1928 roku nowożeńcy przeprowadzili się do Berlina, gdzie Tronstad w ramach trzyletniego grantu dla doktorantów z Norweskiego Instytutu Technologii został zatrudniony jako badacz w Instytucie Chemii imienia Cesarza Wilhelma. Uzdolniona językowo Bassa pracowała zaś jako jego sekretarka i tłumaczka. Wówczas oboje po raz pierwszy zetknęli się z nazizmem. Całe miasto obwieszone było plakatami z podobiznami Hitlera i hasłami wzywającymi do pomszczenia krzywd spowodowanych traktatem wersalskim18.

Po pobycie w Berlinie przenieśli się z powrotem do Trondheim, gdzie Tronstad kontynuował badania, wykładał chemię jądrową i zdobył tytuł doktora świetnie przyjętą pracą na temat pomiarów utlenionych powierzchni żelaza i stali. Następnie znów wyjechał za granicę – do sławnego Laboratorium Cavendisha na Uniwersytecie Cambridge w Wielkiej Brytanii, gdzie prowadził dalsze badania elektrochemiczne, a także poznał najwybitniejszych uczonych uniwersytetu, między innymi Ernesta Rutherforda.

Latem 1932 roku Tronstadowie powrócili do Norwegii; wkrótce potem urodziła się ich córeczka Sidsel. Tronstad zanotował w swoim dzienniku: „Co za wspaniały dzień... Rety, ależ ona jest piękna!”19.

Przed Tronstadem, który wykazał się talentem nie tylko w pracy w laboratorium, ale także na polu teoretycznym, otwierały się liczne możliwości20. Od czasów studenckich zastanawiał się, czy powinien pracować w przemyśle, czy raczej na uniwersytecie. W przemyśle były lepsze zarobki, co po latach oszczędzania każdej korony wydawało mu się niezwykle kuszące. Na uczelni płacono znacznie gorzej, ale profesura stwarzałaby mu okazję do uczenia i zajmowania się czystą nauką bez presji wyników finansowych. W końcu oznajmił Bassie, że choć chce pracować jako profesor, to jej pozostawia ostateczną decyzję.

– Jeśli chcesz, mogę zarabiać tyle, ile tylko zapragniesz – powiedział21.

Z błogosławieństwem Bassy wrócił jednak na uniwersytet. Wkrótce został profesorem Norweskiego Instytutu Technologii, jego dorobek naukowy powiększył się o liczne prace badawcze, a studenci z zachwytem obserwowali, gdy niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki doprowadzał do zapłonu różne związki chemiczne22. Kupił ładny dom w odległości krótkiego spaceru od uczelni, a także samochód, żeby dojeżdżać do należącego do rodziny domku w górach, gdzie mogli się wspinać i jeździć na nartach. Uczył córkę jazdy na łyżwach, a w sierpniu 1937 roku na świat przyszedł jego syn, Leif junior, który lubił, gdy wożono go po podwórku na taczce.

Podczas tych kilku poprzedzających wybuch wojny lat Tronstad pracował również jako konsultant paru norweskich przedsiębiorstw. Doradzał im w kwestii produkcji stali, gumy, azotu i aluminium, a w przypadku Norsk Hydro – ciężkiej wody.

11 listopada 1940 roku, siedem miesięcy po inwazji Niemiec na Norwegię, Tronstad odwiedził na prośbę Jomara Bruna fabrykę Vemork23. Brun, dawny kolega ze studiów Tronstada, szczupłej budowy, w okrągłych okularach, które idealnie pasowały do miękkich rysów jego owalnej twarzy, powiedział, że chce prosić go o pomoc przy wprowadzaniu ulepszeń w zakładzie produkcji wodoru. W rzeczywistości Brun szukał również informacji, dlaczego Niemcy tak bardzo interesują się ciężką wodą i co powinien w tej sprawie zrobić.

Tuż po zajęciu Rjukan niemiecki generał wizytujący Vemork nakazał radykalne zwiększenie produkcji oraz dostaw ciężkiej wody do Berlina24. Nie wyjawił jednak, do czego miałaby ona zostać wykorzystana. Brun zwiększył już liczbę ogniw wysokiego stężania z siedmiu do dziewięciu. Ta modyfikacja, a także długa lista poprawek zasugerowanych przez Tronstada w trakcie jego dwudniowej inspekcji, w tym dodanie do ogniw niklowych anod zapobiegających rdzewieniu oraz zwiększenie natężenia prądu elektrycznego, miały pozwolić na dostarczanie Niemcom półtora kilograma ciężkiej wody dziennie, co równało się pięciokrotnemu wzrostowi dotychczasowego poziomu produkcji25.

Prywatnie, już po zakończaniu pracy w fabryce, Tronstad i Brun głowili się wspólnie, po co Niemcom tyle ciężkiej wody26. Jako zapalony czytelnik czasopism naukowych Tronstad wiedział, że substancja ta może być wykorzystana w badaniach nad rozszczepieniem jądra atomu jako moderator. Ponadto w 1935 roku współpracował w Vemork z Ernestem Rutherfordem przy próbie wytworzenia trytu (jeszcze rzadszego niż deuter izotopu wodoru). Próba zakończyła się niepowodzeniem, ale Tronstad doskonale rozumiał teorię Rutherforda zakładającą, że przy użyciu deuteru lub trytu można uzyskać reakcję łańcuchową, której będzie towarzyszyć uwolnienie olbrzymiej ilości energii. Niemniej jednak Tronstad odrzucił pomysł, by ciężką wodę dało się zastosować do jakichkolwiek militarnych celów. Obaj z Brunem zaczęli więc snuć domysły, że Niemcom może zależeć na deuterze do stworzenia jakiegoś trującego gazu, choć wątpili, by takie zastosowanie przyniosło oczekiwane rezultaty. Bez względu na to, jaki Niemcy mieli w tym cel, Tronstad uznał, że jeśli interesują się ciężką wodą, on również powinien się nią zainteresować.

Wspólnie zgodzili się, że Brun musi pozostać w fabryce i robić wszystko, by utrzymać pracę, włącznie z wprowadzaniem zmian, które zwiększą produkcję27. Był to jedyny sposób na to, by mógł śledzić wszystkie zmiany w fabryce. Gdyby wydarzyło się coś istotnego, miał natychmiast powiadomić Tronstada.

Po wizycie w Rjukan Tronstad wrócił do Trondheim, gdzie zajął się ponownie badaniami i prowadzeniem zajęć w Norweskim Instytucie Technologii. Większość swej niespożytej energii przekierował jednak na działalność w podziemnym ruchu oporu i nawiązał bliską współpracę z kilkoma grupami studentów, którzy przeciwstawiali się niemieckiej okupacji. Niektórzy z nich wydawali nielegalną prasę. Inni działali na wyższym szczeblu w porozumieniu z brytyjską służbą wywiadu zagranicznego Secret Intelligence Service (SIS). Posługując się kryptonimem Skylark B (Skowronek), z lasów wokół Trondheim wysyłali do Londynu zaszyfrowane komunikaty radiowe, w których informowali o ruchach niemieckich oddziałów oraz aktywności niemieckich okrętów.

Ukrywający się pod kryptonimem Listonosz Tronstad zapewniał im wszelką techniczną pomoc oraz dostarczał własne informacje. Dzięki kontaktom w branży przemysłowej mógł bez przeszkód gromadzić dane na temat norweskich przedsiębiorstw pomagających Niemcom. Norsk Hydro było zaledwie jedną z wielu takich firm. Ruch oporu stanowił niezwykle cenną siatkę wywiadowczą i choć Tronstad obawiał się, że w każdej chwili może ona zostać zdekonspirowana, w dalszym ciągu rozbudowywał jej struktury.

W marcu 1941 roku Jomar Brun doniósł, że niemieccy oficjele w towarzystwie grupy naukowców znów odwiedzili Vemork28. Zażądali teraz stworzenia dziewięcioetapowego systemu kaskadowego przed fazą wysokiego stężania, co wymagało powiększenia instalacji o tysiące ogniw elektrolitycznych. Domagali się 1500 kilogramów ciężkiej wody rocznie, a Bruna uczynili „osobiście odpowiedzialnym za nienaganne funkcjonowanie fabryki”29. Niedługo po tym wydarzeniu do Tronstada zgłosił się Alf Løken, student chemii oraz jeden z członków Skylark B30. SIS prosiła o dostarczenie wszelkich informacji na temat produkowanej w Vemork ciężkiej wody. Tronstad przekazał Løkenowi wszystko, co wiedział, a to następnie zostało przesłane drogą radiową do Londynu.

Latem rodzina Tronstadów spędziła kilka tygodni w swoim górskim domku. Od początku okupacji Tronstad starał się, żeby życie jego dzieci i żony wyglądało tak normalnie, jak to tylko możliwe. Był jednak mocno zaniepokojony. Gestapo wyśledziło pod Trondheim nadajnik radiowy należący do Skylark B i aresztowało studenta, który go obsługiwał. Jego wymuszone torturami zeznania doprowadziły do aresztowania kilku innych osób, w tym Alfa Løkena. Pozostali członkowie Skylark B uciekli. Mniej więcej w tym samym czasie do miasta z pilnymi wieściami przybył Brun. Niemcy chcieli teraz zwiększyć produkcję ciężkiej wody do 5000 kilogramów rocznie, a Paul Harteck, którego Tronstad znał z Cambridge, miał nadzorować wprowadzenie nowych metod, które umożliwiłyby osiągnięcie takiego poziomu produkcji31. Rozumiejąc, jak ważne jest przekazanie tej wiadomości Brytyjczykom, i w obliczu niebezpieczeństwa grożącego członkom Skylark B, Tronstad znalazł kuriera – człowieka planującego w przyszłym tygodniu ucieczkę łodzią do Szkocji32. Udzielił mu szczegółowych informacji na temat fabryki Vemork, włącznie z danymi o miesięcznej wysokości produkcji. Kurier zapisał wszystkie te dane na bibułce papierosowej.

Gestapo było już bliskie całkowitego rozbicia ruchu oporu w Trondheim. Rankiem 9 września Tronstada odwiedził student, by zasięgnąć porady w kwestii zabezpieczenia sprzętu radiowego Skylark B33. Tego samego popołudnia chłopaka aresztowano. Tydzień później kurier Tronstada został schwytany na nabrzeżu. Na szczęście zdążył wcześniej połknąć bibułkę z danymi o Vemork. 20 września jeden z aresztowanych członków Skylark B, bojąc się, że może nie wytrzymać tortur, zdołał przekazać znajomemu wiadomość przez zakratowane okno więzienia gestapo: „Listonosz musi zniknąć”34.

Tronstad uprzedził Bassę, że może będą musieli uciekać, i gdy dwa dni później dowiedział się o kolejnym aresztowaniu, udał się prosto do niej. Tego dnia przypadała akurat trzynasta rocznica ich ślubu.

– Musimy wyjechać35 – oświadczył.

Ze spakowanymi w pośpiechu walizkami dotarli do stacji kolejowej: kwadrans po siódmej wieczorem odjeżdżał pociąg do Oslo. Bassa wraz z dziećmi wsiedli pierwsi. Tronstad rozejrzał się po peronie w obawie, że gdzieś mogą się czaić funkcjonariusze gestapo. Gdy w końcu znalazł się bezpiecznie w pociągu, usiadł wraz z rodziną w wagonie sypialnym i zrobił wpis w małym, czarnym dzienniku, który prowadził przez całą wojnę: „Ze względu na Norwegię trzeba na razie zapomnieć o rodzinie, domu i dobrach doczesnych”36.

Piętnaście po dziesiątej rano przyjechali do Oslo i przesiedli się do pociągu do Sandvika37. Po przybyciu na miejsce wspięli się na wzgórze, mijając po drodze mały kiosk, w którym kiedyś pracowała matka Tronstada. Idąc dalej, dotarli do wznoszącego się nad fiordem rodzinnego domu Bassy. Tronstad poinstruował żonę, by każdemu mówiła, że on w dalszym ciągu przebywa w Rjukan. Następnie się objęli.

– Niczego się nie boję – oznajmił Tronstad Bassie.

– I właśnie to mnie najbardziej martwi38 – odparła.

Tronstad ukląkł przy dzieciach.

– Opiekuj się młodszym bratem – powiedział dziewięcioletniej Sidsel. Potem zwrócił się do czteroletniego Leifa: – Masz być dobry dla mamy, gdy mnie nie będzie. – Obiecał, że każdemu z nich przywiezie drobny podarek. Sidsel poprosiła o zegarek, Leif o gokart. – Bądźcie dla siebie dobrzy – rzucił Tronstad, po czym odszedł w pośpiechu, starając się zapanować nad wzruszeniem.

Schodził już ze wzgórza, gdy dobiegło go wołanie małego Leifa.

– Dokąd jedziesz, tato?

Tronstad obrócił się.

– Do Notodden.

– Lepiej się pospiesz. – Leif pokazał ręką pociąg wjeżdżający poniżej na stację. Tronstad puścił się biegiem w dół wzgórza, choć tak naprawdę wcale nie zamierzał jechać do Notodden. Na peronie poczekał na pociąg zmierzający dokładnie w przeciwnym kierunku.

W Oslo odebrał fałszywe dokumenty, a na drugi dzień rano pożyczył rower i pokonawszy na nim 35 kilometrów na północ, dotarł do jeziora Sandungen, gdzie jego brat pracował jako leśnik39. Przez jeden dzień Tronstad znakował drzewa przeznaczone do wyrębu i zastanawiał się, czy nie powinien po prostu przeczekać tutaj do końca wojny, żyjąc w lesie niczym pustelnik. Odrzucił jednak tę myśl. W nocy napisał list do Bassy i opatrzył go fałszywą datą z dnia, w którym opuścili Trondheim. Stwierdził w nim, że nie jest w stanie pozostawać dłużej na uniwersytecie, na którym pracownicy kolaborujący z Niemcami są „traktowani w sposób uprzywilejowany”, gdy tymczasem jego się szkaluje. Napisał również, że obecnie przebywa w Szwecji, ale nie zrobił ani też nie zamierza zrobić nic „nieuczciwego bądź nielegalnego”40. List miał stanowić zabezpieczenie dla Bassy na wypadek, gdyby przesłuchiwało ją gestapo.

Następnego ranka, 26 września, dwóch członków ruchu oporu przyjechało po Tronstada ciężarówką. Udali się wraz z nim w kierunku oddalonej o 160 kilometrów neutralnej Szwecji. Mniej więcej godzinę marszu od granicy wysiedli z ciężarówki i dalej ruszyli na piechotę przez las. Na terytorium Szwecji znaleźli się o piątej po południu, a kilka godzin później Tronstad został aresztowany w szwedzkim posterunku wojskowym, który działał w porozumieniu z norweskim ruchem oporu. Tam poczęstowano go stekiem, piwem i kawą.

Po blisko miesiącu udało mu się uzyskać zezwolenie na podróż do Wielkiej Brytanii, skąd miał nadzieję kontynuować walkę o wyzwolenie Norwegii. W jego paszporcie ostemplowanym w Sztokholmie widniała adnotacja o „prawie do jednokrotnego wjazdu”41. Na pokładzie bombowca przerobionego na samolot transportowy Tronstad przeleciał na dużej wysokości nad Morzem Północnym, oddychając podczas podróży przez maskę tlenową42. Po siedmiu godzinach lotu w ciemnościach samolot, który przez cały czas musiał się zmagać z przeciwnym wiatrem, w końcu wylądował w Szkocji.

21 października Tronstad wysiadł na stacji kolejowej King’s Cross w Londynie. SIS zarezerwowała dla niego pokój w hotelu St. Ermin’s w centrum Westminsteru, rzut kamieniem od głównej siedziby agencji43. Londyn, miasto, które Tronstad doskonale znał z czasów studenckich, przypominał teraz strefę wojny44. Na ulicach roiło się od żołnierzy, a niebo zasłaniała unosząca się armada szarych balonów zaporowych broniących miasta przed atakami niemieckich bombowców.

W Sztokholmie Tronstad czytał w gazetach o bombardowaniach Londynu. Począwszy od 7 września poprzedniego roku, Hitler prowadził naloty na serce brytyjskiej stolicy, chcąc złamać ducha walki jej mieszkańców. Pożary wywołane przez bomby zapalające rozprzestrzeniały się na kolejne dachy. Wybuchy obracały w gruzy całe budynki. Tysiące osób zginęło na skutek ataków, a o wiele więcej zostało rannych i straciło dach nad głową. Ale czytanie o zniszczeniach było niczym w porównaniu z zobaczeniem ich na własne oczy. Mimo że w maju 1941 roku naloty w większości ustały, ulice wciąż były zawalone gruzami zbombardowanych budynków, a mijani ludzie mieli ponure, aczkolwiek pełne determinacji twarze.

Gdy w końcu Tronstad położył się do łóżka, brytyjskie myśliwce z wyciem silników patrolowały akurat niebo nad miastem. Był jednak tak wyczerpany podróżą, że pomimo hałasu szybko zasnął.

St. Ermin’s, mający kształt podkowy wiktoriański hotel z okazałym, gwarnym holem oraz licznymi zakamarkami, stanowił idealne miejsce do potajemnych spotkań. Pierwszej niedzieli w Londynie Tronstad spotkał się tam z komandorem porucznikiem Erikiem Welshem, szefem norweskiego wydziału SIS45. Welsh kierował działaniami Skylark B i zorganizował podróż Tronstada do Londynu.

Brytyjski szpieg był niski, otyły i miał olbrzymią, kopulastą głowę. Do tego był niechlujnie ubrany i palił jak smok: przód koszuli miał obsypany popiołem z papierosów46. Może i nie wyglądał jak bohater, ale podczas pierwszej wojny światowej odznaczono go medalami za odwagę, gdy służył na poławiaczu min. Następnie został oficerem wywiadu marynarki wojennej i skupił się na rozpracowywaniu naukowców i ich badań, a w końcu przeniesiono go do SIS. Jego żona była Norweżką, daleką krewną kompozytora Edvarda Griega, a znajomość języka pomogła Welshowi znaleźć zatrudnienie w norweskiej firmie zajmującej się malowaniem budynków, z której usług korzystało wiele przedsiębiorstw przemysłowych. Zresztą, jak Tronstad się wkrótce dowiedział, Welsh dość dobrze znał zarówno Jomara Bruna, jak i samą fabrykę Vemork. Sprzedał nawet Brunowi odporne na korozję płytki podłogowe do oddziału wysokiego stężania47.

Welsh miał sporą wiedzę o niemieckim programie atomowym, którą w dużej mierze czerpał od przebywającego w Niemczech informatora o kryptonimie Gryf. Był nim uczony Paul Rosbaud, który jako konsultant naukowej oficyny wydawniczej Springer Verlag miał kontakty z Hahnem, Heisenbergiem i innymi czołowymi niemieckimi fizykami. Dostarczył on pierwsze raporty na temat nazistowskiego programu atomowego, ale od kiedy Urząd Uzbrojenia Wojsk Lądowych przejął kontrolę nad programem, napływ informacji wywiadowczych uległ spowolnieniu. Welsh miał również dojście do brytyjskiego programu budowy bomby atomowej, który najpierw był znany jako Komitet MAUD (Military Application of Uranium Detonation – „militarne zastosowanie detonacji uranu”), a później – jako departament Tube Alloys.

Welsh mówił w chaotyczny i nieskładny sposób, który sprawiał, że Tronstad niewiele rozumiał. Ale Welsh nie przyszedł na spotkanie, by wyjawiać własne sekrety, lecz aby przekonać się, co nowo przybyły może mu zaoferować. Tronstad od początku był wobec niego szczery48. Vemork produkował teraz na potrzeby Niemców cztery kilogramy ciężkiej wody dziennie, a ilość ta miała jeszcze wzrosnąć. Obaj mężczyźni spędzili ze sobą cały ranek, choć nie wyłącznie na dyskusji o ciężkiej wodzie. Tronstad wiedział z innych źródeł, że Niemcy przejęli norweskie zasoby tlenku uranu, ponadto – jak dodał – miał również kontakty z byłymi studentami i dawnymi kolegami w Oslo, Berlinie, Cambridge i Sztokholmie, którzy mogli dostarczyć więcej informacji. Welsh wyraził nadzieję, że Tronstad wesprze swoją wiedzą i kompetencjami wysiłek wojenny. Nie poczyniono wprawdzie dalszych konkretnych ustaleń, lecz Tronstad dał jasno do zrozumienia, że jest gotów pomóc.

I rzeczywiście, zaangażowanie Tronstada w działalność ruchu oporu stawało się coraz większe. Pewnego dnia spotkał się z członkiem grupy Skylark B, który uciekł do Londynu49. Kiedy indziej odwiedził Thatched House Club, klub dla dżentelmenów oraz miejsce spotkań brytyjskich służb specjalnych, gdzie zjadł obiad – ostrygi i gołębia – z ludźmi odpowiedzialnymi za operacje komandosów w Norwegii. Kolejny dzień spędził w Domu Norweskim niedaleko Trafalgar Square, który stanowił centrum emigranckiej społeczności Norwegów, i został tam przedstawiony czołowym reprezentantom rządu – „prominentom”, jak napisał z lekceważeniem w dzienniku. Następnie poznał dowódców Milorg, konspiracyjnej organizacji wojskowej, w której ramach działał w Trondheim. Liderzy organizacji starali się o to, by oficjalnie włączono ją w struktury norweskiego Ministerstwa Obrony. W dalszej kolejności odbył spotkania z przedstawicielami norweskiego wywiadu oraz ministrem obrony, a także stawił się na audiencji u następcy tronu. Przez cały ten czas Tronstad zastanawiał się, jak najlepiej mógłby się przysłużyć swojej ojczyźnie.

Podczas tych pierwszych sześciu tygodni w Londynie wiele razy zapraszano go na konferencje z udziałem brytyjskich naukowców związanych z programem Tube Alloys, a to głównie za sprawą Welsha, który jasno dawał uczonym do zrozumienia, że Tronstad to człowiek „dobrze zaznajomiony z pewnym tematem mogącym was szczególnie zainteresować”50. Tronstad znał część uczestników tych konferencji z czasu studiów w Cambridge, ale innych widział po raz pierwszy w życiu. Przedstawiono go na przykład Haroldowi Ureyowi, który odkrył deuter, a teraz przebywał w Londynie z misją rozpoznawczą w ramach amerykańskiego programu atomowego51. Resztki wątpliwości, jakie miał jeszcze Tronstad co do wykorzystania ciężkiej wody przez Niemców, zostały tym samym rozwiane. Miała ona posłużyć w badaniach jądrowych, potencjalnie zaś do skonstruowania bomby. Jedyną niewiadomą było, na jakim etapie znajdują się Niemcy w wyścigu o to, kto pierwszy ją wybuduje.

Podczas tych tygodni Tronstad uczestniczył w kilku naradach nad tym, w jaki sposób zatrzymać dostawy z Vemork52. Wallace Akers, dobrze znany Tronstadowi chemik, a teraz szef programu Tube Alloys, zaprosił go do dyskusji nad opracowanym przez Ministerstwo Lotnictwa planem zbombardowania fabryki. Kolejny plan, o kryptonimie Clairvoyant (Jasnowidz), zakładał zaatakowanie sześciu hydroelektrowni w południowej Norwegii, w tym Vemork, przez sześć współdziałających ze sobą zespołów sabotażystów. Jednak fabryka stanowiła trudny cel dla nocnych bombardowań, a plan Clairvoyant wydawał się zbyt ambitny. Dlatego też Tronstad zaproponował nakierowaną tylko na Vemork operację norweskich agentów lub przeprowadzenie akcji sabotażowej od środka.

Tronstad nie miał pewności, z jaką reakcją spotkała się jego propozycja – był w dużym stopniu outsiderem – lecz odnosił wrażenie, że z tych narad niewiele wynika, a determinacja ze strony Brytyjczyków, by rozwiązać problem zakładów Vemork, zdecydowanie osłabła. Pod koniec grudnia, po wzięciu udziału w sześciotygodniowym kursie szkoleniowym norweskiej armii w Szkocji, Tronstad wciąż szukał swego miejsca w walce o wyzwolenie Norwegii. Wiele osób sugerowało, że powinien skupić się na pracy naukowej na rzecz działań wojennych, ale on pragnął wrócić do akcji. Jak zanotował pewnego wieczoru: „Chcę być blisko tych, którzy walczą o Norwegię na pierwszej linii frontu”53.

3

Bonzo

Dnia 2 grudnia 1941 roku Knuta Haukelida zbudziło przed świtem ujadanie psów1. W powietrzu czuć było chłód, a mróz pokrył szronem okna wychodzące na ogromną zalesioną posiadłość Stodham Park około 80 kilometrów na południowy zachód od Londynu. Haukelid szybko włożył nowy brytyjski mundur, którego wykrochmalony kołnierzyk przewyższały sztywnością jedynie jego przydziałowe wojskowe buty.

Na zewnątrz stanął w szeregu z dwudziestoma paroma innymi Norwegami, którzy zgłosili się do udziału w specjalnym szkoleniu wojskowym, by walczyć za swój kraj. Ochotnicy pochodzili z różnych sfer społecznych: byli tu biedni, bogaci i średnio zamożni, mieszkańcy dużych miast, małych miasteczek i zapadłej prowincji. Część z nich nigdy w życiu nie miała w ręku broni, inni z kolei byli strzelcami wyborowymi. Niektórzy byli chłopcami, mieli ledwie po 18 lat. Większość stanowili dwudziestolatkowie, choć było też kilku trzydziestolatków, między innymi Haukelid. Przed wojną byli studentami, rybakami, policjantami, urzędnikami bankowymi, robotnikami albo – jak Haukelid – niespokojnymi duchami szukającymi dopiero swojego miejsca w życiu.

Na pierwszy rzut oka Haukelid wyglądał przeciętnie2. Choć jego siostra bliźniaczka Sigrid była hollywoodzką gwiazdą filmową znaną jako „syrena z fiordów”3, on sam nie należał do szczególnie przystojnych mężczyzn. Miał jasne włosy, niebieskie oczy, średnią budowę ciała i lekko się garbił. Mierząc 178 centymetrów, odznaczał się wzrostem nieco wyższym niż średni. Było jednak coś w jego spojrzeniu i w twarzy, która w jednej chwili przechodziła od uśmiechu do całkowitej powagi, co nie pozwalało o nim zapomnieć.

Dla ich siwowłosego irlandzkiego sierżanta sztabowego, który na cześć amerykańskiego gwiazdora westernów nosił przydomek Tom Mix, wszyscy ci Norwegowie wyglądali tak samo: to byli ludzie, których miał nauczyć zabijania, prowadzenia akcji sabotażowych i przetrwania w każdy możliwy sposób. Oznajmił im, że obowiązuje tylko jedna zasada: „Nigdy nie dajcie wrogowi choćby cienia szansy”4. Takie podejście bardzo odpowiadało Haukelidowi. Od chłopięcych lat wszelkie zasady doprowadzały go do wściekłości5.

Oddział rekrutów rozpoczynał dzień o szóstej rano od ćwiczenia, które Mix lubił nazywać „hartowaniem stóp”, czyli od szybkiego marszu po rozległym terenie posiadłości. Kiedy mijała godzina maszerowania, stopy rekrutów częściej bywały pokryte pęcherzami niż zahartowane. Po krótkim śniadaniu następowało szkolenie z posługiwania się bronią. „To wasz przyjaciel – mówił Mix, obracając pistolet na palcu. – Jedyny przyjaciel, na jakiego możecie liczyć. Traktujcie go, jak należy, a on już się wam odwdzięczy”6. Później zabierał grupę rekrutów do lasu i uczył ich, w jaki sposób mają stać – nogi ugięte w kolanach, obie ręce na rękojeści pistoletu – oraz strzelać: dwa szybkie strzały, jeden po drugim, aby mieć pewność, że nieprzyjaciel został trafiony. Jeśli okoliczności na to pozwalały, „celujcie nisko. Kula w brzuch, a Niemiec będzie się zwijał przez dwanaście godzin z bólu, zanim umrze”7. Haukelid uczestniczył w młodości w polowaniach, ale to było coś zupełnie innego.

Po dwóch godzinach treningu strzeleckiego kolejną godzinę spędzali na sali gimnastycznej. Robili przewroty w przód i w tył. Zeskakiwali z dużej wysokości i przetaczali się do przodu do pozycji stojącej. Okładali pięściami worki treningowe. Siłowali się ze sobą i uczyli, w jaki sposób gołymi rękami obezwładnić i rozbroić wroga. Mix, który nosił przy biodrze długi nóż, ubarwiał lekcje opowieściami o swojej walce podczas pierwszej wojny światowej oraz pracy policjanta na Dalekim Wschodzie. Pozostali instruktorzy byli podobni, jeden wspominał poprzednią wojnę: „Zabiliśmy tylu Niemców, że mieliśmy problem, bo musieliśmy wstawać, by patrzeć ponad stertami tych trupów”8.

Przerwa na kawę, a potem oddział miał ćwiczenia z łączności, przede wszystkim z posługiwania się alfabetem Morse’a. Później był obiad, a po nim dwugodzinne zajęcia z wysadzania obiektów. „Nigdy nie palcie podczas pracy z materiałami wybuchowymi”9 – mówił Mix z zapalonym papierosem w ustach, demonstrując po raz kolejny, że reguły są tylko po to, by je łamać. Wysadzali w powietrze kłody drewna i głazy10. Potem zaś z dzwonieniem w uszach ćwiczyli biegi na orientację, poruszanie się przy użyciu mapy i kompasu, uczyli się przetrwania w terenie, tropienia celów, przeprowadzania zwiadu w lesie. Od piątej po południu do ósmej wieczorem mieli czas na odpoczynek i zjedzenie kolacji, później bowiem zaczynało się nocne szkolenie, które obejmowało jeszcze więcej zajęć z bronią i ładunkami wybuchowymi oraz jeszcze więcej walki wręcz – tyle że tym razem wszystko odbywało się w kompletnych ciemnościach.

Wraz z każdą taką sesją treningową kołnierzyk munduru i buty Haukelida robiły się coraz miększe, gdy tymczasem on sam zmieniał się w coraz twardszego żołnierza11. Choć od początku był dość wysportowany, teraz stał się jeszcze sprawniejszy. Od czasu do czasu wzywał go do siebie oficer lub psychiatra, by spytać, czy trening nie jest zbyt ciężki, zbyt wyczerpujący, czy nie chce zrezygnować. To nie jest zajęcie dla każdego, mówili. Haukelidowi jednak całkowicie odpowiadało. Oddawanie dwóch strzałów jeden po drugim stało się dla niego wręcz automatycznym odruchem, a jego skuteczność na strzelnicy była coraz wyższa. Nauczył się odmierzać czas przy rzutach granatami ręcznymi („Można by dojść stąd do Londynu, zanim wybuchnie”12, strofował rekrutów Mix) i nie marnować ich. Nabrał wprawy w walce wręcz, posługiwaniu się nożem oraz zakładaniu ładunków wybuchowych: potrafił bez drżenia rąk zapalić dziesięciosekundowy lont.

Trzy tygodnie później usłyszał, że to wszystko stanowi zaledwie wstępne szkolenie. Instruktor tak ocenił go w raporcie: „To spokojny i opanowany człowiek, który powinien świetnie sobie poradzić w trudnej sytuacji. (...) Nie okazuje strachu”13. Haukelid otrzymał oceny „bardzo dobre”, jeśli chodzi o umiejętność przetrwania w terenie, posługiwanie się bronią, zakładanie ładunków wybuchowych oraz czytanie mapy. Natomiast jego umiejętności posługiwania się sygnałami oceniono po prostu jako „dobre”.

20 grudnia, 13 dni po niespodziewanym ataku Japończyków na Pearl Harbor, który wciągnął do wojny również Stany Zjednoczone, czyli kraj jego urodzenia, Haukelid wsiadł do pociągu jadącego do Szkocji, gdzie miał dostać dalsze instrukcje. Musiał dotrzymać pewnej obietnicy, którą jego matka złożyła gestapo, zanim uciekł do Wielkiej Brytanii.

W 1905 roku po zerwaniu unii personalnej ze Szwecją nowy norweski rząd starał się wprowadzić w kraju monarchię konstytucyjną. Najwyższą władzę miał sprawować demokratycznie wybrany parlament, król zaś – pełnić funkcję ceremonialnej głowy państwa. Za najlepszego kandydata do tej roli parlament uznał wywodzącego się z rodu norweskich królów duńskiego księcia Karola, który oznajmił, że przyjmie tę propozycję pod warunkiem, że Norwegowie na niego zagłosują. Zgodnie z przewidywaniami został wybrany na króla i jako Haakon VII wstąpił na tron.

W tym samym roku Bjørgulf Haukelid wyemigrował do Stanów Zjednoczonych14. Osiadł we Flatbush na Brooklynie, bardzo daleko od schroniska górskiego dla turystów i biegaczy narciarskich w Haukeliseter, położonego około 120 kilometrów na zachód od Rjukan, którego prowadzenie ojciec chciał mu pewnego dnia przekazać. Jednak budowa nowojorskiego metra stwarzała o wiele większe możliwości dla inżyniera budownictwa lądowego. W Ameryce Bjørgulf poślubił pochodzącą z Oslo pielęgniarkę Sigrid Gurie i 17 maja 1911 roku – a więc w dniu norweskiego święta konstytucji – urodziły im się bliźnięta: Knut i Sigrid. Dla Knuta w dzieciństwie jedyną rzeczą droższą od siostry był mały pluszowy miś, którego nieustannie przytulał. Miś miał na imię Bonzo.

W kwietniu następnego roku rodzina Haukelidów wsiadła na parowiec płynący do Norwegii. Rodzice Knuta tęsknili za ojczyzną i pragnęli wychować dzieci na Norwegów. A biorąc pod uwagę niedawny boom przemysłowy w kraju, nie mogli wybrać lepszego momentu na powrót.

Podczas podróży przez Atlantyk parowiec, którym płynęli, odebrał wezwanie o pomoc z pokładu RMS „Titanic”. Statek zmienił kurs, żeby pomóc rozbitkom, ale znajdował się zbyt daleko i przybył na miejsce katastrofy za późno.

W Oslo Bjørgulf założył świetnie prosperującą firmę inżynierską i kupił dom dla rodziny. Knut od początku był łobuzem. Jako dyslektyk – i niespokojny duch – nienawidził szkoły. Tkwienie nieruchomo przez cały dzień w twardych ławkach i słuchanie ględzenia nauczycieli było dla niego istną torturą. A ponieważ lekko się jąkał, każde wezwanie do odpowiedzi na lekcji jeszcze tylko pogarszało sprawę. Dlatego też dzień w szkole pomagało przetrwać mu płatanie figli. Pewnego razu wypuścił w klasie węża, czym zasłużył na jedno z licznych zawieszeń w swej uczniowskiej karierze. Knut wolał spędzać czas na świeżym powietrzu, ale w mieście nie było ku temu zbyt wielu okazji. Co więcej, jego matka, nie chcąc, żeby się ubrudził, kazała mu wkładać worek z otworem na głowę, kiedy bawił się na podwórku. W domu Haukelidów obowiązywało wiele zasad i zakazów. Siostra Knuta, która chciała zostać malarką i zamieszkać w Paryżu, również buntowała się przeciwko rodzicom.

Jedynym miejscem, gdzie Knut czuł się swobodnie, było schronisko Haukeliseter. W weekendy oraz podczas wakacji i ferii jeździł wśród gór i jezior Telemarku na nartach, łowił ryby, biwakował i polował wraz z dziadkiem, Knutem seniorem. Słuchał opowieści o trollach zamieszkujących i chroniących norweskie krainy, a jego wiara w te istoty przydawała jeszcze większej magii ukochanym przez niego lasom.

Wiecznie spragniony przygód Haukelid tuż przed osiemnastymi urodzinami wyruszył do Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie jego siostra wyjechała do Paryża. Knut zapisał się do Massachusetts State College, ale nigdy go nie ukończył. Jako wielbiciel książek Johna Steinbecka i Ernesta Hemingwaya wyruszył w podróż po Ameryce. Na Środkowym Zachodzie znalazł pracę na farmie. Lubił swoje obowiązki, podobały mu się rozległe równiny, ale sprzeciwiał się niektórym purytańskim zwyczajom. Podczas kolacji musiał czekać, aż właściciel farmy skończy wygłaszać długą modlitwę, zanim mógł zabrać się do jedzenia. Pewnego wieczoru Haukelid zaproponował, że sam zmówi modlitwę. Zaśpiewał krótką norweską piosenkę, w której nie było w ogóle mowy o Bogu, i rzucił się na kolację, jakby od tygodni nie miał niczego w ustach.

Po kilku latach za oceanem wrócił do Norwegii. Ojciec znalazł mu dobrze płatną posadę w największym banku w Oslo, ale Knut jej nie przyjął. Oświadczył, że równie dobrze może zarabiać na życie, łowiąc pstrągi. I tak też zrobił. Po kilku miesiącach pracy przy połowie pstrągów znów się przeniósł – tym razem do Berlina. Studiował tam inżynierię, uczył się niemieckiego i rozmyślał nad swoją przyszłością. W 1936 roku był świadkiem propagandowego spektaklu Hitlera podczas igrzysk olimpijskich. Pewnej nocy, zetknąwszy się z pijanym i wykrzykującym same plugastwa członkiem partii nazistowskiej, Haukelid powalił go jednym ciosem15.

W końcu wrócił do Oslo16. Jego siostra Sigrid, która poznała w Paryżu producenta filmowego Samuela Goldwyna, grała wówczas w filmach u boku Gary’ego Coopera. Haukelid uległ wreszcie pragnieniu ojca, by zaczął poważnie myśleć o karierze i życiu. Podjął pracę w jego firmie zajmującej się importem sprzętu budowlanego ze Stanów Zjednoczonych i zakochał się w młodej fizjoterapeutce o imieniu Bodil, która leczyła jego bóle pleców, których nabawił się podczas wojaży.

Na początku kwietnia 1940 roku Haukelid ukończył budowę pirsu w porcie w Narwiku i wziął kilka dni wolnego, by pojechać na ryby. Wcześniej jednak zatrzymał się u znajomych w Trondheim17. Kiedy tam przebywał, naziści zaatakowali Norwegię. Wysłuchawszy w Norweskim Instytucie Technologii wystąpienia profesora Tronstada na temat konieczności przeciwstawienia się Niemcom, Haukelid oraz kilku studentów zarekwirowali pociąg towarowy i pokonali nim prawie połowę trasy do Oslo, aż natknęli się na zamknięte tory. Porzucili więc pociąg i autobusem dotarli do najbliższego wojskowego punktu mobilizacyjnego niedaleko Lillehammer, ale jak się okazało, nie było tam żadnej broni. Na miejscu dowiedzieli się również, że naziści zdążyli już zająć Oslo. Wiadomość ta wielu towarzyszy Haukelida poruszyła do łez. Potem nadeszły wieści, że Niemcy zażądali abdykacji króla oraz dymisji rządu. Kiedy Haakon odmówił, samoloty Luftwaffe zbombardowały położoną w lasach wioskę, gdzie król się ukrywał. Haukelid, któremu zdawało się, że widział bombowce zmierzające, by zgładzić króla, poczuł, że w jego osobie wreszcie odnalazł swego przywódcę, a wraz z nim cel w życiu i na tę myśl jemu również zebrało się na płacz.

W końcu udało mu się odnaleźć pułk walczący z Niemcami. Dowodzący nim pułkownik dał Haukelidowi karabin Krag-Jørgensen oraz 30 naboi i posłał go do walki. Przez kolejne trzy miesiące Knut, choć nie miał żadnego wojskowego doświadczenia, bił się z Niemcami. Jego batalion urządził na górskiej przełęczy zasadzkę na niemiecki oddział pancerny i zniszczył go za pomocą koktajli Mołotowa i ostrzału z pojedynczego działa, ale poza tym sukcesem Norwegowie ponosili jedną porażkę za drugą.

Gdy jego pułk się poddał, Haukelid usiłował dotrzeć do walczących w dwóch dolinach biegnących między Oslo a Trondheim, lecz jego rodacy byli już w odwrocie. Przyjechał więc do stolicy i udał się do domu rodziców, przestronnego mieszkania znajdującego się pod adresem Kirkeveien 74. Ojca nie zastał, przywitała go jedynie matka. Knut wszedł do sypialni, gdzie przechowywano część jego rzeczy, i zamknął drzwi.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Zimowa forteca

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Mapy

Uczestnicy wydarzeń

***

Prolog

I. CZĘŚĆ I

1. Woda

2. Profesor

3. Bonzo

4. Syn dozorcy zapory

5. Otwarta droga

II. CZĘŚĆ II

6. Czekając na rozkazy

7. Liczę na was

8. Pełni entuzjazmu

9. Niepewny los

10. Zaginieni

III. CZĘŚĆ III

11. Instruktor

12. Te gnojki nas nie złapią!

13. Reguły myśliwego

14. Samotna, ponura wojna

15. Zamieć

16. Plan działania

17. Wspinaczka

18. Sabotaż

IV. CZĘŚĆ IV

19. Niezwykły wyczyn

20. Pościg

21. Widma z Hardangervidda

22. Sport narodowy

23. Lista celów

24. Lot Kowboja

V. CZĘŚĆ V

25. Nic bez poświęcenia

26. Pięć kilo ryb

27. Człowiek ze skrzypcami

28. Alarm o 10.45

29. Zwycięstwo

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Bibliografia

Indeks nazwisk

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału

THE WINTER FORTRESS

Projekt graficzny okładki

Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce

Norsk Industriarbeidermuseum, Hero Film/Ronald Grant Archive/Alamy

Zdjęcie Autora na okładce

Meryl Schenker

Wszystkie mapy © Svein Vetle Trae/Fossøy;

przygotowanie map wewnętrznych do druku – Jim McMahon/Scholastic. Źródła map: Atak na Vemork (wyklejka), Jens-Anton Poulsson, Knut Werner Hagen; Lądowanie grupy Grouse w Norwegii, Jens-Anton Poulsson, Knut Werner Hagen; Operacja Freshman, Per Johnsen; Kryjówki grupy Grouse, Jens-Anton Poulsson, Knut Werner Hagen; Ucieczka grupy Gunnerside do Szwecji, Joachim Rønneberg; Bombardowanie Vemork, Norsk Hydro Archive; Zatopienie SF „Hydro”, Knut Haukelid, Knut Lier-Hansen.

Redakcja

Joanna Popiołek

Korekta

Anna Sidorek

Monika Pruska

Halina Stykowska

Copyright © 2016 by Neal Bascomb

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Gądek, 2017

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-80322-05-9

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: konwersja@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zimowa forteca Wytropić Eichmanna Czerwony bunt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny