Obczyzno moja

Obczyzno moja

Autorzy: Eliza Piotrowska

Wydawnictwo: Media Rodzina

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 21.73 zł

Obczyzno moja to debiutancka powieść dla dorosłych Elizy Piotrowskiej - pisarki, tłumaczki, ilustratorki, laureatki wielu nagród literackich za twórczość dla dzieci. Autorka, która od wielu lat mieszka za granicą, przegląda się w Polsce - tej dawnej i tej obecnej, tworząc fascynujący obraz naszych narodowych cech, wad, zalet, udręk, radości i smutków... Podróże bohaterki do innych krajów stają się pytaniem o polskość, jednak bez narodowego zadęcia. Miejscami zabawna, miejscami gorzka, błyskotliwa powieść o uwikłaniu, klaustrofobii i wolności.

Spis treści

Obczyzno moja

Text copyright © by Eliza Piotrowska 2017

Projekt okładki i stron tytułowych

Kuba Sowiński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-334-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl

www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri.

MATRIOSZKA

POLSKA. CZY ONA W OGÓLE ISTNIEJE? A jeśli tak, to gdzie? Bo przecież nie na mapie. Gdzie jest to miejsce, w którym stykają się nasze historie — moja i jej? Co nas łączy? Świętość pierwszeństwa? Pierwszy klaps, pierwszy krzyk, Pierwsza Komunia?

Czuję, jak się przez nią przepycham, jak walę głową w ścianę łożyska. Krew zalewa oczy, żółta wydzielina zakleja usta, duszno, boli. Głowa jest już na zewnątrz, teraz tylko ramiona, potem pójdzie gładko.

Jestem.

Jeszcze nikt mnie nie uderzył. Jeszcze nie płaczę. Jeszcze oddycham pępowiną.

Nareszcie widzę ją z zewnątrz, nie od środka. Ale trwa to tylko ułamek sekundy i Polska znów znika.

— Chcę z powrotem do brzucha! — krzyczę.

— Nie becz. Przecież wciąż jesteś we mnie — mówi Polska.

Rozglądam się dokoła. Tak, jestem w środku jakiegoś większego brzucha jakiejś większej matrioszki.

Polska. Czy zawsze będę ją widzieć tylko od środka? Może. Mimo to ciągle próbuję przyłapać ten moment, w którym widzę ją od zewnątrz, kiedy czarne profile stają się białym kielichem, kiedy negatyw przechodzi w pozytyw. A przecież dobrze wiem, że nigdy nie uda mi się przytrzymać na dłużej tego przejścia, że to może trwać tylko ułamek sekundy, że mój umysł nie jest w stanie wytrzymać nieznośnego zawieszenia na granicy dwóch światów.

Trzymam się Polski jak poręczy, bo czegoś muszę się trzymać. Ubieram się w jej sukienki i słowa, a sama jestem tylko tym ułamkiem sekundy.

IKONY

TRUDNO WYZNACZYĆ GRANICĘ między mną a moim krajem, bo porastają nas te same rozdarte sosny, obmywają nas te same wierne rzeki, kłębią się nad nami te same czarne chmury. Jak mam wyznaczyć równą linię w gęstym lesie, jak podzielić wartkie wody, jak rozplątać zmierzwiony nieboskłon? Za głęboko wrosły we mnie rodzime obrazy, układające się w ciągi tęsknych historii, zbyt mocno przylgnął do mnie polski język, od którego odkalkowuję wszystkie inne języki.

Próbuję się usamodzielnić. Oddalam się od polskości. Croissant zamiast parówek, korrida zamiast telewizji, czerwone wino zamiast czarnej herbaty. Jestem obywatelem świata — powtarzam za Diogenesem. I co? I pstro. Croissantami się nie najem, na korridę trzeba dojechać, wino jest za drogie. Wracam do swojej beczki. Oddalam się od jednego, ale nie przybliżam do drugiego. Stoję w miejscu. Wspominam i idealizuję. Wyobrażam sobie, że mogę być wszędzie, ale jestem tylko tu. Siedzę skurczona w ciemnym pitosie i zamiast żyć, przeglądam polskie widokówki. Oto moja kolekcja: Sekcja pierwsza — Cztery pory roku — wiosna: kryształowe potoki spadające z Tatr, Żywiec Zdrój, dzieci o niebieskich oczach, bociany; lato: małe miasteczka z zakurzonymi rynkami, bezpieczny bezruch niedzielnych popołudni, schabowe w panierce, osiedlowy chór telewizorów, Familiada; jesień: polska i złota, poranne mgły, pochyleni grzybiarze, borowiki w bigosie, pokój numer osiem, kasztany; zima: macierzyńskie piękno polskich kobiet, lulajże, Jezuniu, niepokalana czystość śniegu, sarenki w zagajniku. Sekcja druga — Historyczna — Kopernik, Skłodowska, Chopin, kościoły, dzwony, witraże, świętość płomiennych kazań, pożar serc, bohaterska odbudowa Warszawy. Okolicznościowe: róża na fortepianie, łza na róży, smutny biały miś, moja nieszczęśliwa, ale natchniona miłość.

Polskie ikony. Święte obrazki. Jakże wzrusza ich ckliwa fantazja. Klękam, całuję je jeden po drugim, i zaczynam moją Wielką Improwizację. Zachłystuję się niepojętą głębią polskiej historii i jej narodowej udręki, która jest również moją historią i moją udręką. Błogosławię zbiorowe cierpienie, które jest również moim osobistym cierpieniem. Wywyższam się Polską. Oplatam się nią i sama ją oplatam. Splot dwustronny ciągły. Kontinuum wspólnej historii.

Czemu służy to poetyckie uniesienie? Narracji. A poza tym? Poza tym jest całkowicie bezużyteczne. Ale nie umiem się od niego uwolnić, ponieważ jest również PIĘKNE.

Ból to moja narodowa estetyka. Estetyka wyższości ofiary nad oprawcą. Ale nie tylko — to również używka. Tylko to, co boli, jest prawdziwie piękne, i na odwrót — tylko to, co piękne, boli. Chcę tego bólu, bo mnie zdobi, chcę tego piękna, bo mnie wywyższa. Wzlatuję pod niebiosa, napędzana pijaną tęsknotą za nieobecnym, a pode mną rozciąga się trzeźwa i syta teraźniejszość.

Nie mam kontroli nad własnym uniesieniem, nie wiem, na ile wystarczy mi paliwa, nie mogę wiedzieć — na tym polega alchemia owego poetyckiego lotu. Nareszcie wolna! Po latach rozdrobnienia feudalnego, po trudnych czasach zaborów, po okupacji niemieckiej, po inwazji sowieckiej, po zniewoleniu kapitalizmem, po osaczeniu spirytualizmem, po hołdzie lennym złożonym Unii Europejskiej… Tak! — czuła jestem, silna i rozumna (…) dziś (…) wytężę duszy mej ramiona — to jest chwila Samsona (…). Zrzucę ciało i tylko jak duch wezmę pióra. Potrzeba mi lotu (…) — wyję za Mickiewiczem. Drżę. Nieśmiertelny wieszcz drży ze mną. A razem z nami drży cała Polska.

Ale patetyczny gaz powoli się ulatnia, oddech robi się coraz płytszy, głowa zaczyna ciążyć, egzaltacja ustępuje frustracji. Spadam z bezkresnych przestworzy w sam środek gminu. Okazuje się, że górskie potoki dawno wyschły, bociany wyginęły, na rynku miasteczka w biały dzień zamordowano staruszkę, w pokoju numer osiem zgwałcili dziewczynę, matka wrzuciła do studni nowo narodzone dziecko, Kopernika zaanektowali Niemcy, Skłodowską i Chopina Francuzi, w odbudowanej Warszawie zamieszkali Rosjanie, kościelny dzwon wygrywa mechaniczną muzyczkę, biały miś zeszmacił się w remizie, wszystko spowija wszechobecny zapach potu, wódki i cebuli.

W moich żyłach płynie polska krew. Płynie jak Vistula — od gór do morza, od szkiełka do gardełka. Znam jej euforyczne przypływy i bezsilne odpływy. Znam to wesele, które kończy się chocholim transem, ten brzask o metalicznym smaku, to bezradne zawracanie Wisły kijem.

Polsko, Ojczyzno moja, pozwól mi wyzwolić się z Narodowej Narracji, pomóż mi zatrzymać na dłużej ten moment, który trwa tylko ułamek sekundy.

JEDEN, DWA, TRZY…

NIE POZWOLĘ — POWIEDZIAŁA POLSKA. — Chcesz uciec.

— Chcę cię zobaczyć. Chcę nas rozróżnić.

— Nigdy ci się to nie uda — śmiała się.

— Dlaczego?

— Bo JA jestem Pierwsza.

Zadrżałam. Te słowa miały moc. Bałam się zmian. Moje życie było alkoholowym ciągiem powrotów do znanego i bezpiecznego. Polska o tym wiedziała.

A jednak uciekłam.

Ale nie od razu. Musiałam przejść wiele gór i rzek. Musiałam przestać tak strasznie się starać i tak strasznie bać. Musiałam się wyrzec historii. Musiałam odczarować świętość pierwszeństwa, musiałam odczekać, aż Ziemia okrąży Słońce dwadzieścia pięć razy, musiałam wyrzec się własnej formy, zamienić się w trawę, muchę, psa.

Uciekłam do Włoch. Jeden.

Uciekłam do Brazyli. Dwa.

Uciekam dalej… Trzy.

Uciekam przed początkiem, który jest tu.

POLSKA MIŁOŚĆ

KOCHAŁAM PO POLSKU, kochałam na zabój. Tak nauczyli mnie narodowi poeci, których nieśmiertelności strzeże spis lektur obowiązkowych. Jadłam byle jak, spałam byle jak, nosiłam się byle jak. Zimą wkładałam skafander i brnęłam przez zaspy, żeby się z nim spotkać. Pisałam wiersze i długie listy, wieczorami wpatrywałam się w telefon. A on? On miał inne zajęcia. Dużo zajęć. Czasami jednak odpisywał na listy. Ale za to jak! Nikt nie potrafił tak doskonale odmalować stanów duszy, a w szczególności jej rozdarcia i różnych rodzajów niemocy. Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie? — padały tradycyjne cytaty, a zaraz po nich muzyczne odpowiedzi — że nie może mi wiele dać, bo sam niewiele ma, ale jeśli kiedyś powiem: „wybacz”, przez życie pójdzie, oglądając się wstecz.

— Odwieczny problem egzystencjalistów — wzdychał mój sentencjonalny ojciec — albo nie mogą, a chcą, albo chcą, a nie mogą.

Złote myśli ojca nie miały nic z łacińskiego czaru. Używał ich jak dubeltówki: Buch! — i po sprawie. Świeżo wystrzelone motto ugodziło mnie prosto w serce. Jakim prawem gruboskórny Wiesław kpił ze zjawiskowego Wertera? Jak mógł sprowadzać skomplikowane uczuciowe dylematy do tak prostych konkluzji? No i jakimi nićmi to było szyte, jaką kłute dratwą?! Jak można było oskarżać Wertera, że się miga? Migać to się mogą wiejskie parobki albo chłopaki z Pragi, a nie Werter! Werter był arystokratą, intelektualistą i dżentelmenem. Był miłością mojego życia. Był postacią tragiczną, którą należało ocalić. Ponieważ kochałam, a miłość cierpliwa jest, łaskawa jest, nie zazdrości, nie szuka poklasku i wszystko może.

— A robotny on chociaż? — pytał ojciec. — Bo sadzonek z Holandii nawiozłem, trzeba rozsadzić.

— Litości, ojcze! Czy widziałeś jego delikatne dłonie o długich, smukłych palcach i cieniutkich żyłkach, rozchodzących się na boki jak kwiat lotosu?

— Nie widziałem.

— No właśnie.

Biedny, biedny Werter. Mówił, że wypalił się uczuciowo. Dawna sprawa, licealna miłość, ale serce już nie to. Podziwiałam siłę uczucia. Ale przede wszystkim — cierpiałam. Bolało mnie, że tamta tak, a ja nie, że na mnie nie, a na tamtą tak, że o tamtej tak, a o mnie nie… Ale trzymałam się, bo wiedziałam, że miłość nie szuka swego, nie unosi się gniewem, lecz współweseli z prawdą. Nie pytałam, nie dociekałam, nie dręczyłam. Chroniłam, czuwałam, współczułam i odgarniałam mu włosy z czoła.

Zmieni się — myślałam jak przykładna żona alkoholika. — Ja go zmienię, moja miłość.

Mijał rok za rokiem, a ja biegałam po kolejne trunki.

To przeze mnie — obwiniałam się i brnęłam w to dalej. — Wszystko przez te roztrzęsione ręce, przez te nogi niedostatecznie długie, przez te piersi nie dość krągłe… A macie, a macie i wy ręce, i wy nogi, i wy piersi! Zdradziłyście mnie! Nie przyszłyście z pomocą, kiedy was potrzebowałam. Przecież nigdy niczego od was nie chciałam! Tylko ten jeden jedyny raz!

Ręce, nogi i piersi patrzyły na mnie smutno. To mnie złościło jeszcze bardziej.

— A macie, a macie! — okładałam się.

Co robić? — wyłam po nocach. — Co robić, żeby Werter mnie kochał? Jak na to zasłużyć?

Były to noce wyjątkowo białe, kiedy kontury świata wyostrzają się jak brzytwa i by się o nie nie skaleczyć, trzeba leżeć całą noc bez ruchu i patrzeć w jeden tylko punkt.

W taką właśnie noc zjawiła się Polska.

— Gdzie ty się podziewasz? Werter potrzebuje towarzystwa — oznajmiła władczo, jak to ona.

— Werter mnie nie chce… — powiedziałam przez łzy.

— Nie chce, nie chce… — przedrzeźniała Polska. — Bo smutna jesteś. Kobieta powinna być wesoła. Bardzo ważny jest też taneczny krok. Mężczyźni to lubią. No i koniecznie kwiat we włosach.

— To naprawdę takie proste? — zapytałam, ocierając łzy.

— Naprawdę — zapewniała Polska.

Wstałam, włożyłam najładnieszą sukienkę, pomalowałam usta, na policzki nałożyłam róż, za ucho wetknęłam różę i tanecznym krokiem pobiegłam do Wertera.

— O, jesteś — zdziwił się. — Chodź — powiedział jak gdyby nigdy nic.

Podążyłam za nim, kołysząc biodrami.

— Masz dzisiaj imieniny? — zapytał, przyglądając mi się z uwagą.

— Nie, chciałam cię zobaczyć — powiedziałam, uśmiechając się zalotnie.

— A czemu tak podrygujesz? — zmarszczył brwi Werter.

Dopiero wtedy zorientowałam się, że nie mogę przestać tańczyć. Próbowałam się zatrzymać, ale moje nogi, te koślawe kije samobije, same zginały się w kolanach, a stopy, płaskie i szerokie jak u kaczki, stepowały im do wtóru. Nie, to nie miało nic wspólnego ze zmysłowym tangiem. To był Wielki Walc Desperacji. Tańczyłam jak kukiełka, którą ktoś pociąga za sznurki, ktoś, kogo za sznurki pociąga jeszcze ktoś inny…

— No, przestań już! — niecierpliwił się Werter.

Ale ja nie mogłam przestać.

Tak było za każdym razem, kiedy szłam się z nim spotkać. Jakby ktoś mnie nakręcił. Ktoś, kogo nakręcił jeszcze ktoś inny. Mówiłam, mówiłam dużo, mówiłam. Powtarzałam słowa, powtarzałam, żeby zapełnić, zapełnić pustkę, żeby Werter nie miał ani chwili, ani chwili, żeby się wycofać, żeby się nie rozmyślił, nie rozmyślił i nie zostawił, nie, tylko nie to, nie to, nie zostawił, mówić, powtarzać, tańczyć, uśmiechać się, powtarzać, mówić, nie zostawił.

— Czy ty masz ADHD? — zapytał w końcu Werter. — Kobieta powinna być łagodna i czuła, a nie taka… dzika — pouczył i wpisał uwagę w dzienniczku. — Jeśli się nie poprawisz, nie przejdziesz do kolejnej klasy.

— Poprawię się, poprawię, na pewno się poprawię. Przepraszam, przepraszam, przepraszam.

— Nie powtarzaj się.

— Przepraszam.

Łagodna i Czuła. Oto moja nowa rywalka! — myślałam.

Szalałam z zazdrości. Chciałam też być Łagodna i Czuła, ale nie wiedziałam, jak to się robi. Jakie trzeba mieć oczy, nogi i piersi. Nienawidziłam jej. A im bardziej jej nienawidziłam, tym bardziej stawałam się dzika i irytująca.

Ale Werter, ten mistrz i dobrodziej, był niewyobrażalnie wyrozumiały i cierpliwie znosił moją porywczość. Nie więził, nie kneblował, nie bił. Co za mężczyzna! Zadumany i piękny, w niewymuszonej pozie Belwederskiego Apolla, z nogą odchyloną do tyłu i ręką wysuniętą ku przodowi, patrzył w nieokreśloną dal i wzdychał, że szkoda, że żałuje, że doprawdy, atoli, bo gdybym była Łagodna i Czuła, to prawdopodobnie, bardzo możliwe, nie jest powiedziane, kto wie, może by się we mnie, może… uwaga… no właśnie…

ZAKOCHAŁ!

Nareszcie… Odetchnęłam. W końcu to powiedział! Miałam upragniony glejt. Odprężyłam się. Z dnia na dzień coraz bardziej przypominałam Łagodną i Czułą. Werter przyglądał mi się z aprobatą. Nie musiałam już tyle mówić, już się tak nie bałam. Zaczęłam słuchać. Wertera. Tylko Wertera. Tylko Werter i ja. Nareszcie byliśmy parą. Para buch, koła w ruch! On mówił, ja biłam brawa — tak działała ta lokomotywa. Lokomotywa rozpędzała się i Werter oddzielał jasność od ciemności, wody górne od dolnych, mnożył i dzielił, łamał skomplikowane szyfry, odczytywał myśli rabinów, teleportował się w czasie.

Werter, jak ja, miał słabość do narracji. Był uzależniony od własnego języka. Oświadczał, ale nie doświadczał. Uznawał, ale nie doznawał. Zamiast tworzyć się w czasie, sam stwarzał Czas. Budował historię.

Znałam tę niebezpieczną grę, ale była to jedyna gra, w jaką mogłam z nim zagrać. Dostosowałam się. Weszłam w jego opowieść. Nastały złote czasy! Upijaliśmy się słowami! Słowa lały się strumieniami i spadały w dół spienionymi kaskadami. Bąblowały w kieliszkach, przyprawiały o zawrót głowy, paliły w żołądkach, rozszerzały źrenice, przyspieszały rytm serca. Ach, jak nam błyszczały oczy! Świat należał tylko do nas! Werter, Niepokalany Rycerz, dosiadał białego rumaka i nawracał pogrążone w ciemnocie ludy. Ja, nieco na uboczu, ale ciągle jeszcze mieszcząc się w kadrze, czuwałam nad tym, żeby wszystko przebiegało bez zakłóceń — poiłam rumaka i Wertera, czyściłam kopyta rumakowi i zbroję Werterowi, odprowadzałam rumaka do kowala, a Wertera do telewizji. Byłam uniżona, ale niezastąpiona. Miałam bardzo dużo pracy, więc trochę się zaniedbałam. Coś za coś. Nie można mieć wszystkiego. Takie życie. C’est la vie! I tak dalej. Przede wszystkim — dalej. Dalej i dalej. Patataj, patataj. Nawet się nie obejrzałam, a byłam już bardzo daleko. Kwiat wypadł zza ucha, róż spłynął z policzków, sukienka poszarzała.

Werter spojrzał na mnie z niesmakiem:

— Jak ty wyglądasz, zrób coś ze sobą.

Znów zaczęły mi drżeć ręce. Na początku tylko rano, a potem już zawsze, kiedy byłam na głodzie, czyli daleko od Wertera. Ale jeszcze sobie radziłam. Budziłam się z koszmarnym kacem, jednak myśl o tym, że zaraz go zobaczę, stawiała mnie na nogi. Odkręcałam kran, wypijałam szklankę lodowatej wody, na piżamę naciągałam skafander i brnęłam do niego przez zaspy. W autobusie dopadało mnie delirium tremens. Trzymałam się poręczy i liczyłam przystanki. Jeden, dwa, trzy, cztery, jeszcze chwila. Nareszcie. Brama z secesyjną sztukaterią, Werter w drzwiach, bajeczne powidoki, od słowa do słowa i znów miałam w czubie. A potem już z górki: kotyliony, karaoke, zabawy z podwiązką i pijana gwiazda pomyślności, kołysząca się nad naszymi głowami. I jeszcze jeden, i jeszcze raz, co nas nie zabije, to nas wzmocni, a kto z nami nie wypije, niech go piorun trzaśnie!

Ale co to? Już ciemno? Tak szybko? Już trzeba wracać? Czy trzeba? Tak, trzeba. Bo Werter nie lubi z nikim spać.

Nie chciałam iść, kombinowałam, bałam się powrotu, no i coraz bardziej bałam się nocy. Ale Werter był nieugięty, bo nie znosił obcych ciał w swoim łóżku, tej organicznej masy, przeobrażającej się w ciemności w wielkiego karalucha, który przewraca się z boku na bok, poci, drapie, anektuje całą pierzynę, pobiera cenny tlen i wydala niebezpieczny dwutlenek węgla.

Wracałam ostatnim, pustym tramwajem, rzucało na wszystkie strony, w ustach miałam metaliczny smak. A potem znów zaspy, mróz i księżyc, cienki jak paznokieć. Płakałam, a zamarznięte łzy wbijały się w czarne źrenice. Po omacku szukałam domu. Jest. Teraz tylko klucz. Ale przecież ja nie mam klucza. A nawet gdybym miała, to nie wcelo… wcelo… wcelowałabym w dziurkę…

— Polsko, dlaczego, kazałaś mi do niego iść? Po co był ten karnawał? Zobacz, co się stało!

— Nie roztkliwiaj się nad sobą, nie ty pierwsza, nie ty ostatnia!

Tyle miała mi do powiedzenia Polska, kiedy ja, szczękając zębami, w pijackiej delirce, odgryzałam sobie język. Język — ach, on też mnie zdradził. On zdradził mnie najbardziej. A masz, a masz! — dźgałam go zębami jak tasakiem. Krew lała się na zasypaną śniegiem dwupasmówkę. Biały pas u góry, czerwony na dole. Moja polska krew, moja Vistula. Traciłam siły. Ktoś podszedł, przytrzymał, odnalazł klucze, położył do łóżka. Dobry człowiek. Albo anioł. Łóżko unosiło mnie jak łódka, płynęło przez Kraków, Sandomierz, Puławy, Warszawę, Płock, Toruń, Bydgoszcz i Gdańsk… Pochylali się nade mną jacyś ludzie. Albo drzewa. Wiedziałam, że płynę w stronę morza jak martwa ryba i że tam język odpadnie na dobre. Tak się stało. Teraz czekała mnie długa, niema kwarantanna.

DETOKS

TO BYŁ MÓJ PIERWSZY DETOKS. Moja pierwsza próba ucieczki przed Werterem. Mój niemy strajk.

Nigdy się już do niego nie odezwę — myślałam.

Nowy język odrastał z trudem, ale to był nareszcie język trzeźwy, może nawet mój własny. Abstynencja nie była niestety tak przyjemna jak upojenie, jednak dużo przyjemniejsza niż kac. Zbierałam się powoli, lecz metodycznie. Żyłam w mdłej przeciętności, ale przynajmniej nic mnie nie bolało. Krzepłam. Twarz zaczęła różowieć, nabierałam ciała. Odrastałam. Pewnego dnia poczułam, że panuję nad sytuacją — pierwszy błąd.

Teraz wiem, że od początku czekałam na ten dzień, że zbierałam siły, żeby móc rozpocząć wszystko od nowa, że gromadziłam punkty, by potem mieć co stracić, że kumulowałam kapitał, żeby mieć o co grać. Pojechałam do Wertera (drugi błąd), powiedziałam, że to już koniec, że już nigdy mnie nie zobaczy (trzeci błąd), poczułam się wszechmocna (czwarty błąd). Był wieczór, śnieg przyjemnie skrzypiał pod nogami, ludzie skuleni śpieszyli do domów. Wydawali się tacy mali i niemądrzy. Szłam wyprostowana, wszechpotężna. Wdychałam głęboko mroźne, grudniowe powietrze i myślałam: Ech, ludzie, jak wy mało wiecie o życiu…

— Mamusiu, ta pani jest w piżamie — powiedziało jakieś dziecko.

To był jedyny szczegół, o którym zapomniałam. A w nim tkwił diabeł.

I JESZCZE JEDEN, I JESZCZE RAZ!

TEGO WIECZORU POSZŁAM SPAĆ WCZEŚNIEJ. Noc była spokojna, ale obudziłam się z kacem.

Co jest, u licha? — pomyślałam, bo jeszcze nie wiedziałam, że to zemsta Wszechmogącego za to, że wczoraj weszłam Mu w paradę. Zaczęło mnie suszyć. Najpierw lekko, a potem coraz mocniej. Wystraszyłam się. Próbowałam ratować się Bułhakowem. Nie pomagało. Przeszłam do Prousta. Jeszcze gorzej. Spróbowałam z Camusem. Nic. Wiedziałam, że tylko narracja Wertera może mnie uratować. Chwyciłam za telefon. Werter nie odpowiadał. Poszłam do kuchni i próbowałam zaparzyć kawę. Ręce drżały, kawa się wylała, a za nią łzy i żale. Wróciłam do pokoju. Jeszcze raz wybrałam jego numer. Nie odpowiadał. Do południa zajmowałam się tym samym — sześćset pięćdziesiąt dziewięć połączeń wychodzących i STO CZTERY SMS-y. Było jasne, że Werter chciał mnie ukarać.

O 12.13 zlitował się i odebrał.

— Cześć! — powiedział jakby nigdy nic. — Spałem.

Dobry, szlachetny Werter spał, a ja, niedobra i nieszlachetna, myślałam, że chciał mnie ukarać.

— Cześć — powiedziałam jakby nigdy nic. — Zobaczymy się?

— Dzisiaj nie mogę, może jutro…

— Jutro…? — poczułam ukłucie. Tak niewiele trzeba było, żeby mnie złamać.

— Źle się czuję. Boli mnie kolano — migał się Werter.

— To ja do ciebie przyjadę — nie dałam rady, znów się zeszmaciłam.

Piżama, skafander, zaspy, mróz, tramwaj, drżące ręce, przemoczone buty…

Niemożliwe, że znów jestem w tym samym punkcie… — myślałam, zanim dotarłam do domu Wertera, a więc jeszcze na trzeźwo. Chwilę później już mnie miał. Stawał w drzwiach, a ja czułam jakby ktoś robił mi zastrzyk z morfiny. Drżenie ustawało, wracał szampański humor, świat odzyskiwał dawną puszystość. Byłam spokojna, byłam rozluźniona. Werter się uśmiechał.

— I co, przeszły nerwy?

— Przeszły — potwierdziłam bez wahania. — Przepraszam…

— Daj spokój, głupstwo…

Głupstwo? Zaraz, zaraz, przecież ja prawie umarłam.

Ale miłość wielka i skrzydlata już łaskotała moje ucho czarnym piórem, szepcząc: „Nie rozdrabniaj się, Lotto!”.

Więc się nie rozdrabniałam. Wszystko, czego teraz potrzebowałam, to upić się z Werterem! To nie było trudne. Wystarczało jedno naszprycowane procentami słowo i od razu czułam się lepiej. Słowo mieszało się z krwią, krew stawała się słowem, słowo stawało się ciałem, a ciało, wiadomo, domagało się swego. Ustawało telepanie rąk i serca, wracał rumieniec, oko błyszczało. I znów byliśmy parą kochanków, za oknami szalała śnieżyca, a my przytuleni, czytaliśmy wiersze. A potem Werter dosiadał białego rumaka, ja srokatą klacz i ruszaliśmy na podbój świata. Narody składały broń bez walki, monarchowie usuwali się dyskretnie z tronów, konie przyklękały, kwiaty zakwitały, gloria, gloria na wysokościach.

Niestety nadchodził wieczór i trzeba było wracać. Znów nie lubiłam samej siebie: piersi, rąk i nóg — bo były moje, a więc niedoskonałe. Nie lubiłam języka, bo był doskonały i nie mój.

Potrafiłam nad podziw trzeźwo ocenić sytuację i chwilę potem upić się do nieprzytomności. Wiedziałam, dlaczego to robię i dlaczego nie robię czegoś innego. Wiedziałam wszystko to, co wie każdy alkoholik. I dalej piłam.

Rzucę go — myślałam. — Jeszcze jestem wystarczająco silna.

Wierzyłam, że tym razem się uda. To mnie uspokajało. Lawendowa kąpiel, Bach, spokojny sen. Ale budziłam się z kacem. Czułam, że natychmiast muszę go zobaczyć. Tylko co się u licha stało, że wczoraj miałam to już za sobą, a dziś znów trzęsą mi się ręce?

— Co się stało, co się stało? Dziecko w pory narąbało! — Mój ojciec miał odpowiedź na wszystko.

— To już ostatni raz — obiecywałam sobie.

I znów skafander, zaspy, przemoknięte buty, tramwaj, bilet, roztrzęsione ręce, wyciszający drink, miękkie opadanie w dół. A potem wieczór, strach, przedsmak kaca, bo miało być ostatni raz, a nie było, i już bez kąpieli, bez Bacha, bez wytchnienia. Kolejna przysięga, kolejny ranek, kolejna wyprawa.

Nie dam rady.

Dlaczego się ze mną nie ożenisz? Dlaczego nie zamieszkamy razem? Dlaczego muszę żyć w tym beznadziejnym poczuciu winy, dlaczego nie może być normalnie, dlaczego ciągle jest zima, dlaczego ogień się nie rozpala, dlaczego, dlaczego, dlaczego?

Dawna sprawa, licealna miłość, ale serce już nie to. Wypaliłem się. No i czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie… I nie mogę ci wiele dać, bo sam niewiele mam, lecz gdy powiesz do mnie kiedyś: „wybacz”, przez życie pójdę, oglądając się wstecz.

TA OSTATNIA NIEDZIELA

TO BYŁ CIEPŁY, WIOSENNY DZIEŃ, dzień spacerów i podwieczorków, dzień, w którym wszyscy są szczęśliwi. Niedziela. Stałam w oknie i patrzyłam. Przed domem wielki, stary kasztan poruszał pięciopalczastymi liśćmi. W oddali słychać było śmiech dzieci, na parapecie przysiadł wesoły wróbel, ale kiedy mnie zobaczył, odleciał. Każdy by odleciał, gdyby mnie wtedy zobaczył. Na przystanek podjechał zaspany autobus i wyskoczył z niego chłopak z różą. To niestety nie był Werter. Werter nie skakał i nie przynosił róż. Kasztan patrzył na mnie ze smutkiem. Od lat stał pod moim oknem i wszystko widział. Znał moje brzaski i wrzaski, smutne popołudnia czarne jak studnia, długie wieczory i ich potwory, samotne noce pod kocem. Znał na pamięć wszystkie rymy i wszystkie zadymy.

Szkoda, że Werter nie był kasztanem. Ja byłabym wtedy panią kasztanową, i tak byłoby lepiej dla wszystkich.

Chciałam, żeby się ze mną ożenił, żebyśmy razem gubili liście na zimę i odrastali na wiosnę. Żebym nie była tak potwornie sama. Nie w niedzielę. Czułam, że Werter nie przyjdzie. Spóźniał się już całą wiosnę. Przez okno wpadł promień słońca. Zamigotały drobinki kurzu. Wyciągnęłam rękę. Światło pocałowało mnie w wierzch dłoni. To nie było to samo. Chciałam, żeby pocałował mnie Werter. Kasztan i słońce nie mogły mi go zastąpić. Piękno tego niedzielnego popołudnia było nie do zniesienia.

Zadzwonił telefon, rozdzierając na strzępy niedzielną ciszę.

— Nie dam rady, nie przyjdę…

Odłożyłam słuchawkę.

Nie miałam już siły czekać.

PO POŁUDNIOWEJ STRONIE

URATOWALI MNIE. Zawrócili. Ale część mnie została tam, po południowej stronie. Otworzyłam oczy. Biało. Znów zima. Zamknęłam z powrotem — lato. Ciepło, dobrze. Otworzyłam — zima.

Tęskniłam do lata, ale nie chciałam już żyć z zamkniętymi oczami.

— Panie doktorze, czy był Werter?

— Kto?

— Taki chłopak w skórzanej kurtce.

— Był pani ojciec.

— Bo on się zawsze spóźnia… A nie dzwonił?

— Dzwoniła siostra.

— Pewnie nie ma waszego numeru.

— Teraz proszę odpoczywać.

Zamknęłam oczy. Znów lato. Moja dusza wyrywała się do słońca, chciała za wszelką cenę przedostać się na południową stronę. Przez pierwszy tydzień tylko spałam. Zniknął Werter, zniknął kasztan, rozpuściły się śniegowe zaspy. Pojawiła się żółta ścieżka, a na niej mama i czarny pies, to był Teduch. Próbowałam ich dogonić, ale im szybciej biegłam, tym bardziej się od nich oddalałam. Ścisnęło mi się serce. Mamo, mamusiu, to ja! Teduch odwrócił się i zaszczekał. Rozpoznał mnie. Mamo, mamusiu! Ona też się odwróciła. Ścieżka zniknęła i znalazłyśmy się w domu. Cztery pokoje. Nieduży korytarz z kufrem na pierzyny, nad kufrem obraz. Martwa natura. Zapach pasty do butów i kurzu. Wszystko się zgadza, choć jest trochę jak w drogowym lustrze albo w srebrnej tacy, w którą kiedyś łapałam obrazy. Taca wyzwalała przedmioty z ich uporczywej niezmienności. Szafy, stoły i krzesła wyginały się w niej na wszystkie strony i przybierały nowe, nieznane formy. Podchodzić przedmioty od tyłu, przyłapywać je na kłamstwie, widzieć, że tylko udają martwe, to była dopiero zabawa! Zabawa. Przypomniało mi się to słowo. I to uczucie. Jak ja dawno się nie bawiłam.

— Mamo, zobacz, ja mogę być we wszystkich pokojach jednocześnie!

— Wiem.

— Chcę tu zostać na zawsze. Chcę się z tobą bawić.

— Nie możesz.

— Tam jest zima, nie wyganiaj mnie.

— Idź, tam też jest lato.

— Proszę się obudzić. — Ktoś szarpnął mnie za ramię.

— Mamo…

— Idź…

Otworzyłam oczy.

— Proszę się ubierać. Czas do domu.

Szkoda.

W szpitalu było mi dobrze. Żadnych obowiązków, jedzenie do łóżka i przede wszystkim — spokojny sen. Bezpieczeństwo, błogostan, ulga. Zniknął Werter, mój mentor, zniknął wszystkowiedzący kasztan, rozpuściły się śniegowe zaspy, obeschły łzy. Wiedziałam, że Werter już nie przyjdzie. Po raz pierwszy zobaczyłam w nim tchórza.

Wróciłam do mojego mrocznego domu. Był naznaczony Werterem. Niestety. Werter wisiał pod sufitem jak nietoperz, chował się w zardzewiałych rurach jak szczur, wślizgiwał do pustych szuflad jak wąż. Próbowałam go złapać i wyrzucić, ale wymykał się jak kłębek kurzu. Niepotrzebnie pobrudziłam sobie ręce. Usiadłam na brzegu wanny i odkręciłam wodę. Zabulgotało, kran zachłysnął się kilka razy i wypluł z siebie czerwoną ciecz. Rozejrzałam się wokoło. Jak tu brzydko. Odwróciłam głowę. Już nie miałam siły patrzeć na brzydkie rzeczy.

JADĘ

POLECIAŁAM DO RZYMU. Wiedziałam, że nie powinnam się za długo zastanawiać, bo czas działał na moją niekorzyść. Werter nie zdążył jeszcze wypaść z szafy, a poszpitalna, antyseptyczna powłoka każdego dnia stawała się coraz cieńsza. Kupiłam bilet, opróżniłam wynajmowane mieszkanie i przewiozłam wszystkie rzeczy do ojca.

Nie bałam się. Już niczego się nie bałam. Skoro byłam gotowa wyruszyć w zaświaty, teraz mogłam jechać wszędzie. Ale pojechałam do Rzymu, który znałam. Chciałam prawdziwego lata i prawdziwych wakacji. Rzym to była moja przystań jeszcze sprzed Wertera. Lubiłam to miasto. Lubiłam zapach espresso, długie sznury prania, poranne nawoływania kobiet, ciche wnętrza kościołów, terkoczące skutery i bezradne Forum Romanum.

Rzym pamiętał mnie tamtą.

SIEDEM WZGÓRZ

ZAKOCHAŁAM SIĘ. Durnowato i nagle. Spojrzenie miałam nieobecne, włosy aksamitne, ręce spokojne, usta czerwone, gadki ckliwe. Jak to się stało? Z dnia na dzień — bęc i już! — po siedmiu latach miłosnych tortur. Bez szamotaniny, zaklęć, Mickiewicza i Słowackiego. Bez tkliwych piosenek, filmów, książek, listów, obietnic i laurek… Bez wszystkich tych przygotowań, które każą wierzyć, że słowo jest najważniejszym dowodem w sprawie. Stało się i tyle.

Podejrzliwi rodacy przyglądali mi się z dezaprobatą i pytali, czy to na pewno miłość, skoro wszystko tak nagle, a co nagle, to po diable. No i co się szybko zaczyna, to się szybko kończy, odpukać w niemalowane, a przede wszystkim dobre złego początki i nie mów hop, póki nie przeskoczysz, więc nie ma co się cieszyć na zapas, wszystko jeszcze może się zdarzyć, lepiej splunąć przez lewe ramię. On starszy od ciebie, ty młodsza od niego, on Włoch, ty Polka, on temperament śródziemnomorski, ty nordycki, on niski, ty wysoka, on gruby, ty chuda, on lubi śpiewać, ty tańczyć, zobaczysz, że jak będziesz chciała nad morze, to on będzie chciał w góry!

Ratunku! Polsko, nie prześladuj mnie już, proszę! Swoje przecież odpokutowałam! Siedem lat na grochu, siedem lat przez zaspy, siedem lat chudych jak nie wiem co. Chcę odpocząć, chcę zaparzyć kawę i nie wylać jej na obrus, chcę zakładać kolorowe sukienki, chodzić do kina, czytać książki, pisać i malować!

— Wszystko jednocześnie? — niepokoił się mój Rzymianin.

— Czemu nie… — uśmiechałam się.

Uśmiechałam się. Nareszcie się uśmiechałam!

I Rzym też się do mnie uśmiechał.

RZYM

RZYM PRZYGARNĄŁ MNIE jak kapitolińska wilczyca — bez pytań i rasowych uprzedzeń. Na początku odsypiałam siedem polskich lat. Potem zaczęłam rozglądać się dookoła, ale powoli, bez pośpiechu. Rzym mnie nie popędzał. Wygrzewał się w słońcu jak kot i czekał. Mieliśmy dla siebie czas. Nasze dolce far niente nikomu nie przeszkadzało, nikogo nie drażniło, nikogo nie obrażało.

Nikogo oprócz Polski. Bo Polska przyjechała do Włoch ze mną i dość szybko zaczęła wjeżdżać mi na ambicję.

— Dziewczyno, weź się wreszcie za siebie! Jesteś historykiem sztuki! — powinnaś siedzieć w katakumbach, a nie na ukwieconym tarasie! Wiesz, w którym roku była bitwa pod Kannami? Umiesz wymienić wszystkich męczenników Stolicy Apostolskiej? Pamiętasz, w jakich rzymskich kościołach wisi Caravaggio? No właśnie…

Polska wiedziała, jak mnie podejść.

— No dobrze, już dobrze. Związuję włosy w ciasny warkocz i idę w miasto z gęsim piórem.

— Co takiego? Chcesz mnie zamkąć w scholastycznym kajecie?! — oburzył się Rzym.

— Chcę cię lepiej poznać — recytowałam.

— Miasta poznaje się jak ludzi — przez skórę — tłumaczył Rzym.

— Ale co będzie, jak dostanę dwóję? Co powie papa? Co powiedzą wuj Hipolit i ciocia Lila?

Rzym spojrzał na mnie swoim wszechwiedzącym okiem. Czułam, że przejrzał mnie na wylot.

— Jeśli chcesz, to proszę bardzo…

I tak zaczęła się nasza polka. Ledwo zadatowałam jeden historyczny obiekt, już wyrastał przede mną drugi! Ledwo namierzyłam jakiś interesujący fronton, już wynurzał się następny — jeszcze ciekawszy! Byłam wykończona, ale nie poddawałam się. Ocierałam pot z czoła, przerzucałam warkocz przez ramię i szłam dalej. Cóż z tego, kiedy na każdym kroku napadało na mnie kolejne przełomowe dzieło sztuki, kiedy zewsząd osaczały mnie rzeźby, obeliski, schody, fontanny, wieże i kopuły, a Rzym… Rzym coraz bardziej znikał z pola widzenia.

— Nigdy mnie nie dogonisz! — triumfowało Wieczne Miasto.

Byłam w intelektualnej rozpaczy.

— Polsko, czy ty tego nie widzisz? Czy nie widzisz, że wszyscy jesteśmy tylko owadem wielkiego bursztynu historii? Polsko Świtezianek i Zbłąkanych Dusz, czy nie widzisz, że moje próby rozbicia bursztynu to mędrca szkiełko i oko?

Polska przez chwilę przetrawiała swoją rozumowo-uczuciową dwoistość. Wreszcie powiedziała:

— No dobrze, ale obiecaj, że zapiszesz się na uniwersytet.

— Tylko się nie spinaj — doradzał Rzym. — Nauka to przygoda. Baw się. I odkrywaj.

— Uniwersytet to przyszłość kraju i wiara w lepsze jutro — prostowała Polska. — To zobowiązanie, które wymaga poświęcenia, to trud i żmudna praca, to segregowanie przeszłości i nadawanie jej nowych sensów.

Rzym brał mnie na stronę: — Moja mała, nie daj się zastraszyć… Wiesz, dlaczego nazywają mnie Wiecznym Miastem? Ponieważ nie przygniotła mnie przeszłość. Żyj tym, co przynosi ci dzień. Lecz swoje poranione serce i ciesz się ze wszystkiego. La vita è bella!

— Zawsze było dla mnie jasne, że anemiczni i zasmarkani romantycy nie płuca leczyli we Włoszech, a serca — uzupełniał mój ojciec.

SZCZĘŚLIWA I GŁUPIA

JESTEŚ PIĘKNA — mówił Rzymianin.

Mówił to, kiedy rozkręcał kran i kiedy mnie przytulał, kiedy byłam w jedwabnej sukience i kiedy miałam na sobie wymięty dres; kiedy pamiętałam podlać kwiaty i kiedy o tym zapominałam, kiedy padał deszcz i kiedy świeciło słońce. Zawsze byłam piękna. Niczego nie chciał, niczego nie wymagał, o nic nie prosił.

— „Piękna”! Też mi wyznanie! — kpiła Polska.

Rzeczywiście, to wyznanie nie należało do oryginalnych, a my, Polacy, cenimy oryginalność, ponieważ cenimy formę. Mimo to lubiłam, kiedy tak do mnie mówił. Ale jednocześnie myślałam ze zgrozą, co by było, gdyby to usłyszał Werter.

Kiedyś, w pijackim amoku, odbyliśmy z Werterem taką rozmowę:

— Nie uważasz, Lotto, że gdy mężczyzna damę swego serca „piękną” nazywa, wyznanie takoweż w konwencji ulicznych zalotów pozostaje i jednako wielce banalnym się jawi?

— Zaiste, Werterze, i mylą się ci, którzy sądzą inaczej.

— Jak byś się czuła, Lotto, moja pani, gdybym o czci i szacunku Ci należnych zapominając, „piękną” Cię nazwał, jako tę klacz długonogą lub charciczkę rączą?

— Ach, Werterze, rycerzu bez skazy, serce me, które tak szczerze się ku Tobie skłania, pękłoby z niemożebnej zgryzoty… — łgałam, trzymając rękę na piersi i marząc, żeby Werter tak właśnie mnie nazywał! Dałabym się pociąć, żeby choć raz to od niego usłyszeć!

Ale Werter nie zniżał się do podobnych banałów.

— Szukajmy nowych środków wyrazu! — mówił. — Nie bądźmy jak Włosi, którzy zatracili się w języku: jeśli kobieta, to tylko bella, jeśli makaron, to tylko al dente, jeśli wakacje, to tylko romane.

To mnie przekonywało. Szczególnie fragment: „zatracili się w języku”, bo i ja miałam skłonność do formy.

Przekonywało, ale nie uszczęśliwiało.

A teraz?

Teraz byłam po prostu szczęśliwa.

— I głupia — dodawała Polska.

SENTYMENTALNA LAURKA

ZACZĘŁAM SIĘ ZASTANAWIAĆ.

Czy na pewno zasługuję na miłość Rzymianina? Przecież nigdy do niego nie szłam przez zaspy, nigdy nie płakałam przez niego w poduszkę, nigdy przez niego nie cierpiałam. Nigdy za tę miłość nie zapłaciłam. A kiedyś trzeba będzie się rozliczyć. Taka jest nieuchronna kolej rzeczy.

Postanowiłam, że będę wnosić należne opłaty na bieżąco, bo bałam się odsetek. Zabrałam się za generalne porządki. Przez sześć godzin trzepałam dywany, szorowałam podłogi, myłam okna, kafle i parapety, składając dowód mojej wielkiej, gotowej do poświęceń miłości.

— Przestawiłaś coś? — zapytał Rzymianin.

Spojrzałam na niego z wyrzutem.

— Nie widzisz, że posprzątałam?

— O, nowy obraz! — ożywił się. — Dobry! — pochwalił.

Udobruchał mnie. Ale zaraz pojawiło się zwątpienie.

— Nie jesteś obiektywny. Dobry, bo mój, taka prawda.

— Dobre, bo polskie… — podpowiadała Polska.

— Kocie, to jest dobry obraz. Gdyby coś mi się nie podobało, powiedziałbym.

— Akurat! — prychnęłam. — Jesteś zaślepiony, nic nie widzisz!

— Jestem zakochany, ale nie zaślepiony — sprostował z godnością Rzymianin.

To była prawda. Rzymianin zasługiwał na nieprzyzwoicie sentymentalną laurkę. Kochał całym sercem, ale twardo stąpał po ziemi. Miał w sobie szaleństwo i powagę, naiwność dziecka i dojrzałość doświadczonego mężczyzny, otaczał opieką, ale nie osaczał, kochał, ale nie histeryzował. Miał tę właściwą duchową miarę, której nigdy przedtem i nigdy potem u nikogo nie spotkałam.

— No ale niski… — wzdychała wiecznie niezadowolona Polska.

— Za to jak go baba w autobusie weźmie na kolana, to mają bilet gratis! — ucinał mój praktyczny ojciec.

UNIWERSYTET

TEMAT PRACY DYPLOMOWEJ powinien być narodowy — oświadczyła podniosłym tonem Polska. — I skoro już jesteś w Rzymie, to najlepiej, żeby łączył elementy polskie i włoskie, ponieważ nasze historie wielokrotnie się splatały, czego dowodem jest Mazurek Dąbrowskiego, wkład włoskich architektów w budowę Wawelu oraz koncert Pavarottiego w Pałacu Kultury. — Moja uduchowiona ojczyzna potrafiła być czasem bardzo zdroworozsądkowa. — No chyba, że wolisz coś niszowego — powiedziała po chwili. — Jarosław Bogoria Skotnicki?

— Tylko nie średniowiecze! — przestraszyłam się. Dość miałam zimnych kościołów i zapachu kadzideł.

— Widzę, że się rozleniwiłaś… — powiedziała z naganą Polska.

Spuściłam pokornie głowę.

— W takim razie Siemiradzki…

— Nie, tylko nie akademizm!!!

— Średniowiecze nie, akademizm nie, co się z tobą dzieje?

Zaczęłam zbierać materiały do pracy o Siemiradzkim. Nie lubię malarstwa akademickiego z jego snobistyczną erudycją i zawiłymi odniesieniami do antyku i mitologii. To intelektualna przemoc, szturm nie mojej przeszłości na moją teraźniejszość. Mnogość pozaobrazowych przypisów męczy mnie i drażni, bo oddala od tego, co rozgrywa się tu i teraz, w ciasnym polu płótna. Oczywiście trudno wymagać, żeby średniowieczny malarz zrezygnował z biblijnych odniesień, a artysta renesansowy zapomniał o mitologii. Malarstwo również ma swoją historię i jego wyzwalanie się ze służalczości wobec innych sztuk to proces. Ale Siemiradzki nie był ani średniowiecznym, ani renesansowym malarzem i mógł wybrać. Wybrał doktrynę, czyli akademizm. Jego prawo i moja udręka.

Myślę, że sens malarstwa zasadza się na osobistej relacji artysty i tematu, malującego i malowanego. Kiedy malarz staje przed białym i niemym prostokątem płótna, próbuje rozwiązać pewien problem. I nie jest to problem ani literacki, ani historyczny, tylko problem między nim a tą bielą, między nim, a tym milczeniem. Pisząc to, narażam się akademizmowi. I być może sztuce w ogóle. Ale nic na to nie poradzę. Akademizm mnie nudzi. Nudzą mnie półnagie heroiny w dramatycznych pozach, monumentalne pejzaże-atrapy, kiczowate aniołki o nienaturalnie wygiętych torsach oraz studia antycznych draperii. Ale przede wszystkim, nudzą mnie wyświechtane tematy, które podejmuje się tylko po to, żeby udowodnić swoim poprzednikom, że ich pędzel był mniej biegły, a zmysł obserwacji mniej wyrobiony.

Nie było jednak wyjścia, uczelniane terminy nagliły, trzeba było pokochać Siemiradzkiego.

— Kochaj go i szanuj jak własną ojczyznę — powtarzała Polska. — Dzieła Siemiradzkiego to część dziedzictwa narodowego, a dziedzictwo narodowe to Świętość.

Ale ja tej akurat części dziedzictwa nie potrafiłam pokochać. Ciężko było mi ją nawet polubić.

— Kocie, ale dlaczego akurat Semiraki, skoro to taka udręka? — nie rozumiał Rzymianin.

— Siemiradzki — poprawiłam go z wyrzutem.

— No właśnie, dla mnie już samo nazwisko jest nie do przejścia… — roześmiał się.

— Ty tego nigdy nie zrozumiesz… — zaczęłam jak żona. — To mój narodowy obowiązek — skończyłam jak harcerka.

Cóż, kiedyś musiało do tego dojść — tworzyliśmy zgrany tandem damsko-męski, ale bagaż narodowy mieliśmy inny. Jego mieścił się w małym koszyku przy kierownicy, mój ciągnął się po ziemi w lnianym, siermiężnym worze.

— Obowiązek? Ale kto ci każe?

— Nikt, sama tak czuję…

— Skoro sama, to powinno ci to sprawiać przyjemność.

Miał rację. Jak zwykle miał rację!

FAUSTO

BIEGŁAM DO MOJEGO ULUBIONEGO SKLEPU przy Akademii Sztuk Pięknych, żeby kupić płótna i farby. Śpieszyłam się. Po prawej mijałam Mauzoleum Augusta, po lewej Ołtarz Pokoju. Nagle stanęłam jak wryta. Na jednej z kolumienek otaczających Mauzoleum leżał niewielki obrazek przedstawiający Jezusa, a obok tabliczka: Sprzedany za 30 denarów.

Niezłe! — pomyślałam. — Bo niby co sprzedane — obrazek czy Jezus? I co ta niejasność ma wyrażać? Może to, że między sprzedażą życia a sprzedażą przedmiotu jest cienka granica? Zaraz, zaraz, ale to nie tylko życie, to Bóg, świętość… Więc raczej nobilitacja przedmiotu — dzieło sztuki to wartość duchowa, to rodzaj świętości, którą wystawia się na sprzedaż… Ale skąd ten obrazek się tu wziął? Kto go położył, opisał? Rozejrzałam się wokół — na każdej kolumience leżały jakieś przedmioty — podarte pończochy i bluzki z opisem: Emporio Armani, monety ułożone w znak krzyża z komentarzem: In hoc signo vinces, obrazek na modłę Picassa z informacją: Picasso za pół ceny. Były też niewielkie tabliczki z informacjami dotyczącymi historii Mauzoleum (całkowicie porzuconego przez rzymski sektor kultury).

Niestety, czas ponaglał i musiałam biec dalej. Ale obiecałam sobie, że jeszcze tu wrócę.

Fausto wystawiał w Rzymie od dawna. I to on był właścicielem Muzeum na Otwartym Powietrzu (Open Air Museum) oraz jedynym jego kuratorem i mecenasem. Traktował swoją pracę poważnie. Otwierał Muzeum każdego ranka o godzinie 9.30, wkładał marynarkę, wiązał krawat, montował instalacje i czekał na zwiedzających. Wszystkich zainteresowanych z radością oprowadzał po swojej instytucji, tłumacząc okoliczności powstania poszczególnych dzieł. Fausto na pierwszy rzut oka robił wrażenie człowieka z problemami — poczynając od lokalowych, a kończąc na umysłowych. Brakowało mu pieniędzy, uzębienia i okularów. Poza tym wydawał się człowiekiem szczęśliwym i zrealizowanym. W bliższym kontakcie okazywało się ponadto, że to świadomy, wykształcony artysta. Fausto z odwagą i przewrotną ironią brał na warsztat najróżniejsze tematy, poczynając od religijnych, a kończąc na politycznych. Robił to za pomocą „przedmiotów-śmieci”, które znajdował na ulicy lub kupował za pięćdziesiąt centów na bazarze przy Porta Portese, gdzie przy okazji zaopatrywał się codziennie w nową, czystą koszulę (jedno euro).

Na Fausta nie było sposobu. Z bezzębnym kuratorem nie dała sobie rady ani włoska policja, która próbowała przekonać go, że centrum Rzymu to nie jest dobre miejsce na podobne imprezy, ani Federico Fellini, który zaproponował genialnemu dziwakowi swój mecenat, ani włoscy marszandzi, którzy próbowali namówić niekomercyjnego artystę, by zaczął wystawiać w galeriach. Fausto nie zamierzał rezygnować ze swojej niepodległości. Tutaj, w Muzeum na Otwartym Powietrzu, instytucji, którą sam założył i która dawała mu żywy kontakt z ulubionym, bo przypadkowym odbiorcą, Fausto oddychał pełną piersią! Od nikogo nie zależał, nikomu niczego nie musiał i nikt nie musiał nic jemu.

Fascynujący Fausto bez większych problemów wygryzł mdłego Siemiradzkiego.

A ja po raz kolejny przekonałam się, że tylko to ma sens, co jest częścią nas.

Fausto był częścią mnie, a Siemiradzki, najwyraźniej, był częścią kogoś zupełnie innego.

PRZYGOTOWANIA

TO ŚWIETNY TEMAT! — zachwycił się mój promotor.

Miał na imię Ricardo, był Brazylijczykiem. Ceniłam jego wiedzę i nienachalny czar oraz przepadałam za entuzjazmem, z jakim prowadził wykłady. Ricardo miał w sobie jeszcze coś, czego nie mieli inni — potrafił wyciągnąć z człowieka wszystko, co najlepsze. Bez przemocy. Przy nim każdy czuł się bezpieczny i wyjątkowy.

Była to miła odmienność po polskiej uczelni, która dość chłodno traktowała swoich zahukanych adeptów. Pierwsze dwa lata nic nie mówiłam, tylko strzygłam uszami jak zając. Wokół rosła pyszna kapusta, a ja podgryzałam gorzkie korzonki. Bałam się. Bałam się, że jeśli wyskoczę z kapusty, to od razu mnie odstrzelą. Odstrzelili już Królika Bugsa i Świnkę Piggy, odstrzelili Krecika i Reksia. Być może teraz jest moja kolej — drżałam i zakuwałam jak dzięcioł. Nie opuszczałam wykładów, odrabiałam zadania domowe, czytałam lektury nadobowiązkowe. I co? I nic. Wyniki były średnie, a strach wciąż ten sam. Zdegradowano mnie do uczniaka, skurczono do zająca, wgnieciono w twardy korzeń kapusty.

— Dość tego! — na trzecim roku coś we mnie pękło. — Czas zmierzyć się z systemem, czas zdetronizować despotę! O, uciemiężony, uczelniany ludu, powstań, powiodę cię na barykady! — wywijałam bagnetem i frygijską czapką.

— Lepiej nie podskakuj… — groziła palcem Polska. Na jej piersi niczym order pyszniła się plakietka: Wzorowa Uczennica. Polska lubiła wielkie zrywy, ale tylko w historycznym wymiarze. Próbowała mnie więc powstrzymać: — Wracaj do swojej ławki i nie szalej! Wypłucz gąbkę, zmaż tablicę, naostrz ołówek. Zajmij czymś ręce i głowę.

Ale było za późno…

Wyskoczyłam z kapusty i to na sam środek belferskiego lasu: POBUDKA!!!

— O, w końcu coś się dzieje! — ucieszył się zaspany Belfer. A potem odłożył strzelbę, zdjął szlafmycę, a miękką poduszkę wcisnął za tablicę.

Zrozumiałam, że Belfer zwyczajnie się nudził! Nudziły go podobne do mnie zające, ich wiecznie roztrzęsione łapki i intelektualna niepewność, drażniły go głupie Świnki Piggy, które notowały każde jego słowo, a kiedy umkął im jakiś przecinek, nie potrafiły złapać wątku. Belfer czekał na tygrysa, który go zabawi. Chciał ukształtowanej osobowości, takiej, nad którą nie musiałby pracować, z którą mógłby dyskutować — jak równy z równym.

Cóż, kiedy Belfer nie pomagał urodzić zającowi tygrysa…

Moja polska uczelnia nie uznawała położniczych metod Sokratesa. Bliżsi jej byli filozofowie przyrody, zgodni co do tego, że nie urodzi sowa sokoła.

Rzymskie ciało pedagogiczne też lubiło tygrysy, ponieważ ceniło osobowość. Ale i ono samo było osobowością. Ciało to było opalone, dotlenione i naelektryzowane. Gotowe do bitwy i do zabawy. Rzymskie ciało lubiło dobrze wyglądać, zjeść i poczytać. Dbało o intelekt, ale nie zaniedbywało prezencji.

— Uważaj — ostrzegała Polska — prawdziwy intelektualista powiniem mieć podkrążone oczy, wytarty kołnierzyk i dziurawe skarpetki.

— Ale dlaczego? — nie rozumiałam.

— Ponieważ praca naukowa to praca na poziomie ducha, a duch nie zniża się do skarpetek.

Szkoda… — myślałam. Lubiłam Włochów w ich nienagannie skrojonych koszulach i porządnych butach. Włochów, którzy przed wyjściem na uczelnię brali prysznic i skrapiali się dobrą wodą toaletową. Przyjemnie było z nimi przebywać, tu, w dwudziestym pierwszym wieku i tam, w piętnastym, u Leonarda czy Albertiego. Podczas gdy polscy intelektualiści zapuszczali korzenie w minionych wiekach, tracąc kontakt z rzeczywistością, rzymscy zachowywali się tak jak ich miasto — z wdziękiem łączyli teraźniejszość i przeszłość. Dlatego uniwersytet w rzymskim wydaniu nie był zakurzonym molochem, w którym koczowali głodni i zaniedbani żacy, ale rodzajem dyskusyjnego PEN Clubu.

— Zrobiłaś się bardzo powierzchowna… — martwiła się Polska. — Przedkładasz aparycję nad głębię, cielesne uciechy nad dyscyplinę duchową.

Być może. Ja też lubiłam dobrze wyglądać, zjeść i poczytać. Wolałam pójść na pizzę zamiast do biblioteki, pojechać nad morze zamiast na konferencję.

— No i już cię przekabacili… — biadoliła Polska. — Jeszcze jeden kwiat inteligencji, który uschnie na obczyźnie… Że też tobie wystarcza taka commedia dell’arte…

Polska lubiła jasne podziały. Ładny i głupi kontra mądry i brzydki, belfer kontra uczniak, pan kontra sługa. Na górze mistrz, na dole popychadło. Mistrz przemawiał ex cathedra, paradował w ciasnym gorsecie, stukał drewnianą laską, nie bratał się z kim popadnie, nie znosił sprzeciwu, gardził swoimi poddanymi, był stary, głuchy i nietykalny. Popychadło płaszczyło się, podlizywało, potakiwało, otwierało drzwi, zamykało drzwi, nosiło teczkę, biło pokłony i nienawidziło swojego ciemiężyciela. Pan i chłop, feudalny schemat.

Jedynym człowiekiem w Polsce, na którym żaden autorytet nie robił wrażenia, był mój ojciec.

— Znajdźcie na mnie paragraf, darmozjady! — odgrażał się, kiedy zaganiano go do szeregu.

I do tej pory nikt jeszcze takiego paragrafu nie znalazł.

MEFISTO

W ANTYKWARIACIE PRZY FONTANNIE ŻÓŁWI są prace Fausta! — Ricardo, mój promotor, był poruszony.

Odkrycie, że Fausto jest obecny na rynku sztuki, to było coś!

Postanowiliśmy, że pójdziemy tam razem. Nad Rzymem kłębiły się stada czarnych ptaków, jak z Hitchcocka. Zimne, wilgotne powietrze przenikało do samych kości. Dni były krótkie, popołudnia zlewały się z wieczorami. W powietrzu unosił się zapach prażonych kasztanów. Późna jesień. Tajemnica. Rozproszone światła latarń, fin de siècle Gierymskiego.

— To tam — wskazał Ricardo.

Tak właśnie wyobrażałam sobie pracownię Sędziwoja, królewskiego sekretarza i alchemika Zygmunta III, który w równym stopniu zasłużył się nauce (odkrył tlen), co naprzykrzył sztuce (podpalił Wawel). W środku panował mrok. Czuć było zapach siarki i octu. Sędziwój siedział przy stole i przeglądał stare zdjęcia. Sękate, wykrzywione artretyzmem palce segregowały je według jakiegoś tajemniczego klucza. Rozciągnięty sweter gubił oczka. Prawe kolano podrygiwało nerwowo. Klienci go drażnili i Sędziwój dawał im to do zrozumienia na różne sposoby. Ciężko było nawiązać z nim kontakt. Tego dnia nie nawiązaliśmy go wcale. Udało się tydzień później, kiedy wróciłam sama.

— Dzień dobry.

Cisza.

— Piszę pracę o Fauście. Ma pan kilka jego prac.

— Skąd jesteś?

— Z Polski.

— A, papa Wojtyla… — Zmierzył mnie od stóp do głów, a potem wskazał starą szafę w kącie: — Tam.

Spojrzałam na szafę. I znów na niego.

— Tam zamknięta jest dusza Fausta.

Wariat — pomyślałam, ale pociągnęłam temat, bo uczono mnie, że tak należy postępować z wariatami.

— Czy można tę duszę zobaczyć? — zapytałam, ale po sekundzie już żałowałam, bo przypomniały mi się wszystkie okropne horrory, pełne ciemnych szaf i pochowanych w nich trupów.

— Można — powiedział Sędziwój i podniósł się z fotela.

I wtedy zrozumiałam. To nie był Sędziwój! To był Mefisto, który założył się z Bogiem o duszę Fausta!

Mefisto podszedł do szafy, ale zawahał się — zastanawiał się, czy warto. Obrzucił mnie jeszcze raz wzrokiem. Wreszcie się zdecydował. Otwierał szafę powoli i z namaszczeniem, rozchylał jej skrzydła tak delikatnie, jakby to były skrzydła średniowiecznego ołtarza. Nienaoliwione zawiasy skrzypiały, Mefisto oddychał ciężko, po ścianach przemykały niepokojące cienie, wiedziałam, że zaraz wydarzy się coś ważnego.

W szafie siedział Fausto skurczony do fotografii.

— To jest dokumentacja dotycząca pracy Fausta, rok za rokiem, poczynając od lat siedemdziesiątych — poinformował Mefisto, wskazując stosy albumów. — Możesz obejrzeć, tylko niczego nie przekładaj! — dodał groźnie.

Wiedziałam, że nie załatwię tego w jeden dzień. Mefisto też to wiedział:

— Możesz tu przychodzić — powiedział łaskawie.

Całą jesień i zimę biegałam do antykwariatu przy Fontannie Żółwi. Robiłam notatki, skanowałam zdjęcia, prześwietlałam duszę Fausta.

Fausto, którego znałam, niechętnie mówił o swojej przeszłości, wiedziałam o niej niewiele. Ten Fausto żył teraźniejszością i mówił wyłącznie o tym, co zajmowało go w danej chwili. Dopiero tutaj, w antykwariacie Mefista, dowiedziałam się, że Fausto studiował na Akademii Sztuk Pięknych, że jeździł po świecie, że wystawiał w wielu ważnych galeriach, że w młodości podrzucał potajemnie swoje prace zagranicznym muzeom (projekt Antyzłodziej), że lubił Picassa, cenił Matissa, organizował ekologiczne happeningi, pisał artystyczne manifesty, że całe życie poświęcił sztuce.

Fausto działał przede wszystkim w Rzymie — mieście, które inspirowało go ze względu na swoje kontrasty i niekonsekwencje. Muzeum na Otwartym Powietrzu nie było pierwszą instytucją założoną przez niego w Wiecznym Mieście. Krążył po Rzymie i zakładał swoje artystyczne placówki w różnych jego częściach. Zawsze jednak było to ścisłe centrum, sąsiadujące z budowlą o historycznym znaczeniu (Villa Borghese, Koloseum, Zamek Świętego Anioła, Ołtarz Pokoju). Fausto potrzebował Wielkiej Historii, bo stanowiła ona interesujące tło historii „małej”, codziennej. Wiązał się z miejscami na kilka lat, bo tylko tak mógł je dobrze poznać. Ponieważ Fausto poznawał miejsca, sam stając się ich częścią1. Znali go wszyscy Rzymianie, ale nikt nie wiedział, jak ma na imię. Znali go tak, jak zna się „ten mały sklepik z czerwonym dachem” albo „tę kamienicę z secesyjną wieżyczką”. Fausto nie eksponował Fausta artysty, lecz miejsce, a dokładnie życie miejsca, które stawało się również jego życiem. Nie nadawał się do niemych galeryjnych wnętrz i sterylnych muzealnych sal, ponieważ tam, w szklanym inkubatorze, próbowano utrzymać przy życiu wielki monolit sztuki, a dla Fausta sztuka to nie był monolit, tylko ruchoma i pełna sprzeczności mozaika. Sztuka to było życie we wszystkich, codziennych i niecodziennych przejawach — poczynając od Wielkiej Historii zaklętej w kamień, a kończąc na zapachu pomidorów i bazylii.

Byłam szczęśliwa, kiedy po raz ostatni szłam do antykwariatu Mefista. To zimne i mroczne pomieszczenie męczyło mnie i niepokoiło. Fausto zamknięty w szafie nie był prawdziwym Faustem, tylko stosem martwych zdjęć i papierów, zakurzoną dokumentacją, która udawała, że żyje.

— Skończyłam! — powiedziałam, chowając skaner do plecaka i siląc się na uśmiech. — Dziękuję za pomoc.

— Proszę — odburknął Mefisto.

— Do widzenia!

Milczenie. Mefisto nawet na mnie nie spojrzał.

Z takim to się człowiek nagada, jak ze smarkatym naje — przypomniała mi się jedna z maksym ojca.

Wyszłam na skąpaną w słońcu ulicę i odetchnęłam. Pachniało wiosną, pomidorami i bazylią. Pachniało życiem. I nagle przyszło mi do głowy, że Mefisto nigdy nie zdobędzie duszy Fausta, bo duszy Fausta nie można zamknąć w ciemnej szafie, dusza Fausta jest miejscem. Miejscem Na Otwartym Powietrzu.

BEZ BAGAŻU

OBRONIŁAM SIĘ NA POCZĄTKU LATA, piątka z wyróżnieniem. Wśród zgromadzonych licznie profesorów wszyscy znali Fausta z widzenia, ale nikt nie znał go z imienia i nazwiska. Fausto był rzymskim celebrytą. Ale jego sława była bezimienna.

Po obronie pobiegłam do niego szczęśliwa. Siedział bez ruchu w portretowej pozie.

Może to te okulary — pomyślałam (okulary były prezentem od Rzymianina).

— Fausto, wszystko w porządku?

— Zdjęcie — powiedział półgębkiem, nie zmieniając pozycji.

Wtedy zobaczyłam, że przed Faustem stoi oprawiona w ramkę fotografia, przedstawiająca jego samego, w identycznej pozie, stroju, a nawet świetle. Spojrzałam na Fausta, a potem jeszcze raz na zdjęcie. Identyczni!

Fausto zrozumiał, że „zaskoczyłam”, rozluźnił się i zawołał:

— Podoba ci się? Tytuł: Falsyfikat! No i który z nas jest prawdziwy?

— Fausto, obroniłam pracę — pochwaliłam się.

— To wspaniale! Chodź, muszę ci coś pokazać — pociągnął mnie za rękaw…

Fausta nie interesowała ani moja praca, ani reklama, którą zrobiłam mu na uczelni. Interesowało go wyłącznie Muzeum na Otwartym Powietrzu.

— Lekkoduch! — wzdychała Polska. — Ciekawe, z czego żyje…

I jak zwykle zasiała zwątpienie…

Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Fausto nie mówił o pieniądzach.

— Fausto, z czego żyjesz? — zapytałam nietaktownie.

— Picasso za pół ceny! — puścił do mnie oko.

Fausto był człowiekiem bez bagażu, bez wymagań i bez przeszłości. Robił to, co kochał. Jestem pewna, że gdyby chciał, mógłby chodzić po wodzie. Ale sęk w tym, że nie chciał. Miał swoje Muzeum na Otwartym Powietrzu i to mu wystarczało.

PAMIĘĆ I

RZYMIANIN NIE MIAŁ ŁATWEGO DZIECIŃSTWA. Pamiętał wszystko, ale nie babrał się we wspominkach, zauważał przykre powiązania z teraźniejszością, ale nie rozpaczał. I przede wszystkim nikogo za nic nie obwiniał. A skoro nie było winnych, nie było ofiar. W ten sposób wyplątał się z uzależnienia dziecko-rodzic (ofiara-oprawca), które w dorosłym życiu rozrasta się na cały świat.

Mały Rzymianin nie miał kolegów, ponieważ zabraniano mu wychodzić na podwórko. Stał godzinami przy oknie i z zazdrością wodził oczami za rówieśnikami grającymi w piłkę lub wspinającymi się na drzewa. Jedyną osobą, która mogła go odwiedzać, była córka portierki — pucołowata Carla. Carla nie dość, że nie miała nic ciekawego do powiedzenia, to jeszcze przynosiła ze sobą upiorną lalę, która płakała, kiedy położyło się ją na wznak. Po domu kręciła się również gosposia Giuseppina, która w dzieciństwie wpadła do kotła z wrzątkiem i też wyglądała upiornie.

Mały Rzymianin miał trzy ulubione zabawy:

— przesłuchiwanie płyt analogowych (kolekcja najważniejszych dzieł operowych)

— przeglądanie dwudziestotomowej encyklopedii La Tre Cani

— sięganie pamięcią najdalej jak się dało.

Nie ma wątpliwości, że dzięki tej ostatniej dorosły już Rzymianin pamiętał takie detale z odległego dzieciństwa, jakich nie pamięta żaden normalny człowiek. Jego blaszany bębenek potrafił wystukać nieprawdopodobnie odległą przeszłość. Rzymianin pamiętał różową, pulsującą błonę i wyciszone odgłosy, jak pod wodą, pamiętał białe płótno, w które owijano go przed włożeniem do wózka, a przede wszystkim to, jak krępowało ono ruchy i swobodny oddech, pamiętał wózek, ciemny, głęboki i ciasny, do którego wkładano go jak do trumny. Pamiętał, jak bardzo się cieszył, kiedy brano go na ręce. Pamiętał, jak raczkując, próbował złapać drobinki kurzu zawieszone w smudze światła, pamiętał, jakim wysiłkiem było wypowiedzenie pierwszych słów i jaki dziwny był świat, zanim zaczął mówić, i jeszcze wcześniej, zanim zaczął rozumieć.

Rzymianin bawił się pamięcią, używał pamięci, posługiwał się pamięcią, ale nie przykuwał się do niej kajdankami.

— Wygodnicki! — oburzała się Polska. — Każdy człowiek powinien nieść swój Krzyż Pamięci — pouczała. — Przed Pamięcią nie ma ucieczki. Pamięć to nasza tożsamość, nasz dług w stosunku do Teraźniejszości. Pamięć należy celebrować i wskrzeszać z martwych…

— A jeśli pamięć boli?

— To tym bardziej!

Coraz trudniej było mi się z nią dogadać. Polska nie mogła żyć bez bólu, ponieważ ból był jej budulcem, żywił ją i napędzał, ja zaś byłam w fazie żegnania bólu i odkrywania innych rodzajów życiowego paliwa. Ale Polska nie chciała mnie puścić i robiła wszystko, żebym czuła się winna. Poczucie winy, zaraz po bigosie, to była jej narodowa specjalność! Polska opierała swoje rządy na terrorze. Tworzyła histeryczne więzi, dzięki którym trzymała na uwięzi. Szantażowała. Mdlała. Płakała. Jedną rękę kładła na sercu, a drugą zamykała drzwi ciemnej celi. Ciężko było stamtąd uciec, bo więzienie otaczała cierniowa korona płotu pod wysokim napięciem. Ale Polska była usprawiedliwiona. Przysługiwały jej: narodowy immunitet cierpiących, męczeńska bulla polacca, uświęcone tradycją toposy, takie jak Mater Dolorosa czy Polonia Lacrimosa.

— Kocie, posmutniałaś… — zauważył Rzymianin.

— Wyobraziłam sobie ciebie przy tym oknie, w tym pustym pokoju… — Głos zaczynał mi drżeć.

— Bez przesady, a Carla i Giuseppina? — Rzymianin próbował ratować mnie dowcipem.

Ale było już za późno, bo jego przeszłość wessała mnie do środka niczym powietrzna trąba. I już stałam przy oknie razem z nim, już czułam to, co on wtedy — wszechogarniającą pustkę, samotność i smutek. Pucołowata Carla czesała lalkę, Giuseppina robiła na drutach, zegar tykał monotonnie, a czas ciągnął się niemiłosiernie.

— Kocie, wracaj!!!

Powietrzna trąba wypluła mnie na powrót do teraźniejszości.

— Jeszcze tylko tego brakuje, żebyś brała sobie na barki moją historię! — zdenerwował się Rzymianin.

Rzymianin nie potrafił docenić mojej empatii. Byłam zdezorientowana. Dała o sobie znać klisza Wertera. Werter uwielbiał, kiedy zatracałam się w jego dramatycznej przeszłości.

— Nie komplikuj sobie życia — przywoływał mnie do porządku Rzymianin — nie pozwalaj, by wciągała cię Powietrzna Trąba Pamięci! Tym bardziej cudza! Chcesz wyruszyć w przeszłość? Proszę bardzo! Ale musisz być gotowa. No i przede wszystkim musisz zacząć od swojej własnej przeszłości.

Spojrzałam na walizkę, która wystawała spod łóżka. Mijały dwa lata, odkąd byliśmy razem, a ja jeszcze jej nie rozpakowałam…

Rzymianin przechwycił moje spojrzenie.

— Rozpakujesz się, kiedy przyjdzie czas. Pamiętaj, że nie musisz się śpieszyć. I że w ogóle niczego nie musisz.

Wiedziałam, że kiedyś to się stanie — że rozmowa zejdzie na temat walizki. Przez cały czas udawaliśmy, że jej nie ma i świetnie nam szło, ale kiedyś sprawa musiała wypłynąć na wierzch. Wypłynęła teraz, jak poszarpany wrak pirackiego statku. Powiedział „nie śpieszy się”, ale ja wiedziałam swoje. Na pewno umierał z ciekawości. Byłam zła i czułam się winna, bo przecież dawno już powinnam to załatwić. Cóż, kiedy nie starczało mi odwagi. Drewniany koń wtaczał się powoli pod mury Troi, a w środku greccy żołnierze ostrzyli już lance.

PAMIĘĆ II

RZYMIANIN NIE MIAŁ ŁATWEGO DZIECIŃSTWA. Kiedy bolał go brzuch, mama odpychała go z niechęcią i mówiła:

— Boli cię, bo jesteś zły!

Tata był milszy, ale dużo pracował. Od czasu do czasu pojawiała się ciocia Angelina, kobieta wyemancypowana, która trudniła się handlem futrami i szlachetnymi kamieniami. Ciocia Angelina nosiła po cztery pierścionki na każdym palcu, szyję obwieszała ośmioma sznurami korali, a na ramiona zarzucała co najmniej dwa futra.

— Ciociu, dlaczego jesteś tak dziwnie ubrana? — pytał Mały Rzymianin.

— Bo klienci zawsze kupują to, co widzą na drugim człowieku. Taka jest ludzka natura, mój mały.

Rzymianin najlepiej pamiętał dziadka. Dziadka pamiętali wszyscy. Był iluzjonistą. Uwielbiali go faszyści i papieże, uwielbiało go wojsko niemieckie i wojsko amerykańskie. Jeździł ze spektaklami po całym Rzymie, miał własny samochód, a benzynę sposnorował mu Watykan. Dziadek był mądry, silny i wesoły. Zabierał go na spacery, dawał cukierki i kupił drewnianego Pluta, który sam schodził z górki. Był jak Niepokonany Wielkolud, który nikogo się nie boi i wszystko może. Kiedy okazało się, że pokonał go rak wątroby, Rzymianin długo nie mógł się z tym pogodzić. Przygasł, posmutniał i schudł. Ale nikt tego nie zauważył.

Za to kiedy zmarła Giuseppina, wszystkim nagle odbiło.

Giuseppina pochodziła z niewielkiej toskańskiej wioski w pobliżu Arezzo i przyjechała do Rzymu za chlebem. Miała dwadzieścia trzy lata, poparzoną skórę i przykurcz jednej ręki. Nie wierzyła, że kiedykolwiek ktoś ją pokocha. Ale pokochał ją chłopak z Bracciano, i Giuseppina nareszcie była szczęśliwa. Spotykali się w niedzielę, bo wtedy miała wychodne. Zdarzało się jednak, że w niedzielę przychodzili goście i trzeba było pomóc pani. Wtedy wychodziła w sobotę. Jednej takiej soboty wsiadła w pociąg i bez zapowiedzi pojechała do Bracciano. Był piękny dzień. Drzewka oliwne wygrzewały się w słońcu, a baldachimy pinii rozkładały się w górze jak wielkie zielone parasole. Za oknem migały krajobrazy, Giuseppina poprawiała sukienkę, i na myśl o niespodziance, jaką zrobi narzeczonemu, czerwieniła się po same uszy. Podróżni spoglądali na nią ukradkiem, jakieś dziecko zapytało: „Czemu ta pani ma taką krótką rączkę”, ale Giuseppina nie zwróciła na to uwagi. Teraz, kiedy kochała i sama była kochana, podobne komentarze nie robiły na niej wrażenia. Pociąg zatrzymał się z piskiem na stacji Bracciano i Giuseppina ruszyła w stronę miasta. Czuła się tu lepiej niż w Rzymie. Bracciano było przytulniejsze i przypominało jej rodzinne strony. A do tego było piękne. Nie mniej niż Rzym! — Stał tu średniowieczny zamek i pałac, a na głównym placu roiło się od kolorowych kramów.

Wstąpię jeszcze do piekarni i kupię dwie ciambelle2 — pomyślała.

W piekarni był ścisk i gwar, jak to w sobotę. Nagle usłyszała głos swojego ukochanego. Antonio! — ucieszyła się. Odwróciła głowę i zamarła. Antonio obejmował inną kobietę.

Nie, to niemożliwe — pomyślała… — Antonio nie jest taki.

Podeszła bliżej. To był jednak on.

Nie widział jej. I dobrze. Wyszła z piekarni, ale ledwo trzymała się na nogach. Poszła przed siebie. Upuściła koszyk, ale go nie podniosła. Chustka zsunęła jej się z ramion, ale jej nie poprawiła. Szła powoli, przystając od czasu od czasu. Starszy pan w kapeluszu zapytał, czy wszystko w porządku. Giuseppina powiedziała, że w porządku, więc rozgrzeszony ruszył w swoją stronę. Wróciła na dworzec, usiadła na ławce. Przyjechał pociąg. Wsiadła. Te same krajobrazy, które jeszcze godzinę temu tak ją wzruszały, teraz zlały się w jedną czarną plamę. Wysiadła na stacji San Pietro. Wróciła do domu pieszo. Szła powoli, bolał ją każdy krok. Otworzyła drzwi, klucz rzuciła na stolik i poszła do kuchni. Napisała list, odkręciła gaz, przeżegnała się i zasnęła na wieki. Razem z Giuseppiną odeszły dwie papużki faliste.

To Mały Rzymianin znalazł martwą Giuseppinę. Wbiegł do kuchni i zobaczył ją leżącą na podłodze. A potem zauważył coś dużo straszniejszego — martwe ptaki.

— O mój Boże! — rozpaczali rodzice na widok Giuseppiny.

Mały Rzymianin też rozpaczał, ale z innego powodu — Giuseppina zamordowała mu papużki! Teraz był już naprawdę sam… Płakał, nie chciał jeść, z nikim nie rozmawiał. Był wściekły na Giuseppinę, nie rozumiał, dlaczego nie wyniosła klatki do pokoju, dlaczego o nim nie pomyślała, dlaczego była taka samolubna! Skoro chciała się zabić, proszę bardzo, ale co do tego miały jego biedne ptaszki.

— Trzeba go wysłać do psychologa — stwierdziła mama.

— Kto by pomyślał, że był z nią tak związany… — kręcił głową tata.

Psycholog krążył wokół tematu jak mucha wokół tortu, próbował ruszyć sprawę ze wszystkich stron, ale Mały Rzymianin był nieprzemakalny. Miał dość Giuseppiny i całej tej historii. Kiedy psycholog znów zaczynał gadać, natychmiast się wyłączał i myślał o swoich sprawach. Specjalista rozkładał bezradnie ręce i mówił do rodziców: — To bardzo wrażliwe dziecko, ale zamknięte… Proszę obchodzić się z nim łagodnie, nie dręczyć pytaniami, nie krytykować, nie popędzać. Zobaczą państwo, że pewnego dnia się otworzy.

Rzeczywiście nadszedł taki dzień i Mały Rzymianin się otworzył:

— Niech pan już nie gada — powiedział do psychologa. — Giuseppina zamordowała mi papużki, a wy jej jeszcze żałujecie. Ja jej nie lubię, bo jest głupia. Ale było minęło i zostawcie mnie już w spokoju!

MAMA

MIAŁAM PIĘĆ LAT I WIEDZIAŁAM, ŻE UMRZE. Jeszcze nie teraz, ale niedługo. A do tego ten sen…

Obudziłam się z płaczem. Śnił mi się jej pogrzeb.

— Córeczko, co się stało? — objęła mnie.

— Śniło mi się, że… że… — czułam, że nie przejdzie mi to przez gardło.

Kołysała mnie w ramionach i milczała.

— Mamusiu, nie mogę ci powiedzieć, co mi się śniło… Nie mogę… — szlochałam.

— Nie mów. Nie musisz. Wiem — przytuliła mnie mocno.

Czułam, że naprawdę wie.

GÓRA

MIESZKALIŚMY W BLOKU. Blok był wschodni, szary i ponury, ale nie mieliśmy o tym pojęcia, bo w pobliżu nie było żadnego weselszego dla porównania. Przed blokiem rozciągał się stary poniemiecki cmentarz, który też nie był wesoły, ale przyzwyczailiśmy się do niego i nie robił na nas wrażenia. Za cmentarzem królowała stroma góra, a na jej szczycie stał przystanek. Przystanek wyznaczał granicę naszego świata. Lądowali tam osiedlowi Odyseusze o proletariackim rodowodzie, którzy próbowali przeprawić się na zachód. Ale kto chciał wyruszyć w tę daleką i niebezpieczną podróż, musiał najpierw zdobyć Górę.

W pracy pt. Posto al centro Fausto prezentuje sam siebie. Posto to po włosku miejsce, ale również forma czasownika: postawiony, umiejscowiony. Zatem tytuł ten można czytać dwojako: Miejsce w centrum lub Umiejscowiony w centrum. [wróć]

Rodzaj słodkiej oponki. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żółte kółka. Mam na imię Inna Obczyzno moja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter