Ryngraf

Ryngraf

Autorzy: Piotr Śliwiński

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 640

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 21.60 zł

Rok 1794. Ostatnie miesiące istnienia I Rzeczypospolitej. Uście Solne — senne miasteczko w zaborze austriackim u ujścia Raby do Wisły. Do Stanisława Krzysztofczyka, kowala i byłego podoficera piechoty koronnej, przybywa jego dawny przyjaciel, oficer artylerii, dziś sprzysiężony emisariusz Julian Zakrzeński i próbuje nakłonić go do uczestnictwa w przygotowywanej insurekcji. Krzysztofczyk początkowo odmawia, jednak późniejsze zdarzenia zmuszą go nieoczekiwanie do dokończenia misji przyjaciela i tym samym do udziału w powstaniu.

Ryngraf to epopeja powstańcza, w której pojawiają się piękna i tragiczna miłość, ciemna intryga i zamach na Kościuszkę, a obok postaci fikcyjnych występuje cała plejada historycznych, z królem Stanisławem Augustem, księciem Józefem, księdzem Kołłątajem, pułkownikiem Kilińskim czy feldmarszałkiem Suworowem.

Każdą stroną opowieści rządzą wojna i miłość. Bellona ściera się z Wenerą…

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

© by Piotr Śliwiński

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0589-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Dla Edy, Andzi i Nisi

Pamięci Mariusza (1976–2013)

Spis treści

Prolog – Nocni goście

Rozdział I – Za kordon

Rozdział II – Semper in altum (retrospekcja 1)

Rozdział III – Vahine

Rozdział IV – Nil desperandum

Rozdział V – Ryngraf

Rozdział VI – Krew morza (retrospekcja 2)

Rozdział VII – W Warszawie

Rozdział VIII – Bez miłosierdzia

Rozdział IX – Triduum warszawskie

Rozdział X – Bellona vs Wenera

Rozdział XI – Preludium klęski

Rozdział XII – Spisek w cieniu szafotu

Rozdział XIII – Konfrontacja

Rozdział XIV – Omnis amans amens

Rozdział XV – Tu się zagrzebać albo zwyciężyć trzeba…

Rozdział XVI – Praga wziata!

Rozdział XVII – Exodus

Epilog – Fides, spes et…

Prolog

Nocni goście

Noc z 3 na 4 marca 1794 roku była wyjątkowo ciemna i mglista. Trudno więc było dostrzec dwóch okutanych w samodziałowe kapoty i siermięgi wędrowców, którzy niestrudzenie przedzierali się przez gęsty las łęgowy nad Rabą, od czasu do czasu tylko wychodząc na drogę w miejscach oddalonych od siedzib ludzkich. Szli już prawie tydzień okrężnymi drogami, wiodąc z sobą myszatego mierzyna objuczonego dwoma worami. Rzadko kiedy odpoczywali, wybierając na nocleg raczej brogi niż wygodne łóżko w żydowskiej austerii. Poruszali się bowiem w niebezpiecznym terenie, który dwadzieścia lat temu przestał należeć do Korony i traktatem rozbiorowym z 1773 roku wszedł w skład Cesarstwa Austriackiego. Granicę z okrojoną Rzeczpospolitą stanowiła Wisła, ku której wytrwale dążyli.

Podróż nie należała do łatwych. Wiosenne roztopy naruszyły polne drogi, a pola zmieniły w błotnistą pustynię, usianą nielicznymi wioskami i przysiółkami. Im bliżej Wisły, tym więcej pojawiało się austriackich patroli strzegących traktów i rozstajów. Korpus generała Harnoncourta rozciągał się długą linią od Morawskiej Ostrawy i sięgał daleko poza Tarnopol. Po wsiach i miasteczkach obozowały liczne kompanie austriackiej piechoty i szwadrony dragonów. Przejście granicy, nawet z paszportem lub glejtem, nie należało do rzeczy łatwych. Wędrowcy nie posiadali żadnych dokumentów, stali się więc ostrożniejsi i baczyli, by nie wpaść na wszędobylskie lotne ronty[1] huzarów.

Niebawem stanęli w progach Uścia Solnego, niewielkiego miasteczka u ujścia Raby do Wisły. Mieścina spała kamiennym snem. Nawet psy nie ujadały w obejściach, szczując po polach zastrachane zające lub śpiąc w brogach.

– Nie pobłądzimy, wielmożny panie? – Młody chłopak lękliwie spojrzał na wąsacza w zawadiacko nasuniętej na bok głowy magierce[2]. – Ćma, że nijak drogi rozeznać.

– Cichaj, Maciek! Znam drogę – zgromił go zapytany. – I ilem ci razy gadał, żebyś mnie panem nie nazywał?

– A jak mam zwać, skoroście syn mości pana dziedzica?

– Tutaj Julkiem, a za Wisłą obywatelem porucznikiem.

Obszedłszy miasteczko, skierowali swe kroki ku położonym bliżej Wisły Starym Niedarom, gdzie przy drodze stała samotna kuźnia. Wiatr rozgonił mgłę i chmury, zza których wyłaniać się zaczął rąbek księżyca i nieliczne gwiazdy. Zrobiło się jaśniej i przyzwyczajonym do mroku okiem łatwiej rozpoznawali otoczenie. Wąsacz sięgnął za pazuchę i wydobywszy nabity pistolet, odwiódł kurek i bez obawy wylazł na drogę. Za nim podążył Maciek.

Kuźnia spała spokojnym snem. Na mokrym od rosy gontowym dachu i w błonach[3] okien odbijało się zimne światło księżyca. Pod ścianami leżały w nieładzie gospodarskie narzędzia i różnorakie żelastwo nieznanego bliżej przeznaczenia. Pod oknami mieszkalnej części z prowizorycznych, zbitych naprędce z dranic skrzynek wystawały kikuty zeszłorocznych krzewinek i ziół. Wędrowcy zbliżyli się ku ciężkim dębowym wrotom zaopatrzonym w boczną furtkę. Załomotali.

– A kogóż to diabeł po nocy nosi? – mruknął, zbudzony nagłym łoskotem, uściecki kowal Franciszek Krzysztofczyk. – Trza Stacha zbudzić.

Wyjrzał przez okno, ale w ciemnościach nie dostrzegł nikogo. Wdziawszy kapotę, wymacał na stole krzesiwo i hubkę, by rozniecić nikły płomyk łojówki. Ze skrzyni stojącej przy drzwiach w rogu izby zabrał dwa zawsze nabite pistolety i ostrożnie, by nie potrącić rozłożonych pod ścianami sionki licznych narzędzi, dotarł do niskich drzwi, które otworzył lekkim pchnięciem.

– Zbudź się! – Podszedł do wąskiego łóżka, gdzie spod pierzyny wystawała okolona gęstymi kudłami i brodą głowa. – Stachu!

– Daliby ojciec spać – burknął młody Krzysztofczyk i przeciągnął się, ziewając. – Noc przecie jeszcze.

– Noc nie noc, a tam ktoś we wrota wali, że mało z zawiasów nie wyskoczą.

– Może jaki z drogi konia chce okuć? – zagadał Stanisław, stawiając bose stopy na deskach podłogi.

– W nocy?

– A bo to w nocy konie podków nie gubią?

– Nie mędrkuj, a chodź prędko. Krócicę weź. – Podał synowi jeden z pistoletów.

– Kto tam?! – Franciszek rzucił przez drzwi, jednocześnie odwodząc kurek.

– Otwórzcie, kowalu! – dobiegł głos z zewnątrz.

– Czego akurat do mnie? Mało to w Uściu kowali? Wedle rynku ze sześciu znajdziecie.

– Ale Krzysztofczyk jeden?

– Ano jeden. A wy kto?

– Zakrzeński. Syna waszego szkolny kompan.

– Julo?! – Stanisław, usłyszawszy nazwisko przyjaciela, śpiesznie zdjął z wrót żelazną sztabę i uchylił furtkę. – A cóż ty tu robisz?! Ki diabeł cię przygnał?!

– Już myślałem, żeś gdzie pomarł w świecie! – Julian przypadł do przyjaciela.

– A ten kto? – Franciszek wzrokiem wskazał chłopaka, który wiodąc mierzyna, w milczeniu wsunął się do środka.

– Maciek, parobek z majątku ojca.

– Nie mogliście za dnia przyjść?

– Z tym na pewno nie. – Julian wskazał tajemnicze worki. – Już z tydzień będzie, jak po wertepach łazimy.

– Kontrabanda?

– Robotę dla was mam. Ojciec powiadał, żeście tęgi kowal.

– Ze Stachem gadać musicie. On tu teraz majster.

– A wy?

– Mnie już zdrowie nie pozwala. Ot, podkowę czasem odkuć, ale resztę to on.

– Aleś się zapuścił… – Julian oglądał starego druha. – Z tą brodą i łbem rosochatym ledwiem cię poznał.

– Tyś też prawie jak jaźwiec[4]. Oficera po tobie nie znać. – Stanisław dotknął długiej kapoty z grubego samodziału.

– Bo i nie powinno. Nie czas po temu, żeby w tym po gościńcach paradować. – Uchylił poły kapoty, spod której błysnął złoty guzik na czarnych wyłogach ciemnozielonej kurtki.

Stachowi na widok munduru zabłysły oczy. Trwało to jednak ułamek sekundy, bo zaraz spochmurniał i rzucił, opryskliwie niemal:

– Gadaj, coś chciał. Roboty teraz dużo. Kosy czas klepać. Wnet trawa wzejdzie.

– Ja właśnie z tym. – Wskazał na worki pod ścianą, a do Maćka rzucił: – Pokaż!

Parobek rozsupłał jeden z worów i wydobył owinięty szmatami i powrósłem pokaźny pęk kos, wśród których było też sporo rzezaków[5] do sieczki.

– Do nowego folwarku? – naiwnie spytał Stanisław. – Rzuć to pod kowadło. Jutro, jak czasu starczy, wyklepię.

– A te naostrzysz? – W dłoniach Juliana zalśniły dobyte z drugiego worka szable.

– Ładne – pochwalił Franciszek. – Pokażcie. Dawnom takiej w ręce nie miał.

Julian podał jedną z augustówek[6], a stary Krzysztofczyk zadał w powietrzu kilka cięć i pchnięć, po czym dokładnie obejrzał broń. Przejechał dłonią po głowni, wyważył i raz jeszcze ciął, tym razem na odlew, aż końcem ostrza niebacznie zawadził o pieniek do rąbania drzewa leżący przy palenisku.

– Sam naostrzę – rozrzewnił się. – Niejeden raz ją brusem[7] traktowałem. Znam jak własną.

– To ojca mego – wyjaśnił Julian. – Dał mi ją, gdym z domu wychodził.

– Ojciec zdrów?

– Chwalić Boga, zdrów, choć czasem żal go okrutny za dawnymi laty bierze i nijak wtedy spokojnie usiedzieć nie umie. Po świecie tułał się długo, do domu wrócić nie mógł. Prawiem go nie znał, bo ledwo od ziemi odrosłem, a on już uchodzić musiał przed proskrypcjami. Infamisem[8] go okrzyknięto i na gardle karać chciano.

– Wiem ja coś o tym. – Krzysztofczyk pokiwał głową. – Wyście z moim Stachem pieluchy w zębach nosili, kiedy my obaj w pole chadzali wiary i wolności bronić.

– A szabla? Powiadacie, że znajoma.

– Wszystkie w partii naszej znałem… – Po twarzy starego kowala spłynęła łza, którą starł na wąsy. – Wiele łbów naznaczyła i wielu w diabły posłała. Jednego tylko dosięgnąć nie mogła.

– Kogóż to? – zainteresował się Stanisław.

– Hetmana Branickiego. Konfederację naszą gnębił, kurwi syn, towarzyszy siekał i wieszał jak najpodlejszych chamów. Każdy, co przeciw imperatorowej i jej gachowi wystąpił, chciał go pod swą rękę dostać.

– Dawno było – uspokajał Krzysztofczyk. – Na nic ojca żale. My pod Zelwą też nic nie wskórali. Za Targowicą Moskal twardo stał.

– I do dzisiaj stoi. Nasz niedojda król kroku zrobić nie może, żeby Petersburg o tym nie wiedział – złościł się Julian. – Restrykcje nowe zaprowadzają, armia w Koronie i na Litwie na psy schodzi, a jakby tego mało było, redukować ją mają podług grodzieńskich ustaleń sejmowych. Mnie też już z tabeli płac skreślili i do dom odesłali. Ledwo na grosz sierocy się załapałem, bo ci od kapitana w górę asekurację na trzy procent tylko otrzymać mają.

– Siądziemy, to opowiesz, a i trza dać wam co zjeść, boście całkiem z sił opadli. – Stanisław poprowadził gości do świetlicy. – Z jadłem na przednówku krucho, ale i tak lepiej niż u zagrodników, co przed żniwami na wycug chadzają, żeby skórkę chleba powąchać.

Franciszek pozostał sam w kuźni. Siedział na zydlu przy tlącym się palenisku, do którego dorzucił – dla większego światła – kilka smolnych szczap i nadal oglądał starą szablę. Przypomniały mu się czasy sprzed ćwierćwiecza, kiedy zostawił nieboszczkę żonę i małego Stasia i jak wielu innych, co z obcą interwencją na polskiej ziemi pogodzić się nie mogli, ruszył w sukurs konfederacji barskiej, dołączając pod Sandomierzem do kompanii Józefa Bonawentury Zakrzeńskiego, który w tamtejszych stronach organizował zbrojne kupy szlachty i plebejuszy do wojny za wiarę i prawo. Za wiarę i prawo tylko, bo za takiego króla, jakiego Katarzyna II na tron polski usadziła, nikt głowy nadstawiać nie chciał, a i niejeden z niekłamaną radością sam by plenipotenta Rosji o czerep pudrowany skrócił. Wkrótce też na czoło partii się wybił, bo choć szlachcicem nie był, zebrać w jedno niesubordynowanych potrafił i na Moskala ich prowadzić. Nie herby i nobilitacje się wtedy liczyły, ale ręka silna, zdolna ludźmi kierować, choćby i taka, która przedtem tylko pług albo szewskie szydło dzierżyć umiała.

Tymczasem w świetlicy buzowało już w kominie, a zdrożeni wędrowcy pojadali kaszę i ser, zapijając wszystko cienkim piwem, które Stanisław rozlał do cynowych kubków.

– Nic więcej nie ma. – Zapalił lulkę. – Na przednówku nędza, a i miasto ostatnimi czasy zubożało. Na soli już takiej fortuny nie robi. Ze dwadzieścia lat będzie, jak Rakus[9] nas zagarnął i, widzi się, nieprędko puści.

– Więcej by wziął, gdyby go wojna z Francuzami nie absorbowała – mruknął Julian, żując kaszę. – A po ostatnich naszych bojach Moskal z Prusakiem nowe kawały dla siebie wydarli. Już i tak żyjemy granicą nową oddzieleni, a kto wie, co za lat parę być może.

– Powiadasz, że armia w likwidację postawiona…

– Nie inaczej. Redukcją to na razie zwą, ale przecie widać, że wszystko zrobią, aby tylko nas rozgonić. Kraj bez armii łacniej oddać carycy. W Warszawie aż huczy. Zda się, że do nowej wojny dojdzie. Regimenty ukraińskie bunty wznoszą, ale ich Moskal rozpędza, a żołnierza w swoją służbę gna.

– Jakże to?

– Ano tak. Każdemu dobry żołnierz potrzebny. Aż dziw, żeś się uchował cało, boś przecie do wojaczki zdatny. Cesarscy cię nie werbowali?

– Wykpiłem się od służby. Jak tu dragony albo huzary zjadą konie kuć, to głupka stroję, żem niby głuchy i na umyśle szwankuję. A ciebie co tu zagnało? – zagadnął przyjaciela.

– Z misją szedłem. W Warszawie zawiązała się w maju zeszłego roku konfederacja patriotów. Skumałem się z nimi, zanim redukcja mnie objęła. Potem wysłali do austriackiego zaboru ludzi werbować dla przyszłej insurekcji i broń zbierać. Takich jak ja poszło wielu. Do kompanii Maćka wziąłem, żeby raźniej było, a i gdyby mnie po drodze gdzie ubili, to może choć on wróci i zda sprawę.

– Tylko mi nie gadaj, że kosą się będzie żąć Moskala.

– Jutro ci powiem, co i jak robić, żeby się kosa do walki nadawała.

– Lepiej mów teraz, bo o świtaniu kuć zaczynam.

Zamiast opowiadać, Julian zza cholewy wyciągnął złożony równo półarkusik papieru, na którym dokładnie wyrysowano, jak ma wyglądać powstańcza broń, do niedawna funkcjonująca jeszcze jako gospodarskie narzędzie. Każda kosa miała piętkę z otworem. Piętkę należało wyprostować, zaokrąglić na końcu i wybić dodatkowy otwór. W przypadku rzezaków prócz piętki trzeba było wyprostować, rozklepać i zaostrzyć w szeroki grot ogonek służący do osadzania rączki. Nad instrukcją pracowała ponoć tajna komisja, której wytyczne przesyłał przebywający na emigracji sam generał Kościuszko, desygnowany przez warszawskich konspiratorów – tak przynajmniej twierdził Zakrzeński – na przyszłego dyktatora insurekcji.

Długo jeszcze siedzieli i rozprawiali cicho o sobie tylko wiadomych sprawach, o czasach szkolnych i wspólnej służbie w odległym warszawskim garnizonie, skąd dwa lata temu powędrowali na Litwę w sukurs walczącym z Moskalami oddziałom.

Siedzący na ławce pod oknem Maciek słuchał wszystkiego z rozdziawioną gębą. Chłonął każde słowo panicza i jego przyjaciela. Nie przypuszczał, że tych dwóch może łączyć aż tak wiele. Wspomnienia krążyły tymczasem wysoko pod powałą izby, rozpalały namiętności i chęć do czynu. Serce chłopaka rozsadzała duma, że siedzi w towarzystwie tęgich zabijaków, którym z niejednego patrontasza[10] dane było proch wąchać na długiej wojennej wyprawie. Zmęczenie i senność wzięły jednak górę nad ciekawością i syty wrażeń chłopak, owinąwszy się derką, zasnął, marząc o wojnach w odległych krainach.

Posnęli wkrótce i obaj kompani. Stach odstąpił swoje łóżko Julianowi, a sam powędrował na stryszek nad kuźnią, gdzie w grochowinach i sianie wymościł sobie wygodne leże.

Nie spał tylko stary kowal, któremu w duszy odżyły nagle wydarzenia sprzed ćwierćwiecza. Konfederacka szabla przypomniała o dawnych klęskach i upadku Rzeczypospolitej, której nie zdołała obronić garstka straceńców. Siedział na zydlu przed paleniskiem i gładził głownię broni…

Jak żywy stanął nagle obraz potyczki pod Sandomierzem, gdy z towarzyszami, wśród których był również ojciec Juliana, bronili się na Salve Regina. Zastępy Moskali co i raz próbowały zdobywać wzgórze, jednak trzy armatki konfederackie, celnie wymierzone w ciżbę atakujących, spędzały ją skutecznie aż na nadwiślańskie łąki. Prochu było jednak coraz mniej, a i kamienie[11] ołowiu szybko topniały.

Kiedy już ostatnie kule stemplami przybito, a z konfederackich szeregów pozostała garstka zaledwie poranionych i oczadziałych prochem żołnierzy, zdecydowano się na ostatni desperacki krok. Połapawszy niedobitki koni, wsiedli, czasem po dwóch, i ostatnim, szaleńczym i przeczącym zupełnie wszelkiej logice wysiłkiem uderzyli. Kilkadziesiąt szabel zajaśniało krótko wśród dymów i wybuchów, kilkadziesiąt głów przylgnęło do końskich karków, a z zaschniętych gardeł dobywał się szept – bo na śpiew brakowało sił – bojowej pieśni konfederackiej:

Chwała Ci, Panno, Patronko tej ziemi,

Tej naszej nędznej dziś Rzeczpospolitej,

A miejże baczność nad sługami swymi,

Co Ci krew leją w ilości obfitej.

Rota rosyjskich jegrów nie zdołała powstrzymać uderzenia. Konfederaci wpadli na nią akurat wtedy, gdy pierwszy szereg kończył nabijać broń. W ruch poszły szable i pałasze, gdzieniegdzie fuknął ogniem pistolet. Niejeden z nich pierwszy raz był w takowej bitwie i przypominając sobie dawne, dziecinne jeszcze potykanie się w palcaty[12], ciął precyzyjnie, jak po lekcjach fechtunku pod bokiem ojca czy dziada czynionych. Proporczyki lanc pruły powietrze i z impetem grzęzły w brzuchach i piersiach oniemiałych jegrów i grenadierów. Rosjanie przeważali jednak znacznie wyszkoleniem i dyscypliną. Garstka partyzantów dosłownie utonęła w zielonym tłumie. Niejeden tęgi rębajło, zanim padł skłuty bagnetami, zdążył posłać do piekła spory zastęp Moskali. Ostatnich szesnastu barzan[13], którzy wyrwali się z matni, dopadło traktu krakowskiego – jedynej wolnej drogi odwrotu. Goniły ich muszkieterskie i jegierskie kule, z których wszakże żadna – oprócz dziur w wylotach kontuszy i połach kapot – znacznej nie uczyniła krzywdy.

Gnali co koń wyskoczy, chcąc jak najprędzej oddalić się od najeźdźcy, który zadowolony ze zdobycia kolejnego punktu oporu, nawet nie usiłował ich ścigać. Zatrzymali się dopiero pod Zawierzbiem nad samą Wisłą. Rozpuścili na paszę spienione konie, odpoczywali i opatrywali rannych. I oto nagle, nie wiedzieć jak i skąd, stanął naprzeciw nich szwadron dragonów. Spieszeni konfederaci nie mieli szans z przeważającym wrogiem. Z życiem uchodził ten, któremu udało się dopaść konia, wypalić z pistolców, a potem uciekać, gdzie oczy poniosą.

Dragoni, z koni nie zsiadając, w przepisowym szyku oddali salwę, a potem uderzyli na obozujących Polaków. Rzeź to już była, nie potykanie się z przeciwnikiem. Kto konia pod sobą nie miał, ginął pod szablami. Ostatni spieszeni – jak żubry, co zadami się ku obronie stykają, łby rogate groźnie nadstawiając – zbili się w koło najeżone bronią. Placu nie oddawszy, padli jak jeden.

Zakrzeński, pod którym ubito konia, przeleciał przez łeb na ziemię. Tam dopadł go oficer dragonów i bezbronnego ciął szablą. Ta omsknęła się jednak i zamiast na głowie wylądowała na piersi chronionej przez ryngraf z wyobrażoną w barwnej emalii Matką Bożą. Cios był tak silny, że ryngraf omal nie pękł na dwoje, a po Madonnie pozostał pusty kontur. Konfederat zasłonił twarz przed powtórnym cięciem i zdążył wyszeptać: Królowo anielska…, gdy poczuł nagle, że wali się nań ogromny ciężar. Odemknął oczy i zobaczył leżącego na sobie dragona z rozłupaną czaszką. Na tle zasnutego dymem i kurzem nieba spostrzegł zwalistą sylwetkę Krzysztofczyka z ociekającym krwią nieodłącznym, osadzonym na długim stylisku młotkiem.

– Dzierżyj, waść! – Żylasta kowalska łapa wciągnęła oniemiałego Zakrzeńskiego na siodło…

Złote łzy świtu zastygły na pogiętym ryngrafie. To już tyle lat… Ów kawałek blachy, który kiedyś wyratował Józefa Bonawenturę od niechybnej śmierci, obracały niespokojnie spracowane silne dłonie. Krzysztofczyk obiecał wiernemu druhowi, że rychło naprawi i odda po wojnie przy najbliższym spotkaniu. Lata mijały i nie spotkali się więcej. Po upadku konfederacji drogi się rozeszły: Józef zniknął gdzieś w świecie, a Franciszek wrócił do swej kuźni. Traktat rozbiorowy rozdzielił ich na zawsze.

Ledwie słońce liznęło zasnuty mgłą horyzont, a z warsztatu dobiegło metaliczne kucie. Rozsypało się po okolicznych polach i łęgach nadrzecznych tysiącami dzwonków. Pierwsze uderzenia młota spędziły z kowadła zaspane krople rosy. Stanisław pracował z niemal automatyczną precyzją. Jego półnagie ciało lśniło węzłami żył w nikłym świetle paleniska i wschodzącego słońca, a liczne blizny po oparzeniach i pchnięciach bagnetem nadawały mu wygląd człowieka starego i steranego życiem, mimo że dochodził dopiero lat Chrystusowych.

– Machaj, Pietrek, machaj! – ponaglał co chwila stojącego za miechem młodego, piętnastoletniego co najwyżej chłopaka o dużych zielonych, zapatrzonych Bóg wie gdzie oczach. – A szybko, bo ogień przygasa!

Odgłosy pracy zbudziły całą kuźnię. Julian, który wstał był już dość dawno, przemywszy się nieco w stojącym w sionce cebrzyku, otulony artyleryjską kurtką stał oparty o framugę i z założonymi na piersiach rękami przyglądał się w milczeniu pracy przyjaciela. Pod wprawnymi uderzeniami narzędzia żniwiarzy w mig stawały się straszną bronią. Stanisław nie musiał nawet spoglądać na instrukcję. Spamiętał wszystko dokładnie.

– Wystarczy. – Odłożył młot, a piętkę kosy zahartował w węborku[14] z wodą.

– Zdałbyś się teraz Rzeczypospolitej – odezwał się Julian. – Potrzeba będzie kowali i rzemieślników. Każda para rąk tam zdatna.

– Jam cesarski poddany, nie Rzeczypospolitej obywatel. – Krzysztofczyk okrył się burką i przysiadł na progu kuźni. – Od pacholęcia nawykłem do tego, że moi panowie we Wiedniu posadowieni, nie w Warszawie.

– Czyś ty całkiem zdurniał?! – Zakrzeński dopadł przyjaciela. – Cesarski poddany?! I to mówisz ty, któryś jeszcze dwa lata temu chodził pod polskimi znakami Najjaśniejszej Rzeczypospolitej bronić?! Chybaś zgłupiał, że takowe farmazony wygadujesz!

Stanisław ze stoickim spokojem nabił lulkę, zapalił i z lubością zaciągnął się dymem. Na pytanie Juliana nie odpowiedział. Zmrużył oczy i zwróciwszy twarz ku słońcu, zastygł w bezruchu.

– Ty myślisz, że ja tu dla własnej wygody jestem? Że mnie nic lepszego do łba nie przychodzi, tylko taplać się po bocheńskich błotach? Żaden dla mnie honor tyłek moczyć! – Zakrzeński wpadł w pasję. – Powiesz pewnie, żem durny szlachciura, który winien gospodarstwa pilnować, a nie błąkać się, gdzie licho nie śpi, ale wiedz, że mnie dobro ojczyzny na sercu postawione i choćbym miał zdechnąć, to zdechnę dla niej. Dla niej! Pojmujesz, Stasiu?!

Krzysztofczyk zerwał się nagle i zrzuciwszy burkę z pleców, stanął przed przyjacielem w samych zgrzebnych czechczerach[15] i skórzanym fartuchu. Złapał go za poły munduru i przyciągnął ku sobie.

– Niech się więc waćpanu nie zdaje, żem pogodzony z tym, co się stało! – Potrząsnął Julianem. – A to wiedz, że i ja chciałbym w Rzeczypospolitej mieszkać; w orżniętej jak kawał sukna przez ościennych drabów, ale w Rzeczypospolitej!

– Mogłeś zostać przecież.

– I starego ojca na pastwę losu i rakuskiego łajdactwa zostawić? Matki prochy… Matuś moja ze dwadzieścia lat już w świętej ziemi leży… Kto miałby tu rządzić? Pietrek? Ledwo od ziemi odrósł i podkowy odkuwać się nauczył. Komu miałbym to wszystko zostawić?

– Inny byłeś kiedyś… – Zakrzeński zmrużył oczy. – Inny i inaczej na imponderabilia patrzyłeś. Nie było lepszego żołnierza w kompanii Sulatyckiego. Cały regiment Działyńskiego o tobie prawił, gdzie tylko jaka sposobność była.

– Bom ze zwykłej służby, bez niczyjej łaski, od prostego gemajna[16] do unteroficera doszedł. Mnie nikt szarży nie kupował ani w oficerskich szkołach nie kształcił. Sam wszystko musiałem zdobyć i kapralskie kije na dupie poczuć, żeby wiedzieć, co to służba. Tyś szlachcic, tobie zawsze łatwiej było o awans i wyższy lenung[17].

– Mnie nikt szlifów nie kupował – oburzył się Julian – a w szkołach instruktory niejedną rózgę na łbie połamali, zanim pojąłem geometrię i jak ją w poligonie stosować. Od pół roku złamanego tynfa[18] nie widziałem i gdyby nie ojciec mój, pewnikiem skapiałbym jak komornik na wycugu. Maciek świadkiem, bo był ze mną w garnizonie, że cholewy butów obrzynałem i skóręśmy gotowali, jak nic innego nie było. W korpusie powiadali, że jak buty zjemy, boso przyjdzie wojować.

– I cóż mi z tego? Ja wojowanie skończyłem. Nawet wtedy, gdyśmy pod Zelwę szli, już ojczyzny nie miałem. Nie wiesz i nigdy się nie dowiesz, co to znaczy mieć dom, ojca i prochy matki zakordonowane. Tam w boje chadzać, a tu nie móc wrócić!

– To nie tak… Wiesz przecież, Stachu, że nie tak…

– Tam masz kosy odkute. – Krzysztofczyk wskazał za siebie, gdzie przy palenisku w równym rządku stały, oparte o ławkę, ostrza groźnej broni. – Zapłaty od ciebie nie chcę, boś mój druh serdeczny. Zabierz, co twoje, i bywaj zdrów.

Julian z niedowierzaniem patrzył na Stanisława. Nie potrafił wytłumaczyć sobie tego, co zaszło w duszy i sercu przyjaciela. Skąd ta obojętność na sprawy, za które jeszcze nie tak dawno dałby się zabić w pierwszym szeregu?

Krzysztofczyk tymczasem obmył się w cebrzyku, zrzucił fartuch, wciągnął na grzbiet koszulę i kubrak, wyszedł z kuźni na gościniec i popatrując w niebo, mruknął do siebie:

– Znów drogi pozalewa i Hirsch z rudą nie dojedzie, psiakrew!

– Dureń jesteś! – rzucił w nerwach Zakrzeński. – Dureń, bo nie takiego cię znałem. Tam, w Koronie i na Litwie, armia w redukcję oddana, zatwierdzony dekret Igelströma wykonywać mają, a tobie we łbie jedno: że ci Żyd na czas rudy nie dowiezie.

– Bo z tego żyję! – odciął się Stanisław. – Z kucia, klepania i podkuwania. A co do dekretu, pokażę ja ci dekret, Juleczku! Ba, dekret, ja ci taki uniwersał pokażę, że cię pierw zatka, a potem się wszystkiemu dziwić przestaniesz!

To mówiąc, na chwilę zniknął w sąsiadującym z warsztatem alkierzu, by wrócić z arkuszem papieru zapisanym równym pismem.

– Masz tedy, przyjacielu, poczytaj sobie.

Oczy Juliana, początkowo bezładnie biegające po rozwiniętym rulonie, skupiły się nagle w jednym punkcie i długo odeń oderwać się nie mogły.

Krzysztofczyk drwił:

– A co, nie mówiłem, że cię zatka?!

– To niemożliwe! Toż to kaduka prawo!

– Kaduka, powiadasz? Widziałeś cyfry na górze?

– My, Maria Teresa z Łaski Bożej Cesarzowa Rzymska etc… – Zakrzeński czytał powoli, a zaraz potem wściekle rzucił: – Ale to niemożebne, by cudze ziemie krajać jak postaw sukna!

– Słowo ciałem się stało! – Stach wyrwał pismo z rąk przyjaciela i przybrawszy błazeńską pozę, czytał dalej: – Ponieważ przejrzawszy niniejszy Polski stan, My z imperatorowej rosyjskiej i króla pruskiego dworem złączywszy się, radę uczyniliśmy, które z osobna nam do niektórych tego królestwa prowincji z dawna należą się i rzeczą samą teraz odebrać; My ten kraj, jako cząstkę Naszym prawom powinną, wojsku naszemu objąć kazaliśmy…

– Dość! Toż to gwałt! – przerwał mu Julian.

– A my pod tym gwałtem już dwudziesty drugi rok żyjem – za plecami usłyszał cichy głos starego Krzysztofczyka. – Nikt tam o nas w Warszawie nie pyta ani nie wspomni, a przecież i my Polacy jak tamci.

– Więc jarzmo obce trza zrzucić i do insurekcji akces uczynić!

– Próbowali ojcowie nasi, próbowaliśmy i my. I co? Za każdym razem Rzeczpospolita mniejsza. Raz jeszcze spróbujcie, a wcale jej nie obaczym – rzucił Stanisław i wyszedł z kuźni na gościniec.

– Stach! – Zakrzeński próbował go zatrzymać.

– Ostawcie go. Niech idzie. – Stary Krzysztofczyk złapał Juliana za ramię. – Czasem tak trzeba.

Wiosenny, ostry wiatr drażnił nozdrza zapachem mokrej ziemi, wdzierał się pod kapotę i koszulę, wyganiając resztki ciepła. Stanisław otulił się szczelnie i ruszył przez pola ku Wiśle. Lepkie błoto mlaskało pod butami, gdy zszedł z gościńca na polną drogę. Z pozoru obojętny na sprawy, z którymi przybył doń przyjaciel, niósł w sercu ogromny ból i ciężar gnący do ziemi jego zwalistą sylwetkę.

Z rozrzewnieniem wspomniał czas, gdy podczas obrad Sejmu zwanego Wielkim stali całym regimentem na warszawskich zamkowych podworcach, pilnując, by żaden pomyleniec nie zamieszał postanowień pamiętnych majowych obrad. Ileż wtedy było zapału i uniesienia, choć przecie stróżowali na Zamku noc całą z 2 na 3 maja 1791 roku i cały trzeciomajowy wtorek. W porannym słońcu żółciły się wyłogi granatowych mundurów, lśniły cynkowe blachy kaszkietów, zaś wypolerowane szable, bagnety i lufy karabinów łapały w siebie promienie i rozbijały je w tysiące słońc. A potem? Potem, gdy przyszło w obronie tejże konstytucji karku nadstawić, poszedł wraz z regimentem na daleką Litwę i Ruś Czarną, w kraje odległe od rodzinnych stron tak daleko, że aż zamorskimi się wydawały. Ukochał wtedy ponad wszystko na świecie miarowy rytm butów sunącej do ataku piechoty i obronne trwanie w miejscu pod ciągłym ogniem z nerwami napiętymi jak postronki, gdy życie, wystawione na największy hazard, w jednej chwili postradać można.

Sam nie wiedząc kiedy, stanął nad brzegiem Wisły. Rzeka nabrzmiała brudem wszelakim i złogiem, które zima po sobie w przepaściach górskich zostawia, wartko i złowieszczo toczyła swe wody. Jakby drwiła ze wszystkiego i wszystkich, którzy chcieliby stanąć na jej drodze. Na tym i na tamtym brzegu ziemia taka sama, zorana i brzemienna czekającym słońca i ciepła złocistym ziarnem. Gorzki jednak chleb na tym brzegu z nowego zboża będzie; gorzki, bo już od prawie ćwierćwiecza obcy, pod obcym berłem wypiekany.

Łzy same do oczu nabiegły i w kudłatą brodę wsiąkły. Krzysztofczyk, choć już nie pacholę ani młodzieniec, rozrzewnił się niczym smark ledwie od ziemi odrosły. Jawiły mu się marsze i potyczki, wielkie bitwy, gdy z Moskalem się ścierali na bagnety, a wszystko to po tamtej stronie Wisły, gdzie i szkoła niegdyś była nieukończona, bo przerwana nagłą potrzebą ucieczki w samodzielny świat, i na poły cygańskie, obozowe życie pod namiotami na manewrach pod Gołębiem, i ujazdowski zamek, gdzie stali skoszarowani.

Przybyły ubiegłej nocy przyjaciel zburzył cały dotychczasowy, pozorny spokój, opokę cichej desperacji i pogodzenia się z losem kierowanym przez wielkich tego świata. Na nowo odżyły wspomnienia i żądze przygód, dla których obaj zdolni byli do największych szaleństw. Tym razem jednak nie o przygodę tu szło, ale o hazard największy, na szali którego legło dobro matki rozdartej i podeptanej przez trzy czarne orły, co roku szczuplejszej i umniejszanej, upodlonej i zhańbionej, z której uczyniono pośmiewisko ościennych mocarstw. Kraj Piastów, Jagiellonów, Batorych i Sobieskich wyrodził się we wrzód ropą cuchnącą nabiegły, na którym sprzedajne łajdactwo używało jak na taniej dziwce.

– Jezu, co czynić?! – załkał w sobie i krzyżyk żelazny, w dzień chrztu ręką ojca odkuty, co go na piersi nosił, mocno w garści ścisnął. – Co czynić?!

– Ja go do niczego nie mam prawa namawiać ani przymuszać tym bardziej. – Stary Krzysztofczyk cedził każde słowo. – Zechce, to pójdzie z wami. Znacie go przecie, boście razem ze szkoły do wielkiego świata w kamasze uciekli.

– Ale co się stało, że taki zawzięty na moje słowa?

– Miałem nie gadać, ale powiem, bo komu innemu? Wy przecie druh jego serdeczny. Pamiętacie, jakeście wojnę o konstytucję przegrali i czas było do dom wracać?

– Pamiętam.

– Ledwo przez granicę się przedarł i do domu wrócił, a już następnego dnia czterech huzarów z oficerem zjechało pod kuźnię, niby konie kuć, a po prawdzie węszyć, bo – jak powiadali – kupa uciekinierów z polskiego wojska po wojnie z Moskalem przegranej do Galicji uchodzi. Zaraz się też Staszkiem moim zainteresowali. Pytali, skąd się tu wziął, skoro jeszcze dwie niedziele temu nikogo, prócz Pietrka, do pomocy nie miałem.

– Powiadał, że się wyłgał od cesarskiej służby, że głupka stroi, co to głuchy i niemota.

– A co miał rzec? O takowych sprawach łatwo się nie gada. Cudem z łap kostuchy się wydarł.

– Jakże to?

– Zanim, jak powiadacie, głupka stroić zaczął, przyjechało tu paru unteroficerów z listą, wedle której syn mój winien jest stawić się do asenterunku[19]. Pech chciał, że akurat głupiego stroić się nie dało, bo go ujrzeli, jak sobie z dziewuchą w opłotkach gwarzy. Wziąć się jednak tak łatwo nie dał. Trzech obił, że ledwo uszli z życiem. Za dnia nic wskórać nie mogli, to nocą nas naszli, jak zbóje. Całą kupą się na niego zwalili i drabiną przygnietli do ściany. Mnie starego, chociażem nie ułomek jeszcze, ławą do pieca przydusili i nie zwolnili, dopóki Stasia jak ciołka nie spętali. Zanim go wzięli, niejednemu kulasy poprzetrącał. I tak dobrze, że żadnego nie ubił, bo za to stryk grozi.

– A potem?

– W kamasze wzięli gdzieś aż za Ołomuniec czy Morawską Ostrawę, ale długo tam nie siedział, bo trzy miesiące nie minęły, a już był z powrotem. Powiadał, że go urlopowali, ale widać było od razu, że dezerter: bez munduru, brudny i głodny, jakby go ścigali. Zaszył się na stryszku i na robotę schodził tylko wtedy, jak nikogo w obejściu nie było, ale przecie całe życie ukrywać się nie sposób. Węszyli tu za nim i dopadli wreszcie, jak razu pewnego nos wychylił i na rynek zaszedł do kramów w dzień jarmarczny. Łatwo wziąć się nie dał, dopiero jak mu lufy do łba przystawiono, odeszła go para i dał się powlec.

– I nie ubili za dezercję? – Zakrzeński coraz szerzej otwierał oczy ze zdumienia.

– Odesłali go do regimentu i tam przez kije przeszedł. Nie wiem, kto go wtedy od śmierci ustrzegł, Bóg czy czort, ale przeżył i cudem do sił wrócił, choć mu o mało grzbietu nie przetrącili. Ze dwa miesiące w lazarecie przeleżał jak skóra z diabła, a ledwo tylko na nogi stanął, od razu o ucieczce myślał. Medyk tamtejszy, Polak, odwiódł go od tego zamiaru i zaświadczył w dowództwie, że Stanisław całkiem do służby niezdatny, że ogłuchł i oniemiał od bicia i nijak dogadać się z nim nie idzie. Uwierzyli widać, bo jak tylko ducha i siły odzyskał, zaraz do domu wrócił. Sam zacząłem wierzyć, że na umyśle szwankuje, bo z nikim nie gadał, mało co z chałupy wychodził. Zarósł jak cap, że ledwo go poznać. Tylko te ślepia zimne, stalowe spod kudłów znać było. Sam nieraz się bałem tych oczu, gdy tak patrzył przed siebie w zamyśleniu, jakby go już wśród żywych nie było. Dopiero jakoś tak przed ostatnimi Godami na zydlu przy kuźni przysiadł i mówi przytomnie: Dajcie mi, ojciec, jaką robotę, bo mnie żałość żywcem zeżre.

– I daliście?

– Dałem. Zapomnienia w niej szukał. Radowałem się, że kowalskiego rzemiosła, com go sam wyuczył, nie zapomniał. O wojnie i rakuskiej służbie gadać nie chciał. Najbardziej go bolało, że dla polskich awansów żadnego honoru nie mieli, nie uszanowali patentu na feldfebla[20], tylko prostego rekruta z niego zrobili i karabin nabijać uczyć chcieli. Rzekł tylko jedno, co do dziś mnie we łbie siedzi: „My już, ojciec, sieroty obcym butem zdeptane; my już spaleni, bo popiół jeno został…”.

– Może i prawda, ale jakiś ogień tli się jeszcze i są tacy, co chcieliby raz jeszcze wielkość i niezawisłość zobaczyć! W Wielkopolsce, co pod pruskie poszła władanie, naród do walki sposobny. Dać tylko hasło, a pójdą na każde wezwanie! Tu też trza ludzi światłych znaleźć, co innych poprowadzą!

– Nie patrzcie tak na mnie. – Stary kowal zaprzeczył głową. – Mnie już nie pora, choć wiem, co to w polu z bronią stawać, i sam Moskali sporo natłukłem. Tu nikogo waszmość nie znajdziesz, bo całe jedno pokolenie pod obcym jarzmem zrodzone i pod nim pewnie pomrze. Dla takich panem jest cesarz we Wiedniu, a matką Austria.

– Stach też tak gada, a przecie w wolności jeszcze zrodzony.

– To z przekory i rozpaczy. Zarzekł się, że do żadnej wojaczki nikt ani po dobroci, ani po niewoli go nie nakłoni.

Stanisław nie wracał. Pietrek, który po robocie Uście niemal całe obleciał, nie potrafił go znaleźć, choć znał wszystkie miejsca, gdzie majster mógł bywać. Wszystko na nic. Przyniósł za to wiadomość, że od Niedar szwadron huzarów przeszedł i na Strzelce się skierował, a za nim piechota idzie – tak na oko pół kompanii.

– Chyba staną na popas – mówił. – Huzary poszły dalej, ale piechota pewnikiem zostanie. Już ronty stawiają.

– Może nie chodźcie teraz na przeprawę. Czas niebezpieczny. Przy promie zawsze żandarm stoi i każdemu do kalet zagląda – odradzał Julianowi stary Krzysztofczyk. – Stach przyjdzie, to przeprowadzi. Zna brody.

– To może ja poprowadzę? – wyrwał się Pietrek.

– Ty lepiej siedź i głupot nie gadaj!

– Sami pójdziemy – zadecydował Julian. – Na nas pora. Już i tak za długo tu siedzimy, a wojsko nad granicą tak czy inaczej zawsze stać będzie. Jak szedłem na tę stronę, też ronty przy mostach i brodach widziałem.

– Wejdźcie w łęgi. Na przeprawę wyjdziecie, jak się ściemni – doradził stary kowal, a sięgnąwszy za nadrę[21], dobył niewielki pakunek, który wręczył Zakrzeńskiemu. – To dla was, a właściwie dla ojca. Oddajcie i kłaniajcie się od starego kompaniona.

Rozdział I

Za kordon

Noc już była, gdy Zakrzeński z Maćkiem dotarli do brzegów Wisły. Na bezchmurnym niebie połyskiwały gwiazdy. Chmury, które przez dzień cały zwiastowały rychły deszcz, gdzieś się rozpierzchły, ustąpiła wilgoć. Powietrze było suche i tylko od wody ciągnęło chłodem. Wedle zapewnień starego Krzysztofczyka do promu przez Wisłę powinno być już niedaleko. Wkrótce też go ujrzeli, jak nieporuszony stał płasko na wodzie. Plac wokół budy przewoźnika oświetlała żółta, wisząca tuż nad samą wodą, latarnia na długim drągu. Identyczna połyskiwała po drugiej stronie rzeki.

– Panie, może by tak nie iść teraz? – Maciek trwożliwie rozglądał się wokół.

– Cichaj, głupi. A cóż nam się stać może? Żywego ducha tu teraz nie uświadczy. Przepłyniemy i zaraz w Koronie będziemy.

– Boję się, panie.

– To zawróć i idź spać do kuźni! – zrugał go Julian. – I skończ z tym panem!

Podeszli do budy przewoźnika. Wydawała się pusta i bez życia.

– Jest tam kto?! – Zakrzeński załomotał w byle jak sklecone drzwi. – Za Wisłę chcemy!

Drzwi otwarły się z łoskotem, lecz zamiast spodziewanego przewoźnika przed Zakrzeńskim stanął nagle oficer austriackiej piechoty. Jego sylwetka odcinała się wyraźnie białą plamą munduru na ciemnym tle szopy.

– Za Wisłę? – uśmiechnął się ironicznie. – A papiery waszmość posiada? Bez paszportów nie przeprawiamy.

Jak spod ziemi za plecami Juliana i Maćka wyrośli czterej fizylierzy[22] z bronią gotową do strzału. W zimnym świetle latarni złowrogo połyskiwały nagie żądła bagnetów. Stali tak przez chwilę – Julian i Maciek zaskoczeni i zupełnie oniemieli, zaś żołnierze – wyczekujący i gotowi na wszystko.

– Jaśnie panie, ja nie winien! Jaśnie panie, takie prawo teraz! – Z szopy wychynął skurczony przewoźnik. Mnąc w dłoniach spilśnioną czapkę i przestępując z nogi na nogę, spoglądał błagalnie na Zakrzeńskiego.

– Stul pysk! – osadził go w miejscu oficer, a zbliżywszy się do Juliana, ponowił pytanie: – No, to jak będzie z dokumentami?

Ten powstrzymał go gestem dłoni, po czym sięgnął za nadrę. Nagły błysk i w jednym momencie ciszę wieczoru wypełnił huk wystrzału. Oficer nie zdążył nawet pożegnać się z tym światem niemieckim mein Gott!, gdy legł na wznak bez twarzy. Zakrzeński wykorzystał chwilę wahania pozostałych i dał nura do szopy. Maciek zaś, gdy tylko padł strzał, odepchnął najbliżej stojącego fizyliera i prysnął w ciemność. Kula za nim posłana nie wyrządziła mu żadnej krzywdy.

Julian, wtulony w róg szopy, pospiesznie ładował pistolet. Tymczasem żołnierze obstąpili wejście. Zachybotała żółta latarnia i zatoczywszy łuk, wpadła do środka. Rozlany łój trysnął na boki, jasnym płomieniem liżąc drewnianą ścianę. Teraz mieli go jak na dłoni. Zdążył jeszcze wypalić prosto w skrzyżowane na piersiach lederwerki[23] najbliższego fizyliera, którego krótkie Christ… było ostatnim słowem. Trzej pozostali, nie mierząc, oddali salwę i z bagnetami rzucili się ku Julianowi, który porwawszy z ziemi karabin, odparł pierwsze ciosy.

Gdyby szli na szable, może dałby im radę. Na bagnety jednak walczyć nie umiał. Odparował ze dwa-trzy pchnięcia, gdy nagle wnętrzności przeszył mu ogień, a w ustach rozlała się gęsta, słodka wilgoć. Bagnet Austriaka zagłębił się aż po karabinową lufę w ciele emisariusza…

To, co stało się później, przeszło ich najgorsze oczekiwania. Oto bowiem gdy pierwszy z żołdaków wychylił głowę z szopy, osunął się z jękiem pod żelaznym ciosem młotka i legł obok martwego dowódcy. Drugiego powalił strzał z pistoletu, zaś trzeci, który opuścił płonącą szopę, tylko przez chwilę usiłował bronić się kolbą karabinu. Wkrótce i on leżał pod ścianą z wgniecioną w mózg blachą kaszkietu.

Z cienia wychynął Krzysztofczyk. W ognistej poświacie podobny bardziej do upiora niż człowieka. Spocony i zziajany stał przez chwilę na pobojowisku, podziwiając zimnym wzrokiem swe dzieło. Otrząsnął się z letargu i kroki swe skierował ku wejściu szopy, w którym majaczyła zgięta wpół i jęcząca z bólu postać.

– Julek! – Dopadł rannego przyjaciela. – Na rany Chrystusa, Julek!

Zakrzeński pluł krwią i bezskutecznie usiłował powstrzymać wypływające wnętrzności. Gasnącym wzrokiem na moment spojrzał przytomnie w oczy przyjaciela.

– Obiecaj mi, że dostarczysz broń i dokumenty do Warszawy… Sprzysiężeni czekają… – Złapał Stanisława za poły kapoty. – Obiecaj mi, na Boga… obiecaj, Stasiu…

– Obiecuję – głucho wyszeptał Krzysztofczyk. – Będzie, jako chcesz…

– Weź to. – Resztą sił podał przyjacielowi zawiniątko.

– Co to?

– Ojciec mój ci powie… Twój kazał oddać… Ja już nie zdążę… Jedź… powiedz moim, żem nie na darmo pomarł, że dla Rzeczypospolitej… matki naszej…

– Razem pojedziemy… – Stanisław kułakiem zatkał sobie usta, by nie wybuchnąć płaczem.

– Potrzeby wszy… stkie, coś u nas zostawił po wojnie ostatniej, oj… ciec mój ci odda… – słowa rwały się coraz bardziej, głos przechodził w szept.

Zakrzeński gasł w oczach, a Krzysztofczyk po raz pierwszy od śmierci matki płakał rzewnymi łzami. Nawet wojna, rany odniesione w walkach i austriackie kije nie wywołały w nim tyle bólu co śmierć przyjaciela. Zdążył jeszcze wyszeptać: Requiem aeternam…, po czym zesztywniałymi od zakrzepłej krwi palcami zamknął na wieki oczy przyjaciela. Grozę nocy dopełnił nagle łoskot zapadającego się, wypalonego dachu szopy.

– Nic wam nie jest? – Za plecami usłyszał drżący z żalu głos Maćka. – Skąd wy tutaj?

– Prawie od samej kuźni za wami szedłem, bom wiedział, że złego coś się stanie. Za dużo wojska się tu kręci. Nie mogliście zaczekać?

– Pan mój naglił, żeby co rychlej granicę przejść. – Parobek rozkleił się nagle i rozbeczał. – Pan mój, jegomość ubity!

– Nie becz, boś nie baba! – zrugał go Krzysztofczyk. – Pana swego na mierzyna ładuj. Do kuźni go powieziesz, tylko tak, żeby cię nikt nie widział. Trza go będzie po katolicku pochować. Ruszaj precz, bo ogień z daleka widać i Rakusy wnet się zlecą!

– A wy?

– Mnie do Korony trzeba. Wory dawaj!

Młotek na długim trzonku i pistolet wsunął za pas, na ramiona zarzucił ciężkie worki i chwiejnym krokiem wszedł na prom. Przewoźnik, stojący dotychczas na uboczu, wystraszony i milczący, ruszył pokornie za Stanisławem.

– Ktoś jest? – Krzysztofczyk osadził go w miejscu.

– Wojtek Klasa z Podlesia.

– Ruszaj tedy, póki z tamtej strony Dońców nie ma. Pewno jeszcze strzelby nie słyszeli i nie zoczyli ognia, inaczej już by byli. Z nimi tak łatwo nie dam sobie rady.

– Mocną rękę macie. Wyście kowal ze Starych Niedar!

– Zamilknij! – Złapał przewoźnika za gardło i wzrokiem zimnym, trupim wbił się w zastrachane ślepia. – Wydasz mnie, a skończysz jak tamci!

– Jak ich znajdą, to mnie pewnikiem powieszą – zadrżał Klasa.

– Babę i dzieci masz?

– Nie.

– Tedy ze mną pójdziesz. Odbijaj!

Maciek, który zdążył załadować na koński grzbiet zwłoki Zakrzeńskiego, stał na brzegu i z żalem okrutnym patrzył za odpływającymi. Potem, poganiając mierzyna, jak najszybciej udał się do kuźni donieść o tragedii i postanowieniu Krzysztofczyka.

Trzeci dzień w drodze. Ciężkie wory przeszkadzają w marszu, ale Krzysztofczyk uparł się, by dźwigać dalej. Wie, że broń kupiona dla przyszłych insurgentów jest święta, jak święte jest słowo dane in articulo mortis[24]…

Idą w milczeniu. Stanisław nieobecny, przygnieciony ciężarem śmierci przyjaciela. W duszy grają regimentowe werble, głuche stuknięcia oznajmiają dobite stemplami ładunki. Chrzęst odwodzonych kurków. Najpiękniejsza muzyka prostych komend. Twarz na moment się rozjaśnia na wspomnienie wojennego rzemiosła, lecz zaraz potem lodowacieje, jakby czaiła się w niej śmierć.

Droga dłuży się w nieskończoność, choć do majątku Zakrzeńskich coraz bliżej. Wiosenne roztopy nie pozwalają na szybki marsz. Stanisław idzie na pamięć. U przyjaciela był w swym życiu dwa razy. Pierwszy – jeszcze w szkolnych czasach, gdy skwarna kanikuła nastała i Julian na krótkie wakacje go zaprosił. Niewiele z tamtego czasu pamiętał, ot tyle, że z fuzji strzelać się uczył i na zające, kuropatwy razem chadzali; że dziewuchy z majątku podglądać chodzili, gdy te, gołe, w Koprzywiance się kąpały. Potem, by niezdrowe ciągoty ku nim w sobie zagłuszyć, na oklep konno ganiali po bezdrożach i łęgach, aż pod Sandomierz się zapędzając.

Piękny to był czas dla młodego kowala, który do tej pory widział jedynie ojcowską kuźnię i trochę Krakowa z okien szkoły. Dopiero później, gdy obaj w świat uciekli i światowej stołeczności warszawskiej powąchali, otworzyły mu się oczy na życie, na ludzi. Zaciąg do stołecznego garnizonu i późniejsza wojna pokazały uroki i przekleństwa człowieczej doli.

Drugi i ostatni raz zawitał do gościnnego dworu, kiedy po wojnie z Moskalem do domu, za austriacki kordon wracał. Mundur tam wtedy zostawił i tęsknotę za panną, która we dworze była. Nawet poznać jej bliżej nie zdołał, bo nocą – jak złodziej albo zbój – z Julianem przybył i ledwie mundur zrzucił i dla niepoznaki w chłopskie łachy się wcisnął, ruszać musiał, by jak najszybciej Wisłę przekroczyć. Zapamiętał jedynie oczu dwoje – pereł czarnych, błyszczących i twarz barwy miodu, o ustach pełnych i zębach białych. Oskoma[25] z melancholią zmieszana zagrała w nim wtedy tonem najcięższym, gdy ją zobaczył w gieźle samym, z włosem kruczoczarnym, niedbale rozpuszczonym, jak stała na ganku z kandelabrem.

Wspomniał ją teraz i na chwilę zapomniał, dokąd i z czym zmierza. Czas stanął nagle na jesieni 1792 roku, gdy – tak jak i teraz – błota zaległy w koleinach polnych dróg, a noc otwierała swe podwoje zimnym sierpem księżyca. Chłód wdzierał się pod wilgotne sukno munduru i w zdeptane ustawicznym marszem wojskowe buciory. Wspomnienie pięknej kobiety przyszło nagle i wlało nieco ciepła i otuchy w zimną duszę wędrowca.

Świt wstawał cichy, tylko z daleka dobiegały poszczekiwania psów w opłotkach – znak, że mijali budzącą się wioskę. Pod butami mlaskało błoto – ostatni ślad po nocnej ulewie, która przemoczyła ich do cna i całkiem zepsuła humory. Zmarznięci i głodni zapadli w lasy pod Staszowem, skąd już niedaleko do dworu Zakrzeńskich.

Niebawem stanęli wedle Klimontowa. Głód i brud doskwierał jak nigdy, a nieporęczny bagaż uwierał barki i plecy. Brak snu też dawał się we znaki. Przekrwione oczy z trudem przedzierały się przez poranną, dźwigającą się znad Koprzywianki mgłę, która ciężkim mlekiem zaległa dolinę i łęgi.

Obudził się w czystej pościeli, w zagraconej dworskiej oficynie. Dawno niewietrzone pomieszczenie zalatywało myszami i ziołowym suszem, którego wielkie pęki wisiały zgrabnie upięte pod powałą. Na środku stała przedziwnej konstrukcji piramida złożona w większości z dziurawych worów, zbitych z prostych dranic[26] pak o nieznanej zawartości oraz starych, najczęściej zniszczonych i zepsutych mebli upstrzonych mysim łajnem i siwym pledem pajęczyn. Przez zmatowiałe okienko wpadały nieliczne promienie słońca. Stanisław wolno dochodził do siebie po długim śnie. W ciągu ostatnich trzech dni spał zaledwie kilka godzin, więc gdy przybyli do dworu Józefa Zakrzeńskiego, nie zdążył nawet dobrze przywitać się z ojcem przyjaciela, bo ledwie stanął w gościnnych progach, zasnął pokotem wespół z umordowanym nieludzko Wojciechem.

Leżał chwilę bez ruchu, próbując sobie przypomnieć, jak tu dotarli. Pamiętał tylko, że cisnęli na ganku ciężkie wory, które parobek zaraz sprytnie ukrył, jakby od początku wiedział, co w nich jest. Pamiętał, że ktoś zdarł zeń ciężką, namokniętą kapotę, a potem, półprzytomnego, przyprowadził tutaj.

– Wojtek? – Krzysztofczyk uniósł się na łokciach i rozejrzał po izbie. – Klasa, gdzie jesteś?

Nikt nie odpowiadał, tylko myszy harcowały wśród worów, pak i starych mebli.

Wstał więc i ogarnąwszy się nieco, wyszedł z izby. Błądząc w obejściu, dotarł do ocienionej pergolą ścieżki, wiodącej do ogrodu.

Ogród był zaniedbany, w większości zarosły starodrzewem i plątaniną chaszczy, niegdyś będących ozdobnymi krzewami. W środku zaniesionego zeszłorocznym chwastem klombu tkwiła samotnie, zbita z klepek, kwadratowa donica z martwym piszczelem pnia jakiejś egzotycznej rośliny. W najdalszym kącie ogrodu, w wykoślawionej czasem, stojącej pośród wiązów i jesionów altanie dostrzegł w pewnym momencie nieruchomo siedzącą postać. Podszedł bliżej i w sylwetce pochylonej nad usłanym papierami, niskim stolikiem rozpoznał starego Zakrzeńskiego, który niewiele sobie robiąc z całego świata i przejmującego chłodu popołudnia, wertował uważnie plik dokumentów. Stanisław już miał podejść do gospodarza i przywitać się, jak należy, gdy oto spostrzegł wyłaniającego się zza drzew drugiego, o wiele młodszego szlachcica, który podciągając hajdawery i poprawiając rozpór, zbliżył się do altany.

– I co, namyślił się waść nad moją propozycją? – Zbliżył się do Zakrzeńskiego. – Przecież ukrzywdzić was nie chcę, a intrata[27] po obu stronach będzie, bo i wam grosza wpadnie nieco, a mnie żonka jak łania.

– Coś ci powiem, panie Brochwicz – wycedził przez zęby Józef Bonawentura. – Wiem, żeś waść majętny i kiesa u waści po ojcach niemała, i że mnie ta kiesa podratować by mogła, ale córki mej ci nie oddam.

– A to czemu?

– A temu, że u waści w herbie jeleń.

– I cóż, że jeleń?

– A to, że zwierz płochliwy i łacno w las czmycha!

– Panie Zakrzeński! – Brochwicz porwał się do szabli.

– Schowaj tasak, gówniarzu, bym ci snadź łba gołą pięścią nie przetrącił! – zastopował go stary. – Lat mam na karku sporo, ale takim jak ty dam jeszcze radę. Za zięcia chcesz mi być, a żelazo przeciw mnie wyciągasz?! Nieładnie, panie jeleń!

– Brochwicz…

– Brochwicze zacny ród byli i byle kiedy do szabli się nie rwali, a tyś ledwo od ziemi odrósł, a już chcesz dokazywać i starych po kątach rozstawiać?!

– Tedy odrzucacie moją propozycję?

– Dorośniesz waść, to pogadamy. Na razie żegnam.

Brochwicz, widząc, iż nic nie wskóra, uderzył ze złości kułakiem w rękojeść szabli, czapkę na podgolony łeb wcisnął i minąwszy zdumionego Stanisława, jak niepyszny wybiegł z ogrodu.

– Wyspałeś się? – Zakrzeński, nie odwracając głowy, zwrócił się do Krzysztofczyka.

Stanisław przybliżył się do altany i skłoniwszy nisko, stał w milczeniu, popatrując na zajętego pracą.

– Mówże coś, bo pomyślę, żeś niemota jaki, a przecie innym cię znałem. – Twarz szlachciury rozpogodziła się na moment. – Podejdź, Stachu!

Ten przypadł do kolan Józefa i przez chwilę trwał w bezruchu. Łzy same napłynęły do oczu.

– Ledwom cię poznał. Takeś zarósł, jak bisurmanin. Ile to lat, jak byłeś tu raz ostatni?

– Dwa, wasza miłość. Na jesieni dwa będzie…

– Pamiętam. Szybko wtedy do dom ruszyłeś, czas naglił i nawet ojca twego pozdrowić nie zdążyłem, a przecie kompanem, a potem wodzem naszym czas jakiś był.

– Ojciec wiele wspominali o waszmości.

– Życie winien mu jestem. Spod dragońskich szabel mnie dostał, choć śmierć mnie już za gardło trzymała – zadumał się Józef. – Chcieliśmy łajdackie jarzmo zrzucić, a ono rok za rokiem coraz bardziej do ziemi nas przygniata. Kraj rozerwany, Mochy[28] w granicach. Dobytek mi wybierają, rekwizycje czynią, chłopów napastują, a takie łachudry jak ten, com go moment temu przegnał, interesa ze mną chcą robić, bo wiedzą, żem bez grosza. Na złe jednak miejsce trafił, bo wolałbym czartu duszę przedać, niż córkę za takiego gamonia dać.

– Julian nie mówił nigdy, że ma siostrę…

– Nie gadaj, żeś mojej Kaśki, tej czarnuli, nigdy nie widział.

– Wtedy… pamiętam… – Stanisław kręcił z niedowierzaniem głową. – Tylko krótko ją widziałem. Nie wiedziałem, że to córka wasza.

– Wielu tu o nią zabiegało, ale ona nie dla nich. Takiej niedojdzie jak Brochwicz prędzej koza za małżonkę przystoi niż moja Kasia.

– Majętny.

– Może i majętny, ale dziecko moje nie krowa, co ją na jarmarku kupi za wacek[29] czerwońców. Frymarczyć dziewczyńską dupą nie będę. Pójdzie, za kogo zechce. A jak nie zechce, to pannom benedyktynkom do Sandomierza oddam, żeby mi jej jaki łajdak nie znijaczył.

– Do Warszawy mi trzeba – przerwał mu Krzysztofczyk. – Julian…

– Widziałeś go? Mówże, co u niego, bo już z miesiąc, jak tu z Warszawy wpadł jak po ogień i pognał gdzieś dalej. Parobka mi zabrał i teraz robić nie będzie komu.

– Julek… – Stanisław przełknął łzę. – Julka już nie ma…

Stary Zakrzeński pobladł nagle, twarz mu stężała i zacisnął bezradnie kułaki, aż skóra na kościach dłoni pobielała. Nic nie rzekł, łzy nie uronił, tylko coś w nim mocno zadrgało w środku i opadł bezwładnie na pleciony fotel. Trwał czas jakiś w bezruchu, a potem kazał sobie opowiedzieć, jak do tego doszło.

Opowiedział więc Krzysztofczyk wszystko od początku, gdy Julian z Maćkiem do kuźni przybyli, aż do tragicznego finału nad brzegiem Wisły. Gdy wyjawił cel i sens swego przybycia tutaj, Zakrzeński ocknął się z letargu, w jaki popadł po tak nieoczekiwanych wiadomościach, popatrzył przytomnie w oczy kowala i rzucił krótko:

– Dam ci konia. Najlepszego, jakiego mam. Pojedziesz do stolicy i załatwisz wszystko, jakby to sam Julek miał tam być. A teraz chodź, zjesz coś, boś pewno dawno nic w gębie nie miał.

– A Wojtek?

– Jaki Wojtek?

– Ten, który tu ze mną…

– U mnie za parobka zostanie. Maćka mi Julek w świat zabrał, tedy nowego mieć będę.

– Ale…

– Nie bój się. Przyodzieję, odkarmię, kąt jaki i robotę dam – uspokoił go stary Zakrzeński.

Podwieczerz spożył Stanisław samotnie w obszernej świetlicy. Źle mu się jadło w pojedynkę, więc z trudem niemałym połykał kawały zimnego pieczystego i zapijał piwem. Ponuro spoglądał na ściany pokryte pozostałościami fioletowo-złotych obić, kilkoma smutnymi portretami antenatów rodu i na stare, jakby przypadkowo zniesione tutaj z różnych miejsc meble. Za oknami majaczył zapuszczony ogród i puste pola ciągnące się aż po horyzont, przecięte wijącą się między drzewami drogą i uczepioną niej niezdarnie, złożoną z kilku chałup wioską. Zewsząd wyzierała cisza i pustka, jak gdyby poza nim nikogo tutaj nie było, jakby stary Zakrzeński był tylko chwilowym przywidzeniem sennym.

Wiedziony ciekawością i zniecierpliwieniem, jął przechadzać się po starym dworze. Zajrzał to tu, to tam, uchylając drzwi kilku pomieszczeń, lecz nikogo nie zastał. Zastanawiał się, gdzie podziewa się Józef Bonawentura i czy oprócz niego ktoś jeszcze tutaj mieszka. Z obszernej sieni dzielącej budynek na dwa skrzydła wyszedł na ganek, a stamtąd prosto ku skrytym wśród drzew czworakom i innym dworskim budynkom, licząc, że choć tam kogoś znajdzie, lecz oprócz kilku fornali i parobków zajętych pracą nikogo nie zauważył. Zapytał o dziedzica, a nie uzyskawszy odpowiedzi, postanowił wrócić.

W pewnym momencie jego uwagę przykuło otwarte okno oficyny, w którym mignęła na chwilę czyjaś sylwetka. Zaintrygowany podszedł bliżej, ale gdy zajrzał do środka, przesadziwszy wcześniej błotnistą kałużę tuż przy ścianie pod oknem, nie dostrzegł nikogo. Złapawszy za futrynę, podźwignął się i jednym susem znalazł w środku. Zastał wszystko jak przed wyjściem, jedynie łóżko było zasłane. Dostrzegł na nim swój dawno niewidziany i nieużywany mundur. U wezgłowia łóżka, w ceratowym pokrowcu, leżał żołnierski kaszkiet.

Stanisław początkowo chciał wybiec za tajemniczą osobą, która przyniosła tutaj to wszystko. Dał jednak za wygraną i zatrzymał się w pół kroku. Z rozrzewnieniem i nabożną czcią wyciągnął dłonie i dotykał każdego detalu z delikatnością i miłością, jak gdyby to było ciało nadobnej kochanki, a nie szorstki, sukienny uniform piechura. Czyjeś staranne i zapobiegliwe ręce sprawiły, że znikły dziury i uszkodzenia po ostatniej wojnie, a kolory – granat i żółć – wciąż pozostawały żywe i świeże. Sukno munduru pachniało mocnym zielem lawendy i bagna i przywodziło w pamięci aromat, jaki znał z lat dziecięcych z rodzinnego domu, aromat matczynej skrzyni i szafy, pełnych strojów i pamiątek.

Na cynkowej blasze kaszkietu połyskiwał srebrzony orzeł zbrojny w insygnia królewskie i owalną tarczę z królewską cyfrą „SAR”, grzebień zaś z czarnego włosia dodawał nakryciu głowy iście pretoriańskiego splendoru. Z dna czapki niecierpliwa dłoń dobyła pas z pendentem[30] oraz niewielkie, omotane rzemieniem zawiniątko. Rozwinął je i, przeżywając na nowo wielką chwilę, kilkakrotnie przebiegł oczyma po papierze znaczonym kaligraficznym pismem. Był to patent awansujący furiera[31] Krzysztofczyka na feldfebla 10 regimentu piechoty koronnej, podpisany przez majora Wedelstedta po bitwie pod Zelwą.

Pogrążony we wspomnieniach nie spostrzegł wcale, że przez uchylone drzwi ktoś bacznie mu się przygląda. Dwoje dużych, czarnych oczu z uwagą śledziło każdy najmniejszy ruch zajętego sobą gościa, którego dopiero skrzypnięcie deski podłogi pod nieostrożną stopą wyrwało z głębokiej zadumy.

Spokojnie odłożył mundur, przygładził delikatnie wyłogi, po czym zwinnym kocim skokiem dopadł drzwi, otworzył je i wciągnął oniemiałego intruza do środka. Gdy spostrzegł, kogo trzyma za drżące przeguby dłoni, zaniemówił z wrażenia i zachwytu. Stała przed nim kobieta; ta sama, co tamtej pamiętnej jesiennej nocy. Tym razem jednak mógł do woli cieszyć nią wzrok i serce.

– Puśćcie, boli! – Próbowała uwolnić się z żelaznego uścisku. – Puśćcie, proszę!

Stanisław zmieszał się, spiekł raka, puścił ręce dziewczyny i gapił się, jakby mu się nagle wszyscy święci naraz objawili. Zbaraniały, nie wiedział, co rzec i jak się zachować. Stał nieruchomo, a serce jeszcze długo tłukło się w nim kowalskim młotem, choć wyzwolona z uścisku piękność już dawno wybiegła z oficyny.

Nieraz już przecie babę obłapiał podczas służby wojennej i dobrze znał smak dziwek wystających pod ujazdowskimi koszarami, za marny furierski żołd sprzedających swe wątpliwe wdzięki, ale ta, którą przed chwilą miał w ramionach, bóstwem mu się niemal zdawała, nie z ciała, lecz z fluidu jakiegoś uczynionym. Zamurowało go i nie potrafił słowa z siebie wydusić ani kroku do przodu postąpić.

Do przytomności przywołał go dopiero Klasa, który wyspany, odkarmiony i czysty prezentował się godnie w nowej koszuli i kabacie.

– Kto cię tak odział? – Zakręcił Wojtkiem.

– Jaśnie wielmożny pan Zakrzeński. A teraz proszą was do siebie. – Spojrzał ciekawie przez ramię Stanisława na leżący na posłaniu mundur, jakiego nigdy przedtem nie oglądał.

– Co się gapisz?

– Wasz? – Wskazał głową uniform.

– Tak. Da Bóg, a wnet taki sam założysz.

– Mnie tam do wojaczki nie spieszno. Machać jeno wiosłem i cepem umiem. Do rakuskiej służby też niezdatny byłem, bo palec złamany miałem, krzywo się zestawił i kurka naciągać nie da rady… – Wyciągnął przed siebie prawą dłoń z dziwacznie wykrzywionym kciukiem. – Nająłem się do promu, bo do żadnego fachu mnie nie chcieli.

– A golić chociaż umiesz?

– Umiem.

– Tedy mnie ogolisz, bo do ludzi z takim pyskiem nieskoro. Panu Zakrzeńskiemu nie wypada z borsukiem gadać.

– A i panny gładkie gęby wolą. – Wojtek uśmiechnął się szelmowsko i wybiegł w poszukiwaniu brzytwy i wrzątku.

– Do Sandomierza pojedziesz. – Zakrzeński pochylił się nisko nad stołem i popatrzył prosto w oczy Krzysztofczyka.

– Mnie do Warszawy pilno! – przerwał mu Stanisław. – Julek…

– Nie gorączkuj się, synu – nieznoszącym sprzeciwu szeptem osadził go na miejscu. – Do Sandomierza pojedziesz, tam do szóstego regimentu się udasz…

– Szósty regiment przecie w Wielkopolsce stał. – Stanisław przecierał oczy ze zdumienia.

– Teraz w Sandomierzu stoi, odkąd w jesieni łońskiego roku z dywizją generała Miączyńskiego tu przyszedł. – Głos Zakrzeńskiego stawał się coraz mniej cierpliwy. – W gorącej wodzie kąpanyś i słuchać nie chcesz!

– Wybaczcie, wasza miłość, ale dawno w Koronie nie byłem.

– Słuchaj tedy. Do regimentu się udasz, broń, coś ją tu przyniósł, ostawisz, a potem do Warszawy jechać możesz.

– Julian mówił, żeby do stolicy…

– Teraz nie tylko w Warszawie broń przydać się może – odparł stary, jakby doskonale wiedział, co się wkrótce stanie.

– Skąd wiecie, wasza miłość?

– Stary jestem i różne rzeczy w życiu widziałem. Jak kto broń potajemnie po kraju wozi, to tylko jedno znaczyć może. Albo z Moskalem wojna, albo z prusactwem. Może być z jednym i drugim, ale to Rzeczypospolitej rychłą śmierć zgotuje.

Do środka, cicho niczym cień, wsunął się kilkunastoletni chłopak o ospowatej twarzy i zwichrzonej ciemnej czuprynie. Stanął grzecznie tuż przy drzwiach i lekko się skłonił.

– Jaśnie wielmożny pan wzywał?

– Konia panu oficerowi narychtujesz jutro z rana! – przykazał Józef Bonawentura. – Borutę najlepiej, bo pan oficer daleko jedzie!

– Laboga, pan oficer! – Parobek dopiero teraz spostrzegł siedzącego przy stole, odzianego w mundur Stanisława. – A nasz czy moskiewski?

– Nie twoja rzecz, Wicek! Ruszaj precz!

– Oficer? – zdziwił się Krzysztofczyk. – Nie jestem przecie.

– Nie będę parobkom rang tłumaczył. Nie na to ich mam. Cham mundur widzi i na baczność staje. Za jedno mu, czy nasz, moskiewski czy pruski. W którykolwiek go wsadzisz, jednako służyć będzie. Słyszałem ja od Julka jakobińskie bajdy, że trza chłopa uwolnić, oczynszować albo całkiem z pańskiego zwolnić, ziemię na własność dać, a on w te pędy rozumu nabierze i do wielkich spraw postawić go będzie można. Próbowałem ja tu paru co zdolniejszych w folwarku do czego pożytecznego przyuczyć, ale ledwo dwóch udało się na ludzi wyprowadzić, bo jeden księdzem został, drugi zaś pisarzem w powiecie. Reszcie we łbach tylko macanie dziewuch po dupach i chędożenie w brogach. Powiadam ci, Stasiu, choćbyś chama w mundur gwardyjski wsadził, głupkiem zostanie, bo pierw go trza kijem głupoty oduczyć, a dopiero potem maszerować i bronią robić. Nie tak jest? Sam powiedz, przecie nie od dziś masz takich pod sobą.

– Prawda to – gorzko uśmiechnął się Krzysztofczyk. – Nieraz gemajna kijem traktowałem i rację ma wasza miłość, bo potem łatwiej dyscyplinę w szeregu trzymać. Żal jeno, bo jak psy potulnie patrzą, ślepia wielkie i dziecinne wywalają ze strachu, czy aby lederwerk krzywo nie leży albo flintpas[32] dobrze dociągnięty. Zamierzyłem się kiedyś, żeby grzbiet takiemu kijem wyprostować, ale coś mnie tknęło i ręka sama opadła. Człek to przecie, jak i ja.

– Tyś też, widzę, jakobinizmem karmiony, a feldfebel przecie od tego, żeby wojsko krótko trzymać i do anarchii powodów nie dawać.

– Wiem, wasza miłość, ale…

– Gdybym ja moresu kijem nie uczył, już dawno kamień na kamieniu z majątku by nie został, a mnie z torbami w świat by pognali. Nieboszczka żona moja łajać kmiotków nie dawała i niektórzy tak w pióra porośli, że nie tylko kłaniać się przestali, ale i prostego Szczęść Boże wydukać nie chcieli.

Podszedł do okna, za którym wiosenny wieczór grał na wilgotnej, głodnej słońca i ciepła ziemi, co już niedługo wyda plon stokrotny.

– Bronię tego tylko, co moje – rzekł twardo. – A czy słowem, szablą czy kijem, to jedno. Każdy sposób dobry, żeby świętą własność ustrzec.

Stanisław głową pokiwał, ale nic nie rzekł i siedział zamyślony.

W Rzeczypospolitej takie już było prawo, że chłop i mieszczanin w stan trzeci policzeni byli i żadnych praw nie posiadali. Ileż to razy nasłuchał się był w szkole, a potem w regimencie, że jest kiep, cham i głupek, choć przecie wolnym był z urodzenia i nikomu nigdy w pas się kłaniać nie musiał. Poddanym był li tylko królewskim, a potem cesarskim. Nigdy też ekonomskiego bata na grzbiecie nie poczuł, a mimo to łykiem był tylko, którego każdy szlachciura, nawet najpodlejszy, znieważyć, zelżyć, pobić, a nawet zabić może.

Z dziadkowych opowieści, których – dzieckiem będąc – nieraz do snu słuchał, wyłaniało się Uście, przez samego króla Kazimierza zwanego Wielkim lokowane. Miasteczko z licznymi prawami i przez kupców z wielu krain odległych odwiedzane dla soli przedniej, bocheńskiej, tutaj składowanej. Ludzie możni i majętni ongiś zamieszkiwali tę spokojną i cichą enklawę. Ponoć dawno temu dzielni uścianie dali się we znaki parobasom biskupa Oleśnickiego, którzy na grunta miejskie nieopatrznie się zapędzili. Sprawa o samego króla Kazimierza się otarła, a ten bez wahania dzielnym mieszczanom rację przyznał i kolejne przywileje przydał, biskup zaś odszkodowanie sowite zapłacić musiał…

– Cóż ci to? – słowa szlachcica przywróciły go do rzeczywistości. – Możeś chory?

– Rad bym przed snem powietrza zażyć. Jutro przecie mam jechać.

– Idź więc, a na wieczerzę zajdź jeszcze.

Słońce stało jeszcze dość wysoko, pomyślał więc, że nim zapadnie zmrok, zdąży wrócić ze spaceru i nie pobłądzić wśród pól. Miał też cichą nadzieję, że w którymś z okien pokaże się piękna panna i pozwoli choć na chwilę popatrzeć na siebie. W zauroczeniu zapomniał bowiem całkiem o obietnicy danej umierającemu przyjacielowi i potrzebie udania się jak najszybciej do Sandomierza, a potem do Warszawy. Kobieta zawładnęła nim bez reszty.

Wolnym krokiem zszedł polną drogą ku leniwie toczącej swe wody Koprzywiance, gdzie wśród gałęzi starej olchy Julek zmajstrował dawno temu wygodną platformę, z której nie dość, że można było bezpiecznie skakać do wody i wygodnie łowić ryby, to jeszcze dodatkowo obserwować cały dwór i prowadzącą do niego drogę. Wśród pozbawionych listowia drzew z łatwością odnalazł miejsce dawnych zabaw, kilkoma wprawnymi ruchami wspiął się na drzewo i ulokował na platformie, która teraz wydawała się zbyt ciasną dla jednego, a przedtem mieściła ich obu i wielki worek prowiantu, który zabierali, niczym na wielodniową wyprawę.

Usiadł w rozwidleniu na lekko już zbutwiałych deskach i oparłszy stopy na specjalnie przyciętej gałęzi, rozejrzał się wokół ciekawie. Przed oczami stanęły dawne lata, gdy bawili się tutaj z Julianem podczas krótkich słonecznych wakacji. Z góry dużo lepiej widać było cały otaczający świat. Na wprost stał dwór, w którego oknach paliły się nikłe światła i czasem mignęła czyjaś postać.

Po prawej ręce rozciągał się widok na żyzne pola przecięte meandrem rzeki, z rozklekotanym mostkiem i omszałym ze starości głazem, na którym – jak powiadała legenda – wodne bogunki piorą koszule swych pokracznych dzieci i gdzie diabeł skarby chowa. Po lewej zaś biegła droga do dworu, łącząca się z porosłym wierzbami gościńcem, który z kolei dotykał nieprzebytej ściany starodawnej puszczy.

Wśród gałęzi wokół platformy wisiały pozostałości zabawek w postaci zbutwiałych drewnianych szabel oraz spłowiałej do szczętu szmaty, która niegdyś była bojową Jolly Roger krwawych piratów. W zagłębieniu między rozwidleniem konarów wymacał małą, obitą blachą skrzynkę. Ostrożnie podniósł ją i otworzył nie bez trudu. W środku leżało mnóstwo chłopięcych skarbów: ołowiane karabinowe kule, kilka drobnych monet z wyobrażeniem króla Stanisława, dwa srebrne guzy od żupana i rogowa składana lunetka z mosiężnymi, pokrytymi skorupą śniedzi okuciami. Na samym zaś dnie wymacał poczerniały srebrny łańcuszek z nanizanym koralowym krzyżem, z bursztynową kotwicą i sercem z czerwonego karneolu[33].

Wisiorek ów był ich największym skarbem i zawsze grał rolę niezwykłej pirackiej zdobyczy, o którą na Morzach Południowych walczyli z wyimaginowanymi przeciwnikami, najczęściej Anglikami bądź Hiszpanami. Młody Zakrzeński dostał go kiedyś, dzieckiem jeszcze będąc, od Ignacego Morzeyki i strzegł jak oka w głowie, bo miała to być ponoć pamiątka z mitycznych czasów. Trzy znaki wyobrażały najważniejsze Boże prawdy: wiarę, nadzieję i miłość. Tak przynajmniej powiadali Morzeyko i matka Juliana, pani Elżbieta, wielce bogobojna i zacna niewiasta, która Krzysztofczykowi do złudzenia przypominała jego własną matkę.

Stanisław mimowolnie wsunął zawieszkę za mankiet munduru i już miał zejść z drzewa, by pospacerować chwilę i podziwiać zachód słońca nad Koprzywianką, gdy oto nagle posłyszał najpierw zbliżające się od strony drogi kroki luźno idących koni, a zaraz potem przyciszoną rozmowę dwóch głosów. Jeden należał do szlachcica, którego widział dziś w ogrodzie, drugi zaś – do Rosjanina, bo słowa polskie co i raz przeplatane były zabawnie rosyjskimi.

Jak tylko mógł najciszej, Krzysztofczyk podciągnął nogi i wywindował się na platformę, skąd go całkiem widać nie było. Leżąc, nasłuchiwał.

– Panie Brochwicz, wy durak, ot co. Choczesz diewuszku wziat’, a kak wrag[34] starego nachodzisz?

– To co mam robić? Zakrzeński na moje pieniądze nie łasy i wolałby dziewkę do klasztoru oddać, niż za mnie wydać. – Tamten zatrzymał się i oparłszy o drzewo, zapatrzył w rzekę.

– Nu da, krasiwaja[35]. Ale ja szans u niej nie mam. Lejtnant Czugojew to dla niej tylko Moskal, jak w Polsce powiadają. Kacap zawszony nie dla szlachcianki.

– Waszmość porucznik też przecie szlachcic. A to, że moskiewski, cóż w tym złego?

– Polka za Rosjanina nie pójdzie teraz, chyba że kurwa jaka. Wy gawaritie, honor nie pozwala z Mochem wiązać się, a ja znam takie, i to hrabiny, co za garść rubli nogi rozkładają przed carskim oficerem, choćby to prosty mużyk był, co awansów na srażenijach dorobił się. Każdą można złotem złamać, a jak nie złotem, to pięścią i gwałtem. Ginirał Suworow gawarit, szto pulia durna, sztik gieroj[36]. Nie dają po dobroci, to siłą bierzemy. – Czugojew rozpiął spodnie i kiwając się na piętach w rozkroku, przez chwilę użyźniał nadrzeczny łęg.

– Raptus puellae[37] się nie uda – tłumaczył Brochwicz. – Stary Zakrzeński zabije, jak się dowie, kto mu córkę porwał. Na końcu świata dorwie i jak psa utłucze.

– Durak z waści. Katiuszka budiet twoja, tolko mnie musisz zaufać i niemnożko… – Potarł kciukiem wskazujący palec w geście znanym od zarania dziejów.

– Co chcesz zrobić?

– Pożywiom, uwidim. Spokojno, panie Brochwicz. Ty znajesz, szto Zakrenskij buntowszczik?

– Jak to buntownik?

– Znajesz, szto on od Pułaskogo?

– Stare dzieje. Jeszcze mnie na świecie nie było, jak barscy wojowali. Cóż to teraz znaczy? Przegrali wojnę z kretesem. Ojciec mój też z Zakrzeńskim starym w boje chadzał. Ot, głupota na imperatorową i jej wojska się porywać.

– A ty znajesz, szto on proklatyj, a dworiec jego możet byt’ twoj?!

– Gadanie.

– A ja tobie powiem, szto on… szto on… kak wy gawaritie…

– No jak? – niecierpliwił się Brochwicz.

– Infamis!

– Coś rzekł?!

– A to, że on infamis!

– Skąd to wiesz?!

– Dokumienty czytał ja, szto on proklatyj od waszego korola. Ja znaju Sendomierskij archiw, ja czitał mnogo.

– To znaczy…

– Znaczit, kak ty jego ubijosz…

– Nie ja… – Szelmowsko uśmiechnął się Brochwicz i kieską dukatów brzęknął przed oczami oficera. – Ty, panie Czugojew.

Słysząc te słowa, Krzysztofczyk o mało nie spadł na dół. Wiedział już, że carski oficer namawia polskiego renegata do najgorszego; do zbrodni, którą ten drugi łatwo mu zleci za brzęczący mieszek.

Gdy się oddalili, zeskoczył na dół i pędem pognał do dworu, gdzie już zaczęto go szukać. Na ganku natknął się na Wojtka Klasę, który z łojówką w dłoni wypatrywał przez mrok ślepia i nawoływał:

– Paniee Stanisławiee!

– Czego się drzesz?! – zrugał go Stach. – Psy w całym powiecie pobudzisz!

– Wszyscy was szukają. Jaśnie wielmożny pan Zakrzeński już konia kazał siodłać i sam miał za wami jechać, a panienka…

– Co panienka?

– Tak za wami ślepiem łypie, że wnet się te węgle same zapalą! W strachu o was cała.

– Cicho, głupi. Gdzie ona?!

– W ogrodzie.

Stanisław nie pytał o więcej. Wpadł w sień i zaraz znalazł się na alejce wśród grabów i wiązów. Pod altaną zamajaczyła nagle biała długa suknia rozjaśniona nikłym płomieniem świecy. Przez chwilę stał i w niemym zachwycie spoglądał na zjawisko, które widać też go dostrzegło, bo szybko zbliżało się, by za chwilę nabrać realnych, kobiecych kształtów.

– Gdzie pan bywał, Stanisławie? Wszyscy w głowę zachodzili, czy się co złego nie stało.

– Królowo! – Krzysztofczyk tylko tyle zdołał z siebie wydusić, po czym przypadł do jej kolan i objąwszy je, trwał tak przez czas jakiś. Upuszczona świeca z sykiem zgasła na rozmiękłej ziemi.

– Cóż wam to? – Próbowała go odepchnąć, lecz gdy przywarł głową do jej łona, nachyliła się i nieśmiało pogładziła go po włosach. – Przestańcie, nie trzeba.

– Królowo! – szeptał w zapomnieniu, bo tylko tyle teraz potrafił. – Aniele jedyny!

– Cóż wam? – Mimo woli przyglądała się ciekawie właścicielowi munduru, w którym prezentował się teraz nader przystojnie. – Mówcie!

– Jaśnie wielmożna panienko… trza stąd uchodzić… śmierć…

– Nie rozumiem. Dlaczego?

– Ojciec wasz gdzie?

– Pewnie w stajni. Konia kazał siodłać.

Stanisław poderwał się z kolan i w te pędy pobiegł ku folwarcznym zabudowaniom. Józefa Zakrzeńskiego zastał akurat w momencie, gdy z pomocą parobka dociągał popręg u siodła. Przy koniach stali gotowi do drogi dwaj inni parobcy z pochodniami w dłoniach.

– Wasza miłość! – Stanisław przypadł do dziedzica. – Wasza miłość!

– Jesteś! A już zamyślałem jechać cię szukać. Nie oddalaj się teraz od dworu. Nie warto wieczorami wypuszczać się pieszo i w pojedynkę. Licho nie śpi.

– Nie tylko licho… – Stanisław odciągnął Zakrzeńskiego na stronę.

– Ognie zgasić i konie rozkulbaczyć – stary rzucił parobkom. – Nigdzie nie jedziemy!

– Lepiej, żeby wasza miłość konie zaraz siodłać kazał.

– A to po co?

– Nie wiem, może ja i głupi jestem, ale zdaje się, że ktoś dybie na wasze życie.

– Kto niby?

– Ten, co tu dzisiaj był.

– Brochwicz?

– Ten sam.

– Tym głupkiem się nie przejmuj. Ledwie szablę utrzymać potrafi, a i strzelec z niego taki, jak z koziej dupy trąba.

– Skoro nie on, to kto inny.

– Coś rzekł?

– Sami powiadaliście, że Brochwicz majętny.

– No tak.

– Tedy komuś pewniejszemu zlecić może.

– Szlachtę okoliczną znam. Nikt na mnie nastawać nie będzie. Chłop zaś, nawet jak mu zapłacić, za głupi, żeby kogo skrycie zabić. Cham duszę ma czystą, jak serce Panny Najświętszej. Nie poważy się. Sam da się pierwej zarżnąć, a drugiego nie ruszy.

– To nie szlachcic ani chłop.

– Kto zatem?! – niecierpliwił się Józef Bonawentura.

– Moskal.

– Skąd wiesz?

– Nad rzekę zaszedłem, żeby Juliana wspomnieć, i podsłuchałem mimo woli, jak ów człek z carskim oficerem rozmawia. Porucznik muszkieterów. Czugojew mu było czy tak jakoś…

– A to ścierwo! Bywał tu u mnie nieraz, na Kaśkę okiem łypał, do mnie i do starego Morzeyki przepijał zdrowiem i honorem, a teraz…

– Uchodźcie więc.

– Gdzie?! Pierwej skonam, niż się stąd ruszę! Nie będzie mi byle mydłek szablą groził i Mochów na mnie nasyłał.

– Tedy chociaż pannę ukryjcie, bo o nią tu idzie. Was chcą ubić, a ją dać Brochwiczowi.

– Mnie ubiją, a jej nie dostaną, kurwie syny! – klął Zakrzeński. – Trza będzie, to szlachtę z powiatu zbiorę, Brochwicza zajadę…

– Nie da wasza miłość rady. Moskali za dużo wszędzie.

– Tedy niech mnie ubiją, byle na ojców ziemi. Wicek! – krzyknął w stronę stajni, gdzie parobcy rozkulbaczali konie.

– Jaśnie wielmożny pan każe?!

– Dwa konie siodłaj! A najlepsze!

– Kiedy rozkulbaczylim właśnie!

– Siodłaj, durniu! Borutę i Starkę!

– Borutę?! – zdziwił się parobek. – Ogiera najlepszego?!

– Jeszcze raz zapytasz, a zęby zbierać będziesz! Rób, co kazałem!

Józef Bonawentura narobił we dworze takiego zamieszania, że nikt nie kładł się spać tej nocy. Panna Katarzyna popatrywała na wszystko szeroko otwartymi czarnymi perłami i nawet słowa wydobyć z siebie z wrażenia nie mogła, by zapytać, o co chodzi. Ignacy zaś, w którego wstąpił jakiś ożywczy duch, powyciągał z najskrytszych zakamarów pistolety, muszkiety i starą fuzję na niedźwiedzie, rozłożył wszystko na stole w kuchni, przegonił kucharkę, starą Wandzichę, i Magdę, dziewkę służebną o wiecznie usmarowanej sadzą gębie, po czym z wielkim pietyzmem zabrał się za nabijanie.

Człek ów, osiemdziesięciu lat dobiegający, był rezydentem dworu i pochodzącym ponoć aż z Litwy dalekim krewnym nieboszczki żony Józefa, pani Elżbiety. Mieszkał tutaj od czasów, gdy haniebne traktaty z domowych pieleszy go wygnały i z krain litewskich, dalekich, przybyć zmusiły do Korony. Uczestniczył był najpierw w konfederacji dzikowskiej, a potem barskiej. Powiadano, że od czasu pierwszego rozbioru popadł w lekkie obłąkanie i kiedy tylko ruch – choćby i najmniejszy – czynił się we dworze, zaraz broń wyciągał i ładował.

– Dajże pokój, wujaszku! – stopował go stary Zakrzeński. – Z całym regimentem walczyć nie będziemy. Schowaj te armaty!

– Trzeba zawsze być gotowym – z wielką powagą odezwał się Morzeyko, przybijając stemplem ładunek. – Zawsze!

Zakrzeński wywołał na moment Katarzynę i Stanisława do alkierza.

– Co ojciec każe? – Dziewczyna skłoniła głowę i spoglądała na podłogę, nieco speszona obecnością Krzysztofczyka.

– Długo gadać nie będziemy – zaczął ojciec. – Pojedziesz z tym człowiekiem do Sandomierza.

– Ale po co?

– Nie pytaj. Magdę wołaj, niech ci w sakwy najpotrzebniejsze rzeczy pakuje.

– Nigdzie po nocy jeździć nie będę!

– Pojedziesz, i to zaraz.

– Ojciec pani ma rację. Ruszać trzeba – bąknął nieśmiało Krzysztofczyk.

– Coś mi grozi?

– Stach był nad rzeką i posłyszał Brochwicza, jak się z Czugojewem zmawiali przeciwko mnie – wyjaśnił Zakrzeński.

– Ojca pani ubić zamierzają, a was samą porwać – dokończył szybko Krzysztofczyk. – Trzeba jechać.

– I cóż ja w Sandomierzu robić będę?

– U panien benedyktynek staniesz, a potem zobaczymy. Do matki przeoryszy już napisałem. Oddasz go zaraz po przyjeździe. – Podał Krzysztofczykowi list, który ten od razu wsunął za cholewę buta.

– Co z wami będzie? – Popatrzyła w oczy ojca.

Nie odpowiedział na pytanie, tylko przygarnął ją do siebie i przez chwilę tulił w ramionach.

– Tam, nad rzeką, usłyszałem coś jeszcze – zaczął Krzysztofczyk, gdy Katarzyna wyszła. – Nie wiem tylko, czy wolno waszą miłość pytać.

– Pytaj.

– Oni tam wtedy powiadali, że wasza miłość infamią obłożony, że…

Zakrzeński popatrzył na kowala takim wzrokiem, że ten umilkł, nie kończąc. Po chwili jednak sam się odezwał.

– Kto matce ojczyźnie służyć chce, nie raz na szwank narażać się musi, nie raz i łba nadstawić, by go pies niecny i plugawy uciął. Wiedz jedno, że człeka zniszczyć można, ale pokonać niełatwo. Byłem ja infamią obłożony, to prawda, ale ci, co ją na mnie kładli, po stokroć bardziej wyklęci. Kto ziemię i kraj sprzedaje, ścierwem jest i nikczemnikiem najpodlejszym, choćby i koronę nosił, i namaszczenie Chrystusowe na czole. Widziałeś kiedy, żeby król, niechby i najmizerniejszy, naród swój jak bękarta zostawił i pod kiecę carycy lazł? Tak nawet dzikusy nie czynią, a widziałem ja w świecie niejedno plemię takie, co za dzikie uchodzi. I powie mi kto, że dzikus nawet człekiem nie jest, bo Ewangelie milczą o Hotentotach i Czirokezach. A ja powiadam, że taki dziki więcej ma w sobie godności ludzkiej niż ten nasz król pizdoliz, co kraj imperatorowej oddaje po kawałku za to tylko, że ta mu się łaskawie w swych komnatach wydupczyć daje.

Zakrzeński opowiadałby pewnie jeszcze dłużej, ale do alkierza weszła, gotowa do drogi, Katarzyna. Miała na sobie prostą suknię siwą, podróżną, do jazdy konnej zdatną i jupkę zdobnym haftem obszytą, na niej kontusik futrem podbity z długimi rękawami i szerokimi wylotami, mocno skórzanym pasem ściągnięty, który jeszcze bardziej smukłą kibić podkreślał. Włosy zaplecione w dwie kosy połyskiwały granatowo, zaś oczy błyszczały niepewnością przemieszaną z lękiem i łaknieniem przygody.

– Do gościńca Wicek was odprowadzi, potem do traktu dojedziecie i dalej wzdłuż Wisły – tłumaczył stary szlachcic.

– A gdy kto pytać będzie, dokąd jedziemy? – Stanisław na chwilę oderwał wzrok od pięknej Katarzyny.

– Tedy tym mu odpowiesz! – Stary położył na stole dwa nabite pistolety, po chwili dokładając dwa kolejne. – Kaśce od razu daj dwa. Córka moja ostrzelana i smród prochu jej nie dziwny.

– A broń, com ją przyniósł?

– Przy siodle masz stroczoną.

– Co z waszą miłością będzie?

– Nie z takich opresji Najświętsza Panienka mnie wyciągała, chociaż łajdak był ze mnie przedni…

Katarzyna do nóg ojca przypadła. Na płacz jej się zbierało.

– Wstań, dziecko. Jechać trzeba. – Mocno przygarnął ją do siebie. – Z Bogiem!

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Ront (z fr.) – patrol wojskowy.

[2] Magierka (z węg.) – czapka z grubego sukna, obszyta barankiem, element stroju ludowego.

[3] Błony okienne – płótno woskowane przejrzyste, stosowane w uboższych domach zamiast szkła.

[4] Jaźwiec – ludowa nazwa borsuka.

[5] Rzezak – rodzaj ostrza w sieczkarni, pługu lub innych gospodarskich narzędziach mechanicznych.

[6] Augustówka – rodzaj szabli z czasów panowania Augusta II i III lub Stanisława Augusta Poniatowskiego.

[7] Brus – kamień szlifierski, m.in. do ostrzenia szabli.

[8] Infamis – człowiek skazany przez sąd na utratę czci i praw obywatelskich.

[9] Rakus (daw.) – Austriak.

[10] Patrontasz – torba na ładunki do broni palnej, ładownica.

[11] Kamień (daw.) – jednostka wagi równa 12,96 kg.

[12] Palcat – kij używany do nauki fechtunku.

[13] Barzanie (także: barżanie) – uczestnicy konfederacji barskiej (1768–1772).

[14] Węborek – wiaderko bednarskiej roboty.

[15] Czechczery – długie spodnie wojskowe z białego płótna.

[16] Gemajn (z niem.) – prosty szeregowiec.

[17] Lenung (z niem.) – żołd, płaca żołnierza.

[18] Tynf – dawna srebrno-miedziana moneta polska.

[19] Asenterunek (z niem.) – pobór rekruta, branka.

[20] Feldfebel – w dawnym wojsku polskim stopień podoficerski, sierżant.

[21] Nadra (daw.) – zanadrze, pazucha.

[22] Fizylier (z fr.) – żołnierz uzbrojony w fuzję, strzelbę.

[23] Lederwerki – żołnierskie pasy rzemienne podtrzymujące tornister i ładownicę.

[24] W obliczu śmierci (łac.).

[25] Oskoma – chęć, chętka, apetyt na coś.

[26] Dranica – wąska deska nie rżnięta, lecz łupana z pnia drzewa iglastego.

[27] Intrata – dochód, zysk, tu: korzyść.

[28] Mochy (pot.) – Moskale, Rosjanie.

[29] Wacek – skórzany woreczek na pieniądze, ściągany sznurkiem.

[30] Pendent – pas zakładany przez ramię do noszenia na nim broni białej, np. szabli, pałasza, szpady.

[31] Furier – żołnierz dbający o żywność i kwatery dla wojska i koni wojskowych. W dawnym wojsku polskim stopień podoficerski pomiędzy kapralem a sierżantem.

[32] Flintpas – pas przez ramię, na którym żołnierz nosił karabin lub inną broń palną.

[33] Karneol – krwawnik, półszlachetny kamień, odmiana chalcedonu.

[34] Chcesz pannę zdobyć, a jak wróg… (ros.).

[35] No tak, piękna (ros.).

[36] Generał Suworow mówi, że kula głupia, bagnet zuch (ros.).

[37] Porwanie dziewczyny (łac.).

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ryngraf 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge