Pod ciemną skórą Filipin

Pod ciemną skórą Filipin

Autorzy: Tomasz Owsiany

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 512

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 23.93 zł

W ciągu samotnej ośmiomiesięcznej wyprawy poznawczo-reporterskiej Tomasz Owsiany odwiedził siedem plemion i ludów oraz wybrane społeczności Filipin we wszystkich makroregionach kraju. Nawiązał bliskie kontakty z mieszkańcami i uczestniczył w ich codziennym życiu: wyrabiał węgiel, uprawiał zbieractwo, orał bawołami ryżowiska i brał udział w często szokujących ceremoniach. Poznał szamana uprawiającego czarną magię i dotarł do obozu grupy paramilitarnej na Mindanao. Mieszkał w kolonii karnej i rezydencji filipińskiego multimilionera.

Celem jego wyprawy było doświadczenie próbek z pełnego obrazu Filipin, poznanie nieeksportowej twarzy kraju oraz odnalezienie odpowiedzi na pytanie, jak przeobrażają się tamtejsze rdzenne kultury pod wpływem nowoczesności. Ale ambitne założenia podróży nie oznaczają śmiertelnej powagi opowiadania. W historii tej nie brak humoru czy anegdot wypływających wprost z filipińskiej rzeczywistości.

"Ta opowieść płynie tak, by każde zdarzenie i każdy wątek miały czas wystarczająco wybrzmieć i zatrzymać naszą uwagę. Tu nie ma miejsca na pośpiech, a autor ani przez chwilę nie ulega pokusie stawiania twardych ocen czy diagnoz. Rzadka dziś i tym bardziej cenna podróż z treścią".
Paweł Drozd, dziennikarz Programu III Polskiego Radia

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce

Pani Pan – staruszka z plemienia Aytów, mieszkająca w wiosce Haduan – Tomasz Owsiany

Zdjęcie na skrzydełku okładki

Z prywatnego archiwum autora

Opracowanie redakcyjne

Anna Jastrzębska

Redaktor prowadzący

Barbara Czechowska

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Barbara Milanowska (Lingventa)

Renata Kuk

Ryciny

Tomasz Owsiany

Zdjęcia

Tomasz Owsiany

© for the text and photos by Tomasz Owsiany, Warszawa 2017

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0771-9

Sport i Turystyka – MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Filipińskim przyjaciołom i wszystkim życzliwym ludziom, których poznałem na tamtejszej drodze

* * *

Sa mga kaibigan kong Pinoy at sa lahat ng mga nakilala kong mabait na tao habang naglalakbay diyan

Spis treści

Próbki światów – wstęp

Tutaj potną tatusia (Pampanga, Luzon)

Ludzie z czternastej bramy (Pampanga, Luzon)

Oooo… Bulwy! (Pampanga, Luzon)

Kintuman (Benguet, Luzon)

Ostatni bastion Filipin (Batany, Luzon)

Uprawiając wolność (Mindoro Zachodnie, Luzon)

Sieci, brud i tęcza (Tacloban, Leyte/Basiao, Samar/Anda, Bohol)

Kulam? To nie u nas! (Samar i Daram, Wizaje)

Dom Szeleszczących Liści (Misamis Wschodnie, Mindanao)

Wódz Niezłomny Sabunotan (Bukidnon, Mindanao)

Ci dobrzy, ci źli (Bukidnon, Mindanao)

Miasto nieogarnialne – epilog (Metro Manila)

Podziękowania / Pasalamatan

Zdjęcia

Próbki światów – wstęp

Zapadał zmrok, a wioska stapiała się z wolna z pagórkiem i cichła na tyle, na ile potrafiła. W ciemności domowej kuchni żar drzewnych węgielków rysował już wyraźnie swoje kształty. Ate[1] Marlene przechyliła plastikowy galon, który wtaszczyłem rano stromą ścieżką, i wlała nieco wody do kociołka. Wsypała ryż, postawiła stołeczek na klepisku i oparła się o drewnianą ścianę. Przypaliła kawałek zwiniętego tytoniu, dokładając własną smużkę dymu do siwych kłębków ulatujących z paleniska. Zaciągała się powoli i zerkała w moją stronę. Patrzyła, jak w jasnej plamie latarki na baterie słoneczne robiłem ołówkiem notatki. Oswoiła się już z tym widokiem, choć nadal wydawał się jej osobliwy. Nie dlatego, że nigdy nie nauczono jej czytać. Po prostu rozmyślanie i zapisywanie kartek innych niż urzędowe formularze było intrygujące. Ate Marlene nie była wyjątkiem. Przyglądali mi się także mieszkańcy wioski Tacadang zaszytej wysoko w Kordylierze Centralnej, więźniowie w kolonii karnej na wyspie Mindoro i rybacy na wybrzeżach spustoszonych przez tajfuny. A kiedy mówiłem, że piszę książkę, nie od razu mnie rozumiano. Na Filipinach książka jest powszechnie synonimem wysłużonej Biblii i przykurzonego szkolnego podręcznika, względnie raportu dla organizacji, która czegoś szuka i ma jakiś interes. Pisanie książki nie pasowało do samotnego człowieka, który przyszedł z własnej woli i nigdzie się nie spieszył; który nosił węgiel z pagórka na pagórek, żuł betel i nie robił sobie przy tym zdjęć. Ale jeszcze trudniej było im zrozumieć, że ktoś w Polsce (Poland? Foland?) zechce z czystej ciekawości czytać o tym, co słychać po drugiej stronie globu. Dziwili się dlatego, że ich własny horyzont sięga na ogół do granic wyspy, łańcucha gór, skraju rodzimej prowincji. Rozproszeni na dwóch tysiącach z ponad siedmiu tysięcy filipińskich wysp, ulegają mitom na własny i cudzy temat. Wiadomo, że gdzieś dalej mieszkają bogaci sąsiedzi z Azji i biali Amerykanie. Europa i Afryka są niejasne i marginalne – również dla tych, którzy codziennie oglądają telewizję i nie rozstają się z telefonem komórkowym. Krótko mówiąc, reszta świata mało kogo interesuje.

Najbardziej jednak dziwili się, dlaczego przychodziłem właśnie do nich. Przecież na Filipiny przylatuje się dla rozrywki i zabawy. It’s more fun in the Philippines, jak głosi sztandarowe hasło. A oni zwyczajnie wiedli swój żywot. Doglądali grobów na skalnych półkach, chodzili leczyć się u duchowych uzdrowicieli, walczyli o byt na wybrzeżu, odsiadywali wyroki. Nic szczególnego. W każdym razie nie na tyle, żeby lecieć przez pół świata, tarabanić się po wertepach i rezygnować z wygód. Co innego krzyżowani pokutnicy z Pampangi czy partyzanci z górskich bojówek na wyspie Mindanao, którzy postrzegali swoje życie jako misję – istotną dla innych i wartą opisania. Pozostali, z pewnymi wyjątkami, nigdy by sobie tego nie wymyślili. Mimo to zdawali się cieszyć z odmiany, jaką wnosił nowy towarzysz. Przyglądali się sobie poprzez moje przyglądanie, a w miejsce częstych kompleksów rodziło się coś na kształt dumy. Uświadamiali sobie, że sami mają wiele do pokazania i do nauczenia. Cieszyli się również, że ktoś usłyszy o ich problemach, nawet jeśli nic nie miało z tego wyniknąć. Z czasem nasza wzajemna egzotyczność się zacierała. Moja praca robiła się przeźroczysta i nie przysłaniała spontaniczności wspólnego życia. Coraz częściej ktoś zostawiał dziecko pod opiekę, dawał pakunki do noszenia i pozwalał krzątać się po kuchni. Zaczynały łączyć nas anegdoty i wspólna paleta imion i nazw. Zbliżało picie palmowego wina i rozmowy w języku tagalskim, którego znajomości nikt nie spodziewał się po „Amerykaninie”. Czuliśmy się dobrze i swobodnie ze sobą, choć nasze drogi właściwie nie miały prawa się przeciąć. Ani ze starym szamanem Andresem odprawiającym swoje czarnomagiczne rytuały w zatoczce na wyspie Daram, ani z wujem Ernim na Batanach, który szamanem bywa tylko przez dwa miesiące. Ani tym bardziej z młodym Oliverem, który chwilę wcześniej uprawiał gangsterkę w mieście i w ogóle nie śniło mu się jego dzisiejsze harmonijne życie w górach. Jednak na przekór rachunkom prawdopodobieństwa poszczególne rozdziały książki mają właśnie ich twarze. I to oni już zawsze będą w nich pokazywać próbki filipińskiej rzeczywistości w przededniu objęcia władzy w kraju przez kontrowersyjnego prezydenta Rodriga Duterte.

Szykując wyprawę, postawiłem sobie tylko jeden cel: doświadczyć możliwie pełnego przekroju filipińskiej różnorodności. Zależało mi, żeby odwiedzane miejsca poczuć i zrozumieć. Wytworzyć pewną więź. Wybrałem więc określone grupy etniczne, rozproszone we wszystkich trzech makroregionach archipelagu. Postanowiłem zgłębić konkretne zjawiska kulturowe i społeczne, unikając wszelkiej komercji. Wykreśliłem na wstępie białe plaże Boracayu, ryżowe tarasy w Banaue i pozostałe miejsca, które zmieniły się w turystyczny produkt. Zabrałem dość pieniędzy, żeby – żyjąc skromnie, według miejscowych standardów – nie obciążać nikogo swoją obecnością i nie pasożytować na cudzej gościnności. Przyjąłem zasadę, że wszystkie przyzwyczajenia zostawiam na lotnisku i od pierwszej chwili będę próbował żyć po filipińsku. Nie ustalałem trasy. Z premedytacją wybrałem się zupełnie w ciemno. Wszystkie reportaże i portrety, które tu się znalazły, są dziełem przypadkowych spotkań w nieprzypadkowych miejscach oraz skutkiem kontaktów wypracowanych po przylocie. Prowadzą od pohuraganowych ruder i szałasów po stylową rezydencję multimilionera. Od przedstawicieli elit do outsiderów i społecznego marginesu. Kreślą obraz kraju scalającego pracowników manilskich biurowców, ludność plemienną i miliony żyjące na peryferiach nowoczesności w jeden umowny naród.

Jak tam właściwie jest? Na to pytanie nigdy nie odpowiadam jednoznacznie. Po ośmiu intensywnych miesiącach zasadniczej podróży i miesięcznym powrocie mam przekonanie, że to kraj, w którym istnieją jedynie tendencje i wspólne mianowniki. Filipiny bezpieczniej uznać za archipelag różnych światów. W tej książce znajdują się ich próbki.

Tutaj potną tatusia

(Pampanga, Luzon)

Wysiadłem w miejscu, które miało się nie podobać. O Angeles, filarze prowincji Pampanga, mówiono na ogół niepochlebnie. Nie tylko dlatego, że niechlubna Walking Street, gdzie miejscowi i turyści zachodzą w poszukiwaniu taniego seksu, przyćmiła kolonialne zabytki miasta. Angeles razi przede wszystkim przytłaczającą siermiężnością. Widoczną. Odczuwalną. Już od pierwszych chwil miasto przykleiło się do ciała kurzem i mechanicznym harmidrem. Szerokie aleje i drogi zostały zawłaszczone przez auta dostawcze i długie, fantazyjnie malowane dżipneje, które stały się popkulturową ikoną kraju – barwne gruchoty, pozostające mimo upływu lat głównym środkiem lokalnej komunikacji. Między nimi krążyły charkoczące, motorowe trójkółki z boczną gondolą, które mechanicy w okolicznych warsztatach potrafili przerobić na wszystkonośne wehikuły. Transport ze średniej półki. Wszystkie razem tworzyły zgiełk nieznany europejskim uszom. Bez nich jednak filipiński organizm dostałby zawału. Wyglądałem z blaszanej kabinki trycykla. Przede mną przewijał się ciąg zupełnie nieczytelnych ulic. Rojnych i tętniących. Każdy kadr wypełniała drobnica. Okienka, kratki i wózki; szyldy, plakaty, łopoczące ogłoszenia i nalepki. Plamy, zacieki i malowane napisy. A w to wszystko wlepione jeszcze sklepiki obwoźne, przenośne warsztaty i ukośne ściany, bo z byle czego. Wzrok nie miał gdzie odpocząć. Fasady współczesnych kilkupiętrowych domów próbowały naśladować wszystko po trochu. To był przestrzenny koszmar polskich miasteczek podniesiony do azjatyckiej potęgi. Czasem salon meblowy pachnący świeżym lakierem czy sieciowa witryna uspokajały na chwilę uliczny pejzaż. W wielu miejscach tylko porządnie ubrani ludzie i życzliwe spojrzenia sugerowały, że nie zaszedłem w zakapiorski kwartał, z którego należało czym prędzej znikać. Nie było to miejsce sprzyjające łagodnemu wkraczaniu w nową rzeczywistość. Ale musiałem zacząć właśnie tu. Wydarzenia nie mogły czekać.

Nadszedł bowiem moment, w którym Angeles i sąsiednie San Fernando przyciągają wzrok całego świata. Stają się ważniejsze od wzorowo turystycznych wybrzeży Palawanu i Czekoladowych Wzgórz na wyspie Bohol. To tutaj w Wielki Piątek, w realistycznej inscenizacji Męki Pańskiej wybrani ochotnicy zostaną przybici do krzyża. Żywi ludzie prawdziwymi gwoździami. Wcześniej zaś w trzydniowym preludium orszaki ascetów dokonają na głównych ulicach krwawego samoumęczenia. Legalny sadyzm w pełnej krasie zostanie wyciągnięty z pudełka, a tłum będzie się przyglądał.

Czynni uczestnicy krwawych obchodów są ważnym elementem zewnętrznego wizerunku Filipin. Tylko o nich pisze się na świecie regularnie co roku. Wykrzywiona grymasem bólu twarz Rubena Enaje znów świetnie się sprzeda w agencjach prasowych, a na portalach internetowych posypią się nagłówki: „Dał się przybić dwudziesty dziewiąty raz z rzędu”. Pokutnicy, asceci, magdarame, czyli „współodczuwający”. Różnie ich nazywają. Według lokalnych broszur są kontynuatorami okrzepłej tradycji. Religijnymi fanatykami i dewotami według mediów. Czubkami i wariatami według komentujących wiadomości.

* * *

Pod wieczór miałem się spotkać z aktorami szykującymi inscenizację Męki Pańskiej i poznać pierwszych pokutników, którzy dobrowolnie dają się przybić do krzyża. Teraz jednak wyczekiwałem przy barierkach wzdłuż jezdni oddzielającej bazylikę katedralną od neoklasycystycznego gmachu ratusza. Wraz z garścią zapuszczonych kolonialnych budynków i handlowym bałaganem, który nawarstwił się przez dziesięciolecia, katedra i ratusz tworzyły ścisłe centrum San Fernando. Klasyczne, filipińskie población. Niebawem miała rozpocząć się uliczna procesja. Policjant na środku skrzyżowania kierował ruchem. Wykonywał płynne, nieregularne gesty, trochę między rapowaniem a dyrygenturą: ręka w bok, falka i skubanie powietrza. Pojedziesz ty, ty i ty; ty chodź tu, a ciebie pies trącał. Ale i tak do jego znaków podchodzono wybiórczo. Inni funkcjonariusze pełnili dyżur przy barierkach – przydadzą się dwa dni później, kiedy w Wielki Piątek ściągną tu tłumy z innych części kraju i z zagranicy, zwłaszcza do dzielnicy Cutud, gdzie krzyżują z największym rozmachem.

Pochód nie nadciągał, a dowodzący policjant wiedział tyle co ja. Zwracał się bardzo uprzejmie, z lekkim uśmiechem i obowiązkowym sir na końcu. Jego kolega tymczasem stał bezczynnie i pogryzał słodką rzepę sinkamas[2]. Zazwyczaj tnie się ją na plastry, nadziewa na patyk i smaruje pastą bagoóng z krewetek, przesmażoną z cukrem. Ale funkcjonariusz wolał chrupać ją jak jabłko.

– Może chce pan trochę? – zaproponował.

– A chętnie, dziękuję.

– Skąd pan jest dokładnie?

– Z Polski – wyjaśniłem i zobaczyłem coraz bardziej znajomy wyraz zakłopotania. Przywołałem postać papieża i zanuciłem Papaya Dance Urszuli Dudziak, który po trzydziestu latach odżył na Filipinach, stając się wielkim przebojem. Na niewiele się zdało.

– Polska… Aha, w Europie. Europa jest w Ameryce? To tam przez pół roku nie ma słońca?

Ugryzłem rzepę.

Tymczasem w strumieniu pojazdów, na platformie obwieszonej białymi kwiatami pojawiła się wielka, złocona łódź z figurą świętego Piotra. Policjant dyrygował dalej, ale łódź sama z powodzeniem torowała sobie drogę do kościoła, gdzie zacumowała, oczekując na procesję. Nikt z kierowców nie trąbił. Ciężarówka pełna zielonych kokosów, rowerowe riksze i obwoźny sprzedawca lodów pod tęczowym parasolem – wszyscy ze spokojem tolerowali lekki korek.

Wkrótce mieli też pojawić się biczownicy, zmierzający na dziedziniec katedry. Powszechnie wiadomo, że Kościół jest tym praktykom przeciwny. A mimo to nie zamknięto bram. Z czasem stanie się dla mnie oczywiste, że to nie leżałoby w filipińskiej naturze. Tożsamość Filipińczyków jest przecież hybrydą, zlepkiem dawnych zwyczajów i tradycji kolonizatorów, przysypaną odpadami ze współczesnej kultury zachodniej. Spora część życia domowego toczy się tu na skraju ulicy, a cudzy głos i wzrok wpadają do wnętrza przez porowate ściany. Filipińczycy musieli wykształcić w sobie mieszankę akceptacji i obojętności. Dlatego inność nie powoduje odruchu zamykania drzwi. I dlatego też w tym ultrachrześcijańskim kraju konstytucja uznaje trzecią płeć, a transwestyta prowadzi wywiad telewizyjny z Prezydentem Republiki.

* * *

– Hey Joe, where are you going? – zagadnął kierowca trójkółki. Zrobił to pewnie odruchowo. Co rusz ktoś krzyczał: Hey, Joe! Na ogół serdecznie, nieraz złośliwie, a przede wszystkim bezrefleksyjnie. Natrętny „Joe” pochodzi od G.I. Joe. Ksywki, którą amerykańscy żołnierze przyprawili sobie w okresie II wojny światowej i którą z czasem Filipińczycy na stałe przyłatali białym z całego świata. Hiszpanie przegrali na tym polu z kretesem. Przecież to oni stworzyli z wyspiarskich księstw spójne państwo, które trzymali żelazną ręką przez ponad trzy stulecia. A biedny José i tak nie ma dziś szans. Może tłumaczyć, że nigdy w Stanach nie był, ale bez mapy czy rysunku na ziemi niewiele wskóra. Cztery dekady pod jarzmem Ameryki i pięćdziesiąt lat realnej dominacji wystarczyły, żeby filipińskie masy zaczęły utożsamiać białego człowieka z obywatelem Stanów Zjednoczonych. Poza tym zagadującego kierowcy prawdopodobnie zupełnie nie interesowało moje pochodzenie. Wcale też nie musiało go naprawdę interesować, dokąd szedłem. „Skąd wracasz?”, „Dokąd idziesz?” pełnią funkcję zwykłego How are you? Tyle że trudniej spławić je tak jak angielskie „jak leci?”.

– Pojedziemy do Santa Lucia, do domu szefa dzielnicy – zarządziłem w końcu. Motor zaskoczył za trzecim razem i kierowca ruszył. Nie musiał pytać o nic więcej. Nawet jeśli nie wiedział, gdzie mieszkał dzielnicowy kapitan, mógł spytać każdego po drodze.

– Chodź, zapraszamy! – przywitano mnie na miejscu.

Dom szefa dzielnicy, nazywanej tu barangajem, był spory i porządny, ale bez przepychu. Próby odbywały się w przestronnym garażu obok. Natychmiast dostałem plastikowe krzesło, kubek wody do ręki i wesołych kompanów do rozmowy. „Skąd jesteś? Ile masz lat? Ile już na Filipinach? Masz już żonę? Dlaczego rozwiedziony?! Co się stało?” Do ostatniego dnia refren pierwszych rozmów będzie brzmiał w ten sposób. Osławiona filipińska gościnność nie mogła być mitem. Śmiechy i wygłupy zaczęły się od razu – bez dystansu i zbędnych ceregieli. Krótko po tym w progu stanął młody człowiek i posłał serdeczne spojrzenie zza markowych okularów. Miał na imię Richmond[3]. Trudno było wyczytać wiek z miękkich rysów jego twarzy. To on tego roku był odpowiedzialny za jedną z trzech miejskich procesji zwieńczonych ukrzyżowaniem. Richmond przeniósł się do Pampangi z Manili dziewięć lat wcześniej, ale nigdy nie uczestniczył w tym konkretnym wydarzeniu. Przed nim leżało duże wyzwanie. Tym większe, że między trzema dzielnicami toczyła się chyba dyskretna konkurencja. Kiedy więc dostał propozycję wyreżyserowania Via Crucis, nie odpowiedział od razu. Potem stwierdził, że to łaska. Miał raptem dwadzieścia dwa lata, jednak gra nie była dla niego pierwszyzną. Od paru lat trenował aktorów; wcielał się już w postaci Jeana Valjeana i Eryka z Upiora w operze, a z miejscową Ligą Artystyczną odegrał niedawno Jesus Christ Superstar w dialekcie kapampangan[4]. Najbliższe zadanie uważał za najważniejsze, więc miał zrozumiałą tremę. Otuchy dodawał mu fakt, że aktorzy mieli już niejedną pasję za sobą i dobrze wiedzieli, co robić. Jego zadanie polegało jedynie na odpowiednim rozłożeniu akcentów i podtrzymaniu dramaturgii wszystkich dwunastu stacji oraz scen wprowadzających. Czasem centralną postacią miał się stawać Kajfasz, czasem Barabasz, innym razem Judasz. Wszystkie kwestie będą i tak puszczane z taśmy, dlatego aktorzy nie musieli ich znać słowo w słowo.

– Na ile w tym wszystkim chodzi o teatr? – zapytałem.

– Tylko częściowo. Teatr jest środkiem – odparł chłopak. – Ale nie lekceważ jego siły. Same procesje były przecież pomysłem Kościoła, prawda? To też forma spektaklu. Dopiero na początku lat sześćdziesiątych postanowiono dodać im realizmu i zaczęto praktykować prawdziwe krzyżowanie. Sceny sprzed dwóch tysięcy lat miały prawdziwie ożyć. Dajemy ludziom doświadczenie. Sam zobaczysz, jaką to ma siłę. Ludzie będą ocierać łzy i głęboko przeżywać to, co zobaczą. Tego media nie pokazują.

– Naprawdę wierzysz w duchowe oddziaływanie sztuki wśród straganów z napojami? – zadałem nieuniknione pytanie, ale właśnie w tej chwili, w golfie z logo China Bank i smartfonem w ręku, wszedł Poncjusz Piłat. W czasie próby będzie niósł konsolę i włączał nagrania.

Richmond sprawnie zarządził spokój i udzielił instrukcji aktorom. Najwięcej czasu miano poświęcić na scenę wyśmiewania i lżenia męczonego Chrystusa. Jeden z „Chrystusów” właśnie się zjawił. Nazywają ich Cristos. W czasie Drogi Krzyżowej będzie ich trzech i na zmianę będą nieśli w upale ciężki krzyż. Dopiero w ostatniej scenie wcielą się odpowiednio w dobrego i złego łotra oraz samego Mesjasza. Danilo Ramos będzie tym dobrym i – jak na dobrego przystało – bardzo grzecznie usiadł na krzesełku vis-à-vis. Nie inaczej: grzecznie usiadł. Przypominał speszonego ucznia wezwanego do odpowiedzi. Drobny, o pokornym spojrzeniu. Może był zwyczajnie osłabiony kilkudniowym postem, który podejmował z własnej woli pod koniec Wielkiego Tygodnia, a może zwyczajnie onieśmielony. Był w końcu prostym robotnikiem. Do krzyża miał zostać przybity dwudziesty siódmy raz z rzędu. Miał czterdzieści cztery lata, choć spracowana fizjonomia sugerowała więcej.

Później zjawił się Melchor. To on zawiśnie na krzyżu jako Chrystus, do którego zresztą znakomicie się upodobnił. Bardzo starałem się nie sugerować kontekstem spotkania, jednak spojrzenie Melchora rzeczywiście miało w sobie coś pochłaniającego. Nadawało mu wyraz osoby przenikniętej duchowością, lekko nieobecnej. A może to moja podświadomość nie potrafiła oddzielić tych niepokojąco znajomych rysów od wiązanych z nimi od zawsze cech boskości? Może też fakt, że Melchor i Danilo jako jedyni w rozbrykanej trupie aktorów pozwalali sobie najwyżej na powściągliwy uśmiech, sprawiał, że wydawali się ulepieni z innej gliny? Obaj mieli podobne historie: poważną chorobę w rodzinie i wyzdrowienie bez pobytu w szpitalu, które przypisują boskiej interwencji.

Rozmowa nie szła nam łatwo. Na każde zamknięte pytanie padało zdawkowe „tak” lub „nie”. Obaj twierdzili, że nawet przed pierwszym ukrzyżowaniem w życiu zupełnie się nie bali. Powątpiewałem. Albo ich wiara faktycznie wyciszała naturalne ludzkie odruchy, albo odpowiadali frazesami.

– Sądzisz, że Bóg się cieszy, widząc twoje cierpienie? Że tego od ciebie oczekuje?

– Tak, bo widzi moją modlitwę – odparł pierwszy.

– Tak, bo modlę się za swoją rodzinę – odpowiedział drugi.

– Rozumiem, że widzi, ale czy tego oczekuje? Czy to mu odpowiada?

– Nie wiem, czy Bogu to odpowiada, ale raczej tak. Dziękuję mu w ten sposób za każdy kolejny rok życia.

Odpowiedzi nie trzymały się kupy. Wydawało się, że obaj Cristos mieli swoją wizję relacji ze Stwórcą: prostej zależności handlu wymiennego czci i poświęcenia za zdrowie oraz pomyślność. Była jasna, klarowna i powszechna. Danilo nawet nie chodził co niedzielę do kościoła. Mówił, że kocha Boga i jest z nim po swojemu. Zaskakujące, jak wiele głosów wtórowało mu w tej głęboko religijnej społeczności.

José Ramires, człowiek, który od lat operował młotkiem i gwoździami w czasie ceremonii, także nie miał rozterek. Zwyczajnie przyjął obowiązujący lokalnie system, w którym ktoś powierzył mu tę szczególną rolę. José nie myślał o swojej funkcji jako o przybijaniu żywego człowieka do drewna. Postrzegał ją jako zaszczyt i ważne zadanie we wspólnotowym misterium. Gwoździe były tu już dawno i prędko nie znikną. To my, obcy, przecieramy oczy.

Rozpoczęła się środowa próba na wieczornych ulicach dzielnicy Santa Lucia, pustawych po zmroku. Czasem ze skromnych domów dobiegały dźwięki telewizora; raz po raz przejechała obok pojedyncza trójkółka. Psy rozszczekiwały się na widok głośnej trupy. Richmond w odpowiednich momentach dawał aktorom wskazówki. Wszyscy, z Melchorem włącznie, stosowali się do uwag młodziutkiego reżysera. Nikt nie kwestionował jego pozycji ani nie próbował pokazywać swojego miejsca w stadzie. Między próbami wesoła kompania dokazywała dalej. Centurion zdzielił kogoś z bicza, opowiadano dowcipy. To był sympatyczny wieczór. Co rusz ktoś podchodził i mówił o swojej roli w sztuce, częstował napojem lub przedstawiał nowego towarzysza. Okoliczni mieszkańcy kwitowali gwar uśmiechami. Richmond wyjaśniał, że próbny przemarsz to także forma zaproszenia na spektakl. Trasa była od lat ta sama i najwyraźniej byliśmy oczekiwani. W końcu aktorzy dotarli do zadaszonego boiska do koszykówki, na którym rozegra się ostatnia scena przed samym krzyżowaniem. Młoda obsada trochę swawoliła, ćwicząc szyderczy śmiech i poniewieranie Melchora. Nie szczędzono mu dodatkowych razów kijem. Tylko on, główny bohater, nie pozwalał sobie na żarty.

Sztuczna Golgota stała tuż za boiskiem. Zbudowano ją kilka lat wcześniej z cementu imitującego głazy. Płaskie podejście i szeroki szczyt wymalowano antypoślizgową farbą, żeby noga się nie powinęła na ostatniej prostej. Richmond chciał jeszcze sprawdzić, jak wypadała scena nawałnicy i trzęsienia ziemi po śmierci Chrystusa. Na dany znak nastoletni apostołowie w japonkach śmignęli za scenografię i z ukrycia potrząsali gałązkami drzew. Z głośników dobiegały grzmoty, a żołnierze kulili się w przestrachu. Wszystko jak należy. Przyszedł czas na odpoczynek, papieroska i ostatnie wygłupy dla chętnych, jeszcze przed późną kolacją.

W gościnnym garażu ruszyły w obieg kubki z chłodzoną herbatą i pudełka z jedzeniem. Piłat umył ręce i zabrał się do wieprzowiny z ryżem. Każdy upewniał się, czy mi smakuje – wszak to pierwsze dni na Filipinach dla gościa z daleka.

– Wiesz, ja też jestem smakowity – zaczepił mnie jeden z apostołów, na którym historia Sodomy najwyraźniej nie zrobiła wrażenia.

Wiele mnie już zaskoczyło i jeszcze wiele miało zaskoczyć.

* * *

W Angeles zamieszkałem w dzielnicy Santo Rosario przy ulicy Jezusa. Przy niej też działający w mieście od przeszło stu lat klub Rotary ufundował wspaniałomyślnie seledynowy pisuar na środku chodnika. Pewnie z myślą o kierowcach trójkółek, którzy wystawali tam sznurem, ucinając sobie często drzemkę w cieniu gondoli. Ale plamy moczu i tak ciemniały na zaruściałych murach i płotach, zahaczając czasami o napis „Zakaz siusiania”. Jezus Street łączyła dwa bieguny. Jednym krańcem zagłębiała się w zaciągnięty czarnym brudem żelbet, obłożony dorobkiewiczowską tapetą; w bazarowy rój, gdzie pajęczyna wiszących kabli elektrycznych motała i szatkowała przestrzeń nad głowami. Drugim krańcem wyprowadzała w kierunku pohiszpańskich willi z ogrodami i odrestaurowanego dworku Pamintuanów, w którym niegdyś biło serce Pierwszej Republiki Filipińskiej. Rozrastał się tam na cztery strony nowiuteńki bruk, szlifowany przez robotników owiniętych od karku w górę w bawełniane bluzy mające chronić przed słońcem. Powstawały geometryczne klomby, równiutkie krawężniki i elewacje w spójnym stylu. Coraz więcej nieskazitelnych aptek, banków i salonów optycznych za przyciemnianymi szybami wciskało się między budowlane tasiemce. Niedaleko było do dzielnic rezydencyjnych z pięknymi, pachnącymi ogrodami i domami w dobrym guście. A za nimi znowu na kilku hektarach kwitł dwudziesty pierwszy wiek w pełnej krasie. W tej pogmatwanej scenerii kursowała codziennie klasa średnia, cienko przędący handlarze i ledwie wiążące koniec z końcem wszystkoroby.

W Wielki Czwartek, jak co rano, sprzedawca sojowego deseru taho nosił na drągu wiaderka z puddingiem, perełkami tapioki i syropem cukrowym. Tahoooooo!, pokrzykiwał donośnie. Kolorowy, uliczny targ roztaczał zapachy oraz sporadyczną stęchliznę. W sieciowym barze Jollibee skwierczały kurczaki i hamburgery. Odświętna atmosfera narastała powoli. Gdzieś dyskretnie za wysoką bramą miejscowy majster wykańczał pozłacany ołtarz na wieczorną procesję. W marketach MiniStop reklamowano specjalne wielkopostne menu z tuńczyka: w bułce, z makaronem, a co! Przy stoisku z setkami podrabianych płyt nagrania pasyjnych śpiewów mieszały się z rytmem hip-hopu i landrynkowymi balladami.

Gdzieniegdzie jednak duch Wielkiego Tygodnia zaznaczał się wyraźnie i trochę znienacka. Wypływał z podwórzy i zaułków wraz z poważnymi dźwiękami tradycyjnej pasji, nazywanej tu pabása. Pod skromną, tymczasową wiatą, wśród figur i wizerunków świętych pabása gromadziła ludzi z sąsiedztwa na śpiewanej lekturze biblijnego poematu, opisującego ostatni tydzień z życia Chrystusa. Sam poemat powstał w siedemnastym wieku, ale tradycja sięgała dużo głębiej. Śpiew, nieco zniekształcony lichym nagłośnieniem, niósł się w nocy i o świcie. Powinien trwać nieprzerwanie przynajmniej trzy dni, ale bywa, że trwa dłużej. Byle skończyć do wielkopiątkowego popołudnia. Niejeden kantor zdawał się improwizować i trafiał w co drugi dźwięk jak leciwy organista, któremu nikt nie śmie powiedzieć, że już pora przestać. Ale to zrozumiałe – śpiewali przecież zwykli mieszkańcy, do tego zmęczeni. Dyżurowali przy mikrofonie na długich zmianach, czasem dwugodzinnych. Ci młodzi, którym pewnie kazano, i starsi, którzy w ten sposób zdecydowali się spełnić swoje intencje wielkopostne.

Tymczasem Pampang Road w dzielnicy Lourdes Northwest była przyjemnie spokojna i niemrawa. Wiodła wzdłuż zupełnie schludnych, kolorowych domków. Rudery zaczynały się dopiero w bocznych uliczkach. Upał już od rana szczypał w kark i wyciągał wilgoć z ciała, więc mieszkańcy chowali się w cieniu drzew i parterowych zadaszeń. To wcale nie oznaczało, że nie pracowali. Styk domu i ulicy jest przestrzenią, w której w wielu filipińskich miasteczkach toczy się gospodarskie życie. Na tym styku wielu z nich prowadziło przydomowe sklepiki sari-sari; inni zaś niewielkie jadłodajnie – mówiąc na wyrost. Gotowali po prostu ryż i rozmaite potrawki, które potem czekały w garnkach na chętnych. Mało co jest równie stałym elementem krajobrazu tutejszych ulic jak te rzędy garnków oraz girlandy saszetek za drucianą kratką sari-sari.

Wszyscy mieli przed sobą długi dzień, więc starali się odpoczywać. Siły oszczędzał też urodziwy kogut, przywiązany za nogę pod cementowym murem. Być może kilka dni później stoczył kolejny pojedynek na śmierć i życie w niezwykle popularnych walkach kogutów. Walka jest z reguły szybka. Przywiązują zwierzętom ostrza do łap i przegrany nawet trzy razy nie zapieje. A co to są za emocje! Niejeden stawia na swojego faworyta i tysiąc pesos[5], kilkudniowy zarobek.

W sąsiednim punkcie czerpania wody głębinowej pracownicy zapełniali dziesiątki plastikowych kanistrów, a wlew plombowali szczelnie taśmą. Wody trzeba było dużo, bo właśnie tędy miały przejść orszaki pokutników w licznej asyście krewnych i mieszkańców miasta. O wydarzeniu informował różowy transparent nad bramą dzielnicy. Widniał na nim Chrystus zmartwychwstały i Chrystus ukrzyżowany, a pod spodem, skromnie, burmistrz i szef barangaju zapraszali na pochód. Nad ulicą w skwarnym powietrzu poruszały się rzędy sponsorskich chorągiewek.

Szukałem w tym śniętym miejscu jakiegoś punktu zaczepienia. Wyjąłem więc napój ze skrzynki ustawionej przed domem i podałem sprzedawczyni. Tęgawa właścicielka włożyła słomkę do wysłużonej butelki i podała plastikowe krzesło.

– Długo tu już jesteś, Americano? – zagadnęła. – Jak to nie Americano? To skąd?!

Znowu z uśmiechem odpowiadałem na te same pytania, coraz sprawniej, bo i odpowiedzi padały identyczne. Sąsiadki ze sklepiku ścianę dalej przysłuchiwały się i włączały do rozmowy. Sklepikarka jednocześnie siekała na stoliczku drobne cebulki i wieprzowinę. Prawą stopę opierała zaś na kolanach manikiurzystki, która strugała skórki na biały ręcznik. Stoliczek kosmetyczny obok kuchennego; świńskie skórki do miseczki, a ludzkie na ziemię. Dziewczynka, pewnie córka, odwinęła z bananowego liścia słodką kokosową leguminę i postawiła mi przed nosem. Przecież gawędziliśmy, a gawędząc, się podjada. Pieniądze nie były najważniejsze.

Nieopodal czekał następny przygodny rozmówca. Opierał się o narożną latarnię. Skrzyżowaliśmy wzrok. Uniósł na moment brwi i skinął głową. Czy mi się tutaj podoba? Bo on, owszem, dobrze się tu czuje, ale rząd… uuuu! Skorumpowany.

– Nie robią niczego, żeby poprawić nasz poziom życia. Nic ich nie obchodzimy – zaczął narzekać, zamieniając chwilowo filipiński uśmiech na ściągnięte brwi. – Żeby zainwestowali w dzielnice, to nie! Aha, jestem Melvin – wtrącił przyjaźnie. – Wiesz, że Filipiny są oficjalnie trzecim najbardziej skorumpowanym państwem świata? – perorował w coraz bardziej swojskim stylu. – Nasza opieka społeczna…

– Dobra, dość ględzenia. – Ktoś z boku pociągnął mnie za rękę i nagle wylądowałem w grupce trzydziestoparolatków odpoczywających w cieniu blaszanego dachu. Jeden z nich pracował w banku, więc nawet białe ray-bany założył i czapeczkę wprost z Brooklynu. Wszyscy mieli tatuaże i piwne brzuszki, które wystawiali do słońca. Gospodarzem był najstarszy z nich, Dan. Chyba szczerze cieszył się ze spotkania – tyle wyczytywałem z jego pogodnej, nieco mongoidalnej twarzy. Jako pierwszy nalał mi najlepszego piwa. Był strażakiem, więc kto, jak nie on, miałby ugasić pragnienie? Dom Dana był skromniutki. Zbudowany z burych, nieotynkowanych bloków, byle jak posklejanych zaprawą. To nie było to, co gładki pomarańczowy budynek naprzeciwko, ze zdobioną werandą na piętrze. Ale jakie znaczenie miał budynek w tym towarzystwie? Znaliśmy się niecałą godzinę, a gadaliśmy jak starzy kumple. Okazało się, że przypadkiem wpadłem pod właściwy adres: chłopaki czekały na odpowiedni moment, żeby zacząć własną, tradycyjną pokutę. Moment zrobi się odpowiedni, gdy trunek podniesie im dostatecznie ciśnienie krwi. Wtedy zrealizują swoją ofiarę w konkretnej intencji, zwaną panata. Dan będzie modlił się o zdrowie dla synka Teddy’ego, rezolutnego dziesięciolatka, który zagadywał czasem sympatycznie. Nie miał widocznych oznak choroby. Siedzący obok Allan miał natomiast wyraźny powód do modlitwy. Część lewej ręki pokrywała mu ściemniała skóra, obrośnięta gęstym włosiem. Ale czy właśnie o tym będzie myślał, chłoszcząc ponacinane plecy?

Dan pokazał mi swój bicz, burilyo. Był dla niego bardzo ważny, bardzo osobisty. Przekazał mu go jeszcze jego tato, trzydzieści siedem lat temu. Elastyczna rękojeść ze splecionego materiału była miła w dotyku. Trzynaście bambusowych pręcików, każdy na oddzielnym sznureczku, klekotało cicho przy najmniejszym ruchu. Rózga przypominała raczej zabawkę do zawieszenia nad niemowlęcym łóżeczkiem niż narzędzie wymyślnej ascezy. Niektóre z pręcików zużyły się przez lata. Były delikatnie zdarte, cieńsze, czasem sterczały z nich pojedyncze włókna. Wielu Cristos stara się używać jednej rózgi przez całe życie. Po zakończonym biczowaniu długo wymywają krew chłodną wodą, a następnie dezynfekują drewno alkoholem. Zazwyczaj pierwszą ofiarę w intencji podejmują jako nastolatkowie i wciąż dokładają na swoich ciałach kolejne warstwy cieniutkich blizn, mając czterdziestkę na karku.

Gdy tak rozmawialiśmy, nadciągnęli biczownicy, bardzo jeszcze młodzi. Wielu z nich nie kupiłoby piwa w sklepie, gdyby przestrzegano przepisów. Szli w kilku, na ogół boso, czasem w japonkach. Rytm ich kroków zgrywał się z regularnymi, wilgotnymi odgłosami smagania. W lewo, plask! W prawo, plask! Bambusowe rózgi przypominały zakrwawione mopy. Pokutnicy pozasłaniali twarze: jedni czarnym materiałem z otworami na oczy, drudzy zwykłymi koszulkami. Ktoś założył nawet teatralną maskę z tektury. Tradycyjnie woal obwiązuje się wokół głowy wieńcem z zielonej gałązki lub kwitnącego kolorowo krzewu. Byli i tacy, którzy ograniczali się do firanki z młodego liścia kokosu.

Wyciskana uderzeniami posoka zaczynała krzepnąć na obrzeżach pleców, a plamy przypominały skrzydła krwawych aniołów. Co pewien czas młodzi asceci przystawali, klękali i kładli się, dotykając czołem ziemi. A potem znów plask, plask! Lewa, prawa! Raz w miejscu, raz w ruchu. Dzieci z przydrożnych straganów podawały wodę do picia, nieraz całą butlę, żeby oblać głowę i plecy. Wówczas krew przestawała krzepnąć, a upał mógł zelżeć na chwilę. Z rzadka samodzielny biczownik podchodził sam do sklepiku, odsłaniał usta i wypijał kubek wody z sokiem. Niektórzy oglądali się za siebie, jakby upewniając się, czy kumple idą, i nieco nonszalanckim krokiem zmierzali w stronę kaplicy. Czerwone plamy zakrywały część smoków i mitycznych postaci, które tatuowano liczniej niż sylwetki świętych i deklaracje wiary. Pojedynczy rowerzyści i piesi, sprzedawca orzeszków w karmelu i obwoźny sprzedawca mioteł lawirowali między pryskającymi kropelkami krwi. Niejedna już spadła mi na gołe stopy, ręce i nogawki spodni. Dziwne uczucie – lepkiej, ciepławej wilgoci. Płynu z obcego ciała. Wybebeszonej fizjologii.

Mimo to siedzieliśmy dalej i sączyliśmy piwo. Nikt się nie marszczył i nie uciekał. Patrzyły całe rodziny, a na twarzach nie było widać ekscytacji. Ten i ów przechodził bokiem ulicy, jakby w ogóle ignorował to, co działo się wokoło. Młodzież i dorośli kręcili filmiki komórkami, dyskutowali i podjadali uliczne przekąski. Tymczasem kolejni znajomi dołączali do piwnego stoliczka: jeden jak pirat drogowy, z kolczykiem i bandaną, drugi niski i chudziutki niczym fakir, z miną zbereźnego żartownisia. Pytali, co u Allana i Bolana. Miałem wrażenie, że za moment wszyscy wstaniemy i skrzyknąwszy resztę sąsiadów, pójdziemy oglądać mecz.

Pochód nie ustawał. W natłoku sylwetek wyróżniał się człowiek z rozpostartymi ramionami przywiązanymi do poprzecznej belki krzyża. Nazywają takich mamusan crus. Dźwigał ciężar w trzydziestostopniowym upale i dwukrotnie wyższej wilgotności powietrza niż w wiosennej Polsce. Pewnie nie dałby rady, gdyby nie pomoc krewnych. Za nimi wmaszerował oddział chłopaków w bojówkach moro. Ktoś prowadził ich z przodu jak zastęp harcerzy. Szli równo. Smagali się mocno, niektórzy podwójnie grubą rózgą. Każdy z modną fryzurą. Jeden odsłonił nawet twarz, uśmiechnął się do tłumu i pokazał kciukiem, że jest OK. Chłopakom chyba się podobało. Nie zajrzy się nikomu w zakamarki duszy, ale czy naprawdę odczuwali potrzebę pokuty? Czy zdobyliby się na poświęcenie, gdyby nie miejscowa tradycja? Odpowiedź nasuwała się mimowolnie.

Wiele pytanych przeze mnie osób widziało w publicznej chłoście puste gesty i widowisko dla gapiów. Podobnie twierdził ewangelicki pastor, który sam zresztą próbował samobiczowania jako piętnastoletni młodziak. Robili to wszyscy kumple i nie chciał odstawać. Inny duchowny także nie miał złudzeń. Nie rozumiał, czemu miało służyć paradowanie środkiem miasta. Za wzór stawiał swego brata. On też nosił drewniany krzyż, ale w przeciwieństwie do innych robił to samotnie. Chodził suchym korytem rzeki i tam modlił się w ciszy. Z kolei Dan nie aprobował praktyki krzyżowania (uważał, że to przesada, może nawet świętokradztwo), ale cenił pozostałe formy pokuty. I miał żal do hierarchów kościelnych, że potępiają tradycję płynącą z serca ludzi. Może by nie potępiali, gdyby w pochody angażowali się wszyscy. Jednak krwawa asceza była od zawsze domeną niższych warstw społeczeństwa. Klasa średnia uczestniczy biernie. Ogląda. Przychodzi lub przyjeżdża na kilkudniowy, makabryczny karnawał. To tu, w población, nowe rózgi wciąż znajdują nabywców.

– Też możesz sobie kupić jedną na pamiątkę. Turystom wciskamy je za trzysta pesos, ale dla ciebie będzie za sto, tyle, co dla naszych – zachęcał Dan. Sprzedawano też miniaturki, którymi chętnie bawiły się dzieci. Wiele z nich czeka na dzień, w którym pójdą w ślady ojca i wujka, tak jak w Polsce dziewczynki czekają na moment, w którym na dźwięk dzwoneczka będą sypać kwiaty w Boże Ciało.

Piknikowo-działkowa atmosfera przed domem Dana nie ustawała. Za szybką przy grillu leżał stos upieczonych kurzych łap i głów, z których wyjada się móżdżek. Przekąski.

– Mamy też dupy, sir – poinformował grzecznie chłopak, nie wyczuwając niuansu, i zaproponował trzy kupry na drewnianej szpadce. Zaś piwo krążyło dalej: do dna i następny!

Wreszcie i moi towarzysze zaczęli zdejmować koszulki i rozpoczęli chłostę przygotowawczą. Skóra musi dobrze najść krwią, zanim się ją otworzy. Dwadzieścia minut minimum. Co chwila dołączał kolejny rytmiczny odgłos smaganych pleców. To zupełnie mechaniczna czynność. Bicza można używać jedną ręką, a drugą spokojnie palić papierosa i w tym czasie dowiedzieć się, co nowego u Robbiego, który właśnie splatał woal z gałązki. Fakir zbereźnik też się szykował. Na łysawą głowę założył ładny wianuszek z kwiatów białej bugenwilli. Teraz wyglądał jak podstarzały skrzat, któremu znudziło się w bajce.

Kompania stanęła gotowa do wymarszu. Będą smagać plecy, aż dotrą do miejsca startu. Teddy ze starszą siostrą towarzyszyli mi na zatłoczonej już drodze. Dan szedł tuż obok, ale wydawał się nieobecny. Spytałem wprost, czy jest smutny. Był. Chyba zaczynała się już dla niego chwila modlitwy. Myślał o swoim synku, dla którego tu przyszedł, a który cały czas ochoczo objaśniał mi to i owo, niezrażony faktem, że niewiele rozumiałem.

– Tutaj potną tatusia – powiedział Teddy, wskazując zaśmiecony trawnik w cieniu rozłożystych akacji. Pozostali byli już na miejscu. Czekali, aż trzech wyćwiczonych znajomków ponacina im plecy.

– Ten tu to jest mistrz! Ekspert – skrzat zbereźnik zachwalał kolegę, który najskuteczniej pobudził sobie krążenie piwem. Ekspert skinął na mnie, żeby pokazać z bliska żyletki – zapakowane w papier ostrza Gillette Ruble, ultranierdzewne.

– Zrób zdjęcie, może Gillette zwróci ci za wyprawę! – poradził chytrze i zabrał się do roboty. Pierwsze plecy pochyliły się posłusznie. Grupka gapiów wlepiła wzrok we fragment nagiego ciała; wyciągnięto komórki i aparaty. Znajomym z Facebooka się spodoba.

Cyrulik zaczął. Raz, dwa, trzy, cztery… Nacinał wprawnie i delikatnie… Siedem, osiem, dziewięć. Sześć rzędów po pięć i druga strona. Raz, dwa, trzy, cztery… Ręka niemal fruwała nad napiętymi „schabami”. Z wąziutkich ranek natychmiast wypłynęły pękate krople krwi. Dobra, następny, raz, raz! Kolejne plecy, kolejna krwawa biedronka. Czasem ktoś syknął, ale ból znoszono po cichu. Niektórzy lekko przygryzali usta. Parę osób zdecydowało się dodatkowo obwiązać abakowymi[6] linami, które utrudniają krążenie i czynią wysiłek jeszcze większym. Część jeszcze wracała na papieroska, ktoś zdzielił kumpla rózgą dla żartów albo wychłostał się głupawymi ruchami, wydając odgłosy wojownika. Fakir z kimś się tarmosił dla hecy i pokazywał mu środkowy palec. Potem zaś odpakował nową żyletkę i przejął rolę balwierza. Też sprawnie sobie radził… Pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt dziewięć, gotowe! Papierosy dopalone, piwa dokończone. Kolumna przyjaciół ustawiła się na ulicy i rozpoczęła marsz akacjową aleją w stronę kaplicy Świętej Rodziny. Dan chyba jako jedyny z całej grupy celebrował ten akt. Dla niego była to chwila podniosła, szansa i nadzieja. Już do końca dnia pozostał wyciszony.

Miarowy dźwięk biczowania stał się hipnotyzujący. Postukiwał w uszach trzecią godzinę z rzędu. Plask, plask, klak, klak. Zaskakujące, jak szybko spowszedniał ten fantasmagoryczny pochód. Ot, czyjaś krew na spodniach, moich i cudzych. Na dziecięcych buziach, na parasolach, słupach i nawierzchni. Była wszędzie. Nic nadzwyczajnego. Ktoś na murze namalował nią inicjały i serduszko.

Melvin szybko stracił siły od gorąca i upływu krwi. Patrzył przed siebie zamroczonym wzrokiem. Ktoś inny znowu uznał, że mężczyzna broczy za mało, więc z doskoku poprawiono mu plecy żyletką. Było już niedaleko. Szkarłatne zacieki na dżinsach i obwódkach slipów przesiąkały coraz niżej. Skorupa brunatnych skrzepów zaczynała pękać na mniejsze okruchy, a po plecach spacerowały pierwsze muchy. Tymczasem z głośnika przed kaplicą płynęły wielkopostne śpiewy, a nowo przybyli magdarame leżeli krzyżem przed świątynnym progiem. Niektórzy krzyżem z krzyżem, od którego powoli odwiązywała ich asysta.

To był koniec drogi w tym roku. Pokutnicy podnosili się z wolna i o własnych siłach wracali do domu, wspierając się czasami na ramieniu bliskich. Moi towarzysze na szczęście mieli do siebie dwa kroki. Potem jeden po drugim poznikali za drzwiami. Paru jeszcze przysiadło na niskim murku. Odpowiadali półgębkiem. Byli wyraźnie wyczerpani. Melvin pobladł i kręciło mu się w głowie. Wątpiłem, czy wystarczy im jeszcze sił, żeby odwiedzić czternaście kościołów, jak nakazuje dawna kolonialna tradycja. Poszedłem pożegnać się z Danem. Kobiety w przedsionku ponurego domu grały w karty, a on sam kończył w ciemnej łazience płukać burilyo. Rózga znów miała ciemnosłomkowy kolor.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Dosłownie „starsza siostra”. Zwrot stosowany powszechnie również wobec niespokrewnionych rówieśniczek lub nieco starszych kobiet. Analogicznie do mężczyzn stosuje się zwrot kuya.

[2] Polska nazwa tej rośliny to kłębian kątowaty. Bulwa przypomina kształtem i konsystencją rzepę, ale de facto nią nie jest. Należy do rodziny bobowatych.

[3] Richmond naprawdę miał na imię Richmond, jednak część pozostałych imion w niniejszej książce została świadomie zmieniona: czasem dla ochrony prywatności bohaterów, czasem zaś zwyczajnie dlatego, że autor, w przypadku postaci epizodycznych, nie był pewien ich prawdziwych imion.

[4] Według różnych źródeł na Filipinach występuje od stu trzydziestu do stu siedemdziesięciu języków i dialektów. Kapampangan to główny język używany w prowincji Pampanga.

[5] Równowartość osiemdziesięciu złotych z okładem.

[6] Abaka to wytrzymałe włókna pozyskiwane z bananowców.

Sport i Turystyka – MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pod ciemną skórą Filipin Madagaskar. Tomek na czerwonej wyspie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI