Kobiety, które walczą. Rozmowy z zawodniczkami sztuk walki

Kobiety, które walczą. Rozmowy z zawodniczkami sztuk walki

Autorzy: Sylwia Chutnik

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.90 zł

Liczy się tylko numer 1!

Kobiety, które walczą to seria niezwykłych wywiadów przeprowadzonych przez Sylwię Chutnik z kobietami, które, zawodowo lub amatorsko, uprawiają sporty walki. Jak wygląda walka i trening? Dlaczego atrakcyjne i młode dziewczyny wybrały ten „niekobiecy”, konfrontacyjny i brutalny sport?
Wśród rozmówczyń są zawodniczki: Joanna Jędrzejczyk, Agnieszka Rylik, Sylwia Kusiak, Agnieszka Niedźwiedź, Gabriela Kuzawińska, Iwona Guzowska, Ewa Brodnicka, Sylwia Zaczkiewicz (również trenerka, która prowadzi klub Zaciśnięte Pięści), trenerki: Joanna Piotrowska (WenDo) i Jolanta Wasilewska (krav maga).

Oprócz nich autorka rozmawiała z kobietami, które trenują hobbystycznie – pisarką Grażyną Plebanek, dziennikarką, blogerką i pisarką – Małgorzatą Halber oraz Natalią Fiedorczuk - pisarką, piosenkarką, instrumentalistką i autorką piosenek.

Sylwia Chutnik

KOBIETY, KTÓRE WALCZĄ

Rozmowy z zawodniczkami sportów walki

© Copyright by Sylwia Chutnik

Copyright for the Polish edition © Grupa Wydawnicza Foksal, 2017

Spis treści

Siła, która pokona wszystko

Iwona Guzowska. Życie tu i teraz

Agnieszka Rylik. Kierowniczka własnego życia

Gabriela Kuzawińska. Fight Club, czyli o wbieganiu na szczyt

Sylwia Kusiak. Sztuczne rzęsy, czyli marzenia o olimpiadzie

Agnieszka Niedźwiedź. Młoda mama w oktagonie

Ilona Działa-Ćwiek. Policjantka na macie

Sylwia Zaczkiewicz. Tatuaż z porażką, czyli walczyć do końca

Ewa Brodnicka. Lwica się nie poddaje

Joanna Jędrzejczyk. Idę dalej

Hanna Gujwan. Martwa natura w oktagonie

Justyna Żełobowska. Ciało to broń

Jolanta Wasilewska. Niekonwencjonalne biuro matrymonialne

Joanna Piotrowska. Masz prawo podjąć decyzję

Janusz Pindera. Kobiety nie odpuszczają

Zakończenie

Słowniczek, czyli wyjaśnienie najczęściej używanych określeń

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Siła, która pokona wszystko

Wolę leżeć niż chodzić. Pewnie dlatego przez lata uważałam, że sport nie jest dla mnie. Dużo podróżuję, lubię wysiąść kilka przystanków wcześniej, aby zrobić mały spacer. Ale żeby od razu myśleć o sobie jako lubiącej ruch? Bez przesady. Jako mól książkowy ćwiczę co najwyżej mięśnie palców, kiedy przewracam stronę. Mimo to ciągnie mnie do sportu, a raczej do ludzi, którzy go uprawiają. Kiedy widzę umięśnione sylwetki biegaczy mijanych w parku lub napięte łydki rowerzystów, widzę magię ciała. Te wszystkie tajemne procesy, które sprawiają, że poruszamy się i kształtujemy. Może to wspomnienie filmu Było sobie życie, gdzie małe ludziki tłumaczyły nam, jak działa skomplikowana maszyneria organizmu, a może wybujała wyobraźnia, która każe rozmawiać z częściami ciała? Dość, że im jestem starsza, tym z większym szacunkiem podchodzę do fizyczności. Wyczuwam ból, patrzę na zmieniającą się skórę. Z zainteresowaniem obserwuję proces zmęczenia, spadku energii.

Żyjemy przecież w kulturze szczupłego ciała i zgrabnej sylwetki, gdzie jak się nie uprawia sportu, to tak, jakby się nie znało wina pugnitello lub czerwonej podeszwy Louboutina. Nie ma rady, należy coś ćwiczyć. Gdzieś się za grube pieniądze zmęczyć, ale dzięki temu być szczupłym. W miejscach kultury fizycznej roi się od ludzi z brakiem wszystkiego niepożądanego (brzucha, ud, pośladków, włosów, kompleksów i żylaków). Miejsca te nie przypominają naturalnego dla introwertyków środowiska wyciszenia. Wszędzie huczy głośna muzyka i nie ma śladu filharmonii. Zamiast regałów z książkami – szafki na kluczyk, zamiast rachitycznych okularników – sapiące karki. Szaleństwo! Ale to nie obcy świat, raczej jego dopełnienie. Pamiętam na przykład o lekkoatletce Halinie Konopackiej, która nie tylko zdobywała medale na olimpiadach, ale również publikowała poezję. I to gdzie – w „Przeglądzie Sportowym”. I kto go redagował – poeta Kazimierz Wierzyński!

©Maksymilian Rigamonti

Mając w pamięci wyżej wymienione fakty, ruszyłam kilka lat temu na zajęcia. W końcu WF w szkole dawno się skończył, a kości zastygły przez ten czas. Dobrze je rozruszać, podobno lepiej się od tego myśli. Już w szatni poczułam, że to był błąd. Pospiesznie włożyłam krótkie spodenki i koszulkę, tak zgrabnie, aby nikt nie widział moich fałd na brzuchu. Gest wyćwiczony do perfekcji: jedną ręką zdejmujesz, a drugą wkładasz ubranie. Jeszcze tylko butelka wody, zdjęte bransoletki i kolczyki. Oddech. Dobra, idę. Nie ma się czego bać, bez przesady, to tylko sala ćwiczeń. Nic mi się nie stanie, sport to zdrowie. Konopacka czuwa.

Bach – pierwszy szok i niedowierzanie. Smukłe dziewczęta stojące na środku, ich ciała wyrzeźbione i strzeliste. Niezmącona cellulitem skóra obleka kości i delikatnie lśni w blasku jarzeniówek. Szczuplaki suną ponad podłogą, poruszają się lekko. Wchodzi prowadząca, która wygląda tak, jakby zbudowana była z samych mięśni. „No to co, zaczynamy od rozgrzewki”. Zaczynamy. Najpierw bieg w miejscu. Wszędzie wiszą lustra pokazujące prawdę schowaną w trzęsących się udach. Miraż dobrej kondycji minął po minucie. W środku tego armagedonu ja – rzężę, dyszę, krew wali w skroniach. Czas na rozciąganie nóg. Prawa strona, zaraz lewa, ścięgna przypominają zmotany kłębek wełny. Szarpiesz za początek, ale zarazem plączesz środek. Odkrywasz mięśnie od małego palca u stopy do samego mózgu. Napięcie ciała sprawia, że upodabniasz się do czarownic torturowanych na kole. Nie wiadomo, z której strony gruchnie kość, i zaraz leżeć będziesz jak mumia, cała w bandażach. To jest bardzo niebezpieczne. Proszę mi powiedzieć, cwaniaki od sportu, czy jak ja – dajmy na to – stukam sobie w klawiaturę, to czy mi grozi pęknięcie mięśnia? Zawał krwi? Chamskość wątroby? Nie. Grozi mi co najwyżej ból opuszka palca, ale to nie jest zbyt poważne schorzenie.

A w dusznej sali przysiad, brzuszki, skręty i cały organizm powyginany. W imię zdrowia, rzecz jasna. Tego dziwnego dążenia do perfekcyjnego wyglądu, który i tak po naszej śmierci nic nie będzie znaczył. Zjedzą nas robaki w trumnie albo wylądujemy w małej urnie w formie przyprawy. Memento mori w czasie wykonywania ćwiczeń jest kluczowe. Nie wiem dlaczego, ale zawsze myślę o śmierci, kiedy ćwiczę.

Staram się również myśleć o definicjach sportu opracowanych przez Johana Huizingę w jego książce Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury. Sport to przede wszystkim zabawa ludyczna. Zabawa? Chyba znam lepsze. Dalej: nie powinna ona zawierać w sobie żadnego przymusu – miałaby zatem być działaniem wolnym. Czyli przymus kulturowej normy wyglądu zewnętrznego dyskwalifikuje pierwotne rozumienie tej spoconej „zabawy”. W osiedlowej siłowni czy karnecie zniżkowym widzę natrętne działanie szablonowej wizji jedynie słusznego ciała. Rzadko jednak dostrzegam prawdziwą radość z samego faktu ruchu.

Spontaniczne bieganie po łące nie ma nic wspólnego ze śmierdzącą szatnią. Mogłabym o tym napisać mądry esej Faszyzacja dyskursu cielesności czy coś w tym stylu. Od razu przypomina mi się zresztą pewna niemiecka książka pisana gotykiem, a zawierająca zdjęcia nagich ciał wyprężonych w antycznych pozach. Lata trzydzieste, kult zdrowia, kult idealnej rasy. Wiadomo, jak się to zakończyło.

Co my tam jeszcze mamy napisane o sporcie? Otóż: powinien on mieć również charakter odświętny. Dobrze, tu się mogę zgodzić. Nieczęsto wkładam te kuriozalne ubranka sportowe typu top i trykot. Czytam dalej Huizingę: sport to działanie nieproduktywne w sensie ekonomicznym i finansowym. Tak, poza sprzedażą wyników meczu piłki nożnej, wszystko się zgadza. Pocimy się, latamy we wszystkie strony i męczymy dla czegoś innego niż zysk materialny. W tym czasie moglibyśmy pomnażać kapitał, dążąc do szybszej spłaty kredytu we frankach, ale my włączamy w tym czasie bieżnię z trybem kardio.

Jedno tylko trafia do mojego serca: funkcja perfekcjonistyczna, polegająca na konieczności przezwyciężania trudności w celu samodoskonalenia się. Tak. Zmaganie ze sobą to prawdziwe wyzwanie.

I dlatego, kiedy stoję z wyprostowanymi nogami, czując każdy milimetr ciała, kiedy prawie płaczę z bezsilności, bo znowu nie udało mi się dotknąć palcami podłogi, to wiem, że ludyczna zabawa może mieć czasem coś z przekraczania granic. Nie tylko kulturowych, ale i swoich własnych. W obrębie czegoś tak namacalnego jak ciało. Dlatego marudzę, węszę spisek i zagładę, ale wracam do ćwiczeń, bo wtedy wiem, że cały ten sport daje mi dziwną satysfakcję. Trzyma mnie na ziemi coś więcej niż efemeryczny intelekt. Trzymają mnie tu pot i łzy. No i wykupiony karnet. Na życie.

Napisałam książkę o tym, jak dziewczyny walczą. Fizycznie i psychicznie. Uprawiają sporty walki, wchodzą na ring czy do oktagonu i wtedy dają z siebie wszystko. Ale żeby stanąć przed przeciwniczką, muszą najpierw równie ciężko pracować na treningach. Żmudnych, wyczerpujących, rozwalających plan dnia. To właśnie tam uczą się nie tylko techniki, taktyki i mocnych ciosów. Uczą się przede wszystkim walki z własnymi demonami. Z rozleniwieniem, brakiem motywacji, duchami przeszłości. Ich mózg musi radzić sobie z wyzwaniami, które dla większości osób są nie do przejścia.

Napisałam książkę o swoich lękach i ograniczeniach, które ujawniają się w trakcie pracy z własnym ciałem. Jego ograniczenia, pewnego rodzaju niezależność i obcość to dla mnie nadal największe wyzwanie w sporcie. Chciałam porozmawiać o tym z innymi kobietami.

Moje rozmówczynie widziane są głównie przez pryzmat kondycji fizycznej. To sportsmenki. Wyrzeźbione ciała, sukcesy, mordercze treningi, podium i medale. Ale zapomina się o tym, że to również niezwykłe umysły, które są w stanie zapanować nad niemocą, stresem i bólem osłabiającymi nie tylko ciało, ale i myśli.

Kiedy pytałam je o sposoby radzenia sobie ze strachem czy słabościami, to zwykle odpowiadały, używając sformułowania: „po prostu”. Po prostu idę na trening, zadaję cios, walczę. Próbowałam dopytać więc o to, co stoi za tymi wszystkimi na pozór zwykłymi czynnościami. Jak to się dzieje, że dają radę i znajdują wewnętrzną moc?

To był pierwszy powód, dla którego zabrałam się do pracy nad książką.

Drugim powodem była przekora. I to w stosunku do samej siebie. Nigdy nie lubiłam sportu. Jestem typem leniwca zagrzebanego w pościeli, który jadłby i czytał od rana do wieczora. Moda na bycie fit drażni mnie i prowokuje do ironicznych komentarzy. Mimo to ćwiczę od lat. Trochę z przymusu (kręgosłup pisarki to pałąk pochylony nad biurkiem), trochę z chęci wyżycia się i bezkarnego dokazywania. Zwykle znajduję milion wymówek i usprawiedliwień, ale wbrew nim staram się konsekwentnie ćwiczyć. Zastanawia mnie to i próbuję zrozumieć, dlaczego wybieram pocenie się zamiast miłego bycia w domu (blisko lodówki!).

Trzeci powód to stereotypy. Jeden z nich zakłada, że sztuki walki nie są kobiecym sportem, ponieważ wymierzanie ciosu to męska kultura. Siła fizyczna jest kojarzona z facetami – na dobre i na złe. To oni są w większości sprawcami przemocy domowej, ale osiągają też lepsze wyniki w sporcie. Świat kręci się wokół nich. Kobiety, choć mamy wiek XXI (nadal trzeba to niektórym przypominać), kojarzone są ze sferą domową i prywatną. Opiekunki ogniska domowego, strażniczki spokoju. Nigdy wojowniczki w rękawicach, które nokautują inne kobiety.

Kolejny stereotyp zakłada, że kobiety z mojego środowiska pisarskiego nie uprawiają żadnych sportów. Bo gdzie pióro, a gdzie sala gimnastyczna! Pisarki uważane są bądź za eteryczne motyle, bądź za istoty bezcielesne, których jedynym organem funkcjonującym w zakrytym golfem i starymi dżinsami ciele jest mózg. Tymczasem znam przynajmniej kilka artystek i pisarek, które walą w worki treningowe z pasją, o którą nikt by ich nie podejrzewał.

Bardzo ważnym elementem identyfikacji, który na pewno organizuje masową wyobraźnię i wpływa na popularność kobiecych sportów walki, jest niezwykła atrakcyjność kobiety wojowniczki we współczesnej kulturze masowej – filmie, grach czy literaturze.

Wchodzisz na siłownię i jesteś jak bohaterki popkultury. Jak Xenna, wojownicza księżniczka (bohaterka serialu popularnego w latach dziewięćdziesiątych), Jen (z filmu Przyczajony tygrys, ukryty smok Anga Lee), Jordan O’Neil (G.J.Jane Ridleya Scotta, 1998), Uma Thurman (Kill Bill Quentina Tarantino, 2004), Bella (Zmierzch Catherine Hardwicke, 2008), Katniss Everdeen (Igrzyska śmierci Gary’ego Rossa), Lisbeth Salander (Millenium Nielsa Ardena Opleva), a ostatnio Jyn (Łotr 1. Gwiezdne wojny, 2016) i policjantki (Pitbull. Niebezpieczne kobiety Patryka Vegi, 2016). Pewnie można by wymieniać tak bez końca. Silne kobiety to jednak nadal rzadkość w kulturze. Dobrze by było, gdyby traktowano je raczej jako brakujące ogniwo opowieści o odwadze i sile niż jako ozdoby przy męskim boku.

Obalanie stereotypów uważam za ważną pracę na rzecz pokazywania, jakie są kobiety, kiedy przestajemy wyobrażać sobie, jakie być powinny.

Rozmawiałam z wojowniczkami, fighterkami. Chciałam zapytać je o to, co drzemie w umysłach osób, które – przynajmniej na zewnątrz – są twardymi, bezkompromisowymi istotami.

Iwona Guzowska dzieli się spostrzeżeniem, że zaakceptowanie własnych słabości może wyzwolić i dać siłę do dalszej walki.

Agnieszka Rylik podkreśla, że psychika jest najważniejsza w sportach walki. W pewnym momencie wszyscy mają te same umiejętności, ale jeśli nie zadba się o umysł, to nie zajdzie się daleko.

Gabriela Kuzawińska wie, że aby odnieść sukces, nie można oszukiwać samej siebie. Trzeba poważnie traktować przygotowania do walki, aby potem wiedzieć, że dało się z siebie wszystko.

Sylwia Kusiak nieustannie pokonuje przeciwności losu i konsekwentnie walczy o siebie w sobie.

Agnieszka Niedźwiedź mówi o tym, jak to jest być zawodniczką MMA i młodą mamą. Wspomina też, że były takie momenty w jej karierze, kiedy nie chciała iść na trening. Wtedy mama pilnowała jej i dopingowała do tego, aby wytrwała w sporcie.

Ilona Działa-Ćwiek mówi o konsekwencji w osiąganiu celu. Czasami treningi potrafią kolidować z pracą zawodową, ale warto ułożyć je w taki sposób, aby w miarę możności bezkolizyjnie połączyć wszystkie aktywności.

Sylwia Zaczkiewicz opowiada, jak porażkę przekuwa w nowe sukcesy.

Ewa Brodnicka stwierdza wprost, że boks zmienił ją na lepsze. Niektórym się wydaje, że to zwykłe mordobicie, a to jest cała filozofia.

Joanna Jędrzejczyk mówi o swojej determinacji i walce o zachowanie pozycji w sporcie.

Hanna Gujwan opowiada o bólu, który trafia do nas z opóźnieniem po stoczonej walce.

Jolanta Żełobowska zwraca uwagę na silną więź między trenerem a zawodniczką.

Jolanta Wasilewska zwraca uwagę na rolę trenerki w motywowaniu do ćwiczeń i pracy nad sobą.

Wreszcie Joanna Piotrowska opowiada o pracy z najmłodszymi dziewczynami i o tym, jak zmiana samej tylko postawy ciała może wpłynąć na samoocenę oraz zachowanie w sytuacji zagrożenia.

Dla kogo jest ta książka? Przede wszystkim dla kobiet, które chcą pokonać swoje demony i spróbować odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Przy okazji dowiedzieć się, jak robią to inne osoby. Moje bohaterki są różne, każda niesie własną historię. Wszystkie jednak są dla mnie wojowniczkami – kobietami mocy, które wiedzą, czego chcą, i wiedzą, jak to osiągnąć.

Książka jest skierowana zarówno do tych, które trenują, jak i do tych, które nigdy o tym nie myślały. Mam nadzieję, że opowieści innych kobiet zmotywują do spróbowania którejś z dyscyplin sportowych.

Książka jest również dla mężczyzn. Szczególnie tych, którzy nie tylko są kibicami, ale też rozumieją, że kobieta może mieć dostęp do każdej dziedziny sportu, a płeć nie jest żadnym ograniczeniem.

***

Mózg jest najsilniejszym ludzkim organem. Zniesie wszystko: poniżanie, traumę, przemoc psychiczną, wahania nastrojów, zdradę i samotność. Oczywiście, wiąże się to z siniakami, bólem, załamaniami. Ale mózg da radę. To dzięki niemu nasza cywilizacja się rozwija. Gdyby zaufać tylko pięściom, to dawno nie byłoby czego zbierać na naszej planecie. To dzięki mózgowi potrafimy się dogadać, chociaż wolelibyśmy się pobić. Potrafimy wymyślać, odczuwać, tworzyć i przeć do przodu. Nawet wbrew sobie.

Jednocześnie mózg jest najmniej docenianym organem. Nie jest zbyt fotogeniczny, nie pytamy o jego wagę czy wygląd. Nie zrobimy sobie z nim selfie, nie ubierzemy w najmodniejsze ciuchy. Nie dyskutujemy o nim również przy stole i nie spieramy się o niego w internetowych komentarzach. Co najwyżej pogardliwie rzucimy, że ktoś go nie ma. Ale wiemy, że to nie może być prawda. Przeżyjemy bez ręki czy nogi. Ale spróbujmy amputować sobie głowę – no nie da rady.

Fascynuje mnie siła, która płynie z wewnątrz nas. Jej mechanizmy, które wyzwalają w nas energię do zmiany i prowokują do pokonywania kolejnych barier. W świecie wszędobylskiego „rozwoju”, „coachingu” i samoakceptacji szukamy wciąż możliwości zrozumienia tego, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Błądzimy, popadamy w nałogi, depresje i codzienne końce świata. Potem rzucamy się łapczywie na złote myśli chwilowych guru. Chcemy naprawić się w weekend: najszybciej i bezboleśnie. Wydajemy fortuny na kolejne cudowne metody, na fantastyczne życie, ale kompletnie nie wiemy, jaka jest instrukcja obsługi naszej własnej psychiki.

Mózg nie lubi nagłych zmian. Niekonsekwencji i mód. Robienie porządków w głowie zawsze łączy się z ciężką pracą. Tutaj półśrodki starczą tylko na to, aby jakoś się urządzić – dopiero generalne remonty sprawiają, że mieszka nam się naprawdę wygodnie. Idziemy więc na terapię albo rzucamy robotę i przeprowadzamy się na wieś. Zaczynamy słuchać samych siebie. Wreszcie mówimy do siebie zrozumiałym językiem.

Moje doświadczenia z aktywnością fizyczną są skomplikowane, ale pełne zwrotów akcji. Raz nienawidzę ćwiczyć, aby tydzień później lecieć jak na skrzydłach na salę treningową. Pokonuję swoje bariery i sama sobie pokazuję, na co mnie stać.

Zapytałam kilka pisarek, dlaczego postanowiły chwycić za rękawice bokserskie w przerwie od tworzenia. I czy, podobnie jak ja, w czasie ćwiczeń robią „rachunek sumienia” swoich lęków i ograniczeń.

Grażyna Plebanek

Zawsze chciałam umieć walczyć. Pancerni rozstawiali po kątach gestapowców, muszkieterowie stawali jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, pan Wołodyjowski porywająco władał mieczem. Dzieci nie widzą, że różnią się kolorem skóry, to samo z płcią – uczą nas być kobietami i mężczyznami według aktualnie obowiązującego wzoru. Kiedy dorastałam, ten wzór był strasznie nudny. Mężczyzna walczy, kobieta jest bierna, wycofana. Tak było w książkach, filmach. Chociaż w rodzinie czy w moim bloku wszystkie kobiety pracowały. Równolegle matkowały, również mężom, bo tamta generacja mężczyzn szczyciła się tym, że wokół siebie nic nie zrobi, nie ugotuje, nie upierze.

Nie byłam typem chłopczycy, bawiłam się z dziewczynami. Ale coś we mnie rosło, sprzeciw wobec ugrzecznienia. Lubiłam Hajduczka, nie znosiłam Krzysi, podziwiałam Anię z Zielonego Wzgórza, dopóki nie została panią doktorową Blake. Po latach napisałam o swoich bohaterkach książkę, nosi tytuł Córki rozbójniczki. Dziś cieszę się z Meridy Walecznej i jej matki, z czarownicy Maleficiant, z Carrie – agentki CIA z Homeland, a przede wszystkim z Lagerthy z serialu Wikingowie. Bohaterki literackie i filmowe mojego dzieciństwa były słabe. Pod każdym względem.

Na szczęście wychowały mnie mocne, mądre kobiety, mama i babcia, a ojciec nauczył tego, co kultura oferuje chłopcom: strzelania, żeglowania, rąbania drewna, rozpalania ognia. Czasem chyba czuł się z tym nieswojo, bo powtarzał: „jesteś dziewczynką”. Bał się pewnie, że mnie zadziobią, jeśli będę za bardzo odstawać od wzorca. Gdybyśmy byli wikingami, bycie dziewczynką i umiejętność samoobrony nie przeczyłyby sobie, nie urągały kobiecości w dzisiejszym pojęciu.

Zapisałam się na zajęcia z kickboxingu, kiedy poczułam się pewna mojej kobiecości – tej własnej, wewnętrznej – a nie odgórnie narzuconej. Byłam już matką, a matka to taki byt, który może wszystko, tyle ma siły. Pod warunkiem, że realizuje macierzyństwo po swojemu (polecam Adrienne Rich Zrodzone z kobiety, gdzie mowa o szczerym, własnym macierzyństwie).

Najpierw przejeżdżałam koło mojego przyszłego klubu, obwąchując go jak jeża. Bałam się. Kobieta i boks? A wiek? Zebrałam się na odwagę, zapytałam o zajęcia. Z krav magi, bo wydawało mi się, że zapisując się na izraelską sztukę walki reklamowaną jako samoobrona wypadnę lepiej w oczach… kogo? Pani z recepcji?

Znalazłam się w sali z czterdziestoma osiłkami, którzy nie spuszczali ze mnie wzroku. Paskudny wzrok, który grzęźnie na wysokości piersi i pośladków. Nie podobało mi się tam. Po ćwiczeniach zapytałam o kickboxing. Poszłam i… przepadłam.

Początki były pokraczne. Zakwasy, bóle mięśni, naderwane ścięgna, przetrącony nos, siniaki. Pytania, czy bije mnie mąż. Najdłużej walczyłam z odruchem przepraszania za każdy celny cios. Oduczyły mnie tego doświadczone bokserki, z którymi miałam szczęście trenować. Najpierw tłumaczyły, ale widząc, że to nie skutkuje, podbijały mnie. Poczułam złość. Przestałam przepraszać, weszłam w zwarcie. Rok się oduczałam tego przepraszania.

Kickboxing uprawiałam w grupie, gdzie było ponad trzydziestu mężczyzn; nas, kobiet, było kilka. Potem zmieniłam klub, zaczęłam ćwiczyć muaythai. Tu już prawie nie ma dziewczyn. Na początku chodziłyśmy we dwie z przyjaciółką z Hongkongu, była też Tajka, ale obie wyjechały. Przez jakiś czas byłam jedyną kobietą w grupie. Na początku byłam tym speszona, mimo umiejętności. Potem odkryłam, że kiedy nie ma innych kobiet, przestaję myśleć o wyglądzie. Nie zerkam w lustra, nie myślę o włosach, nic nie poprawiam – liczy się skuteczność. Generalnie człowiek po dwóch godzinach ciężkiego treningu jest zaprzeczeniem ideału tzw. kobiecości, ale obecność innych kobiet o tym przypomina. Będąc jedyną kobietą w grupie czułam się pewniej podczas sparingów. Zostawiałam cały ten kobiecy sztafaż za drzwiami sali. Co za ulga.

Dwa, trzy razy w tygodniu przez te wszystkie lata – setki intensywnych, dwu-, trzygodzinnych treningów. Dzięki nim rozumiem, czuję swoje ciało. Uwielbiam zbiorowy wysiłek rozgrzewki, widok zaparowanych luster, polecenia instruktorów, pobrzękiwanie łańcuchów, na których wiszą wielkie, skórzane worki. Z tej miłości napisałam powieść pt. Bokserka. W kolejnej, Pani Furii, druga moja główna bohaterka boksuje. Panią Furię polecała sama Joanna Jędrzejczyk, dzięki czemu okryłam się sławą mołojecką w moim klubie bokserskim.

Cieszę się, że mogę polegać na swoich instynktownych i wyuczonych reakcjach. Kiedyś zajrzałam na zajęcia dla początkujących. Było tam kilka dziewczyn. Serce mi się ścisnęło, że są takie bezradne. Imperatyw podobania się jest tak głęboko zakorzeniony, że początkujące ruszają się przede wszystkim „wdzięcznie”. Do dziś, kiedy je uczę, powtarzam jak mantrę: „Jesteś duża. Masz mięśnie. Uderz mocno, kopnij. Masz siłę. Poczuj ją”. Ale uwierzenie w to zajmuje bardzo dużo czasu. Niektóre boją się tej świadomości, odpadają.

Dlaczego walczę? Żeby czuć swoją siłę. Jestem wysoka, umięśniona, nie boję się fizycznej konfrontacji, szybko reaguję. W naszym społeczeństwie część z tych cech u kobiety bywa doceniana najwyżej w kategoriach estetycznych. A mnie to nie interesuje. Czerpię siłę z tego, co umiem, w czym jestem dobra, co mi sprawia przyjemność.

Do czego porównać trening? Do latania. Z ręczno-nożnym rozruchem.

Natalia Fiedorczuk-Cieślak

Przez jakiś czas nie mogłam uderzać, bo miałam w plecach druty. Takie druty mogą w walce połamać się i narobić szkód. Czułam, że moje ciało obrasta, zastaje się i buntuje. Bez uderzania robiłam się zapiekła w swojej złości, której wciąż jeszcze nie wolno nam, kobietom, tak otwarcie okazywać. A ja złoszczę się strasznie. Potwornie. Złoszczę się za cały świat, za wszystkich zbyt dobrze wychowanych ludzi, którzy wstydzą się złościć, bo to nieeleganckie. Zawsze taka byłam, zawsze. Przez moją złość latami nie przynosiłam na koniec roku czerwonego paska. Średnia ocen była bardziej niż w porządku, tylko zachowanie poprawne bądź nieodpowiednie. Wszystko ze złości. Bójka z chłopakami, rzut krzesłem, nieopatrznie rzucona w korytarzu inwektywa, ucieczki, podniesiony głos, zmarszczone czoło. Wariatka. Złośnica. Po latach odkryłam walkę. Byłam w depresji poporodowej, niepogodzona z własnym ciałem, które mocno zawodziło. Bolało, dochodziło długo do siebie, jakby nie chciało się zagoić, jak półotwarte, jątrzące się skaleczenie, memento. Nagle, ze środka złości zaczęłam wyprowadzać ciosy. Okazały się silniejsze niż myślałam. Nie bałam się tych ciosów, jakby czekały na mnie od lat. Jakoś wielu rzeczy przestałam się bać. Później nie mogłam uderzać, bo druty. Zaczęłam biegać. Wolno, po dwóch ciążach w trzy lata, rozlaźle, trzęsąco. Wciąż biegam wolno, ale oddech mam równy, miarowy. Lubię być spocona, lubię nie czuć nóg, głaskać czubkami butów leśną ścieżkę. Bieganie jest mocno przy ziemi. Toczę się jak kamień, żenię niebo z gruntem, mam wszystko w dupie. Uderzając, też nie myślę, czy kogoś zaboli. Nie muszę, co za odmiana.

Małgorzata Halber

Nigdy nie myślałam, że będę się bić. Wydawało mi się, że raczej joga, że spokój, że znalezienie harmonii. Ale musimy zacząć od tego, że ja w ogóle raczej gardzę sportem. Najpierw zaczęła się bić Natalia Fiedorczuk i namawiała. W pewnym momencie zauważyłam, że mam w sobie mnóstwo złości. Na Ursynowie w lesie zgwałcono kobietę, a burmistrz dzielnicy Piotr Guział na Twitterze sobie z tego dowcipkował. Wtedy poczułam wściekłość prosto z brzucha, z którą nie wiedziałam co zrobić. I zapisałam się. Ważne było dla mnie od samego początku, że ćwiczę w klubie z samymi kobietami, że nie ma żadnego kolesia. Klub kobiet, które chcą się bić. Nigdy nie znalazłam się wcześniej w takim środowisku, nie wiedziałam, że jest możliwe.

Najważniejsze w biciu jest wyjście z pozycji ofiary. Całe życie czekam, aż ktoś mi powie, że coś źle zrobiłam. Bardzo często się boję. Na treningach usłyszałam twarde: „Dziewczyny, nie przepraszajcie, że bijecie”. Boks sprawił, że uwierzyłam na chwilę w swoją sprawczość, poczułam, że mam siłę. Pokazał mi też, że mam tej siły więcej, niż mi się wydaje. Jestem emocjonalnie bardzo niedojrzała, więc staram się uciekać od wysiłku i trudności. Zrobienie stu pompek wydawało mi się abstrakcyjne. A potem okazało się, że te sto pompek w ciągu godziny jestem w stanie zrobić. Gdybym ćwiczyła z YouTube’em, to by się nie udało. Boks jest brudny, nie ma różowych trykotów, pot rzeczywiście zalewał mi oczy. Nie wiedziałam, że jestem zdolna do takiego wysiłku. Znamienne jest to, że zrezygnowałam z treningów na rzecz pracy w radiu, która ostatecznie okazała się dla mnie niedobra. W tym sensie widzę w biciu kwintesencję zadbania o siebie. Teraz od dłuższego czasu nie mogę wrócić na matę. Przygniotło mnie dorosłe życie, od którego jako nałogowiec non stop uciekam, powoli wygrzebuję się z tego dołu, ale w dalszym ciągu palę tyle, że z trudem dobiegam do tramwaju. Ale wiem, że ten moment nastąpi, bo chcę znowu poczuć, że mimo tego, co sądzę na swój temat, jestem w stanie trenować. Tak bym nazwała to, co mi daje boks: poczucie, że jestem w stanie. Poczucie sprawczości. Wydaje mi się też (oczywiście), że już nic więcej nie napiszę, poczucia sprawczości potrzebuję także w tej dziedzinie. Doświadczenie pokazuje mi, że kiedy spocona wracam z treningu, to poczucie sprawczości przekłada się na inne dziedziny życia, na pisanie też. Po prostu z zastraszonego dziecka zamieniam się w kobietę, która wie, że potrafi przypierdolić, a to oznacza, że potrafię też obronić coś, co napisałam i w co wierzę.

Zdaję sobie sprawę, że wokół nas jest pełno psychologów, mądrali i samozwańczych ekspertów. Produkujemy nieprzebrane ilości złotych myśli, porad i prawd, które ładnie wyglądają na papierze czy w internetowym obrazku, ale trudniej wprowadza się je w życie. Mam jednak przekonanie, że rozmowy zawarte w tej książce zawierają ziarnko inspiracji dla każdej z nas. Bo nie ma tu mowy o perfekcjonizmie i ideale jako cnocie samej w sobie. Chodzi raczej o spełnianie marzeń i wyznaczanie sobie celów. Każda z nas może to zrobić. Nie trzeba biegać maratonów, chociaż jest to istotnie ciekawe wyzwanie. Maratonem może być przecież wyjście z choroby, zakończenie nieudanego związku, napisanie książki czy wymarzona podróż. Jesteśmy wojowniczkami każdego dnia. Społeczeństwo nadal lubi trzymać nas za szyję i nie pozwalać żyć tak, jak chcemy. Bo nie wypada, bo zakazane, bo jesteśmy kobietami.

Pieprzyć zakazy. Musimy trzymać gardę i nie pozwolić, aby ktoś odebrał nam nasze własne zwycięstwo.

Iwona Guzowska

Życie tu i teraz

Urodzona w 1974 roku w Gdańsku. Jedyna polska sportsmenka, która była posłanką dwóch kadencji w Sejmie. Wielokrotna mistrzyni świata, jedna z pierwszych zawodowych bokserek w Polsce. Stawiana za wzór determinacji w osiąganiu sukcesu w dziedzinie zarezerwowanej zwykle dla mężczyzn. Nie boi się nowych wyzwań. Angażuje się w kampanie społeczne, głównie dotyczące dzieci i rodzin zastępczych, sama jest adoptowana. Zaangażowana między innymi w kampanię „Kocham. Nie biję” edukującą społeczeństwo, że nawet klaps jest formą przemocy wobec dzieci. Widzowie znają ją jako uczestniczkę jednej z edycji reality show Bar. Jest autorką programu dietetyczno sportowego Fit and Boxing, w którym edukuje na temat zdrowej diety i treningu łączącego działania siłowe z ćwiczeniami aerobowymi i fitness. Mieszka w Gdańsku z rodziną, w skład której wchodzą również koty. Ukazała się jej autobiografia Najważniejsza decyzja.

Gdynia, wrzesień 2001 r., Gdyński Ośrodek Sportu i Rekreacji. Iwona Guzowska zwyciężyła na punkty z Amerykanką Kelsey Jeffries.

© Wojtek Jakubowski /KFP

Od razu oddzwoniła, kiedy do niej napisałam. Tak – oczywiście – spotka się i porozmawia. Śledziłam karierę Iwony nie tylko na ringu, ale i w Sejmie, kiedy walczyła o ustawę o pieczy zastępczej czy o ochronę ofiar przemocy. Bezkompromisowa, a przy tym szczera i bezpośrednia. Spotkałyśmy się w Warszawie, gdzie przyjechała towarzyszyć mężowi w służbowych sprawach. Jej partner związany jest z wojskiem, podobnie jak dwudziestoletni syn. Opowiada o tym z dumą. Sama zrezygnowała kilka lat temu z kariery zawodowej, ale ma co robić. Angażuje się w różne kampanie społeczne, startuje w triathlonie, jeździ konno. W wolnych chwilach czyta, słucha muzyki i, jak sama przyznaje, „bawi się” w grafika komputerowego. A jaka jest oczytana – co chwilę wymieniała autorów, tytuły i dziwiła się, że nie wszystkich kojarzyłam. Rozmawiałyśmy o tym, jak to jest stanąć naprzeciw trudności i czy warto przebijać głową mur. Może lepiej go obejść?

Sylwia Chutnik: Mała Iwonka idzie do szkoły. Jest nieśmiała czy przebojowa?

Iwona Guzowska: Jako dziecko byłam nieśmiała, więc po prostu byłam sobą. Jak ktoś chciał mieć ze mną kontakt i chciał się ze mną bawić – fantastycznie. Zawsze byłam otwarta, aczkolwiek nigdy nie narzucałam się innym ludziom. Ci, którzy się chcieli przyjaźnić – byli. Nigdy nie zabiegałam o towarzystwo. Jestem samotnikiem, bo mam w sobie spokój i zawsze tego spokoju szukałam wewnątrz siebie. W różnych trudnych sytuacjach, nawet kiedy byłam malutka. Oczywiście, warunki zewnętrzne uaktywniły tę moją cechę. Najczęściej czuję się spokojna, chociaż na zewnątrz mówią, że jestem totalnym dynamitem.

A ten spokój, o którym mówisz? Masz go w sobie czy musisz nad tym pracować?

Mam, ale odkrywałam go przez całe życie. Kiedyś chciałam uciec od różnych rzeczy, które działy się w moim życiu, i doszłam do wniosku, że najbezpieczniej jest mi samej ze sobą. To zaprocentowało później w ringu.

Aby mieć wewnętrzny spokój, należy się lubić czy mieć do siebie szacunek?

Trzeba być sobą. Trzeba istnieć i pogodzić się z tym, że istnieję z dość potężną energią. To, co się dzieje wokół mnie, to są rzeczy, na które nie mam wpływu. Jeśli ich nie mogę zmienić, to muszę je zaakceptować, po prostu. A w danym momencie robię to, co mam do zrobienia, i staram się zrobić to jak najlepiej.

Zaakceptować też swoje słabe strony?

Tak, co nie znaczy, że mam sobie folgować. Akceptacja nie oznacza ślepej zgody na wszystko, zwłaszcza jeżeli dotyczy to mnie samej.

Walczyłaś kiedyś ze sobą?

Nie, ze sobą nigdy nie walczyłam. Mam świadomość swoich słabości i staram się je ujarzmiać w sposób, jaki uważam za najstosowniejszy. Nie zawsze się to udaje, nikt nie jest idealny. W ogóle ideał to jest głupie pojęcie, w które usiłuje nas wepchnąć rzeczywistość, świat.

Nie miałaś własnych wewnętrznych ringów?

Te ringi były zewnętrzne. Wszystko, co się działo w moim życiu, to było tak, jakby ktoś chciał mnie bić pałą po głowie i patrzeć, kiedy w końcu upadnę. A ja robiłam drobne uniki albo przyjmowałam to z pokorą i szłam dalej.

Twój pierwszy ring życiowy?

Dom. Alkoholizm taty.

Przyjmowałaś ciosy czy się broniłaś?

Z jednej strony, przyjmowałam je, bo nie miałam innego wyjścia, jednocześnie się broniąc, uciekając w siebie, znajdując spokój wewnętrzny. Miałam mnóstwo marzeń, uciekałam w myślach do dobrego świata. Dopiero niedawno sobie uświadamiam, że nigdy nie skupiałam się na trudnej sytuacji w domu. Myślałam o czymś dobrym i to mnie chyba wyratowało w wielu złych chwilach.

Ty powinnaś zostać coachem i prowadzić jakieś warsztaty w stylu: „Uwolnij swoją energię, myśl pozytywnie”.

Zdziwisz się, ale właśnie o tym myślę. Miałam wiele spotkań, na które byłam zapraszana w roli kwiatka do kożucha. Ale ciekawe były reakcje kobiet, które chciały ze mną rozmawiać i dzielić się przemyśleniami.

Tylko że z wpływem – oprócz splendoru – łączy się odpowiedzialność za tych ludzi.

Ja po prostu pokazuję im swoją drogę. Może ktoś to zaakceptuje, pomyśli, że warto. Jestem klasycznym przypadkiem skazanym na wykluczenie społeczne: adoptowana, w nowym domu był nadużywany alkohol, bardzo wcześnie zostałam mamą, po prostu katastrofa za katastrofą. Ale oprócz tego działo się mnóstwo fantastycznych, wspaniałych rzeczy. Zawsze mówię, że nie miałam złego dzieciństwa, ja po prostu miałam różne doświadczenia. Dzisiaj jestem tu, gdzie jestem. I pewnie byśmy się nigdy nie spotkały, gdyby tyle się u mnie nie działo. Pokazuję tę drogę, żeby dać ludziom nadzieję i ich wspierać. Bo zawsze łatwiej ludziom usiąść, rozpaść się na milion kawałków i już się nie pozbierać.

„Podczas biegania, którego kiedyś nienawidziłam, najlepiej mi się medytuje”. Frankfurt, 7 lipca 2013 r., finał biegu Ironman, najbardziej prestiżowych zawodów triatlonowych na świecie.

© Łukasz Głowala / KFP

Musiałaś się kiedyś pozbierać?

A bo to raz! Każde tąpnięcie w życiu, zwłaszcza dotyczące bliskich, boli. Pojawiają się emocje, sama zresztą wiesz – jesteś dziewuchą, my już tak mamy. Wyświechtany slogan: „co cię nie zabije, to cię wzmocni” ma w sobie wiele prawdy. Budujemy siebie od nowa. Powstaje nowa konstrukcja, trochę mocniejsza bądź wykrzywiona w tę albo inną stronę.

Każda blizna w nas ma sens?

Wydawało mi się kiedyś, że uciekam od przeszłości i problemów, bo ich nie rozkminiam na drobne części. Ale nie: u mnie przeszłość nigdy nie miała bezpośredniego wpływu na teraźniejszość.

Nie patrzysz przeszłości w oczy.

Bo się z nią nie mierzę. To już się zdarzyło, to już się stało, to już nie wróci. To jest przeszłość. Ja jestem tu, teraz, dla mnie ważne jest to, co dzieje się w danej chwili. Życie przeszłością czy wyimaginowaną przyszłością, którą sobie projektujemy, to jest strata czasu. Kiedy spotykam się z kobietami w różnych momentach ich życia, to zaczynamy rozmawiać, pewne rzeczy otwierać. Mówię: „Po co, dziewczyno, ciągle tkwisz w tym, co było dziesięć lat temu? To już się stało. To już zamknięty rozdział, zostaw to i idź dalej”. Zawsze miałam tak, że nigdy nie rozmyślałam nad historią. Dzięki temu nie mam blizn. Moja mama powiedziała kiedyś: „Wiesz, my ciebie adoptowaliśmy, ale to ty nam byłaś bardziej potrzebna niż my tobie”.

Adoptowałaś swoich rodziców?

Tak, byłam silniejsza. Dlatego nie mam blizn. No, może jedną po cesarskim cięciu i teraz nową, po operacji.

Bez blizn? Czyli robot.

Tak, jestem robotem. I bardzo emocjonalnym stworem.

Emocjonalny stwór bez blizn.

To nie są blizny, to są ślady zapisane na moim procesorze. No wiesz, tak mają roboty. To tak, jak piszesz książkę: jesteś w połowie, poprzednie strony są zapisane. Podobnie w życiu.

Jak już mamy ten procesor, to na nim jest zapisane twoje dzieciństwo. W tym sprawy, które do końca życia byłyby takim usprawiedliwiaczem ewentualnych porażek.

Gdybym tak robiła, to pewnie byłabym dzisiaj bezzębną babą, matką ośmiorga dzieci z mężem alkoholikiem i do tego przemocowcem.

Projekt okładki: Bogdan Kuc

Zdjęcie na okładce: © Vasily Pindyurin/fStop/Getty Images.

Layout książki: Joanna Strękowska

Konsultacja i słowniczek: Janusz Pindera

Redakcja: Barbara Miecznicka

Korekta: Monika Buraczyńska / Kropki Kreski

Opieka wydawnicza: Małgorzata Kapuścińska

Skład i łamanie: TYPO

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biuro@gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4948-2

Warszawa 2017

Grupa Wydawnicza Foksal informuje, że dołożyła należytej staranności w rozumieniu art. 355 par. 2 Kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnych dysponentów autorskich praw majątkowych do zdjęć:

„To jest gra na żywo i jest bardzo dużo zmiennych. Nic tu nie przewidzisz”. Kołobrzeg, czerwiec 2001 r., Gala Boksu Zawodowego. Agnieszka Rylik obroniła tytuł mistrzyni świata WIBF w walce z Amerykanką Maryanne Haik.

„Musisz skonfrontować się ze swoimi słabościami i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy możesz być jeszcze lepsza”.

„Miałam do wyboru wiele dyscyplin sportowych. Ale chciałam uprawiać sport indywidualny. Poszłam na pierwszy trening z ciekawości i zostałam przy boksie”.

„Jest to jednak ciężki sport. Zwłaszcza jak jest sparing i trzeba boksować. Wiadomo, że nikt nie chce, żeby poszła z nosa krew”.

„Moim trenerem jest Łukasz Walczak, który odpowiada za moją sportową drogę”.

„Uciekałam w sport. Żeby nie siedzieć w domu i rozmawiać z rodzicami czy rodzeństwem. Zamiast tego szłam na salę, gdzie byli koledzy – bo na początku nie było tam innych dziewczyn”.

„Mam duszę sportowca, jak już się czegoś podejmę, to muszę wygrać”. Sierpień 2017 r., 8. Mistrzostwa Unii Europejskiej w boksie kobiet w Cascii. Zwycięska walka z mistrzynią Włoch Anną Lisą Ghilardi.

„Nałogiem są dla mnie treningi i boks”. Grudziądz, marzec 2016 r., złoty medal 16. mistrzostw Polski seniorek.

„U nas jest tak, że jeśli kogoś nie ma na treningu, to musi napisać SMS-a trenerowi: Przepraszam, nie będzie mnie na treningu, bo… i jakieś usprawiedliwienie. Nieraz brałam telefon do ręki i – co by tu wymyślić?”.

„MMA jest przekrojowym sportem i ciężko każdego dnia robić jedno i to samo wejście czy jeden i ten sam cios. Nie ma rutyny, a jeśli nawet się wkrada, to trener zaraz zmienia ćwiczenia, żeby nie było nudno”.

„Wtedy już się nie myśli o niczym. Jest taka adrenalina, emocje. Idzie się prosto do klatki. W klatce wymienia się spojrzenia z rywalką i się dzieje. Wszystko przebiega tak szybko”. Kansas City, maj 2017 r., 23. gala federacji Invicta FC. Zwycięska walka z Brazylijką Vanessą Porto.

„Oddzielam te sprawy: bycie mamą i zawodniczką. Czasem wyjście na trening traktuję jako chwilową ucieczkę od syna. On ma odpoczynek ode mnie, ja od niego”.

Łódź, maj 2016 r., gala ThunderStorm, kilka godzin przed oficjalnym ważeniem. „62,8 kg! Ostatni raz ważyłam tyle w szóstej klasie szkoły podstawowej”.

Górne zdjęcie: „Jak zaczynałam trenować, to miałam większy strach, żeby kogoś uderzyć. Bałam się, że zrobię komuś krzywdę”. Łódź, kwiecień 2016 r., gala Ladies Fight Night THAT’S ALL FOLKS. Pierwsza zawodowa walka Hanny w MMA – zwycięska walka z Dianą Tapalaj.

„Jeśli jesteś na ringu, to choćby złamał ci się nadgarstek, trzeba walczyć. Jedną ręką. Nikt w czasie walki nie stanie i nie powie: rezygnuję”. Orenburg, 2012 r., mistrzostwa Europy w boksie. Półfinałowa walka z Iloną Felonenko.

„Zawodnik i trener tworzą jedność. Poznają się przez całą drogę treningu, przygotowania. Dla zawodnika jest niekorzystne, jeżeli zmienia trenerów, środowisko czy styl walki”. Chanteloup-Les-Vignes, 2011 r., turniej Open Adidas Cup. Z ówczesnym trenerem Eminem Huseynovem.

Z uwagi na to, że przed opublikowaniem niniejszej książki poszukiwania te nie przyniosły rezultatu, Grupa Wydawnicza Foksal zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania ilustracji aktualnym dysponentom autorskich praw majątkowych, niezwłocznie po ich zgłoszeniu się do Grupy Wydawniczej Foksal.

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kobiety, które walczą. Rozmowy z zawodniczkami sztuk walki Smutek cinkciarza Jolanta W krainie czarów Mama ma zawsze rację Cwaniary 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila