Alkoholowe dzieje Polski. Czasy rozbiorów i powstań T.2

Alkoholowe dzieje Polski. Czasy rozbiorów i powstań T.2

Autorzy: Jerzy Besala

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 41.60 zł

Kontynuacja niezwykle poczytnych Alkoholowych dziejów Polski. Czasy Piastów i Rzeczypospolitej szlacheckiej

Wiek XIX to czasy przełomu cywilizacyjnego, także w produkcji i piciu alkoholu. Staropolskie biesiadowanie odchodziło w niepamięć, węgrzyna zastępował coraz częściej szampan, w dobrym towarzystwie nie wypadało pić wódki, a arak najczęściej dolewano do herbaty.

Jerzy Besala barwnie opisuje, jakie były nowe wzorce, mody i trunki w różnych warstwach społecznych i wojsku, w jaki sposób pito i jakie były motywy spożywania alkoholu, nie zapominając przy tym o tle zdarzeń i wiernie oddając ducha czasów.

Jerzy Besala

Alkoholowe dzieje Polski. Czasy rozbiorów i powstań T. II

ISBN

Copyright © Jerzy Besala, 2017

All rights reserved

Redaktor

Marta Dobrecka

Recenzent naukowy

prof. dr hab. Tomasz Kizwalter

Projekt okładki

Paulina Radomska-Skierkowska

Na okładce wykorzystano reprodukcje:

Wojciech Grabowski, W karczmie za stołem

Paul Cézanne, Nature morte à la bouilloire (grzbiet, wykorzystano fragment obrazu)

Kazimierz Żwan, Karczma (czwarta strona okładki)

Opracowanie graficzne i techniczne

Przemysław Kida

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

I. Epoka napoleońska. Legiony 1. Zabawne czasy pruskie

2. Papuzie spodnie i czarne fraki

3. Wiwat kontuszowa tradycja

4. Pijackie pojedynki

5. Puławskie leczenie

6. „Ci Polacy jedzą jak wilki, piją jak diabły, lecz biją się jak lwy”

7. Przypadek kapitana Dziurbasa

8. „8 kasztanów i 4 żaby” oraz 300 tysięcy pint wina

9. „Kloaka smrodów”

10. Tafia na San Domingo

11. W drodze do Iberii

12. „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli tak pijani jak ci Polacy!”

13. Hiszpańskie wino i krew

II. Epoka napoleońska. Księstwo Warszawskie 1. „Smok tysięcznogębny”

2. Kariery winne i nie-winne

3. „Natrętni goście nasi”

4. Przez krainę kieliszków, kielichów, garnców i beczek

5. Kanonenfieber

6. „Polacy Poniatowskim są pijani”

7. „Używanie wódki wzmogło się niesłychanie”

8. „Zaczęła się druga wojna polska”

9. Trzy rzędy butelek i łuny nad Moskwą

10. „Śnieg nasycony wódką”

11. Obmycie okowitą i job twoju mać

12. „Przychodzi mi na myśl, żeśmy tu wszyscy powariowali”

III. Królestwo Polskie i ziemie pod zaborami 1. Studencki „bochenek chleba i pięć kieliszków”

2. Zabawki wielkiego księcia Konstantego

3. „Psia krew, chamy! Kije przyszły z Petersburga”

4. Nikczemnicy carewicza i Przystań kaliska

5. Reforma gorzelniana Lubeckiego

6. Przypadek Nowosilcowa

7. „Beczki z gorzałką” i „serce anielskie”

8. Carskie uczty

9. „Szczęśliwy zakątek” i dupa Kraszewskiej

10. Gorzelnik i piwowar doskonały

11. „Upiłem się modnie parę razy”

12. „Wielkomocarstwowe stanowisko Austro-Węgier od wódki zależy”

13. Węborki, Kobylopole i Szamobywatel

14. Podpici patrioci, przekupki i „porozwalane łby”

15. „Pogorzałkujma se troszka!”

16. „A na co ta ciekawość?”

17. „Łotysz gburowaty” i „żydowskie śmiecisko”

18. „Szklanki gryzą, aż się pojuszą”

IV. Powstanie listopadowe 1. „W rozgrzanych imaginacjach Carstwo już całe zawojowaliśmy”

2. „Sześć jaj na twardo” i parę kieliszków wódki na śniadanie

3. Bić się czy nie pić?

4. „Honoratka” i „Dziurka Marysi”

5. Wsie sołdaty Dwernickowo pijanicy

6. Bryła arszeniku i chleb z wódką dla konia

7. Na cholerę wódka

8. „Rewolucja powinna zawsze być okrutną”

V. Wielka i mała Emigracja 1. „Zalew Galicji”, dwa bratanki i pruskie masakry

2. Noch ist Polen nicht verloren

3. Soûl comme un Polonais, czyli pijany jak Polak

4. Angielski stróż pijanych

5. „Moczcie piersi winnym deszczem”

6. Improwizacje z kielichem ofiarnym

7. Upici duchem

8. Trzeźwienie z Towiańskiego

VI. Od powstania do powstania (1831-1861) 1. Złotą tabakierką w zęby

2. Karczma Wieczysta

3. „Łajno z wódką — pewna pomoc”

4. „Kwiczoły” sądeckie i „Nieczuje” sanockie

5. Bractwa trzeźwości

6. Rzeź na trzeźwo

7. Radości młodości

VII. Powstanie 1863 roku i zsyłki 1. Sołdat w katedrze

2. Terror „dobrze uszmirowany”

3. Ręka samodzierżcy

4. Sztyletnicy i żandarmi

5. Okręgowy i okowita

6. „Czterech ludzi po chleb, dwóch ludzi po wódkę”

7. Łysy na Łysce

8. Kak zdorowie?

9. „Pikes na gewałt!”

10. Roztwór „Moroka” i najomszczyki

11. Połknąć „krokodyla”

VIII. Czasy pary i elektryczności 1. Przemysł kufla i butelki

2. Zdeklasowani zrównani

3. Pituch i funda

4. Gospody chrześcijańskie

5. Bój o czystą „Pod Karasiem”

6. Na Gnojnej Górze

7. „Usta mi swoje daj, chcę kąsać twoje usta!”

8. Przypadek Stanisława P.

Podsumowanie

Podziękowania

Bibliografia Prasa

Źródła dokumentalne

Pamiętniki, korespondencje, literatura piękna

Opracowania

Indeks

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Wstęp

Poczytność pierwszego tomu Alkoholowych dziejów Polski sprawiła, że Wydawnictwo namówiło mnie na napisanie tomu drugiego. Z kilku przyczyn praca nad drugim tomem okazała się znacznie trudniejsza niż nad tomem pierwszym. Do 1795 roku jest stosunkowo mało źródeł na ten temat; natomiast wiek XIX to czasy przełomu w wielu dziedzinach życia i gospodarki. Zmiany i zachodzące procesy, wojny i powstania znalazły odbicie w narastającej lawinie źródeł pamiętnikarskich, korespondencji, aktów itp. Do ważnych źródeł dołączyła też prasa, którą siłą rzeczy musiałem potraktować wycinkowo, gdyż w przeciwnym razie praca rozrosłaby się jeszcze bardziej. Dlatego też wiele spraw związanych z alkoholem pozostało mi jedynie zasygnalizować, często stosując egzemplifikacje.

Niniejsza książka utrzymana została w stylistyce poprzedniego tomu, który zyskał przychylność czytelników. Nie jest to zatem rozprawa naukowa, ale praca z pogranicza nauki i eseistyki, fresku i mozaiki: próba łączenia naukowej rzetelności ze sztuką słowa i wyobraźni, na czym szczególnie mi zależy. Przywołuję tutaj wiele tekstów źródłowych, gdyż one najlepiej oddają ducha czasów. Niektóre z nich zostały nieco uproszczone, aby były zrozumiałe dla współczesnego odbiorcy. Nie zapominałem też o tle czasów i zdarzeń, choć główną osią pozostają oczywiście sprawy związane z piciem i wyrobem alkoholu, funkcjami, jakie pełnił trunek, i rolą, jaką odgrywał w życiu. Poprzez wyimki z pamiętników i innych źródeł starałem się ukazać sposoby, mody, trunki używane przez różne warstwy społeczne i wojsko.

Jak w poprzednich wiekach, tak i w XIX stuleciu pito w rozmaity sposób i różne były motywy spożywania alkoholu. Starałem się jednak rozróżniać, jeśli tylko było to możliwe, picie umiarkowane, niekiedy służące zdrowiu (alkohol bywał lekarstwem powszechnie stosowanym), upijanie się sporadyczne lub częstsze (ekscesywne) i wreszcie alkoholizm, czyli chorobę uzależnienia. O ile picie umiarkowane było częścią życia i socjologicznie odgrywało niekiedy pożyteczną rolę, na przykład mediacyjną, o tyle picie ekscesywne bez wątpienia prowadziło do patologii, czyli wynaturzeń. Psychologicznie rzecz ujmując, pod tymi uzależnieniami, tak jak obecnie, krył się ogrom lęków, zaburzeń osobowości, psychoz wreszcie. Natomiast osobnikom nieuzależniającym się łatwo alkohol służył jako środek rozweselający, znoszący nadmierne hamulce emocjonalne, utrwalający radość. I była to jasna strona umiarkowanego picia, tak jak ciemną było popadanie w rujnujący nałóg.

Oczywiście skupienie się na sprawach alkoholu może wywoływać u czytelników złudne wrażenie, że to pijani lub podpici Polacy walczyli o niepodległość. Nie było to moim zamiarem. Prawda jest znacznie bardziej złożona, choć rzeczywiście wódka stała się częścią składową życia żołnierza. Tu i ówdzie wtrącone opisy, opinie i statystyki odnoszące się do popijania przez inne nacje wskazują jednak, że wcale nie byliśmy mistrzami w tej dziedzinie. Bywało zatem różnie — czasem komicznie, czasem tragicznie — i o tym jest ta książka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

I. Epoka napoleońska. Legiony

1. Zabawne czasy pruskie

„Znikło już to państwo, i to imię, jak znikło tyle innych w dziejach świata” — pisał jeden z przywódców targowicy, przebogaty magnat Szczęsny Potocki. „Ja już jestem Rosjaninem na zawsze”1. Najjaśniejsza Rzeczpospolita po insurekcji kościuszkowskiej została w 1795 roku rozebrana między Rosję, Prusy i Austrię i znikła z mapy świata.

Po rzezi Pragi i zdobyciu Warszawy przez carskiego generała Aleksandra Suworowa w listopadzie 1794 roku zwycięski wódz rosyjski podjął próby pozyskania sympatii generałów polskich i warszawiaków. Zaczął wydawać w swej kwaterze bankiety i obiady. Prusacy byli podówczas sojusznikami Rosji i to oni mieli pozostać w Warszawie. Pomimo to Suworow nie wahał się ich upokarzać i wymyślać im od najgorszych2.

Na przyjęciach generała wojsk kościuszkowskich Jana Henryka Dąbrowskiego sadzał wyżej niż pruskich generałów. Chciał w ten sposób zaznaczyć, że Dąbrowski w zwycięskiej wyprawie wielkopolskiej sparaliżował poczynania Prusaków, a zatem był ich pogromcą. Jeszcze bardziej zależało Suworowowi, aby Dąbrowski, ugłaskany wywyższeniem na ucztach, podpisał rewers, że nie będzie służył przeciw Rosji. Generał zgodził się, gdyż chciał tym sposobem jak najszybciej wydostać się ze stolicy rozebranej Rzeczypospolitej, która miała być przejęta przez Prusy, i podążyć do Paryża, by organizować wojsko.

Aby zaskarbić sobie sympatię Polaków, rosyjski feldmarszałek kazał też płacić swym intendentom wysokie ceny za dowożone krajowe produkty. Efekt poczynań Suworowa był taki, że forsując pozycję Dąbrowskiego za stołem, feldmarszałek mimowolnie przyczyniał się do rozgłosu polskiego generała, który mógł uchodzić także za wzór trzeźwości: nawet w czasie wojny wypijał jedynie kieliszek rumu lub wina3. Był przeciwieństwem Suworowa, który goszczenie za stołem przemieniał niekiedy w nieopanowane wychylanie stakanów wódki, co mogło skończyć się nawet nową rzezią Warszawy: szczęśliwie jego pijanego rozkazu o „pohulaniu w Warszawie” nie wykonano.

Szczególnie do gustu przypadła feldmarszałkowi wódka robiona z jarzębiny, którą częstowała go pani Dadani. Potem jarzębiak zrobi karierę wśród Rosjan w Królestwie Polskim4. Jednak picie stężonych trunków wyzwalało w Suworowie bestię, dlatego czuwał nad nim jego specjalny „stróż”: tak feldmarszałek rosyjski nazywał zaufanego, który go hamował przed upiciem się i wywołaniem skandalu albo wspomnianej nowej rzezi, do której omal nie doszło również w lewobrzeżnej Warszawie5.

9 stycznia 1796 roku do stolicy wkroczyły pułki pruskie. W odezwach gwarantowano bezpieczeństwo i poszanowanie dla dobytku mieszkańców stolicy. W rzeczywistości posuwano się do rekwizycji; na przykład bankier Karl Weigelt zarekwirował dla gubernatora Baltazara von Wendenssena między innymi 200 do 300 butelek szampana i serwis porcelanowy6. Ponad 70-letni gubernator odznaczał się przy tym głupotą żołdaka, „a jego ubóstwo myślowe przerażało najbliższe otoczenie króla” pruskiego. Z kolei nadprezydent rejencji w Warszawie Daniel von Meyer uchodził za pijaka, który zaniedbywał obowiązki służbowe.

Niemniej jednak Prusacy usiłowali uporządkować Warszawę i inne miasta, które znalazły się pod ich panowaniem. Wprowadzili ruch prawostronny, zakazali wyrzucania śmieci na ulicę, zobowiązali właścicieli posesji do sprzątania ulicy dwa razy w tygodniu. Zarządzenia pozostawały jednak często na papierze: miasto tonęło w brudzie i smutku i wcale nie było to wynikiem rzekomej obojętności rozpitych warszawiaków wobec stanu ulic. Przyczyniali się do tego brudu i smutku, jak ocenia historyk Jan Kosim, „przekupni i rozpijaczeni urzędnicy magistratu i członkowie policji miejskiej”7.

Nieco inaczej postrzegał rządy pruskie Roch Sikorski na Podlasiu: „oddać jednak trzeba tę sprawiedliwość, że Niemcy tolerowali wszystkie wybryki, zaprowadzali porządek, handel się obudził [...]. Bielsk nawet za rządów pruskich upiększony został przez kilka kamienic, a Białystok im winien prawie całe swoje urządzenie i wykształcenie na wcale porządne miasto [...]. Wraz z Niemcami zaraz posprowadzali się kupcy niemieccy, którzy palili tytoń w fajkach porcelanowych, ciągnęli piwo kuflami, a czasem poncz, o którym pierwszy raz słyszeliśmy”8.

W marcu 1797 roku po wbiciu nowych słupów granicznych między Rosją, Prusami a Austrią w rejonie Świdra i Niemirowa odbyła się ceremonia połączona ze strzałami na wiwat i wznoszeniem toastów, „na miejscu gdzie obecnie graniczą trzy potężne państwa, nawzajem życząc sobie szczęśliwego zakończenia sprawy, które jako godne zapamiętania pozostanie na wieki w annałach narodów”9.

Władze pruskie sposobiły się do długich rządów nad Wisłą i Wartą. Wiedziały, że nie będą w stanie panować nad Polakami bez choćby elementarnej znajomości ich języka i obyczajów. Dlatego pruski „rząd dał im [urzędnikom — J.B.] urlopy i fundusz” na naukę języka polskiego. Rezultat był taki, że „najdziksze i niesłychane tłumaczenie polskiej mowy i myśli dało powód niejednokrotnie do opacznych zgoła wyroków o rezolucji, a rozmowa Polaka z Niemcem pobudzała do śmiechu słuchającego”, zauważał oficer Józef Grabowski10. Innym sposobem było sprowadzanie Ślązaków, lecz na Podlasiu ci „tłumacze [doprowadzali — J.B.] nieraz do rozpaczy nas swoim językiem śląskim, którym nam objawiali to, co po niemiecku było pisane”. Do tego urzędnikami pruskimi gardzono za ich sknerstwo, poza tym nie byli „braćmi szlacheckimi”, jak to było od wieków11.

Rozbiór wstrząsnął polską stolicą. Po 1795 roku „Warszawa za pruskich czasów była podobna do cmentarza”, zauważał ekonomista, działacz i pamiętnikarz hrabia Fryderyk Skarbek12. Kwitnąca niedawno stolica niemal z dnia na dzień pod zaborem pruskim stawała się miastem prowincjonalnym. Ze 120 tysięcy mieszkańców pozostało 61 tysięcy. W roku 1796 „opuścili ją niemal wszyscy ci, którzy nie mogli bez ciężkiej boleści poglądać na ten grobowiec zgasłego życia narodowego”, pisał w innym miejscu Skarbek13. Kamienice i pałace sprzedawano na aukcjach za bezcen. „Miasto, jak niegdyś huczne i ludne, dziś milczące i z rzadkim mieszkańcem”, pisał ze smutkiem Julian Ursyn Niemcewicz na widok Warszawy po powrocie z Ameryki w 1803 roku14. Niektórzy, jak historyk, poeta i działacz Adam Naruszewicz, popadali w głęboką depresję i umierali.

Jednocześnie rozkwitło w Warszawie rozpaczliwe, rzec można, pijaństwo, co sprzyjało ożywieniu gospodarczemu w dziedzinie handlu alkoholem i „towarami kolonialnymi”: „handel w mieście się rozszerzał [...] otwierano najwięcej magazynów różnych wódek i likworów, bo destylatorów było bez końca”, zauważył Antoni Magier; zresztą znawca wódek i autor dziełka o ich produkcji15. Tak jakby się nie przejmowano utratą niepodległości, „pisano o hodowaniu owiec, paleniu wódek, warzeniu piwa, o korzystnej uprawie koniczyny”16, instynktownie szukając ocalenia w polepszaniu bytu gospodarczego. Jednocześnie topiono smutek, którego dotąd zamożna szlachta i arystokracja zdawała się przez wieki nie zaznawać, w morzu alkoholu. „Rum, arak, porter wszedł bardzo w modę. Warszawa konsumowała natenczas dziesięć razy może więcej araku i rumu, aniżeli komory celne to okazywały; później odkryło się to przemycanie”. W karnawale „zaczęto wprowadzać świetnie tańcujące kawy, herbaty, kolejno kosztowne bale migdałowe”17. Arak i rum był przy tym ulubionym dodatkiem do mocnych herbat.

Po rewolucji francuskiej i wskutek wielkiego terroru w Warszawie i po gościnnych dworach schronili się również francuscy wysoko urodzeni emigranci, których Polska zawsze chętniej przyjmowała „niżeli podejrzliwe Hiszpany, hałaśliwe Szwaby i gołe Włochy”, pisał zgryźliwy Józef Krasiński, który nie potrafił się obyć bez epitetu przed nazwiskiem w swych pamiętnikach. Jeśli wierzyć jego relacji, to obyczaje się rozprzęgły zupełnie, „niektórzy ci ichmościowie z emigracją francuską pili i bawili się, pojedynkowali się i bili za lada fraszkę na kułaki, prawili koncepta obrażające uszy po ogrodach, na przechadzkach i po ulicach — wytłukiwali szyby po szynkowniach w nocy i rozganiali szyldwachy pruskie z posterunków [...] wałęsali się rokrocznie za granicę na karty i rozpustę — wykradali córkę rodzicom, hańbili żony cudze, kuzynki i siostry i odrąbywali sobie potem nosy i uszy [...]. Rozpusta, gry, pijatyka i orgie nocne, burdy, pojedynki i kłótnie o intrygi romansowe z mężatkami lub kobietami różnej nazwy ze strony młodzieży ówczesnej stanowiły modę wielkiego świata, naśladowaną od Francuzów tak dalece, że synalowie magnatów, tudzież bogatszej szlachty, po salonach dobrego tonu bezwstydnie przechwalali się przed kobietami: kto ile z nich tej albo owej nocy powytłukiwał szyb w kawiarniach, kto wiele w życiu uwiódł albo okpił niewinnych panien albo mężatek, kto zręczniej oszukiwał na handlu końmi albo w karty. Demoralizacja — pisał Krasiński — zakorzeniała się tak głęboko, że sami ojcowie pławili się w hulankach z synami, a żony romansowały z adonisami”18.

Potwierdzały to inne wspomnienia: że młodzież zbierała się, by „grać w karty, pić do upadłego i po pijanemu burdy wyprawiać nocą — na ulicach napadać na spokojnych przechodniów, na policjantów, na patrole pruskie, tłuc szyby w oknach, zdzierać szyldy sklepowe lub kłócić się między sobą i wskutek tego rąbać się po wytrzeźwieniu, a przywódcy tych band hałaśliwych byli to potomkowie hetmanów, wojewodów, kasztelanów, pierwszych obywateli, skazani na próżniactwo przy wielkich dostatkach i którzy w ten sposób czas zabijali, nie umiejąc go użytecznie zatrudnić”19.

Oprócz pijanych bójek w warszawskich kawiarniach, cukierniach, teatrach, atakowania pojazdów bito się honorowo koło szopy łazienkowskiej, czyli opuszczonej wozowni księcia Józefa Poniatowskiego, aż bratanek ostatniego króla Rzeczypospolitej zdecydował się wystawić tam wartę pruską. Ale i to nie pomogło, gdyż podpita młodzież żołnierzy rozbrajała i krępowała, na co Prusacy nie reagowali. „Bijatykom i godzeniom się stron powaśnionych nie byłoby nigdy końca”, gdyby nie wlewane do gardeł wino, raz stymulujące do agresji, innym razem traktowane i działające jako środek uspokajający, ugodowy.

Na tym pijackim tle wyróżniali się na Starym Mieście „rzemieślnicy zacni, pobożni i pracowici. Od świtu do późnej nocy pracowali, siedząc na swoich zydelkach przy szklanych baniach [dla rozszerzenia zasięgu światła — J.B.], śpiewając pieśni pobożne”, wyprawiając skóry, wypiekając chleby, szyjąc buty itd.20 Natomiast na prowincji podczas zabaw także dochodziło do sprzeczek między Niemcami a Polakami. Na dźwięk słów „bij, bo to Niemiec” „pudrowane głowy i harbajtle21 wynosili się ze swymi połowicami, mrucząc pod nosem verfluchten Polen”22; nawet wypijany trunek dzielił nacje, gdyż Niemcy oprócz piwa pili poncz, a Polacy mocniejszego węgrzyna.

Pan Roch Sikorski, opisujący te zdarzenia z początku XIX wieku, kilka razy zdołał jednak opanować kryzysową sytuację na zabawach: „»na zgodę dla dania dowodu, że Niemców szanujemy, wypijemy dziś wazę ponczu« — wołałem, po czym Niemcy rozochoceni i do węgrzyna się brali, i nieraz z pogodzonymi spełnialiśmy nasze staropolskie »kochajmy się«”. Jednak mediacji tych Sikorski o mało nie przypłacił życiem lub zdrowiem, gdyż pijany do nieprzytomności obudził się „w korycie, w którym zwykle pojono konie, przytrzymany lodem, wzywać o ratunek musiałem i dopiero za pomocą ludzi nadbiegłych ze stajni powstać musiałem”. Przez kilka tygodni walczył o powrót do zdrowia, co okazało się o tyle korzystne, że „ta długa choroba wywołała rozmyślanie, że należy być umiarkowańszym i nie trzeba ufać w ślepe powodzenie. Przychodząc bowiem do zdrowia, dowiedziałem się, że mi parę najpiękniejszych koni skradziono i że jeden się przebił” żerdzią. Na dodatek Sikorski nie zarobił na wysłanym do Warszawy chmielu, gdyż „przez zapalenie jednej osi” i „nawet w piwnicy przez złe zakręcenie kurka prawie cała beczka wódki wyciekła, aż się kaczki podusiły”. Targany wyrzutami sumienia, zmartwiony stratami „dałem sobie słowo, że więcej mnie do pijatyki nie wciągną, ale jak się pokaże, zapomniałem nie raz o tym przyrzeczeniu”, pisał pan Roch23.

Poważniejsi obywatele ziemscy i ludzie światli, którzy stali za Konstytucją 3 maja i insurekcją kościuszkowską, mieli dosyć tej huśtawki nastrojów, zdarzeń, rozprzężenia w stolicy. Niektórzy zagrożeni udawali się na emigrację; inni zaczęli wynosić się chyłkiem z Warszawy. „Pierwszy książę Józef cichutko wydalił się za granicę. Przyjaciele jego przy rozstaniu w Sali Chińskiej w Łazienkach wyprawili ogromną orgię, na której młodzież o mało nie pozapijała się na śmierć. Podobna hulatyka powtórzyła się na przenosinach [Antoniego? później podpułkownika] Pruszaka w Sanikach w Płockiem — na weselu jego z panną Skrzyńską”24.

Powodem wyjazdu księcia była niechęć carycy Katarzyny II, która nie oddała majątków Józefowi Poniatowskiemu za karę za jego udział w insurekcji kościuszkowskiej. Dopiero wstąpienie na tron cara Pawła I i zwrot dóbr spowodowały, że książę, tak zasłużony podczas insurekcji kościuszkowskiej, wrócił do Warszawy. W 1798 roku wyjechał do Petersburga uregulować sprawy spadkowe. Potem zawrócił do Polski i tamże z braku lepszego zajęcia pogrążył się w wirze zabaw. Z Jabłonny wpadał ze swą hulaszczą czeredą na uczty w restauracjach Nestego, Tomasza Gąsiorowskiego (właściciela Hotelu Angielskiego), Rozengarta, które pijani demolowali niczym współczesne gwiazdy rocka pokoje hotelowe. Za zniszczenia książę hojnie płacił.

Dla Warszawy zachowanie Poniatowskiego nie było niczym nadzwyczajnym. Książę słynął z ekstrawagancji, gdy był na rauszu. Już podczas Sejmu Czteroletniego „założył się, że na koniu całą Warszawę w dzień biały nago przejedzie, i dobrawszy sobie towarzyszów Ignacego Hryniewieckiego i podobno Sanguszkę [Eustachego? — J.B.], przejechał ją na spławionych wprzód koniach w Wiśle. Miał też wzór w stryju swoim, ekspodkomorzym koronnym [Kazimierzem] Poniatowskim, który obwoził w karecie nagą aktorkę, sławną Józefkę, którą potem za Józefa Zasławskiego wydał”25. Czasy libertynizmu oplatały wtedy rozkoszną — dla arystokracji — Warszawę aż do czasów okupacji pruskiej, kiedy to, jak wspomnieliśmy, wyludniona stolica zamarła. Na zresztą dość krótki czas.

Nie wyciągnęła księcia z rozkosznych odmętów elektryzująca wieść o tworzeniu Legionów Polskich we Włoszech. Poniatowskiego do nich nie poproszono, bratanek ostatniego króla polskiego nie widział siebie w roli podwładnego generałów Jana Henryka Dąbrowskiego, Józefa Zajączka czy nawet Józefa Wybickiego, aspirujących do przywództwa. Sądził, nie bez racji, że tylko on może być dowódcą tych legionów. Jednakże zwycięski generał Napoleon Bonaparte promował oficerów z nizin społecznych, więc pochodzenie Poniatowskiego było raczej przeszkodą niż pomocą w osiągnięciu awansu w legionach. Z kolei generał Zajączek, który z Bonapartem przejdzie wyprawę przez Egipt, słynął z porywczości: w Paryżu gotów był nawet do pojedynku z generałem Dąbrowskim, a Poniatowskiego, jako były jakobin, nienawidził26. Napoleon Bonaparte postawił zatem na Dąbrowskiego, który został dowódcą Legionów Polskich we Włoszech.

Książę Poniatowski pozostał w Warszawie i poddał się atmosferze dzikiej dekadencji, jaka ogarnęła młodzież w stolicy i we Lwowie. Zapewne i on wypierał w aktach pijanej swawoli świadomość utraty niepodległości i w ten sposób tłumił rozpacz z powodu finis Poloniae podobnie jak inni. Podczas tej orgii pijaństwa, swawoli i hazardu przepadały przy okazji gry w karty przy zielonym stoliku niemałe fortuny i rodziły się nowe, których właściciele, jak niejaki Michał Walicki z ulicy Długiej, za wygrane pieniądze urządzali ogromne i wystawne bale.

Podobnie Polacy bawili się w innych miastach zajętych przez Prusy. Pijany upiór „się na biedną Polskę niespodziewanie rozlał, ale niestety! połączony z ową zgubną łatwością zaciągania pożyczek na hipoteki na niski procent, obudził w możniejszej klasie nieprzezwyciężoną chęć zabaw, zbytków, hulatyk, która wkrótce przerodziła się w szał, jakiego nigdy przedtem w kraju naszym nie widziano”. Wyglądało na to, że Polska „chciała się gwałtem odurzyć, o przeszłości zapomnieć, nie myśleć o przyszłości i żyć tylko teraźniejszością”, zgodnie z dewizą Ludwika XV: Après moi le déluge (po mnie choćby potop, dewiza znana już w starożytności: post me diluvium)27. Dla majątków, czyli substancji narodowej, było najgroźniejsze to, że zaczęły się one dostawać w obce ręce, jeśli polscy wierzyciele nie spłacali długów hipotecznych.

W karnawale Toruń przybierał „postać polskiego grodu. Duch zabaw i towarzyskiego pożycia, mowa wszędzie słyszana, hałaśliwość swobodna i czasem nawet za głośna, zalotność i intrygi miłosne, wreszcie hulanki, zwady i pojedynki; wszystko to przytrafiało się podówczas w Toruniu i dawało mu powierzchowne znamię prawdziwie polskiego miasta”, pisał uczestnik tego życia hrabia Fryderyk Skarbek28. Choć poprzez pijatyki można było również zamanifestować polskość miasta, założonego zresztą przez Krzyżaków.

Dlaczego upijano się i swawolono tak, jakby się nic nie stało z „ojczyzną miłą”? Rozwydrzenie młodzieży warszawskiej po upadku państwa wynikało po części z braku w Warszawie uniwersytetu czy akademii, w tym wojskowych: jedynego, jak sądzono, właściwego zajęcia dla młodego szlachcica. Nie znajdując na miejscu możliwości wyższego kształcenia się, służby i walki w szeregach armii, młodzi łatwo ulegali pokusie hulaszczego życia.

Niektórzy „troskliwi rodzice” sądzili, że Polska się nie odrodzi, i „wysyłali synów swoich na akademie niemieckie [...]. Życie akademickie, czyli burszowskie podobało się Polakom, tak iż na akademiach była harmonia i przyjaźń między nimi a Niemcami. Był to jedyny prawie punkt zetknięcia się i spojenia tych dwóch sprzecznych narodowości. Swoboda, niepodległość i samowolność życia burszowskiego odpowiadały skłonnościom młodych Polaków”, którzy przyjmowali ich wzorce, „nie mogąc dla małej liczby swojej po akademiach skłonić młodzież niemiecką do naśladowania narowów i zwyczajów polskich. Zresztą było w tym jakieś podobieństwo między dwiema narodowościami, bo burszowie niemieccy pili, hulali i bili się na pałasze tak dobrze, jak Polacy, i mieli wspólną z nimi skłonność do opozycji i niepodległości”.

Tym sposobem, jak trafnie zauważał Skarbek, „nie było może w całej dążności Prusaków do wynarodowienia Polaków skuteczniejszego środka od wychowywania ich na akademiach niemieckich, skąd wracali zawsze z uczuciem przychylności i życzliwości dla tych, z którymi najweselsze chwile życia przepędzili”29.

Także ojciec Franciszka Gajewskiego z Wielkopolski, którego majątek zagrożony był bankructwem i ruiną, przewidział dla syna karierę wojskową. Wysłał go do Drezna, gdzie Franciszek nie tylko kształcił się intensywnie, ale równie niezmordowanie tańcował na balach. Nauczył się jednak tam pić umiarkowanie, a jego zetknięcie się, jak zobaczymy, z polską szkołą picia będzie dla młodego oficera niemałym wstrząsem.

Hulająca młodzież polska nie utraciła przecież nic ze swego patriotyzmu. Dostrzegały to światlejsze umysły i wiązały owo upijanie się i wieczne bijatyki na ulicach z apokaliptycznymi nastrojami wynikającymi z upadku państwa polskiego. Młodzieńcze zatracanie się w pijaństwie i bójkach było podświadomą próbą odepchnięcia od siebie, nawet przez potomków pierwszych rodów Rzeczypospolitej, katastrofy rozebranego kraju, niedawnej imperialnej potęgi. Były to „zbiorowe psychopatie o podłożu histerycznym”: przeszłość i przyszłość zostały wyparte na rzecz szaleńczego przeżywania chwili bieżącej, byle zatkać ziejącą czarną dziurę przerażenia wywołanego utratą potężnego niegdyś państwa, sądzi badacz30.

Hulanki, swawole, pijaństwo, orgie miały stłumić wyrzuty sumienia i chwilową niemoc walki o wolną Polskę. Ale gdy pojawi się szansa na zbrojne odzyskanie niepodległości, wielu dawnych hulaków przeistoczy się w przykładnych, walecznych oficerów, świecących dobrym przykładem.

2. Papuzie spodnie i czarne fraki

Poniatowski cieszył się nadal zasłużenie opinią rozrzutnego hulaki, gromadząc wokół siebie „tłum dowcipnisiów, próżniaków, śmiałków, którzy go bawią, śmieszą i pochlebiają dla smacznych obiadów i dobrego wina dostatku”. Dołączono do nich „hołotę emigrantów francuskich złożoną z odrwigroszów, oszustów i najładniejszych kobiet intrygantek”31. Romansowano i hulano na zabój, gdyż w warszawskiej siedzibie księcia Poniatowskiego, „zaczarowanym Pałacu Pod Blachą zgromadzały się pierwszorzędne piękności arystokracji naszej”, łącznie ze słynną niebawem Marią Walewską, żoną Anastazego.

W związku z koniunkturą na polskie zboże znaczną część zysków arystokracja topiła w wystawnych ucztach, rautach, hulankach i miłostkach. Aby się wyróżnić z „pospolitego tłumu”, zwolennicy Poniatowskiego wkładali „mundur książęcy”: „zielony frak, podszewka żółta, kołnierz czarny, złocone guziki z konikiem, u dołu podpis »Jabłonna«, spodnie papuzie, kamizelka pąsowa, pończochy po kolana, ze sprzączkami trzewiki”32. Jednym słowem dzisiejszy projektant mody dostałby bolesnego wstrząsu i oczopląsu.

Ale nie ówczesne wesołe towarzystwo.

Latem książę i jego kompani spędzali czas w Jabłonnie. Profesor z in-flanckiej Mitawy Franciszek Schulz, widząc księcia Józefa, był pełen podziwu dla męskiej dorodności i wigoru Poniatowskiego; nic dziwnego, że wzbudzał on powszechne westchnienia u płci przeciwnej. Natomiast książę, choć nie gardził wdziękami innych pań, najbardziej ulegał chudej, ze śniadymi plamami na twarzy hrabinie Henrietcie de Vauban: kobiecie wielce nieprzyjemnej, pełniącej funkcję pani domu.

Styl życia księcia Józefa, zwanego Pepi, wzbudzał wiele niechęci wśród trzeźwych patriotów, poważnie traktujących sprawy związane z rozbiorami państwa polskiego. Wściekano się na rozrzutność Poniatowskiego, co rzeczywiście było zaskakujące, zważywszy na trudności finansowe, z jakimi się borykał: deficyt księcia był schedą po zbankrutowanym stryju, ostatnim królu polskim Stanisławie Auguście Poniatowskim. Złoszczono się na uleganie językowi, obyczajom i modzie francuskiej, co łączono z wpływami jego kochanki, pani de Vauban.

Mimo tych zarzutów książę prowadził dom otwarty i do przesady gościnny, jak na Polaka przystało. Robił niekiedy, co mu strzeliło do głowy: na przykład ścigał się podpity po ulicach Warszawy małymi powozami, tratując przechodniów. Nawet przychylny księciu pułkownik Franciszek Gajewski pisał, że „książę Józef pędził życie wesołe, wiele czasu poświęcał intrygom i miłostkom z rozmaitymi kobietami”. Nie przeszkadzało to jednak Poniatowskiemu w wolnych chwilach pogłębiać znajomość sztuki wojennej, „czytał wiele i nabierał coraz większej zdolności”, tak jakby sposobił się do przyszłego życia jako dowódca armii polskiej33. Zmierzał swoją drogą i być może dlatego lekceważył opinię, jego bowiem pałac, czyli „Blacha była jak mozaiką oblepiona wierszami, karykaturami i odezwami, niedorostki zaś biegały po ulicach, rozrzucając paszkwile i dowcipy” albo „zakładając je na wszystkich klamkach drzwi wchodowych do kamienic i pałaców”34.

A książę nic na to, znieczulony alkoholem i wojskowymi planami. Nie poruszyła go nawet fala pamfletów, która wylała się po ogłoszeniu legionowych odezw generała Dąbrowskiego w 1797 roku.

Jak wspomnieliśmy, szczególnie mocno darzył Poniatowskiego niechęcią Józef Zajączek, „człowiek, który zawsze musiał kogoś śmiertelnie nienawidzić”, zauważa historyk Szymon Askenazy. Zajączek był osobowością rozchwianą i zmienną w poglądach i ideałach, stąd te zmiany sympatii i nienawiści: przeszedł drogę od adiutanta i gwardzisty targowiczanina hetmana Franciszka Ksawerego Branickiego, przez jakobina i dzielnego żołnierza w insurekcji kościuszkowskiej, generała w legionach usiłującego podkopać pozycję Dąbrowskiego, zaufanego oficera Napoleona, aż wreszcie do księcia namiestnika w Królestwie Polskim, wiernego rosyjskiemu sadyście, wielkiemu księciu Konstantemu35. Niechęć też będzie żywił do księcia Józefa generał Dąbrowski, z powodu rywalizacji o naczelne dowództwo nad odrodzonym wojskiem polskim. Potem jednak okaże się, że Napoleon ze względów dyplomatycznych zakaże nawet używania terminu „wojsko polskie”.

Stan ówczesnej młodzieży w Warszawie budził trwogę światłych członków Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Od 1800 roku prosili i pouczali oni, aby rozpita młodzież nie wyrastała na „ciemnych i ponurych niewolników”36. Młodzi nad naukę i stowarzyszenia wolnomyślicieli woleli jednak ogłupiającą rozrywkę, tłumiącą wyższe potrzeby społeczne i uczucia. Frakcja Poniatowskiego konkurowała ze stronnikami książąt Sapiehów, a pretekstem do pijanych bójek były spory i wygwizdywanie przedstawień teatru francuskiego, który zagościł w Warszawie. Sapiehowie „nie tylko, że pierwszą zaraz reprezentację francuską wyświstali, lecz wrzuceniem czegoś niezmiernie śmierdzącego w piec teatralny rozpędzili publiczność”37.

Dzika rozrywka wymagała żeru w postaci pieniędzy. W sukurs przyszła wspomniana koniunktura gospodarcza, czyli wzmożony popyt na zboże i bydło. Arystokracja mogła zarabiać bez wysiłku, powierzając swe fortuny wiejskie plenipotentom i arendarzom, mogła też opłacać nawet największe zniszczenia poczynione podczas pijackich furii na „obiadach”. Styl życia prowadzony w kręgu pałacu Pod Blachą nie był przy tym obojętny dla zdrowia ludzkiego i pochłaniał coraz więcej ofiar. Hieronim Górski „umarł z opilstwa”, Radziwiłłowie to „wszyscy utracjusze”, Kęszycki to „wielki zawadiaka”, a Kalinowski „pułkownik od huzarów, śmiały rębacz [...] wykradł Potocką, córkę Prota”. „Niektórzy ci ichmościowie z emigracją francuską pili i bawili się, pojedynkowali”, tracąc części ciała, a nawet życie, opisywał Józef Krasiński38. Natomiast Dąbski (zapewne Stanisław) „na czele bandy hulaków przebiegał Warszawę, Mazowsze i Płockie, pijąc, krzycząc i dokazując bez przerwy”, a ten, kto więcej wypił i potem potrafił raźno tańcować, kto więcej pobił i zwymyślał Prusaków, „tym godniejszym się stawał względów dowódcy tego Bachusowego zgromadzenia”39.

Na pewien czas ten szał nieco opadł, gdy przyszła moda na wzajemne wizyty, „bywanie”, tańce i „szlachetniejsze rozrywki” z paniami. Już nie wypadało wtoczyć się po pijanemu do pałacu razem z rozwrzeszczaną bandą kamratów. Jednakże około 1802 roku znów wróciły stare nawyki. Borysławski, bywalec dworu Czartoryskich w Puławach pisał z Warszawy do Wincentego Krasińskiego, bawiącego w swych rodzinnych Dunajowcach: „Młodzież tutejsza [warszawska] jest w tej chwili bardzo hałaśliwa, bo wróciła znów do złego tonu picia od rana do wieczora. Szczególniej u Stasia Dąbskiego bywają pijatyki takowe i to codziennie. Nasz Wyleżyński przyłączył się do tej partii i nie widuję go inaczej jak pijanym”. Powstał nawet klub na wzór angielski, „ale oparty na liberum veto”. Za „źrenicę naszej wolności klubowej” uznano alkohol, jak pisał „ulubieniec dam Michał Grabowski, i w tym klubie gromadzili się za lada pretekstem na obiady i kolacje, od których nikt trzeźwy nie wstawał”40.

Dobiegające z Warszawy wieści budziły zrozumiałe obawy rodziców z wysokich rodów przed wysłaniem dzieci do dawnej stolicy. Matka Wincentego Krasińskiego zgodziła się na jego wyjazd z Dunajowiec w karnawale 1803 roku, pod warunkiem że Warszawa „miała być niby dla niego pierwszą tylko stacją podróży po świecie”. Przypominała mu o tym w liście: „Pamiętaj, że ani pić, ani grać, to słowa wyryte, bo zaprzysiężone pod najświętszym zaklęciem. Jedź do stryja, zajmij się tam książkami i rysunkami, daj czas refleksji”. I nie wplątuj się związek małżeński, zalecała41.

Krasiński, owszem, „przeczytał ten list z czcią, jaką miał zawsze dla matki — po czym złożył go do domowego archiwum i pił [w Warszawie] z drugimi tak dobrze jak i oni, za wszystkimi zabawami się uganiał, do księżniczki się zalecał” Marii Radziwiłłówny i odgrywał na scenie teatralnej rolę Mieszka I z panią Feliksową Potocką (Pauliną z Paców), grającą Dobrawę. Wystąpił też jako król Zygmunt August i Agamemnon42. Podpita pycha Wincentego Krasińskiego rosła, gdyż wszędzie „był pożądanym”, więc dla niego przekładano nawet godziny zabaw i obiadów klubowych, byle raczył się zjawić — najlepiej w miarę trzeźwy.

Ale to była jedna strony — hulankowa — Krasińskiego. Drugą był klub ubrany w ojczyźniane szaty. Albowiem Wincenty Krasiński i jego towarzysze w odpowiedzi na zabawy Poniatowskiego i jego kompanów spod „Blachy” stworzyli grupę patriotów. Krasiński zadeklarował, że ma „zamiar wydźwignąć nieszczęśliwą Polskę z przepaści”, przy okazji pełnymi garściami czerpiąc z uroków młodzieńczych hulanek. Grupa ta utworzyła Towarzystwo Przyjaciół Ojczyzny, w którym znaleźli się bracia Kazimierz i Stanisław Małachowscy, trzej bracia Łubieńscy (Piotr, Franciszek, Tomasz), kuzyni Krasińscy (Wincenty i Józef), Ludwik Pac.

Pomimo sekretnego charakteru stowarzyszenia dowiedziano się o nim w kręgach arystokracji i zaczęli garnąć się do niego nawet dotychczasowi admiratorzy księcia Józefa. Ale nie było to łatwe, gdyż uczestnicy Towarzystwa decydowali o przyjęciu kandydata w tajnym głosowaniu. Jeden z nich, magnat Franciszek Ostrowski, „usiłujący gwałtem do Sali posiedzeń się wcisnąć”, został w związku z tym wystawiony na pośmiewisko. Zawiązano mu oczy i na wzór masoński poddano go próbom, oprowadzając po piwnicach, „kazano mu wierzyć, że głowy kapusty były głowami skaranych śmiercią zdrajców, kąpano go w zimnej wodzie, ukłuto go do krwi, dano mu dotykać rozpalonego żelaza, zamknięto go w pewnym miejscu smrodliwym niby w Grobie Wielkiego Mistrza” itd.43

Ostrowski po zdjęciu opaski został serdecznie wyśmiany. Wielce upokorzony rwał się do pojedynku. Ale i to znów wydrwiono, więc jego brat Antoni Ostrowski namówił Franciszka, aby wydał obiad pożegnalny w restauracji Tomasza Gąsiorowskiego, by „przeciągnąć na swoją stronę najszaleńszą młodzież” w Warszawie.

Nie przewidział jednak stopnia tego szaleństwa. „Na tym obiedzie Oborscy, Nosarzewski, Cichocki, Matuszewicz, Brzostowscy i Górscy, spiwszy się, kazali grać gospodarzowi na skrzypcach zdjętych ze ściany w sypialnym gabinecie — do taktu zaczęli przyklaskiwać talerzami, porcelaną, szkłem [...] wściekłość rozmarzonych łbów trunkiem do tego stopnia szaleństwa wzrosła, iż wytłuczono szyby u okien, zwierciadła na ścianach, pokaleczywszy kosztowne meble i zabrawszy ze sobą klucze do domów, rozpierzchli się.

Jest to próbka demoralizacji arystokratów naszych, pozostała w historii na świadectwo hańbą i nauką potomnych wnukom”, zauważył celnie Józef Krasiński, wspomniany kuzyn Wincentego, członek Towarzystwa Przyjaciół Ojczyzny44. Zniszczenia były znaczne, gdyż Hotel Angielski, gdzie pijana uczta się odbyła, był wyposażony w drogocenne meble. Winą obarczono jednak Ostrowskiego, który w niesławie opuścił Warszawę i już do niej nie wrócił.

Rywalizacja „papuzich” z pałacu Pod Blachą z „przyjaciółmi ojczyzny” wyfraczonymi na czarno prowadziła niekiedy do tragikomicznych zdarzeń. Do pijackiego incydentu doszło w Ogrodzie Saskim w 1806 roku. Zwolennicy księcia Józefa nosili wspomniane zielone fraki na żółtej podszewce, podczas gdy członkowie Towarzystwa Przyjaciół Ojczyzny wyróżniali się czarnym frakiem i lakierowanymi guzikami z emblematem kotwicy i napisem Nadzieja, który pojawiał się powoli wraz z wycieraniem się lakieru. Po mocno zakrapianym śniadaniu u Wincentego Krasińskiego młodzi zbawcy ojczyzny zdołali wytoczyć się na zewnątrz, po czym w Ogrodzie Saskim natrafili na podobnie do nich ubranego człowieka. Wiedzieli jednak, że nie jest on członkiem Towarzystwa Warszawskiego, więc dla zbadania sprawy wysłano Józefa Krasińskiego, by zorientował się, czy przypadkiem ów wyfraczony jegomość nie jest członkiem organizacji patriotycznej powołanej także w Poznaniu i Płocku. W razie zidentyfikowania go jako nieczłonka Józef Krasiński miał zedrzeć z niego frak, jednak mimo że szumiało mu w głowie, nie chciał się posuwać do tak raptownego czynu wobec być może Bogu ducha winnego człowieka. Ale podrażniły go słowa kuzyna Wincentego Krasińskiego: „widzę, że się boisz”. Poruszony tymi słowami Józef podszedł zatem do eleganckiego panicza i spytał, skąd ma ten mundur. „Bom go sobie sprawił”, odparł zapytany, na co w odpowiedzi Krasiński szarpnął i zerwał mu cały bok razem z guzikami45.

Gapie mieli świetną rozrywkę, a właściciel porwanego fraka Łabęcki wyzwał Krasińskiego na pojedynek. Odbył się on w ogrodach przy pałacu Łubieńskich. Zakończył się szczęśliwie, gdyż tylko kapelusz Józefa Krasińskiego został przestrzelony. Sprawa jednak doszła do władz pruskich i dyrektor policji Pletz nakazał Józefowi Krasińskiemu opuścić Warszawę w ciągu 24 godzin46. Wyjechał też Wincenty, co sprawiło, że działalność Towarzystwa Przyjaciół Ojczyzny zamarła.

Zaskakująca może się wydawać wyrozumiałość pruskich władz wobec pijackich ekscesów młodzieży polskiej. Gubernator Warszawy generał Koehler „zwykle gdy mu donoszono o tych wybrykach, nawet o pobitych przez nich policjantach, szyldwachach, patrolach, śmiał się z tego i przestawał na daniu im lekkich napomnień. Za to też pokochali go warszawianie tak serdecznie, że mu pomnik chcieli wystawić po wyjściu Prusaków”, pisał Juliusz Falkowski w swych Obrazach.

Ale Koehlerem kierowały nie tylko człowieczeństwo czy dobroć, lecz także wyrachowanie. Tolerując wybryki warszawskiej młodzi, utrzymywał się na swej posadzie, gdyż „pijatyki i rozpusty młodzieży i te nieustanne salonowe zabawy [...] bardzo były po myśli” pruskiego rządu. „Patrzał on na nie z dala szyderczym okiem, przekonany, że to ciągłe biesiadowanie panów i szlachty polskiej na grobie Ojczyzny będzie epilogiem naszych dziejów, zgubą ostateczną majątków, ducha i narodowości polskiej. W rzeczy samej po dziesięciu latach panowania pruskiego majątki ziemskie w podległych mu polskich prowincjach były tak nadwerężone i zagrożone, że większa ich część byłaby niechybnie przeszła w ręce Prusaków, gdyby szczęście wojenne Napoleona nie przyprowadziło nad brzegi Wisły”, sądził Falkowski47.

Także Józef Krasiński poczuł niechęć do tamtejszych czasów i młodzieży, gdy przypomniał sobie warszawskie szaleństwa młodości: „jednak bezstronnie wyznać muszę, że młodzi ludzie dzisiejsi [lata 1840-1850] wydają mi się aniołami po młodzieży mojego pokolenia”. W drugiej połowie XIX wieku Falkowski dodawał: „Ofiary tej rozpusty, tego pijaństwa, tych pojedynków były tak liczne, jak gdyby zaraza przeszła przez Polskę, i rzecz szczególna, do tego rozkiełznanego, hulaszczego pokolenia należeli ludzie, którzy później dosłużyli się wysokich rang w wojsku lub stali się znakomitymi mężami stanu”. Natomiast ci noszący wielkie nazwiska, którzy zapadli na chorobę alkoholową, umierali na nią; pamiętnikarz wymienił ich nawet z nazwiska48.

Czas jednak biegł i wielu stawało na rozdrożu: szaleć w pijanych oparach, tracąc zdrowie, czy wziąć się do czegoś pożytecznego? Alkohol, niedosypianie, gorączkowy hulaszczy tryb życia odciskały swe piętna na twarzach birbantów i metres. Gdy państwo Wincentowie Krasińscy powrócili z Paryża do Warszawy, żona Krasińskiego, księżniczka Maria z Radziwiłłów dostrzegła inne, jakże zmienione twarze. 16 kwietnia 1805 roku Maria pisała do przyjaciółki, zdziwiona wyglądem rozwiązłych arystokratów: „Nie wiem, czy moje oczy inaczej teraz widzą jak dawniej, czy też świat w rzeczy samej zmienił się od roku, ale bardzo mało znajduję osób, które albo nie zbrzydły, albo się nie postarzały. Na próżno książę Józef peruczką okrył swą łysinę; nie ukrył nieszczęsnych śladów czasu na swojej osobie, i jeśli lata następne będą równie niemiłosierne, to za powrotem twoim nie poznasz pięknego książęcia. Pani Vauban jest chudsza, niż była, wygląda jak suszona gruszka” itd., zwierzała się Maria ze swych spostrzeżeń49.

Poniatowski miał wówczas 42 lata. Zdołał jednak powstrzymać fizyczną degradację. Zadecydowała o tym zmiana trybu życia na wojskowy, który dobrze znał, co wyniosło dawnego birbanta na piedestał bohatera polskiego.

3. Wiwat kontuszowa tradycja

„Książę Karol [Radziwiłł — J.B.] Panie Kochanku umiera bezdzietnie; z nim ginie tradycja hulaszczego możnowładztwa”, dowodził Ludwik Dębicki w swej monografii o Puławach50.

Nie do końca to prawdziwe stwierdzenie. W porozbiorowej Rzeczypospolitej większość szlachty i część arystokracji nie zmieniła ani na jotę swego stylu życia. „Prusacy nie wywarli żadnego zgoła wpływu na obyczaje i społeczne pożycie nasze, tak wielkiego świata w stolicy, jak obywatelskiego i wiejskiego pożycia zachowały [się] główne znamiona ducha i charakteru narodowego. Wszędzie panowała w towarzystwie grzeczność i poważanie [...]. Gościnność i uprzejmość w przyjęciu były poniekąd świętym obowiązkiem”, a „obok otwartej wesołości panowała zawsze pewna surowość obyczajów w towarzystwie, która nikomu granic przystojności przestępować nie dozwalała i to nawet wtedy, gdy gęsto krążące kielichy głowy zawracały”.

Ojciec przyszłego generała wojsk polskich Henryka Dembińskiego walczył w insurekcji kościuszkowskiej, a „wrodzona starożytna polska gościnność robiła, że dom nasz po wielkiej rewolucji francuskiej był schronieniem kilkunastu rodzin dawnej szlachty francuskiej, markizów, diuków, z żonami, dziećmi, czasem z guwernantkami i dość liczną służbą”, dodawał stary Dembiński51.

Jeszcze w końcu XVIII wieku trwał „rozdział według stroju i obyczaju, owa antyteza wąsów i peruki, kontusza i fraka haftowanego”, czyli polszczyzny i francuszczyzny52. Zwolennicy kontusza trwali niezłomnie przy osławionej gościnności polskiej, która miała dobre strony, ale i fatalne, jeśli chodzi o rozpijanie szlachty. Kontusz kojarzony z rubasznym czerepem nadal trzymał się dzielnie. Na Podlasiu, a zapewne i na innych ziemiach królowało nadal powiedzenie „rzecz chłopska jeść, a pańska pić”53. Wychowanie synów utrzymane było w tradycji staropolskiej, choć oczywiście nie we wszystkich rodzinach. „Syn jest zupełną własnością ojca. Gań i karz syna, kiedy zły, kiedy dobry, dlatego, żeby się nie zepsuł”, nakazywał Apolinary Morawski swej żonie. Gdy przybył z Warszawy na Litwę, jedynaka pozdrowił, obejrzał, „a ukląkłszy i zmówiwszy pacierze, natychmiast i te bebechy, i te falbany, i samo dziecko, słowem wszystko razem na śnieg na dworze wyrzucić każe. »Niech się błazen hartuje« — powiada. »Niech się na wszystko z góry przygotuje! Albo niech lepiej nie żyje!«”.

Takie to było pierwsze spotkanie przyszłego doktora medycyny Stanisława Morawskiego z ojcem, który „ani razu w życiu swoim nie pocałował mnie w twarz, ani jednej zabawki lub cacki nie kupił” i wysyłał jedynie srogie listy do syna. „Dopiero w trzydziestym roku sam odważyłem się raz usiąść w obecności jego”54. Morawski potrafił przełamać obawy i lęki, potrafił także na studiach dać w mordę. Jednak jakiż deficyt emocjonalny musiało rodzić takie nieludzkie wychowanie osłonięte wiarą w „hartowanie ciała i charakteru”! Nic tylko wyżywać się w wojnach, pić albo zwierzać się przytomnemu przyjacielowi, o co nie było łatwo. Także Roch Sikorski wspominał: „Mąż był do tego stopnia panem domu, że żona nawet usiąść przy stole bez pozwolenia jego nie mogła. Na głos pana wszystko w domu drżało”, żona „dziecko na łonie rzucała [...]. Dzieci drżały jak liście”55. Piszemy o tym, gdyż dysfunkcje pokrzywionej przez ojców osobowości niektórzy zalewali potem rzeką alkoholu.

Franciszek Gajewski, wojskowy wychowany w tradycji drezdeńskiej, jadąc z Kalisza na Częstochowę i Kraków, odmalował ponury obraz początków XIX wieku kwitnącej niegdyś Rzeczypospolitej. „Miasta puste po najwięcej [sic!] niebrukowane, domostwa częściowo pod gontami, częściowo słomą kryte. Roje Żydów w nich, gdzieniegdzie majster pijany albo mieszczanin wracający z pługiem z pola. Ścieżki wydeptane w błocie po ulicach, kupy śmieci przed domami, a bydło pasące się w rynku. Winiarnia u Żyda, a pełno w niej szlachty, najwięcej w kontuszach. Chłop na wpół dziki, schorzały, nędzny; szlachcic głupi, zarozumiały i zabobonny. Mieszczanin pijak i niedołęga, Żyd chytry, przebiegły, chciwy grosza [...], zgoła wszystkie rzemiosła w ręku żydowskim [...]. Pijaństwo rozpowszechnione we wszystkich klasach, przesądy wszędzie, upór bez granic, ale powszechna wesołość, gościnność wielka, przywiązanie do narodowości bez granic, dobrej chęci pełno”56.

Na podobny obrazek natrafił także oficer huzarów Ignacy Lubowiecki, pamiętnikarz, który niemal nie odnotowywał wątków alkoholowych. Wspomniał, że uchodząc z armii austriackiej, wymknął się z posterunku na nieosiodłanym koniu. Dotarł do Ręczajów, wsi pana Kunickiego. Tam zastał „we dworze człowieka starego w prostym kożuchu, leżącego w stanie pijaństwa bez przytomności na podłodze przed dużym ogniem kominkowym”. Stróż „wskazuje na leżącego pijaka, iż to jest ekonom”. Obawiając się pogoni Austriaków, Lubowiecki przekonał się „nadto, że ów pijany ekonom był człowiekiem niezmiernie ograniczonym”, więc „uznałem, że ostrożność nie dozwala zwierzać mu zamiary przebycia potajemnie granicy”. Okazało się, że gęsto rozstawione czaty austriackie mają rozkaz strzelać do każdego poruszającego się na granicy. Nastąpiła scena niczym z Popiołów i Lubowiecki zdołał przedrzeć się pod ostrzałem „do wsi Ząbki, o milę od Pragi”57.

Dobre w tej kontuszowej tradycji było to, że Polacy pozostali narodem o „otwartych sercach” i nie upodobnili się na przykład do Anglików, którzy „posiadają kraj cudny, cały jakby jeden starannie utrzymany ogród, nieprzebrane bogactwa [...] i mimo tych zasobów ciągle się nudzą”, pisała Izabela Czartoryska do matki Leona Dembowskiego. „Nie znają, co to jest towarzyskość, co wylanie serca, przyjaźń i wszystko u nich zimne, skrzepłe, skrępowane etykietą, która w zwyczaj przeszła i od której jarzma wyłamać się nie umieją. Wszyscy posępni, smutni, milczący [...]. Nasza Polska sto razy lepsza i przy całej swej biedzie sto razy szczęśliwsza”58.

Jednak niższe warstwy angielskie umiały odreagowywać owo rodzące się „dżentelmeńskie skrępowanie” klas wyższych polegające na nieokazywaniu uczuć. Serca i głowy angielskie zdobywał ich nowy narodowy trunek: dżin, czyli jałowcówka, który rozwiązywał języki, kazał zaciskać pięści w kułaki i grzmocić adwersarzy, brutalizując życie Londynu.

W Polsce do legendy przechodziły czasy saskie, koszmarne pijaństwa i tacyż opoje. Pamiętnikarze czasem je wspominali, ale na ogół z drwiącą przyganą, pomimo że obyczaje pijackie trwały na niektórych dworach niewzruszenie i nadal łączono je z chlubnym obowiązkiem gościnności. Gdzieniegdzie nadal była popularna dawna fala wygłaszania toastów, obiegająca powoli cały stół, w takt spełniania owych toastów do ostatniej kropli wina w kielichu. W Polsce porozbiorowej tym bardziej wzajemna pomoc łączona była z gościnnością i z kielichem. „Zamożni panowie poczytywali sobie za święty obowiązek otworzyć drzwi gościnne domów swoich dla tych tułaczy”, którym klejnot szlachecki po staremu nie pozwalał utrzymywać się z pracy rąk. „Pamiętam takich kilku u mego ojca, którzy nie mieli żadnych obowiązków, wyjąwszy, iż towarzyszyli panu na polowaniach, że stawali do kufla, kiedy śród gali pijatyka nastawała”, albo spełniali tajne misje w miłosnych podchodach. „Wieczory tych panów były zwykle zajęte miłostkami w garderobie”, skąd dochodził brzdęk bandury, gitary i rzewne pienia, o ile nie byli zajęci kolejną biesiadą i pijaństwem. Nic dziwnego, że przy takim trybie życia i utrzymywania szlacheckich darmozjadów oraz huzara, stangretów, forysiów, masztalerzy, laufra ojciec hrabiego Skarbka „przyczynił się do zmarnotrawienia majątku”.

„Jakie czcze i bezowocne było ówczesne pożycie obywatelskie!” — westchnął jego syn, późniejszy ekonomista Fryderyk Skarbek, uczeń Mikołaja Chopina. Nadal głównym tematem rozmów bywały opowieści o „bohaterach pijakach”, słynących „z nadzwyczajnej możności wypicia duszkiem wielkiej miary wina lub przetrzymania w piciu kilku pijaków”; byli też „bohaterowie miłości” i „bohaterowie pojedynków”. Wojewoda brzesko-kujawski Stanisław Dąmbski [zapewne Dąbski — J.B.] urządzał w dobrach Giżyce (ziemia sochaczewska) „nieustanne prawie bankiety i uczty. [...] Z domu jego nigdy goście nie wychodzili, ogromny stół był co dzień zastawiony nie wykwitnie ani obficie, lecz mieścił kilkadziesiąt osób”, a nawet siedzących na szarym końcu „wojewoda pocieszał, wydając rozkaz nalania im wina i mówiąc: »panie bracie, czy kiszka nalana, czy nadziana, to wszystko jedno«”. Trudno się dziwić, że syn Dąbskiego, również Stanisław, słynący z wypijania ogromnej ilości trunków, „ciągle wyprawiał pijatyki i sam pił z przyjaciółmi, tak iż całe życie swoje w nieszczęśliwym odurzeniu, a koniec jego w chorobach i kalectwie spędził”.

A nie był to magnacki ciemniak z przeszłej epoki, lecz człowiek wyedukowany, przejęty hasłami rewolucji francuskiej. Podobno utrata niepodległości uczyniła ze Stanisława Dąbskiego alkoholika: „niechęć i rozpacz, które go ogarnęły, przemieniły go w rozpustnego i namiętnego pijaka”, sądził Skarbek. Alkoholizm Dąbskiego uznano zatem za wywołany wyższą patriotyczną koniecznością. Dlatego też, pomimo pijackiego stylu życia, „nikt mu poważania nie odmawiał”59.

Być może to tragedia państwa, a jeszcze bardziej wzorce i nawyki z dzieciństwa i młodości pogłębiały plagę pijaństwa i alkoholizmu wśród młodych. Przyszły generał Dembiński, którego ojciec musiał uciekać z rodzinnego majątku z obawy przed zesłaniem przez carycę na Sybir za udział w powstaniu kościuszkowskim, przeniósł się z rodziną do austriackiej Galicji. W nowym miejscu, we wsi Sędziejowice w powiecie szydłowskim, jako chłopiec Dembiński nie tylko hartował się do roli żołnierza, bijąc się na kamienie i kije oraz wspinając po drzewach, ale „ważniejsze złe ze szczerością, z jaką chcę życie moje opisać, wspomnieć to jest, że mając 11 lub 12 lat, nabrałem nałogu pijaństwa. Zwyczaj polski częstowania wódką gościa, jaki z rana przyjechał, był do tego pierwszą sposobnością. Pilnowałem więc, jak od stolika odeszli, żeby się wódki napić, a tym sposobem wciągnąłem się coraz bardziej tak, że potem ani zamek, ani kłódka do schowania wódki dostatecznymi nie były”.

Dembiński obarczał po części winą za nałogowe picie nie tylko obyczajowość polską, ale i konkretnie nauczyciela, księdza, odwiedzanego przez innych księży circa quintam horam (około piątej godziny), „a wtedy lagena [bukłak — J.B.] wina niejedna wypróżnioną została, gdzie mnie chodzącemu około pijących nieraz kieliszek ofiarowano”. Niech się, chłopaczek, przyucza do polskiego stylu życia.

Jednak Dembiński się nie przyuczył na długo: „nie przypominam sobie prawdziwie, jakem od tego nałogu już nieraz zgorszenie robiącego odwykł, lecz to nie trwało jak kilka miesięcy”. Zerwania z nałogiem przyszły generał upatrywał w związku z przyjęciem pierwszej komunii. Spłynęła na niego łaska Boża, która wybawiła go z haniebnego nałogu60.

W Warszawie ze staropolską tradycją kojarzeni byli zwolennicy węgrzynów. Uważali oni za wyborny trunek wina węgierskie, podczas gdy arystokracja skłaniała się ku szampanowi. Polonus Walenty Skorochód Majewski „w poranne godziny w kontuszu i żupanie” udający się do katedry św. Jana, pisarz i historyk Tomasz Święcki oraz prawnik Franciszek Ziemięcki uchodzili za wybitnych znawców tego trunku. Gdy rozebrano Bramę Krakowską z kamienicami przed Zamkiem Królewskim, jeden z domów zajął kupiec Karol Thugutt, który urządził tam skład win i korzeni. „U niego pan Skorochód odbierał sobie beczkę Madziara i codziennie na wytchnienie po rannej pracy umysłowej tu przychodził; wypijał małą buteleczkę tego wina, pogawędził ze znajomymi, nowinki miasta usłyszał i wracał na obiad”. Wraz ze Święckim i Ziemięckim kosztowali też starego węgrzyna: „Ziemięcki jako dawny palestrant znał się na wartości Madziara, lubo go wielce umiarkowanie używał; wszyscy trzej oceniali dobrze wartość tego trunku, gdy odznaczał się, wedle wyrażenia starych kontuszowców, odorem, colorem et saporem61, o którym Węgrzy mawiali, że »u nich rodzi się wino, a w Polsce wychowywa«”62. I rzeczywiście — młode wino często dojrzewało w piwnicach szlachty i kupców.

Nie lepiej, a może i gorzej niż na Mazowszu działo się ze zwyczajami pijackimi na Ukrainie. Tam nadal sławą i szacunkiem cieszyli się opoje o tęgich głowach. Był wśród nich wymieniany przez księdza Jędrzeja Kitowicza następca Piotra Borejki, „starodawny Polak w stroju narodowym, z głową ogoloną [...] Podolanin, bardzo poważany przez swych ziomków. Tęgi do kielicha i do korda, miał twarz brunatną, na karku olbrzymich rozmiarów osadzoną”. Pewnego dnia uderzył ową głową w słup sosnowy i „innego nie doznał szwanku, jak tylko, że mu drzazgi czoło poorały. Nie ma wątpienia, że nasi praojcowie mieli twardsze czaszki, może z powodu golenia głów i wystawiania ich na wpływ powietrza”, suponował przyszły senator Leon Dembowski63.

Oczywiście nadal strojono sobie żarty — także wobec miłośników staroszlacheckich strojów. Na przykład pewien figlarz podczas biesiady, wykorzystując stan niezupełnej trzeźwości biesiadników, „wszystkie czapki na wywrót podszewką wywrócił”. Podpici „kontuszowi chodzili po pokojach, brali czapki, na jakie natrafiali, i rzucali je na powrót, mówiąc: to nie moja, bo żaden nie mógł do swojej trafić, choć pamiętał, gdzie ją położył”. Bywało też często, że podgolone głowy, z których się kurzyło, pijąc zdrowie damy z jej trzewiczka, trykały się często czołami, gdyż wypity alkohol nie pozwalał utrzymać stosownej równowagi64. Guzy i bóle głowy musiały być znaczne, ale od czego pomoc w postaci kolejnej porcji węgrzyna na owe cierpienia.

„Ostatni raz 12 kontuszowców razem widziałem w roku 1829 w Krzesku za Siedlcami. Na starym Podlasiu był starodawny dom, słynny z gościnności, dwóch rodzonych braci, znakomitych obywateli Michała i Jana Niemirów”, wspominał Kazimierz Władysław Wóycicki. „Starszy wiekiem pan Michał, skarbnik, jak go tytułowano, był wiernym typem ojców naszych, co otwartość i szczerość, a gościnność i uprzejmość uważali za potrzebę życia”. Pomagali po cichu potrzebującym, a na św. Jana i Michała zjeżdżano się z najdalszych okolic w kontuszach: „z pełnych piwnic nie brakło węgrzyna ani suto zastawionych stołów”. Swą ewangeliczną gościnność posuwali tak daleko, że „w ciągu roku każdego dnia przy stole czekały gotowe nakrycia dla nieprzewidzianych gości”65.

Kapitan wojsk polskich, a później biskup pomocniczy krakowski Ludwik Łętowski, mieszkając w Bobowej na Sądecczyźnie, we wczesnej młodości też uczestniczył w tych rozrywkach. Podczas konkurów do pięknej Anieli Gołuchowskiej „pijali i my, chłopcy, z jej trzewiczków, a to tak się odbywało. Stawiano kieliszek do trzewika i pito z niego, klęcząc i przyśpiewując, a panna chowała nóżkę pod spódniczkę nie bez raka na czole. Śpiewka była do tego poważna, a kończyła się wesołą zwrotką: »Wypił, wypił, a nic nie zostawił, bodajby go, bodajby go Pan Bóg błogosławił«”66.

Oczywiście im dalej od centrum upadłej Rzeczypospolitej, tym bardziej utrzymywały się tradycyjne zwyczaje i styl życia. Na Litwie i Żmudzi „najważniejszym zajęciem obywatelskiego życia było jedzenie [...]. Dzień rozpoczynano od kawy ze śmietanką [...] około godziny dziesiątej, odwiedzić apteczkę, napić się po kieliszku anyżówki, kminkówki lub pomarańczówki i zakąsić pierniczkiem lub śliwką na rożenku było rzeczą nieodzowną. Od jedenastej gospodarz, przepiwszy do gości dużym kieliszkiem ajerówki od morowego powietrza dla zaostrzenia apetytu, z kolei każdego częstował, po czym na lekką zakąskę zapraszał, ale ta lekka zakąska składała się z kołdunów, bigosu, kiełbas i zrazów, a dookoła półmiski z roladą, rozmaitą wędliną i serem. Porter i piwo towiańskie gasiło pragnienie [było to piwo sławne na całą Litwę — J.B.]. O godzinie drugiej podawano do stołu. Obiad z kilkunastu potraw złożony poprzedzała wódka, a towarzyszyło wino, nie wiem dlaczego franz-weinem nazywane, bo się na francuskiej ziemi nie zrodziło, wydawała je podobno Frankonia. Nie powiem, aby i inne wina nie były w używaniu, węgierskiego nie znano, ale z reńskim i szampańskim na wielkich fetach napotkać mogłeś; stary lipiec kowieński [szlachetny miód pitny] już bardzo był rzadkim”. Po czym następowała kawa ze śmietanką i delicjami takimi jak „orzechy i mak smażony w miodzie”, herbata o szóstej, „a wnet po niej ochoczy gospodarz wołał: Panowie, hora canonica [godzina kanonika — J.B.], zawód życia krótki, napijmy się wódki? O dziewiątej wieczerza złożona z pięciu lub więcej sytnych potraw, z bojaźni, aby z głodu nie przyśnili się Cyganie. Koło północy, chcąc nie na czczo pójść do spoczynku, dawano wereszczakę [zupa z kiełbasami, półgęskiem i krupami jęczmiennymi], po czym po parę lampeczek krupniku lub ponczyku wypić wypadało i to się nazywało podkurkiem”.

Towarzyszyły temu tańce młodzieży i gra w karty starszych, którzy przy okazji „wysuszali gąsiory i butelki”. Zrodziło się nawet powiedzenie: „Nie jedź w Wiłkomierskie, bo cię spoją, w Upitskie, bo cię zgrają”. Podobno „w Wiłkomierzu szczęśliwy, kto się tylko upił, a na śmierć nie zapił. Tam bywało, że stawiają beczkę piwa na stole, wyjmują z niej szpunt, a panowie szlachta, nadstawiając kubły po kolei i wychylając je duszkiem, całą beczkę od razu wypijają”67.

Nie wiemy nawet, czy tak oszołomieni zdawali sobie sprawę, że Rzeczypospolitej już nie ma; że tu jest Rosja. Chyba tak, skoro Leon Potocki zapisał: „od obiadu składającego się przed laty z piętnastu potraw dziesięć odcięto [...]. Poncz i krupnik wyszły z mody [...]. Pijatyki wyszły z używania, dawniej wołano »Jeśli mnie kochasz, pij« — teraz powtarzają: »Nie pij nadto, bo ci to zaszkodzi«. Szulernie zupełnie ustały”, a dawni pijacy, spędzający czas na pożeraniu i piciu, o ile nie uzależnili się od wódki, zaczęli interesować się polityką, czytając prasę i książki68.

Natomiast na Ukrainie starzy Polonusi nie chcieli przyjąć do wiadomości utraty niepodległości przez Polskę. Gdy do domu wojewody Łosia we Lwowie przybył były komendant Kamieńca Podolskiego, generał Józef Orłowski, wojewoda zaczął go podpytywać: „Cóż tam słychać o Turkach w Kamieńcu?”. Zdziwiony Orłowski odrzekł, że Kamieniec zajęli Rosjanie, bo przecież nastąpił rozbiór kraju.

„Ach, czyż można takim bredniom dać wiarę — przerwał Łoś żywo — to koncepta gazeciarskie. I mnie wprawdzie coś o tym gadano, ale Deus me avertat [niech Bóg mnie strzeże — J.B.], żebym podobnym głupim pogłoskom miał wierzyć”69.

Nie lepiej najbardziej przytomna część Polaków postrzegała zabór austriacki zwany Galicją od dawnego grodu Halicz (Galicz). „Galicja, jakby śmiercią ozioniona, wystawiała obraz trupa skościałego, martwego, zamarłego, którego obsiadło drobne, a dokuczliwe robactwo”, pisał o zaborze austriackim Kajetan Koźmian. Tym „robactwem” była „biurokracja demokratyczna [...] złożona z samych ubogich, nędznych, chciwych i przekupnych Niemców, a wyznajmy na nasz wstyd i zniemczonych Polaków”. Plagą stało się przekupstwo i adwokaci: „tak pieniactwo polskie dawne zostało karłem przy austriackim olbrzymie”. Do tego biurokracja austriacka dodawała niejasne przepisy i podburzała włościan przeciw panom70.

Kraków także znalazł się pod okupacją pruską. Prusacy zdążyli z Wawelu wywieźć insygnia i skarby koronne, zanim dawna stolica Polski dostała się pod panowanie austriackie. Rajcy nie mieli żadnych pensji, więc pozostawało im „traktowanie się winem za pieniądze z kasy miejskiej”. Także na wieść o „pomyślności” jakiegoś majstra udawali się do niego z gościną. Ten, skłopotany bardziej aniżeli radosny, wołał do swej małżonki „Marysiu! jutro panowie rajcy będą u nas; przygotujże posiłek dla nich, gęś pieczoną i ćwiartkę cielęcą”, a sam „posłał po garniec lub dwa wina i czekał ich przybycia, wymiatając izbę z nagromadzonych po kątach śmieci”. Goście na urzędzie przyszli, najedli się, popili, „a majster prosi, aby dokończyć tej resztki”, co na stole. Na to rajcowie: „»przyjdziemy tu później na tę resztkę«. — I znów biedny szewc lub krawiec musiał połowicy swej zalecić, aby jedzenie gotowała — a sam sposobił gąsior napitku”71.

Wraz z korupcją i pieniactwem — tym razem w wydaniu austriackim — pojawiły się nowe postacie łączące stanowiska prawników z hulankami. Ten typ reprezentował Franciszek Węgliński, adwokat lwowski, „wsławiony trząsaniem przekupionymi sądami galicyjskimi we Lwowie i w Wiedniu i stąd znaczący, a przez sposób hulaszczego życia posiadający wziętość u powszechności lwowskiej. Miał on za miastem dom wiejski, który nazwał Pohulanką, tam wśród wina i wszelkiego rodzaju rozpasania sprawował częste uczty, które kaziły sprawiedliwość sądową”, pisał Koźmian72.

Różne bywały zatem postawy Polaków. Niektórzy oficerowie, jak generał Stefan Lubowidzki, przechodzili na służbę rosyjską. Ale nie było ich zbyt wielu. Swój udział w insurekcji i niechęć do rusofilów podkreślano strojem: pułkownik, potem wicebrygadier wołyński Józef Drzewiecki zaczepiony na przyjęciu przez Lubowidzkiego, że wszedł między ludzi „ubrany, jakbyś żebrać przyszedł”, odparł, że „przyszedł spróbować, kogo z nas dwóch piękniej ubranym znajdą, dodając, że płaszcz mój krew Kościuszki zbroczyła”.

Po takim dictum jak niepyszny „jenerał zakręcił się i wyszedł z sali”. Poza tym zabawy pijackie odbywały się po staremu także na Wołyniu: „młodzież hulała i ja z nią, najznamienitsze imiona towarzyszyły biesiadom, Seweryn Rzewuski dostarczał rubasznych śpiewów; a że takowe uczty często ogałacały z młodzieży poważne zamkowe wieczory, krzywiono się na nas i mnie, jako domowego, nieraz kobiety połajały”, pisał tenże Drzewiecki.

Miał on doborowe towarzystwo mieszkające pod Wiśniowcem: niemal sami wojskowi, kurujący po swojemu troski. „Jeździliśmy kuligiem po znajomych i hulaliśmy z nimi”, opisywał. „Raz na takiej uczcie u brata mojego byli między innymi bazylianin z Poczajowa i człek młody, dzielny jeździec, a zawsze krótko i w ostrogi przybrany. W starym a obszernym domu były ustronne komnaty. Ksiądz i młody jeździec, pijąc, pierwsi z nóg spadli, a zebrani hulacy uradzili, żeby ich rozebrać i jednego za drugiego przestroić, czekając przebudzenia”.

Co też wykonano. Po nocnym chrapaniu bazylianin zbudził się pierwszy i zobaczył śpiącego obok innego bazylianina. Wziął go za księdza kasjera, nasłanego do odebrania jakichś długów. Zobaczył jednak braciszek, że ma przypięte ostrogi i jest jakoś kuso ubrany, więc uznał to za sprawkę diabła i przywidzenie. Postanowił przespać dzieło szatana, tuląc się do poduszki i mamrocząc: „Sen mara, Pan Bóg wiara, sprawa to diabla, coś mi się zamarzyło”.

Jednak zbudził się także jeździec. Spostrzegł, że jest odziany w habit bazylianina. I on, mamrocząc, że przeobraził się z wilka w „owczą sukienkę”, uznał to za sen, usiłując ułożyć się ponownie do poduszki, by przespać zwidy. Wtedy słuchacze w przyległym pokoju nie wytrzymali i ryknęli śmiechem. Po czym zaprosili zadziwionych swą przemianą bazylianina i jeźdźca do stołu: „Klin wybijać klinem: napijcie się, bo już i śniadanie na stole” — wezwał ich do leczenia kaca jeden z przyjaciół domu73.

Na Wołyniu, w Międzyrzecu mieszkał też chorąży wielki koronny, kawaler Orderu św. Stanisława i Orła Białego Jan Stecki, „pan znakomity i jeden z najbogatszych na Wołyniu”. „Podobnego, jakim był, egoistę trudno znaleźć”, pisał Kajetan Koźmian. Żenił się i rozwodził kilka razy. Śmierć syna zastała go przed udaniem się na redutę (wielki bal maskowy). Gdy oznajmiono mu przykrą nowinę, „doktor radził, aby nie wychodził z pokoju i użył uspokajającego lekarstwa”. Wtedy chorąży rzekł do towarzyszącego mu gościa: „Cóż robić, kochany szambelanie, jedźmy przekonsolować się [odbyć stypę — J.B.] na redutę. Pojechał i całą noc był przytomny zabawą [sic!]”. Na obiadach i ucztach „lepszego wina stawiano przed nim, gorsze i cieńsze dla reszty domowników”, czasem poważniejszym stołownikom siedzącym dalej „posyłał [...] kieliszek dobrego wina, czym większą robił przykrość lub przyjemność”.

Skąpiec dla innych „dla próżności lub ambicji krocie bez zmarszczenia się sypał, krocie na sprawy pieniacze i rozwodowe trawił”74. Tenże Stecki „dworzanom nadawał ordery i tytuły dworskie, a wszelkie dokumenty owych czasów napuszystości tej dają miarę, gdy zwykle zaczynają się monarchiczną formułą »My, z Bożej łaski«”. Doszło do tego, że byle pan „parodiując śmiesznie etykietę monarchiczną z zakrojem nieco azjatyckim [...] siedząc na tronie, udzielał posłuchania”75. Wino pite codziennie i do utraty przytomności na biesiadach w dawnym stylu zdawało się odbierać zupełnie rozum nawet niektórym przedstawicielom pierwszych familii Rzeczypospolitej podatnych na choroby umysłowe.

Mimo szerokiego gestu Steckiego w nadawaniu orderów i godności wielu odsuwało się od niego. Goście woleli spotykać się u syna Steckiego, który był „ludzki, gościnny, uprzejmy, dobrego serca” i częstował dobrym winem76.

W żartach posuwano się daleko. Na przykład pułkownika Drzewieckiego namówiono, aby udawał wariata. Zgodził się i pewnego dnia kazał łatwowiernej sędzinie o znamienitym nazwisku wyrzucić dzieci przez okna, na dowód miłości do Boga. Co i uczyniła. Na szczęście na wykonanie drugiej części żartu Józefa Drzewieckiego — „pozarzynać jej córeczki, bo od Abrahama Bóg takiej ofiary żądał” — sędzina się nie zdobyła. Muzułmańskie święto Kurban Bajramu, kiedy to podrzyna się gardła zwierzętom, w chrześcijańskim wydaniu szczęśliwie się nie powiodło.

Jednak po takim żarcie pułkownik zaczął być obserwowany z troską, jako rzeczywisty „waryat”. W rzeczywistości to raczej alkohol prowadził do takich szalonych pomysłów. Zatroskany lekarz „całą resztę dnia mnie dozierał, kazał pić rzeczy chłodzące, a gdym się uspokoił, zdrową dał radę, nie wdawać się nigdy w podobne żarty, tym bardziej gdy wzburzony umysł łatwo tę słabość przyjąć jest w stanie”77.

Rzeczywistych „waryatów” nie brakowało. Część z nich z pewnością możemy zakwalifikować do grupy alkoholików cierpiących na delirium tremens, urojenia, paranoje i pogłębiające się psychozy. Było niegroźnie, do chwili gdy choroba dawała o sobie znać w aktach zagrażających życiu ich i innym. „Mieliśmy lokaja Kajetana. Poczciwy, ale pijaczyna” — wspominała Henrietta z Działyńskich Błędowska mieszkająca w rodzinnym Trojanowie koło Żytomierza. „Dają nam znać, że dostał pomieszania, że furiat, rzuca się do wszystkich, więc go zamknięto. Przez kilka dni tak było. Nic mu nie pomagało. Wyszłam raz do ogrodu sama jedna i w dalszą część ogrodu się zapuściłam, gdy słyszę żwawe stąpanie. Obracam się. Kajetan tuż przede mną, z obłąkanym spojrzeniem. Uciekać nie było sposobu, gdyż mi łydki drżały. Nadstawiam więc fantazją, mówiąc »Dzień dobry, Kajetanie. Jak się miewasz?« — »Oj, źle, pani, chcą mnie zabić. Ja uciekłem, aby mnie pani obroniła i schowała gdzieś«”. Henrietta z trudnością skłoniła lokaja, by udał się z nią do jej kryjówki w domu. Gdy szli tam, „plótł przez ten czas rozmaite rzeczy”, aż wreszcie „schwytali nieboraka, gdy wchodził w moje drzwi. Ogromnie bałam się wariatów” — pisała bogata ziemianka, a oni niekiedy pojawiali się we wsi. Henrietcie przyszło nawet jednego z nich leczyć na dworze: ze znakomitym skutkiem, gdyż niekiedy wystarczyło okazać dobre serce.

Szaleństwo nie oszczędzało też duchownych, którzy zapadali na chorobę alkoholową i związane z tym zaburzenia psychiczne. Gdy Henrietta z matką były w Tryhurach, usłyszały „jęki podziemne. Zdziwione, spytałyśmy się superiora [przełożonego] bazyliańskiego, co by to znaczyło. Odpowiedział, że to ksiądz kaznodzieja zwariował i w lochu go trzymają, aby nie szkodził. Uprosiła moja matka, aby jej go powierzono, że wykurowaniem się zajmie. Sprowadzono biedaka do Trojanowa. Siadał z nami do stołu. Przebijała się w jego mowie nauka i nawet zajęcie mu służyło. Dawano mu do przepisywania rozmaite papiery. Bez myłki przepisywał, tylko jak jaki grosz dostał, na wódkę tracił i tym stan zdrowia pogarszał”. Gdy mu odcięto źródło dochodów, „w sekrecie kapelusze słomiane robił i sprzedawał. Gdy mu nici odmawiano, wyparał [wypruwał] watę z kołdry i z tych kręcił nici”, byle zarobić na alkohol78. Taka była potęga nałogu, gorzałka stawała się celem życia dla nieszczęśników zapadających na chorobę alkoholową.

Był to świat dobroci, ludzkich odruchów, ale również bezlitosnej walki o byt, w której wszelkie chwyty były dozwolone. Obok filiponów, czyli pracowitych, czystych starowierców, żyli niedaleko „pełnorozumni” ukraińscy łotrzykowie, zwani łoburami. Tak nazywano „zgromadzenie próżniaków, którzy używali wszelkiej swobody, żadnych powinności nie odrabiali ani czynszu nie płacili. Kilka chat było takich i w Trojanowie za rzeką, na storosielu [dawnej wsi — J.B.], zajmowały się żebractwem. Łoburki jednak w pięknych koralach ustrojone były i kolorowe chustki na głowie miały. Dzieci ich, gdy na świat przychodziły, zaraz im oczy wykalali [wykłuwali — J.B.] lub ręce i nogi wykręcali. Takowe ofiary przeznaczone bywały na jeżdżenie po odpustach i śpiewaniem o litość prosiły. Z zebranych pieniędzy utrzymywały się całe familie, a w każdej przynajmniej dwóch takich powinno być. Rząd wszedł w to i zabronił ściśle takich okrucieństw. Przyłączył ich do klasy robotniczej. Długo nie mogli przywyknąć do pracy, lecz musieli”79.

Jak widać, los dzieci chłopa pańszczyźnianego na Ukrainie wydawał się znacznie lepszy, nawet pod polskim panowaniem, niż los dzieci tych żebrzących „wolnych łoburów”. Bo przecież pan zarówno na Mazowszu, jak i na Wołyniu musiał dbać o swojego poddanego, który przynosił dochód, o jego zdrowie i odpowiednio go motywować napitkami z okazji większych świąt. Zauważał to emigrant francuski Leonard hrabia de Moriolles, pisząc: „Dom p. Rogowskiej był prawdziwie patriarchalnym, służbę traktowano tu po ojcowsku, w ogóle panowała atmosfera szczęścia i dobrobytu”80.

W wielu bogatych domach polskich przyzwyczajono też młódź ziemiańską do niewygód. Nadal, jeśli nie udawano się do hotelu, zabierano ze sobą pościel, naczynia, łyżki. Bywało, że „przyjechawszy na nocleg do karczmy, rozściełano nam prześcieradło na gołej ziemi lub tapczanie i nic więcej, mówiąc, że ani słomy, ani siana nie ma. Salopkami przykrywaliśmy się”, wspominała Henrietta Błędowska. „Matka także dla przykładu dobrego podobne miała posłanie. Na przekąskę mieliśmy chleb czarny. Tak nas chciała zahartować, jako polskie dzieci, których przeznaczeniem jest być narażonym na wszelkie odmiany losu”81. Wychowanie było twarde, miało hartować ciało i ducha.

Hrabia de Moriolles uciekający z Francji przed rewolucją był zaskoczony w 1796 roku tymi zwyczajami. Kiedy wyjechał ze Lwowa na Brody, stwierdził, że „nie miałem dotąd wyobrażenia o zajazdach tak nędznych, jakie tu spotkałem. Cztery gołe brudne ściany bez łóżka, bez krzesła; taki był pokój, do którego wprowadzono nas. Przy tym wszystkim w dotkliwy sposób uczuwać się nam dawał brak wszelkiego pożywienia. W Polsce o lepszych zajazdach pojęcia nie miano, a to dlatego, że podróżny wiózł ze sobą wszystko, co mu potrzebne było; nawet w domach magnackich [...] pokoje przeznaczone dla gości pozbawione były wszystkiego i każdy z gości przywiózł ze sobą pościel”. Zatem na Kresach nic się nie zmieniło od XVI wieku, pomimo że „Polacy, włócząc się po świecie, mieli sposobność zapoznać się z wygodami”. Moriolles za przyczynę tego zacofania podawał, że magnaci są „gorąco przywiązani do starych tradycji [...] żyjąc tylko wspomnieniami minionej chwały i wielkości”82.

Pijackie goszczenie się gdzieniegdzie trwało, gdzieniegdzie zanikało, niemniej nadal jeżdżono od dworu do dworu. Tam „była zwykle wielka sala, w której goście jedli, pili i nocowali, każdy na pościeli, przywiezionej ze sobą. Nie znano pościeli gościnnej natenczas. Gość przywoził ogromny tłomok, służący słał mu na świeżej słomie i zawieszał pawilon nad posłaniem. Wszyscy się mieścili w owej sali, tak mężczyźni, jak kobiety, każdy pod pawilonem swoim”.

Po czym rano gospodarz i goście przystępowali do zakrapianego śniadania; ale już nie tak pijanego jak kiedyś. Wojna i późniejsze zniszczenia Księstwa Warszawskiego siłą rzeczy musiały się odbić na zaniechaniu dawnego stylu picia i biesiadowania. „Pozyskaliśmy więcej ogłady salonowej, kobiety nasze nabrały większej elegancji i wykształcenia naukowego. Pijaństwo wyszło najwięcej z mody, lubo jeszcze niewykorzenione zupełnie; już rzadko gdzieś słychać o poczubieniu się, więcej się zajmujemy umysłowo, więcej pracujemy nad językiem narodowym”, pisał Franciszek Gajewski83. Czas fermentu umysłowego zataczał coraz szersze kręgi od czasów oświecenia i Sejmu Czteroletniego; to był zupełnie inny okres niż saskie biesiadowanie, spędy szlachty na pijaństwo, aby zyskać jej „kreski” podczas wyborów, czy też zawodów arystokratycznych pań i panów w pierdzeniu. Co nie oznaczało przecież, jak się przekonamy w rozdziale o Księstwie Warszawskim i z innej części wspomnień Franciszka Gajewskiego, że upadła pijacka gościnność i przekonanie, że „gościa przyjąć dobrze w dom to znaczy się z nim upić”. One trwały nadal.

Czasem tylko przywiązanie Polaków do tradycji i wysławiana gościnność nie wychodziły na dobre podróżnikom. Głodny hrabia przyglądał się Kamieńcowi Podolskiemu. Zaczepiony przez kilku oficerów, już po paru słowach wymienionych po francusku „zaprosili mnie zaraz na kawę, kazali podać likier i poncz, od czego nie śmiałem się wymówić, co przy wygłodzonym żołądku, zbyt dobrym nie było”, żalił się de Moriolles84.

4. Pijackie pojedynki

Oficer w ówczesnych armiach miał nie tylko dowodzić, ale powinien także być oswojony z alkoholem i umieć go pić w odpowiednich dawkach. Nikt nie miał do niego pretensji, gdy wzmocnił się kielichem, natomiast upicie się i złe komenderowanie czy dowodzenie wojskiem groziło sądem wojskowym. Przyszły generał wojsk polskich Henryk Dembiński wybrał karierę wojenną, więc matka posłała go do Akademii Inżynierów w Wiedniu.

Dyscyplina była surowa, lecz „o 12-tej szliśmy do stołu, gdzie oprócz kilku potraw każdy dostawał porcję wina ½ zejdla [około 180 g]”. Tyleż samo wina dostawali kilkunastoletni kadeci na kolację85. Niektórzy, skłonni do nałogów, w ten sposób powoli zapadali w chorobę alkoholową, inni po prostu urozmaicali potrawy tą popitką chroniącą często przed dolegliwościami żołądkowo-jelitowymi. Pasteryzacji żywności wówczas nie znano i o zatrucia było bardzo łatwo, więc alkohol pełnił najczęściej pożyteczną funkcję.

Dembiński kontynuowałby naukę wojskową w Wiedniu, gdyby nie wieści w 1809 roku. Napoleon zmierzał znad Renu na Wiedeń, a wojsko Księstwa Warszawskiego pod komendą księcia Poniatowskiego zmierzyło się pod Raszynem z korpusem arcyksięcia Ferdynanda d’Este, po czym dotarło do Krakowa. Jednak extrablatty (wiadomości) austriackie donosiły zupełnie coś innego: o sukcesach wojsk habsburskich. Wtedy „nie wiem, czy za popędem Polaków, czy inaczej, każdy wstawszy z miejsca, jak wypił wino ze szklanki, tłukł ją o ziemię. Pamiętam, że w tym akcie z niejednym Włochem tajemnie mrugnąłem, mając przekonanie, że extrablatt kłamie”.

W końcu dowództwo zakazało tego tłuczenia szklanek, rzekomo na wiwat sukcesów armii austriackiej, a w rzeczywistości na pohybel. I wreszcie, gdy nadeszły nominacje na oficerów w akademii wiedeńskiej, „żaden Polak nominacji tej nie przyjął”.

Dembiński zdołał uzyskać zgodę na wyjazd do Krakowa, chociaż jego brat Jan przekonywał go, że Polski już nie ma, a armia Poniatowskiego jest rozbita. Jednak Henryk Dembiński opierał się „na nadziei, że ja 19-letni chłopak, Polskę wskrzeszę”86. Wprawdzie Polski nie wskrzesił, ale od szeregowca doszedł do stopnia generała i przez krótki czas wodza naczelnego powstania listopadowego.

Los w różne miejsca rzucał młodzież w porozbiorowej Polsce. Dembiński uczył się w akademii wojskowej w Wiedniu, podczas gdy Franciszek Gajewski kształcił się w Dreźnie na oficera armii saskiej. Odkrywał świat życia towarzyskiego, balów, musztry, napatrzył się też na tragikomiczne przypadki opilstwa. „Dobrzycki w owym czasie świeży jak róża, skromny jak panienka, rozpił się w Kaliskiem; wszedł do służby saskiej, zwariował skutkiem pijaństwa i zabił się, wyskoczywszy z okna w Dreźnie”. Dopadły go zapewne psychozy alkoholowe lub delirium tremens.

Jakże jednak biedny Dobrzycki miał się nie rozpić, skoro jego ojciec stanowił fatalny wzór dla młodzieńca? „Ojciec Dobrzyckiego, p. chorąży Dobrzycki, dziedzic Nakwasinowa w Kaliskiem, a innych dóbr w Poznańskiem, był jednym z najsławniejszych pijaków czasu swego; rzadko kiedy się upił, a gdy trunek go ogrzewał, kurzyło mu się z czupryny jak z komina; gdy głowa mu się wyparowała, pił na nowo. Baron Schweinichen, Ślązak i taki sam pijak jak Dobrzycki, usłyszał o sławie Polaka; chciał doświadczyć, czy zasługuje na nią, i w tym celu przybył do Poznania na transakcje świętojańskie. Umówili się antagoniści i wobec wielu świadków zaczęli się próbować. Dobrzycki nalał wazę na 12 osób winem węgierskim, wziął ją oburącz i wypił do Ślązaka; ten go wstrzymał. »Nie tak — odezwał się — ja nie pijam małym kieliszkami«. Jakoż sobie kazał podać rodzaj szklanego węborka [wiadra — J.B.], naumyślnie przywiezionego ze sobą, i duszkiem wychylił do Dobrzyckiego. Chorąży przypiął się także do statka, ale mu tchu zabrakło i musiał odpocząć, a zatem przegrał zakład, lubo nie pozostawił w węborku ani kropli wina. Tak pijali jeszcze w 1806 r.” — pisał Gajewski87.

Podobną pijacką walkę stoczył Antoni Małachowski, z rodu słynnego opoja z Bąkowej Góry, krajczego koronnego Adama Małachowskiego, opisanego przez pamiętnikarza Jędrzeja Kitowicza88. Wojewoda mazowiecki Antoni Małachowski kontynuował tę tradycję, a jego pijatykę z pewnym podróżnikiem biskup Ludwik Łętowski nazwał „pojedynkiem dwóch narodów”.

Antoni Małachowski „kraju swego miłośnik wielki, a przy wielu przymiotach niepospolitych mógł pić, jak mało kto. [...] Trzechdniówki odbywały się często gęsto w Borkowicach”, a życie pary Małachowskich koncentrowało się wokół wyczekiwania na gości i na kolejnej uczcie. Pewnego dnia pojawił się tajemniczy jegomość, władający marną francuszczyzną, za to dobrą łaciną. Przedstawił się jako Szkot, kawaler Demby, syn lorda Westmorelanda, i oznajmił że przybył z pismem i rekomendacją księcia Adama Czartoryskiego bawiącego wówczas w Anglii. Odsypiający popijawę wojewoda Małachowski, gdy dowiedział się o wizycie zagranicznego gościa, kazał „nakryć do śniadania po ludzku, abyśmy wstydu nie mieli, bo te zamorcy jedzą a piją dobrze”89. Wstawszy z łoża, na gościa poczekał „ubrany w karmazyn, z gwiazdą na piersiach. Stół był przez całą izbę, na srebrzystych misach stały rozstawione po nim szynki, wędliny różne, marynaty, hultajski bigos, zrazy polskie, kasza jedna i druga, kiełbasa, kiszki; a na bocznym stoliku stały flaszki z wódkami gdańską i domową, arakiem, rumem, przy czym łakocie rozmaite, kandyzowane i smażone konfitury, owoce suche, w koszu piwo i porter”. Potem do śniadania zeszło się na dzwonek sporo osób, w tym „proboszcz z wikarym, szlachcic posesjonat o wiosce [...] Francuzica bez zębów, guwernantka, dwóch panów braci szlachty rezydentów” i inni.

Wojewoda uwielbiał łacinę, którą władał „wybornie”, a podróżujący Szkot nieźle, więc nić sympatii od razu została nawiązana. „Śniadanie zaczęło się od wódek, a co wojewoda pił, to i Anglik pił, po czym usiedli do stołu. Wojewoda jadł swój ulubiony bigos hultajski, a Anglik drabował po całym stole i żadnej nie opuścił, chwaląc sobie osobliwie wędliny nasze”. Ponieważ jednak, zwyczajem polskim, najpierw wymawiał się od poczęstunków, aby być przymuszanym, więc goście uznali, że jest to światowy człowiek.

„Miejscowi dopomagali, nie żałując gęby, ale zamorcowi nikt sprostać nie mógł. [...] Pojadłszy sobie, wrócili wojewoda z Anglikiem do wódki, po czym wojewoda pił piwo domowe, a Anglik chłodził się porterem”. Małachowscy zachodzili tymczasem w głowę, co sprowadza do Borkowic gościa zza morza. Jednak po śniadaniu wojewoda musiał się wyspać, więc polecił żonie przygotować obiad na piętnastą, nakazując: „No! Pamietajże, imość, aby mięsiwa było multum [dużo], bo ten wyspiarz — widzieliśmy — je i pije dobrze, wcale uczciwy człowiek”.

„Obiad był polski: dwie zupy, dwie sztukamięsy, potrawa czarna i biała, a na pieczyste dzik i sarna. Anglik wszystko jadł [...], a co pan wojewoda wychylił kieliszek, to on drugi”. Obydwaj wpadli w szampańskie humory, ale był to dopiero początek zabawy z kielichami. Po obiedzie wypito kawę, a kredensarz podał tacę z winem i „sporsze kieliszki”. Po czym wojewoda wyrzekł do żony: „Duszko, możecie pójść, a ja tu z Anglikiem pobawię się”.

„Duszko” lub „moja panno” to były największe karesy, na które musiała czekać pani wojewodzina, aby mąż się opił. Były to czasy, gdy żony nie miały nic przeciw upijaniu się mężów; przeciwnie — często ich do tego zachęcały. Podpity mąż na ogół jeszcze bardziej wyrażał swój szacunek do żony. Wojewodzina z dziećmi i fraucymerem odeszła zatem do siebie, po czym do walki alkoholowej stanęli opat, proboszcz, a nade wszystko „dwaj nasi zapaśnicy”: Anglik i wojewoda. „Wino polało się do lampeczek w kolorze złotym, półmaślacz wytrawny, ale ze smakiem jagódki jeszcze. Co pan wojewoda wychylił swoją, to nalewał drugą, a pilnować Anglika nie było co. Po pierwszych sześciu butelkach proboszcz wyniósł się za drzwi”, a Anglik rozwijał swe opowieści o przygodach podróżnika, jak to opłynął dwukrotnie świat, w Ameryce poznał Kazimierza Pułaskiego, jak założył się, że przepłynie kanał La Manche. Wojewoda odparł na to, że „wy na morzu, my na lądzie — nie ma nam równych”, opisywał biskup Łętowski.

„Tak zabawiali wojewoda z Anglikiem i trzecia szóstka butelek kończyła się, gdy pan wojewoda na kredensarza skinie: »Dajcie no podkomorskiego« — powie. Było to wino, co dał Łętowski [...]. Wino było grube, tokaj prawdziwy i stare dobrze. Anglik skosztował i pochwalił. Do trzeciej butelki szło jeszcze jako tako. Opat na stołku się kiwał, ale pił, a wojewoda pił, lecz mało co gadał. Od butelki piątej uwalił się opat na stół głową, a gdy drugą szóstkę podkomorskiego mieli dawać, zawoła Anglik o rum i sporą szklanicę wychylił, mówiąc, że nienawykły był do słodkiego wina. Wojewoda, nie chcąc się dać prześcignąć Anglikowi, wychylił takąż pełną, lecz tu i był koniec walki. Bowiem wojewoda, nienawykły do rumu, i to po winie, jak długi uwalił się pod stół.

Anglik na to też czekał, nie pytając się, co z wojewodą będzie, biegł do wojewodziny, obok, aby napisała mu świadectwo, jako dotrzymał placu panu wojewodzie”. Wystraszona pani domu „poleciała do jadalnej izby”, czy mąż od pijaństwa żyw jeszcze. Ale wojewodę już zaniesiono do łóżka, kobieta natomiast zobaczyła głowę opata zarytą w potrawach na stole, „a pomimo cały swój respekt dla osoby duchownej od śmiechu wstrzymać się nie mogła”.

Wreszcie Anglik czy raczej Szkot wyjawił, co go sprowadziło do Małachowskiego. Koszmarna popijawa wynikła z zakładu z księciem Adamem Czartoryskim, kto ma mocniejszą głowę w pojedynku z wojewodą Małachowskim. Po uzyskaniu świadectwa Anglik udał się, bez śladów upojenia, do gospody, gdzie jego ludzie wypili kilka garnców miodu i zjedli pół barana. Wojewoda spał dwie doby i doszedł do siebie, czego nie dało się powiedzieć o „słabującym” opacie.

Małachowski był jednak zły na Czartoryskiego, który zresztą znany był z tego typu krotochwil: „taki despekt dopuścić na senatora, kraj nasz wystawić na szwank honoru, a poczciwe imię Małachowskich podać na niesławę — to niegodne książęcego rodu”, zżymał się, dodając o Angliku: „Że gracz to gracz! I zażył mnie z mańki tą szklanicą rumu, co mnie powaliła z nóg”. Szkoda, wywodził dalej wobec żony, zapowiadając zemstę na Czartoryskim, że nie ściągnął innych na pijany konkurs: „Wąsowicze to opoje i nie darmo noszą gęś w herbie. Gdyby nie to, miałby się zamorzec z pyszna”90.

Najbardziej zdumiewające w tym rozumowaniu pana wojewody i senatora było to, że utożsamiał on honor kraju i sławę rodu z mocną głową nie do przepicia. Nie jest też wykluczone, że światły człowiek, jakim był bez wątpienia Adam Czartoryski, chciał w ten sposób zakpić ze starych nawyków niektórych magnatów, uporczywie żyjących i politykujących w oparach alkoholowych.

5. Puławskie leczenie

Oprócz wspomnianych ośrodków warszawskich, niekiedy hulaszczych, lecz pamiętających o sprawie ojczyzny, jeszcze inny ośrodek stworzyli Czartoryscy. Adam Kazimierz Czartoryski skonfliktowany z królem Stanisławem Augustem wycofał się z Pałacu Błękitnego przy Ogrodzie Saskim w Warszawie do Powązek, a potem Puław, gdzie powstał wielki ośrodek kulturalny i polityczny.

„Puławy, zawsze pełne, tworzą nowy świat, wcale odmienny od zwykłej możnowładców klienteli z czasów saskich” — pisał hrabia Ludwik Dębicki. „Znika tu tłum dworaków, zastępuje go tłum przyjaciół szukających ogłady i nauki, literatów, poetów, artystów, młodzieży, którą książę wkoło siebie zawsze chętnie gromadził”91. Pomimo utraty staropolskiego charakteru był to nadal dom gościnny, otwarty, „ale bez ostentacji, etykiety i impozycji”92.

Niestety podczas insurekcji kościuszkowskiej Puławy zostały ograbione i na pół zniszczone przez Moskali. Odbudowano je ze znacznym staraniem Izabeli z Flemmingów Czartoryskiej; osoby, która wiodła bujne życie erotyczne, wplątując się między innymi w romanse i związki z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim, posłem carycy Katarzyny II, Nikołajem Repninem, diukiem Armandem de Lauzunem, hetmanem Franciszkiem Ksawerym Branickim. Niemal ze wszystkimi wspomnianymi panami miała nieślubne dzieci: nawet syn Adam Jerzy, który odegra tak ważną rolę w dziejach polskich, był prawdopodobnie synem Repnina. Niemniej jednak i Czartoryska się zmieniała, przeistaczając się z księżnej goniącej za rozrywką w patriotkę, a przynajmniej za taką się uważała.

Jej mąż Adam Kazimierz Czartoryski to znacząca postać w czasach ostatniego króla Rzeczypospolitej: między innymi był komendantem Szkoły Rycerskiej w Warszawie, skąd rekrutowały się kadry powstania kościuszkowskiego, legionowe i Księstwa Warszawskiego. Odkąd stał się przeciwnikiem Stanisława Augusta, wycofał się do Puław. Tamże zgromadził obszerną i wartościową bibliotekę, w której znalazły się również zabytki piśmiennicze z XIII wieku.

Opoje w dawnym staroszlacheckim stylu nie mieli do pięknego pałacu w Puławach przystępu, bo też niewiele ciekawego mieli do opowiedzenia Adamowi Kazimierzowi Czartoryskiemu. Książę znał kilkanaście języków, był małomównym erudytą i autorem katechizmu dla Szkoły Rycerskiej, któremu cesarz Franciszek nadał w 1805 roku stopień feldmarszałka austriackiego, byle przeciągnąć go na swoją stronę. Czartoryski zyskał też niezależność finansową, gdyż z dóbr i kluczy w „Nowej Galicji”, na Żmudzi, Litwie oraz kluczy podolskich zarządzanych przez komisarzy miał ogromny dochód w wysokości 6 milionów złotych rocznie. Dzięki temu mógł z Puław uczynić ośrodek życia kulturalnego.

Odnowione Puławy stały się nie tylko sanktuarium: miejscem odradzania się ducha narodowego, gromadzenia pamiątek narodowych przez Izabelę Czartoryską, pałacem spotykania się elit intelektualnych i społecznych. Zakwitło tu również zabawowe życie towarzyskie i zdarzały się sytuacje komiczne. Książę Czartoryski jako generał ziem podolskich słynął z poczucia humoru i wyrozumiałości. „Przebrany za księdza własną wyspowiadał żonę i wszystkich się jej grzechów przeciwko sobie najdokładniej dowiedział”. A było ich niemało, zważywszy na romanse i miłości Izabeli. Już w czasach młodości Adam Kazimierz wyrządził niezłego psikusa hetmanowi Franciszkowi Ksaweremu Branickiemu, słynącemu z pijaństwa, romansów i awanturnictwa. Prowadząc „lubieżne miłosne intrygi”, obydwaj zamaskowani natknęli się w sali na siebie. „Wtem Branickiemu uczuć się dała silna potrzeba wymagająca wyjść natychmiast z Sali”. Mróz był trzaskający, a cabinets d’aisance, czyli ubikacji nie znano. Branicki poprosił zatem Czartoryskiego, by mu towarzyszył, na dziedzińcu znalazł kącik, po czym oddał swą maskę z wielkim, mocno zakrzywionym nosem Czartoryskiemu. Ten spostrzegł, że w tymże kąciku leżą inne zmrożone ekskrementy. Naszła go szatańska myśl, by wrzucić nieco odchodów do tego nosa. Póki szli dziedzińcem i nieopalonymi schodami Branicki nic nie czuł; dopiero pod wpływem ciepła ekskrementy zaczęły odmarzać. Branicki jął gwałtownie przeglądać swój kostium, przekonany, że go powalał, jednak „nic podobnego nie znalazł, a swąd haniebny coraz gwałtowniej dokuczać mu zaczął”. Wrócił więc pędem do domu, zrozpaczony, że musiał zrezygnować z tak dobrze rozwijających się miłosnych podchodów. Tam odkrył, co było przyczyną smrodu, dociekł, kto za tym stał, więc „nazajutrz strzelał się z Czartoryskim w tej samej sali”. Obaj wyszli z pojedynku bez szwanku93.

Adama Kazimierza Czartoryskiego i w starszych latach nie opuszczało poczucie humoru. „Skazany przez lekarza na spożywanie w samotności skromnego posiłku, pierwszy śmiał się z naszych marnych obiadów. Ale do stołu siadało pięćdziesiąt osób, a co najmniej sto żywiło się resztkami”, podczas gdy książę po zjedzeniu w samotni krążył wokół stołu, rozweselając biesiadników. Na przykład klepał marszałka swego dworu po ramieniu i pytał, czy nadal jest wierny „temu samemu systemowi.

— Gdyż — mówił — ten tutaj hultaj ślubował sobie podawać zawsze wino jeszcze młode, a wołowinę starą! [...]

W innej wersji książę miał ponoć mówić żartobliwie o podawaniu młodego wina i starego masła. Wszyscy wybuchali śmiechem, jak przystało na tak smakowity żart, i nikt nie myślał się skarżyć, wyjąwszy jednak kilku starych smakoszów; ich egoizm oburzał się”, że książę nie docenia „pierwszych potrzeb życiowych”94. Sam książę Adam Kazimierz pił niewiele: żył przecież i działał w czasach króla prawie abstynenta, Stanisława Augusta Poniatowskiego, który wypijał najwyżej jeden kieliszek wina podczas obiadów czwartkowych.

Bywał w Puławach także były działacz patriotyczny, współtwórca Konstytucji 3 maja, wieloletni współpracownik księcia Czartoryskiego w Komisji Edukacji Narodowej, erudyta i pisarz Ignacy Potocki. Po insurekcji dostał się do niewoli petersburskiej, stracił ogromny majątek, osiadł w Klementowicach blisko Puław, więc z przyjemnością Czartoryski gościł go u siebie. Potocki „przy obiedzie nie pijał ani piwa, ani wody, tylko lekkie francuskie czerwone wino, nigdy więcej jak jedną butelkę”, dowiadujemy się od Leona Dembowskiego95. Zauważał on przy tym, że pan Ignacy był „poważniejszy w mowie”, co budzi nasze zastanowienie: jeśli tak „poważny polityk” wypijał do obiadu jedną flaszkę wina, to jak i ile pili pozostali, którzy za poważnych bynajmniej nie uchodzili? Inne przekazy wskazują jednak, że Ignacy Potocki słynął również z zamiłowania do żartów; jak się wydaje, picie Potockiego łączyło się z pogodą ducha, a nie nałogiem.

Mimo wszystkich domysłów co do ilości spożywanego alkoholu w Puławach rozrywki w tamtejszym pałacu stały się nową propozycją dla rozhulanej niegdyś arystokracji, lubującej się jeszcze tak niedawno w redutach, balach, faraonie i zielonym stoliku do gry, na którym tak pięknie w podpitych oczach jarzyło się złoto. W Puławach wprowadzono nowe zabawy, w tym sportowe, jak gonitwy i „zabójcze” szturmy wzgórza w Parchatce, z udziałem armat i karabinów. Nie brakowało też zabaw, w tym kostiumowych balów i teatrów, z udziałem Czartoryskich odgrywających rozmaite role.

W Puławach właśnie leczył doktor Goltz, hołdujący przekonaniom, że wysokoprocentowy trunek jest lekiem na wszystko. Oryginalny doktor uzdrawiał przy tym chorych, plotąc androny, jakie mu ślina na język przyniosła, i pobudzając ich do homeryckiego śmiechu. „Teoria jego lekarska polegała na tym, że chcąc w Polsce być zdrowym, nie należy używać aptek i doktorów, ale dwa razy w roku porządnie się upić. Raz w maju zamiast kuracji wodami mineralnymi, a drugi raz w październiku dla uniknięcia katarów, pleurów [zapalenia oskrzeli — J.B.] i chorób zapalnych”.

W taki sposób niezastąpiony doktor Goltz leczył Anglika Pohlena, zalecając mu wypicie szklanki letniego ponczu dla wzbudzenia „transpiracji”, czyli wypocenia choroby. Marszałek dworu przysłał Pohlenowi od razu całą wazę, sądząc, że ten spodziewa się gości. Anglik zatem, rozszerzając nieco metodę leczniczą doktora, wypił ją całą — 24 szklanki zamiast jednej. Po czym niczym ozdrowiały wstał z łoża, tańcując w szlafroku i zataczając się „pijaniusieńki”. Odwiedzili go znajomi:

„Co pan czyni, panie Pohlen?” — pytają zaskoczeni nagłym ozdrowieniem.

„J’aide à exciter une transpiration, pomagam sobie w uskutecznieniu spocenia” — padła rezolutna odpowiedź tańcząco-zataczającego się pacjenta96.

Oprócz skamielin szlachetczyzny niczym pan Piotr Borejko, zresztą dobry znajomy Czartoryskich, pojawiali się nowi dziwacy, leczący się lub raczej stosujący profilaktykę własnego pomysłu z wykorzystaniem najnowszych odkryć naukowych. „Pan Uniatycki na przykład z obawy, aby oddech ludzki nie zarażał otaczającej go atmosfery zbytnią ilością azotu, w kościele swym parafialnym modlił się pod ogromnym kloszem szklanym, a w pokojach swych siadywał przedzielony od familii ścianą szklaną”97. Zarzucił stare sposoby wyjaławiania organizmu wódką czy winem z „waporów”, idąc z postępem w związku z odkryciem azotu w 1772 roku przez Daniela Rutherforda, przekonany, że azot działa chorobotwórczo na organizm. Pan Dulski z kolei utworzył sobie służbę, a właściwie harem, z samych „pięknych dziewcząt wiejskich dobraną”, jako relaks dla zdrowia. Natomiast starosta puński Brzostowski zabawiał się w dość niecodzienny sposób w Dreźnie podczas pobytu w Hotelu Polskim na Schlochgasse. Najmował pokoje po obu stronach ulicy, w ścianach wiercił otwory, przez które przeciągał sznurki, „za pociągnięciem których wywracał przechodzących”. Lubił też dzwonić do drzwi i twarze wyglądających przez lufcik Niemców obsmarowywać smołą. Zatem radości w stylu staro- i nowopolskim było co niemiara.

Mistyczny ślad odcisnął też przebywający w Puławach i w Lubieniu u księżnej Izabeli Czartoryskiej na letnim dworze osławiony mistyk i iluminat Tadeusz Grabianka, który co kilka słów wtrącał zwrot „jak się zowiesz?”. „Lubił wino burgundzkie i znajdował, że to, które mu podawano u księżnej, ma, jak się zowiesz, un delicieux bouqet [delikatny, wyborny smak — J.B.]”. Ale gdy przyszło do nalewania mu przez usługującego kozaka, Grabianka, zamiast prosić go o wino, ponawiał pytanie „jak się zowiesz?”, kozak odpowiadał, że Wasyl, Grabianka znów pytał „jak się zowiesz?”, aż w końcu skonfundowany Wasyl uciekł, nie wiedząc, o co właściwie jaśnie oświeconemu iluminatowi chodzi98.

Na inną niezwykłą kurację natrafiamy w przypadku Henrietty Błędowskiej, która zapadła na zapalenie płuc i „nerwową gorączkę”. Doktor Jakub Michelis, lekarz hetmanowej Branickiej, oblepił chorą pannę plastrami z gorczycy, co było standardowym zabiegiem. Po czym „ogórki surowe z cukrem kazał mi jeść, choć nie miałam jeszcze siły ugryźć [...], że siedzieć na łóżku nie mogłam”. Nie był to bynajmniej koniec niezwykłej kuracji: „choć opatuloną poduszkami, kazał mnie zanieść, na konia posadzić, i tak jeden prowadził, dwóch za boki i plecy trzymało, a czwarty konia popędzał [...]. Co dzień to powtarzano i tak prędko do sił i zdrowia wróciłam, że nie dałam się trzymać, cugle kierując sama”.

Po tej końskiej terapii i zdumiewającym ozdrowieniu Henrietta tylko raz zapadła na żółtaczkę, „na którą żadnego mi lekarstwa nie dawał nadworny doktor Richter, tylko wino zalecał pić i dystrakcji [rozrywki — J.B.] użyć”. I tym razem dziwaczna kuracja zadziałała, tak jak dziwaczny był sam nad wyraz higieniczny pan doktor: „był tak starannie ubrany, że pyłku na nim nie było. Gdy mu dawano znać, że ktoś kona, umiera, nie ruszył się, póki nie opatrzył całego ubrania lornetką, aby proszku nie zdmuchnąć. Mówił, że co dzień przy pacierzu dziękuje Panu Bogu, że go pięknym stworzył”99. Zatem nie tyle zamiłowanie do higieny, ile miłość własna prowadziły doktora do takiej dbałości o czystość.

Ciekawym przypadkiem medyka był również „stary Groetke, któren, jak upije się, zamiast recepty wiersze Schillera pisze, z którymi nieraz o kilka mil do apteki posyłają i posłaniec wraca z niczym, a tymczasem chory cierpi lub umiera”. Nie wiadomo było, czy śmiać się, czy płakać rzewnymi łzami, gdyż dzieci własne Henrietty Błędowskiej oraz dzieci powierzone jej przez brata chorowały, a niekiedy nawet umierały, nie doceniając siły poezji Schillera w zdrowieniu100.

W Puławach powstał też poważny plan polityczny, który mógł zmienić dzieje Polski i obraz Europy. Książę Adam Jerzy Czartoryski był ministrem spraw zagranicznych Rosji, przyjacielem cara Aleksandra I i snuł plany odbudowy Polski pod berłem carów jako królów polskich. Koncepcja ta zwana była „planem puławskim”101.

Z Puław książę Czartoryski zaczął wysyłać emisariuszy, gotując naród do walki z Prusami i ogłaszając przyszłym naczelnikiem powstania księcia Józefa Poniatowskiego. Car pojawił się w Puławach w nocy z 29 na 30 września 1805 roku. Dotarł z trudnością, gdyż jego kareta została rozbita w ciemnościach przez nieostrożnego woźnicę. Do Puław doprowadził go ścieżkami Żyd, który akurat wiózł kufę z okowitą. Aleksander, uchodzący za pięknego, ugrzecznionego liberała, został w Polsce przyjęty dobrze: zyskał powszechne poparcie niemal wszystkich środowisk, jako „Zbawiciel” polski, pisał Niemcewicz.

Tymczasem prowadzone przez niego rozmowy w sprawie odnowienia Polski były grą. Car ostatecznie okazał się, nie tylko w tej sprawie, człowiekiem nad wyraz obłudnym. Sprawę wybuchu powstania w zaborze pruskim i przekroczenia granicy na Pilicy przez wojska rosyjskie odwlekał. Kiedy nieoczekiwanie król Prus Fryderyk Wilhelm zgodził się na przemarsz wojsk rosyjskich na wojnę z Napoleonem, car powitał to z ulgą. W połowie października 1805 roku wymknął się z Puław i popędził do Berlina. Tym samym rozwiały się plany Czartoryskiego i polskie nadzieje — także księcia Poniatowskiego. „W Puławach po upojeniu nastąpiło bolesne rozczarowanie”, zapisał hrabia Dębicki102. Jakby tych nieszczęść było mało, w krypcie kościoła w Poczdamie przy grobie Fryderyka II car i król pruski zaprzysięgli sobie dozgonną przyjaźń.

W tym samym mniej więcej czasie w kampanii pod Ulm Napoleon rozbił armię austriacką, a niecałe dwa miesiące później, 2 grudnia 1805 roku w decydującej bitwie pod Austerlitz rozgromił połączone siły austriackie i rosyjskie. Europa wchodziła w nową fazę wojny, a legiony polskie walczące u boku Napoleona zaczęły się przybliżać do polskich granic. „Warszawa, która zwykła według narodowego zwyczaju pocieszać się wesołością wśród biedy, wrzała teraz od uciech i zabaw [...]. Puławy szły z nią w zawody i doszły do zenitu towarzyskiego ruchu”. Ale szczegółów kronikarz nie wyjawił103.

6. „Ci Polacy jedzą jak wilki, piją jak diabły, lecz biją się jak lwy”

W 1796 roku Tadeusz Kościuszko został zwolniony z niewoli przez cara Pawła I. Owiany legendą bohater insurekcji zatrzymał się nad Sekwaną u Franciszka Barssa reprezentującego wraz z Józefem Wybickim umiarkowaną Agencję. Kościuszko wydawał się postacią niemal bez skazy osobistej: był uzależniony tylko od kawy, od której zaczynał dzień. Na ogół sam ją parzył. Jak mówił, był to jego „ulubiony nałóg” wyniesiony z wojny w Ameryce104.

W opozycji do Agencji stanęła bardziej radykalna Deputacja „jakobińska” z Józefem Kalasantym Szaniawskim (późniejszym cenzorem w Królestwie Polskim), Franciszkiem Ksawerym Dmochowskim i Józefem Pawlikowskim na czele. Deputacja dążyła do wywołania powstania w kraju, rewolucji społecznej i zrównania wszystkich w prawach.

Sytuacja emigrantów była początkowo niezwykle ciężka. Szaniawski nie dojadał, a major Stanisław Fiszer, ulubiony adiutant Kościuszki, „od miesiąca żył jeden dzień chlebem z serem, a drugi chlebem i wytłoczynami z winogradu”, byle przeżyć. Nie przyjął pomocy nawet od Naczelnika. Na dodatek, jak na honorowego Polaka przystało, był oburzony, gdy dotarł do niego anonimowy „ładunek” ze stoma talarami od generała Karola Kniaziewicza: ktoś mnie „za jałmużnika bierze”! — zawołał wściekły do Józefa Drzewieckiego, uważając go, zresztą słusznie, za inspiratora pomocy105.

A przecież Fiszer szczególnie potrzebował pomocy: był oficerem, który po insurekcji kościuszkowskiej za odmowę złożenia zeznań został przez Rosjan wywieziony kibitką w najcięższe mrozy do Niżnego Nowogrodu. Przemroził nogi, które nigdy nie odzyskały dawnej sprawności. Podobną hardość okazywali inni oficerowie polscy, wstydząc się prosić, a tym bardziej żebrać o pomoc.

W tym czasie francuski generał Napoleon Bonaparte odnosił zwycięstwa we Włoszech nad Austrią i zagarnął w niewolę kilka tysięcy rekrutów z Polski wcielonych siłą do armii austriackiego cesarza. Wtedy generał Dąbrowski zawitał do Berlina, a jesienią 1796 roku zjawił się w Paryżu. Był generałem zasłużonym w insurekcji kościuszkowskiej i mógł rozpocząć prace organizacyjne tworzenia wojska polskiego, pomimo że dał słowo, iż nigdy nie wystąpi przeciw Rosji. Słowa usiłował dotrzymać, gdyż chodziło nie o walkę z Rosją, lecz o pomoc armii włoskiej Napoleona. Natomiast Kościuszko, uwolniony przez cara Pawła I, nie dowierzając Napoleonowi, nie kwapił się do objęcia komendy nad polskimi legionami na usługach Francji.

W porozumieniu z Agencją generał Bonaparte zaproponował zatem w Paryżu rządzącemu dyrektoriatowi utworzenie Legionów Polskich złożonych z polskich żołnierzy wcielonych do armii austriackiej. Rząd francuski na to przystał, zresztą w nadziei podkopania pozycji nazbyt samodzielnego Bonapartego we Włoszech. Sam Napoleon także krzywił się na utworzenie polskiego wojska, dopóki mu nie uświadomiono, że może liczyć na 100 tysięcy polskich rekrutów wcielonych siłą do armii zaborczych. To już była potężna siła, z którą należało się liczyć.

Plan patriotów z Legionów i Centralizacji Lwowskiej w kraju był szeroki. Przewidywali oni wybuch powstania, do którego z Bukaresztu będzie nawoływać Polaków dowódca zgrupowania na Wołoszczyźnie, brygadier Joachim Denisko. Oczekiwano, że z pomocą przyjdzie Turcja, tradycyjny przeciwnik Rosji i Austrii. Od strony Włoch miały uderzyć Legiony. Jednak misja Deniski się nie powiodła, a on sam przeszedł na stronę rosyjską, przed przekroczeniem granicy w Jassach przekazując ważne informacje o armii tureckiej. Za swój wyczyn został amnestionowany przez władze carskie, a następnie nominowany na generała majora armii rosyjskiej. Jednak zdrada nie przyniosła mu szczęścia, gdyż Polacy unikali go jak ognia, a sam Denisko zapił się na śmierć w 1813 roku.

Takie było tło wydarzeń, które doprowadziły do powołania przez Bonapartego 9 stycznia 1797 roku w Mediolanie polskiego legionu. Miał on wspierać utworzoną przezeń Republikę Lombardzką. Pod legionowe sztandary i kokardy w ciągu trzech miesięcy Dąbrowski zebrał 3600 żołnierzy. Początkowy brak oficerów szybko nadrobiono, gdyż pruski minister Henryk Buchholtz uznał Warszawę za „punkt zborny rewolucjonistów i złych ludzi” i nakazał wydalić wszystkich oficerów, którzy nie złożyli przysięgi wierności królowi pruskiemu.

Tworzono zatem we Włoszech kolejne pułki i batalion artylerii legionowej. Poruszony widokiem polskiego wojska Józef Wybicki ułożył Pieśń Legionów Polskich we Włoszech zaczynającą się od słów „Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy”, która stała się później hymnem narodowym. Zaproponował również wręczenie każdemu żołnierzowi Księgi cnoty i waleczności Polaka, a wynagrodzeniem legionisty, z reguły chłopa, miało być nadanie mu włóki chełmińskiej plus 1000 złotych na zaprzęg gospodarski106. Miała to być rzeczywiście armia nowego typu, nieoparta na zastraszaniu, obelgach, poniżaniu i dyscyplinie wymuszanej biciem, jak w wojsku trzech zaborców.

Żołnierze, ubrani w uniformy, wyglądali jak malowani. Radość była ogromna, kurz zmywano przednimi winami włoskimi. Ale tylko do czasu, gdy w marszach i działaniach wojennych legioniści nie zniszczyli mundurów, obuwia, a w oczy i do gardeł co rusz zaczął im zaglądać głód i pragnienie. Nędza dość szybko stała się częścią życia legionistów tak bardzo, że przeinaczano fragmenty Pieśni Legionów:

Marsz, marsz Dąbrowski,

Z ziemi włoskiej do Polski,

Za twoim przewodem

Zemrzem wszyscy głodem.

Nie oszczędzono też największego rabusia Europy, jakim stawał się z wolna Napoleon:

Dał nam przykład Bonaparte,

Jak rabować mamy107.

Wieść o tworzeniu się wojska polskiego we Włoszech podziałała jednak jak magiczne wezwanie. Wielu młodych oficerów walczących w insurekcji kościuszkowskiej zaczęło przedzierać się z ziem okupowanych do Paryża i Italii. Pułkownik Drzewiecki, który w Warszawie zakładał konspiracyjny klub, szedł przez Wiedeń, Karlsbad, Zurych, Mestre koło Wenecji do Passiniano. Podczas drogi do Legionów przez Szwajcarię Drzewiecki zachwycił się umiejętnościami psów bernardynów, wyhodowanych przez mnichów do ratowania zasypanych podróżnych w górach. Miały one zawieszone na szyi małe buteleczki z wódką, która według Drzewieckiego niejednemu przemarzniętemu uratowała życie. Podobno jeden z tych bernardynów, Berry, miał uratować 40 osób, więc doczekał się pomnika na Cimetière des Chiens.

Wraz z wojnami armii francuskiej rozpoczęła się też ogromna wędrówka ludów przemierzających Stary Kontynent. Niektóre relacje bywały zaskakujące, na przykład niemiecki „Tyrol na oko jest bardzo pięknym krajem, lecz brak dla biednych ludzi zarobku zmusza ich udawać się w obce kraje [...]. Oświata narodu tego stoi bardzo nisko”: handel obwoźny prowadzono z wózka, do którego zaprzęgnięci byli dwie córki i dwaj synowie. „Wszyscy ten wózek ciągnąć musieli, a ojciec, postępując za nimi z długą fajką, trzaskał z bicza i krzyczał jak chłop na konie. W naszym kraju coś podobnego widzieć nie ma sposobności”, dziwił się polski oficer Stanisław Broekere108.

Francuzi podchodzili do polskich legionów z rezerwą. Sami uważali się, nie bez racji, za najbardziej obdartą, ale i najlepszą armię świata. Jednak i oni z biegiem czasu nie tylko przekonali się do polskich żołnierzy, lecz także ich polubili, podziwiając za męstwo i wesołość. Polacy nabrali zatem przekonania, że są najlepszymi żołnierzami we Włoszech, i uważali, że na paradach powinni stać na prawym „zaszczytnym” skrzydle.

Potwierdził to sam generał Bonaparte, który już w 1797 roku oceniał, że jedyną wartościową częścią armii lombardzkiej są oddziały polskie. W 1806 roku powiedział: „Włochy przez dziesięć lat egzystencji swej nigdy nie były w stanie wystawić tyle wojska, co Polacy w ciągu pierwszych dziesięciu tygodni”109. Wiedział dobrze „mały kapral”, jak napawać dumą żołnierskie serca. Legioniści lubili też parady z tego powodu, że potem na ogół urządzano zabawy i rauty, a jeśli ich nie było, oficerów obdarowywano butelką wina.

Wojowniczy Sarmata zmartwychwstał więc na obcej ziemi, co zresztą utrwalił Cyprian Godebski w wierszu ku czci Klemensa Liberadzkiego, majora poległego w ataku na bagnety na Weronę:

Tu mszcząc się na mieszkańca praw ludzkich pogardy

Szedł w sławie na wyścigi Sarmata z Lombardy110.

Oblężenie miasta Romea i Julii zakończyło się jednak mniej sławnie. Francuzi złupili tam kościoły, ogałacając je z bogatego sprzętu liturgicznego, i nałożyli na miasto kontrybucję w wysokości 40 tysięcy dukatów. Niemniej jednak, widząc zaciekłość Polonusów w boju, Francuzi byli odtąd pełni podziwu. „Ci Polacy jedzą jak wilki, piją jak diabły, lecz biją się jak lwy”, mawiali, dodając, że uznają Polskę za syna czy siostrę Francji.

Na dodatek jedna trzecia oficerów polskich, zwanych przez Włoszki „jasnowłosymi olbrzymami z Północy”, biegle władała przynajmniej jednym z języków: francuskim, włoskim lub niemieckim. To sprawiało, że 94% kadry oficerskiej porozumiewało się, czytało i pisało mniej lub bardziej biegle w obcym języku. Przewyższali też wykształceniem swych francuskich kolegów, ponieważ ci na ogół rekrutowali się z nizin społecznych, skąd wydźwignęła ich krwawa rewolucja, zwycięstwa armii francuskiej i ręka Korsykanina, generała Napoleona Bonapartego. Jedyne, co dzieliło, to stosunek do religii: rewolucja francuska wyhodowała prawdziwe stada deistów i ateuszy, niewahających się walczyć z Kościołem, wyrzucać mnichów z klasztorów i grabić sanktuaria. Natomiast polski żołnierz legionowy na ogół był bardzo pobożny, podobnie zresztą jak Włosi.

I wreszcie — w Italii Polacy dostali się w krainę wina. Legioniści byli na ogół chłopami przyzwyczajonymi do piwa i gorzałki podłej jakości, więc musieli się nauczyć pić wino inaczej niż na biesiadach, zapustach czy w karczmach w ojczyźnie. Dowiedzieli się, że wino nie jest jedynie trunkiem do upijania się, lecz napojem stołowym, chroniącym przed zatruciem pokarmowym, gaszącym pragnienie oraz podkreślającym smak potraw. Zresztą skłonności rodaków do alkoholu ograniczały codzienne mierne przydziały, oczywiście nie zawsze realizowane.

Dziennie legioniście przysługiwał „kielich mediolański” albo kwarta francuska, czyli 0,23 litra. W racjach napitków przewidywano też 60 gramów wódki i 10 gramów octu do dezynfekcji wody na każdego. Z braku chleba, mięsa i napojów czasem zastępowano to wypłatą ekwiwalentu pieniężnego. Wtedy żołnierze stołowali się i pili w austeriach, po czym bywało, że nie płacili, twierdząc, że z ochotą oddadzą dług, gdy zostanie im wypłacony żołd.

W pewnym stopniu nauka picia dotyczyła także oficerów polskich, chętnych do zaglądania do kieliszka. Pewna scena zdaje się na to wskazywać. W Monte Fiascone były „wina wyborne i mój pułkownik posilić się nim pragnął” w oberży, pisał Drzewiecki. Gdy przygotowywano posiłek, pułkownik zaprowadził Drzewieckiego pod okazały pomnik „jednego z biskupów niemieckich, co miał zwyczaj nakazywać gońcowi, żeby mu tam kwaterę wybierał, gdzieby najlepsze wino upatrzył, a na znak zosta[wia]ł na drzwiach oberży Est [jest], aby tam biskup przystanek sobie zaznaczył”. Na Monte Fiascone „biskup trochę sobie pozwolił i tu życie skończył!”, a na ufundowanym pomniku wyryto: Est. Est. Est. Propter nimium Est, Dominus meus mortuus Est111.

Brzmiało to jak przestroga dla nadużywających alkoholu.

Mimo tych obostrzeń i stosunkowo niskich przydziałów trunków upały, nieumiejętność wyboru pomiędzy lekkim a ciężkim winem powodowały jednak, że legioniści łatwo się upijali. Toteż najbardziej Polacy skarżyli się na brak piwa — podstawowego napoju w Rzeczypospolitej — miodu pitnego, kapusty i barszczu. Gdy febra i malaria zaczęły zbierać krwawe żniwo u Błot Pontyjskich, początkowo generał Jan Henryk Dąbrowski sądził, że powodem jest „brak kwasów, do czego Polacy nawykli”. Miało to racjonalne uzasadnienie, gdyż piwo, kapusta kwaszona, sok z niej, i kwas buraczany podnosiły odporność dzięki wysokiej zawartości witaminy C i chroniły przez plagą nękającą legionistów — szkorbutem.

Zdesperowani jedli zatem owoce i jarzyny wprost z pól, co niekiedy prowadziło z kolei do duru lub dyzenterii. Dla ratowania żywych i chorych „nakupiono kapusty i buraków i kwaszono je w olbrzymich kadziach; po czym otwierając umierających, [aby] śledzić przyczynę śmierci, w żołądkach razem z kapustami i kwasami znaleziono gangrenę”112. Co jednak owa odkryta gangrena oznaczała — nie do końca wiemy. Nadal wino wydawało się najlepszym środkiem na wszelkie zakażenia, a jeśli nie — to chociaż winne grona.

Wykazał to przemarsz do Bolonii, który „był obrazem zniechęcenia i nieładu”, pisał Józef Drzewiecki; „żołnierz rabunku się dopuszczał, mieszkaniec własności bronił. Najwięcej winogrady [winorośla] od przechodzących ucierpiały”113. Można się domyślać, że w miesiącu tym brakowało wina, gdyż dopiero zbierano winogrona i co najwyżej moszcz bulgotał w kadziach. Od 3 do 5 września 1797 roku odbywały się pod Bolonią zarządzone przez Bonapartego wielkie manewry. Tym razem niektórzy legioniści, dotąd uzupełniający brak witamin spożywaniem winogron, raczej ukradkiem zrywanych, na zakończenie manewrów ogołocili winnice i drzewa owocowe w sadach. Właściciele winnic byli oburzeni — nie tyle ze względu na pozrywane owoce, których było pod dostatkiem, ile uszkodzenie potarganych krzewów, których hodowla wymagała kilku lat. A wino było przecież podstawowym napojem Włochów, Hiszpanów i Francuzów.

Dąbrowski był wściekły na swych żołnierzy. Aby uniknąć lawiny skarg wieśniaków włoskich, których przecież Francuzi i Polacy mieli bronić przed feudalnym wyzyskiem, wypłacił bez targowania się odszkodowanie za winnice z własnej kieszeni. Oznajmił o tym żołnierzom, nakazując jednocześnie łagodne i sprawiedliwe traktowanie ludności: „nie chcąc słyszeć narzekania obywateli, którym porobiliście szkody w winogradzie, ofiarowałem nagrodzić i zapłacić z mojej kieszeni, ażeby na was pomsty i skargi nie były więcej podawane”114. Podobnie postąpił wobec wsi Canaro pod Ferrarą, gdy legioniści wyrządzili szkody w winnicach na 40 liwrów. Dąbrowski wypłacił je, aby utrzymać dobre stosunki z ludnością. Generał uważał przy tym, że niewielkie zniszczenia w podbolońskich winnicach celowo rozdmuchali „arystokraci subtelni”, przeciwni ideałom wolności, równości i braterstwa.

Po zamieszkach pod Bolonią wymyślono, że dobre stosunki między legionistami a gwardzistami włoskimi i władzami Bolonii przywróci wspólny obiad. Wino miało zbratać oba narody w ich drodze do uwolnienia się z obcego i feudalnego jarzma, przy dźwiękach orkiestry defilowano trzykrotnie przed ratuszem, czemu towarzyszyły wiwaty ludności i marsz francuskich pododdziałów. Lecz w nocy z 12 na 13 września 1797 roku niektórzy legioniści nie zaprzestali opilstwa i pijani doprowadzili do awantur.

Wykorzystali to zwolennicy dawnych rządów, organizując manifestację. Wtedy legioniści zamknęli bramy miasta i wyłowili rozproszonych opozycjonistów, kierując się ich znakami: zielonymi kokardami. W ręce Polaków wpadło wielu agitatorów i dezerterów z armii austriackiej. Oberwało się też oberżystom bolońskim, którzy wbrew wprowadzonym przepisom nie meldowali nowo przybyłych, w tym agentów austriackich. Chadzając do austerii, legioniści mieli zapewne dobre rozeznanie, kto nie dopilnował tego obowiązku.

Rezultat był jednak przykry także dla pijanych legionistów. Sąd wojenny powołany przez generała Dąbrowskiego skazał na rozstrzelanie grenadiera Józefa Kochanowskiego. Udowodniono, że w nocy z 12 na 13 września pijany roztrzaskiwał naczynia w austeriach, a szynkarza zwracającego mu uwagę chciał zabić, „porywając się za broń”. Nie podporządkował się też rozkazom kapitana Józefa Zabłockiego i przywołanego patrolu, któremu stawił opór. Został rozstrzelany na placu Kapucynów za Bramą Manolo na oczach 100 legionistów z każdego batalionu. Inni otrzymali łagodniejsze wyroki: „za pijaństwo i burdy” 14 dni aresztu odsiedział podporucznik Jan Bielański, a na 12 dni „w połowie ścisłego aresztu o chlebie i wodzie” skazano dwóch kaprali 3. batalionu K. Gąbkę i M. Kitenkę. Kaprala J. Drucha zdegradowano. Surowe wyroki uspokoiły nastroje w Bolonii115.

Jak w każdym zbiorowisku żołnierskim, tak i w legionach narastały konflikty personalne i zdarzały się naruszenia dyscypliny, co niekiedy miało związek z alkoholem. Generał Dąbrowski we wrześniu 1797 roku poświęcał wiele czasu na szkolenie wojska. Jednak opozycja oficerów zarzucała mu, że „goni za sławą”, „maltretuje” wyższe szarże, a „rozpuszcza” żołnierzy. Przeciwnik Dąbrowskiego Piotr Tomaszewski wytykał twórcy Legionów, że często zjawiał się w koszarach wśród żołnierzy, pytając o stosunek do nich oficerów i „mówiąc publicznie, że woli żołnierza, że jest mu droższy”. Na dodatek, według Tomaszewskiego, Dąbrowski zezwalał szeregowym na swawolę podczas ćwiczeń, wołając: „Rozejść się moje dzieci, do chleba, do wina! [...] Ci się rozpraszali, często w nieładzie, zamieszaniu, zostawiając chorągwie i oficerów, dawali ognia z fuzji, dopuszczali się wybryków na ulicach Bolonii, zanim nie dotarli do koszar”116. Tomaszewski uważał to za wysoce naganne, nie pojmując, że okazywany żołnierzom szacunek prowadzi do sukcesów w większym stopniu niż mordercza dyscyplina. Ideałem miało być wojsko skłonne do poświęceń, ale i wesołe, z czego słynęli zarówno Francuzi, jak i Polacy ożywiani dawkami wina dla podtrzymania humoru, a nie upijania się.

Niekiedy dochodziło do tragikomicznych sytuacji, jak to bywa po alkoholu. Podporucznik Felicjan Iwanowski odprowadzał do aresztu kapitana Andrzeja Grochowskiego oskarżonego o „nieprzyzwoity występek”. Po drodze była jedna austeria czy winiarnia i tam Iwanowski spił się tak bardzo, że pokazał wszystkie akta konwojowanemu kapitanowi. W końcu nie wiadomo było, kto kogo konwojuje. 25 października 1797 roku Iwanowski został aresztowany koło Lodi przez majora Józefa Skwarkowskiego, „gdy zupełnie pijany prowadził oddział w największym nieporządku. Ponieważ groził mu sąd wojenny, zmuszono go do wniesienia dymisji (15 XI), którą zatwierdził generał Bonaparte”117. „Za zhańbienie znaku” Legionów sąd wojenny zdegradował także i wypędził z armii porucznika Balzera Kozłowskiego, a za „haniebny występek” popełniony 24 października 1797 roku zdymisjonowano podporucznika Franciszka (?) Bogdańskiego. W tych ostatnich wypadkach nie wiemy jednak, czy przyczyną przestępczego zachowania był wypity alkohol.

Nie tylko generał Dąbrowski, lecz także wielu innych oficerów polskich zaskarbiało sobie często przychylność włoskiej ludności. W razie potrzeby godzili się nawet oddawać na jej rzecz miesięczny żołd. Na tle żołnierzy generała Józefa Lechi z Brescii, którzy pod koniec 1797 roku „rabowali, gwałcili kobiety, rozbijali sklepy, niszczyli urządzenia oberż”, Polacy jawili się jak aniołowie118. Francuzi usiłowali jednak zrzucić odpowiedzialność na legionistów i podczas rabunku miasta Gaety doszło do sporu, kto właściwie rabował: Francuzi czy Polacy?

Nadjechał Dąbrowski i „rewizji się domaga. Zaczęto od prawego skrzydła, gdzie Francuzi stali. W pierwszym mantelzaku kielich i patena, w następnym worek z złotem, dalej wtroczona monstrancja; tak poszło i dalej. Wściekał się komendant Francuzów i do rewizji naszych rad by przystąpić jak najprędzej. Lecz to rabunek na wierzchu: połeć słoniny na szyi, kołdra z koszar w mantelzaku [...] para butów lub prześcieradło najdroższą było zdobyczą” legionistów119. Polscy żołnierze myśleli, jak przeżyć; francuscy, jak się wzbogacić.

Jednak niektóre bataliony legionów, mimo nakładanych kar, cieszyły się zasłużenie złą opinią. Trzeci batalion 2. legii w 1797 roku uważany był za oddział „z oficerami bez charakteru, birbantów, kompanii swych niepilnujących, żadnego porządku w nich nieutrzymujących, dnie całe po sklepikach na pijaństwie trawiących tak dalece, że wstyd się pokazać w mundurze polskim”. Szefował mu, czyli dowodził Tomasz Zagórski, który podał się do dymisji, nie mogąc zapanować nad pijaństwem podwładnych i brakiem dyscypliny. Jednak generał Dąbrowski namówił Zagórskiego do energiczniejszych działań wobec podkomendnych, z dobrym zresztą skutkiem, co przywróciło subordynację pośród kadry oficerskiej.

Z kolei 2. batalionem 2. legii dowodził Lipczyński, hulaka i hazardzista, przy tym o słabej głowie, fatalny wzór dla swych oficerów. Spotkania towarzyskie na kwaterach oficerów, gdzie miał królować niskoprocentowy poncz, zmieniały się często w miejsce pijatyk, awantur, bijatyk i pojedynków. Nie powiodły się próby przeniesienia życia towarzyskiego oficerów tego batalionu z kwater do austerii, gdyż tam z kolei podpici legioniści tłukli naczynia, grozili szynkarzom itp. Dowództwo i sąd 2. legii, a w końcu generał Dąbrowski napominali Lipczyńskiego, karali, lecz nie został on zdymisjonowany, gdyż było pewne, że podczas działań wojennych batalion na czele z szefem Lipczyńskim będzie walczyć z najwyższym poświęceniem i brawurą. Co też się działo, aż do bohaterskiej śmierci Lipczyńskiego w 1799 roku podczas ataku na skrzydło austriackie w Pastrengo120.

Przy winie awanturowano się, ale i godzono. Alkohol pity umiarkowanie bywał najlepszym środkiem mediacyjnym. Opisał to Jan Dembowski w liście do Józefa Wybickiego z 3 września 1797 roku, kiedy to łagodzono fundamentalny, rzec można, konflikt między generałem Dąbrowskim a adiutantem Bonapartego Józefem Sułkowskim. Ten ostatni zarzucał twórcy legionów gonitwę za sławą i dlatego do legii nie wstąpił, pozostając w wojsku francuskim. Szef 1. batalionu S. Białowiejski „cały korpus oficerski bierze do siebie według zwyczaju polskiego, poncz i wino, [które] do reszty uśpić sprzeczki mają. Orkiestra zagrzmiała, tańce otworzone, brzęk kielichów, wiwaty nastąpiły. Żołnierze, oficery biorą na ręce generała [Dąbrowskiego], przysięgają z nim żyć [...] toż samo czynią z Wielhorskim [...]. Wiara całuje się z generałami”. Jednakże nawet po tak solennym zbrataniu się i ugodzeniu, przypieczętowanym toastami, Sułkowski nadal pozostał niechętny Dąbrowskiemu.

Edukacja w duchu wolności i braterstwa, odwoływanie się do obywatelskich równości i powinności, choć przynosiło w Legionach wspaniałe wyniki, to przecież nie było wystarczające. Wszędzie i zawsze zdarzali się ludzie z trudnością poddający się społecznym wymogom i wojskowej dyscyplinie, różnie zachowywali się żołnierze pod wpływem alkoholu. Toteż, aby zachować subordynację, w 1798 roku w Legionach przyjęto Artykuły wojskowe francuskie z przyłączeniem niektórych artykułów polskich dla Legionów Polskich. Były one surowe, lecz wykluczały chłostę i tortury. Niekiedy jednak, gdy napomnienia i nagany nie skutkowały, zdesperowani oficerowie nakazywali wymierzać, na przykład złodziejom, kary 30 kijów. Niekiedy karę śmierci zamieniano na kije, byle ocalić życie żołnierza. Jednak generał Dąbrowski był zdecydowanie przeciwny chłoście, tym bardziej że legioniści nader często byli obdarci, wygłodniali, spragnieni, co po części tłumaczyło ich naganne czyny121.

W Artykułach wojskowych nowocześnie potraktowano sprawę przestąpienia prawa czy regulaminów w stanie nietrzeźwości. Niegdyś w czasach sarmackich czyn pijaka traktowano jako nieświadomy: był nietrzeźwy, nie wiedział, co robi. Natomiast w Artykułach w tytule trzecim zmieniono ten pogląd, dowodząc, że „stan upojenia ani nie tłumaczył, ani nie zmniejszał przestępstwa”. Żołnierz w stanie nietrzeźwym na ulicy miał być aresztowany, a brak dbałości o wygląd, co się często przytrafiało niepohamowanym w piciu, skutkował miesiącem aresztu o chlebie i wodzie, dwoma miesiącami w przypadku recydywy i degradacją podoficera na trzy miesiące122. Przyjęcie ostrych artykułów związane było z rozprzężeniem w Legionach, które według zamysłu generała Dąbrowskiego miały dawać przykład Europie, zachowując się nienagannie w marszach, bojach i na kwaterach „jedynie z miłości do ojczyzny”.

Podczas szykowania się wojsk Bonapartego do inwazji na Egipt wiosną 1798 roku znów pojawiła się nadzieja na transport legionistów do Polski. Sądzono, że oddziały Bonapartego będą lądować w porcie na Adriatyku. Józef Drzewiecki przesyłał w związku z tym Józefowi Wybickiemu piosenkę, z mocnym akcentem alkoholowym:

Jutro będziem ochotować,

Idźmy po wino fasować.

Już o tym wszyscy gadają,

Że nas w polski ląd wieźć mają.

Wiadomo jednak, że wino to trunek Francuzów, i choć uskrzydla ono do boju potomków zarówno Galów, jak i Polaków, to

Jak do Polski pójdziemy,

Tam to fasować będziemy.

Piwo, chleb i wódka tanie.

O Polska, nasze kochanie.

Tamże legioniści, którzy ulegali wzorcom francuskim i włoskim, nie zawahają się rozprawić z wyzyskującymi ich od wieków duchownymi:

Naszych księży wygoniemy,

Po nich combry123 zabierzemy.

Człowiek muzykę sprowadzi,

Już mu za to wszyscy radzi.

Bracia, gdy będą wolnemi,

Dadzą wam po kawał ziemi

— do czego, jak wiemy, nawoływał Wybicki124.

Tymczasem generał Bonaparte ruszył do Egiptu, zabierając ze sobą brygadiera Józefa Sułkowskiego i kilkudziesięciu Polaków, w tym generała Józefa Zajączka. Wykorzystując nieobecność „Korsykanina”, wrogowie Francji, na czele z Rosją i Austrią, zwani powszechnie zarówno przez legionistów, jak i Francuzów „tyranami”, zawiązali nową koalicję antyfrancuską w 1798 roku. Z południa uderzyły we Włoszech, gdzie stacjonowały Legiony, siły Królestwa Neapolu.

Szybko dał się odczuć brak Napoleona. Protegowany dyrektora Paula Barrasa, Bartłomiej Schérer, trzykrotnie powoływany na wodza i ministra wojny, na ogół był „pijany i w rozkoszach zatopiony, całe Włochy, całe wojska i nasze nieszczęśliwe legie na ofiarę oddał i pożogi dopuścił”, żalił się Wybicki125.

Ale Polacy stanęli dzielnie do walki z koalicyjną nawałnicą. Wkroczyli pierwsi do Rzymu w maju 1798 roku i wywarli dobre wrażenie swym wyglądem, mundurami, dorodnością i subordynacją. Otwarły się drzwi i okiennice: dotąd zawarte wskutek rozsiewanych plotek Francuzów, „jakoby Polacy mieli być ludźmi dzikimi i okrutnymi”126.W rzeczywistości większość legionistów była ludźmi bogobojnymi, co śmieszyło z kolei Francuzów. Włosi przekonali się szybko, że polscy chłopscy legioniści dalecy byli od podnoszenia ręki nawet na kościelne naczynia i obrzędy, tak jak czynili Galowie. Gdy francuscy spadkobiercy jakobinów i sankiulotów jeszcze niedawno podczas rewolucji wprowadzali kult rozumu, wyrzucając szczątki królów z grobowców i łupiąc kościoły, polscy legioniści leżeli krzyżem przed iglicą na placu św. Piotra, obeliskami egipskimi czy też symbolem płodności, co pobudzało Francuzów do śmiechu127. Rzymianie co najwyżej dziwili się adoracji pogańskich zabytków, wspólnie z Polakami klękając przed księdzem idącym z wiatykiem. Zapewne było to częste, zważywszy na liczbę księży w Rzymie i to, że legioniści strzegli kluczowego zamku św. Anioła koło Tybru.

Widoczną pobożnością żołnierze polscy zyskali dużą przychylność także mieszkańców Zatybrza. Zapuszczanie się Francuzów w tamtejsze wąskie uliczki groziło śmiercią, gdyż rozplenieni we Włoszech nożownicy głównie kąsali sztyletami właśnie francuskich bezbożników. Natomiast Polacy byli oszczędzani jako ludzie bogobojni, pomimo że trzymając warty i straże, legioniści musieli wykonywać też egzekucje na przyłapanych sztyletnikach włoskich i rabusiach francuskich.

Na nich też opierali Rzymianie swe nadzieje na łagodną okupację. Jak zauważył kardynał Giuseppe Sala, legioniści otrzymali w maju bardzo dobre wyżywienie i duże racje wina, pomimo trudności w zaopatrzeniu128. Dla oficerów na Kapitolu zorganizowane zostało kasyno, „gdzie przy winie prowadzono rozmowy i grano w bilard”129. Generał Dąbrowski, zwalczając hazard, zamiast kart usiłował bowiem wprowadzić modę na grę w bilard. Natomiast inni przeciwnicy alkoholu — Żółtowski i Kniaziewicz — mieli wpływ na redakcję Artykułu o pijaństwie, które w niczym nie usprawiedliwia popełnionego występku.

Dąbrowski z żoną spraszali do kasyna oficerów swego sztabu. Ale ponieważ generał był prawie abstynentem, nader oszczędnym w piciu trunków, bardziej lubiany był generał Wielhorski ze względu na szeroki gest. W jego kwaterze do ponczu i kart codziennie wieczorami zasiadało wielu oficerów; nic dziwnego, że w związku z takim trybem życia Wielhorski cierpiał na ataki podagry, które pod koniec życia uczyniły z niego kalekę. Lubił też podbijać serca niewieście, co skończyło się niemałym pośmiewiskiem, gdyż obiekt jego starań, księżna Lamertini nie zaakceptowała jego siwizny. Generał kupił więc u jakiegoś szarlatana pomadę, po której użyciu poczerniała mu twarz i część włosów, „i wąs na dnie hebanowy, został rudy, a biedny generał w wielkim był kłopocie, by choć do dawnego siwego powrócić”.

Choć się z generała śmiano, to wino załagodziło złe nastroje, bo generał „był to człowiek tak dobrego towarzystwa, tak wymowny i dowcipny, że go księżna zapomnieć nie mogła pomimo śmieszności”130. Jak bardzo Wielhorski lubił alkohol, a raczej stan po jego spożyciu, świadczy znamienny list do Józefa Wybickiego: „kawę proszę przygotować w Kronowie i winko dobre, ale też zaraz i łóżko niech będzie, bo myślę upić się, jak bestia”131. Niestety w kasynie na rzymskim Kapitolu doszło też do fatalnej zwady i pojedynku, który kosztował życie majora 1. legii Macieja Zabłockiego.

Inni, jak Karol Kniaziewicz, Franciszek Rymkiewicz czy Józef Wybicki, przedkładali książkę i pogłębianie wiedzy nad popijawy i gry w karty132. Niemniej jednak, gdy generał Rymkiewicz wyjeżdżał w lutym 1798 roku do Mantui objąć dowództwo nad 2. legią, „żegnano [go] w Rzymie tęgą libacją”133. Generał Dąbrowski, generał Kniaziewicz i kapitan Edward Żółtowski oprócz alkoholizmu tępili hazard, jako źródło wielu problemów zadłużonych oficerów. Te dwa uzależnienia często się łączyły, na przykład generał Jerzy Grabowski i adiutant Władysław Jabłonowski pili „z rozpaczy, bo po uszy byli w długach”, a potem z radości, gdyż objęli dowództwo republikańskiej armii rzymskiej134. W końcu każdy powód do popijawy jest dobry. Natomiast hazard fatalnie skończył się dla podporucznika Rutkowskiego (Rudkowski) z 2. batalionu 2. legii, który zgrawszy się w karty 4 lutego 1799 roku, „śpiewając, w łeb sobie strzelił”135.

Sytuacja w Rzymie pogorszyła się, gdy do miasta szerszą falą napłynęły wojska Bonapartego, który wrócił z Egiptu po nieudanej kampanii. Francuzi szerząc deizm, wypędzali kleryków z klasztorów, niszczyli konfesjonały, które Żydzi sprzedawali na podpałkę. Zabierali też złoto, srebro, miedź, mosiądz z obiektów sakralnych do produkcji monet.

Tym samym weszli w konflikt z pobożnymi Polakami. Jednak zarówno francuskie bataliony, jak i legioniści potrzebowali żołdu, prowiantu i wina, których brakowało. Zaczęli zatem sprzedawać losy popularnej loterii i wyprzedawać sprzęt z kwater, które zajmowali. Kardynał Sala opisywał też inne nagminne — a wspomniane już — praktyki legionistów w Rzymie: wchodzili do szynków, jedli i pili, po czym nie płacili, oznajmiając, że zapłacą po otrzymaniu żołdu. Zdesperowany właściciel wzywał patrol obywatelski, ale ten na ogół nie mógł sobie poradzić z podpitymi wojakami, więc kończyło się interwencją regularnego wojska i aresztem. Jeden z przypadków skrajnej niesubordynacji zakończył się rozstrzelaniem krewkiego legionisty136.

„Jasnowłose olbrzymy” z Legionów cieszyły się wielkim powodzeniem u Rzymianek. Niektórych kosztować to będzie zarażenie praktycznie nieuleczalnym wówczas syfilisem. Bywało, że oficerowie zabierali ze sobą piękności nawet z domów publicznych; podoficerowie wiązali się najczęściej ze śmiałymi, odważnymi niczym gwardziści, markietankami wiozącymi ze sobą na wozie konnym koło straży tylnej przenośny bufet z żywnością, wódką i winem. Pułkownik Franciszek Gajewski był pełen podziwu dla ich odwagi, gdyż momentami przypominały one sanitariuszki: „widziałem owe markietanki roznoszące wódkę czy wino wśród gradu kul, a pokrzepiające bezpłatnie żołnierzy, osłabionych utratą krwi, widziałem je wśród śniegów moskiewskich, noszące ratunek zmarzniętemu wojsku, zabierające go na wozik i uwożące ze sobą, widziałem z karabinkiem w ręku w razie napadu. Ale wstąpmy na chwilę do ich szałasu (la cantine)! Tu wesoła wrzawa, przed szałasem rozniecony ogień, a przy nim la papotte, zupa, ulubiona strawa francuska. Tu także targ [...] tam rubaszna biesiada lub też litościwe opatrywanie rannego; kostki, karty, pijatyka, a niekiedy kłótnie. Markietanka krząta się wśród gości, ma staranie o każdego; jest matką żołnierzy”. Natomiast jej mąż, służący jako sierżant, choć z krzyżem Legii Honorowej na piersi, „poddał się rządom pantofla”137.

Przypisywanie markietankom jedynie roli szynkarek i prostytutek jest zatem wielce krzywdzące; kobieca chęć pomocy rannym, a jednocześnie swoiste panowanie nad tymi „dużymi chłopcami”, którzy się upijali i bawili w wojnę, sprawiały, że wiele spośród markietanek wykraczało poza wyznaczone im role bufetowych.

Inni oficerowie, szukający wsparcia finansowego, podobno wykorzystywali podstarzałe arystokratki, które ich utrzymywały. Nie było to mile widziane i na ogół kończyło się fatalnie dla oficerów podejrzewanych o to, że są utrzymankami. Zmuszano ich do dymisji albo po upojnej nocy ze starszą damą dostawali znienacka cios sztyletem od służących włoskich łasych na pieniądze pani i niezważających na konsekwencje mordu.

7. Przypadek kapitana Dziurbasa

Niezwykłe przygody przeżył kapitan Dominik Dziurbas. Ten syn sukiennika pomimo ułomnej i niewielkiej postury służył kolejno w wojsku austriackim, w pruskim regimencie Wittinghofen jako sierżant, w wojsku hiszpańskim, parmeńskim i francuskim, by w końcu trafić do Legionów Polskich. Zasłużenie uchodził on za birbanta „brzydkiego jak noc”, a służba wojskowa i picie wydawały się i w istocie były treścią jego życia.

Pewnego dnia 1798 roku po miłym śniadaniu przyprawionym winem kapitan Dziurbas wyszedł z austerii wraz z porucznikiem Stanisławem Zdorą. Obydwaj byli „podochoceni”. Wtem przed ich przymglonymi od alkoholu oczami pojawiła się zapłakana piękna dziewczyna wychodząca z kościoła.

Kapitan Dziurbas wyznał potem, że „jak ją w tym oto przyległym kościele widział, serce mu i rozum opanowała”. Wynikałoby z tego, że już wcześniej owa piękność przyciągnęła jego uwagę i serdeczne uczucia. Chyba nawet coś jej wyznał, bowiem także kobieta, widząc Dziurbasa, zawołała: „Otóż i pociecha moja!”. Po czym wyznała, że została wykradziona z klasztoru przez francuskiego oficera, który ją porzucił. Następnie piękność zainteresowała się stanem finansowym kapitana i stwierdziła, że może za niego wyjść za mąż, jeśli „ją utrzymać jest w stanie i czy ślub formalny zaraz nastąpić może”.

Podpity kapitan się zgodził i ślub cywilny zawarł natychmiast pod „drzewkiem wolności”. Józef Drzewiecki był tym zdarzeniem poruszony, gdyż piękna niewiasta przyciągała uwagę dorodnych oficerów polskich, a wybrała brzydala. „Nie uwierzysz, jenerale — mówił Józef Drzewiecki do generała Karola Kniaziewicza — ile tam z naszej młodzieży próbowało szczęścia nadaremnie, teraz gdybyś wiedział, jak szlocha za nim szczerze!

— Wiem — odparł jenerał — że to łotr, kobieciarz, ale skąd mu taka piękna żona? Stary, koślawy, podobno się upija, szkoda tej biednej”138.

Miłość jest ślepa, chciałoby się powiedzieć. Losy niecodziennego małżeństwa były jednak niespokojne, gdyż świeżo poślubiona mężatka została niebawem odesłana z Neapolu do Gaety, do rodziny: zrozpaczona i zapłakana z powodu utraty ukochanego kapitana Dziurbasa. W końcu ojciec młodej mężatki przebaczył jej opuszczenie klasztoru i niewczesny mariaż z biednym Polakiem w mundurze. Tym razem to on wybrał jej męża i wydał za bogatego posła hiszpańskiego; ślub nie odbył się jednak pod „drzewkiem wolności”, a w kościele, jak Bóg przykazał.

Mimo to tkwiła w niej zadra pamięci i miłości do dawnego umiłowanego męża, który ją wyciągnął z życiowych opresji. Pełna „spazmatycznych cierpień” zjawiła się przed Józefem Drzewieckim we Florencji, już jako bogata dama z okazałym ekwipażem. Dowiedziawszy się, w którym batalionie służy kapitan Dziurbas, „zaczęła płakać, że go widzieć nie będzie, otwiera mi się z zaufaniem, że go sprowadzić mogę i że to natychmiast uczynię; na koniec dodaje: »Ja go ukochałam, był tak dobry dla mnie, w mojej złej doli sercem mu ślubowałam, teraz bym go widzieć nie miała?«”.

Przeżyła rzeczywiście sporo, zanim poślubił ją wspomniany Hiszpan, bawiący u jej ojca. Jej próba rozliczenia się z przeszłością i z samym Dziurbasem wskazuje na wrażliwą naturę. Tymczasem Drzewiecki ściągnął ze Sieny kapitana. „W końcu stanął pan Dziurbas; mały, trochę ułomny, mocno siwy, twarz często rozogniana napojem [alkoholowym] miała kolor płonącej miedzi, nos pokrywały wyrostki liczne, chwiały się nogi, a źle uwiązana szabla brzękała, wlokąc się po ziemi; choć czapkę na bakier nosił, nie nadawało mu to postaci zuchwalca, ale raczej podochoconego wojaka”.

Hiszpański mąż towarzyszył żonie. Poprosił Drzewieckiego o uprzednie pokazanie mu Dziurbasa, gdyż „umiem czytać w twarzach”, oznajmił. Drzewiecki zgodził się i „dawszy Dziurbasowi dobry obiad i dostatkiem wina, poszliśmy do kawiarni umówionej. Był tam już Hiszpan, wziął mnie na stronę i bystrym wzrokiem przychodzących mierzył, a gdy Dziurbas go mijał, rzekł: »Przynajmniej nie za tym żona moja spazmuje«.

Jakże się zdziwił, gdym mu powiedział, że za nim właśnie. Tak to miłość dziwaczyć umie! Pytał mnie, czy nie żartuję. Alem go zapewnił; targał dłonią piękny wąs czarny, namiętnie w języku swoim złorzecząc”.

Przed powrotem do domu do żony poprosił jednak Drzewieckiego: „Dopomóż mi pan, wyśmiejem ją obydwa, to będzie najlepsze lekarstwo”.

Legionista zgodził się, po części i dlatego, że kapitan Dziurbas w tym czasie uwodził już kolejną dziewoję; zdaje się, że znów z niezłym skutkiem, wspomagany alkoholem. Wtem „przybyła z mężem w okazałym pojeździe owa dama, gdy nieświadomy jeszcze swego losu Dziurbas spokojnie wychylał szklanicę dobrego wina. Zdrętwiał, ujrzawszy ją; ona się z wejściem ociągała, potem raptem śmiało zbliżyła się do niego, pytając, czy ją poznaje. Dziurbas się do łez rozczulił, lecz uczucie, a może ostatnie szklanice zamknęły mu usta, drżał tylko i rad się był skryć pod ziemię.

»Przeszliśmy koleje dziwnego losu — rzekła ona — chciałam ci podziękować jeszcze, żeś mnie wyrwał z okropnego położenia; choć twardą przeszłam drogę, Bóg mnie ocalił na koniec. Kościół i nowe śluby zniweczyły nasze dawne związki, mąż mi przebaczył przeszłość, zostaje mi zapytać ciebie, w czym ci wzajemnie użyteczną być mogę«.

Zdobył się Dziurbas na odpowiedź: »Chyba przeszłości powrotu mógłbym żądać, a gdy to niepodobna, dość dla mnie, że cię widzę szczęśliwą«.

»Choć bardzo nieładny, ale jakiś uczciwy i szlachetny człowiek — rzekł Hiszpan — widzę to po odpowiedzi jego. Nie przywodź go pan jednak do nas — dodał — boby się młodzież wyśmiewała z takiej farsy. My jutro opuścimy miasto, a jeśli to zdarzenie powróci jej spokojność, miło nam będzie wspomnieć, że w części winni to jesteśmy panu«.

Na tym się rzecz ta skończyła”, napisał Drzewiecki139.

Z zachowanych opisów i ocen wynika, że kapitan Dziurbas był alkoholikiem — ta szkarłatna twarz, ten dygot — ale w wydaniu raczej depresyjnym niż agresywnym. Zachowywał się nad wyraz łagodnie, podczas gdy inni tego nie potrafili, nawet w kontaktach z kobietami. Na przykład porucznik Aleksander Padrewski zarąbał szablą wiarołomną żoną Włoszkę, za co został w listopadzie 1799 roku rozstrzelany.

Dobrą opinię o kapitanie Dziurbasie mieli także jego przełożeni. „Żołnierz od dzieciństwa; odebrał rany we Włoszech i pod Offenbach dowiódł, iż mu nie braknie ani odwagi, ani rozporządzenia w boju. To, co mu wiek i słabość nie dozwalają, energią nagrodzić stara się, widno jednak w rządzie kompanii jego, iż mu czasem sił braknie, aby sam mógł dojrzeć i grzeszy ufnością w unterofficerach [podoficerach — J.B.], w których wyborze nie jest zawsze szczęśliwy. Mówi dobrze po niemiecku i po francusku wytłumaczy się”140.

Po tych przygodach z byłą żoną i jej niezwykłych odwiedzinach z obecnym mężem los rzucił kapitana Dziurbasa w nieszczęsnej misji półbrygad polskich na San Domingo. We wrześniu 1802 roku został dowódcą kompanii grenadierów 2. batalionu 3. polskiej (113. francuskiej) półbrygady. Walczył na Haiti, do końca dzielnie, i zginął w lutym 1803 roku podczas walk ulicznych o Môle-Saint-Nicolas. Jego żołnierze zdołali wtedy wyprzeć czarnych z miasta, a po śmierci bohaterskiego kapitana jeden z fortów został nazwany jego imieniem.

8. „8 kasztanów i 4 żaby” oraz 300 tysięcy pint wina

W listopadzie 1798 roku na Wieczne Miasto uderzyli Neapolitańczycy pozostający w sojuszu z Austriakami. Bardzo się wtedy przydały miłosne znajomości, gdyż Rzymianki ukryły wielu polskich oficerów, co ochroniło im życie doczesne i nie tylko. Mściciele z Neapolu nie przepuścili bowiem nawet trupom francuskich oficerów, wydobywając je z grobów i spławiając Tybrem.

Odwet nastąpił w latach 1806-1807, kiedy to Polacy wzięli udział w podboju Królestwa Neapolitańskiego. Wkroczyli do Neapolu i najpierw hamowali rozwścieczonych Francuzów, którzy mścili się krwawo za pastwienie się Neapolitańczyków nad ich rodakami w Rzymie. Ale w końcu doszło też do krwawych porachunków i łupiestwa Neapolu także ze strony legionistów.

Wojna wołała o krew i wino. Wiosną 1799 roku francuski generał François-Philipp de Foissac-Latour został zablokowany w Mantui przez armię austriacką feldzeugmeistra barona Pawła Kraya. Miasta broniło także 1800 żołnierzy z Legionów Polskich, a dowodził nimi generał Józef Wielhorski. Według generała (potem marszałka) Emmanuela Grouchy Mantua była bardzo dobrze zaopatrzona w żywność i napoje i mogła wytrzymać roczne oblężenie. Jednakże de Foissac-Latour popełnił fatalne błędy: nie potrafił uchronić zboża, które zatęchło, upały obniżyły stan wód, więc nie było czym rozcieńczać wina, po czym generał wyprzedał ludności suchary, obawiając się, że spleśnieją. Doprowadził też do tego, że padła znaczna liczba zwierząt rzeźnych.

Natomiast pozytywnym posunięciem de Foissac-Latoura był zakaz picia czystej wody i wydanie wojsku racji wina i octu. Szybko przerodziło się to w handel napojami wyskokowymi, gdyż generał został później zasadnie oskarżony, między innymi o sprzedaż wódki i wina w celach zarobkowych. Tymczasem napoje alkoholowe były wówczas szczególnie potrzebne jako lekarstwo, gdyż chroniły już nie tylko przez zakażeniami, ale i wpływem niezdrowego klimatu Mantui: wyziewy z mokradeł mieszały się z porannymi mgłami i wilgocią, po czym palące słońce odbierało żołnierzom energię i zdrowie. Lazarety zapełnione były ponad pół tysiącem chorych żołnierzy, a miesięcznie kilkuset chorych na malarię żołnierzy umierało141.

30 lipca 1799 roku na mocy umowy kapitulacyjnej Austriacy wkroczyli do Mantui. Mieszczanie wiwatowali na ich cześć, nienawidząc Francuzów i Polaków ze względu na grabieże. Krzyczano pod ich adresem: „Złodzieje! Mordercy!”. Polaków po kapitulacji spotkało podwójne upokorzenie: kolumnę polską jako wychodzącą ostatnią z twierdzy Austriacy potraktowali jako dezerterów. Łamiąc warunki kapitulacji, żołnierze cesarscy rozpoczęli wyciąganie Polaków z szeregów, rozrywając chorągwie legionowe, kłując żołnierzy bagnetami, bijąc oficerów. „Wzdraga się pióro określić gwałty, rozboje, napaście, zgwałcenie wiary traktatu popełnione względem Polaków, którymi Austriacy zhańbili ten dzień swojej sławy”, pisał świadek tych wydarzeń, generał Antoni Amilkar Kosiński.

Tylko 285 żołnierzy polskich, przebierając się w mundury francuskie, zdołało umknąć Austriakom. Na ogół zmarli w drodze do Francji, gdyż wygłodniali Francuzi nie chcieli dzielić się jadłem i winem. Legia z Mantui wyszła zdziesiątkowana, więc Austriacy do swych szeregów wcielili niewielu legionistów po ukaraniu ich chłostą.

Generał de Foissac-Latour, który poddał Mantuę, został zmuszony do wytłumaczenia się przed francuskim sądem wojennym w Grenoble. Pomimo że przedtem wychwalał Polaków za męstwo, to potem zmienił zdanie, usiłując zachować dobre imię. „Zamilczał o własnych błędach w czasie obrony [Mantui] popełnionych, a na to miejsce fałszywie oskarża Polaków o pijaństwo i stąd wynikłą ślepotę, zdradę im nawet zadać nie wzdraga się”, pisał Kosiński142. Latour dodał do tego dziwaczną opinię, że „Polacy wskutek nadużywania alkoholu cierpieli na ślepotę nocną tak, że w nocy nie można było na nich polegać, a Austriacy atakowali głównie nocą”.

Francuskiemu generałowi odpowiedział Amilkar Kosiński. Przypomniał Latourowi, że „pili wszyscy, aby uchronić się przed malarią, zarówno Francuzi, jak Polacy”. Na korzyść trzeźwości Polaków świadczył też fakt, że alkohol bardzo zdrożał podczas oblężenia, więc o upijaniu się Polaków nie mogło być mowy, tym bardziej że otrzymywali oni, jak też cała załoga ledwie trzecią część żołdu. A ślepota po zmierzchu nie miała związku z alkoholem, lecz pogarszającym się z wiekiem widzeniem. Cierpiało zresztą na nią kilku żołnierzy; reszta widziała dobrze i odpierała nocne ataki143.

Wiosną 1799 roku do Włoch wkroczyły wojska rosyjskie feldmarszałka Aleksandra Suworowa. W krwawych walkach pod Weroną, Magnano, w oblężonej Mantui, a szczególnie nad Trebbią w czerwcu 1799 roku w 1. legii ubyło 2 tysiące żołnierzy. W 2. legii generał Dąbrowski miał ich do dyspozycji tylko 800. W szczególnie wyczerpujących i krwawych walkach nad Trebbią legioniści i oficerowie żywili się tylko raz dziennie; brakowało napojów alkoholowych, więc obawiano się wybuchu epidemii. Dopiero w sierpniu Dąbrowski mógł napisać „do obywatela Wybickiego”: „Mimo tylu strat, mimo tylu okropnych zdarzeń ani ochoty, ani nadziei nie tracimy i czasem sobie wypijamy poncz w kupie i Ciebie wspominamy”. Po czym znów tradycyjnie zwraca się o pieniądze i ubranie żołnierza tak, że „w krótkim przeciągu czasu mógłbym wystawić 4 tysiące ludzi”144.

Legion i Armia Włoska dowodzona przez generała Jeana Moreau została wycofana do Ligurii. Oddziały potrzebowały zaopatrzenia. Tymczasem przydział dzienny przewidywał „8 kasztanów i 4 żaby”145. Zapotrzebowanie aprowizacyjne było ogromne: samych wołów przeznaczonych do pożarcia przez wojsko liczono na 5 tysięcy sztuk. Przetarg na zaopatrzenie wygrała „Kampania Bodina” i z jednego wywiązała się bez zarzutu: sprowadziła 300 tysięcy pint, czyli około 140 tysięcy litrów wina, trzy razy mniej wódki (sądząc po cenach) i octu służącego również do konserwacji wody. Polacy jednak sarkali, gdyż byli przyzwyczajeni do codziennych dawek piwa jako napoju stołowego, a wino nader często traktowali jako napój wyskokowy, a nie stołowy jak Francuzi. Jednak wino było także szczególnie potrzebne legionistom, gdyż przywieziony chleb okazał się marnej jakości lub spleśniały, a alkohol neutralizował choć część toksycznych związków.

W 1800 roku stan Legii Włoskiej był rozpaczliwy. „Żołnierze żyją tylko chlebem i wodą”, śpią na kwaterach wyposażonych jedynie w słomę — pisał w lipcu generał Dąbrowski do intendentury francuskiej — i to chlebem wydawanym po pół bochenka dziennie. Białego pieczywa nie otrzymywali i co gorsza, „nie wydawano ani wina, ani zalecanego zmieszanego z wodą octu. Żołnierz żebrał po domach, kradł jarzyny i owoce w sadach. Nie było ani naczyń, ani drzewa, by ugotować ciepłą strawę”. Brak dezynfekowania wody przez alkohol lub ocet czy przegotowanie odbijał się też fatalnie na stanie zdrowia legionistów146. Oficerowie zastawiali, co się dało, byle przeżyć, a generał Dąbrowski oddał w zastaw nawet swą „złotą szablę”.

Trudne warunki bytowania wpływały na wzrost niesubordynacji. Trudno się dziwić: chodziło o to, by przeżyć albo umrzeć w walce, a nie z głodu i pragnienia. Dąbrowski, pomimo wyrozumiałości, był w takich przypadkach surowy, widząc, że okazaniem słabości nic nie wskóra. „Za palenie lulki na ulicy” w Mediolanie ordynował dwa tygodnie cytadeli, za awantury po pijanemu, jak też hazard w publicznych bodegach wymuszał na oficerach dymisję.

Kary były konieczne, gdyż na ulicach włoskich miast dochodziło do małych zamieszek, kiedy to Polacy podochoceni winem pitym na pusty żołądek zachowywali się głośno, co wywoływało interwencję włoskich służb i aresztowanie pijanych awanturników. Bywało wtedy, że inni legioniści odbijali ich siłą. Żołnierze buntowali się też, gdy nie otrzymywali dziennego przydziału kieliszka wina i tytoniu. Machorka była pożądana nie tylko przez żołnierzy, ale i oficerów, którzy nie mieli nic przeciwko paleniu. Sądzono bowiem powszechnie, że palenie lulki zapobiega spaniu na warcie i tłumi głód.

Sytuacja zabiedzonych resztek legionów poprawiła się wraz ze zwycięstwami Napoleona. Ryzykownym manewrem przerzucił on swe siły przez Przełęcz Świętego Bernarda do Włoch i odniósł zwycięstwo pod Marengo w czerwcu 1800 roku. Wraz z sukcesami militarnymi ustały także spory polskie we władzach politycznych, a przynajmniej nie znalazły one odbicia w Archiwum Wybickiego.

Siły legionowe znów się wówczas odradzały. Męstwo i bojowość polskich legionistów, ich sukcesy sprawiły bowiem, że generał Kniaziewicz za zezwoleniem francuskiej Rady Pięciuset jesienią 1799 roku zorganizował Legię Naddunajską, stając na jej czele. Także generał Dąbrowski odbudował 6-tysięczną 1. Polską Legię. Biła się ona pod Offenbach, a 18 października 1800 roku pod Hohenlinden przechyliła szalę zwycięstwa na korzyść Francuzów.

Wojna z udziałem Polaków weszła w granice niemieckie. Dąbrowski, dawny podchorąży wojsk w Saksonii, przesiąknięty niemiecką kulturą, tym razem nie ograniczał zamiłowania swych podwładnych do zabaw i innych ludycznych rozrywek, byle nie prowadziło to do awantur, bójek, kradzieży i przestępstw. Stacjonujący na wyspach Renu oficerowie urządzali nawet co dziesięć dni ogniska przy drzewku wolności połączone z piciem wina i degustacją polskich potraw, aby rozerwać i utrzymać żołnierzy przy sobie147. Dla stacjonującego tam wojska Palatynat był „mlekiem i miodem płynący”.

Legia Naddunajska odeszła na leże zimowe w dolinie rzeki Krems. Kwaterę główną rozłożono w bogatym opactwie Kremsmünster. W zastępstwie generała Kniaziewicza rozkoszował się tam życiem Michał Sokolnicki, którego „architektura i rysunek ulubionym były zatrudnieniem w Paryżu, nauki fizyczne wyłącznym jego przedmiotem”148. Zastępując Kniaziewicza, nadal poszerzał swą wiedzę w bogato wyposażonej bibliotece opactwa i degustował stare wina, „którymi słynęły okolice Kremsmünster”149.

Wspaniałe wina miał również w piwnicach klasztor Bernardynów w Vigevano. W tamtejszym zamku Viscontich stacjonowali polscy ułani, mający własną piekarnię. Do świeżego pieczywa we wszelkiej postaci potrzebny był odpowiedni napój i ułani szybko odkryli drogę przez lochy do piwnicy klasztornej. Braciszkom podczas trzech miesięcy ubyło aż 60 kuf starego wina, wypitego przez spragniony regiment150.

Według nowych planów Napoleona Legia Naddunajska generała Karola Kniaziewicza miała być skierowana na wyprawę do Bawarii z armią generała Jeana Moreau, w której skład wchodziła. Ale Kniaziewicz wątpił już w sens wojny Napoleona z całym bez mała światem i zamierzał wrócić pod „kabankę”, czyli strzechę rodzinną, bowiem „Północ naszych panów tyle obchodzi, ile mnie dziki człowiek interesuje, o którym gazety nieustannie piszą”. Po czym użył alkoholowego porównania: „Ja wojnę uważam jak przykre lekarstwo dla uzdrowienia koniecznie potrzebne, które zmarszczywszy się, połykam, a sławę, którą żołnierz nabywa, jak wino szampańskie uważam, które musując, nas bawi i tego tylko upoi, co starego węg[i]erskiego wina nie zakosztował [...]. Za dni 10 się wojna rozpoczyna”151. Mimo że Kniaziewicz uchodził za jednego z najtrzeźwiejszych wyższych oficerów, z tego listu znać zamiłowanie do węgrzyna, już w końcu XVIII wieku wypieranego na pańskich stołach przez lżejsze wina francuskie, w tym szampan.

9. „Kloaka smrodów”

Bez wątpienia początkom legionów towarzyszyły cne, patriotyczne zamiary, myśli i uczucia. „Masz prawo, cnotliwy Wybicki, kochać nas, Twój patriotyzm jest dla nas przykładem, pójdziem do Polski, a wszystkich serca są dla Ciebie, z Dąbrowskim, z Tobą i podobnymi żyć i umierać”, pisał Jan Dembowski do Józefa Wybickiego152. Jednakże wraz z pojawieniem się trudności, gdy legie toczyły ciężkie walki, w Paryżu emigracja znów zaczęła kopać pod sobą dołki, kłócąc się o sprawy polskie. Dobrze, jeśli była to część racjonalnej walki politycznej; gorzej, gdy tłem sporów były osobiste zawiści, urazy i pospolite przestępstwa.

Niektórzy nie oszczędzali nikogo w zapale podpitego krytykanctwa. Józef Neyman w swych paszkwilach, między innymi Na Dąbrowskiego, „donosił” o podpisaniu umowy przez polskiego generała z feldmarszałkiem Suworowem, że nigdy nie wystąpi przeciw wojsku rosyjskiemu. Większość zainteresowanych i tak o tym wiedziała, Dąbrowski walczył głównie z Austriakami, ale ten zarzut potrzebny był Neymanowi, by poradzić Kościuszce: „Oddal od siebie tych to intrygantów i złodziejów pieniędzy polskich. Mieszkasz w lochu, który jest kuźnią intryg, który jest sprzymierzony z Moskalami. Oddal partię Prusaków. Generał Kniaziewicz prześladuje patriotów. Sokolnicki przywiózł wielkie skarby, a kiedy się partyzanci zdrajcy Dąbrowskiego nurzają w złocie i zbytkach, patrioci cierpią niedostatek z potrzeb najgwałtowniejszych”.

Wydaje się, że Neyman miał poważne kłopoty ze sobą. Naraził się na procesy, ale że był le citoyen, obywatelem, więc jego pismo Kościuszko zreferował Barssowi „z sercem ucieśnionym boleścią”153. Natomiast Wybicki z właściwą mu inteligencją widział rzecz szerzej; nawołując do zgody i niepodrywania autorytetu „poczciwego Polaka”, „kochanego” generała Dąbrowskiego, dodawał: „Nie tylko wśród Polaków są niezgody, ten diabeł dziś jak nigdy nad wszystkimi ludami lata. Podziały, niesmaki, intryganty są we wszystkich sercach i umysłach”154.

Czasy były rewolucyjne, wojenne, przełomowe, przyszłość Legionów niepewna, a wtedy zawsze rozwiązywały się złe języki, narastały konflikty i pomówienia — szczególnie przy ogólnodostępnym „rozmownym” winie. Stąd w Paryżu „tutaj domowe między Polakami wrzaski: trocha ucichło przeciwko Dąbrowskiemu, napisano paszkwil na Barssa, atakowano listami Kościuszkę”, pisał generał Karol Kniaziewicz. Dochodziło do pojedynków155. Niebawem także Wybicki stracił nadzieję na opamiętanie się Polaków: „Kościuszko wyprowadził się od Barssa, chcąc tym powolnym krokiem uśmierzyć rozpuszczone usta, albo raczej wściekłe bestyje na resztę nędznych Braci [...]. Podobnego przykładu w naturze nie masz [...]. Co jednak w gruncie nie jest jak tylko kloaka smrodów [...]. Polak Polaka jeszcze szuka męczyć”, po cierpieniach walk w Italii, oblężenia Mantui, walkach nad Trebbią itd.156

W tyglu, jaki stanowiły Legiony i emigracja, pojawiały się też osoby dwuznaczne i szemrane. Stał się taką postacią wydrwigrosz, karciarz, organizujący, gdzie się dało, kasyna gry, intrygant, oficer carski, a potem insurekcji, w końcu prowokator na usługach rosyjskich Ignacy Chodźkiewicz (vel Chackiewicz, vel Chadźkiewicz), aspirujący do rangi... naczelnego dowódcy wojska polskiego. Jego pojawienie się w Rzymie wywołało popłoch samego generała Dąbrowskiego, gdyż Chodźkiewicz zapowiadał, że „Dąbrowski i Kniaziewicz pójdą na dół, bo nie ma patrzeć na kogo, a jego wezwą na czoło legii, jako dostatniego a starszego w kraju generała. Ta myśl rozeszła się i między naszymi, bo ją na dobrych podawano obiadach”, podczas gdy tenże hochsztapler „zbratawszy się z jenerałami i książętami Rzymu”, tą drogą chciał „do większego dobrać się świata, by bogatszych w grze obłowić”157. Działający bez zahamowań, osobiście odważny, a właściwie bezczelny, „człek dowcipny, wesoły”, pozyskujący zabawami młodzież legionową i rzymską, ten „wielki Szu” w Legionach uzyskał stopień szefa (dowódcy) szwadronu i nieoczekiwanie także na polu walki wykazał się odwagą i zimną krwią. „Sam o sobie mawiał, że jest najpierwszym w świecie łotrem”; był przy tym przednim aktorem otoczonym zgrają „płotek”, działających w misjach na jego korzyść158. Zyskał on poparcie francuskiego generała (później marszałka i księcia) André Masseny w Mediolanie i stanowisko jego adiutanta. Chodźkiewicz szastał pieniędzmi z niewiadomych źródeł i kusił nimi generała Zajączka, a nawet samego Dąbrowskiego. Emigrację intrygowało, skąd karciarz bez majątku ziemskiego czerpie tak wysokie dochody.

Okazało się niebawem, że w porozumieniu z dyrektorem Paulem Barrasem rozprowadzał wraz z Masseną fałszywe bankocetle159 austriackie. Miało to rozstroić gospodarkę finansową Cesarstwa, a przy okazji napełniało sakiewki osobom zamieszanym w tę aferę. Chodźkiewicz chciał też uzyskać patent generalski, na co jednak skrzywił się Bonaparte i generał Dąbrowski. Od tej chwili obydwaj stali się wrogami Chodźkiewicza. Intrygantowi udało się też doprowadzić do poróżnienia Kościuszki z Dąbrowskim.

Jednak policja wpadła na trop fałszerstw i Chodźkiewicz znalazł się w więzieniu Temple. Trafił też tam na tydzień Bogu ducha winny generał Józef Zajączek. Z jego relacji wiemy, że Chodźkiewicz za kratami w ciągu ośmiu miesięcy nadal prowadził rozrzutne i wesołe życie, organizując wesołe zabawy i rozpijając zarówno więźniów, jak i strażników160. Spalony w oczach legionistów, podobnie jak generał Zajączek, nie bał się jednak odpowiedzialności, gdyż w aferę fałszowania banknotów austriackich było zamieszanych wiele najwyżej postawionych osób we Francji. Korupcyjnej hydrze ukręcono łeb.

Jak w każdej społeczności, szczególnie w wojsku podatnym na skrajne napięcia w wojnach, połączone z nadmiarem czasu podczas pokoju, zdarzali się oficerowie i żołnierze określeni jako pijacy i awanturnicy. W maju 1802 roku w Modenie włoscy oficerowie urządzali bale dla oficerów ułanów polskich, podczas gdy „żołnierze 4. p[ułku] p[iechoty], kłótliwe Włochy, ciężkie boje z ułanami toczyły na ulicach”, zanotował Wojciech Dobiecki, późniejszy kwatermistrz w powstaniu listopadowym161. Z legii zwolniono też podporucznika Jana Giżyckiego, który pijany rozpowiadał, że przedstawił się Bonapartemu jako podpułkownik insurekcji kościuszkowskiej162.

Generał Dąbrowski w lutym 1797 roku wyznaczył na szefa 3. kohorty Ludwika Dembowskiego. Szybko jednak zorientował się, że Dembowski „jest kłamcą, któremu nie można wierzyć ani słowa, nie zna najprostszej służby, gra, pije i co dzień kłóci się z Kosińskim”163. Jego porywczy charakter, pobudzany alkoholem, zaczepki kolegów, doprowadziły do obicia go kijami przez przyczajonych oficerów, mających dość wybryków Dembowskiego. Zginie, jak wojowniczo żył: w pojedynku.

W 2. batalionie 2. legii major Leon Mościcki upijał się na smutno w samotności, po czym rzewnie płakał. Samotność w upijaniu się wskazywałaby na chorobę alkoholową i depresję. Kapitan Jan Deszert z tegoż batalionu wszczynał bezustannie kłótnie i jedynie z kapitanem Franciszkiem Grabskim i majorem Mościckim utrzymywał poprawne stosunki. Zapewne tylko dlatego, że obaj tęgo popijali. Wraz z szefem batalionu Lipczyńskim, oficerami Franciszkiem Grabskim, Franciszkiem Żymirskim, Wilhelmem (?) Müllerem, Kasprem Wolińskim w oberżach bili się, mocowali, wyzywali obsługę gospody i zaczepiali gości. Miara się przebrała, gdy kapitan Deszert upił się podczas prowadzenia w marszu straży tylnej. Został aresztowany i 5 maja 1798 roku skazany na przymusową dymisję.

Na liście szefa brygady Józefa Turskiego na 27 oficerów Legii Naddunajskiej znalazło się kilku opojów i awanturników, cierpiących zapewne na poważne zaburzenie osobowości. Był wśród nich Albert Zaremba, wydalony z Legionów. Pełen fantazji Zaremba wcielił się, początkowo udatnie, w rolę admirała floty polskiej (której nie było). Uznał go republikański włoski rząd Republiki Cisalpińskiej utworzonej w czerwcu 1797 roku przez Napoleona i uznanej przez Austrię w pokoju w Campo Formio, po czym skierował Zarembę na inspekcję legii i floty do Ankony. Oficerowie korpusu polskiego urządzili sobie z tego rewię żartów, oddając Zarembie „należne honory”, a w kantynach śmiejąc się do rozpuku z łatwowierności rządu Republiki Cisalpińskiej.

Jeszcze inni, nadmiernie pijący albo zbyt rozchwiani emocjonalnie, wskutek nacisku składali dymisję na przykład za niehonorowe zachowanie podczas pojedynku (podporucznik Stanisław Łabędzki). Za czyny „hańbiące korpus”, jak to zapisano przy nazwiskach kapitana Michała Karchowskiego, poruczników Feliksa Monasterskiego i Mateusza Mikulskiego, zmuszeni oni byli również podać się do dymisji. Zarzutów jednak nie sprecyzowano w myśl zasady, że dla dobra polskiego korpusu nie należy publicznie prać brudów.

Wiemy natomiast, że z szeregów usunięto porucznika Kajetana Grabińskiego za pijaństwo. Nie pomogło tuszowanie awantur przez brata, Józefa Grabińskiego, szefa batalionu, a później brygady. Po wydaleniu z Legionów, aby utrzymać Kajetana w jakichkolwiek szeregach, Józef zezwolił nawet, aby podczas starań o wcielenie do armii włoskiej podał przebieg służby jego — brygadiera. Zresztą bezskutecznie164. Nieco inaczej wyglądała sprawa z „wielkim miłośnikiem wódki” kapitanem Stanisławem Łubą. Zapamiętał go od alkoholowej strony generał Dąbrowski, rozpytując się w 1802 roku: „Czy Łuba jeszcze zalewa gorzałki?”. Oficer poczuł się urażony i uznał, że ironiczne pytanie było wynikiem niedostatecznego schlebiania generałowi. Łuba nie kopał dołków pod twórcą Legionów, więc dziwił się potężnie: „Czemu więc go Dąbrowski ośmiesza i oczernia?”. Alkohol często pobudza do heroicznych czynów i major 7. pułku piechoty Stanisław Łuba, jako weteran, poległ na polu chwały podczas ataku na bagnety pod górę zamku Almonacid de Toledo w Hiszpanii w 1809 roku. Padło wtedy wielu dowódców i oficerów165.

Generał Michał Sokolnicki sporządził listę oficerów i przedstawił ocenę każdego z nich166. Cechują się one zwięzłą trafnością z wojskowego punktu widzenia, co było o tyle dziwne, że podobno Sokolnicki był niezrównanym, acz zgryźliwym gadułą. Większość oficerów zyskała oceny pozytywne. Co uderza nas jednak w liście Sokolnickiego, to fakt, że za ważną cechę uznał on utrzymanie dystansu pomiędzy oficerem a żołnierzem: wprowadzenie w czyn haseł wolności–równości–braterstwa w Europie było istotne, ale utrzymanie dyscypliny okazało się jeszcze ważniejsze. Przy tym, jak wynika z listy Sokolnickiego, część oficerów z Legii Naddunajskiej, z których między innymi Napoleon uformuje 133. półbrygadę i wyśle na wyniszczenie na San Domingo, miewała wady nie tylko natury moralnej, ale i skłonności do nałogów. Jednocześnie byli to odważni do szaleństwa żołnierze.

Na przykład porucznik Józef Dziubiński: „odważny, ma wyobrażenie wojskowości, lecz więcej kart niż służby pilnuje, wdaje się w gry z żołnierzami, wiele wymaga od obywateli, gdy jest na osobnej komendzie, upija się czasem, zgoła nie umie szanować stopnia swego i korpusu, w którym się znajduje”, oceniał Sokolnicki. Zmuszony do dymisji za naganne zachowanie w Pesaro wrócił jednak do szeregów w stopniu starszego sierżanta, a potem podporucznika (rok 1800). Przebył z żoną wyprawę na San Domingo, jako kapitan, zdołał wrócić do Europy i — choć sterany wojnami — dożył wieku 79 lat w Królestwie Polskim.

Znacznie gorszą ocenę wystawił generał Sokolnicki Janowi Łukaszowi Zawistowskiemu, chorążemu w insurekcji kościuszkowskiej, porucznikowi w Legionach: „podły w najwyższym stopniu, pijak, edukacji i moralności brak, uczciwości i punktu honoru nie ma, z żołnierzami się wdaje, używa ich do pomocy swych zbrodni, jako do łupiestwa, wybieranie kontrybucji, gdy tylko wyrwie się spod oka starszych, zgoła jest to najszkaradniejsza czarna dusza. Odchodzi”. Zmuszono go do dymisji, jednak w zamieszaniu wywołanym marszem do Włoch i zaginięciem papierów Zawistowski towarzyszył Legii Naddunajskiej w marszu do Livorno. Jego życie, jak wielu legionistów, złożyć by się mogło na powieść awanturniczą: walczył, pił, uciekał, schwytany został odesłany przez Anglików do Odessy jako Rosjanin, był ranny w nogę w Saragossie, uderzony tak silnie w brzuch kolbą w Hiszpanii, że musiano go leczyć w Bordeaux. Tamże „rozpił się” i w rezultacie trafił do więzienia do Abbaye, a potem znów na leczenie do Paryża. Po tak forsownym trybie życia i picia Zawistowski ze światem pożegnał się zapewne w 1812 roku, w wieku około 40-50 lat167.

Także podporucznik Cyprian „Woroniecki, wcale niezdatny, brutal, ma skłonność do pijaństwa, które nie wstrzymuje”, opiniował Sokolnicki. Generał Karol Kniaziewicz oceniał innego podporucznika, Franciszka Kuczyńskiego: „złej konduity, przynosi dyshonor, wiecznie pijany”. Potwierdzał to Sokolnicki: Kuczyński „napija się ze zgorszeniem, odważny bez roztropności, moralności ani wyobrażenia, talentów wojskowych ma bardzo mało”. Podobnie Sendrowski „napija się”, czyli upija.

Na 105 wymienionych oficerów Sokolnicki ocenił około 10 jako pijaków lub alkoholików. Na innych natrafimy w rozdziale o San Domingo168.

Nie najgorszy to wynik i przystający do współczesnych badań. Ocenia się, że około 9-10% dorosłej populacji zapada na chorobę alkoholową, więc być może nie inaczej było przed dwoma wiekami. Dane te są jednak rozbieżne w związku z pewną trudnością odróżnienia alkoholizmu od pijaństwa i okazjonalnego upijania się.

Pokój w Luneville w 1801 roku między Francją a Austrią podzielił Europę na „wolną francuską” i „tyrańską monarchiczną”. Sprawa odbudowy Rzeczypospolitej została przehandlowana na ołtarzu interesów Francji, która zobowiązała się nie udzielać poparcia „wrogom wewnętrznym” Austrii i Rosji. Do dymisji demonstracyjnie podali się generałowie Karol Kniaziewicz, Józef Wybicki i kilkudziesięciu oficerów Legii Naddunajskiej. „Podczas naszego pobytu w Toskanii nie braliśmy oficerowie żadnego żołdu ani nawet żadnej racji żywności, tylko żołnierzom udzielano żywność. Rząd francuski wcale o nas nie dbał”. Inni pocieszali się jak swego czasu Jan Henryk Dąbrowski:

Ale miło służyć swej Ojczyźnie, chociaż i o głodzie,

Aby tylko cnota była i męstwo w Narodzie169.

Niektórzy wracali do Polski, rozczarowani. Inni pozbawiali się życia, na przykład „por. [Benedykt] Niziewicz strzelił sobie z pistoletu w głowę, por. Sancewicz z rozpaczy brzytwą sobie gardło poderżnął, a por. Okryński oknem z pierwszego piętra wyskoczył”170. Ten ostatni czyn zaskoczył oficerów: Okryński „zupełnie nie zna służby”, lecz „konduita jego moralna zasłania niezdatność jego; jest spokojny, skromny i pełni dość chętnie to, co może”. Przed popełnieniem samobójstwa po zawarciu pokoju w Luneville przez Napoleona w 1801 roku porucznik stwierdził, że „nasze poświęcenia próżne, ale dziś stracił złudzenia”171.

Natomiast generał Jan Henryk Dąbrowski wytrwał przy Napoleonie i legia została ponownie skierowana przez Bonapartego do Włoch. Twórca Legionów przemyśliwał jednak nad przerzuceniem sił polskich na Bałkany, skąd bliżej było do Polski; inni podjęli działalność spiskową przeciw „tyranii Bonapartego” — od grudnia 1799 roku pierwszego konsula Francji.

Zdając sobie sprawę z tych nastrojów, potrzebując żołnierzy w koloniach zamorskich, przebiegły Korsykanin rozproszył Polaków, wysyłając ich na San Domingo na Haiti. Mieli tam przywracać niewolnictwo.

10. Tafia na San Domingo

2 września 1802 roku batalion 3. półbrygady polskiej przybił do Cap-Français na wyspie San Domingo (Haiti). Półbrygada ta została wcielona do sił francuskich i przemianowana przez generała Alexandre’a Berthiera na 113. półbrygadę liniową francuską. Była to pozostałość po polskiej Legii Naddunajskiej. Jej dowódca generał Karol Otto Kniaziewicz podał się do dymisji po zawarciu pokoju w Luneville w 1801 roku, w którym Francja i Napoleon Bonaparte nie raczyli podjąć sprawy polskiej.

Legioniści wpadli w zachwyt, patrząc z oddali na Cap-Français i okolice: przed nimi pyszniła się bujna, soczysta zieleń, okraszona niezliczonymi odcieniami kolorów kwiatów, owoców nieznanych w Europie, a do nozdrzy docierał rozkoszny zapach drzew pomarańczowych i jaśminowych. Kraina ta wydawała się edenem: „świergotem ptactwa krasy cudnej głośna, owoców pełna, ryb i zwierza, no i w gorzelnie obfitująca, a nade wszystko bogata pięknością wabnych Kreolek i współzawodniczących w namiętności Mulatek”172. Zaznali „wrażenia, że są w raju”.

Odczucie piękna i dostatku było tym silniejsze, że Polacy odbyli przez ocean wyczerpującą podróż. Pierwsze podejście 113. półbrygady do wypłynięcia z Livorno było nieudane, gdyż rozpętała się burza. Kapitan Kastus ocalał tylko dzięki przytomności żony, która okręciła wyrwane okno liną, do której się przywiązała z małżonkiem i rzuciła w fale. Szczęśliwie morze wyrzuciło ich na brzeg, gdzie rozbitków gościnnie przyjęli mieszkańcy Livorno.

Reszta okrętów dobiła do hiszpańskiej Malagi. Tamże półbrygada nie spotkała się jednak z przyjemnym przyjęciem. Pomimo że Hiszpania była związana z Francją przymierzem, żołnierzom zapowiedziano, że otrzymają prowiant na dwa dni, a dalej muszą się żywić sami. Wysłany z 3. półbrygadą polską Ignacy Bolesta (wraz z bratem Wojciechem) postrzegał więc Hiszpanów jako ludzi „interesownych, złośliwych i zuchwałych, uważając ich kobiety, chociaż nabożne, za najrozwiąźlejsze. Obyczaje zepsute”173.

Wyobrażenia o dumnym narodzie hidalgów miały prysnąć zupełnie, gdy Polacy wzięli udział w okrutnym z obu stron tłumieniu rewolucji hiszpańskiej, jak zobaczymy w następnych rozdziałach. W jednym natomiast polscy żołnierze się rozsmakowali: najpierw we francuskim winie bordeaux, a w Hiszpanii w winie malaga. Ciężkie i mocne przypominało małmazję albo wystały trójniak czy dwójniak miodowy, więc amatorów było wielu. Przy nim oficerowie mogli wspominać czasy i smaki w wytęsknionej Rzeczypospolitej.

Wreszcie 25 lipca 1802 roku zgromadzone pododdziały polskie odbiły z Malagi, kierując się między Gibraltar i Ceutę i zawijając do Kadyksu. Przed wyprawą kolonialną na Antyle władze francuskie usiłowały zadbać o legionistów, przeznaczając dla każdego żołnierza „beczkę żywności”, co dawało dziennie około 54 dag sucharów lub 72 dag chleba, na obiad 18 dag słoniny albo 24 dag suszonej wołowiny, 12 dag jarzyn, 6 dag sera. Żołnierzom przysługiwał też przydział 100 g wódki zwany bonjaron, 2 kwarty wina i woda dla spragnionych. Przed szkorbutem miały chronić napoje z dodatkiem soku cytrynowego lub pomarańczowego, wino, groch, jarzyny, a w ostateczności cukrowany ocet z wodą.

W rzeczywistości przydziały napojów alkoholowych na statkach zlikwidowano, co było wbrew przepisom, gdyż, jak wiemy, to one w pite w odpowiednich dawkach i mieszane z wodą chroniły przed zakażeniami i szkorbutem. Na dodatek szef (dowódca) brygady francuskiej pułkownik Fortunant Bernard wstrzymał wydawanie tytoniu i „nie znając polskiego języka, chciał nasze nazwiska po francusku przeinaczać”. Żołnierz miał otrzymywać „po 6 łutów”, czyli 10 dag tytoniu dziennie, a nie dostał nic, gdyż cały zapas Bernard sprzedał w Kadyksie174.

Niektórzy oficerowie, jak Sleżyński i Gieysztor, porzucili w tym miejscu służbę — i tylko wypada im pogratulować wyczucia. 12 sierpnia flotylla skierowała się między Maderę a Wyspy Kanaryjskie. Po czym żagle zwisły i okręty stanęły w bezwietrznym powietrzu.

W przewidywaniu wydłużenia przeprawy zaczęto zatem ograniczać wydawanie wody do kwarty dziennie. Pito ją z obrzydzeniem, gdyż była żółta, pełna robactwa, więc filtrowano ją przez węgiel lub dezynfekowano alkoholem albo octem: jeśli ktoś miał do nich dostęp. W 40-stopniowym upale (podporucznik Kazimierz Lux i kapitan Piotr Bazyli Wierzbicki podawali nawet 60 stopni Celsjusza), nie zważając na niebezpieczeństwo, żołnierze skakali do wody, kilku utonęło wskutek kurczów nóg, paru zostało rozszarpanych przez rekiny175. Wreszcie powiał wiatr i pod koniec sierpnia 1802 roku gęstniejące wodorosty zaczęły wskazywać na bliskość wyspy. Legioniści „pragnęli tylko znowu ziemię czuć pod nogami, zapić troski wszelakie, w objęciach kobiet zażyć rozkoszy”, pisał o nastrojach panujących wśród żołnierzy autor monografii o Polakach na San Domingo176.

Niezależnie od pięknych widoków i zapachów na wyspie to dodatek „kolonialny” do żołdu pozwalał legionistom na wyprawianie uczt. Podniebienia pieściły nieznane żołnierzom homary, mięsa z żółwia, owoce morza, słodkie owoce, często podawane w tak ukochanym przez Polaków cukrze i konfiturach. Ucztowaniu sprzyjały tanie trunki, a szczególnie wyrabiana powszechnie tafia.

Kłopot był w tym, że ten wysokoprocentowy rum, destylowany ze słodkiej melasy trzciny cukrowej zmieszanej z wodą i drożdżami, przeznaczano od razu do spożycia, bez leżakowania. W efekcie w tafii pozostawał szkodliwy dla zdrowia olej fuzlowy. Zatrucie organizmu było znacznie bardziej dotkliwe, więc Francuzi, mistrzowie w wyrabianiu leżakujących koniaków, brandy, winiaków przestrzegali Polaków przed nadmiernym spożywaniem tafii.

Nawet brutalni i rozpici korsarze i marynarze angielscy pili rum rozcieńczony gorącą wodą, cukrem i sokiem z cytrusów. Zwali to grogiem; inna sprawa, że powodem ich rezygnacji z piwa, dotąd głównego napoju na angielskich okrętach, było jego psucie się i konieczność zabierania dużych ilości pienistego napoju do ładowni. Admiralicja Royal Navy zorientowała się też w zbawiennym oddziaływaniu grogu z cytrusami na cofanie się plagi szkorbutu, więc tym chętniej go używano. W tym czasie Francuzi wpadli na inny pomysł: aby nie obciążać okrętów winem, wprowadzili na statki brandy. Efekt był łatwy do przewidzenia: na okrętach francuskich powracała fala szkorbutu, gdyż brandy nie posiadało witaminy C, którą zawierało wino i grog.

Przyjemności pobytu na San Domingo dopełniały piękne, smagłe Kreolki i Mulatki, dziewoje o dużym temperamencie, dbające o bieliznę żołnierzy, piorące ją w „roślinie mydlącej” i przesypujące uprane ubiory po wyschnięciu płatkami jaśminu lub pomarańczy. Niektórzy dowódcy, jak generał Donatien Rochambeau, tworzyli sobie prywatny harem ślicznotek, a siostra Napoleona, piękna Paulina, żona dowódcy Korpusu i „kapitana generalnego” na San Domingo Wiktora Leclerca urządzała podmiejskie uczty i bale. Nie przeszkadzało jej, gdy co rusz wynoszony był z sali oficer nagle zmarły na szalejącą żółtą febrę. Wtedy muzykę przerywano na chwilę, po czym wracano do zabawy. Odbywały się one poza miastem, były suto zakrapiane alkoholem i być może dlatego Paulina Bonaparte-Leclerc nie zaraziła się groźną chorobą.

Przyroda była piękna, Mulatki chętne do współpracy, ale na tym się repertuar przyjemności kończył. Fauna okazała się dzika, pełna kleszczy, mrówek, gadów, płazów, wciskających się tam, gdzie się pojawiała szybko psująca się żywność. Upały za dnia były nie do zniesienia, po czym nocą żołnierz tulił się do wilgotnej ziemi, podczas gdy w górzystym terenie temperatura spadała z 40 stopni do 0 w nocy. Zakazywano kąpieli w nocy w chłodnych strumieniach, picia wody z lodowatych górskich potoków. Ale jak tu wytrzymać, gdy organizm domagał się picia, a koszula była przemoczona od potu? Efektem nieprzestrzegania zakazów były zapalenia gardła, krtani, oskrzeli. Do tego dochodził najgorszy, wspomniany już przeciwnik: żółta febra, zwana „Smokiem Syjamu”, zwalająca nagłym atakiem wprost w przepaść śmierci.

Na dodatek Polacy nie potrafili walczyć z czarnymi stosującymi nie tylko inną, przebiegłą taktykę, ale i posuwającymi się do aktów skrajnego okrucieństwa. Francuscy dowódcy zalecali, aby nie poruszać się w zwartym szyku kolumnowym, ale odwrotnie — rozrzedzać szyk do jednej linii posuwających się po ścieżce żołnierzy, każdy w odległości dwóch metrów. Po bokach i z przodu patrolować teren mieli szperacze, woltyżerowie i zwiadowcy.

Jednak dawni legioniści uparcie trzymali się taktyki wyniesionej z wojen nad Renem i Dunajem. W rezultacie 3. batalion polski został przez czarnych powstańców zaskoczony i zniszczony. Szczególnie straszny los spotkał 3. kompanię kapitana Antoniego Sangowskiego, który 21 września 1802 roku stracił kontakt ze strażą przednią, a potem wpadł w zasadzkę. Po wystrzeleniu wszystkich nabojów Polacy poddali się pod warunkiem puszczenia ich wolno. Jednak ledwie oddali uzbrojenie, zaczęto ich bić i lżyć, więc Sangowski umknął, zapadając się po szyję w bagnie. Inni czołgali się przez podszycie, podczas gdy Murzyni schwytali Polaków i tańcząc wokół nich, „żywcem ich do drzewa przywiązywali, uszy, nosy obrzynali, a potem ogień podkładali pod drzewa i naszych piekli”, pisał kapitan Kierzkowski, który dowodził kompanią i wydał rozkazy Sangowskiemu.

Według tegoż kapitana „porucznik [Sangowski — J.B.] nie był to człowiek roztropny”, popełnił błędy, utracił wysłane pół kompanii i na dodatek widział męczarnię swoich żołnierzy177. Już przedtem opinia generała Sokolnickiego o Sangowskim była daleka od entuzjazmu: „cichy spokojny, zanadto flegmatyk [...] więcej sobie przydaje znajomości wojskowej, niż jej zna w rzeczy samej”178. Wstrząśnięty, zanurzony w bagnie, opłacił to zapaleniem płuc i śmiercią, co uchroniło go przed sądem wojennym. Jego też obarczono winą za klęskę, choć potem francuski dowódca batalionu wycofał się z zarzutów wobec Polaków, którzy według poprzednich wywodów Francuza nie nadawali się do służby w armii kolonialnej.

Kapitan Kierzkowski winą za rozpętanie spirali okrucieństw obciążał generała dywizji Donatiena-Marie-Josepha de Vimeura, wicehrabiego Rochambeau: był to „największy łotr pośród Francuzów. Kazał wrzucić na statki Murzynów starych i małe dzieci, odpłynąć od wyspy na morze o parę mil drogi i w morzu potopić [...]. Pospólstwo czarnych spostrzegłszy owych trupów, rozjątrzone na białych, zaczęło białych nawzajem wyrzynać i żywcem palić. Z tego wywiązała się wojna barbarzyńska”179.

Na dodatek, zgodnie z relacją pułkownika Piotra Bazylego Wierzbickiego, „Francuzi ciągle Polakami straszyli Murzynów, nazywając nas potworami karmiącymi się jedynie mięsem ludzkim”. Potem motyw ten wróci podczas wojny w Hiszpanii. W rezultacie początkowo czarni powstańcy szczególnie dotkliwie pastwili się nad Polakami. „Porucznika Madejskiego wziąwszy w niewolę, wsadzili go między deski i wzdłuż przepiłowali. Później, gdy Murzyni dowiedzieli się, z jakiego powodu wysłani zostaliśmy do San Domingo, zmienili postępowanie swoje i odtąd z jeńcami naszymi z największą ludzkością obchodzić się zaczęli”180.

Po takich doświadczeniach szwagier pierwszego konsula, Bonapartego, dowodzący wojskami na San Domingo, generał Leclerc pisał w październiku 1802 roku: „Trzeba zgładzić wszystkich Murzynów z gór, połowę Murzynów z nizin i nie pozostawić w kolonii ani jednego Mulata noszącego epolety”. Sam Leclerc był człowiekiem, którego wyniosły czasy rewolucji i napoleońskie: pochodził z rodziny handlarza mąką, więc i wojnę postrzegał jak mielenie mąki. Jego obawy pogłębiało i to, że oddziały czarnych pod rozkazami francuskimi były niepewne, podobnie jak powołana na wyspie Gwardia Narodowa, którą Leclerc rozwiązał.

Również generał Rochambeau sądził, że walka z Murzynami jest beznadziejna, chyba że Napoleon dosłałby 80 tysięcy wojska z „ochoczymi” młodymi oficerami, Murzyni do lat siedmiu zostaliby wyrżnięci, a wobec reszty wprowadzono by niewolnictwo. Rochambeau sprowadził „z wyspy Kuby gromady psów wprawionych do wytropienia zbiegłych Murzynów. Psy te, większe od naszych kundlów, węchem wytropiwszy uciekającego, zmuszały do zatrzymania się w ucieczce, a w razie oporu żywcem go pożerały”181.

Generał Ludwik Noailles uznał psy za francuską wunderwaffe i „podał pomysł zakupienia półtora tysiąca psów do tropienia Murzynów”. Na próbę wyznaczono wypuszczonego z więzienia czarnego, który miał być rozszarpany przez dogi. Psy sprawiły się na medal, ku zadowoleniu Rochambeau. Okazało się jednak, że owa szczekająca wunderwaffe działa w dwie strony: podczas oblężenia Goave, gdy został ranny francuski dobosz, psy, zwietrzywszy krew, rzuciły się i zagryzły nieszczęsnego bębniarza. „Odtąd już więcej psów nie używano do wojny”182.

Leclerc i jego następca, bezlitosny Rochambeau, mogli polegać jedynie na Francuzach i Polakach. Jednak niektórzy z Polaków, wątpiąc w sens tłumienia powstania wyzwoleńczego, przechodzili na stronę Haitańczyków. Wojna z obu stron nabierała jeszcze bardziej okrutnego charakteru: Francuzi wieszali, topili w workach, dusili siarką pod pokładami starych statków, szczuli ogromnymi dogami-ludojadami nie tylko powstańców i żołnierzy murzyńskich, ale i wszelkich podejrzanych. Czarni nie pozostawali dłużni, wykłuwając oczy, przerzynając piłą czy też piekąc białych na rożnach.

Do ogromnej tragedii, zdaje się, że z polskim udziałem, doszło, gdy 17 października 1802 roku na stronę powstańców przeszedł czarny generał Jan Jakub Dessalines z dywizją murzyńską. Pozostał jednak przy Francuzach jeden batalion Murzynów, który nie zdążył oddalić się za Dessalines’em. „Trudno było słabemu batalionowi [polskiemu] utrzymać w karności pozostały batalion Murzynów: nie było innego środka, jak tylko wymordować do ostatniego; wykonanie zamiaru tego wymagało śmiałego i szybkiego pomysłu. Generał Fressinet rozkazał wystąpić Murzynom do przyzówki [apelu?], jak zwyczajnie bez broni; gdy wystąpienie nastąpiło, przygotowany batalion [Wojciecha — J.B.] Bolesty z nabitą tajemnie bronią otoczył niespodzianie Murzynów i wszystkich bagnetami wykłuł; po tej tak morderczo wykonanej czynności batalion polski, opuściwszy Sant Marc, morzem do Port-au-Prince przybył”, opisywali polscy oficerowie Piotr Wierzbicki i Kazimierz Lux183.

Tego ostatniego oficera w czasie rzezi nie było na San Domingo, więc czy opis ten jest wiarygodny? Nie jesteśmy pewni. Lux przywykł do okrucieństw tej wojny i awanturniczego życia tak bardzo, że po zakończeniu pobytu Polaków na San Domingo uprawiał korsarstwo, zajmując między innymi amerykański bryg i sprzedając go w Hawanie za 20 tysięcy franków. Pieniądze jednak przeznaczał w dużej mierze na pomoc Francuzom i legionistom. Sama rzeź jest przy tym źródłem naukowych sporów, kto właściwie zabił nieszczęsnych Murzynów: słaby batalion polski, a ściślej dwie kompanie liczące w sumie 115 żołnierzy, czy batalion francuski?184

W styczniu 1803 roku zaokrętowano w Genui kolejną, 114. półbrygadę francuską liniową sformowaną z 2. polskiej półbrygady służącej we Włoszech. Napoleon znów okazał się mistrzem cynizmu i manipulacji, pisząc przedtem manifest, że on, pierwszy konsul, „nagradzając zasługi i czyny waleczne drugiej półbrygady włoskiej, wciela ją do wielkiego wojska francuskiego, nadając jej nr 114. półbrygady liniowej francuskiej, a chcąc ją do dalszych podobnych czynów zachęcić, przeznacza ją do San Domingo, gdzie zawsze najbardziej odznaczające się pułki francuskie za nagrodę wysyłane bywały”. W zamian obiecywał naturalizację we Francji „z używalnością wszelkich praw i przywilejów obywateli francuskich”185.

Co znamienne, większość żołnierzy i znaczna część owych „naturalizowanych Francuzów” nie znała francuskiego i nigdy nie poznała, znajdując śmierć pod rozżarzonym niebem Antyli. Ale też było prawdziwe, że ciekawość zobaczenia Nowego Świata, chęć napicia się taniego jak woda rumu i miłostki z Kreolkami przeważały nad obawami i głuchymi opowieściami, że San Domingo jest „wielkim cmentarzyskiem żołnierzy”. Okazało się, że nikt nie chciał zostawać we Francji z szefem 2. półbrygady polskiej (tej przemianowanej na 114. francuską) Wincentym Aksamitowskim, który miał organizować zakład dla weteranów i odebrać zaległy żołd dla 2. półbrygady od rządu włoskiego.

Kontradmirał Jakub Bedout i francuskie kwatermistrzostwo przeznaczyli jako rację dzienną na głowę 16 uncji sucharów, pół litra wina i trochę wódki. W rzeczywistości dość szybko racje ograniczono, a kontradmirał zakazał wydawać wódkę i zmniejszył racje wina do dwóch kieliszków, około ćwiartki litra. Najweselszą chwilą, którą półbrygada przeżyła podczas męczącej podróży, była wesoła zakrapiana zabawa związana z przekroczeniem zwrotnika, zwana chrztem Neptuna.

Gdy okręty z półbrygadą dobiły do Cap Français, żołnierze z daleka ujrzeli dymy i ogień. Francuscy marynarze uspokajali Polaków, że Murzyni „palą tafię”, czyli chałupniczą metodą destylują melasę na rum podłej jakości. Okazało się jednak, że nie było to „palenie tafii”, lecz podchodzące oddziały Dessalines’a otoczyły Cap Français wieńcem płomieni, opanowując wzgórza i mordując w drodze wszystkich napotkanych, nawet rannych i chorych.

Polacy po wylądowaniu otrzymali rozkaz wymarszu i oczywiście pierwszego dnia byli zachwyceni słodkimi owocami, widokami i Kreolkami. Niektórzy nie zdołali się opanować w spożywaniu owoców i napojów w nadmiernej ilości pomimo przestróg. Należał do nich młodziutki podporucznik 1. kompanii Józef Bergonzoni, który „czując boleść w żołądku po najedzeniu [i napiciu — J.B.] się w wielkiej ilości chłodzących napojów, wypił pół szklanki tafii — mimo przestróg mieszkańców, żeby mocne trunki pić rozcieńczone wodą. Nie upłynęły 24 godziny, napadły go mocne bóle wewnętrzne i pomimo pilnego starania lekarzy życie zakończył; pierwszym on był z 114. półbrygady, który utorował drogę ziomkom swoim do wieczności”, pisali Kazimierz Lux i Piotr Bazyli Wierzbicki186. Co zastanawiające, w Polsce również przestrzegano przed popijaniem cytrusów i ogórków mocnymi napojami alkoholowymi; sądzono, że wskutek takiego pomieszania owoców i płynów zmarł na przykład książę Jarema Wiśniowiecki (albo też został otruty). Podporucznika Bergonzoniego może jednak tłumaczyć jego młody wiek i brak doświadczenia życiowego187.

Dowództwu bardzo zależało na zwalczaniu chorób zakaźnych, od których ginęło więcej żołnierzy niż od kul. Ale zakazy nie skutkowały, a tymczasem upały pomieszane z oparami alkoholu zbierały chore żniwo. „Przekazywano żołnierzom wstrzemięźliwość w ciągu trzech miesięcy upalnych, gdy widziano ich pełno pijanych na ulicach”. Przestrogi jednak nie skutkowały.

Wojna na San Domingo stała się jeszcze bardziej okrutna, gdy przystąpili do niej z całą brutalnością Anglicy. Pomimo honorowej kapitulacji Francuzów w Cayes angielski komandor Cumberland 13 października 1803 roku zezwolił wkraczającym Murzynom na rzeź. Zamordowali oni 2 tysiące mieszkańców, a rzucających się w morze, podpływających pod okręty Cumberlanda, komandor kazał odpędzać „z braku miejsc na pokładzie”.

Rzezi tej przyglądali się ze zgrozą Polacy. Anglicy, łamiąc warunki umowy, potraktowali ich jak jeńców, nawet oficerów poddali rewizji, „po kieszeniach, w chustach na szyi i epoletach szukano; potem żołnierzom tornistry przetrząsano”, pisali Kazimierz Lux i Piotr Wierzbicki. Wyspiarze uchodzili od wieków za bezwzględny i rozpity naród marynarzy i kupców, więc zabierali wszystko, co miało jakąś wartość, nawet z kasy półbrygady i pamiątki po zmarłych. Niemniej jednak nawet podczas rabunku osłaniano to literą prawa i utrzymywana była żelazna dyscyplina188.

Bronił się jeszcze Cap Français. Lecz brak porozumienia między oficerami sił lądowych i marynarki francuskiej był źródłem wielu niepowodzeń i kłopotów. Żołnierze przymierali głodem, podczas gdy „w Cap dnie i noce spędzano w kwaterze głównej na ucztach i hulankach, nie bacząc na nędzę powszechną”189. Wyglądało to na picie rozpaczliwe; zdarza się bowiem, że ludzie tak właśnie zachowują się właśnie w sytuacjach krańcowych. Niebawem port Cap Français poddał się Anglikom. Rochambeau nie omieszkał zabrać ze sobą „120 nałożnic różnego wieku i koloru”. Polacy też nie byli święci: przystojny, mierzący 186 centymetrów wzrostu Kazimierz Lux gustował w Mulatkach i Murzynkach, współżył z wieloma, opisując szczegółowo zalety każdej z nich.

Polacy i Francuzi schronienie szukali na Kubie. Ostatni przybijali tam obrońcy Port-au-Prince i Môle-Saint-Nicolas. Pozostał tam na wieki „przewieziony z Cayes chory” nasz dobry znajomy kapitan Dziurbas, którego „szczególnie wychwalali” Francuzi190. „Nie na łożu przecież umarł szpitalnym. W czasie napadu na warownię »mężny dawał odpór i tam poległ«. Pamięć jego »uświetniono nazwaniem szańca Fort Dziurbas«”191.

Upadek panowania francuskiego na San Domingo odbił się na morale, a jeszcze bardziej na gospodarce Francji: straciła ona bogatą krainę pełną plantacji trzciny cukrowej, kawy, indygo i bawełny, tanią siłę roboczą i rynek zbytu dla własnych towarów. Francja, wysyłając 58 545 żołnierzy, utraciła niemal wszystkich — 58 tysięcy żołnierzy, w tym 20 generałów. Z 5280 legionistów z dwóch półbrygad wysłanych na Antyle 4000 zginęło lub utonęło, a najczęściej zmarło wskutek szalejącej żółtej febry. 500 legionistów wcielili Anglicy przemocą do swych szeregów. Około 400 pozostało na San Domingo z pełną aprobatą nowego cesarza wyspy Jakuba I Dessalines’a jako naturalizowani obywatele.

Spośród nich 160 zaczęło starać się o powrót do kraju. Podobny przywilej spotkał jedynie Niemców. Ci Polacy, którzy zostali, żeniąc się i płodząc dzieci z tuziemkami, pozostawili niecodzienny ślad w postaci jasnych oczu na tle ciemnych, niekiedy czarnych twarzy swych potomków.

Inni lądowali na pobliskiej Kubie. Gdy dwóch oficerów wstąpiło do gospody w San Jago, na odgłos języka polskiego zjawił się gospodarz, Polak, opowiadając o swych losach. Ożenił się z Mulatką donną del Carmel, miał czworo dzieci i powiedział, że choć mu do Polski „kucno”, nie ma po co wracać ze względu na żonę, dzieci, które nie wytrzymałyby polskich zim, i gospodę, na której zarobił „parękroć sto tysięcy realów”.

Był to trzeźwo myślący człowiek. Natomiast „inny Polak, Wiśniewski, w Hawanie w domu zajezdnym usługujący tak się do swych gości z 113. półbrygady przywiąże, że z porucznikiem Luxem w sierpniu 1805 roku na dalszą pociągnie tułaczkę”192. Trafił się nawet na Antylach Żyd Majer z Rzeszowa, który przybył do Cayes w poszukiwaniu złota, a skończył na utrzymywaniu się ze sprzedaży trunków, kawy i bilardu. Przez mieszkańców uważany był za Niemca i nosił stopień sierżanta gwardii. Ten również miał dwóch synów z gospodynią Mulatką, którą sobie kupił za 1700 franków. Podczas walk o Cayes żołnierze polscy zmusili go, aby bronił z nimi miasta193.

Polacy, jak sądzili Lux i Wierzbicki (ich pamiętniki, niestety, zaginęły), mieli wyróżniać się korzystnie na tle zdziczałych i okrutnych Francuzów. Jednak nie wszyscy byli niewiniątkami. Jak wspomnieliśmy, Michał Sokolnicki spisał listę i oceny oficerów Legii Naddunajskiej, z której większość wylądowała na San Domingo po przemianowaniu jej na 113. półbrygadę francuską.Wielu z nich zyskało ocenę „odważny i pilny”, niekiedy z zastrzeżeniami co do stanowczości w utrzymywaniu dyscypliny lub znajomości języków. Inni, nie sprawdzając się, odchodzili. Przy wystawianiu opinii Sokolnicki zwracał uwagę nie tylko na umiejętności dowódcze, odwagę, zdrowie, moralność, zachowanie przytomności na polu bitwy, ale też na skłonności „do nabrania nałogu”.

Takim odznaczać się mieli na przykład porucznik Bielański czy porucznik Reinhard, który „napija się aż do zbytku”. Jeszcze innym niepożądanym przez Sokolnickiego oficerem był „żołnierz sejmikowy”, taki jak podporucznik Pisarski194, deliberujący nad każdym rozkazem, niczym wzięty żywcem z poprzedniej epoki Rzeczypospolitej szlacheckiej. Być może drobni szlachcice albo i chłopi wydźwignięci na oficerów, jak Bielański, który „czytać nie umiał”, alkoholem koili swe kompleksy.

Zatrzymajmy się przy innych postaciach niestroniących od alkoholu, najpierw przy tych, którzy pomimo picia nie zaniedbywali obowiązków. Taki był porucznik „Januszkiewicz, odważny, przytomny, zna i lubi wojskowość, pilnuje kompanii, surowy i ostry dla żołnierza, karty i trunki na przemian są jego najmilszą zabawą. Służby przecież dla nich nie opuści”. Jego przeciwieństwem, według oceny Sokolnickiego, był porucznik Strutyński: „odważny, ale aż nadto flegmatyk, nie dba o dopełnienie służby, ani jej poznać nie chce; chciwy do zgorszenia, aż nadto sobie pozwala, gdy tylko jest na osobnej komendzie, upija się także, przy tym gnuśny, niedbały ani o honor swój, ani o korpusu, podły aż do wzgardy. Odchodzi”195. Inny załadowany na statek, czyli ambarkowany, w Livorno Tadeusz Wincenty Pomorski, zapewne skutkiem awansu z nizin społecznych „przez brak dobrego wychowania lubi biesiady i w gry się nawet z żołnierzami wdaje, przez co żadnego od swych podkomendnych nie doznaje szacunku. Chęć do zysku okazał niepowściągnioną i do zgorszenia naganną”. Miał jednak szczęście, gdyż po piekle na San Domingo zdołał wrócić do Europy196.

Wojna z jednych czyniła bohaterów, z drugich przestępców. Podobnie jak we francuskich wojskach, tak i w polskich pojawili się oficerowie pobierający żołd za zmarłych. Kapitan Wincenty Kobyliński, ambarkowany w Livorno, „komenderując zakładem Polaków w Port-au-Prince, umieścił w kontroli znaczną liczbę ludzi, którzy już poumierali i za nich pieniądze zabrał. Gdy nagła przyszła lustracja, podał wszystkich za dezerterów i okrył tych Polaków hańbą, zwłaszcza że temu uwierzono”. W końcu aresztowano go, lecz zdołał zbiec, gdyż „mając znaczne pieniądze, przepłacił straż i uciekł na statek kupiecki, na którym był kapitan francuski płatnik”.

Zawinął z nim na wyspę hiszpańską i tam, chyba przy winie, w którym najłatwiej zamaskować truciznę, „kapitana otruł dla zabrania po nim znacznej sukcesji. Francuz atoli poczuł chorobę, czym prędzej doktora użył i przez forsowne wymioty zwrócił na powrót zadaną truciznę i wyzdrowiał”. Po czym odwdzięczył się tym samym Kobylińskiemu, trując go i „po nim zabrał sukcesję”, opisywali pułkownik Małachowski i kapitan Kierzkowski197.

Przeważali jednak zdecydowanie oficerowie wysoce moralni, odważni i przytomni. Lista uczciwych wojskowych, którzy stracili życie w walkach na San Domingo lub podczas przeprawy przez morza i oceany, zamieszczona przez Artura Oppmana, jest boleśniejsza niż występek jednego psychopaty skuszonego blaskiem złota i trunkami. Natomiast opinie o wyprawach na Antyle były niechętne: „Niebo skarało Napoleona wielkiego” — sądził po latach kapitan Jakub Filip Kierzkowski. „Wynalazł on dla nas grób na San Domingo, a jemu wynaleźli Anglicy na wyspie San Heleny. Tam dopiero przekonał się, jakiego grzechu śmiertelnego dopuścił się na nas, których potułactwo po całym świecie przeciągnął”198.

11. W drodze do Iberii

W październiku 1807 roku Manuel Godoy, wszechwładny faworyt króla Hiszpanii Karola IV Burbona, doprowadził do zawarcia traktatu z Napoleonem. Portugalia miała być podzielona na trzy części, hiszpańską, francuską i tę rządzoną przez Godoya.

Przez Pampelunę i Katalonię zaczęły wlewać się wojska francuskie, obsadzając garnizony i narzucając Hiszpanii rekwizycje. Napoleonowi chodziło o zabezpieczenie interesów Francji na Półwyspie Iberyjskim przed Anglikami, tak aby blokada gospodarcza Wysp Brytyjskich okazała się skuteczna.

Jednak uzależnienie Hiszpanii od Francji doprowadziło do wybuchu buntu na Półwyspie: tłum wtargnął do pałacu w Aranjuezie pod Madrytem, wymusił uwięzienie Godoya, a Karol IV abdykował na rzecz swego syna Ferdynanda. Doszło do kłótni w królewskiej rodzinie, która, nie mogąc się z tym pogodzić, przystała na propozycję Napoleona. Jako arbiter zaproponował on spotkanie w Bajonnie na terenie Francji.

Marian Brandys tak opisywał hiszpańską rodzinę królewską: „Karol IV był już tylko grubym podagrycznym starcem o wielkim mięsistym nochalu i twarzy sczerwieniałej z nadużycia trunków, Ferdynand VII — zarozumiałym, tępym młokosem, rozpustna Maria Ludwika straszyła wysuniętą do przodu sępią szyją i sztucznymi zębami z diamentów. Targowali się o swe prawa jak przekupnie na paryskich bazarach; zachowywali się bez krzty godności”199. Nawet spotkanie pod auspicjami cesarza nie położyło kresu hiszpańskim waśniom dynastycznym i Napoleon zażądał abdykacji hiszpańskich Burbonów. Po zrzeczeniu się tronu przez Ferdynanda w maju 1808 roku Napoleon ofiarował koronę hiszpańską swemu bratu Józefowi Bonapartemu.

Posunięcia te, odczytywane przez arystokrację i lud hiszpański jako uzależnienie od Paryża, doprowadziły do wybuchu powstania antyfrancuskiego. W terenie powstawały rady (junty), w których istotną rolę zaczął odgrywać kler straszący przed bezbożnymi diabłami z Francji wyrzucającymi mnichów z klasztorów, grabiącymi kościoły i współżyjącymi bez ślubu rozwodnikami. Powstała też Junta Suprema, Junta Najwyższa, mająca przewodzić i jednoczyć wysiłki Hiszpanów w walce z Francuzami. W rezultacie oporu generał napoleoński Pierre Dupont de l’Étang przegrał bitwę pod Bailén, armia francuska cofnęła się za Ebro i sytuacja zmusiła Napoleona do wprowadzenia do Hiszpanii 7 korpusów liczących 150 tysięcy żołnierzy. Potem ta liczba urośnie do 300, a w 1811 roku do 350 tysięcy zbrojnych.

Wśród nich znajdowały się 4 pułki Legii Nadwiślańskiej pod komendą Józefa Chłopickiego, 3 pułki piechoty z Księstwa Warszawskiego i pułk szwoleżerów włączony do gwardii cesarskiej, dowodzony przez pułkownika Wincentego Krasińskiego. Byli to oficerowie i żołnierze rekrutujący się z dobrych rodzin, gwarantujący przestrzeganie zasad honoru, odwagę i hołdowanie innym wartościom; lud warszawski nazywał ich „pańskim wojskiem”, gdyż służyli tam Radziwiłłowie, Krasińscy, Pac, Rostworowscy, Łubieńscy, Załuscy, Giedroyciowie, Stadniccy, Kiliński, syn uszlachconego bohatera insurekcji kościuszkowskiej, ale też potomkowie Tatarów. Nawet do prostych szwoleżerów oficerowie zwracali się „waćpan”; dopiero w toku walk w Hiszpanii zwyczaj ten uległ znacznemu osłabieniu.

„Udział polskich żołnierzy w ujarzmianiu Hiszpanii był daniną, jaką płacono za wskrzeszenie przez Napoleona namiastki państwa polskiego”, zauważali autorzy historii Hiszpanii200. Gorzka i krwawa to była cena, gdyż Polacy mieli świadomość, że biją się pod niebem Iberii w niesprawiedliwej sprawie, przeciwko narodowi walczącemu o uwolnienie spod francuskiej okupacji. Niekiedy liczba Polaków dochodziła do 9% ogółu wojsk Napoleona bijących się w Hiszpanii. W latach 1808-1813 w szeregach polskich jednostek przebywało w Hiszpanii około 24 tysięcy polskich żołnierzy, z czego w pułkach Legii Nadwiślańskiej niespełna 13 tysięcy, w ramach polskiej dywizji Księstwa Warszawskiego około 8 tysięcy, w pułku ułanów nadwiślańskich oraz w szwoleżerach gwardii łącznie około 3 tysięcy.

W tak międzynarodowym wojsku dochodziło do awantur młodzieży z Polski z Francuzami i Niemcami. Gdy nie można było ich „siekać”, „żal i oburzenie nasze utopiliśmy w winie” podczas przemarszu przez Osnabrück ku granicom hiszpańskim. „Przy butelce” zawiązywały się również przyjaźnie, wspominał Kajetan Wojciechowski201.

9. liniowy pułk piechoty, do którego przystąpił Stanisław Broekere jako ochotnik, szedł z Moguncji do Luksemburga. „Piliśmy wszędzie po drodze wino reńskie w dobrym gatunku, chociaż bardzo tanie”. Z obydwu stron Renu gościńce wysadzane były drzewami owocowymi i „przy takiej obfitości owoców wyrabiają napój powszechnie tam używany, a zwany jabłecznikiem (le cidre). Nasi żołnierze, zwłaszcza młodzi, nieprzyzwyczajeni do tego napoju, nie mogli go z początku używać, gdyż ich bardzo osłabiał”202. Dlaczego? — nie wiemy, gdyż cydr na ogół zawiera mało alkoholu, za to, naturalnie gazowany, świetnie gasi pragnienie.

Co popychało tych młodzieńców i wiarusów do zaciągania się i walki pod obcym niebem, a bywało, że pod obcymi sztandarami? Patriotyzm zdawał się na odległym miejscu, natomiast chęć przeżycia wielkiej, acz śmiertelnie groźnej przygody we wspólnym gronie, które spajały więzy koleżeństwa oraz doświadczenia radości darmowych wspólnych popijaw i wyżycia się — kusiły. Inni znów marzyli o jak najwartościowszych łupach i dążyli do ich zdobycia, by zapewnić sobie godną starość. Franciszek Gajewski przytaczał przykład pewnego ułana stojącego na straży w Toledo, gdzie jeden z kościołów zamieniono na stajnię. Tamże bystry ułan z gwardii szwoleżerów Krasińskiego dostrzegł różnicę w odcieniu tynku na ścianie. Postukał młotkiem, wyczuł odmienny dźwięk, więc ścianę odkuł i znalazł szkatułę z kosztownościami. Ofiarował ją pułkownikowi Kozietulskiemu, aby wyrobił mu pobyt w zakładzie pułkowym w Chantilly, co oznaczało odejście z tej strasznej wojny. Kozietulski odmówił, ale chętny do przyjęcia łapówki okazał się generał komendant Toledo, który wziął ułana „jako ordynansa do siebie. Odtąd już nie stawał do frontu, wszędzie pilnował generała”, a po powrocie do Francji, zakupieniu majątku ziemskiego i ożenku z Francuzką stał się poważanym obywatelem203.

Napoleon, wychowany w wojsku i dla wojska, znał dobrze psychikę żołnierza. Jego krótkie przemowy trafiały w serca wiarusów, powiedzenia obiegały szeregi, medale ozdabiały piersi, „mały kapral” był wszędzie i zawsze zwyciężał: tak rodziła się napoleońska legenda. Cesarz Francuzów wiedział też, że należy ufetować żołnierzy idących na śmierć i odnoszących rany w imię jego interesów: stworzenia wielkiego imperium łacińskiego Francji, Włoch i Hiszpanii. Po przeglądzie w Paryżu „dla całego pułku wystawiono obiad prawdziwie cesarski, a żandarmeria nam usługiwała. Uczta urządzoną była w kilku salonach, oficerowie naturalnie byli od nas odłączeni i osobno przyjęci. Tak było wszystkiego obficie, że dla podoficerów i żołnierzy podano 12 potraw, mieliśmy przy tym najwyborniejszego gatunku wino, smaczne łakocie, czarną kawę z arakiem, na koniec zaś podano gorące czerwone wino [...] nie tylko nasz pułk, lecz każdy przechodzący przez Francję do Hiszpanii był tak ugoszczonym”204.

Alkohol ośmielał, a niekiedy wyzwalał nastroje buntownicze. Zaznał tego sam Napoleon podczas przeglądu w Bajonnie w początkach maja 1808 roku pułku polskiego idącego na wojnę w Hiszpanii. Cesarz oglądał bacznie każdego żołnierza, „już był w środku kompanii piątej, która z pierwszą składała pierwszy szwadron, kiedy dobrze podpity z czterema szewronami [naszywkami na rękawie munduru] żołnierz lichą francuszczyzną, podnosząc nogę, zawołał: »Patrz, cesarzu! Jakie ja mam buty bez podeszw, a służąc 25 lat, ani wiem, wiele mam masy [przysługujących przydziałów majątkowych — J.B.], bo książeczki nie mam, a pułkownik z kwatermistrzem zjadają fundusze«”.

Wezwany pułkownik tłumaczył się przed rozgniewanym cesarzem, że nie wydał książeczek, bo żołnierze nie umieją pisać po francusku. Pomimo konsternacji manewry wypadły dobrze, Napoleon był zadowolony, wino ufundowali szwoleżerowie gwardii Wincentego Krasińskiego, a było go tyle, że „pomimo iż uczta przez noc całą trwała [...] połowy jednak wina przygotowanego dla nas wypić nie byliśmy w stanie”205.

Mimo udręki wojnami francuska ludność pozostawała dosyć przyjazna wobec potrzeb żywnościowych wojska, „ale nie w takim stopniu jak gościnni Sasi”. Dochodziło niekiedy do awantur, lecz głównym powodem był brak znajomości francuskiego wśród szeregowych żołnierzy polskich. Natomiast „mieszkańcom jednak miast i wieśniakom francuskim tę sprawiedliwość oddać należy, że zachowują wzorowy porządek i czystość”206.

Potwierdzali to inni żołnierze, którzy pozostawili po sobie nie tylko bohaterskie czyny wojenne, ale i pamiętniki. Gdy Legia Nadwiślańska zmierzała do granic hiszpańskich, podczas „przez Francję przemarszu byliśmy wszędzie jak najmilej przyjmowani, na każdej kwaterze dawano nam jeść i pić pod dostatkiem”207. Także późniejszy generał Kazimierz Tański zanotował, że w Bordeaux, „tym wielkim handlowym mieście podejmowani byliśmy z wielką uprzejmością i gościnnością, a szczególniej uraczono nas doskonałym i sławnym winem Bordeaux. My też stojąc tam przez trzy dni, wcaleśmy nie odrzucali tej uprzejmej i grzecznej u mieszkańców gościnności, a nawet korzystając z wydarzonej sposobności, porobiliśmy sobie na dalszą podróż tego wybornego ich rodzinnego wina znaczne zapasy”208.

Ucztom na cześć przechodzących wojsk nie było końca. W Châtellerault „magistrat i mieszkańcy miasta wydali dla oficerów korpusu wielki bal, w którym udział brali oficerowie polskiej gwardii ułanów. Podczas zabawy oficerów do parku wyniesiono wina i wódki dla żołnierzy. [...] Wino wprowadziło wszystkich w dobry humor, tak że tańczono do rana z pięknymi dziewczętami francuskimi, po większej części córkami mieszczan”. O świcie udano się do kwater, obyło się przy tym bez ekscesów209. Francuzi nauczyli się, jak unikać ewentualnych grabieży ze strony maszerujących wojsk: przyjmując ich hucznymi ucztami z dużą ilością wina, które było tanie i go nie brakowało.

Podporucznik Henryk Brandt ze swymi woltyżerami także dotarł do Bordeaux. Jednak spostrzeżenia bogobojnego luteranina surowych obyczajów pochodzącego z Prus Królewskich były nieco inne. „Mieszkańcy Bordeaux są weseli, goniący za rozrywkami i z powodu trochę lekkich obyczajów nie używają dobrej sławy”. Kobiety nosiły zbyt obcisłe staniki, a „na spotkanie wojska wyszły całe gromady chłopaków i dziewcząt, wysławiających nazwiska i adresy uprzejmych piękności, wysławiających wprawnym językiem wdzięki swoich pań i sprzedających najohydniejsze obrazki”, zapewne pornograficzne. „Nigdy i nigdzie nie zdarzyło mi się spotkać nic podobnego”, pisał poruszony Brandt. Może dlatego, że w okolicach tych „pito ponad miarę”, zresztą doskonałego wina210.

„Żywność — a mianowicie ryby morskie, ostrygi i wino — bardzo tanie i w dobrym gatunku”, potwierdzał Stanisław Broekere211. Zresztą to samo zauważy później młody podporucznik podczas eskortowania jeńców do Francji po zdobyciu Tortosy: „w Gandesa i Batea, gdzie stali Neapolitańczycy [...] oficerowie zapraszali nas na obiady, pili ponad miarę, a na zakończenie grali z nami w karty i kości”212. Jeńcy z Tortosy zostali doprowadzeni do francuskiej Bajonny, gdzie wojsku zezwolono na dwa dni odpoczynku.

Jednak chwile relaksu w spokojnym mieście nie mogły skończyć się spokojnie dla ludzi, którzy przeszli grozę bitew i śmierci. Oprócz standardowych, można powiedzieć, wybryków, zdarzały się zatem ekstraordynaryjne. Takie jak w teatrze, który odznaczał się znaczną nieszczelnością podłóg. Traf chciał, że przez te nieszczelności w deskach wylał się na głowę oficera huzarów flakonik z perfumami. Wzburzony oficer uznał, że spotkał go inny despekt, i zawołał donośnym głosem na cały teatr:

„Panie komisarzu! Tu [szczają] nam na głowę. To jest zniewaga, którą w mojej osobie wyrządzono całej armii aragońskiej!”.

Jakoś załagodzono ten incydent, ale „wychodząc z Bajonny co najmniej trzecia część ludzi w pułku była tak pijana, że z trudnością trzymała się na nogach”213.

12. „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli tak pijani jak ci Polacy!”

Pierwsze zetknięcie z Hiszpanami nie wywołało entuzjazmu żadnej ze stron. Dezydery Chłapowski po przebyciu granicy stanął na czele wozów pocztowych „nad małą rzeczką Bidassoą. Tu cała kraina i inni ludzie. Nie ma podobno w Europie granicy, która by tak odrębne dwa kraje oddzielała. Wszędzie zmiana stopniowa, tutaj nagła. Z jednej strony Bidassoi lud mały, wesoły, żwawy; z drugiej rosły, poważny, posępny”214.

Odmienne wzorce przekładały się też na sposób picia wina w na nizinach gorącej, a w górach lodowato zimnej Hiszpanii. Polacy uczyli się tam picia, dostosowując się do warunków. Pisał o tym Chłapowski, który został wysłany jako kurier. Po szybkiej galopadzie w siodle, którą ledwie przeżył, cały poobijany i rozgorączkowany, w drodze pił tylko wodę z cukrem.

To jednak nie pomagało w ciężkiej podróży. Po tym doświadczeniu Chłapowski przestrzegał, że „kiedy się jedzie w porze bardzo gorącej i w dzień, sucho w gębie się czuje, trzeba mieć przy sobie małą buteleczkę wódki francuskiej, koniaku, i gębę nią popłukiwać, ale nie połykać. Każdy mocny trunek pomnożyłby gorączkę, która jest nieuchronną po 48 godzinach jazdy. W upał wody także pić nie trzeba, żeby się nie pocić i nie osłabnąć. Tylko płucząc gębę wódką, odświeża się i pokrzepia człowiek”215.

Hiszpania rozczarowała także innych oficerów: „daremnie upatrywałem hidalga [szlachcica — J.B.] — rolnika, ze szpadą u boku, idącego z manierką wina za pługiem”, niczym z przeczytanych powieści, pisał Henryk Brandt. „Mieszkańcy trzymali się z daleka, rzucając na nas spojrzenia wściekłości”216.

Albo lęku. Najbliższa droga przez Pireneje wiodła do Pampeluny ku Saragossie i 1. pułk Legii Nadwiślańskiej w drodze zatrzymał się w jakiejś wiosce. Konie były głodne, żołnierze podpici i „wynaleźli wielki skład pszenicy, której każdy [...], ile mu się spodobało, zasypał koniom; te zgłodniałe stworzenia, dorwawszy się do tak smacznego pokarmu, jadły bez końca, a żołnierz zachmielony winem, ani spostrzegł, co nastąpi”. Podczas ataku Hiszpanów na wystawione pikiety polskie okazało się, że „więcej niż połowa koni schwacona [zapalenie tworzywa kopytkowego — J.B.] z trudnością ze stajen wyprowadzona być mogła”. Jak pisał ułan z tego pułku, przez to „kompania bez wystrzału zdemontowaną została”, a „pierwszy ten kwaterunek wojenny stał się na przyszłość niezatartą nauką”217.

Także w sztuce picia wina.

Porucznik lekkiej kawalerii gwardii francuskiej Wincenty Płaczkowski, służący pod Wincentym Krasińskim, po przekroczeniu granicy zatrzymał się ze swą kompanią w Irun w Baskonii, nad Zatoką Biskajską. „Hiszpany prócz swego języka innego nie znali, więc tylko na migi pokazywaliśmy, czego nam trzeba [...] Zawołaliśmy, wina! Przynosi z sieni skórę brudną z kozy, jak worek na plecach, i zrzucił z siebie na ziemię, pokazując nam, że to jest wino do picia; przyniósł garnek gliniany, odwiązuje nogę przednią i toczy wino z tej kozy; zrazu do picia było przykre, bo dawało się wyczuć zapach żywicy i widać, że te kozy są wewnątrz z włosem wylewane żywicą tą samą, co do okrętów używają; ale do tego się potem przyzwyczailiśmy i piliśmy z ochotą”218.

Podobne metody przechowywania wina ujrzeli piechurzy z 9. liniowego pułku w Kastylii: „w tej okolicy widzieliśmy pierwszy raz wielkie skórzane naczynia napełniane winem, które pobudzały nas do śmiechu; mogą w sobie pomieścić 60-70 kwart [prawdopodobnie litrów — J.B.]. Hiszpanie zwą je la peleja del vino. Jeżeli ów worek jest pełen, wówczas sam się wznosi, jeżeli zaś jest nalany tylko do połowy, wtedy szynkarka klęka na nim, aby za pomocą rury przymocowanej z wierzchu wina w dzbanek natoczyć. Rura wznosi się za pomocą powietrza, wówczas worek wydaje przeraźliwy stękający jęk, ale zarazem i smaczne wino. Wewnątrz jest worek czarny jak smoła. Nim się przyzwyczailiśmy do scen z tym przyrządem, byliśmy zawsze w dobrym humorze”, pisał Broekere219.

Skąd ów radosny śmiech i humor? Zapewne ze skojarzeń upuszczania wina przez szynkarkę z czynnościami seksualnymi zwanymi fellatio. Niebawem każdy wojak zaopatrzył się w mniejszy „dwu- lub trzykwartowy worek opatrzony rzemieniem i zawieszony na plecach. Wina nam w marszu nie brakowało”220.

Żołnierze zorientowali się, że powodem stosowania w Hiszpanii skór do przechowywania i transportu wina był brak drzewa łupkowego i łatwość umieszczania la peleja del vino na grzbiecie muła czy osła. System przechowywania w tych skórach był tak powszechny, że wyrabiały je wielkie fabryki w Madrycie, Sewilli, Granadzie i innych miastach. Natomiast fermentacja odbywała się najczęściej w wypalanych z gliny kadziach zwanych tinajas, gdzie po zakończeniu fermentacji moszczu powierzchnię wina zalewano oliwą dla ochrony przed zwietrzeniem i, choć tego wówczas tak nie określano, niepożądanymi bakteriami octowymi oraz pleśniami221.

Widząc te technologie przechowywania wina, podporucznik Brandt podczas przemarszów przez kraj był przekonany, że „Hiszpania pozostała za nami w tyle przynajmniej o pięćdziesiąt lat pod względem wszystkiego, co dotyczy komfortu. W tych archaicznych confeterias [cukierniach] można było dostać czekolady, limoniady, bolados (różowych cukierków), wody z lodem i pospolitych ciastek upieczonych przed tygodniem. Prócz tego można tam było dostać wódki, a niekiedy i wina”. Na dodatek na ogół ci cukiernicy i oberżyści byli wrogami francuskich, polskich i włoskich okupantów, o czym przekonać miał się Brandt, którego uratowało odwzajemnione uczucie do „cudownie pięknej” Inez, siostrzenicy „dzikiego cukiernika” Manuela222.

Żołnierze zauważyli też lęk Hiszpanów, że „coś się nas bardzo boją”. Dopytywali więc dlaczego i w odpowiedzi usłyszeli, że „dnia wczorajszego przechodzili tutaj Francuzi i mówili, że maszerują za nimi Polacy, co ludzi jedzą”. Żołnierze polscy obruszyli się na to i przekonywali, że nie są ludożercami, w co Hiszpanie uwierzyli, gdy zobaczyli krzyże przypięte do rewolucyjno-narodowych kokard. W końcu dali się przekonać, że mają do czynienia z rzymskimi katolikami223. Niemniej jednak pewien Hiszpan, podglądając wojaków przez dziurkę od klucza, nie zobaczył krzyżyków i medalików na piersiach żołnierzy, „a do tego pacierzy nie mówili, toteż ich zamordował jako heretyków”.

Wieki działalności najsurowszego w Europie hiszpańskiego trybunału inkwizycji dawały o sobie znać. Wojna szybko nabrała także wymiaru religijnego: „zastaliśmy tam jeszcze św. Inkwizycję; wiele osób obojej płci uwięziono, męczono, tracono, na stosach palono, w oliwie smażono; taka tyrańska władza duchowieństwa była, a naród tak mocno fanatyzmem był obłąkanym, że w niczym przekonać niepodobna było. Na przykład grzechem być uznawali to, gdy mężczyzna wyjdzie z domu bez płaszcza lub kobieta niepodobna z odkrytą twarzą”. Nie daj Boże, zadrzeć z żoną, bo ta zaraz szła do spowiedzi, oskarżając męża, że znieważa stan duchowny, po czym nieszczęśnik trafiał do lochów świętej inkwizycji. Wszelkie zabawy i przyjęcia nawet u szlachty nadzorowali księża i mnisi, aby była zachowana przystojność224.

Jednak nie wszyscy duchowni byli tak surowi. Podporucznikowi Brandtowi zdarzyło się „widzieć coś, czego ani przedtem, ani potem nie spotkałem już w Hiszpanii. Otóż przyszedł do nas w odwiedziny hiszpański ksiądz, zupełnie pijany”, który wziął udział w grze w karty i „grał jak biegły gracz mimo upojenia. Kiedy podano nam obiad, zaprosiliśmy naszego gościa, a jadł i pił jak grenadier”. Po czym sięgnął po gitarę, „znajdującą się w każdym domu hiszpańskim i zaczął śpiewać nam bezecne piosneczki”. W końcu przy grze nakryto go, że oszukuje, więc wyrzucono ojca za drzwi. Oficerowie sądzili, że to może szpieg, ale mieszkańcy go znali „jako wielkiego pijaka i ladaco”225.

Wydawało się zatem, że Hiszpanie, umęczeni inkwizycją i więzami nałożonymi przez duchowieństwo, przyjmą z ochotą wojska niosące hasła wolności‒równości‒braterstwa. I że francuskie swobody religijne zostaną przyjęte z otwartymi rękoma. Okazało się odwrotnie, gdyż na czele oddziałów hiszpańskich stawali właśnie księża i zakonnicy, nadając wojnie charakter religijny. Zaciekłość mnichów była niemal nie do uwierzenia. Po otwarciu przez Polaków drogi przez Somosierrę na Madryt tamże w ogromnym klasztorze Bonifratrów Napoleon założył lazaret. Kiedy odjechał, „ten cały lazaret Bonifratry wraz z pospólstwem w pień wycięli”. Gdy cesarz wrócił i przekonał się, że „chorych pozabijano [...], nakazał mnichów mieczem wytępić, a klasztor zburzyć i spalić, co też spełniono”226.

Fanatyzm religijny i obyczaje zdawały się wskazywać, że zwyczaje seksualne są w Hiszpanii mocno reglamentowane i powściągliwe. Ale przekonanie to trwało do chwili, gdy zdobyto Saragossę. Okazało się, że powściągliwość erotyczna jest maską kryjącą nieokiełznane żądze: wybuch miny w Saragossie „odkrył podziemne przejście, nieznane nikomu, łączące dwa klasztory — żeński i męski — stojące w znacznej odległości”. Pozostawiono to przejście „i łatwo było się przekonać, że ten widok robił duże wrażenie na ludności miejscowej”227. Wiele jednak „kobiet osadzonych w konwentach, z powodu pomieszania zmysłów, któremu przez tak długie bombardowanie miast uległy, każdego, kto tam był, wskroś zgrozą przejmie zapewne, skoro sobie wspomni, jak obchodzono się z tymi nieszczęśliwymi ofiarami przywiązania do ojczyzny i jaki wreszcie był ich koniec”228. Chodziło zapewne o gwałty na mniszkach i innych Hiszpankach.

Gwałty te były wyrazem narastającego zdziczenia w tej wojnie. Hiszpanki przy tym wcale nie były tak niedostępne, jak się zdawało. Lubiły być uwodzone i same uwodziły. Pamiętnikarze, jak Józef de Naylies, nie raz zauważali, że wśród pozornie oschłych Hiszpanek „nie ma jednak zasady prawdziwej cnoty [...] jeśli taki z obcych potrafi się podobać i będzie miał wolny wstęp do ich pokojów, wtedy postrzeżesz, że i Hiszpanka jest tak miłą jak Francuzka, a czuła jak Polka”. W innym miejscu dodawał, że są one namiętne, tego samego oczekując od partnera229.

Potwierdzał to Stanisław Broekere, pisząc, że Hiszpanki udają „niewiniątka, lecz za to do ukrycia tajemnicy, szczególnie w wypadkach miłosnych, są wprawne mistrzynie i pod tym względem żądają podobnież wzajemności od swoich wielbicieli. Jeżeli która przekona się o zdradzie swojej tajemnicy, natenczas mszcząc się, złość swoją do ostatniego stopnia wywiera. W skrytości wszystkiego się dopuści, lecz nigdy po sobie tego nie okaże, że ją otacza jakakolwiek tajemnica”230. Hiszpański but świętej inkwizycji wywarł bez wątpienia wpływ na dwuznaczne zachowania gorących Hiszpanek w dochowywaniu tajemnicy ich romansów i miłostek.

Czasem wojna przypominała groteskę, nim zmieniła się w ponurą tragifarsę i walkę prowadzoną ze skrajnym okrucieństwem. Do legendy narodowej polskiej przeszła szaleńcza szarża polskich szwoleżerów w wąwozie Somosierra, pod górę, pod ogniem rozstawionych piętrowo w rzędach kolejnych hiszpańskich baterii armat. „Wszyscy pędzili wśród ogromnego ognia tak kartaczowego z przodu, jak i z lewej i prawej strony wąwozu”, zdobywając poszczególne „piętra” z armatami, „rąbiąc w pędzie kanonierów”. Opisujący to podporucznik 3. szwadronu pułku szwoleżerów gwardii Andrzej Niegolewski nie słyszał, by ktoś wydał rozkaz samobójczej szarży: z oficerów tylko on nie zginął, nie odniósł rany i kontuzji, „ale mój koń, mój mundur, ładownica, czapka wszystko to ucierpiało od kul karabinowych świszczących na wszystkie strony [...] dziewięć razy pchnięto mnie bagnetem”231. Trzeci szwadron był tak przerzedzony, że zostałby zepchnięty przez Hiszpanów, gdyby nie wsparcie 1. szwadronu Tomasza Łubieńskiego, który przy okazji, pędząc za Hiszpanami, pod Buitrago dostrzegł markietankę. Znużeni żołnierze chcieli się napić wina, oficerowie pozwolili, „lecz zamiast wina znaleźli kasę”, której napić się było nie sposób232. Podobno jeden z generałów francuskich, słysząc rozkaz Napoleona „zostawcie to [przedarcie się przez wąwóz Somosierry — J.B.] Polakom”, miał orzec: „Trzeba być pijanym, żeby taki rozkaz wydać, i trzeba być pijanym, aby taki rozkaz wykonać”.

Mimo to Jan Kozietulski poderwał swój szwadron do ataku pod górę. Szarża trwała 7-10 minut, Kozietulski utracił połowę stanu osobowego, lecz ocalał, gdyż na początku szarży spadł z konia i został kontuzjowany. Otworzył tą szarżą drogę na Madryt, oszczędzając życie setek, może tysięcy żołnierzy piechoty, którzy musieliby się przebijać przez ziejące ogniem baterie w wąwozie lub idąc górami.

Po tej szarży cesarz Napoleon miał odpowiedzieć: „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli tak pijani jak ci Polacy!”233. Atak szwoleżerów na armaty, pod górę, ugruntował opinie o waleczności Polaków: „Nie masz w Europie nad ich pułki dzielniejszych, gwałtowniejszych w natarciu i zdolniejszych do owych przedsięwzięć, uważanych za genialne, jeżeli powodzenie czyni je wolnym od zbrodni zuchwalstwa”, pisał rezydent francuski w Warszawie i dyplomata Edward Bignon. I on również był pod wrażeniem szarży w wąwozie Somosierry234.

Francuzi na ogół czuli „sympatię dla Polski”, jak pisał Bignon, a rozsiewanie plotek, że Polacy są ludojadami, należało do gatunku zupackich żartów żołnierskich i miało wystraszyć Hiszpanów. W rzeczywistości do zadrażnień między Polakami a Francuzami w Hiszpanii dochodziło sporadycznie. Czasem tylko pijacka czy alkoholowa duma dawała o sobie znać. Kiedy francuski oficer w mieście Fuentes w Aragonii przejmował komendanturę placu od oficera Legii Nadwiślańskiej, ten poczęstował go najpierw wódką. Francuz jednak chciał przedtem dopełnić obowiązku, co wprowadziło polskiego komendanta w rozdrażnienie, które utopił, wychylając samotnie szklaneczki wódki. Alkoholem uregulował sobie trudne uczucia, chciałoby się rzec przekornie.

Polscy oficerowie podjęli też sprawę rzekomego ludożerstwa Polaków. Gdy pułkownik Jan Konopka prostował w obecności francuskiego oficera wygłaszane poglądy Francuzów, że Polacy „jako lud azjatycki dzieci zjadają [...] Francuza ledwo krew nie zalała i prawie przytomność utracił”. Najbardziej przytomnie w tej sytuacji zachowała się żona pułkownika, „dowcipna Włoszka, o czym innym mówić zaczęła, wtem podano kolejne kielichy, a wesołość zastąpiła niesmak i cierpkie przygryzki”235. Jednak fama o Polakach ludożercach niosła się dalej, niedostatek czasem powodował, że „nasi żołnierze gospodarowali w okolicy gorzej od rozbójników, że postępowali nieraz brutalnie i z wyuzdaniem”, więc Brandt, Wojciechowski i inni musieli prostować wieści i tłumaczyć, że Polacy nie żywią się dziećmi236.

Wiosną 1808 roku w Hiszpanii narodził się Śpiew żołnierski dla gwardii Napoleona. Znalazł się tam również żartobliwy wątek alkoholowy:

Po balecie do Szyllera

Nowych kolegów prosiłem,

Dobrze mi szła kariera,

Razem się z nimi upiłem237.

13. Hiszpańskie wino i krew

Hiszpanie coraz powszechniej zaczynali traktować tę wojnę jak walkę narodowowyzwoleńczą z obcym okupantem. Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie, więc oficerom i żołnierzom walczącym w Iberii nakazywano skrajną ostrożność. „Jeden z grandesów Hiszpan zaprosił na obiad do siebie kilku oficerów francuskich i sam siebie, żonę, dzieci i wszystkich zaproszonych potruł”238. Tak ogromna była zawziętość owych hidalgów wobec najeźdźców.

Nadmiar wina był niebezpieczny dla żołnierzy, jak się okazało, nie tylko dla Polaków, ale i dla Francuzów, bardziej doświadczonych w sztuce picia tego napoju. „Wina obfitość wielka, że nie tylko za zwyczajny napój używają, ale jeszcze co trzy lata, gdy zbyć nie mogą, to z piwnic na ulicę wylewają, aż bruk wygląda jak farbowany, lecz tylko jeden gatunek takiego wina rodzi się, inne nie podlegają żadnemu zepsuciu. Wina w piwnicach trzymają nie w takich beczkach jak u nas, tylko w stojanach tak wielkich, że naszych beczek albo okseftów sto tam zmieścić się może i po drabinie na wierzch stojana wchodzą; otwór tego jest wielki jak okno. Mają jeszcze naczynia jak nasze słoje zrobione z gliny, tak szerokie i wysokie, że także po drabinie na wierzch wchodzić trzeba.

Francuzi wpadający do piwnic dla nabrania wina topili się w tych stojanach i słojach, potem, gdy Hiszpanie wyczyszczali one, to po kilka trupów wewnątrz znajdowali”, relacjonował porucznik Wincenty Płaczkowski239. Inny porucznik, szwoleżerów, późniejszy generał Józef Załuski, odnotował fakty o nadużywaniu wina, co prowadziło do skutków śmiertelnych, bądź o truciźnie w winie: „nie słyszałem o niej, lecz widziałem ją w piwnicach wina, z których mnóstwo Francuzów i naszych Polaków ginęło”240.

Być może mnisi również stosowali broń alkoholową albo też winem obłaskawiali polskich żołnierzy. Załuski kilkakroć wspominał, że Polacy cieszyli się lepszą opinią niż Francuzi i wielu dzięki temu uchroniło życie. Pewnego dnia Załuski pod komendą porucznika dragonów gwardii ruszył na podjazd w kierunku Bilbao zobaczyć, czy nie zbliżają się Anglicy. „Atoli nie spotkawszy nieprzyjaciela, zostaliśmy przyjęci w O[ñ]a przez zakonników tak gościnnie, że mój komendant zasmakował w ich winie, iż mu zupełnie przytomność odjęło. Ja, choć młody, musiałem czuwać nad bezpieczeństwem oddziału, bo się lękałem zdrady tych mnichów [...] bo komendant nie mógł usiedzieć na koniu, tylko trzymany pod pachy przez dwóch dragonów”. Skończyło się odesłaniem tego weterana wojennego, któremu uprzykrzyła się trzeźwość, a może miał zły dzień, z gwardii do oddziałów liniowych241.

Trudno mu się zresztą dziwić: wina hiszpańskie odznaczały się wspaniałym smakiem. Broekere był pełen podziwu dla wielości ich gatunków „i wszystkie wyborne. I tak np. jest wino zupełnie czarno-czerwone (vino tinto) z Katalonii i Alicanter, półczerwone (vino puro) z Valdapeñas, białe, czyli żółte (vino blanco) z okolic Toledo i La Mancha, słodkie w całej Hiszpanii z Malagi (vino dulce), cierpkie (vino seco) wyrabiają w okolicy Antequera. Jednakże pomiędzy wszystkich gatunków najdroższe i najwyborniejsze jest to, które wyrabiają w Xeres. Ponieważ wszystkie wina są bardzo mocne i nadzwyczaj rozpalające, dlatego też delikatni Hiszpanie w miarę i na pół rozebrane z wodą piją tylko niekiedy”, a resztę wywożą na wybrzeża na mułach w skórzanych peleja del vino, sprzedają, skąd „składają na okręt i wielki handel nim prowadzą”242.

Z winną bronią w ręku i żołnierską skłonnością do nadużywania trunków, jedną z metod walki Hiszpanów stało się upijanie żołnierzy. Pisał o tym między innymi oficer dragonów Józef de Naylies. We wsi Arnozo niedaleko Portugalii wieśniacy namawiali oficera, aby do snu zdjął rynsztunek, co wzbudziło podejrzliwość de Nayliesa. Jego nieufność powiększyła się, gdy „przynieśli mnóstwo wina pod drzwi stodoły, gdzie postawiłem straż, by popoić żołnierzy; przyjąłem tylko 25 butelek, powiedziawszy im, że dość dla żołnierza po butelce”. W rzeczywistości oficer miał na ten czas pod komendą 10 dragonów: „dałem każdemu po jednej [butelce — J.B.], resztę skrycie wylałem”243.

Jak widać, obawa przed upijaniem się winem dotyczyła nie tylko Polaków ze wsi nieobytych z trunkiem, ale i Francuzów, dla których był to przecież napój codzienny. Wprawdzie każdy gospodarz hiszpański miał na dziedzińcu domu pod dachem olbrzymią kadź tanajas z zaworkiem na dole i wina wydawało się pod dostatkiem, lecz żołnierze szybko zorientowali się, że najlepsze wino „czyste i klarowne jak rubin” ściągną pierwsi pijący, a dla ostatnich mogą pozostać fusy i wytłoczyny.

W związku z tym „żołnierze nasi” upijali się, wina „aż do zbytku używali, że często przy owych naczyniach do sprzeczek i bójek dochodziło, ponieważ każdy chciał sobie pierw wina utoczyć”244. Tymczasem przezorność była konieczna, gdyż „więcej naszych w Hiszpanii zdradziecko zamordowano, niż poległo na polach bitew”245.

Broekere poświadczał, że „wielu z naszych padło ofiarą wskutek nadmiernego użycia wina. My, ludzie Północy, a szczególnie Słowianie, lubimy rozpalające napoje, a tym bardziej wino, którego pić nie każdy jest w stanie. Tu nasi żołnierze mogli się nim nasycić do woli. Chociaż każdy dostawał swoją porcję wina, nie zawsze jednak na niej poprzestawał. W każdym domu gospodarz przyrządza i zachowuje wino w wielkich garnkach zwanych Tinajas, a mieszczących w sobie 50, 100, 200 lub 300 garncy. Ponieważ Hiszpanie skryli się przed nami w góry, pozostawiając wino, przeto żołnierze (co im było dozwolone) mieli sposobność pić, ile chcieli. Były to wina czerwone i białe w najlepszym gatunku”.

I wtedy często dochodziło do katastrofy, odbijającej się na militarnej sile wojska. Żołnierz polski rekrutował się na ogół z chłopstwa, przed którym otworzył się winny raj, o jakim żołnierz dotąd nie miał pojęcia. Nim się nauczył pić, a nie upijać, nim poznał zwodniczą siłę alkoholu, który najpierw daje siłę, a potem osłabia, zanim zorientował się, w jakich dawkach go pić w dzień i z czym, a w jakich porcjach wieczorem, „żołnierz nieprzyzwyczajony do trunków, pijąc do zbytku, zaledwie był w stanie iść w pospiesznym marszu dzień i noc bez odpoczynku, a skutkiem czego 6 lub 8 żołnierzy z kompanii zostawić musiano leżących. Broń, tornistry, ładunki odebrano im i oddano do niesienia innym żołnierzom, pozostawiając leżących na pastwę losu. Mało który z nich powrócił, gdyż najczęściej poniósł śmierć z rąk mściwych chłopów, którzy rozjątrzeni byli stratami, jakie wskutek wojny od obcych ponosili”246.

Ale też wino w nieoczekiwany sposób czasem ratowało życie. Podczas przeprawy przez nurt Ebro „kantyniarka [markietanka — J.B.] z pułku naszego na mule puściła się była wpław za nami, lecz woda, muła pochwyciwszy, szybko pędem swoim niosła. Szczęściem, że kantyniarka po obydwu stronach miała kozy [bukłaki] napełnione winem; te, utrzymując w równowadze muła na wodzie, nie dozwalały mu zatonąć. Na próżno nieszczęśliwa z wzniesionymi rękoma do nieba o ratunek wołała. Wszyscyśmy z brzegu jej niebezpieczeństwo widzieli, żaden ratunku dać nie mógł. Muł jednak instynktem wiedziony, z wolna kierując się ku brzegowi, na koniec z kantyniarką i kozami szczęśliwie dopłynął”247.

Tymczasem wojna nabierała charakteru partyzanckiego. Rodziny hiszpańskie z całym dobytkiem uciekały w góry, odcinając wojskom napoleońskim źródła zaopatrzenia. Początkowo żywności było sporo, gdyż „w pobliskości były stada owiec, zboże i wino”. Jednakże Polakom nie smakowały kiełbasy, „bo tak były gorzkie i palące, że zdawało się, iż usta i podniebienie opieką; przez połowę były pomieszane z czosnkiem i pieprzem tureckim, a zupełnie czerwone”. Według Hiszpanów te pieprzno-czosnkowe potrawy chroniły przed szkorbutem i przeziębieniami — i zapewne było w tym sporo racji248. Natomiast o dostatku wina powtarzano w polskich pamiętnikach wciąż i z upodobaniem. Jego brak zaczęto odczuwać dopiero wtedy, gdy Hiszpanie zaczęli wywozić i niszczyć zapasy trunku.

Podstawowym problemem stało się najpierw zaopatrzenie w żywność, bo żołnierzom dość szybko zaczął doskwierać głód. Na dodatek klimat wokół Pampeluny i Saragossy nie był tak pogodny, jak zapewniano i jakiego oczekiwało wojsko: w dzień nieznośny skwar, a w nocy dojmujące zimno. Potem w zimie wojsko musiało przeżyć lodowate deszcze, a nawet śnieg. Dopiero później okaże się, że wprawdzie klimat „w Aragonii, Katalonii i Walencji jest bardzo łagodny”, ale w pobliskich prowincjach bywa zmienny249.

Miłymi przerwami w uporczywej wojaczce były libacje, przy czym Francuzi umieli docenić jakość wina: „obozowaliśmy w Puento del Linare: sklep [piwnice — J.B.] pełen dobrego wina pocieszył nas bardziej niż wody Léthé, gdzie nasze konie tylko się napiły; nie wiem, czy ona miała tę własność, żebyśmy mogli zapomnieć dwumiesięczne cierpienia”250 [sic!], pisał Józef de Naylies, nawiązując do mitologicznej rzeki Lete, z której wypicie gwarantowało niepamięć.

Podczas oblężenia Saragossy na przełomie 1808 i 1809 roku oficerowie jak zwykle jadali śniadania „składające się z zupy ze szkaradnej mąki, z gorszego jeszcze cukru i wina, a czasem wyjątkowo z filiżanki czekolady”. Obsługująca tę kuchnię „dzielna kobieta”, markietanka, „zbudowała sobie coś na kształt kominka kuchennego z płaskich kamieni pożyczonych — jak się później okazało — z sąsiedniego cmentarza. Pewnego dnia [...] jeden z oficerów spostrzegł urywek napisu na jednym z kamieni i zdołał odcyfrować następujące słowa: Percussus morbo decessit qui intus jacet”251. Odkrycie to zniechęciło wielu oficerów. „Ludzie ci, którzy co chwilę narażali się na śmierć, czuli wstręt nieprzezwyciężony do jedzenia gotowanego na płytach grobowych — odnotował porucznik Brandt, zastanawiając się nad — dziwną niekonsekwencją serca ludzkiego”252.

Walka była niebywale zacięta. W Saragossie toczyła się o każde piętro i komnatę. „Dzień 15 czerwca [1808 roku] odkrył im tajemnicę ich obrony. Pozataczali działa w bramy, robili strzelnice w murach, poprzecznie (des traverses) po wszystkich ulicach klasztory i znaczniejsze domy przeistaczali w twierdze z taką szybkością, że w 24 godziny miasto było zabezpieczone od wzięcia go nagłym napadem. Postanowienie to było skutkiem własnej woli ludu”, pisał przyszły generał Józef Mroziński253. Aragończycy, chodzący w konopnym obuwiu cicho, niczym koty po dachach, zasypywali żołnierzy napoleońskich gradem strzałów z góry i przebiegle urządzali zasadzki. Wejścia domów zamurowywali, a pomiędzy dachami kamienic porobili pomosty, skąd ze wszystkich stron — także z baterii ulicznych — razili tak skutecznie, że„Francuzi i Polacy budynek za budynkiem brać musieli tymi samymi komunikacjami co Hiszpanie”254. „Obie strony wkładały broń w strzelnice i strzelały do siebie; Hiszpanie przez komin spuszczali granaty, walczono na wszystkich piętrach”, pisał Józef Mroziński. „Zakonnicy pokazywali się na ulicach z pałaszem przypasanym na wierzchu habitu”, kobiety donosiły amunicję i napoje dla walczących. Załoga miasta zamienionego w twierdzę porozumiewała się z odsieczą za pomocą rac, na co „armia odsieczna” informowała Saragossę, paląc ognie w górach. Gdy brakowało walczących na rozbijanych barykadach, ściągano rannych z lazaretów, których „pomiędzy paroksyzmami wysyłano na służbę. Obwinięci w swe prześcieradła, siedząc na ławach, bronili miejsc im powierzonych [...] gdy tymczasem drudzy już w tyle wznosili zapory [...]”255.

Wreszcie po 63 dniach oblężenia i ciężkich walk ulicznych 21 lutego 1809 roku hiszpańska załoga Saragossy poddała się i miała złożyć broń. Aby uniknąć rabunku, pojedynczym żołnierzom zakazano wstępu do miasta. „Nasi żołnierze jednak znali zanadto dokładnie wszystkie dróżki i przejścia i od pierwszego dnia rozpoczęły się promenade en ville [spacery po mieście — J.B.], z których nie powracało się z pustymi rękoma. Wieczorem 21 lutego było już w całym obozie pod dostatkiem wina, wspaniałe połacie słoniny gotowały się w kotłach, pełno było worków z ryżem, bobem itp.” Niektórzy jednak trafiali osobliwie: w relacji podporucznika 2. pułku Legii Nadwiślańskiej znajdujemy opis, jak wstąpili „do obszernej kamienicy przy Coso, po części dla znalezienia posiłku dla naszych od dawna zgłodniałych żołądków”. Po długim dobijaniu się otworzyła im przerażona służąca i zaprosiła do domu. Spragnieni Polacy zażądali cokolwiek do picia, więc „serwanta [...] pobiegła i przyniosła niezadługo tacę z ogromną szklanką białego i czystego trunku. [Tadeusz] Niewodowski jako nasz wódz i najstarszy w latach, porwał najsamprzód za szklanicę i wychylił porządny toast. My, nie zważając na jego komiczne grymasy, dopomagaliśmy mu jeden po drugim; lecz gdy nas zaczęło niezmiernie palić wewnątrz, zażądaliśmy śpiesznie wody. W mniemaniu, że nas otruto, kazaliśmy przywołać gospodarza domu. Po chwili czekania stanęła przed nami donna, młoda i piękna; przepłoszona i bojaźliwa objaśniała nas, że to jest spirytus winny, któregośmy dotąd jeszcze nie znali”. Po tych wyjaśnieniach Niewodowski zaczął umizgiwać się do „donny, która była wdową i gospodynią zarazem tego domu, a potem stała się jego żoną”256. Nie był to wyjątkowy przypadek: z Hiszpankami ożenili się generałowie Jan Konopka i Sykstus Estko oraz inni oficerowie.

Brandt został wysłany 22 lutego po odbiór przysługujących racji wina, lecz „taki był natłok i nieporządek, że nie mogłem ich dostać przez kilka godzin”. Poszedł więc z innym oficerem na spacer po zrujnowanym częściowo mieście257.

Wojna w Hiszpanii przerodziła się w pasmo okrucieństw. „Widziałem, że kawaleria nasza, kogo dognała — bez pardonu zabijała”, pisał Kierzkowski258. Wachmistrz szef kompanii Kajetan Wojciechowski główną winą za to obciążał opitych Francuzów, którzy bestialsko deptali godność i zwyczaje hiszpańskie, dopuszczając się też aktów okrucieństwa. Gdy Polacy w Calatayud zaprowadzili ład, „za nadejściem piechoty francuskiej cały porządek w kąt poszedł. Mieszkania prywatnych i świątynie pańskie, stojąc otworem, wystawione zostały na łupiestwo rozhukanego żołdactwa. Tam żołnierze, odurzeni trunkiem, poprzebierani w kościelne szaty, szydząc z obrządków własnej wiary, przy pochodniach i świetle nosili po ulicach święte naczynia napełnione winem, a obchodząc z nimi cały obóz, wyśpiewywali pieśni wszeteczne [...]. I jakże naród hiszpański nie miał mieć pobudki do tej nieprzebłaganej zemsty, którą zaprzysiągł Francuzom? Nie mając zawsze sił dostatecznych do walczenia w otwartym polu, postronnie i po kryjomu mordowała ofiary winne czy niewinne, pastwiąc się niemiłosiernie nad bezbronnymi. Obrzynali uszy, nosy, wyłupywali oczy, wyciągali wnętrzności, wyparali żyły, a pomimo tych okrucieństw [...] wyznać należy, iż Francuzi bezbożnością, rozpustą i swawolą swoją wówczas zasłużyli na nie”259.

Działo się tak, pomimo że Francuzi nadal na ogół byli katolikami. „Tu okazała się cała różnica narodowego charakteru Polaków: kiedy Francuzi obdzierali kościoły, nasi żołnierze śpiewali tam ze skruchą, korząc się przed ołtarzami”, opowiadał podoficer pułku ułanów nadwiślańskich Antoni Kulesza Kajetanowi Kraszewskiemu260. Potworne sceny — niczym z rewolucji kozackiej Chmielnickiego — mieszały się z groteskowymi zdarzeniami, tak jak przygoda wachmistrza Wojciechowskiego. Zmęczony walką w klasztorze „smaczno zasnął” na ciałach zakonnic wyrzuconych z trumien, nie wiedząc, do kogo, a raczej do czego się tuli261.

Oczywiście w tej orgii pijanego okrucieństwa zdarzały się ludzkie odruchy. Podczas rzezi Burgos francuscy żołnierze „wpadli do pokoju, jedni zaczęli rozbijać komody, kufy i szafy, a dwóch do mnie przystąpiło, pewnie w celu zamordowania”, opowiadała pewna niewiasta. Zauważyli jednak „krwawy potok płynący spode mnie” i poznali, że rodzę. „Litością więc i miłosierdziem zdjęci, wzięli mnie z drugimi na ręce, opatrzyli mnie i dziecię nowo narodzone, po czym stali u nas przez kilka dni”, chroniąc przed najgorszym.

Rodzina ta odwdzięczyła się porucznikowi Płaczkowskiemu, przyjmując go na kwaterę, gdzie „miałem tam wszelką wygodę, jakby u własnych rodziców”262. Jednak były to tylko sporadyczne ludzkie odruchy: po powrocie grenadierów do Hiszpanii i Portugalii koło Valladolid schwytane „bandy powstańców” wieszano już na pęczki, „po kilkunastu razem dla postrachu ich i uspokojenia”, a dowódców „żywcem ćwiartowano”, dodawał Płaczkowski263.

Podczas podejścia do oblężenia Tortosy oddział rannego Brandta został zluzowany i wrócił do obozu. Atmosfera była przyjemna, wszędzie paliły się ogniska, gdyż „niesłychane masy żywności różnego rodzaju pościągano z okolicy”. Zajadano się baraniną i dawno niewidzianymi ziemniakami, które Hiszpanie nazywali „jedzeniem dla świń”. Osłonę stanowiły drzewa figowe i oliwkowe. Niedaleko oficerów posilała się i piła „grupa woltyżerów, z których kilku było pijanych.

— Niech Bóg da zdrowie alkadowi [burmistrzowi]! — zawołał jeden z nich — za to, że mnie oddał w rekruty. Nigdy pewnie nie kosztował on czekolady ani wina. Niech żyje!

I w tej samej chwili, gdy podniósł szklankę w górę, żeby wypić zdrowie alkada, gwizdnęła kula z cytadeli i urwała mu głowę, w taki sposób, że czaszka obdarta z włosów, bez mózgu potoczyła się opodal, jakby wyrzucona z procy.

— Szkoda! — odezwał się jeden z żołnierzy. — Dobry był z niego żołnierz, dzielny kolega!

— I wielki pijak — dodał kapral. Po czym odniesiono na bok ciało zabitego”.

Po tym zdarzeniu postanowiono jednak usypać szańce, a nie wierzyć w możliwości osłony za drzewami264.

Hiszpanie, na co dzień przestrzegający trzeźwości, niekiedy jednak ruszali do boju podpici albo wręcz nietrzeźwi: podczas oblężenia Tortosy „między Hiszpanami dużo było pijanych, szczególnie Miqueletów (nieregularne wojsko). Niektórzy rzucali się jak wściekli na naszych ludzi, inni atakowali oficerów, usiłując ich pozabijać”265. W takiej walce pijaństwo niejednemu skracało życie, gdyż wprawdzie dodawało odwagi, lecz zabierało zdrowy rozsądek i zręczność.

Natomiast na co dzień, „będąc tak długo w Hiszpanii, nigdy nie zdarzyło mi się widzieć pijanego Hiszpana, bo tu takim człowiekiem wszyscy gardzą”, gdyż po pijanym można się wszystkiego najgorszego spodziewać, jak powiadali. Broekere uważał to ogólnie za cechę narodów południa: „głównie mieszkańcy tych okolic, gdzie się znajduje najwięcej wina, nie są na nie chciwi, ponieważ mają go pod dostatkiem, a nawet w stronach, gdzie go mniej, jako to: we Francji, Włoszech, bardzo rzadko można zobaczyć pijanego, gdyż i w tych krajach uważają go za wyrzutka ludzkości. Hiszpanie podają wino na stół tylko w czasie uczt i jakich wielkich uroczystości, lecz to na wpół rozebrane z wodą, zaś samego wina bardzo rzadko, a nawet prawie nigdy takowego nie używają”266.

Taka lekcja była bardzo przydatna dla polskich żołnierzy, choć niektórzy z Polaków dopiero w niewoli nauczyli się pić. Na Balearach, gdzie się znaleźli, brakowało im chleba i masła, ale nie wina. Jednakże choć „wino było tanie, lecz po tak nędznych potrawach, mając prawie puste żołądki, nie mogliśmy pić tak mocnego wina, rozrabialiśmy przeto je na pół z wodą”267. Czynili tak jak Hiszpanie i często Francuzi.

Z niebezpieczeństwa użycia trunków zdawał sobie sprawę podporucznik Brandt, wysłany do Tortosy po rzeczy jeńców. Zalecił swemu trębaczowi Jankowskiemu, „żeby nic nie pił”. Wystroił go, podobnie jak i siebie, okleił czarnymi plastrami przykrywającymi rany, po czym udał się do komendanta twierdzy.

Przyjęto go zgodnie z obyczajami, oficerowie hiszpańscy przyjaźnie poczęstowali czekoladą i wodą z lodem. „Wina, które podawano, pić nie chciałem” i słusznie, gdyż zaraz zaczęto namawiać podporucznika do przejścia na stronę hiszpańską, gdzie otrzymałby stopień podpułkownika. Młodemu podporucznikowi dech odjęło na tę propozycję, ale odzyskał rezon, pytając oficerów hiszpańskich, czy chcieliby służyć ze zdrajcą.

„Nie czekając na odpowiedź, poprosiłem o pozwolenie powrotu do obozu. Ale można sobie wystawić moje zdumienie, kiedy wyszedłszy z pokoju w przedsionku, zastałem mojego trębacza Jankowskiego pijanego straszliwie, który oznajmił, że nie wraca ze mną, bo wstępuje do służby hiszpańskiej”. Okazało się, że wybrany spośród wybranych trębacz Jankowski dał się skusić 12-15 talarami za porzucenie polskich szeregów.

„Ty chcesz na cały pułk ściągnąć taką hańbę? Dobrze — odejdę. Zostań tu i patrz, jak zabijają twoich braci” — powiedział z wyrzutem podporucznik Brandt.

„Jankowski wytrzeźwiał od razu. Wyjął sakiewkę [...] rzucił na ziemię i zawołał po polsku:

— Zabierzcie swoje judaszowe pieniądze! Wracam z moim porucznikiem! [...]”268.

Hiszpanie po przegranych bitwach regularnych zaczęli prowadzili wojnę partyzancką z udziałem guerillas, partyzantów. Magazyny opróżniano lub pustoszono, a mieszkańcy coraz częściej kryli się w górach. Wina hiszpańscy oberżyści zaczęli reglamentować nawet w miastach zdobytych przez Francuzów i Polaków. Gdy Stanisław Broekere ze swym pułkiem wmaszerował do Madrytu, obowiązywała godzina policyjna od 22.00, „tak że kieliszka wina nie mogliśmy nieraz dostać za pieniądze”. A suszyło żołnierzy nieźle w wyśnionej krainie wina: tymczasem z nienawiści do najeźdźców szynkarze nie wpuszczali ich do swych gospód, nie zważając na utratę zysków. Na stukanie czasem uchylał się jeno mały otwór w okiennicy, szynkarz pytał: „Czego?”, Broekere żądał uno poron (dzban) wina, po czym po opłaceniu dostawał go, zmuszony jednak pić z towarzyszem wino z dzbana na ulicy269.

Potem było jeszcze gorzej: po rzezi w Madrycie w maju 1809 roku „Hiszpanie stali się największymi naszymi nieprzyjaciołami, najprzód zatruli w magazynie chleb i wino, któreśmy dostawali na dystrybucję, a nawet wodę w dwóch fontannach, gdzieśmy sami pili i konie poili”, pisał Wincenty Płaczkowski270. Na czele oddziałów partyzanckich, spolszczonych jako gerylasy, stawali księża i mnisi, których klasztory i kościoły tak bardzo zbezczeszczono. Samotne oddalenie się żołnierza od grupy na ogół kończyło się poczęstunkiem sztyletu hiszpańskiego. Francuzi, pozbawiani żywności, sami zmuszeni byli zamienić się w chłopów, młynarzy, piekarzy, kosząc, młócąc, mieląc, wypiekając. Nie mieli naczyń, więc do spożywania posiłków i picia wina używali czerepów bomb271. Dobrze, że nie ludzi, chciałoby się dodać z wisielczym humorem, choć kto wie?

Do tego dochodziły animozje osobiste. 18 grudnia 1808 roku oficerowie pułku lekkokonnego, Jan Kozietulski i Tomasz Łubieński, fetowali w Madrycie zwycięstwo nad Hiszpanami. Zaprosili podpułkownika Karola Delaitre’a, który pojawił się w Hiszpanii — ale już po szarży polskiej pod Somosierrą. Kozietulski był rozżalony, że jego nazwisko nie znalazło się w 13. Biuletynie Armii Hiszpanii: odezwach informacyjno-propagandowych Napoleona. Jak pisał Łubieński, „Kozietulski zawsze młody i lekkomyślny, jak tylko się trochę napije, nie umie panować nad sobą. Delaitre znieść go nie może. Kozietulski się na niego gniewa, stąd ciągłe niesnaski [...], boję się tylko, ażeby to nie zaszkodziło sławie naszego pułku”272. Z drugiej strony kto mógłby się zdobyć na taki czyn heroiczny pod Somosierrą, jeśli nie podpity, w gorącej wodzie kąpany szwoleżer?

Wojna dotarła do Portugalii. Wiosną 1809 roku 50-tysięczna armia brytyjskiego generała sir Arthura Wellesleya (późniejszy lord Wellington) wymaszerowała z Lizbony i zmusiła do odwrotu korpusy Nicolasa Soulta, Michela Neya i Claude’a Victora. Jednak Francuzi odzyskali inicjatywę strategiczną, w czym był niemały udział Polaków walczących w zwycięskiej bitwie pod Ocañą. W 1810 roku Napoleon rozkazał Francuzom, Włochom i Polakom wejść do Lizbony. Chodziło o zablokowanie portów, aby nie handlowano z Anglią. Szczególnie Porto, które „jest jednym z najbogatszym miast Europy [...]. Widzieć tu można wiele pięknych gmachów; wina Porto są sławne i nim prowadzą handel znaczny z Anglią”, zauważał de Naylies273. Wojska napoleońskie wchodziły w kraj wyjałowiony: „winnice i ogrody zdziczały, żadnej żywności dla ludzi ani dla koni Francuzom nie zostawili, bo to był plan księcia [angielskiego Arthura — J.B.] Wellingtona”. Walkę z wyspiarzami ułatwiało to, że Anglicy nosili szkarłatne kaboty, przez co byli widoczni z daleka.

Z Anglikami Polacy walczyli rycersko: dowódca batalionu grenadierów przeciwnika został zraniony w policzek pałaszem polskiego grenadiera. Dowódcę doprowadzono do szefa szwadronu polskiego Ludwika Paca, który stwierdził, że jego żołnierze pozbawili oficera angielskiego spodni, i zrugał ich za to. Ci jednak przysięgali, że niczego takiego nie uczynili i nie wiedzą, gdzie są spodnie. Rana była poważna i „wnet zawołano doktora Żerarda, który go zaraz opatrzył i policzek mu przyhaftował; podał mu szef wina, on napił się, a potem zaczęli z sobą rozmawiać”.

Okazało się, że oficer jest Szkotem, a „ten pułk Szkotów ze zwyczaju dawnego, gdy tylko staje do parady czy rewii, czyli do batalii, to zawsze bez spodni być powinien”274. A Józef Załuski dodawał: „Piechota angielska, ów mur nieprzełamany pod Waterloo, niech powie, co wycierpiała od ułanów nadwiślańskich w Hiszpanii, mianowicie pod Albuerą. Pełne były w czasie swoim dzienniki angielskie opisów o tych natarciach kopii polskich. Zaś co do pułku gwardii polskiej, wzywamy przeciwników, żeby wskazali jedną porażkę tego pułku”, pisał młody porucznik, uczestnik tych zażartych walk z synami Albionu275.

Jednak podczas wycofywania się do Burguillos padło od angielskich kul kilku oficerów polskich. Między innymi „Szeffer od kuli armatniej, nad którym, gdy litował się generał, ów rzekł pełen żalu: »Nie żałuj mnie, panie generale, że umieram, ale tego, że nie na ziemi polskiej wiek mój młodociany kończę. Przyślij mi butelkę wina i bądź zdrów!«”276.

Oddziały marszałka Nicolasa Soulta idące na południe Hiszpanii, nękane upałami, były coraz bardziej spragnione wina i wody, gdyż wieśniacy przed ucieczką do gerylasów chowali bądź niszczyli zapasy płynów. W poszukiwaniu napojów i żywności żołnierze pruli więc mury i ściany, a inni kłuli „ziemię ogrodów stemplami od karabinów [wyciorami — J.B.], a znalazłszy sprzeciwieństwo [opór — J.B.], kopali w tym miejscu i codziennie znajdowali wory zboża, szynki i tanaki [wielkie urny, wysokie na około 180 centymetrów — J.B.] pełne wina”277.

Głód powodował, że ratowano się spożywaniem niedojrzałych owoców, lecz niedezynfekowanie ich przegotowaną wodą, a najlepiej alkoholem, sprawiało, że bakterie siały spustoszenie w organizmach żołnierzy. Wino stało się niezbędnym składnikiem życia w upałach i w obliczu mnożącego się robactwa; chroniło też przed tyfusem. Doświadczył braku wina wachmistrz szef kompanii Wojciechowski idący w składzie pułku, gdy natrafili na „trzodę świń wypasionych żołędziami w pobliskich lasach dębowych i tak tłustych, że gdy przy braku chleba, soli i wina najedli się ich mięsem żołnierze, diaria [biegunka] w obozie naszym panować zaczęła”278.

Inni łączyli pojawienie się krwawej biegunki z tym, że „wyziewy z trupów zepsuły powietrze”. Owa epidemia szerzyła się wśród wojska polskiego w Talavera de la Reina w prowincji Toledo, ale to nie „trupy zepsuły powietrze”, jak sądzono. Powodem dyzenterii były raczej mnożące się w organizmach żołnierzy patogeny, gdy zabrakło dezynfekującego wina. Intuicyjnie zdawano sobie z tego sprawę na podstawie wielowiekowych doświadczeń z alkoholem, zanim jeszcze potwierdziła to nauka. Na przykład gdy kapitan Jakub Filip Kierzkowski zapadł na dyzenterię, marszałek Edward Mortier „przysłał mi sześć butelek wina Bordeaux, w którym mnie pigułki [doktor — J.B.] Makary dawał”.

Niemniej jednak na pytanie marszałka doktor odpowiedział ze smutkiem, że nie ma nadziei, by kapitan wyszedł z choroby. Pocieszał natomiast Kierzkowskiego generał Jan Dembowski, który „przysłał mnie także sześć butelek wina Bordeaux i to mnie z biegunki krwawej wyleczyło”. Po czym odpowiednia dieta zarządzona przez doktora Makarego, czyli rosołki „z drobiazgu”, doprowadziła kapitana do zdrowia i mógł wziąć udział w listopadowej bitwie pod Ocañą w 1809 roku, jeżdżąc wśród kul z rozkazami279.

Inni sądzili z kolei, że najlepiej wzmacnia siłę i zdrowie obfite jedzenie. Siłacz Kłoczewski służący w Hiszpanii „podnosił 11 mameluków. Trzeba mu było jednak wydzielać podwójne porcje jadła i napitku i stał się tak ciężki, że „nie można było pod niego dobrać konia, każdego odpsuł”280. Potężna waga była zresztą przyczyną jego śmierci, gdyż przewrócił się z koniem i zanim się pozbierał z ziemi, został zakłuty przez Hiszpanów. Sławnym siłaczem był też wachmistrz Zielonka.

Zdarzały się bunty, szczególnie wtedy gdy prosty żołnierz cierpiał niedostatek, a kwatermistrz opływał w dostatki, jak major (Jan Nikodem?) Michałowski i jego żona. Gdy zaczął dowodzić, żadna kompania prócz pododdziału podporucznika Brandta nie słuchała rozkazów kwatermistrza, żądając butów, żołdu i koszul. Podporucznik w swych wspomnieniach twierdzi, że osobiście powstrzymał bunt, zapowiadając, iż przebije „szablą każdego, który będzie mi przeszkadzał. Jeden tylko żołnierz, widocznie pijany, rzucił się na moją szpadę, ostrze drasnęło mu ramię i zagłębiło się w brzuchu drugiego, który padł ciężko raniony”. Przeprowadzono dochodzenie i „wystąpiło przed front kilku starych żołnierzy i jeden sierżant. Przyznali się do winy i powiedzieli, że żałują szczerze i że taki obrót sprawie nadali pijani, którzy nie wiedzieli, co robią”. Sprawa rozeszła się po kościach281.

W 1810 roku po bitwie pod Marengo i zawarciu pokoju z Austrią w Schönbrunn porucznik Płaczkowski z gwardią wrócił do Paryża. Po czym znów został wysłany do Hiszpanii. Spotkał się z nowymi przemyślnymi zasadzkami: koło miasta San Pedro, jeden z hiszpańskich dowódców guerillas generał Francisco Espoz y Mina (właściwie: Francisco Espoz Ilundáin), nie mogąc się wyrwać z okrążenia, „kazał wziąć sześć mułów, na których po dwa kosze zawieszono, tak samo jak do zbioru winogron używają, te kosze kazał napakować ulami pszczół z pasieki wziętymi, skórami to dobrze pookrywać” i „w samym zaś wnijściu do wąwozu te muły puścić i zostawić”. Żołnierze sądzili, że Hiszpanie, uciekając, zostawili muły z winem i prowiantem, lecz gdy tylko zdjęli owe skóry, uderzyły na nich i na konie rozsierdzone pszczoły. Inni, nie wiedząc, dlaczego żołnierze i konie awangardy padają, ruszyli na pomoc, ale „już pszczoły uderzyły i na nich, konie toż samo poczęły skakać, bić się o ziemię i padać, żołnierze z koni padają, lance łamią, kaleczą siebie i koni”. Spuchnięte od ukąszeń konie i wojsko musiało jednak posuwać się i walczyć dalej282.

Wybornego wina nadal brakowało. Dopiero w Santa Cruz de Mudela koło Valdepeñas, niezniszczonym wojną, „dobrego wina użyliśmy”283. Była to wieś sławna „z ogromnych zapasów najwyborniejszego wina czerwonego, stołowego”284. Potwierdzał to w swych wspomnieniach inny podoficer, pisząc, że wieś Valdepeñas jest „otoczona nieprzejrzanymi winnicami”, a nadmiar wina był nieprzebrany, tak że Polacy nauczyli się je pić, a nie nim upijać, o czym świadczył porządek podczas kilkumiesięcznego kwaterunku. „Nie zabrakło nam wybornego napoju, któren nie upajał żołnierza, ale krzepił siły utrudzonego ustawiczną pracą”. „Obszerny dom we wsi mieścił całą moją kompanię: tam wybrani kucharze z niefrontowych żołnierzy ciągle jeść gotowali, ciągle stoły były nakryte, w żłobach jęczmień zasypany i w wiadrach wino gotowe, kowal czekał ze zrobioną podkową, rymarz ze szpagatem i szydłem” — pisał Kajetan Wojciechowski. „Rajem dla nas były te miejsca, gdzieśmy przynajmniej jeść i co pić mieli”285.

Adiutant-podoficer Majewski wyznaczony na komendanta placu „przez czas naszego tam pobytu wydał on dla armii do jedenastu milionów butelek wina”. Karmiono też wieprze na szynki i kiełbasy, a żeby wino się nie znudziło do cna żołnierzom, „gospodarny Majewski urządził nam gorzelnię, gdzieśmy wódkę pędzili z wina”. Wśród nazbyt podochoconych wysokoprocentowym trunkiem dochodziło oczywiście do bójek i sprzeczek, po czym godzono się ze śmiechem przy kielichu.

Niebawem jednak doszło do walk pod Talaverą de la Reina. Wtedy cena wina valdepeñas gwałtownie wzrosła i kosztowało ono, „i to za wielką łaską, po luidorze” złotym286. Dobre czasy wróciły, „jakeśmy błogie życie prowadzili w Sewilli, gdy wieczorem podczas kolacji spijaliśmy doskonały xeres” i oczywiście „sądziliśmy, że zawsze tak będzie”. Tymczasem trębacz zatrąbił na apel, wachmistrz Wojciechowski musiał poderwać się do marszu z żołnierzami, więc wziął dwie butelki xeresu do kieszeni rajtuzów. Na długo nie wystarczyło, gdyż podczas marszu i bitwy „powoli też i wino się wypiło”. 16 maja 1811 roku przed bitwą koło wioski Albuera Wojciechowski musiał już się ratować znacznie gorszymi jadłem i napojem, zjadłszy „z kolegami kawałek schabowiny zepsutej i wypiwszy po kieliszku araku”, co znów ich uratowało przed zatruciem287.

Także chorym „na zaraźliwą gorączkę morską” lekarze ordynowali w Hiszpanii wino jako lek. „Pamiętam to, że dawali acetum vini [ocet winny — J.B.], bułeczkę i kwaterkę wina; takoż codziennie wsypywali jakiś proszek w wanienkę do wody letniej, gdzie nogi moczyliśmy; ósmego dnia ratunek był taki, że samym wieczorem kazano krew z nogi puszczać, po czym chory pewnie na drugi dzień albo ozdrowiał, albo umarł”. Albo-albo, więc, jak się wydaje, ostatecznie decydowała nie tyle kuracja, ile odporność pacjenta na te eksperymenty. Jednak za dobrą kurację trzeba dobrze płacić, więc chory porucznik Płaczkowski opłacał pesetami Hiszpanów, „aby pilniejsze staranie około mnie mieli. Obok mnie leżeli Francuzi, którzy tak chciwi pieniędzy byli, że nie tylko usługującym nic nie dawali, ale jeszcze acetum vini sami nie spożywali, ale mnie sprzedawali; ja zaś wielki pociąg miałem do używania tego lekarstwa i płaciłem, co tylko żądano”288. Rezultat był taki, że miłośnik octu winnego nie wpadł w anemię i ozdrowiał. Los oszczędnych Francuzów nie jest znany.

Na wojnie decyduje w równej mierze spryt i szczęście. Flaszka podana wachmistrzowi Wojciechowskiemu przez Piotra Rogojskiego dla pokrzepienia ducha w walce uratowała ich, gdyż kula armatnia wystrzelona „niezgrabnie przez naszego kanoniera [...] o włos że nas obydwóch nie sprzątnęła”, przeleciawszy pomiędzy dawcą a odbiorcą butelki. Rogojski odniósł niebawem ciężką ranę, tuż koło serca, lekarze wyrokowali rychłą śmierć, lecz „Rogojski się wygrzebał i dotąd żyje, zdrów i czerstwy”289. To się nazywa mieć dobrego Anioła Stróża.

Tymczasem 9. pułk liniowy, gdzie służył Stanisław Broekere, dotarł aż na kraniec południowej Hiszpanii, nad Morze Śródziemne — do Malagi. Jak większość Polaków i Francuzów Broekere był miastem zachwycony. „Napotkać tu można w znacznej ilości bardzo dobre wino. [...] Z powodu obcowania z innymi narodami ucywilizowanymi mieszkańcy Malagi więcej są oświeceni od Hiszpanów innych miast. Wielu Niemców, Francuzów, Holendrów, a nawet Polaków utrzymujących handel win, osiedliło się w tym mieście”290. Ciężkie i mocne wina przypominały słodkawą małmazję i żołnierze znad Wisły i Warty byli „Malagą” zachwyceni.

Nic dziwnego, że oficerowie niezwykle mile wspominali obfite w wina i ludyczne rozrywki miasto. Pewien oficer, bawiący w Maladze dwa dni, stwierdził, że nie widział na ulicy ani jednego żołnierza polskiego, który byłby zupełnie trzeźwy. Nie mniej pijani chodzili żołnierze francuscy, którzy tym razem pili więcej wina niż wody, tak im smakowało. A był to okres natężenia walk z gerylasami: „nie oszczędzaliśmy ich bynajmniej, wieszając codziennie 7 lub 8 na balkonach w Maladze lub innych miastach. [...] Nie było dnia, aby nie odbywały się w Maladze tego rodzaju egzekucje pośród wesołych okrzyków i przy muzyce, lecz i to nie odstraszało bandytów”.

Ciężkie i mocne wino wpływało na pomieszanie pojęć i znosiło uczucia wyższe: bo przecież wieszani byli ludźmi walczącymi o wolność swego kraju — choć terrorystycznymi metodami. „Dwa miesiące przepędzone w Maladze w spokojności zeszły nam prędko wśród zabaw z mieszkańcami tegoż miasta i mając pod dostatkiem wszystkiego, czego ziemia tamtejsza dostarczyć mogła”, cieszył się Stanisław Broekere291.

Po tej ludycznej rozrywce miały nadejść znacznie cięższe czasy. W 1811 roku Broekere dostał się do niewoli. Na statku karmiono go sztokfiszem (suszoną rybą) i sucharami twardymi jak skała; szczęśliwie „wina było tu pod dostatkiem”292. Jeszcze inną strawą karmiono „niewolników”, czyli jeńców, na Majorce, dokąd dobił okręt angielski kapitana George’a Claevela, „człowieka dumnego i zarozumiałego egoisty”. Tym razem jeńcy przeszli na dietę angielską: „na obiad 8 do 12 łutów w morskiej wodzie gotowanej wieprzowiny, parę łyżek słonego rosołu i grochu, a czasem tylko na wielkie wety angielski pudding z mąki, łojem lub jakimkolwiek tłuszczem okraszony, do tego takież suchary jak rano i szklaneczkę czystego rumu (jamaica). Wszystko było tak słone, że jedliśmy z wielkim przymusem, aby tylko zaspokoić głód. Pragnienie po takim obiedzie trudno było zaspokoić nawet najsłodszą wodą sprowadzaną na okręt, która będąc na wpół zgniłą, wydzielona nam była miarkami. Kto wiele pił po tych słonych potrawach, dostawał najokropniejszych mdłości, od czego bardzo wielu naszych mocno zachorowało”.

Potem angielski komendant przeniósł jeńców na wyspę Cabrera: „dziką i bezludną pustynię”. Aby uchronić się przed głodem i pragnieniem, Polacy sprzedawali ubrania, za co „przemądrzali majtkowie transportowali tu różne wiktuały, wino, tytoń, wódkę i inne produkty, a wszystko dla swego zysku i korzyści. Nieszczęśliwi jeńcy, pozbywszy się odzieży, chodzili nago!”. Ratowano się łapaniem ptaków i królików, a gdy tego zabrakło — kanibalizm zaczął szerzyć się wśród więźniów polskich i francuskich. Na przykład polski ułan z Legii Nadwiślańskiej zabił Francuza niosącego chleb, wyjął z ciała wątrobę, ciało pogrzebał, usmażył mięso na węglach, najadł się do woli, po czym wyznał swą winę, „dodając, że chociaż raz przed śmiercią nasycił się mięsem do woli”. Ułan został rozstrzelany, opisywał Stanisław Broekere.

Kapitan Claevel, „dumny Anglik bez serca”, okazał się bezwzględny także w innych sprawach293. Oczywiście nie wszyscy tacy byli: Broekere wspominał, że odwiedziło ich sześciu oficerów angielskich i „ze wspaniałomyślności i ludzkości [...] otrzymaliśmy z okrętu angielskiego wiele rozmaitych podarunków, jako to: dwa oksefty czerwonego wina, dwie beczki pekelflajszu i słoniny, 24 worki sucharów morskich, fasę oliwy [...]. Po dokonanej repartycji [podziale — J.B.] każdy z nas otrzymał 24 kwarty wina, 8 funtów mięsa i słoniny, 36 sucharów, jedną kwartę oliwy. Prócz tego poczciwi i szlachetni Anglicy zostawili znaczną sumę pieniędzy [...] i dziś jeszcze dziękuję tym pełnym ludzkości oficerom angielskim. Od tego czasu mając pod dostatkiem pożywienia, przepędzaliśmy dnie bardzo wesoło w więzieniu. Co więcej, wyborne czerwone wino w dobry nas humor wprawiało [...], gdyż włoscy oficerowie urządzili tu z marionetek piękne widowisko”.

Nawet surowy komendant raczył śmiać się „do rozpuku” z przyrodzonych Włochom umiejętności teatralnych. Poza tym, aby nie ulec zgubnej pokusie nieróbstwa, oficerowie zaczęli odkrywać w sobie nowe umiejętności. Nadspodziewanie dobrze zakwitło rękodzielnictwo, gdyż okazało się, że niemal każdy oficer posiadał rzemieślnicze zdolności294.

Powrót do Francji z Hiszpanii na wojnę z Rosją odbywał się w miarę zbliżania się wojsk angielskich. Dla Polaków były to ciężkie chwile, gdyż francuscy dostawcy, „oficjaliści cywilno-wojskowi” w Hiszpanii „zagospodarowali się, pokupowali majętności, domy, pałace, pożenili się. Myśleli tylko, jakby się bawić i [...] powiększać fortunę”295. Oni opływali w dostatki, podczas gdy wynędzniały, nieopłacony 1. polski pułk ułanów wycofywał się koło Grenady, Lorcido, Bordeaux.

Ale tamże znów „jedzenie w oberżach było doskonale i tanie, wino wyborne, a na kwaterach czystość wzorowa. Zwykle przed wyruszeniem podawano nam przekąskę i butelkę wina”, pisał Brandt296. Z kolei uwolniony z angielskiej niewoli Broekere w Bayreuth natrafił w hotelu na oficerów z Wołynia, Ukrainy i Podola. „Na uczczenie tej znajomości wyprawili w hotelu sute prawdziwie koleżeńskie śniadanie, na którym znajdował się pułkownik i 60 oficerów. Podawano wyśmienite potrawy po polsku przyrządzane, których dawno nie jedliśmy, oraz dobre wina. Piliśmy prawdziwie po bratersku”297.

To był przedsmak Polski. Misja w Hiszpanii została zakończona. Tymczasem Napoleon ze skał na rozpalonym krańcu kontynentu pchał się w bagna i mrozy na drugim krańcu Europy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

1 M. Kukiel, Dzieje Polski porozbiorowe (1795-1921), Londyn 1963, s. 52.

2 J. Wąsicki, Ziemie polskie pod zaborem pruskim: Prusy Południowe 1793-1806: studium historycznoprawne, Wrocław 1957, s. 214.

3 J. Pachoński, Korpus oficerski Legionów Polskich 1796-1807, Kraków 1999, s. 216.

4 L. Drewnicki, Za moich czasów, wstęp, przypisy J. Dutkiewicz, Warszawa 1971, s. 74.

5 Por. J. Besala, Alkoholowe dzieje Polski. Czasy Piastów i Rzeczypospolitej szlacheckiej, Poznań 2015, s. 848 i n.

6 J. Wąsicki, Ziemie polskie pod zaborem pruskim: Prusy Południowe, dz. cyt., s. 37, 68, 214.

7 J. Kosim, Okupacja pruska i konspiracje rewolucyjne w Warszawie 1796-1806, Warszawa 1976, s. 123-125.

8 R. Sikorski, „Łyki” i „kołtuny”: pamiętnik mieszczanina podlaskiego (1790-1816), wstęp, przypisy K. Bartoszewicz, Białystok 2008, s. 38-39.

9 „Berliner Nachrichten von Staats und gelehrten Sachen” 23 III 1797, nr 35, cyt. za: J. Kosim, Okupacja pruska, dz. cyt., s. 127.

10 J. Grabowski, Pamiętniki wojskowe: 1812-1814, red. A. Brzozowski, przekł. tekstów fr. B. Spieralska, Warszawa 2004, s. 16.

11 R. Sikorski, „Łyki” i „kołtuny”, dz. cyt., s. 39.

12 F. Skarbek, Pamiętniki Fryderyka hrabiego Skarbka, wstęp, oprac., przypisy P. Mysłakowski, Warszawa 2009, s. 64.

13 F. Skarbek, Pamiętnik Seglasa, oprac., posłowie K. Bartoszyński, Warszawa 1959, s. 127.

14 J.U. Niemcewicz, Pamiętniki czasów moich, wstęp, oprac. J. Dihm, Warszawa 1957, t. 2, s. 241-242.

15 A. Magier, O probach, czyli sposobach probowania mocy wódek i spirytusów, dobierania ich wodą, ocenienia niedostatku ich mocy i dochodzenia ilości dolaney wody do piwa, Warszawa 1808.

16 A. Magier, Estetyka miasta stołecznego Warszawy, wstęp J. Morawiński, przedmowa, oprac., komentarz, indeksy H. Szwankowska, komentarz teatralny E. Szwankowski, komentarz historyczno-literacki J.W. Gomulicki, Wrocław 1963, s. 147.

17 Tamże, s. 153.

18 J. Krasiński, Pamiętniki Józefa hrabiego Krasińskiego od roku 1790-1831, skrócone przez F. Reuttowicza, Poznań 1877, s. 39 i n.

19 J. Falkowski, Księstwo Warszawskie: obrazy z życia kilku ostatnich pokoleń w Polsce, przedmowa Z. Dębicki, Warszawa 1906, t. 1, s. 88-89.

20 K.W. Wóycicki, Pamiętniki dziecka Warszawy i inne wspomnienia warszawskie, wybór J.W. Gomulicki, wstęp M. Grabowska, oprac. Z. Lewinówna, Warszawa 1974, t. 2, s. 94.

21 Harcapy, jakie nosili Prusacy.

22 Przeklęci Polacy.

23 R. Sikorski, „Łyki” i „kołtuny”, dz. cyt., s. 77-78.

24 J. Krasiński, Pamiętniki, dz. cyt., s. 42.

25 K. Koźmian, Pamiętniki, wstęp, komentarz J. Willaume, wstęp red., ustalenie tekstu, komentarz filologiczny M. Kaczmarek, K. Pecold, przedmowa A. Kopacz, Wrocław 1972, t. 2, s. 82-83.

26 J. Nadzieja, Generał Józef Zajączek: 1752-1826, Warszawa 1975, s. 228-229.

27 J. Falkowski, Księstwo Warszawskie, dz. cyt., t. 1, s. 88.

28 F. Skarbek, Pamiętniki Fryderyka, dz. cyt., s. 42.

29 Tamże, s. 81-82.

30 Por. M. Nalepa, Rozpacz i próby jej przezwyciężenia w poezji porozbiorowej (1793-1806), Rzeszów 2003, s. 106 i n.

31 J. Krasiński, Pamiętniki, dz. cyt., s. 45; J.W. Gomulicki, Warszawa wieloraka 1749-1944. Studia, szkice, sylwety, Warszawa 2005, s. 150.

32 J. Krasiński, Pamiętniki, dz. cyt., s. 47.

33 F. Gajewski, Pamiętniki Franciszka z Błociszewa Gajewskiego, pułkownika wojsk polskich (1802-1831), przygotowanie do druku S. Karwowski, Poznań 1913, t. 1, s. 23-24.

34 B. Mańkowska (z Dąbrowskich), Pamiętniki, Poznań 1883, t. 1, z. 1, s. 115.

35 Por. S. Askenazy, Książę Józef Poniatowski 1763-1813, wstęp A. Zahorski, posłowie S. Herbst, bibliografię uzupełnił A. Zahorski, indeks A. Skarżyńska, Warszawa 1974, s. 108. Por. też biografia: J. Nadzieja, Generał Józef Zajączek, dz. cyt., passim.

36 A. Kraushar, Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk 1800-1832, Kraków–Warszawa 1900, t. 1, ks. 1, s. 237, 239-240; A. Kamiński, Polskie związki młodzieży (1804-1831), Warszawa 1963.

37 J. Krasiński, Ze wspomnień Józefa hr. Krasińskiego 1783-1841, „Biblioteka Warszawska” 1912, t. 2, s. 416.

38 J. Krasiński, Pamiętniki, dz. cyt., s. 38-39.

39 J. Falkowski, Księstwo Warszawskie, dz. cyt., t. 1, s. 121.

40 Tamże, s. 210-211.

41 List z 17 marca 1803, w: J. Falkowski, Księstwo Warszawskie, dz. cyt., t. 1, s. 212.

42 Tamże, s. 213-214.

43 Tamże, s. 252 i n.

44 J. Krasiński, Pamiętniki, dz. cyt., s. 45-48.

45 J. Krasiński, Ze wspomnień, dz. cyt., t. 2, s. 418-419.

46 Tamże.

47 J. Falkowski, Księstwo Warszawskie, dz. cyt., t. 1, s. 89-90.

48 J. Krasiński, Pamiętniki, dz. cyt., s. 38-39. Za nim: J. Falkowski, Księstwo Warszawskie, dz. cyt., t. 1, s. 119-122.

49 J. Falkowski, Księstwo Warszawskie, dz. cyt., t. 1, s. 235.

50 L.Z. Dębicki, Puławy (1762–1830). Monografia z życia towarzyskiego, politycznego i literackiego na podstawie archiwum książąt Czartoryskich w Krakowie, Lwów 1887, t. 3, s. 78.

51 H. Dembiński, Pamiętnik Henryka Dembińskiego generała wojsk polskich, Warszawa 1910, cz. 1, s. 24, przyp. 1.

52 L.Z. Dębicki, Puławy, dz. cyt., t. 1, s. 10.

53 R. Sikorski, „Łyki” i „kołtuny”, dz. cyt., s. 14.

54 S. Morawski, Kilka lat młodości mojej w Wilnie: 1818-1825, wstęp, oprac. A. Czartkowski, H. Mościcki, Warszawa 1959, s. 7, 48, 238.

55 R. Sikorski, „Łyki” i „kołtuny”, dz. cyt., s. 18.

56 F. Gajewski, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 72.

57 I. Lubowiecki, Pamiętniki, przedmowa, oprac. N. Kasparek, Lublin 1997, s. 52.

58 L. Dembowski, Moje wspomnienia z czasów W. Księstwa Warszawskiego i wojny polsko-rosyjskiej 1831 roku, Petersburg 1902, t. 1, s. 122.

59 F. Skarbek, Pamiętniki Fryderyka, dz. cyt., s. 46-49.

60 H. Dembiński, Pamiętnik, dz. cyt., cz. 1, s. 17-18, 25, 27, 33.

61 Zapachem, barwą i smakiem.

62 K.W. Wóycicki, Pamiętniki, dz. cyt., t. 2, s. 173-175.

63 L. Dembowski, Moje wspomnienia, dz. cyt., t. 1, s. 39.

64 F. Skarbek, Pamiętniki Fryderyka, dz. cyt., s. 55-57.

65 K.W. Wóycicki, Pamiętniki, dz. cyt., t. 2, s. 243-244.

66 L. Łętowski, Wspomnienia pamiętnikarskie, przygotowanie do druku, wstęp, przypisy H. Barycz, Wrocław 1956, s. 19.

67 L. Potocki, Pamiętniki Pana Kamertona, Poznań 1869, cz. 1, s. 29-31.

68 Tamże, s. 40-41.

69 L. Dembowski, Moje wspomnienia, dz. cyt., t. 1, s. 76-77.

70 K. Koźmian, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 275-276.

71 A. Grabowski, Wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, wyd. S. Estreicher, Kraków 1909, t. 1, s. 316-317.

72 K. Koźmian, Pamiętniki, dz. cyt., t. 2, s. 41-42.

73 J. Drzewiecki, Pamiętniki, wyd. S. Pawlicki, Kraków 1891, s. 46.

74 K. Koźmian, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 313-319.

75 L.Z. Dębicki, Puławy, dz. cyt., t. 1, s. 173.

76 K. Koźmian, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 319.

77 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 43-45.

78 H. Błędowska (z Działyńskich), Pamiątka przeszłości: wspomnienia z lat 1794-1832, wstęp, oprac. K. Kostenicz, Z. Makowiecka, Warszawa 1960, s. 148-149.

79 Tamże, s. 149.

80 L. de Moriolles, Pamiętniki hrabiego de Moriolles o emigracyi, Polsce i dworze Wielkiego Księcia Konstantego (1789-1833), przeł. Z. Przyborowska, Warszawa 1902, s. 65.

81 H. Błędowska (z Działyńskich), Pamiątka przeszłości, dz. cyt., s. 61.

82 L. de Moriolles, Pamiętniki, dz. cyt., s. 56.

83 F. Gajewski, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 70.

84 L. de Moriolles, Pamiętniki, dz. cyt., s. 58-59.

85 H. Dembiński, Pamiętnik, dz. cyt., cz. 1, s. 47.

86 Tamże, s. 52-56, 58.

87 F. Gajewski, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 83-84, tamże, t. 2, s. 48.

88 J. Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, wstęp M. Dernałowicz, red. nauk., komentarz, wybór ilustracji Z. Goliński, oprac. tekstu A. Skarżyńska, Warszawa 1985, s. 237 i n.; J. Besala, Alkoholowe dzieje Polski, dz. cyt., t. 1, s. 689-690.

89 L. Łętowski, Wspomnienia, dz. cyt., s. 76 i n.

90 Tamże, s. 76-83.

91 L.Z. Dębicki, Puławy, dz. cyt., t. 1, s. 153.

92 Tamże, s. 173.

93 S. Morawski, Kilka lat, dz. cyt., s. 406-407.

94 A. Potocka-Wąsowiczowa (z Tyszkiewiczów), Wspomnienia naocznego świadka, wstęp, oprac. B. Grochulska, Warszawa 1965, s. 58-59.

95 L. Dembowski, Moje wspomnienia, dz. cyt., t. 1, s. 80, 105.

96 Tamże, s. 50-51.

97 Tamże, s. 58.

98 Tamże, s. 59.

99 H. Błędowska (z Działyńskich), Pamiątka przeszłości, dz. cyt., s. 132-133.

100 Tamże, s. 310-311.

101 Por. A.J. Czartoryski, Pamiętniki i memoriały polityczne: 1776-1809, wybór, wstęp, oprac., przypisy J. Skowronek, teksty fr. i ros. przeł. Z. Libiszowska, S. Meller, J. Skowronek, Warszawa 1986.

102 L.Z. Dębicki, Puławy, dz. cyt., t. 2, s. 78.

103 Tamże, s. 116.

104 J. Pachoński, Legiony Polskie 1794-1807: prawda i legenda, t. 4: „Z ziemi włoskiej do Polski” 1800-1807, Warszawa 1979, s. 443.

105 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 144; J. Pachoński, Legiony Polskie 1794-1807: prawda i legenda, t. 3: Znad Renu na San Domingo 1799-1802, red. nauk. J. Sikorski, J. Nadzieja, Warszawa 1971, s. 49.

106 Archiwum Wybickiego, t. 1: 1768-1801, zebrał, wyd. A. Skałkowski, Gdańsk 1948, s. 256.

107 Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 243-244; Z. Krajewski, Z ziemi włoskiej do Polski: stosunki społeczne i wychowanie w Legionach Dąbrowskiego i Kniaziewicza, Toruń 2002, s. 77.

108 S. Broekere, Pamiętniki z wojny hiszpańskiej 1808-1814, przeł. P. Cybulska, Gdynia 2004, s. 164.

109 Za: J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 89-90.

110 S. Askenazy, Napoleon a Polska, wstęp, oprac. A. Zahorski, Warszawa 1994, t. 2, s. 123; J. Pachoński, Legiony Polskie 1794-1807: prawda i legenda, t. 1: Działalność niepodległościowa i zaczątki Legionów 1794-1797, red. nauk. J. Sikorski, J. Nadzieja, Warszawa 1969, s. 250-251.

111 W wolnym tłumaczeniu: „Jest. Jest. Jest. Za wiele tego Jest, więc Pan mój uśmiercił Jest” (J.B.), J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 92-93.

112 Tamże, s. 100.

113 Tamże, s. 67.

114 Rozkaz gen. H. Dąbrowskiego, 9 września 1797, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 221-227.

115 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 1, s. 355-360.

116 Tamże, s. 355.

117 J. Pachoński, Słownik biograficzny oficerów Legionów Polskich 1796-1807; przygotowanie do druku K. Stepan, A. Roliński, Kraków 2003, s. 104.

118 J. Pachoński, Legiony Polskie 1794-1807: prawda i legenda, t, 2: Zwycięstwa i klęski 1797-1799, red. nauk. J. Sikorski, J. Nadzieja, Warszawa 1976, s. 35.

119 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 115-116.

120 J. Pachoński, Słownik biograficzny, dz. cyt., s. 169.

121 J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 81.

122 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 2, s. 163.

123 Zapewne cyboria zdobione złotem i szlachetnymi kamieniami.

124 J. Drzewiecki do J. Wybickiego, Rimini 21 marca 1798, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 347-349.

125 J. Wybicki do F. Barssa, Chambéry wiosna 1799, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 394.

126 K. Tański, Piętnaście lat w legjonach: pamiętniki, przedmowa, przypisy S.W. Turowski, Warszawa 1905, s. 23.

127 K. Kołaczkowski, Wspomnienia jenerała Klemensa Kołaczkowskiego, ks. 1: Od roku 1793-1813, Kraków 1898, s. 36. J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 2, s. 114.

128 G.A. Sala, Diario romano degli anni 1798-99, 1882, t. 1, s. 199.

129 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 2, s. 118.

130 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 99 i n.; J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 204.

131 List z 12 marca 1798, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 343. J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 216.

132 J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 170.

133 Tamże, s. 216.

134 Tamże, s. 216.

135 Tamże, s. 218.

136 G.A. Sala, Diario, dz. cyt., t. 2, s. 20; J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 2, s. 144.

137 F. Gajewski, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 108-109.

138 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 124.

139 Tamże, s. 177-181; J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 199.

140 A. Skałkowski, Polacy na San Domingo, Poznań 1921, s. 152, przyp. 141.

141 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 2, s. 525.

142 A. Kosiński, Amilkara Kosińskiego Pamiętnik o legjonach polskich we Włoszech, red., przedmowa, przypisy A. Skałkowski, Warszawa 1922, s. 57.

143 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 93-94.

144 H. Dąbrowski do J. Wybickiego, Genewa 25 sierpnia 1799, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 422.

145 W. Dobiecki, Wspomnienia wojskowe — Pamiętnik o pułku jazdy Legionów Polskich (dodatek do „Czasu”), 1859, s. 209-210.

146 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 74.

147 J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 100.

148 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 139.

149 J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 101.

150 W. Dobiecki, Wspomnienia, dz. cyt., s. 220.

151 K. Kniaziewicz do J. Wybickiego, Strasburg 27 sierpnia 1800, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 484.

152 J. Dembowski do J. Wybickiego, Bolonia 3 września 1797, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 270; J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 214.

153 F. Barss do J. Wybickiego, Paryż 31 lipca 1799, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 412.

154 J. Wybicki do K. Kniaziewicza, Genewa 7 sierpnia 1799, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 415.

155 K. Kniaziewicz do J. Wybickiego, Paryż 21 sierpnia 1799, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 419.

156 J. Wybicki do H. Dąbrowskiego, Genewa 8 września 1799, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 428.

157 J. Drzewiecki, Pamiętniki, dz. cyt., s. 101.

158 S. Morawski, Kilka lat, dz. cyt., s. 146 i n.

159 Bankocetle — banknoty papierowe, emitowane przez bank w Wiedniu, używane w Cesarstwie Austro-Węgierskim, chronione znakiem wodnym przed podrobieniem.

160 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 102-103.

161 W. Dobiecki, Wspomnienia, dz. cyt., s. 219.

162 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 154.

163 Tamże, t. 1, s. 200.

164 J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 107, 194; Z. Krajewski, Z ziemi włoskiej, dz. cyt., s. 98.

165 Podawany był też za podpułkownika, por. A. Kozłowski, Historya 1go potem 9go pułku Wielkiego Księstwa Warszawskiego napisana przez Kozłowskiego kapitana grenadierów tegoż pułku, a później kapitana inwalidów, Poznań–Kraków 1887, s. 53; J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 107, 237.

166 Lista i komentarze w: A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 159-163.

167 J. Pachoński, Słownik biograficzny, dz. cyt., s. 354-355.

168 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 159-163, przyp. 141. Jednocześnie późniejszy wódz powstania listopadowego Maciej Rybiński napisze, że generał Sokolnicki „był to wysmukły mężczyzna, w umyśle tych ludzi, co gdy nie mogą coś napisać o rzeczy, uciekają się do słów, rozprawiają szeroko, z czego nic nie można wycisnąć”. M. Rybiński, Moje przypomnienia od urodzenia, oprac. Z. Franas, N. Kasparek, Wrocław 1993, s. 112. Na inne źródła wskazuje też J. Pachoński, Słownik biograficzny, dz. cyt.

169 H. Dąbrowski do J. Wybickiego, Mestre 5 października 1797, Archiwum Wybickiego, dz. cyt., t. 1, s. 277.

170 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik urodzonego Jakuba Filipa Kierzkowskiego przydomku Krzywda, kapitana wojska francuskiego, kawalera Krzyża Legii Honorowej, a na ostatku majora w wojsku polskim podczas rewolucji polskiej wybuchłej przeciwko Rosji dnia 29 listopada 1830 roku w Warszawie, wyd. 1 Poznań, nakład i czcionki N. Kamieński i Spółka, 1866, Warszawa 1903, wyd. 3 — po 144 latach — dla pocieszenia serc i umysłów mieszkańców ziemi rodzinnej, wstęp, przypisy R. Witkowski, Poznań 2011, s. 58; J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt., s. 192.

171 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt.; J. Pachoński, Korpus oficerski, dz. cyt.

172 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 55.

173 Za: J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 274.

174 Wyciąg z Pamiętników pułkownika Piotra Bazylego Wierzbickiego, w: A. Oppman, Na San Domingo — obrazy i wspomnienia, Warszawa 1917, s. 14-15; J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 273.

175 Dał nam przykład Bonaparte: wspomnienia i relacje żołnierzy polskich 1796-1815, wybór, komentarze, przypisy R. Bielecki, oprac. tekstów A.T. Tyszka, Kraków 1984, t. 1, s. 99.

176 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 55.

177 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 64-65; J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 285.

178 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 155, przyp. 141.

179 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 64.

180 Wyciąg z Pamiętników pułkownika Piotra Bazylego Wierzbickiego, w: A. Oppman, Na San Domingo, dz. cyt., s. 44.

181 Tamże, s. 42.

182 Tamże, s. 43-44; A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 69-70.

183 Za: J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 295-296.

184 Por. S. Askenazy, Napoleon a Polska, Warszawa–Kraków 1918, t. 3, s. 303; J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 296-297.

185 Wyciąg z Pamiętników pułkownika Piotra Bazylego Wierzbickiego, w: A. Oppman, Na San Domingo, dz. cyt., s. 52-53.

186 K. Lux, P. Wierzbicki, Dzieje Legionów Polskich (zaginione), t. 3, s. 1428-1432, cyt. za: J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 330-331.

187 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 97-98.

188 J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 376.

189 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 74.

190 Wiadomości o wyprawie części Legionów Polskich na wyspę San Domingo w r. 1803 przez gen. Kazmierza Małachowskiego, w: A. Oppman, Na San Domingo, dz. cyt., s. 79.

191 A. Skałkowski, Polacy, dz. cyt., s. 82-83.

192 Tamże, s. 76.

193 Tamże, s. 84.

194 Tamże, s. 157, 158, przyp. 141.

195 Tamże, s. 155, przyp. 141.

196 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 150.

197 Wiadomości o wyprawie części Legionów Polskich na wyspę San Domingo w r. 1803 przez gen. Kazimierza Małachowskiego, w: A. Oppman, Na San Domingo, dz. cyt., s. 108-113; J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 148.

198 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 64-65; J. Pachoński, Legiony Polskie, dz. cyt., t. 4, s. 126.

199 M. Brandys, Kozietulski i inni, Warszawa 2009, s. 114-115.

200 T. Miłkowski, P. Machcewicz, Historia Hiszpanii, Wrocław 1998, s. 234.

201 K. Wojciechowski, Pamiętniki moje w Hiszpanii, wstęp, przypisy, wybór ilustracji W. Łysiak, Warszawa 1978, s 24.

202 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 13.

203 F. Gajewski, Pamiętniki, dz. cyt., t. 1, s. 248-249.

204 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 28.

205 Tamże.

206 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 14-15.

207 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 27.

208 K. Tański, Piętnaście lat, dz. cyt., s. 48-49.

209 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 16.

210 H. Brandt, Moja służba w Legii Nadwiślańskiej: wspomnienia z Hiszpanii oraz Rosji 1807-1812, przeł. A. Ziółkowski, A. Bukowska, przygotowanie do druku, przypisy A. Ziółkowski, Gdynia 2002, s. 9-10.

211 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 16.

212 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 89.

213 Tamże, s. 92-93.

214 D. Chłapowski, Pamiętniki, cz. 1: Wojny napoleońskie 1806-1813, przedmowa K. Morawski, Poznań 1889, s. 34.

215 Tamże, s. 35.

216 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 11.

217 A. Kraushar, Wspomnienia ułana pułku pierwszego legii nadwiślańskiej o kampaniach lat 1807-1814, Warszawa 1908, s. 6-7.

218 W. Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, wyd. M. Łoś, Żytomierz 1861, s. 28-29.

219 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 25.

220 Tamże.

221 Tamże, s. 173.

222 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 47 i n.

223 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 28-29.

224 Tamże, s. 30, 38-40.

225 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 95.

226 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 36-37.

227 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 59.

228 A. Kraushar, Wspomnienia, dz. cyt., s. 8.

229 J. de Naylies, Pamiętniki o woynie hiszpańskiey roku 1808-1809-1810-1811, Wilno 1826, s. 167.

230 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 175.

231 A. Niegolewski, Somo-Sierra, Poznań 1854, s. 3-22.

232 W. Szeptycki, Somosierra, „Dziennik Literacki” 1862, nr 40, s. 313; Dał nam przykład Bonaparte, dz. cyt., t. 1, s. 206-207.

233 M. Brandys, Kozietulski, dz. cyt., s. 146.

234 E. Bignon, Polska w r. 1811 i 1813 (wspomnienia dyplomaty), przeł. L. Siemieński, red., przedmowa J. Iwaszkiewicz, Wilno 1921, t. 1, s. 27.

235 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 68.

236 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 99-100, 126.

237 M. Brandys, Kozietulski, dz. cyt., s. 84.

238 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 30.

239 Tamże, s. 41.

240 J. Załuski, Wspomnienia, wstęp, oprac. A. Palarczykowa, Kraków 1976, s. 90.

241 Tamże, s. 128.

242 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 170-171.

243 J. de Naylies, Pamiętniki, dz. cyt., s. 50-51.

244 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 173.

245 J. de Naylies, Pamiętniki, dz. cyt., s. 51.

246 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 30.

247 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 32.

248 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 41-42, 48.

249 A. Kraushar, Wspomnienia, dz. cyt., s. 39.

250 J. de Naylies, Pamiętniki, dz. cyt., s. 95.

251 W wolnym przekładzie: Choroba pozbawiła życia tego, który leży tutaj (J.B).

252 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 18-19.

253 J. Mroziński, Oblężenie i obrona Saragossy w latach 1808 i 1809, ze względem szczególniejszym na czynności korpusu polskiego, wyd. K.J. Turowski, Kraków 1858, s. 15-16.

254 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 100. Por. K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 35.

255 J. Mroziński, Oblężenie i obrona, dz. cyt., s. 67, 69, 79.

256 Nieznany podporucznik 2. pułku Legii Nadwiślańskiej, Saragossa w roku 1809, „Biblioteka Warszawska” 1850, t. 4, s. 16-17.

257 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 25.

258 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 101.

259 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 39.

260 K. Kraszewski, Od szkolnej ławy, „Biblioteka Warszawska” 1880, t. 2, s. 407 i n.; Dał nam przykład Bonaparte, dz. cyt., t. 1, s. 243.

261 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 41.

262 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 128-129.

263 Tamże, s. 144, 145.

264 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 73-74.

265 Tamże, s. 76.

266 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 170-171.

267 Tamże, s. 126.

268 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 78-79.

269 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 31.

270 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 57.

271 J. de Naylies, Pamiętniki, dz. cyt., s. 150.

272 M. Brandys, Kozietulski, dz. cyt., s. 158-159.

273 J. de Naylies, Pamiętniki, dz. cyt., s. 78.

274 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 132, 139-141.

275 J. Załuski, Wspomnienia, dz. cyt., s. 94.

276 A. Kraushar, Wspomnienia, dz. cyt., s. 38.

277 J. de Naylies, Pamiętniki, dz. cyt., s. 144.

278 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 42.

279 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 109.

280 J. Załuski, Wspomnienia, dz. cyt., s. 95; Wspomnienia podoficera pułku ułanów nadwiślańskich Antoniego Kuleszy, w: K. Kraszewski, Od szkolnej ławy, dz. cyt., s. 410 i n.; Dał nam przykład Bonaparte, dz. cyt., s. 246.

281 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 100.

282 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 122-123.

283 J.F. Kierzkowski, Pamiętnik, dz. cyt., s. 108-111.

284 A. Kraushar, Wspomnienia, dz. cyt., s. 13.

285 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 49.

286 Tamże, s. 49-50, 52. O 11 milionach wydanych butelek pisał też A. Kraushar, Wspomnienia, dz. cyt., s. 13.

287 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 69-70, 75.

288 W. Płaczkowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 126-127.

289 K. Wojciechowski, Pamiętniki, dz. cyt., s. 49-50, 52.

290 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 64.

291 Tamże, s. 64-65.

292 Tamże, s. 102.

293 Tamże, s. 114.

294 Tamże, s. 125-130.

295 A. Kraushar, Wspomnienia, dz. cyt., s. 38-39.

296 H. Brandt, Moja służba, dz. cyt., s. 142.

297 S. Broekere, Pamiętniki, dz. cyt., s. 164.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Alkoholowe dzieje Polski. Czasy rozbiorów i powstań T.2 Małżeństwa królewskie. Jagiellonowie Tam kiedyś była Rzeczpospolita. Ziemie ukrainne Piękne Heleny. Boskie i fatalne Tyrani i błaźni Warchoł polski... i inne historie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI