Mroczna wieża 1, Roland

Mroczna wieża 1, Roland

Autorzy: Stephen King

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 272

cena od: 18.72 zł

Na jałowej, spieczonej ziemi, przypominającej planetę po apokaliptycznej zagładzie czy jeden ze światów równoległych, istniejących obok naszego, pozostały tylko ślady dawnej upadłej cywilizacji. Ten złowrogi świat przemierza Roland, ostatni z dumnego klanu rewolwerowców, ścigając człowieka w czerni, który posiadł tajemnicę Wieży - mistycznego miejsca, gdzie być może uda się rozwiązać zagadkę czasu czy przestrzeni. Podczas wędrówki musi stawić czoła opętanej kapłance: spotyka szalonych osadników, gadającego kruka, zamieszkujące podziemia mutanty oraz pochodzącego z Ziemi chłopca, Jake`a.

Tytuł oryginału: THE DARK TOWER I: THE GUNSLINGER

Copyright © Stephen King 1982, 2003

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2002, 2004

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2002, 2004

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: Jacek Kopalski

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7659-420-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

2011. Wydanie elektroniczne

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com

Edowi Fermanowi,

który podjął ryzyko,

stawiając na te historie.

Spis treści

Wstęp

Przedmowa

Rozdział 1. Rewolwerowiec

Rozdział 2. Przydrożny zajazd

Rozdział 3. Wyrocznia i góry

Rozdział 4. Powolne Mutanty

Rozdział 5. Rewolwerowiec i człowiek w czerni

Wstęp

O byciu dziewiętnastolatkiem

(i kilku innych rzeczach)

I

Hobbity były duże, kiedy miałem dziewiętnaście lat (ta liczba ma pewne znaczenie w historiach, które zamierzacie przeczytać).

W błocie na farmie Maxa Yasgura na Wielkim Festiwalu Muzycznym w Woodstock taplało się prawdopodobnie pół tuzina Merrych i Pippinów, dwa razy tylu Frodów oraz całe mnóstwo hipisowatych Gandalfów. Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena był w tamtych czasach szalenie popularny i chociaż nigdy nie dotarłem do Woodstock (powiedz: przepraszam), byłem chyba przynajmniej hipisem-niziołkiem. W wystarczającym stopniu, by przeczytać sagę i zakochać się w niej. Cykl Mrocznej Wieży, podobnie jak większość długich fantastycznych książek współczesnych mi autorów (spośród wielu innych można tu wymienić choćby Kroniki Thomasa Covenanta Stephena Donaldsona oraz Miecz Shannary Terry Brooks), zrodził się z Tolkiena.

Chociaż czytałem te książki w roku 1966 i w roku 1967, wstrzymywałem się z pisaniem. Porywała mnie siła Tolkienowskiej wyobraźni i ambicja jego opowieści, ale chciałem pisać po swojemu, a gdybym wówczas zaczął, pisałbym w jego stylu. A to byłoby niedobre, jak mawiał świętej pamięci Szczwany Dick Nixon. Dwudziesty wiek zyskał dzięki panu Tolkienowi wszystkie elfy i czarodziejów, jakich potrzebował.

W 1967 roku nie wiedziałem, jak wygląda mój styl, lecz nie miało to znaczenia; byłem przekonany, że na pewno go poznam, kiedy będzie mnie mijał na ulicy. Byłem aroganckim dziewiętnastolatkiem. Z pewnością dość aroganckim, by uważać, że mogę jeszcze zaczekać na moją muzę i moje arcydzieło (nie miałem bowiem wątpliwości, że to będzie arcydzieło). W wieku dziewiętnastu lat ma się, moim zdaniem, prawo do arogancji: czas nie zaczął jeszcze swoich ukradkowych i parszywych rekwizycji. Jak mówią słowa popularnej piosenki, czas konfiskuje włosy i siłę wyskoku, lecz, prawdę mówiąc, zabiera znacznie więcej. Nie wiedziałem tego w roku 1966 i 1967, a nawet gdybym wiedział, wcale bym się nie przejął. Potrafiłem sobie wyobrazić — z trudem — że będę miał kiedyś czterdzieści lat, ale pięćdziesiąt? Nie. Sześćdziesiąt? Nigdy w życiu. Sześćdziesiątka była wykluczona. W wieku dziewiętnastu lat tak właśnie powinno być. Dziewiętnaście lat to wiek, kiedy mówisz: „Uważaj, świecie. Popalam TNT i piję dynamit, więc jeśli ci życie miłe, zejdź mi z drogi — oto nadchodzi Stevie".

Dziewiętnaście lat to samolubny wiek, wiek, w którym troski są ściśle ograniczone. Miałem dużo do osiągnięcia, i o to się troszczyłem. Miałem dużo ambicji, i o to się troszczyłem. Miałem maszynę do pisania, którą przenosiłem z jednej nory do drugiej, zawsze z paczką fajek w kieszeni i z uśmiechem na twarzy. Kompromisy wieku średniego były jeszcze daleko, obelgi starości gdzieś za horyzontem. Niczym bohater piosenki Boba Segera, którą puszczają teraz, żeby sprzedawać ciężarówki, czułem się nieskończenie potężny, a mój optymizm nie znał granic; miałem puste kieszenie, ale moja głowa była pełna rzeczy, które chciałem opowiedzieć, a serce pełne historii, które chciałem przekazać. Dzisiaj brzmi to ckliwie, wtedy wydawało się wspaniałe. Bardzo odlotowe. Niczego nie pragnąłem bardziej, jak obezwładnić i zauroczyć moich Czytelników; chciałem zmienić ich na zawsze wyłącznie poprzez to, co piszę. I czułem, że potrafię to zrobić. Czułem, że jestem do tego stworzony.

Jak zarozumiale to brzmi? Bardzo czy tylko trochę? Tak czy inaczej, nie zamierzam się kajać. Miałem dziewiętnaście lat. Nie miałem ani jednej siwej nitki w brodzie. Miałem trzy pary dżinsów, jedną parę butów i przekonanie, że świat stoi przede mną otworem. Nic, co zdarzyło się w ciągu następnych dwudziestu lat, nie wyprowadziło mnie z błędu. A potem, kiedy miałem trzydzieści dziewięć lat, zaczęły się kłopoty: picie, narkotyki, wypadek drogowy, który zmienił sposób, w jaki chodzę (między innymi). Pisałem o tym dość obszernie już wcześniej i nie chciałbym się powtarzać. Poza tym podobnie wygląda to u Was, prawda? Świat posyła w końcu jakiegoś podłego chłopca radarowca, żebyście zwolnili i przekonali się, kto tu jest szefem. Wy, którzy to czytacie, bez wątpienia spotkaliście swojego (albo spotkacie); ja spotkałem mojego i wiem, że jeszcze powróci. Ma mój adres. To podły facet, Zły Porucznik, zaprzysięgły wróg wygłupów, opierdalania się, dumy, ambicji, głośnej muzyki i wszystkiego, co ma związek z dziewiętnastką.

Mimo to w dalszym ciągu uważam, że to piękny wiek. Może najlepszy. Można przetańczyć całą noc, a kiedy przebrzmi muzyka i skończy się piwo, można zacząć myśleć. I snuć wielkie marzenia. Podły chłopiec radarowiec podetnie Wam w końcu skrzydełka, a jeśli już na początku nie były zbyt duże, pozostaną wam same kikuty. „Dajcie mi następnego" zawoła wówczas i odmaszeruje z bloczkiem mandatów w ręku. Dlatego troszeczkę (albo nawet sporo) arogancji to nic złego, chociaż Wasza matka z pewnością mówiła inaczej. Moja przestrzegała mnie. „Pycha chodzi przed upadkiem, Stephen", powtarzała... a potem w wieku 2 x 19 lat odkryłem, że człowiek upada tak czy owak. Względnie zostaje zepchnięty do rowu. Kiedy macie dziewiętnaście lat, mogą Wam się kazać wylegitymować w barze i powiedzieć, żebyście spieprzali, żebyście gdzie indziej robili z siebie głupka, ale, na Boga, nie mogą Wam się kazać wylegitymować, kiedy siadacie, żeby namalować obraz, napisać wiersz lub opowiedzieć historię, i jeśli Wy, którzy to czytacie, jesteście bardzo młodzi, nie pozwólcie starszym i ponoć lepszym od siebie ględzić, że jest inaczej. Jasne, nigdy nie byliście w Paryżu. Nigdy nie biegaliście z bykami w Pampelunie. Tak, jesteście szczylem, który dopiero od trzech lat ma włosy pod pachami — i co z tego? Jeśli na początku nie będziecie trochę zbyt duzi na swoje bryczesy, czym je wypełnicie, kiedy będziecie dorośli? Niech się rozedrą bez względu na to, co ktokolwiek mówi, oto mój pomysł; a poza tym usiądźcie sobie i zapalcie.

II

Pisarze dzielą się, moim zdaniem, na dwa rodzaje i dotyczy to również nieopierzonego autora, jakim byłem w 1970 roku. Ci, którzy nastawiają się na bardziej „poważne" pisarstwo, badają każdy możliwy temat pod kątem: Co będzie dla mnie oznaczało napisanie tego rodzaju historii? Ci, których przeznaczeniem (albo jak kto woli, ka) jest pisanie popularnych powieści, skłonni są zadać zupełnie inne pytanie: Co będzie znaczyło dla innych napisanie tego rodzaju historii? „Poważny" pisarz szuka odpowiedzi i kluczy do samego siebie, „popularny" pisarz szuka publiczności. Obaj są równie samolubni. Poznałem ich wielu, i niech mnie kule biją, jeśli kłamię.

Tak czy inaczej, już w wieku dziewiętnastu lat uznałem chyba, że historia Froda i jego wysiłków, by pozbyć się Pewnego Wielkiego Pierścienia, należy do tej drugiej grupy. Były to przygody w gruncie rzeczy brytyjskich pielgrzymów osadzone na tle bliżej nieokreślonej nordyckiej mitologii. Podobał mi się pomysł tej misji — szczerze mówiąc, zachwycał mnie — lecz nie interesowały mnie ani toporne wiejskie postaci Tolkiena (co wcale nie znaczy, że mi się nie podobały), ani bujna skandynawska sceneria. Gdybym poszedł w tym kierunku, wszystko bym pokręcił.

Dlatego czekałem. W roku 1970 miałem już dwadzieścia dwa lata, w mojej brodzie pokazały się pierwsze siwe nitki (myślę, że miało to coś wspólnego z wypalaniem dwóch i pół paczek pall malli dziennie), ale nawet w takim wieku człowieka stać na to, żeby czekać. W wieku dwudziestu dwóch lat czas jest wciąż po naszej stronie, chociaż ten zły facet z drogówki zaczyna się już kręcić w okolicy i zadawać pytania.

A potem w kompletnie pustym kinie (Bijou w Bangor w stanie Maine, jeśli ma to jakieś znaczenie) obejrzałem film wyreżyserowany przez Sergia Leone. Zatytułowany był Dobry, zły, brzydki, i już w połowie zdałem sobie sprawę, że tym, co chcę napisać, jest powieść przesycona Tolkienowskim poczuciem misji i magii i umieszczona na prawie absurdalnym tle majestatycznego Dzikiego Zachodu Sergia Leone. Jeśli oglądaliście ten zwariowany western wyłącznie na ekranie telewizora, nie rozumiecie, o czym mówię — wybaczcie, ale to prawda. W kinie, wyświetlany przez odpowiedni obiektyw firmy Panavision, Dobry, zły i brzydki jest epopeją porównywalną z Ben Hurem. Clint Eastwood wydaje się facetem co najmniej osiemnastu stóp wzrostu, a każdy szczeciniasty włosek na jego policzku jest wielkości młodej sekwoi. Bruzdy okalające usta Lee Van Cleefa są głębokie jak kaniony, a na dnie każdego z nich może się kryć błona (patrz: Czarnoksiężnik i kryształ). Pustynia ciągnie się co najmniej aż do orbity Neptuna. A lufa każdego z pistoletów zbliżona jest rozmiarami do wylotu Holland Tunnel.

Jeszcze bardziej niż na scenerii zależało mi na epickiej, apokaliptycznej skali. Fakt, iż Leone nie wiedział nic na temat amerykańskiej geografii (według jednego z bohaterów Chicago leży gdzieś w okolicy Phoenix w stanie Arizona), potęgował emanujące z filmu fenomenalne poczucie zagubienia. A ja w swoim entuzjazmie — na który, jak sądzę, stać jest tylko kogoś młodego — chciałem napisać nie tylko długą książkę, lecz najdłuższą popularną powieść w historii. Nie udało mi się to, ale jestem przekonany, że mało brakowało. Mroczna Wieża, poczynając od tomu pierwszego aż do siódmego, naprawdę stanowi jedną historię, a pierwsze cztery tomy liczą ponad dwa tysiące stron w miękkich okładkach. Ostatnie trzy tomy liczą kolejne dwa i pół tysiąca stron manuskryptu. Nie chcę tu sugerować, że długość ma coś wspólnego z jakością; twierdzę tylko, że chciałem stworzyć coś epickiego, i pod pewnymi względami mi się to udało. Gdybyście zapytali, dlaczego tego chciałem, nie potrafiłbym odpowiedzieć. Może ma to coś wspólnego z dorastaniem w Ameryce: żeby budować jak najwyżej, kopać jak najgłębiej, pisać jak najdłużej. A to bezradne drapanie się po głowie, kiedy ktoś pyta o motywy? Przypuszczam, że również ma to coś wspólnego z tym, że jestem Amerykaninem. Ostatecznie nie pozostaje nam nic innego, jak powiedzieć, że „wydawało się to nam wówczas dobrym pomysłem".

III

Kolejna prawda o byciu dziewiętnastolatkiem, jeśli łaska: jest to według mnie wiek, w którym wielu z nas w pewien sposób się zacina (mentalnie i emocjonalnie, jeśli nie fizycznie). Mijają lata i któregoś dnia spoglądamy w lustro z prawdziwym zdumieniem. „Skąd się wzięły zmarszczki na mojej twarzy?", dziwimy się. „Skąd się wziął ten bańdzioch? Mam przecież tylko dziewiętnaście lat, do diabła!". Nie jest to zbyt oryginalne spostrzeżenie, ale nie zmniejsza wcale Waszego zaskoczenia.

Czas prószy siwizną Waszą brodę i zmniejsza siłę wyskoku, ale przez cały czas wydaje się Wam — głuptasy — że jest po Waszej stronie. Logika podpowiada, że jest inaczej, lecz serce nie pozwala się z nią zgodzić. Jeśli macie szczęście, facet z drogówki, który wlepił Wam mandat za zbyt szybką jazdę i zbyt dobrą zabawę, podaje Wam również sole trzeźwiące. Mniej więcej coś takiego przydarzyło mi się pod koniec dwudziestego wieku. Przybrało formę furgonetki marki Plymouth, która zepchnęła mnie do rowu w moim rodzinnym mieście.

Trzy lata po tym wypadku podpisywałem egzemplarze Buicka 8 w księgarni Bordersa w Dearborn, w stanie Michigan. Dotarłszy do czoła kolejki, pewien facet oświadczył mi, że naprawdę szczerze się cieszy, że żyję. (Bardzo mi się to spodobało; bije o głowę odzywkę: „Dlaczego jeszcze nie zdechłeś?").

— Kiedy usłyszałem, że pana stuknęli, byłem akurat z moim dobrym kumplem — powiedział. — Człowieku, od razu zaczęliśmy potrząsać głowami i powtarzać: „Wieża się chwieje, wieża się pochyla, wieża się wali, och, w dupę, teraz już jej nigdy nie skończy".

Mnie też przyszło wcześniej do głowy coś podobnego — niepokojąca myśl, że skoro wzniosłem Mroczną Wieżę w zbiorowej wyobraźni miliona Czytelników, ponoszę chyba odpowiedzialność za jej bezpieczeństwo — przynajmniej dopóki ludzie chcą o niej czytać. Może to trwać zaledwie pięć lat; z tego, co wiem, może trwać i pięćset. Fantastyczne opowieści, zarówno te dobre, jak i złe (dokładnie w tej chwili ktoś czyta pewnie Wampira Varneya albo Mnicha), mają raczej długi biblioteczny żywot. Roland chroni wieżę, starając się usunąć niebezpieczeństwo grożące Promieniom, które ją podtrzymują. Ja będę musiał to zrobić (o czym zdałem sobie sprawę po wypadku), kończąc opowieść o rewolwerowcu.

Podczas długich przerw między pisaniem i wydaniem pierwszych czterech książek z cyklu Mrocznej Wieży otrzymałem setki listów z serii „uderz się w piersi, posyp głowę popiołem". W 1998 roku (kiedy urabiałem sobie ręce po łokcie, pozostając pod mylnym wrażeniem, iż w dalszym ciągu mam w gruncie rzeczy dziewiętnaście lat), dostałem jeden od osiemdziesięciodwuletniej babci, która „nie chciała zawracać mi głowy swoimi kłopotami, ALE ostatnio bardzo się rozchorowała". Napisała, że ma przed sobą jeden rok życia („Najwyżej czternaście miesięcy, zanim zeżre mnie rak"), i chociaż nie oczekuje, iż ukończę historię Rolanda wyłącznie dla niej, zapytuje łaskawie („łaskawie!"), czy nie mógłbym zdradzić, jak się kończy. Przyrzekała, że „nie powie nikomu", i ta obietnica poruszyła mnie do głębi, nie aż tak bardzo jednak, bym chwycił za pióro. Rok później — chyba wówczas gdy wylądowałem po wypadku w szpitalu — jedna z moich asystentek, Marsha DiFilippo, dostała list od faceta, który siedział w celi śmierci w Teksasie albo na Florydzie i chciał wiedzieć w zasadzie to samo: jak kończy się ta opowieść? (Obiecał zabrać tajemnicę do grobu, co przyprawiło mnie o dreszcz).

Gdybym tylko mógł, chętnie dałbym obojgu to, czego chcieli — streszczenie dalszych przygód Rolanda. Niestety nie mogłem. Nie wiedziałem, jak potoczą się dalej losy rewolwerowca i jego przyjaciół. Żeby się tego dowiedzieć, muszę pisać. Miałem kiedyś konspekt, lecz gdzieś go zgubiłem. (Był zresztą pewnie gówno wart). Miałem tylko kilka notatek (kiedy to piszę, jedna z nich leży na moim biurku i brzmi: „A gdy rano przyjdzie świt, coś tam, coś tam, będzie wstyd". W końcu w lipcu 2001 roku zacząłem znowu pisać. Wiedziałem wówczas, że nie mam już dziewiętnastu lat i nie jestem odporny na „owe tysiączne właściwe naszej naturze wstrząśnienia" *. Wiedziałem, że dobiję sześćdziesiątki, a może nawet siedemdziesiątki. I pragnąłem ukończyć moją historię, zanim po raz ostatni zgłosi się do mnie zły policjant z drogówki. Nie chciałem, by zaliczono mnie do tej samej

* William Szekspir, Hamlet, przełożył Józef Paszkowski. kategorii, co Opowieści kanterberyjskie i The Mystery of Edwin Drood.

Rezultat leży przed Tobą, Nieodłączny Czytelniku, bez względu na to, czy zaczynasz lekturę od pierwszego tomu, czy szykujesz się do przeczytania piątego. Czy ci się to podoba, czy nie, historia Rolanda jest już ukończona. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Co do mnie, nigdy w życiu lepiej się nie bawiłem.

Stephen King

25 stycznia 2003

Przedmowa

Większość z tego, co pisarze piszą o swoich książkach, to wydumane brednie *. Dlatego nigdy nie widzieliście książki zatytułowanej Sto najlepszych wstępów cywilizacji zachodniej lub Ulubione przedmowy Amerykanów. To oczywiście moja subiektywna ocena, lecz po napisaniu co najmniej pięćdziesięciu przedmów i wstępów — nie mówiąc już o całej książce o sztuce pisania — wydaje mi się, że mam do niej prawo. I wydaje mi się, że możecie potraktować mnie serio, kiedy oznajmię, że to jedna z rzadkich okazji, gdy rzeczywiście mam coś ważnego do powiedzenia.

* Pełniejsze omówienia elementu bredni można znaleźć w mojej książce Jak pisać: pamiętnik rzemieślnika.

Przed kilku laty wywołałem pewne poruszenie, oferując moim Czytelnikom poprawioną i rozszerzoną wersję powieści Bastion. Nie bez powodu żywiłem wówczas pewne obawy, ponieważ była to książka, którą ukochali oni najbardziej (dla zagorzałych fanów Bastionu mógłbym śmiało umrzeć w 1980 roku i świat nie odczułby wcale tej straty).

Jeśli istnieje historia, która zajmuje podobne do Bastionu miejsce w wyobraźni Czytelników Kinga, to jest nią prawdopodobnie opowieść o Rolandzie Deschainie i jego poszukiwaniu Mrocznej Wieży. A teraz — do licha! — robię z nią dokładnie to samo.

Tyle że to wcale nie to samo i chcę, żebyście o tym wiedzieli. Chcę również, żebyście wiedzieli, dokładnie, co i dlaczego zrobiłem. Dla Was nie musi to być wcale ważne, ale jest ważne dla mnie i stąd przedmowa ta stanowi wyjątek od Zasady Bredni Kinga.

Proszę pamiętać, że Bastion został poważnie okrojony, i to nie z powodów redakcyjnych, lecz finansowych. (Były nawet ograniczenia dotyczące oprawy, lecz nie będę w to głębiej wchodził). Wszystko, co wstawiłem w późnych latach osiemdziesiątych, to poprawione fragmenty istniejącego wcześniej manuskryptu. Skorygowałem również cały utwór, głównie po to, żeby uwzględnić epidemię AIDS, która rozkwitła (jeśli to odpowiednie słowo) między pierwszym wydaniem książki i publikacją jej poprawionej wersji osiem albo dziewięć lat później. W rezultacie powstał tom o mniej więcej sto tysięcy słów dłuższy od oryginału.

W wypadku Rolanda pierwotna wersja była cienka, a dodany materiał liczy zaledwie trzydzieści pięć stron czyli około dziewięciu tysięcy słów. Jeśli czytaliście wcześniej Rolanda, znajdziecie teraz tylko dwie albo trzy całkowicie nowe sceny. Puryści Mrocznej Wieży (których jest zaskakująco dużo — zajrzyjcie tylko do Internetu) będą oczywiście chcieli ponownie przeczytać książkę, i większość z nich zrobi to z mieszaniną ciekawości i irytacji. Współczuję im, ale muszę powiedzieć, że dbam o nich mniej aniżeli o Czytelników, którzy nigdy dotąd nie spotkali się z Rolandem i jego ka-tet *.

* Ci, którzy są związani przeznaczeniem.

Mimo zagorzałych zwolenników opowieść o Wieży jest o wiele mniej znana niż Bastion. Wygłaszając czasami odczyty, proszę obecnych, żeby podnieśli ręce, jeśli czytali jedną lub więcej moich powieści. Ponieważ zadali sobie w ogóle trud, żeby przyjść — a często musieli z tego powodu wynająć kogoś do dziecka albo zatankować starego rzęcha, co naraziło ich na dodatkowe koszty — nie dziwi mnie, że większość podnosi ręce. Następnie proszę, aby nie opuszczali ich Ci, którzy przeczytali jedną albo więcej książek z cyklu Mrocznej Wieży. W tym momencie połowa rąk wędruje niezmiennie w dół. Konkluzja jest dość jasna: chociaż w ciągu trzydziestu trzech lat między rokiem 1970 i 2003 poświęciłem na ich spisanie niesamowicie dużo czasu, przeczytało je stosunkowo niewielu ludzi. Ci, którzy to zrobili, są jednak w nich zakochani, i ja też jestem w nich raczej zakochany — w wystarczającym w każdym razie stopniu, by nie wygnać Rolanda do tego nieszczęsnego przytułku, w którym mieszkają niespełnione postaci (pomyślcie o pielgrzymach Chaucera albo ludziach zaludniających niedokończoną ostatnią powieść Karola Dickensa, The Mystery of Edwin Drood).

Zakładałem chyba zawsze (zupełnie bezwiednie, ponieważ nie pamiętam, żebym się nad tym świadomie zastanawiał), że będę miał jeszcze czas to skończyć, że być może sam Bóg wyśle mi o wyznaczonej godzinie muzyczny telegram: „Hejże! Ha, hejże, hejże, / Bierz się do roboty, Stephen, / Dokończ Wieżę". I w gruncie rzeczy coś takiego naprawdę się wydarzyło, chociaż nie był to muzyczny telegram, lecz bliskie spotkanie z minivanem marki Plymouth, spotkanie, które wprawiło mnie ponownie w ruch. Gdyby pojazd, który uderzył mnie tamtego dnia, był trochę większy albo gdyby trafił mnie nieco celniej, wszystko skończyłoby się pogrzebem: uprasza się o nieskładanie kwiatów, rodzina Kingów dziękuje za wyrazy współczucia. A misja Rolanda nigdy nie zostałaby zakończona, przynajmniej przeze mnie.

Tak czy inaczej, w roku 2001 — kiedy doszedłem wreszcie do siebie — postanowiłem, że nadeszła pora, by doprowadzić do końca historię Rolanda. Odłożyłem na bok wszystkie inne rzeczy i zabrałem się do trzech ostatnich części. Jak zawsze, robiłem to w większym stopniu dla samego siebie aniżeli dla domagających się tego Czytelników.

Kiedy piszę te słowa w zimie 2003 roku, czeka mnie korekta dwóch ostatnich tomów, ale książki zostały już ukończone zeszłego lata. I w przerwie między pracami redakcyjnymi nad tomem piątym (Wilki z Calla) i szóstym (Pieśń Susannah) postanowiłem, że cofnę się do samego początku i rozpocznę generalną korektę. Dlaczego? Dlatego że te siedem tomów tak naprawdę nigdy nie stanowiło oddzielnych historii, lecz części jednej długiej powieści zatytułowanej Mroczna Wieża, i początek nie pasuje do końca.

Moje podejście do poprawek nie zmieniło się wraz z upływem lat. Wiem, że są pisarze, którzy wykonują je w trakcie pisania, ale moja strategia polegała zawsze na tym, by dać susa i zasuwać do przodu najszybciej, jak można, nie pozwalając, by stępiło się ostrze narracji i próbując umknąć przed najbardziej podstępnym wrogiem pisarza, którym są wątpliwości. Oglądanie się wstecz budzi zbyt wiele pytań: Jak dalece wiarygodne są moje postaci? Jak ciekawa jest moja fabuła? Czy w ogóle jest dobra? Czy kogoś obchodzi? Czy obchodzi mnie samego?

Kiedy pierwsza wersja powieści jest już gotowa, odkładam ją na bok ze wszystkimi skazami, żeby się ocukrowała. Po pewnym czasie — sześciu miesiącach, roku, dwóch latach, naprawdę nie ma to znaczenia — mogę jej się ponownie przyjrzeć chłodniejszym (lecz czułym) okiem i przystąpić do korekty. I chociaż każda z książek składających się na Wieżę była redagowana oddzielnie, aż do ukończenia siódmego tomu (The Dark Tower), nigdy tak naprawdę nie spojrzałem na tę historię jak na całość.

Gdy przyjrzałem się pierwszemu tomowi, który trzymacie teraz w ręku, trzy rzeczy wydały mi się dość oczywiste. Po pierwsze, Roland został napisany przez bardzo młodego autora i ma wszystkie wady książki napisanej przez bardzo młodego autora. Po drugie, było w nim wiele błędów oraz falstartów, zwłaszcza w świetle tego, co napisałem później *. Po trzecie, Roland nawet nie brzmiał tak jak następne książki — był, prawdę mówiąc, raczej trudny w lekturze. Zbyt często musiałem się za niego tłumaczyć i powtarzać ludziom, że jeśli będą wytrwali, odkryją, iż opowieść odnalazła właściwy ton dopiero w Powołaniu Trójki.

* Niech posłuży za ilustrację choćby jeden przykład. W poprzednio wydanym tekście Rolanda Farson jest nazwą miasta. W późniejszych tomach określenie Farson stało się w jakiś sposób nazwiskiem mężczyzny: buntownika Johna Farsona, który doprowadził do upadku miasta-państwa, gdzie Roland spędził swoje dzieciństwo. ostatecznego szlifu i dostrojenia: po prostu napisać go jak należy. Wiedząc, jak ostatecznie rozwinęła się sytuacja, trzeba się cofnąć i wszystko uporządkować — jest się to winnym potencjalnemu Czytelnikowi oraz samemu sobie. To właśnie starałem się zrobić, stale uważając, by żadne uzupełnienia lub zmiany nie uchyliły sekretów zawartych w ostatnich trzech książkach cyklu, sekretów, których strzegłem niekiedy cierpliwie przez trzydzieści lat.

W pierwszym tomie Roland jest opisany jako człowiek, który prostuje obrazy w obcym hotelowym pokoju. Ja sam też jestem tego pokroju facetem, i w pewnym sensie na tym właśnie polegają poprawki: na prostowaniu obrazów, odkurzaniu podłóg, szorowaniu sedesów. W trakcie tej korekty odrobiłem mnóstwo pracy domowej i miałem okazję uczynić to, co każdy pisarz pragnie uczynić z utworem, który, choć zakończony, potrzebuje ostatecznego szlifu i dostrojenia: po prostu napisać go jak należy. Wiedząc, jak ostatecznie rozwinęła się sytuacja, trzeba się cofnąć i wszystko uporządkować — jest się to winnym potencjalnemu Czytelnikowi oraz samemu sobie. To właśnie starałem się zrobić, stale uważając, by żadne uzupełnienia lub zmiany nie uchyliły sekretów zawartych w ostatnich trzech książkach cyklu, sekretów, których strzegłem niekiedy cierpliwie przez trzydzieści lat.

Zanim skończę, powinienem jeszcze powiedzieć coś o młodym człowieku, który ośmielił się napisać tę książkę. Uczęszczał on na zbyt wiele literackich seminariów i za bardzo przejął się teoriami, które tam się propaguje: że pisze się w większym stopniu dla innych ludzi aniżeli dla samego siebie; że język jest ważniejszy od fabuły; że dwuznaczność jest lepsza od jasności i prostoty, które są na ogół oznaką topornego i ograniczonego umysłu. W rezultacie nie zdziwiłem się zbytnio, odkrywając, iż pojawieniu się Rolanda na scenie towarzyszy spora doza pretensjonalności (nie wspominając o tysiącach niepotrzebnych przysłówków). Starałem się usunąć jak najwięcej tego pustosłowia i nie żałuję w tym względzie ani jednego skreślenia. W innych miejscach — na ogół tam, gdzie jakiś szczególnie wciągający fragment opowieści kazał mi zapomnieć o teoriach z seminariów — mogłem pozostawić tekst prawie bez zmian, z wyjątkiem normalnych poprawek, które musi wprowadzić każdy pisarz. Jak wskazałem kiedyś w innym kontekście, tylko Panu Bogu udaje się za pierwszym razem.

W żadnym wypadku nie chciałem cenzurować ani nawet zmieniać sposobu, w jaki opowiedziana została ta historia. Mimo wszystkich wad, ma ona, jak mi się zdaje, swój szczególny urok. Całkowicie ją zmieniając, musiałbym wyprzeć się osoby, która późną wiosną i wczesnym latem 1970 roku stworzyła postać rewolwerowca — a tego wcale nie chciałem zrobić.

Chciałem za to — jeśli to możliwe, jeszcze przed wydaniem ostatnich części cyklu — ofiarować tym, którzy nie znają opowieści o Wieży (oraz starym Czytelnikom, którzy chcą odświeżyć pamięć), bardziej klarowny start i nieco łatwiejsze wejście w świat Rolanda. Chciałem również dać im tom, który skuteczniej zwiastuje przyszłe wypadki. Mam nadzieję, że mi się to udało. I jeśli nie odwiedziliście jeszcze dziwnego świata, który przemierzają Roland i jego przyjaciele, wierzę, że spodobają Wam się cuda, jakie tam znajdziecie. Bardziej niż czegokolwiek innego pragnąłem opowiedzieć cudowną historię. Jeśli okaże się, że znaleźliście się choć trochę pod urokiem Mrocznej Wieży, uznam, że wykonałem zadanie, które zaczęło się w 1970 roku i w dużym stopniu zostało zakończone w roku 2003. Choć nie kto inny niż Roland wskazałby, że taki okres znaczy bardzo mało. W gruncie rzeczy, kiedy wyrusza się na poszukiwanie Mrocznej Wieży, czas nie ma żadnego znaczenia.

6 lutego 2003

...kamień, liść, nieodnalezione drzwi; o kamieniu, o liściach, o drzewach. I o wszystkich zapomnianych twarzach.

Nadzy i samotni przyszliśmy na wygnanie. W mroku łona matki nie znaliśmy jej twarzy; z więzienia jej ciała weszliśmy w niewypowiedzialność i niewyrażalność więzienia tej ziemi.

Kto z nas naprawdę znał własnego brata? Kto z nas naprawdę zajrzał w serce ojca? Kto z nas nie pozostał na zawsze zamknięty w więzieniu? Kto z nas nie jest na zawsze obcy i samotny?

Zagubiony i przez wichry opłakiwany duchu, wróć!

Thomas Wolfe

Spójrz ku domowi, aniele,

przełożyła Krystyna Tarnowska

Rozdział 1

Rewolwerowiec

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Przydrożny zajazd

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Wyrocznia i góry

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Powolne Mutanty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Rewolwerowiec i człowiek w czerni

Dostępne w wersji pełnej

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Śpiące królewny To. Wydanie filmowe Mroczna Wieża. Tom 1. Roland (wydanie filmowe) Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści Wielki marsz Szkieletowa załoga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów