Błazen - wielki mąż

Błazen - wielki mąż

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 376

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.02 zł

Opowieść o życiu, pisarstwie i tragicznej śmierci Pisarza-Mędrca, autora nieśmiertelnych Słówek. Jegogłos latach w 30. ubiegłego wieku, zawsze śmiały, czasem drastyczny - o edukacji, przemianach obyczajowych, o historii bez łgarstw, upominanie się o tolerancję, o wolność jednostki, brzmi tak współcześnie, jakby wtrącał się do naszych dzisiejszych dyskusji.
Nagroda ZAiKSu za Najlepszą Książkę Roku 1998.
Błazen-wielki mąż - jest to mistrzowski portret literacki, lecz w realizacji Hena ów tradycyjny portret to zarazem esej i wspomnienie, uczona rozprawa i nowela, swobodna gawęda i wnikliwe studium psychologiczne. Także najprawdziwszy romans.
Sprzymierzyły się tutaj wszystkie talenty i umiejętności Józefa Hena. Jako powieściopisarz zna zarówno wage ujęcia panoramicznego, jak i detalu. Feliks Netz („Kultura”, Paryż)

Błazen – wielki mąż.

Opowieść o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim

Copyright © by Józef Hen, 2017. Wydanie III

Autora reprezentuje Agencja Literacka Syndykat Autorów

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Korekta: Iwona Wyrwisz, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-271-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

I. Matka i syn

II. Mały lord buntownik

III. Okno na życie

IV. Zmarnowany chłopiec

V. Paryskie narkotyki

VI. Doktor Żeleński przyjmuje

VII. Nareszcie Boy

VIII. Kaprys

IX. Benedyktyna przygody wojenne

X. Wszystko umiała przeinaczyć…

XI. Nagle – niby za rozsunięciem kurtyny…

XII. Najbardziej osobista książka

XIII. Ten pieszczoch Boy

XIV. Recenzent w Warszawie

XV. Kochanka króla

XVI. Pijane dziecko we mgle

XVII. Życie wytężone

XVIII. Psychoza

XIX. Obrachunki

XX. Powoli zapada kurtyna…

XXI. Usque ad finem

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

I

Matka i syn

Dwa pokoiki na trzecim piętrze nazywano „Miodogórzem”. Od roku 1858 odnajmowała je panna Narcyza Żmichowska, która kilkanaście lat wcześniej, jako „Gabryella”, zasłynęła dzięki swojej Pogance. Była nieładna i uczuciowa, inteligentna i utalentowana. (Na biurku ojca chłopiec widywał obite skórą duże pudełko z przegródkami na kilkadziesiąt cygar i z monogramem N.Ż. „Jako malca – napisze – intrygowała mnie ta pani, o której mówiono z taką czcią, a która paliła cygara”). Pierwsze piętro zajmował, wraz ze swoimi dziećmi, właściciel kamienicy, pan Jan Andrzej Grabowski, wdowiec, którego ojciec był najpierw krawcem, a potem kupcem bławatnym. Pan Grabowski miał cztery córki: Julię (późniejszą Tetmajerową, matkę Kazimierza, poety), Wandę (która urodzi bohatera tej książki), Marię i Zofię, tłumaczkę angielskich książek dla młodzieży; był też syn, Alfred, najmłodszy i najrzadziej wspominany.

Słowo o kamienicy. Nazywano ją czasem przesadnie „pałacem”, może dlatego, że wybudował ją bankier króla Stanisława Augusta, pan Piotr Tepper, bogacz, który przy magnatach się zdeprawował: zatracił mieszczańskość, kupił szlachectwo austriackie i krzyż maltański, wreszcie zbankrutował (1793) i umarł prawie w nędzy. W tej kamienicy, teraz już Grabowskich, nigdy nie brakło lokatorów, najczęściej zresztą z gospodarzem skuzynowanych, a wszystko to byli ludzie nietuzinkowi. „Tu biło wtedy serce Warszawy” – napisze wiele dziesiątków lat później syn Wandy Grabowskiej, a on, wiemy to, znał wagę słów. Śmietanka: architekt, muzyk, filozofka (E. Ziemęcka), adwokaci i znakomity lekarz Ignacy Baranowski. Była też w kamienicy „pensyjka żeńska”, którą prowadziła Julia Bąkowska, gdzie pobierały nauki dwie panny Grabowskie (w tym Wanda), Narcyza zaś była podziwianą nauczycielką. Wszystko to odnotował w swoich pamiętnikach doktor Baranowski. Zakochany wytrwale w inteligentnej, starszej od siebie pannie Bąkowskiej, w końcu szczęśliwie się z nią ożenił.

Wymieńmy jeszcze Karola Ruprechta, dla mieszkańców „pałacu” postać to prawdziwie legendarna: za konspirację w 1846 roku skazany na śmierć, ułaskawiony pod szubienicą (jak młody Dostojewski), przebywał na katordze w kopalni srebra; teraz amnestionowany z okazji koronacji Aleksandra II, wrócił i zamieszkał u Grabowskich. Tak jak jego przyjaciel, Edward Jurgens.

Wszystko, co w Warszawie ambitne, ciągnęło na trzecie piętro do Miodogórza jak do miodu. Wokół Narcyzy Żmichowskiej zrobiło się tłoczno. Ta kobieta o rysach grubych, pospolitych (ku jej rozpaczy) – umysł miała niepospolity, fascynujący. I serce spragnione miłości. Nikt nigdy jej nie pokochał.

Dojrzewała w kraju ogołoconym z mężczyzn. Ci, którzy nie zginęli na polach powstańczych bitew (1831); którzy nie zostali wywiezieni; którzy nie uszli na tłumną emigrację, lub też, machnąwszy na wszystko ręką, nie zaszyli się na wsi – był to materiał lichy, nie na miarę żeńskiej elity. Inteligentne, ambitne i zazwyczaj piękne, panie nie napotykały godnych siebie partnerów. Wytworzył się – napisze po latach syn Wandy – rodzaj duchowego m a t r i a r c h a t u. „Kobieta urasta – stwierdzi bez ogródek – mężczyzna kurczy się, maleje. Gdy obywatelski synek poluje, pije i gra w karty, siostra jego czyta, myśli i sądzi”. Ideał romantyczny, który przyswoiły sobie „entuzjastki” – jak je nazwała Żmichowska – nakazywał, by za mąż wychodzić tylko z miłości. Nawiązywały między sobą egzaltowane przyjaźnie: „posiestrzenie” – pojęcie także ukute przez Narcyzę – stało się wyznaniem tych kobiet. Mogło się za tym słowem kryć sporo treści. Obok entuzjastek były „emancypantki” – odłam bardziej praktyczny, domagający się przede wszystkim równych praw. I były jeszcze „lwice”, bogate światowe panie, które udzieliły sobie prawa do swobodnego życia. Wszystkie były przeciw konwencjonalnej nudzie i upokorzeniu byle jakiego małżeństwa.

Córki pana Grabowskiego rosły bez matki. Kiedy Żmichowska pojawiła się na Miodogórzu, Wanda miała lat siedemnaście i była bardzo dziecinna. O dwadzieścia trzy lata starsza, Narcyza mogła służyć dorastającej pannie mądrością, wiedzą i doświadczeniem. I uczuciem, którego dziewczyna na pewno łaknęła. „Gabryella” miała za sobą rewelacyjny debiut poetycki w „Pierwiosnku” – potem, po pobycie z arystokratycznymi chlebodawcami w Paryżu – współpracę z „Przeglądem Naukowym”, którego redaktorem był błyskotliwy i pełen wdzięku kasztelanic Edward Dembowski. Nieszczęsna Narcyza zadurzyła się w nim, oczywiście, i odrzuciła rękę pewnego starszego od niej astronoma. Potem była miłość „Narcyssy” do Pauliny Zbyszewskiej, kobiety „genialnej”, jak określiła ją w liście do przyjaciółki, pięknej (nie we wszystkich oczach), bogatej, samolubnej, kapryśnej… Przepędzona w końcu z jej majątku, upokorzona, biedna Narcyza idzie do bryczki, płacząc. „Ja myślałam, że oszaleję”. To dzięki tej klęsce powstała Poganka – ni to poemat, ni to powieść. Opublikowana w „Przeglądzie Naukowym” w 1846 roku, stała się dla ówczesnej młodzieży utworem „kultowym”. („Poganka – powie syn Wandy – wyniosła ją w opinii tak wysoko, że utrudniła jej dalsze pisanie”). Ale rzecz dziwna, książki przez długie lata nie było, czcicielom musiał wystarczyć druk w czasopiśmie. A potem więzienie – z powodu przechwycenia przez policję korespondencji właśnie z ukochaną Liną. Bogata, ustosunkowana pani wyszła szybko na wolność, a ona, biedna Narcyza, przesiedziała w samotnej celi dwa i pół roku. Po więzieniu – nakaz zamieszkania w Lublinie, w którym czuła się podle. „Drepcze po błocie lubelskim za lekcjami, z tym uczuciem – opowiada syn Wandy – że rodacy odwracają się od niej jak od zapowietrzonej, bo stosunki z nią kompromitują w oczach władzy”. Przyjaciele starali się, by to „zesłanie” uchylono, w 1855 roku mogła wreszcie przenieść się do Warszawy. Głód książek zaspokojony. A w trzy lata później – „Miodogórze” u Grabowskich. Tutaj, otoczona przyjaciółmi, uczennicami, które chłonęły jej słowa, uwielbiały ją, przeżywała – wszystko na to wskazuje – najszczęśliwszy okres swojego życia. Usatysfakcjonowana została także jako autorka: w roku 1861, staraniem przyjaciół, ukazały się Pisma Gabryelli w czterech tomach. Krytyk literacki Boy-Żeleński zwraca uwagę, że miało to też swoją słabą stronę: Poganka utonęła w zbiorowym wydaniu.

Szczęście nie mogło trwać zbyt długo. Zbliżało się powstanie, któremu Żmichowska, obolała i osobiście doświadczona, była zdecydowanie przeciwna. To ważna informacja, bo skoro tak, to mamy pewność, że również Wanda, dla której pani Narcyza stanowiła wyrocznię, była przeciw powstaniu. I możemy się domyślać, że w tej atmosferze wyrósł jej syn. „Widziała – napisze, kreśląc sylwetkę Żmichowskiej – złudność nadziei, złudność wiary w swoje siły i w obcą pomoc”. Dostrzegała „brak styczności pomiędzy górą i dołem społeczeństwa, ciemnotę i obojętność po równi – mimo że na inny sposób – w górze i w dole. Przerażała ją lekkomyślność sfer emigracyjnych, kierujących z daleka ruchem”. Narcyza – nie chcąc uczestniczyć w tym, czemu była przeciwna – opuszcza pod koniec 1862 roku Warszawę i przenosi się na wieś, do krewnych.

Powstanie jednak wybuchło, mieszkańców domu przy ulicy Miodowej 3 nie ominęły represje. W piwnicy żandarmi znajdują broń. Kto za to odpowiada? Gospodarz, naturalnie – Jan Grabowski spędza kilka miesięcy w cytadeli, do więzienia trafia także jego syn, Alfred. I wreszcie Edward Jurgens, inteligentny, szlachetny, zresztą przeciwnik powstania (podobnie jak jego przyjaciel Ruprecht, któremu udało się emigrować), umiera w cytadeli, najprawdopodobniej zamęczony. Lista zesłanych na Sybir jest długa. Żmichowska przeżywa to wszystko ze swojego odosobnienia na wsi. Czyta teraz dużo, docierają do niej Darwin i zachodni pozytywiści, „przebudowuje swój światopogląd”, jak wynika z listów do Wandy.

Bo na wymuszonym przez wypadki oddaleniu skorzystała historia literatury i w ogóle historia: sto osiemdziesiąt listów Narcyzy Żmichowskiej do Wandy Grabowskiej. „Moja matka była zwichniętą literatką” – powtarzał z uporem jej syn w odczycie, z którym objeżdżał Polskę. Narcyza dostrzegła w niej talent, namawia do pisania, udziela rad, stale niezadowolona z realizacji. Nazywa Wandę „rozpieszczoną dewotką ideału”, krytykuje: „Moralizowanie jest główną wadą Twoją”. „Jeszcze rada ostatnia: zdaj wszystko na los szczęścia, nie myśl wcale o stylu; myśl głównie o przedmiocie, który Cię zajmuje”.

Wanda pisze rozprawkę Rzecz o służących, którą jej mistrzyni przerabia, a potem to dzieło „kollaboracji” ukazuje się w „Bluszczu” podpisane „Filipina”. Czy to nie jest dziwne, że autor tej książki, jako chłopiec szesnastoletni, miał jakimś trafem w ręku ten rocznik „Bluszczu” i że zainteresowała go rozprawka Filipiny? Pod koniec 1939 roku, uchodząc przed Niemcami, znalazłem się we Lwowie. Ucieszyło mnie, że moja nauczycielka, pani Ruffowa, asystentka profesora biologii w gimnazjum Kryńskiego, jest urzędniczką w Zakładzie dla Nieuleczalnie Chorych prowadzonym przez zakonnice i że tam mieszka. Odwiedzałem często ten zakład, pamiętam pawilony rozrzucone w dużym parku, szedłem tam, żeby porozmawiać z panią Ruffową, ale także – nie ma co ukrywać – żeby się dożywić. Bo zawsze można było liczyć na pajdy pieczonego przez zakonnice pszennego chleba z marmoladą. Otóż w długim refektarzu tego zakładu stały półki z rocznikami dziewiętnastowiecznego „Bluszczu”. Pożerała mnie ciekawość, co też te panie drukowały. Przy każdych odwiedzinach wynosiłem pod paltem jakiś rocznik, by go następnym razem wymienić na inny. I tak natrafiłem na ową Rzecz o służących. Na pewno tę rozprawkę czytałem, bo pamiętam, że miałem ochotę napisać o niej coś uszczypliwego, ale na szczęście nie było gdzie. Gdybymż wiedział, że współautorką była Wanda Żeleńska, matka Boya!…

Narcyza konstruuje dla Wandy plan powieści, którą powinna napisać w pierwszej osobie. „Urodziłam się w roku 1816” – proponuje zacząć Narcyza. Wanda odsyła jej pierwszy zarys, który zaczyna się posłusznie właśnie tak: „Urodziłam się w roku 1816”. To nie mogło się udać. Narcyza już wie, że z Wandy powieściopisarki nie zrobi. Jakaż tu mogła być kolaboracja – pomyśli pochylony nad rękopisem matczynej powieści syn – „między nieśmiałym idealizmem młodej panny, próbującej się w piórze, a dojrzałym, drapieżnym talentem Żmichowskiej…” „Mimozą się urodziłaś, mimozą zostaniesz – pisze do dziewczyny Żmichowska. – Kiedy będę w chropawym humorze, nazwę Cię surowiej”. Ale nawet nie będąc w „chropawym humorze”, mistrzyni uznaje, że prawda jest ważniejsza od fałszywej grzeczności, potrafi zarzucić Wandzie „dziecinność i niezręczność”. Pociesza ją jednak, że przy talencie, Wanda jest po prostu inna. „Kiedyś, kiedyś, jako żona i matka, znów przemianę odbędziesz i może wtedy zrozumiesz, jakie władze ci przybędą, a lepiej ocenisz zbywające…”

Ona sama, Gabryella, mistrzyni młodej panny, wyznaje, że ma z realizacją kłopoty, „ile razy mi przyszło pisać o zdarzeniach i faktach powieściowych miłosnych; dlatego że nic a nic nie wiem, jak to bywa”. Nikt nigdy jej nie kochał. Nikt nie powiedział: „bądź żoną moją”. W liście do Elli (Izabeli Zbiegniewskiej) ta kobieta wybucha serdecznym życzeniem: „Obyś!… oszalała z miłości”. Bo kochać – to ważniejsze od wzajemności. „Kochać, tak kochać, żeby się nawet bez równoważnej obyć wzajemności – żeby być szczęśliwą przez siebie, w sobie, bez cudzego starania”. Jakie to bolesne, kiedy czytamy: „nie byłam w całym ciągu życia mojego ani na dwadzieścia cztery godzin, ani na jedną godzinę nawet wzajemną miłością kochana”. Temu to „deficytowi przeżyć”, według określenia samej Gabryelli, przypisuje autorka braki w swej twórczości. Miota się, nie potrafi kończyć utworów: brak w nich finału potwierdzonego życiem. „Jest w tych niedokończeniach – napisze syn Wandy – jakaś wzruszająca uczciwość wobec siebie: tragedia kobiety komplikuje się tragedią autorki”.

Czas płynie, Wandzie przybywa lat, ale kult „Pani” nie słabnie. Przeciwnie, może to oddalenie, rzadko tylko przerywane spotkaniami, powoduje, że uczucie panny Grabowskiej nie stygnie: ta młoda kobieta, która powinna wyjść za mąż, założyć dom, „być żoną, matką”, jak jej to przepowiada Narcyza, manifestuje coraz więcej egzaltacji: „…mojego serca, mojej istności, bez Pani imienia wyobrazić sobie nie umiem, bo ono jest tym n a j w i ę c e j, jakie mi było danym ukochać w życiu”. „Wobec takiego stanu egzaltacji – zastanawia się czytający te listy syn – czy nie musiał wydać się płaskim każdy «porządny człowiek» zalecany jako «dobra partia», uderzający w konkury?” „Czy ja mogłabym przestać kochać moją wybraną?” – pisze dwudziestoczteroletnia panna do trochę już zaniepokojonej, trzeba jej to przyznać, Narcyzy. Najstarsza siostra, Julia, wyszła za mąż za świeżo owdowiałego Adolfa Tetmajera, podhalańskiego szlachcica, prawie trzydzieści lat od niej starszego. Zyska w tym małżeństwie pasierba, Włodzia Tetmajera, przyszłego malarza, w którego bronowickim dworku, „chacie rozśpiewanej”, rozegra się wesele Rydla. Wkrótce urodzi syna, Kazimierza, który wsławi się zuchwałymi wierszami, bodaj najwybitniejszy poeta swojego czasu. Obaj, pasierb i syn, będą znaczącymi postaciami w Weselu Wyspiańskiego, pierwszy jako Gospodarz, drugi jako Poeta. Wanda, najpiękniejsza z sióstr, trwa w staropanieństwie – i tak już chyba zostanie, myśli ojciec, przyglądając się córce. Ma prawie trzydzieści lat, ta córka, kiedy pisze do Narcyzy: „Ach! kiedy zobaczymy się znowu! Może za jakie sześć tygodni? […] Uczucie moje takie gwałtowne i niecierpliwe, takie niespokojne. Niech jedyna pomyśli, jakby jej było, gdyby… kochała, jak ja kocham, a tak maleńko mogła Ukochaną w posiadanie swoje zyskać – tak mało zaufania po tylu latach. Ach, to smutno, ale musi być zasłużone pewnie…”

„To już zaczyna być niebezpieczne…” – zauważa syn, czytając ten list. „I oto – według jego synowskiej relacji – kiedy zdawało się, że Wanda na całe życie pozostanie cieniem swej Ukochanej […] naraz pojawia się królewicz z bajki…”

Jest grudzień 1871 roku. Wanda pisze do swojej Mistrzyni: „Tyle razy zajmowałam Ukochaną opisem moich trosk i smutków, iż z prawa należy Jej się szybszy podział wiadomości, że szczęśliwą jestem. Już od dwóch tygodni Władysława Żeleńskiego za narzeczonego uważam…” To narzeczony napominał Wandę, „by pisać do Najdroższej, o której mówimy niemal codziennie, ale nie pisałam”. List bucha szczęściem, radosnym oczekiwaniem. „Znalazłam człowieka, który mi oddaje serce tak czyste, gorące, szlachetne, że to jedno mogłoby już starczyć na uszczęśliwienie. W dodatku jest on wielkim artystą, którego czeka wielka praca, by się z talentu swego wypłacił ludziom, ale czeka go też sława”. Krzyk szczęścia: „Kocham go z przymieszką uwielbienia…” Tu mogłaby Wanda postawić wykrzyknik, ale nie, nie ona – dodaje, by być w zgodzie z przyjętą konwencją: „…z wiarą w jego duszę szlachetną, w jego przyszłość piękną”.

Ucieszona, nie potrafi się powstrzymać od radosnych przekomarzań: „Gabryella z drogi swoich ukochanych pragnęła artystów usunąć. Nie posłuchałam Jej rady!” (Bo Żmichowska zdążyła już wyrosnąć z późnego romantyzmu Poganki – była, podobnie jak Ruprecht, zwolenniczką cierpliwej „pracy organicznej”). Tymczasem zakochana Wanda przejęta jest s w o i m artystą, jego sztuką. „Teraz t w o r z y m y największe dzieło nasze: tworzymy symfonię, która w muzyce polskiej będzie tworzyła epokę, jak obrazy Matejki epokę w malarstwie”. Ona przewiduje swój udział w tej epoce. „Przychodzę więc zawiadomić Najdroższą, że dostałam zaproszenie do Olimpu, że mam nadzieję [i jakież to cudownie kobiece – J.H.] odmłodnieć…” Tymczasem cieszy się, prawie po dziecinnemu, jaki to będzie „szwagier dla Adolfa… A jaki zięć dla ojca […] Przynieść ojcu jakąkolwiek pociechę było zawsze jednem z najgorętszych moich marzeń” – pisze ta dobra i nareszcie szczęśliwa córka.

Na wspólnym zdjęciu narzeczonych zwracają uwagę ciemne oczy Wandy: widać w nich głębokie spojrzenie jej syna. To samo zamyślenie i cień melancholii.

Jedną, jak dotychczas, wadę odkryła ta mieszczańska córka, demokratka z poręki Gabryelli, w swoim narzeczonym: „Mówię o arystokratycznych jego koligacjach i stosunkach. Życie jednak – obiecuje sobie – na moim mieszczańskim ma się rozwinąć gruncie, i to wiele ułatwia. Zresztą mój «doktór filozofii» jest wyzwolonym z szlachetczyzny szlachcicem, chce zostać mieszczaninem, człowiekiem pracy użytecznej oddanym i pięknie powiada, że dwóm panom służyć nie można”. Bo Wanda odwiedziła niedawno Galicję, nie wiemy dokładnie kiedy, i wróciła stamtąd przygnębiona. Wolałaby nie opuszczać Warszawy. Dodaje postscriptum: „List dla Pani. Proszę go spalić”.

Nie zrobiła tego Żmichowska, na szczęście. „Nie uwierzysz, Ellina – napisała do pięknej Izabeli Zbiegniewskiej – co to dla mnie za pociecha t a k i e zamążpójście Wandy. A toć wszystkie mamy i ciocie boczyły się na mnie, że młodym osobom w głowie przewracam, że niepodobne do urzeczywistnienia ideały stawiam im jako obowiązki”. Zapominając, że Wanda więdła jednak w staropanieństwie do trzydziestego roku życia, Narcyza trochę lekkomyślnie broni się: „No, strach był przedwczesny, dziewczęta nie tak łatwe do przyjęcia «literackiej» rady, a mój własny przykład fatalnie zniechęcający”. Mogło przymieszać się do jej odczuwań trochę osobistej goryczy i, mimo wszystko, odrobina zazdrości.

W kilka miesięcy później, już po ślubie, młoda mężatka donosi rozentuzjazmowana: „Co robimy? Ach, używamy szczęścia!” Te słowa mogły Narcyzę poruszyć do łez. Nad szczęściem Wandy – i nad smutkiem własnego życia.

Skąd się wziął Galicjanin Żeleński w warszawskim mieszczańskim domu? Najprawdopodobniej przyprowadził go Adolf Tetmajer, mąż Julii, zaprzyjaźniony niejako po sąsiedzku z rodziną Żeleńskich, od stuleci osiadłych w Grodkowicach u brzegów Puszczy Niepołomickiej. Młodemu, ale już głośnemu kompozytorowi, który właśnie wrócił z Paryża, spodobało się w tym domu tak niezwykłym, zaczął często bywać, aż wreszcie oświadczył się – i został przyjęty. Krnąbrni chyba byli zawsze ci z Żelanki Żeleńscy, Ciołkiem się pieczętujący, skoro na kalwinizm przeszli w końcu XVI wieku, czyli przeciw fali, bo właśnie wtedy, kiedy zaczęła przybierać na sile kontrreformacja. Potem, w połowie następnego wieku, linia młodsza, ta z Brzezia, wróciła do katolicyzmu, ci starsi zaś, z Grodkowic, z której wywodził się kompozytor, mąż Wandy, uparcie się kalwinizmu trzymali. Aż do roku 1828, w którym dwudziestoczteroletni wtedy ojciec Władysława, Marcjan Żeleński, przeszedł na katolicyzm, najpewniej za sprawą żony, hrabianki Kamili Russockiej. W roku 1831 pośpieszył do powstania, walczył pod generałem Skrzyneckim, odznaczony został Krzyżem Virtuti Militari. Miały go odtąd na oku władze austriackie, co się zemściło w piętnaście lat później, mimo iż pan Marcjan nie brał czynnego udziału w patriotycznej konspiracji.

Prowadził teraz, podobnie jak później jego najstarszy syn Stanisław, wzorowe gospodarstwo rolne. Władysław, urodzony w 1837 roku, był drugim z kolei. To po ojcu odziedziczył talent muzyczny. Bo ten ziemianin i oficer powstańczego wojska, choć bez odpowiedniego wykształcenia, grał i komponował. Dom był pełen muzyki. Władysław wspomina w swoich pamiętnikach, jak słuchał Webera, Donizettiego, ballady Król elfów w transkrypcji fortepianowej Liszta. Kiedy podburzeni przez władze austriackie chłopi zabili podczas rabacji 1846 roku Marcjana Żeleńskiego (jakaż to jednak była ze strony austriackiej ohydna, nędzna i zbrodnicza prowokacja! pomyślmy: przecież dzisiaj organizatorzy tej masakry odpowiadaliby przed trybunałem międzynarodowym za inspirowanie ludobójstwa) – otóż kiedy na furmance umieszczono trupa pana Marcjana, pod głowę podłożono rękopis jego muzycznej kompozycji: wariacje na temat opery Fra Diavolo – opowiada biograf Felicjan Szopski. „Ślady krwi na tej rodzinnej pamiątce były jeszcze długo widoczne”.

Pani Kamila Żeleńska, która wyszła śmiało ku napastnikom, by bronić męża, została ciężko ranna. Dziewięcioletniego Władka przechowano w kuchni. Na miejscu zbrodni pani Kamila, babka pisarza, postawiła krzyż z napisem: „Ojcze, przebacz im, albowiem nie wiedzą, co czynią”. Już po jej śmierci synkowie Wandy, od pewnego czasu krakowianie, bawili się w pobliżu tego krzyża, kiedy przyjeżdżali do Grodkowic na wakacje.

Na razie wdowa po Marcjanie przenosi się z czwórką dzieci do Krakowa, głównie po to, żeby Władysław, który upiera się przy muzyce, już komponuje – polonezy, mazury i polki – mógł porządnie studiować. Uczęszcza do szkoły św. Anny, tej samej, w której uczył się Jaś Sobieski, późniejszy król, a będzie się uczyć Tadzio Żeleński, przyszły pisarz. Przyjaciółmi Władysława w klasie są Michał Bałucki i Jan Matejko, chyba nieznośna trójka, bo po latach wspominają ze śmiechem, jak profesor krzyczał: „Osły jedne, nigdy z was nic nie wyrośnie!”

Pani Marcjanowa krąży między Krakowem a wsią, wreszcie troska o Władysława bierze górę, zostaje w mieście, odstępując Grodkowice pozostałym swoim synom. Władysław kształci się w muzyce i – żeby wyciszyć krytykę ze strony braci szlachty – zgłębia na uniwersytecie filozofię. Nie pomaga. Kilku obywateli ziemian, jak relacjonuje biograf kompozytora, protestuje wobec pani Żeleńskiej, że młody szlachcic, pozbawiony ojcowskiej opieki, poniża się kompozytorstwem i studiami filozoficznymi. Trzeba zejść tumanom z oczu: Władysław wyjeżdża do Pragi, gdzie doskonali się w muzyce i robi doktorat z filozofii (czym najbardziej zaimponował Narcyzie Żmichowskiej!). Odwiedza Drezno i tam słyszy po raz pierwszy w życiu IX symfonię Beethovena. Nie zdajemy sobie dziś sprawy, że trzeba było jeździć za granicę, żeby usłyszeć symfonię czy zobaczyć obraz. Turystyka artystyczna miała sens – dla twórcy była koniecznością!

Potem był Paryż, studia, kompozycje, przyjaźń z Arturem Grottgerem, który uwielbiał „poczciwego Żela”, jak go nazywał w listach do narzeczonej. Kiedy kompozytor wrócił do Polski w 1870 roku – najpierw zawadził o Kraków – był już opromieniony sławą. Pasowany na następcę Moniuszki. W gabinecie syna Wandy – już pisarza – wisiał malowany przez Grottgera portret kompozytora, pełnego wdzięku rozmarzonego młodzieńca. Pisarz przygląda się portretowi ojca i wzdycha: „Czemuż go takim nie znałem?”

II

Mały lord buntownik

Pani Wandzie udało się zawojować męża dla swojego kultu: „poczciwy Żel” komponuje pieśni do wierszy Narcyzy, co Wanda, jeszcze jako narzeczona, obiecała swojej mistrzyni. Urodziła trzech synów: najstarszy, Stanisław, dostał na drugie imię Gabriel (Żmichowska pośpieszyła wtedy do Warszawy, by trzymać chłopca do chrztu); najmłodszy, Edward, otrzymał, już po śmierci pisarki, dodatkowe imię Narcyz; i tylko środkowy, bohater tej książki (urodzony 21 grudnia 1874 roku), dodatkowe imiona dostał po swoich galicyjskich dziadkach i został ochrzczony jako Tadeusz Kamil Marcjan.

Mimo licznych zajęć i obowiązków młoda matka znajduje czas, by napisać studium o swojej ukochanej, publikuje je pod pseudonimem „Stefan” w 1873 roku w „Tygodniku Ilustrowanym”. Jakże jest szczęśliwa! Pisze do Narcyzy:

„Co Pani mówi na Listy Stefana wychodzące w «Tygodniku» […]? Dowiaduję się w tej chwili, że zwracają uwagę. Nawet kronikarz «Kłosów», mimo przeciwnego obozu, raczył pochwalić recenzenta, a przy tej okazji i autorkę. Ucieszyło mnie to do dzieciństwa”. „Okropnie” żałuje, że to ukazuje się pod pseudonimem: niechby świat się dowiedział, że to „Wanda Gr. […] z taką miłością o swojej uwielbionej Gabryelli pisze”.

Potem były i inne próby. W 1877 roku, w „Kłosach”, wspomnienie pośmiertne (Narcyza Żmichowska zmarła w 1876 roku, kiedy Tadeusz kończył dwa lata). W dwudziestopięciolecie jej śmierci, w roku 1902, Wanda Żeleńska opublikowała w „Bluszczu” dwie o niej prace. Pozostała swojej mistrzyni wierna do końca.

Nie udało jej się tego kultu zaszczepić synom. Tadeusz nie sądzi, by jego bracia Stanisław G a b r i e l i Edward N a r c y z kiedykolwiek zaglądali do pism Narcyzy. „Co do mnie – wspomina ten średni – który miałem największą do książek ciekawość, fanatyzm matki działał na mnie wprost odwrotnie, usposabiał mnie niechętnie. Trudno o ostrzejszego krytyka, o większego sceptyka niż kilkunastoletni «myślący» chłopak”.

Ważne wyznanie: bo to ten syn, namiętny czytelnik, mógł być dla matki partnerem, nie został nim jednak. Raził go „zdawkowy idealizm” matki, który zresztą wytykała jej w listach Żmichowska, to on utrudniał mu z nią porozumienie. „Ja byłem cynik. Przechodziłem wiek, w którym chłopak – carthésien sans le savoir – odrzuca wszystko, do czego sam nie dojdzie. Przekomarzałem się z matką na temat jej uwielbienia, musiałem jej sprawić sporo przykrości. Dziś widzę [a pisze to w roku 1930, mając lat prawie pięćdziesiąt sześć], że było ze mną to samo, co z publicznością: pokazywanie pisarki od samych cnót obywatelskich pogrzebało ją. Ale matka nie mogła tego zrozumieć, zamykała się w milczeniu”. Podejrzewał, że żywiła po cichu urazę do Orzeszkowej, do Konopnickiej, że cieszą się sławą, podczas gdy o jej mistrzyni zapomniano. Marzyła o napisaniu monografii, która stałaby się jej pomnikiem. „Co jakiś czas matka wydobywała pliki papierów, robiła notatki, ale nie było ciągłości, rwało się!” Wzorowa matka, wzorowa żona, wzorowy dom i do tego jeszcze działalność społeczna – gdzież tu jeszcze miejsce na pracę literacką? To był ból jej życia – stwierdza syn.

Ojciec, przed śmiercią, przekazał mu papiery po matce. „Przeglądam te karty: z niczym nie da się porównać ich entuzjazmu. To nie monografia ani studium literackie – to dytyramb, apoteoza, nieustający potok uwielbienia. Najwyższy geniusz, najdoskonalsza świętość, wszystko przepojone najczystszą poezją – oto dla matki mojej Narcyza Żmichowska. I czytając te karty stałem się pobłażliwszy dla mego młodzieńczego sceptycyzmu”.

Ale nas zainteresowałoby może co innego: jakie to było pióro, ta pani Wanda Żeleńska? Kim mogłaby zostać? Z pewnością nie autorką powieści. Na to brakło jej przeżyć, doświadczeń, śmiałości, a chyba i wyobraźni. Ale na pewno mogła zostać eseistką – i to wybitną. (Wydała zresztą u Hoesicka seniora tom szkiców Znakomite niewiasty). Miała wszystko, co trzeba: oczytanie, kulturę literacką, kulturę myśli, energię wysłowienia, bogatą polszczyznę, swadę przypominającą samą Narcyzę, a chwilami George Sand. Proszę:

„Subtelne jej pióro nie ma sobie równego, gdy idzie o określenie najdelikatniejszych odcieni i duchowych zagadnień. […] Zrazu bogactwo języka, obrazów, myśli uderza, obałamuca; zdaje nam się, że to cacka kunsztowne stworzone na to tylko, by nimi oko pieścić i ucho zachwycać, ale czytajmy uważnie…”

Chwilami można odnieść wrażenie, że pani Żeleńska pisze „boyem”. „…W listach odzyskują ją [czytelnicy] po raz drugi. Dla tych, którzy znali jedynie Gabryellę autorkę, jakież to objawienie! Jaki komentarz! Jak ta kobieta żyjąca piszącą autorkę tłumaczy i dopełnia!…”

Wszystko to zostało stłumione: dom, „trzech nie najłatwiejszych synów”, jak przyznaje ten średni – no i on, mąż, „orzeł”, według słów żony, kompozytor w tym okresie najwybitniejszy. Był na dobrym rządowym stanowisku dyrektora, miał zapewne i kapitał po spłaceniu go przez brata Stanisława, panna Grabowska też chyba została solidnie wywianowana. Chłopcom nic nie brakło, rodzice zapewniali im staranne wychowanie. W tym duecie, w którym matka ofiarowała czułość i troskę, ojciec reprezentował surowość, dyscyplinę, karę, nierzadko fizyczną. („…przechodził z biegiem lat bardzo sarmacką ewolucję […] przeistaczał się w wykapany obraz cześnika Raptusiewicza. Porywczość jego i niecierpliwość były przysłowiowe”. Nie ma listów pani Wandy, w których by się tym przeistoczeniem mężczyzny u swojego boku zdumiewała. Może je uważała za naturalne?) Po latach pisarz wspomina swoje dzieciństwo bez wdzięczności, z żalem. Tyrania rodzicielska, jakby był małym lordem. Nic nie wolno. Guziki zawsze zapięte, szalik wokół szyi. Pończochy także latem. Nie wolno biegać, pocić się, plamić ubrania – opowiadał ze zgrozą Irenie Krzywickiej, przypatrując się swobodzie, jaką cieszył się jej Piotruś. Szli za lordziątkiem guwernerzy z trzcinkami, by na miejscu wymierzać karę, za byle co pozbawiano chłopców deseru. Czy miał na myśli swoją ukochaną matkę, kiedy w recenzji ze sztuki Zapolskiej Tamten napisze o macierzyńskiej nadtroskliwości: „Trzy czwarte funkcji tych matek były dzieciom zupełnie zbyteczne. [Pisze w czasie przeszłym, bo uważa te «wybujałości» za zjawisko historyczne, w tak ostrej formie już nieistniejące.] […] Skarby kobiecej czułości – ciągnie – daleko więcej były wyrazem potrzeb matki niż pożytku dziecka”. Już to brzmi wystarczająco krytycznie, a cóż dopiero następne zdanie, jak bezwzględna pointa: „Ten anioł stróż syna był najczęściej jego katastrofą”. (Zaatakuje się go po tej recenzji za spotwarzanie wizerunku Matki Polki).

Miejmy nadzieję, że nie dotyczyło to w takim stopniu małych Żeleńskich: chłopcy rośli, mimo wszystko, normalnie, chodzili do freblówki, bili się, bałaganili, bawili się w teatr. („Teatr, w którym piramida krzeseł oznaczała wysoką górę, kilka patyków bramę pałacową […] aktor był zarazem rycerzem i koniem”). Wkrótce pójdą do szkoły. Był to okres najgorszej rusyfikacji apuchtinowskiej w szkole, samego Apuchtina spoliczkowano, czasem jakieś upokorzone i doprowadzone do rozpaczy dziecko popełniało samobójstwo. Warszawa ówczesna, tak jak ją widział chłopiec, miała „coś z grozy, coś z tajemnicy. Upiorni kozacy na koniach, w wysokich skórzanych rurach na głowie, z pikami; olbrzymi Czerkiesi z kindżałami i w czapach […], ściszone głosy starszych, nagła wieść o zamordowaniu cara Aleksandra”. Czy chłopcy mają chodzić do rosyjskiej szkoły, podczas gdy tam, w Krakowie, skąd ojciec pochodzi, można się nałykać, pod rządami dobrotliwego Franciszka Józefa, polskości jak w Soplicowie, jest się „prawie u siebie”. Pan Żeleński nie najlepiej się czuł w Warszawie, nie znał rosyjskiego, nie umiał rozmawiać z dyrektorem teatrów rządowych, pułkownikiem Muchanowem, mimo że ten pułkownik był znany z dobrych chęci, a jego żona, Maria Kalergis, Nesselrode z domu, przejęta kulturą polską, przez pewien czas muza Norwida (mimowolna raczej), zakochana w Adamie Potockim, sama utalentowana pianistka, otóż ta wpływowa dama ofiarowała się osobiście grać na koncercie pana Żeleńskiego.

Uciec do Krakowa! Dla pana Żeleńskiego to powrót do rodzinnych stron – dla jego żony to opuszczenie ukochanego miasta, domu i sióstr: Marysi (teraz Kwietniewskiej), obarczonej trzema synkami, i Zosi, najmłodszej, która wciąż mieszkała w rodzicielskim gnieździe na Miodowej i tłumaczyła z angielskiego popularne powieści dla młodzieży (Małe kobietki i kilka innych). Jak ją w Krakowie przyjmą? Pani Wanda myślała o wyjeździe z niepokojem. Ale wzgląd na chłopców przeważył. Szkoda tylko, że Kraków jest „pustynią muzyczną”. Żeleński już od dawna stara się coś zorganizować. Namawia prezydenta Zyblikiewicza do założenia w królewskim mieście konserwatorium. (Minie siedem lat, zanim się to zrealizuje. Koncert na otwarcie miał miejsce „w małej salce szkoły muzycznej przy niezbyt licznym udziale publiczności” – notuje biograf, pan Szopski). Przedtem, w 1879 roku, kompozytor dyryguje w Krakowie swoją kantatą na cześć Kraszewskiego. Przenosiny zbliżają się nieuchronnie. Jest listopad 1880 roku, kiedy pan Żeleński wnioskuje na zebraniu komitetu, żeby dyrekcję Towarzystwa Muzycznego powierzyć Zygmuntowi Noskowskiemu. W połowie następnego roku państwo Żeleńscy wraz z synkami znaleźli się na Dworcu Wiedeńskim. Żegnało ich „ze szczerym żalem” grono przyjaciół – tak to opisano w „Echu Muzycznym”. Chłopców czekała długa i pełna emocji podróż, chwilami pewnie nudna i męcząca. Szkoda, że nikt jej nie opisał.

W Krakowie chłopca początkowo lękiem przejmowali żandarmi, „którzy zawsze chodzili we dwóch z nasadzonym bagnetem, w kapeluszach z kogucimi piórami”. Był w wieku, „w którym stawia się nieśmiało pierwsze kroki w nauce czytania”. Sprawiało mu radość odczytywanie ulicznych plakatów. „Otóż pierwsze słowa, które udało mi się odczytać bez błędu, były: «Kochany hrabio Taaffe». Podpisany: Franciszek Józef m.p.”. Wtedy się uspokoił. Ulgę sprawił „ten życzliwy i konstytucyjny sposób korespondowania z premierem”. Inny klimat, nawet dziecko potrafiło to odczuć. „Żadnego widomego ucisku. Mickiewicz w szkole, Kościuszko w teatrze, Polska na co dzień i od święta”.

Ale aż takie proste to nie było. W szkole, kiedy śpiewano hymn ku czci cesarza, należało demonstrować swoją rezerwę ironicznym uśmieszkiem albo przynajmniej fałszować. „A kiedy przyszła z kolei zwrotka: «Przy cesarzu mile włada cesarzowa pełna łask», wszyscy chichotali po trosze”. Chłopcy wymykali się do kościoła na nabożeństwa patriotyczne, a belfry – będzie wspominać pisarz – patrzyły na to przez palce.

Chociaż chłopiec nie bardzo się popisał podczas egzaminu wstępnego (co zwalił po latach na różnicę w systemie dydaktycznym: inaczej do tego podchodzono w Warszawie, inaczej w Krakowie, bardziej „naukowo”), przyjęto go od razu do drugiej klasy. „Może przez wzgląd na ojca?” – będzie zastanawiał się pisarz. Bo ojciec był w Krakowie kimś ważnym. „W dniu jego imienin, na św. Władysława, o siódmej rano orkiestra ustawiała się półkolem przed naszym mieszkaniem przy ulicy Szewskiej i rżnęła marsze. Dlatego że sławny muzyk i – tutaj wkracza charakterystyczny dla pisarza zmysł rzeczywistości podszyty ironią – że dał sto guldenów na założenie tej orkiestry”.

Kraków, do którego Żeleńscy się przenieśli, był wtedy miastem – wspomina pisarz w szkicu Prawy brzeg Wisły – zarażonym „infekcją smutku”. „W dzień jeszcze […] miał jakieś pozory życia […], za to w nocy mury brały władztwo nad człowiekiem”. „Z uderzeniem dziesiątej krakowianin […] zdyszany dopadał bramy”, żeby nie płacić stróżowi „szpery”. Ulice pustoszały, „wyłaniał się stróż nocny z halabardą, można było mniemać, że jest się w wiekach średnich”.

W dzień można było się łudzić, że jest się w łacińskiej dzielnicy Paryża, na lewym brzegu Sekwany: „poważne mury Akademii, birety i togi”. Studenci. „Była i dzielnica artystów, gdzie kwitły sztuki piękne i gdzie, w zaciszach pracowni, uzbrojone w węgiel młode dłonie kopiowały, częściej co prawda gipsowe niż żywe modelki”. I były malownicze uliczki, stare kościoły, stare arystokratyczne pałace, a pomiędzy nimi – „kwefy, sutanny i czarne kapelusze”. Lewy brzeg. „Coś z renesansu i coś z partykularza”. Bo nie było prawego brzegu – tego, który tętniłby nowoczesnym życiem, który by huczał i rozwijał się. Kraków – przypomina w książce Znaszli ten kraj?… jego wspaniały monografista – jako twierdza z zakazem rozbudowy, nie miał szans rozwoju. Dusił się.

Rządziło nim lojalistyczne stronnictwo konserwatystów, nazywano ich „stańczykami” od satyrycznej Teki Stańczyka, którą, biczując romantyczny odłam społeczeństwa, rozdrapując niezabliźnione jeszcze po powstaniu rany, wydali w roku 1869 Szujski, Tarnowski i Koźmian. Konserwatyści, oczywiście, ale ludzie wtedy jeszcze młodzi. – Co to za stańczycy? – spytał chłopiec matki. Wymieniła kilka nazwisk: byli to znajomi ojca, składali nieraz wizyty w ich willi na św. Sebastiana, dokąd Żeleńscy się przenieśli, znał ich twarze.

Oceni ich surowo. Nie tyle osoby, czynnych urzędników zajętych możliwie sprawnym administrowaniem i własnymi awansami, ile całą tę sferę, która nad Krakowem ciążyła. Arystokracja, napisze, w „ubożuchnym Krakowie była zarazem jedyną p l u t o k r a c j ą – żyła dość eksterytorialnie w swoich pałacach, w klubie, za granicą wreszcie”. „Ciągłe «gaszenie», ciągłe wołanie o trzeźwość, rozsądek, wydały swoje: wychowały pokolenie karierowiczów […] w mieście, gdzie nie było karier”. Co ambitniejsi szukali ich w Wiedniu, co dobrze oddają, chociaż mimo woli, pamiętniki Chłędowskiego. Mieszczaństwo – w przeciwieństwie do rozśpiewanego Lwowa – też nie ożywiało pulsu miasta: „trzymało się w stylu biedermaier, dość świętoszkowatym”. Bliskość Wiednia działała niszcząco: „Flaszki wina nie wypił taki łyk loco, ale jechał na nią pod jakimś szanownym pozorem do «Widnia»”. Wspomina ze współczuciem dziewczęta „wysypujące się z «cygarfabryki», żarła je bieda i blednica, brak zalotności był uderzający”. I jeszcze wspomnienie, do którego będzie wracał, ilekroć recenzowana sztuka da mu po temu sposobność, jakby wciąż ono go dręczyło. To te „ładne, a bezposażne dziewczęta ze sfer mieszczańskich”, które „z rezygnacją poddawały się staropanieństwu, którego panna z «dobrego domu» nie mogła wypełnić nawet pracą zarobkową. Ach, te tragiczne pary – matka z córką – obchodzące przez całe lata plantacje, coraz starsze, coraz kwaśniejsze!”

To przez tę porywczość ojca nie udało się umuzykalnienie synów. Każdą pomyłkę „skłonny był uważać za «sabotaż», który karcił […] grzmotnięciem po łapach albo po plecach”. Strach paraliżował dziecko i „każdy egzamin ojcowski kończył się fatalnie”.

Wszyscy biografowie cytują opowieść o tym, jak państwo Żeleńscy przyjęli w końcu dla chłopców brodatego pedagoga, dawnego kolegę ojca, teraz zmarnowanego pijusa. Dlaczego właśnie jego? „Może także przez ową słabostkę – domyśla się syn, przenikliwy psycholog – jaką każdy Cześnik ma dla swego Dyndalskiego”. Pani Wanda starała się, żeby lekcje odbywały się pod nieobecność męża. Ale nie zawsze się to udawało, stary Żel wrzeszczał i na nauczyciela, i na synów. Matka błagała: „Władziu, nie irytuj się, szkodzisz sobie!” (Żył długo, to ona umarła nagle). Pan Płachecki, zalewając się łzami, krzyczał: „Ja też mam swój ambit!”, matka „rzucała się ku niemu jak tygrysica: – Niech pan męża nie drażni!” Ona, humanistka, społecznica, widziała w tej scysji tylko jego, swojego orła. „A malec – wspomina syn – na swoim wysokim obrotowym krześle, drżał tylko, byłby się pragnął schować pod klawiaturę”. Bo malec, przyszły pisarz, widział więcej: widział tego drugiego człowieka, starego upokorzonego opoja, któremu łzy kapały na brodę.

Bracia jakoś potem, już na własną rękę, uzupełnili swoje muzyczne wykształcenie, Edziula, ten młodszy, nawet szalał przy fortepianie w kabarecie, coś tam komponował – on, Tadeusz, pozostał muzycznym analfabetą. I tylko czasem, podczas pisania na maszynie, w pasji twórczej chciałby uderzyć fortissimo. Z tym analfabetyzmem na pewno przesadzał: pisał przecież teksty piosenek. Ale muzyce nie chciał się poddawać, buntował się przeciwko gwałtowi, przeciw szantażowi uczuciowemu. (Doskonale go rozumiem). Nie inaczej zmagał się z muzyką Fellini: wystarczy poczytać jego zwierzenia.

Latem chłopcy wyjeżdżali do Grodkowic, do majątku rodowego, którym teraz zarządzał, podobno bardzo sprawnie, stryj Stanisław. Babcia Kamila już nie żyła – upamiętniał ją krzyż, ten, na którym kazała wyryć słowa przebaczenia. W dworku pojawiali się sąsiedzi, pili, grali w karty i kości, rozprawiali o polowaniach, o cenach, o swoich pieniactwach, typy jak z Fredry i Blizińskiego – jowialscy, jenialkiewicze, orgonowie, panowie Damazowie. I znowu panny, które wystawiano w swaty, jak na sprzedaż. Chłopiec przyglądał się, przysłuchiwał – brzęczały słowa, które wrócą, kiedy zostanie recenzentem, na przykład „serwitut” – chłonął doświadczenia. Niektórzy wspominkarze ryzykują twierdzenie, że Boy recenzent zachował uraz do szlachty, bo rodzina na wsi miała niechętnie przyjąć jego matkę. Chyba aż tak źle nie było, skoro chłopcy spędzali wakacje u stryja. Apologeci szlachetczyzny nie mogą się pogodzić z tym, że komuś ich świat może się wydawać dziwacznym przeżytkiem, dlatego szukają wytłumaczenia – w kompleksach, u Freuda. Jeśli już gdzieś szukać głębszych warstw – poza osobistymi skłonnościami pisarza – to w demokratycznych poglądach matki i jej mistrzyni, Narcyzy Żmichowskiej.

Mały Tadzio był pobożny. Traktował wszystkie dziecięce obowiązki religijne poważnie, chociaż później wspominał, że dla dziecka pierwsza spowiedź jest zawsze r o l ą, łącznie z objawami tremy. Opowiadał Irenie Krzywickiej, jak to w drodze do szkoły „miał zwyczaj klękać przed figurą Matki Boskiej i zmawiać pacierz. Ale gdy właśnie od jakiegoś czasu przeżywał kryzys religijny, przestał się modlić. Z bardzo podniesioną głową wszedł do szkoły i tegoż dnia dostał pięć dwój. – Taki natychmiastowy odwet ze strony nieba zrobił na mnie silne wrażenie [opowiadał]. I jak tu się było porywać na takiego przeciwnika, kiedy w domu groziło za dwójki lanie”. Wrócił do swojej figury.

W domu o tych sprawach decydował ojciec: tradycjonalista i, jak wynika z jego pamiętników, w dzieciństwie bardzo pobożny. Jak patrzyła na religijność syna pani Żeleńska, nie ma świadectw; tyle wiemy, że jej mistrzyni, Narcyza Żmichowska, była nastawiona zdecydowanie antyklerykalnie. Co oczywiście nie kłóci się z wiarą.

Więc nie dom podważał religijność chłopca – robiła to szkoła. Drwiny z Darwina i nauki. Atmosfera przymusu, brak taktu i niski poziom, czasem wręcz tępota katechety, jak o tym napisze po latach w Rozmyślaniach przed popielcem. „Wszystko, co jest w nas uczuć religijnych, ma swoje źródło gdzie indziej; wszystko, co daje szkoła, jest powolnym i systematycznym uczuć tych niszczeniem”. „Ach, te «wątpliwości»! Dla jednego są one psotą, dla innych tragicznym przeżyciem”. Pisze o tym jakby z żalem – gdyby był ateistą, za jakiego niektórzy wolą go uważać, powinien by odczuwać satysfakcję. Ale jest inaczej: „Tak więc proces niszczenia w dziecku religii przez jej nauczanie można oznaczyć niemal ze ścisłością”. „Pamiętam – wspomina dalej – jak mnie, dziesięcioletniego malca, niewinnego […] przypierał ksiądz natarczywymi pytaniami, «czy nie było jakich nieskromnych dotknięć», przy czym zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. Zaintrygowany, zwierzyłem się koledze i… dowiedziałem się”. Ale byli księża, których wspomina z sentymentem, a czasem z rozbawieniem, jak tego oto kapelana więziennego, którego ściągnięto do gimnazjum, żeby pomógł w wyspowiadaniu hurmy dzieciaków. „Zacny kapłan, nawykły co dnia przyjmować zwierzenia morderców, podpalaczy, kazirodców, z pewnym zniecierpliwieniem słuchał drobnych grzeszków dziecinnych; raz po raz trzepał nerwowo palcami i przerywał: «Nie gadaj drobiazgów, grubsze mów, grubsze mów!»”. Chyba się tego „grubszego” nie nasłuchał.

Chłopiec był śliczny, miał ciemne mądre oczy, był grzeczny, dobrze ułożony, choć ścichapęk. Przyglądał się dorosłym – i myślał swoje. Widywał w rodzicielskim domu czczonego przez wszystkich Adama Asnyka, niegdyś powstańca, a kilkanaście lat później autora wiersza, który stał się programem jednych, a drażnił innych („Daremne żale, próżny trud / Bezsilne złorzeczenia / Minionych kształtów żaden cud / Nie wróci do istnienia”); autor delikatnego erotyku „Między nami nic nie było / Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych…” wzdychał „Gdybym był młodszy, dziewczyno, gdybym był młodszy…”, mając lat – trzydzieści pięć. W niedziele u państwa Żeleńskich odbywały się spotkania towarzyskie: zlot osobistości. Przychodził sam Stanisław Tarnowski, rektor i dyktator opinii literackich („karykatura wodza – rąbnie bez litości pisarz – raczej lajkonik obchodowy”), bywali Oskar Kolberg, etnograf, zbieracz pieśni ludowych, i legendarna Marcelina Czartoryska, od której można było się dowiedzieć, jak grał Chopina Chopin, bywał też, ilekroć zjechał do Krakowa z Paryża, Władysław Mickiewicz, syn wieszcza i rówieśnik ojca, zaprzyjaźniony z nim chyba od paryskich czasów pana domu. Wpadał często Aleksander Gierymski, także przyjaciel z lat paryskich. „Wystawił wówczas w Krakowie swój głośny obraz, przedstawiający chłopa i babę siedzących nad trumienką dziecka. Kiedy go ktoś komplementował, że tak przedziwnie oddał wyraz rodzicielskiego bólu, malarz nastroszył się i odparł opryskliwie, że jedyną jego intencją było uchwycić grę fioletowych cieni na parcianych portkach chłopa”. (Taki był styl! Tadeuszek, sądząc z tej opowieści, nie wierzył malarzowi: on sam był skłonny wzruszyć się chłopskim bólem. A może Gierymskiego drażniły komplementy?) Na stole królował samowar, przywieziony najpewniej z Warszawy. Ale najważniejszy w salonie był fortepian. Zasiadał do niego sam gospodarz, aby akompaniować kolegom profesorom, którzy wykonywali kwartety smyczkowe. „Żeleński lubił grać i robił to z wielkim zapałem. Technika jego nie była pianistowska” – brzmi ostrożna opinia biografa kompozytora, Felicjana Szopskiego. Dodaje uspokajająco: „Słuchacze oceniali z wyrozumiałością…” Herbata z samowaru pachniała, rozmowę prowadzono na dobrym poziomie, gospodyni urocza i inteligentna, wszyscy byli zadowoleni. „Stawał się czasem niebezpiecznym akompaniatorem swoich własnych pieśni” – dowiadujemy się od biografa – a to „dzięki tej żywiołowości i nieopanowaniu”. Wydawał nieoczekiwane pomruki albo zaczynał nucić i wykonawczyni mogła być zaskoczona.

Z Tadziem ścichapękiem bywały kłopoty. Dostał na gwiazdkę książeczkę z obrazkami Bohaterskie czyny Polaków. „Był tam, między innymi, przedstawiony szlachcic Kątski, gdy spala na dłoni lont, rzucony na beczkę z prochem przez Turka, który chciał wysadzić się w powietrze wraz z twierdzą, aby jej nie wydać Polakom, jak to nakazywały warunki traktatu. Tekst nadmieniał, iż bohaterskim swym czynem Polak upokorzył chytrego barbarzyńcę. Pierwszą mą refleksją było, że bohaterem był tu przede wszystkim Turek”. Próbował podzielić się tą myślą z kolegą – odpowiedzią było wzruszenie ramion. „Starsi pokiwali głowami i orzekli, że jestem bardzo zepsuty”. „Szkolny komunał, na którymśmy się wychowywali – napisze, recenzując sztukę Brończyka o hetmanie Żółkiewskim, którego zresztą uważał za postać wyjątkową – gloryfikował wszelką wojnę, zwłaszcza z «pohańcem», a wymyślał od «gnuśności» szlachcie, ilekroć wzbraniała się dać na ten cel krwi i pieniędzy. Ta opłakana gnuśność (powiadały nam rycerskie belfry) była przyczyną, żeśmy nie mogli wybić Turków do ostatniej nogi. Ale dziś, po świeżym wojowaniu […] czujemy instynktownie, iż wszystkie te dawne szablony wymagałyby rewizji. Może to był zdrowy instynkt szlachty, że nie chciała tych ciągłych awantur? […] Zrobiliśmy się szalenie gnuśni”. (Bardzo by się zdziwił autor tych słów, gdyby się dowiedział, że w końcu lat sześćdziesiątych znalazł się rycerski belfer historyk, związany z rozszalałym wtedy obozem komunistów-nacjonalistów, który w popularnej książeczce o Żółkiewskim wytknął wielkiemu hetmanowi „gnuśność”, ponieważ ten zrezygnował z podbicia… Mołdawii. Na co temu rycerskiemu historykowi była potrzebna Mołdawia, bardziej niż Żółkiewskiemu, nie potrafiłem zrozumieć).

Wybory – to dni odwetu malców nad dorosłymi. Nareszcie ci usztywnieni, zapięci na wszystkie guziki dorośli, zanudzający moralizowaniem, pokazują, do czego są zdolni. Latami „suszą głowę, że nie trzeba kłamać, że trzeba szanować starszych, że nie trzeba się złościć. I naraz, ci poważni, ci dorośli, często znajomi rodziców, przez kilka dni wymyślają sobie jak opętani afiszami, nalepkami, na wszystkich rogach ulic, zarzucają sobie nawzajem kłamstwa, przekupstwa, wszelkie zbrodnie i występki. No, a dopiero w gazetach co można wyczytać o każdym z nich! […] Śliczne rzeczy. […] Złodziej grosza publicznego, pasożyt to jeszcze najniewinniejsze. A my, bębny, pławiliśmy się z rozkoszy”.

Szło się pod okna zwalczanego posła i robiło mu się „kocią muzykę”. Dlaczego, za co – nieważne. „Kocia muzyka – delektuje się po latach chłopiec – jest sama w sobie rzeczą tak przyjemną, że nie wymaga ścisłego umotywowania”. Nikt nie wiedział, gdzie mieszka kontrkandydat, Tadzio wiedział, „bo to był przyjaciel ojca i często bywał u nas w domu. Poprowadziłem tłumy: cóż za rozkosz przez chwilę być tak ważną figurą!” Oni popierali swojego nauczyciela historii, Augusta Sokołowskiego, „demokłatę” (bo nie wymawiał głoski „r”). Wykładał dobrze, samodzielnie, ale czasem już nazbyt ozdobnym językiem, którego próbkę dał pisarz wiele lat później w felietonie Styl kwiecisty: „Nierządnica francuska, włożywszy na głowę frygijską czapkę, liże stopy tyrana Północy, podczas gdy chytry i kupiecki Albion…” Teraz, kiedy ich kandydat, ich nauczyciel zwyciężył, triumfujący chłopcy uchwalili na jego cześć fakelcug – orszak z pochodniami! Zwycięski nauczyciel pokazał się w oknie i zapewnił, że w parlamencie „obierze… wdzięczną drogę opozycji”. Tadzio naiwnie się zdziwił, „skąd on wie, że będzie oponował, kiedy nie wie jeszcze, co tamci będą gadali”.

Pozostał chłopcu „nałóg patrzenia na rzeczy od innej strony”, co zjednało mu „opinię cynika”. Przy nauce historii ta samodzielność i przekora szczególnie zawadzały. „Ciągle miałem wrażenie, że to nie ma nic wspólnego z prawdą”. Wróci do tych myśli, relacjonując Króla Ubu Jarry’ego. Sztukę, którą on przetłumaczył, napisał właśnie uczeń gimnazjalny – doprowadzając do groteskowej konsekwencji naukę historii w szkole. Bo czym ta nauka była? „Skorowidz królów, wojen, mordów, grabieży, okrucieństw, krzywoprzysięstwa, wiarołomstwa… Sam Henryk VIII, krwawy mąż ośmiu żon [sześciu! – pomyłka z pośpiechu], czy to nie jest król Ubu, a przecież jego zmysłowy kaprys zdecydował na wieki o religii jego poddanych”. Dzieci kują o tym ze zdumieniem, że to starsi tak robią! „Palenie na stosie, zdradzieckie traktaty, gwałcenie sumień, fałszowanie monety, wycinanie w pień – oto czegośmy się uczyli jako historii, pod czcigodnym godłem, że historia est magistra vitae. Jak to połączyć – tego nam nikt nie mówił”. Pointą tych rozterek myślącego ucznia mogłoby być zdanie: „Horyzont szkolny pławi się we krwi”.

III

Okno na życie

Chłopiec był teatromanem. Po raz pierwszy zapoznał się z parterem stojącym starej budy teatralnej przy placu Szczepańskim, żeby obejrzeć importowaną z Wiednia sztukę Nestroya Gałganduch, czyli Trójka hultajska. „Tłok był niesłychany – wspominał – sztuka należała do najulubieńszych, ale grywano ją tylko w niedziele po południu, jako najniższy rodzaj, «szmirę» ostatniego rzędu”. Rodzice za nic w świecie nie zgodziliby się na tak niski repertuar – chłopiec wymknął się cichaczem z domu. Czy z braćmi, tego nie wiemy, na ten temat milczy. Ale wydaje się, że ich teatromania była mniej zajadła.

„«Parter stojący» starego teatru! – wybucha sentymentalnym wspomnieniem. – Kto to przebył, ten ma prawo nazywać się miłośnikiem sztuki. Przychodziło się na godzinę lub więcej przed zaczęciem i czytało książkę przy zakopconej lampce, byle dostać uprzywilejowane miejsce przy rampie, grożące tylko złamaniem żeber; kto się tam nie docisnął, ten cierpiał kilkugodzinny czyściec, zawieszony w falującym tłumie, mdlejąc nieraz w tej pionowej pozycji”. Ale za to jaką uciechą było wywoływanie aktorów po zakończeniu spektaklu! „Doprowadzić do tego, aby Sobiesław, Rygier etc. musieli po dziesięć i więcej razy ukazać się przed kurtyną, to było ambicją i satysfakcją parteru osładzającą jego cierpienia”.

Nic nie przeszkadzało miłośnikom sztuki. Nawet kiedy, w dramacie z wyższych sfer towarzyskich, „wicehrabina, padając zemdlona na posadzkę, ukazała publiczności świeżutko podzelowane trzewiki, na których wypisana była kredą cena (1.50) za «zole»”.

Chodzenie do teatru włączone było do rodzicielskiego systemu wychowawczego, było nagrodą za dobre sprawowanie, karą był zakaz. Tyle razy oglądał Kościuszkę pod Racławicami Władysława L. Anczyca, że po latach jeszcze pamiętał kwestie i intonacje. Zastanawia się, jaką rolę odegrał ten Kościuszko w ich wychowaniu, czy był „krzepiący czy usypiający”. „Faktem jest – odpowiada sobie – że pomagał trochę żyć”. Kiedy ze sceny rozlegały się słowa: „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi polskiemu” – ściskało w gardle i tylko to się wtedy liczyło.

Bardziej chodziło się na aktorów niż na sztuki. Stary Rapacki, Frenkiel, Solski, Ładnowski, Wojnowska, Hoffmanka, Żelazowski. Przyjeżdżała czasem czarodziejska Modrzejewska, oglądał jej Adriannę Lecouvreur Scribe’a, pamiętał ją jako Anielę w Ślubach z dwoma długimi do kolan blond warkoczami. Jakiś znakomity aktor (Kotarbiński?) przekonał go do postaci markiza Pozy w Don Carlosie, który, zakuwany w szkole, wydawał się przedtem ciężkim nudziarzem. Z tych samych powodów nie zgłębił nigdy Zbójców Schillera: bo męczono nimi w szkole na lekcjach niemieckiego, zdanie po zdaniu – najlepszy sposób, żeby zniechęcić do dzieła. Przyjechała z Warszawy Maria Wisnowska z Leną Jasieńczyka. Cały Kraków cisnął się do teatru, aby oglądać młodą, ale już legendarną aktorkę warszawską w sławnej wtedy sztuce. Tadziowi pójść nie pozwolono – coś przeskrobał i został za karę w domu. Potem Wisnowską zabił Barteniew – i już nigdy jej nie zobaczy. A sztuka? Dziesiątki lat później wystawił ją w Warszawie peryferyjny teatr im. Fredry, recenzent się wprosił, pojechał na Pragę, by spotkać się z tym, co umknęło w dzieciństwie. Okazało się, że umknęło na zawsze: w sztuce nie było żadnego czaru.

Teatr jako nagroda. Chłopiec dostał niezłe świadectwo i rodzice, może nieopatrznie, wysłali go na Sen nocy letniej. „Wróciłem z płonącą głową […] całą noc tułałem się bezsennie po łóżku…” Choć nie wszystkie zaklęcia Hermii rozumiał, to zasiały w nim jednak niepokój. „A Tytania, zwłaszcza Tytania!” Pozostał w nim sentyment dla tej sztuki. A w ogóle wiadomo, że chłopiec był „szekspirologiem”. W domu było pełne wydanie sztuk Szekspira pod redakcją Kraszewskiego. W każdej biografii przytacza się jego opowieść, jak z braćmi współzawodniczyli w odgadywaniu pod ilustracją tekstu przykrytego dłonią i jak z młodszym od siebie chłopakiem, zapalonym komediantem, czytali Szekspira na wyrywki: ten chłopak to późniejszy wielki mistrz sceny, Kazimierz Junosza-Stępowski.

Nic chyba nie przeskrobał, skoro z „parteru stojącego” mógł oglądać adaptację Właściciela kuźnic Ohneta, powieści, której popularność we Francji przyrównywano do późniejszej popularności Trędowatej u nas. Po latach odszukał w książce dialog („ach, jakże wytworny!”), który tak wraził mu się w pamięć „wraz ze wszystkimi elegancjami starej krakowskiej budy…” Posłuchajmy i my, przeżyjmy to wraz z nimi, zgromadzonymi na „stojącym parterze”, zawędrujmy w ich czas utracony, a stanie się czasem naszym. „Klara: Książę, wyprowadź swoją żonę, jeśli nie chcesz, abym ją wypędziła z domu wobec wszystkich! Atenais (do męża): Książę, czy pozwolisz, aby mnie lżono bezkarnie w ten sposób? Książę (zimno do Filipa Derblay): Czy pan aprobuje to, co pani Derblay powiedziała księżnej? Czy pan jest skłonny przeprosić księżnę lub gotów ponieść konsekwencje? Chwila milczenia. A nam wszystkim, tłoczącym się na ówczesnym stojącym parterze, dech zaparło. Wpiliśmy oczy w Filipa Derblay. Ten wolno odpowiedział – słyszę każde jego słowo: Książę, cokolwiek by zrobiła pani Derblay, jakiekolwiek miałaby racje w tej mierze, uznaję za dobre wszystko, co uczyni. Książę skłonił się „z niezrównaną wytwornością” – pisze Ohnet – dał znak swemu przyjacielowi i rzekł: Zrozumiałem. I my też. Sekundanci, pistolety, czarne długie tużurki, nieskazitelne cylindry – pojedynek. A sercem dumnej Klary (Derblay) kolejno wstrząsa niepokój – podziw – wyrzut – lęk – żałość – miłość! Kapelusz – parasolka – powóz – prędko, prędko – strzał – krzyk: Ranny! Nie – Filipie – ty dla mnie! – usta – ramiona – upojenie… Kocham cię! – Kocham cię! – kurtyna, na gwałt kurtyna.

I nasze ryki: – Żelazowski, Żelazowski!

Boże, jak to napisane! Czyż to nie jest najwspanialsza polska proza, lepsza od najbardziej kunsztownej beletrystyki?

Był już młodzieńcem, kiedy kochał się, „zupełnie bezkrytycznie” (jak wyznaje) w młodziutkiej aktorce, Tekli Trapszównie, „na spółkę z sąsiadem, młodym uczniem konserwatorium”. Sąsiad był szczęśliwszy w miłości, tak mogło się wydawać, bo zdobył fotografię adorowanej, „przedmiot mojej zazdrości i pożądania”. Jednak to szczęście było pozorne, coś tragicznego musiało się dziać w życiu młodego pianisty, bo pewnego dnia otruł się. „Na wiadomość o tym, zakradłem się do jego pokoju i bez najmniejszego wahania przed nadejściem władz ściągnąłem dużą fotografię Trapszówny. Stała na stoliczku przy łóżku”.

Takie to były opętania… Kiedy dawny dyrektor teatru, Stanisław Koźmian, kochający swoją morganatyczną żonę, słynną, ale już starzejącą się Antoninę Hoffmann, zapragnął dać jej szansę, przetłumaczył Lizystratę Arystofanesa, z francuskiego, w bulwarowej przeróbce Maurice’a Donnaya. Kraków trząsł się od plotek – co to będą za zachwałości! „Tecia Trapszówna […] zalewała się rzewnymi łzami, że każą jej występować nago: «nago» wówczas to znaczyło w cielistych trykotach po szyję i w płaszczu, który miała rozchylić na jeden moment”. A jednak, wspomina zakochany widz, coś w tym przedstawieniu było nieprzyzwoitego. Gesty podkreślały jurność. „Wszystko razem trąciło pornografią”. A potem Tecia Trapszówna, tylko dwa lata starsza od swojego nieznanego wielbiciela, wyszła za mąż za pana Krywulta i przeniosła się do Warszawy. Ze wspomnień pisarza dowiedziała się o jego młodzieńczym uwielbieniu. Zmarła w roku 1944, przeżyła go o 3 lata.

Chłopiec był teatromanem, mówimy. A czymże innym mógł być? Jego dzieciństwo sięgało głęboko w wiek dziewiętnasty, głębiej niż wskazuje arytmetyka dat. Czytał przy świecy albo przy lampie naftowej. Potem wprowadzono oświetlenie gazowe, którego syk zapamiętał i nam przekazał w opisie wieczoru recytacji Słowackiego. Joseph Conrad, kilkanaście lat odeń starszy, dowodził jeszcze statkiem żaglowym, by w końcu niechętnie przenieść się na parowiec. Życie Tadeusza przetoczyło się podczas największego w historii ludzkości przyśpieszenia cywilizacyjnego. Od dzieciństwa z postaciami fredrowskimi, z epigonami romantyzmu, z marzycielami pracy organicznej – po dojrzałość oko w oko z brutalnym, bandyckim faszyzmem. Był okres, że odczuwał to jako przywilej, iż łączy w swojej osobie dwie epoki, siedzi niejako okrakiem, jak mówił, na granicy czasów: patrzy w przeszłość, przeżywa teraźniejszość i ma odrobinę przyszłości.

Nie znano lodówki, pralki, odkurzacza. Nie było centralnego ogrzewania – zimą „człowiek” przynosił drwa i węgiel, służąca rozpalała w piecach. W dużym mieszczańskim domu kilkoro służby stawało się koniecznością. A jeśli trzymało się powóz i konie, to i stajenny, i stangret. Nie było ośmiogodzinnego dnia pracy. Organizowanie związków zawodowych długo było karane jako przejaw „buntu”. Światem rządziło prawo białego człowieka – wydawało się to naturalne do tego stopnia, że jeszcze w niepodległej Polsce, w latach trzydziestych, funkcjonowała Liga Morska i Kolonialna, zupełnie jakby takie rozdzielanie świata miało trwać wiecznie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Czapkins Becoming Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi