Ogień sprawiedliwości

Ogień sprawiedliwości

Autorzy: Piotr Langenfeld

Wydawnictwo: Ender

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.48 zł

Nierozstrzygnięte wojny należy dokończyć i... wygrać.

Zimna wojna wybuchnie z siłą gradowej burzy!

Piotr Langenfeld rozpoczyna nową opowieść w zmienionej przez siebie historii opisanej w cyklu Czerwona ofensywa (Czerwona ofensywa, Kontrrewolucja, Plan Andersa, Ci szaleni Polacy).

Minęło prawie dwadzieścia lat, odkąd dowodzone przez Andersa Wojsko Polskie i zbuntowane przeciw Sowietom odddziały ludowe z wielkim wysiłkiem wywalczyły wolność dla swojego państwa. Polska objęta planem Marshalla rozkwita kulturowo i gospodarczo.

Skryty za żelazną kurtyną Związek Sowiecki tłumi bunty i zbroi się kosztem obywateli, odzyskując stopniowo silną pozycję. Na dalekim Uralu powstaje ogromna pancerna armia. Przywódcy Kremla dobrze wykorzystali dwie dekady, szykując się do nowej wojny...

PIOTR LANGENFELD

OGIEŃ SPRA­WIE­DLI­WO­ŚCI

* * *

© 2017 Piotr Langenfeld

© 2017 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja: Agnieszka Pawlikowska

Korekta: Zespół redakcyjny

Projekt graficzny, skład, eBook:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

Okładka: Paweł Gierula

Ilustracja na okładce: Jan Jasiński

ISBN 978-83-645-2396-0

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

Ogień sprawiedliwości

Woj­na się skoń­czy­ła. Dzia­ła umil­kły, a mimo to cmen­ta­rze się roz­ra­sta­ły. Na­de­szły bie­da i nie­pew­ność, któ­re jed­nak wiel­kim wy­sił­kiem uda­ło się prze­zwy­cię­żyć.

Wie­lu mia­ło pro­ble­my z na­zwa­niem woj­ny. Czy in­wa­zja So­wie­tów była cią­gle dru­gą świa­to­wą? Czy ra­czej ja­kimś no­wym, zu­peł­nie in­nym kon­flik­tem, zwa­nym czę­sto woj­ną wschod­nią?

Mapa Sta­re­go Kon­ty­nen­tu wró­ci­ła nie­omal do kształ­tów z lat 1918 i 1920. Nie­omal, bo za­ist­nia­ło kil­ka za­sad­ni­czych róż­nic. Obok po­bi­tych, wy­krwa­wio­nych Nie­miec od­ro­dzi­ła się Rzecz­po­spo­li­ta w no­wych gra­ni­cach. Zwy­cię­ska jed­nak tyl­ko po­ło­wicz­nie. Choć wol­na, roz­bu­do­wa­na te­ry­to­rial­nie, jak wie­ki wcze­śniej znów mu­sia­ła sta­wiać czo­ła za­gro­że­niom ze wscho­du. Osa­mot­nio­ne w roku 1946 Woj­sko Pol­skie, je­dy­nie z nie­wiel­ką po­mo­cą sił ge­ne­ra­ła Pat­to­na, wy­rwa­ło z czer­wo­nych szpo­nów to, co moż­na było od­zy­skać.

Przy­naj­mniej świat, Eu­ro­pa w szcze­gól­no­ści, na­uczył się cze­goś, i daw­na uf­ność wo­bec „ro­syj­skiej du­szy” ule­cia­ła w nie­byt.

Wy­pad­ki po­wo­jen­nych lat dały ko­lej­ne do­wo­dy na to, że trze­ba być go­to­wym. Że kie­dyś, za czas ja­kiś, to wszyst­ko może się po­wtó­rzyć.

Utwo­rzo­no so­jusz obron­ny zwa­ny Pół­noc­no­atlan­tyc­kim, a na jego wschod­niej, naj­nie­bez­piecz­niej­szej flan­ce trwa­ła Rzecz­po­spo­li­ta. Ona i jej roz­bu­do­wa­ne jak chy­ba ni­g­dy, bez prze­rwy wy­pa­tru­ją­ce nad­cho­dzą­ce­go za­gro­że­nia i go­to­we na jego za­że­gna­nie Woj­sko Pol­skie.

Prolog

Na wschód od Lwo­wa | 20 lu­te­go 1946

Wszyst­ko w tym miej­scu ema­no­wa­ło czy­stym sur­re­ali­zmem. Jak­by nie­du­ży skra­wek zie­mi od­dzie­lo­no nie­wi­dzial­ną, ale nie­prze­kra­czal­ną gra­ni­cą od nie­od­le­głe­go cha­osu. Tam gdzieś zo­sta­ła woj­na, front, ora­ny go­rą­cym me­ta­lem step. Dzie­siąt­ki za­sty­głych w upior­nych po­zach, za­mar­z­nię­tych ciał i po­kry­tych bie­lą wra­ków.

Bły­ski, co rusz wy­kwi­ta­ją­ce na sza­rze­ją­cym nie­bie, nie nie­po­ko­iły i wy­da­wa­ły się zu­peł­nie nie­re­al­ne.

Zresz­tą całe obej­ście, cała wieś była jak za­po­mnia­na od lat. Chy­ba nie spadł tu ża­den po­cisk. Nie­praw­do­po­dob­ne, ale chy­ba na­wet i za Niem­ca było tu spo­koj­nie. Nic nie spło­nę­ło, nie zo­sta­ło roz­trza­ska­ne.

Ukry­ci po bu­dyn­kach lu­dzie snu­li do­my­sły, czy to cud, nie­do­pa­trze­nie, a może ja­kaś ci­cha umo­wa mię­dzy wo­ju­ją­cy­mi stro­na­mi a miej­sco­wy­mi.

Ofi­cer z szy­ją opa­tu­lo­ną sza­li­kiem, w czap­ce z dłu­gi­mi na­usz­ni­ka­mi, któ­ra kro­jem bar­dzo przy­po­mi­na­ła ro­syj­ską pa­pa­chę, odzia­ny w gru­by brą­zo­wy płaszcz, wy­cią­gnął gło­wę, przy­glą­da­jąc się nie­bu przez za­mar­z­nię­tą szyb­kę izby.

– Znów, cho­le­ra, za­czy­na sy­pać – wes­tchnął nie­za­do­wo­lo­ny. Marzł w nie­ogrza­nej cha­tyn­ce. Się­gnął do kie­sze­ni i wy­do­był pa­pie­ro­sa. – Do rana za­wa­li wszyst­ko…

Znów wes­tchnął, śle­dząc kil­ka wiel­kich płat­ków le­ni­wie opa­da­ją­cych ku zie­mi.

– Chcesz? – Od­wró­cił się z pacz­ką wy­cią­gnię­tą do swo­je­go go­ścia.

Męż­czy­zna miał do­brze po­nad trzy­dzie­ści lat. Wy­chudł, jak wie­lu jego ko­le­gów, stra­cił daw­ną atle­tycz­ną syl­wet­kę, a je­dy­ną pa­miąt­ką lep­szych cza­sów w jego fi­zycz­no­ści były sze­ro­kie ra­mio­na. Sie­dział za wiej­skim sto­łem, w ob­szer­nym, gru­bym ko­żu­chu, któ­re­go go­spo­darz po ci­chu mu za­zdro­ścił.

– A, daj – rzu­cił. Za­pa­li­li obaj.

– No i jak? Pod­ją­łeś de­cy­zję? – Go­spo­darz prze­szedł do kon­kre­tów. Te­raz był mo­ment, żeby wszyst­ko so­bie wy­ja­śnić.

– Nie. Dzię­ku­ję. – Gość zro­zu­miał, że nie ma co prze­cią­gać.

Za­stygł w bez­ru­chu, z pa­pie­ro­sem mię­dzy pal­ca­mi, wpa­trzo­ny uważ­nie, spo­koj­nie w fa­ce­ta w płasz­czu. Zie­lo­ne oczy świ­dro­wa­ły, zda­wa­ły się ba­dać, szu­kać ja­kie­goś szcze­gó­łu.

Go­spo­darz spiął się cały. Wie­dział, że nie roz­ma­wia z byle chłyst­kiem. Za­cho­wa­nie spo­ko­ju, brak choć­by jed­ne­go tiku, mru­gnię­cia po­wie­ki, któ­re zdra­dzi­ło­by wzbie­ra­ją­cą w nim iry­ta­cję, wie­le go kosz­to­wa­ło.

Zmar­no­wał tyle dni… „Sta­rze­jesz się?” Myśl, któ­ra prze­mknę­ła przez umysł, zda­wa­ła się mu przy­ty­kiem od ko­goś ob­ce­go.

Prze­cież jesz­cze się nie sta­rzał. Na pew­no był prze­mę­czo­ny. Jesz­cze może tego nie przy­zna­wał przed sobą, ale taki był fakt. Mie­sią­ce walk, pra­cy i tyl­ko krót­ki urlop, w sa­mym wi­rze hi­sto­rii. Tyle co nic.

– Sko­ro tak uwa­żasz. – Go­spo­darz wzru­szył ra­mio­na­mi, uda­jąc obo­jęt­ność.

Wdu­sił pa­pie­ro­sa w brud­ny stół i po­sta­wił koł­nierz płasz­cza.

– Wiel­ka szko­da – wes­tchnął jesz­cze i po­pra­wił pas z ka­bu­rą.

– Tłu­ma­czy­łem… Nie mogę… tam… – Gość pró­bo­wał jesz­cze kil­ku fra­ze­sów, ale unie­sio­na dłoń wy­zwo­li­ła go od ko­niecz­no­ści dal­szych wy­ja­śnień. Go­spo­darz nie wy­si­lał się dłu­żej na uda­wa­nie mi­łe­go je­go­mo­ścia.

– Wszyst­ko ja­sne. – Uczu­cie klę­ski, cho­ler­nej klę­ski roz­sa­dza­ło umysł, ale wy­trzy­mał. – Za­bie­rze­my cię stąd tak, żeby się nikt nie zo­rien­to­wał. Bę­dzie mniej py­tań, jak wró­cisz. – Od­wró­cił gło­wę od okna i ob­rzu­cił go­ścia dłu­gim spoj­rze­niem, jak­by chciał wy­ryć so­bie ten wi­dok w pa­mię­ci.

Do­sko­na­le wie­dział, że ko­goś ta­kie­go jak ten czło­wiek w ko­żu­chu będą do­ci­ska­li kil­ka ty­go­dni. Tak czy ina­czej, na wszyst­kie spo­so­by. Był świa­dom, że jego oso­ba bę­dzie do­kład­nie opi­sa­na. Nie po­wio­dło mu się i po­wi­nien tego wy­chu­dzo­ne­go po­słać do stu dia­błów. Gdy­by wy­szło jak na­le­ży, trze­ba by się mar­twić o co in­ne­go. Po­dejrz­li­we spoj­rze­nia, ja­kieś py­ta­nia w trans­por­cie. Trze­ba by się przy­go­to­wać, prze­ga­dać. Te­raz miał to głę­bo­ko w po­wa­ża­niu. Zgu­bi­ła go py­cha, a może i to cho­ler­ne zmę­cze­nie? Nie prze­wi­dział po­raż­ki. Bar­dzo po­waż­ny błąd.

– Straż­nik – rzu­cił męż­czy­zna w płasz­czu.

Drew­nia­ne drzwi skrzyp­nę­ły i do środ­ka wszedł ist­ny klon go­spo­da­rza. Cza­pa, płaszcz. I tyl­ko w rę­kach trzy­mał pi­sto­let ma­szy­no­wy.

– Jak? Przy­go­to­wa­ne? – spy­tał go­spo­darz.

– Tak jest – od­po­wiedź była krót­ka.

– Za­bie­rze­cie go… – Męż­czy­zna w płasz­czu wska­zał go­ścia. Po­tem po­stą­pił krok i wy­cią­gnął dłoń. – Mimo wszyst­ko… miło było po­znać. Ko­le­gę po fa­chu – do­dał tak, by za­brzmia­ło szcze­rze. Uścis­nęli so­bie ręce.

Wnę­trze nie było ogrze­wa­ne, ale na ze­wnątrz pa­no­wa­ło mroź­ne pan­de­mo­nium. Od pro­gu owiał ich lo­do­wa­ty wiatr, prze­ni­ka­ją­cy na wskroś każ­dą chy­ba war­stwę ubra­nia. Po­licz­ki za­szczy­pa­ły od mro­zu. Po­mruk od­le­głych eks­plo­zji mie­szał się z wy­ciem wi­chru.

Ja­kaś wiel­ka oło­wia­na chmu­ra przy­wlo­kła się nad obej­ście, aku­rat kie­dy wy­cho­dzi­li na po­dwór­ko. Jak na ta­jem­ny znak, z nie­ba syp­nę­ło gę­stą gar­ścią jesz­cze więk­szych lo­do­wych pła­tów.

Z ogrom­nej sto­do­ły wy­to­czy­ło się auto i za­par­ko­wa­ło przed wej­ściem. Zmar­z­nię­ty kie­row­ca ły­pał to na swo­je­go pa­sa­że­ra i jego ob­sta­wę, to na bły­ska­ją­ce w ob­ło­kach od­bi­cia eks­plo­zji. Roz­legł się gło­śniej­szy po­mruk.

Wszy­scy spoj­rze­li tam, skąd do­le­ciał od­głos.

– Za kil­ka go­dzin nas tu nie bę­dzie – bąk­nął go­spo­darz.

Po­pa­trzył na go­ścia. Może tyl­ko mu się zda­wa­ło, może tyl­ko chciał to wi­dzieć, bo nie go­dził się z po­raż­ką, ale uznał, że do­strzegł wa­ha­nie.

– Więc jak? – spró­bo­wał ostat­ni raz.

Gość za­stygł, wpa­trzo­ny w łuny na nie­bie. Chy­ba tra­wił py­ta­nie, bił się w my­ślach sam ze sobą.

– Nie, nie mogę – wy­szep­tał le­d­wo sły­szal­nie po dłu­giej chwi­li i spu­ścił wzrok na świe­ży śnieg pod no­ga­mi.

Po chwi­li znów spoj­rzał na go­spo­da­rza.

– Ro­bią po­kaz na ko­niec… – pręd­ko zmie­nił te­mat, wi­dząc zmie­sza­nie i wy­raz osta­tecz­nej klę­ski ry­su­ją­cy się na twa­rzy dru­gie­go męż­czy­zny.

– Tak… – ten tyl­ko wes­tchnął. Owład­nę­ło nim to­tal­ne zmę­cze­nie, nie­omal fi­zycz­nie bo­le­sne.

– Szko­da… – Gość zro­bił krok do te­re­no­wej pół­cię­ża­rów­ki. – Szko­da lu­dzi… Na sam ko­niec.

Wła­do­wał się na pakę ra­zem z war­tow­ni­kiem.

Zgrzyt­nął bieg i sa­mo­chód ru­szył do bra­my, wy­plu­wa­jąc chmu­rę spa­lin.

Go­spo­darz pa­trzył, póki auto nie znik­nę­ło, i po­zwa­lał sma­gać się wi­chro­wi. Śnieg opró­szył płaszcz, wzo­rzy­ście ukła­dał się na czap­ce. Ale męż­czy­zna prze­stał od­czu­wać mróz, kłu­cie na skó­rze. Ana­li­zo­wał ostat­nie dni, go­dzi­ny, cały ten wy­si­łek, grę, jaką pod­jął. Za­ufa­nie, ja­kim go ob­da­rzo­no.

Nie cie­szył się na opi­nie o ra­por­cie, jaki bę­dzie mu­siał przed­sta­wić, ani na na­stęp­stwa. Py­ta­nia, wąt­pli­wo­ści, nie­pew­ność co do re­ak­cji tych, co byli nad nim. Do­pa­dło go to na­raz jed­nym wiel­kim stru­mie­niem. Gdzieś bli­żej po sza­rym nie­bie roz­lał się czer­wo­ny cień ognia. Męż­czy­zna otrzeź­wiał.

To nie był czas na od­po­czy­wa­nie.

Czło­wiek w płasz­czu wy­pro­sto­wał się, prze­tarł twarz, na­brał głę­bo­ko po­wie­trza.

Jesz­cze wró­ci­ło do nie­go ostat­nie sło­wo czło­wie­ka, któ­re­go go­ścił.

Ko­niec, wy­mó­wił bez­gło­śnie.

– Ko­niec? – po­wtó­rzył. „Może i tak. A może to znów… po­czą­tek” – za­trwo­żył się i jesz­cze bar­dziej opadł z sił. Po­włó­cząc no­ga­mi, ru­szył ku sto­do­le, gdzie cze­ka­ła resz­ta.

Po­win­ni wie­dzieć, czy są nowe wia­do­mo­ści. Do­bre, a może, są­dząc po fe­erii barw po­ły­sku­ją­cych po chmu­rach, złe?

Nie bar­dzo go to ob­cho­dzi­ło i nie miał za­mia­ru się z tym kryć. Chciał stąd je­chać. Zo­sta­wić to wszyst­ko za sobą. Za­po­mnieć o tym, co dla nie­go i wie­lu in­nych było po­raż­ką.

Może kie­dyś ktoś inny bę­dzie mógł na­pra­wić wszyst­ko, cze­go cho­ler­ny los nie po­zwo­lił do­koń­czyć. ■

Rozdział 1

Pla­ców­ka „Gwóźdź”, stre­fa zde­mi­li­ta­ry­zo­wa­na, Ko­rea | 6 maja 1963

Je­dy­ne, co przy­cho­dzi­ło na myśl, to mrów­ki. Sta­do mró­wek, osza­la­łych, bez­myśl­nych stwo­rzeń, peł­zną­cych na nie­omal pew­ną śmierć. Ale to nie były zwie­rzę­ta, a żywi lu­dzie.

Gna­li ku szczy­to­wi, czoł­ga­li się, dro­bi­li na ko­la­nach, ra­niąc się o ostre ska­ły, mo­zol­nie wspi­na­jąc po głę­bo­kich kra­te­rach. Wi­dok – z ga­tun­ku tych, któ­re wy­wra­ca­ją wnętrz­no­ści – nie da­wał im do my­śle­nia. Zda­wa­li się ro­bo­ta­mi, za­pro­gra­mo­wa­ny­mi ma­szy­na­mi nie­czu­ją­cy­mi stra­chu.

Ci na gó­rze kie­dyś pew­nie go­to­wi byli okre­ślić ich mia­nem od­waż­nych, ale te­raz nie mo­gli na­zwać tej ludz­kiej fali, któ­ra nie za­mie­rza­ła się za­trzy­mać, ina­czej jak sza­lo­ną. Tam­ci szli po zwy­cię­stwo, go­to­wi za­bi­jać, gdy do­trą na miej­sce. Wie­rzy­li, że suk­ces jest w za­się­gu ręki.

Po­przed­nie krwa­wo od­par­te fale, z któ­rych zo­sta­ły ster­ty tru­pów, nie uczy­ły ni­cze­go. Pew­nie ta woj­sko­wa tłusz­cza są­dzi­ła, że wróg pęk­nie, od­pu­ści prze­ra­żo­ny tak po­twor­nym po­świę­ce­niem, i od­stą­pi. Albo choć skoń­czy mu się amu­ni­cja.

Ta jed­nak le­cia­ła po zbo­czach, kre­śląc ko­lo­ro­we wstę­gi, wy­ry­wa­jąc dziu­ry w ludz­kiej ma­sie, krze­sząc ogni­ki roz­ża­rzo­nych odłam­ków.

Na tym ska­li­stym pust­ko­wiu, gdzie na­wet chwa­sty nie chcia­ły ro­snąć, sku­piał się ogień hau­bic, moź­dzie­rzy i ukry­tych pod ska­ła­mi be­to­no­wych bun­krów.

Za­ło­gi pru­ły krót­ki­mi se­ria­mi, mo­dląc się, by nie prze­grzać bro­ni. Choć wróg był jesz­cze da­le­ko w dole, mo­cu­jąc się za li­nią za­sie­ków, min, pod gra­dem szrap­ne­li, wy­obra­ża­li so­bie, że ru­szy, gdy tyl­ko wy­czu­je naj­mniej­szą sła­bość.

Mia­ro­wy ostrzał prze­rze­dzał sze­re­gi, tnąc w bru­tal­nym star­ciu każ­de­go sza­leń­ca, któ­ry pod­niósł się z zie­mi. Pa­da­li dzie­siąt­ka­mi, po­ga­nia­ni przez do­wód­ców szu­ka­ją­cych szczę­ścia i wy­rwy w za­po­rze.

Nad gó­ra­mi po­szedł po­mruk, gło­śniej­szy niż wszyst­ko inne. Prze­bił się przez mu­zy­kę bi­twy jak ostrze­że­nie z nie­bios. Po­wie­trze się za­go­to­wa­ło i w li­nię ata­ku­ją­cej pie­cho­ty wpadł ist­ny grad po­ci­sków. Dzie­siąt­ki luf blu­znę­ły oło­wiem w jed­nej chwi­li w jed­nym miej­scu.

Gę­sty jak noc ob­łok za­krył zbo­cze, le­ni­we pnąc się ku gó­rze. Ko­lej­na sal­wa. Wstrząs, smród i krwa­we szcząt­ki fru­wa­ją­ce we wszyst­kich kie­run­kach.

Kil­ka grzmo­tów. W nie­ziem­skim huku do­peł­nia­ła się ma­sa­kra. Ktoś się uli­to­wał. Ci w dole za­czę­li od­cho­dzić po­je­dyn­czo albo grup­ka­mi, cza­sem tyl­ko cią­gnąc ran­nych. Ci, któ­rzy nie mo­gli cho­dzić, zo­sta­wa­li, ci­cho ję­cząc i ga­snąc.

Zgiełk cichł, za­no­si­ło się na an­trakt. Ale krót­ki, jak zwy­kle w ostat­nich go­dzi­nach. Za­raz tam­ci za­czę­li łu­pać z cięż­kich ka­li­brów, i to z nie­zwy­kłą za­ja­dło­ścią, jak­by chcie­li po­mścić trzy ata­ki swo­jej pie­cho­ty.

Głu­chy, bez­li­to­sny po­mruk roz­cho­dził się po­mię­dzy gó­ra­mi, roz­pły­wał w do­li­nach i draż­nił po­strzę­pio­ne ner­wy.

Echo eks­plo­zji po­mie­sza­ło się na­raz z dzwon­kiem te­le­fo­nu, któ­ry za­czął upo­rczy­wie do­ma­gać się uwa­gi.

Po­rucz­nik Bar­tło­miej Kar­pac­ki, dwu­dzie­sto­trzy­let­ni, wy­so­ki, ży­la­sty bru­net o po­cią­głej twa­rzy, dy­go­tał, nie wie­rząc chy­ba wła­snym uszom. Ogłu­szo­ny wy­bu­cha­mi, cze­kał tego jed­ne­go, naj­gło­śniej­sze­go, ostrze­ga­ją­ce­go świ­stu, któ­ry miał ozna­czać prze­zna­czo­ny dla nie­go po­cisk.

Po­padł w otę­pie­nie, pra­wie pa­ra­liż, i nie po­tra­fił tego prze­móc. On, któ­ry uwa­żał sie­bie za go­to­we­go na wszyst­ko. Są­dził, że jest od­waż­ny, opa­no­wa­ny. Pró­bo­wał nie my­śleć o tym, co dzia­ło się wo­ko­ło. Uciec we wspo­mnie­nia kil­ku wol­nych dni, uśmie­chów pie­lę­gnia­rek, ba­rów w Seu­lu i Phe­nia­nie.

Na tym też się znał. Lu­dzie go lu­bi­li. Ko­bie­ty szcze­gól­nie… Ba­wi­ła go ta ła­twość po­zy­ski­wa­nia uwa­gi. Dar po ta­tu­siu.

Ale szpa­no­wa­nie przy dzier­lat­kach, po raz pierw­szy w ży­ciu mar­nu­ją­cych czas da­le­ko od domu, było czym in­nym niż to. A i wy­ta­pia­nie po­tów z wła­snych lu­dzi na tre­nin­gach zda­wa­ło się we­so­łą za­ba­wą.

Góra, do­li­ny wo­ko­ło, ich mały świat pierw­szy raz od roku za­go­to­wał się na po­waż­nie.

Bar­tek wci­snął głę­biej na gło­wę sta­lo­wą „sa­la­man­drę”, okry­tą ma­sku­ją­cym po­krow­cem, i do­pie­ro od­wró­cił się do te­le­fo­nu.

– Ma­tyl­da. Dru­gi plu­ton. – Sta­rał się mó­wić spo­koj­nie, rze­czo­wo, ale już strach opla­tał mu krtań. Udał, że kasz­le. – Tak jest – rzu­cił ru­ty­no­wo. – Wiem, tak, sły­szę – to nie brzmia­ło już służ­bo­wo. – Ro­zu­miem. Tak jest. – Odło­żył słu­chaw­kę.

Prze­łknął śli­nę i po­pa­trzył na chło­pa­ka ślę­czą­ce­go przy ra­diu w rogu ich bun­kra.

– Mamy cze­kać.

Mło­dy pa­trzył na sze­fa wiel­ki­mi ocza­mi, go­tów ła­pać każ­de sło­wo i po­le­ce­nie, jak­by mo­gło to do­dać otu­chy.

– Ład­nie wy­szło. Bądź go­tów do po­wtór­ki. Po­trze­ba wszyst­kich. Wszyst­kie, ja­kie są w oko­li­cy – na­ka­zał Kar­pac­ki i ostroż­nie, po­chy­lo­ny, pod­szedł do nie­wiel­kie­go otwo­ru ob­ser­wa­cyj­ne­go osło­nię­te­go wor­ka­mi z pia­skiem.

Bun­kier był usa­do­wio­ny po­środ­ku po­zy­cji, któ­ra daw­no temu zo­sta­ła na­zwa­na „Gwoź­dziem”. Otóż „Gwóźdź” ten wbi­jał się głę­bo­ko w po­zy­cje Chiń­czy­ków i nie pusz­czał, co bar­dzo de­ner­wo­wa­ło tam­tą stro­nę. Pod sam ko­niec woj­ny z czer­wo­ny­mi Chi­na­mi uchwy­ce­nie tego wzgó­rza, tak da­le­ko za rze­ką Jalu, dało asumpt do prze­ko­na­nia tam­tych, że czas koń­czyć.

Mimo iż mi­nę­ło kil­ka ład­nych lat, lu­dzie Mao pró­bo­wa­li od­py­chać ka­pi­ta­li­stów od swo­ich gra­nic. Albo przy­naj­mniej uda­wa­li. Ten kon­flikt był jak pa­li­wo, któ­re pro­pa­gan­do­wo roz­pa­la­no co ja­kiś czas dla za­ma­sko­wa­nia dzie­siąt­ków we­wnętrz­nych pro­ble­mów.

Siły, któ­re dzia­ła­ły na skraw­ku chiń­skiej zie­mi pod au­spi­cja­mi ONZ-etu, nie mia­ły ocho­ty ani moż­li­wo­ści ustą­pić pola. Go­to­we były trzy­mać się, wgry­zać w zie­mię, po­mne fak­tu, ile kosz­to­wa­ła nie­spo­dzie­wa­na woj­na, któ­ra spa­dła na Azję za­le­d­wie kil­ka lat po tym, jak ukon­sty­tu­owa­ły się czer­wo­ne Chi­ny. Rzecz dziw­na i prze­ra­ża­ją­ca, bo mało kto wie­rzył, że po tak cięż­kim kon­flik­cie, za­koń­czo­nym w roku czter­dzie­stym szó­stym, So­wie­ci będą mie­li chęć i moż­li­wość wy­ho­do­wać w da­le­kiej Azji kraj, swe­go sa­te­li­tę, któ­ry ogar­nie bied­ną, sko­rum­po­wa­ną tkan­kę Chin i wy­rwie spo­ry skra­wek te­ry­to­rium u gra­ni­cy Mon­go­lii i ZSRS, zaj­mu­jąc lukę po roz­bro­jo­nej ja­poń­skiej ar­mii, któ­rej tu nikt nie po­bił.

„Gwóźdź” ata­ko­wa­no do sa­me­go koń­ca „ofi­cjal­nej woj­ny”, albo ra­czej in­ter­lu­dium. Po­tem były pod­jaz­dy pa­tro­li, kil­ka­dzie­siąt mniej­szych i więk­szych ostrza­łów, ata­ków i po­zo­ra­cji.

Do­pie­ro te­raz na­grza­ne słoń­cem po­wie­trze pach­nia­ło czymś po­waż­niej­szym.

Sta­no­wi­ska były sie­cią bun­krów, z ze­wnątrz przy­po­mi­na­ją­cych po­lo­we umoc­nie­nia, albo ra­czej ob­sy­pa­ne zie­mią i ka­mie­nia­mi nory. Jed­nak tak na­praw­dę la­ta­mi umac­nia­no je be­to­nem, tu­ne­la­mi albo choć kry­ty­mi tran­sze­ja­mi. Małe Ver­dun, jak mó­wi­li o nim ci, któ­rzy tu słu­ży­li. Sta­no­wi­ska bro­ni ma­szy­no­wej, moź­dzie­rze, ba­te­ria hau­bic, i to po­łą­czo­ne sze­ro­ką, wy­ku­tą w ska­le dro­gą o stro­mych zbo­czach, chro­nio­nych po­ste­run­ka­mi. A to wszyst­ko opa­sa­ne wiel­ką wstę­gą pola mi­no­we­go, za­sie­ków i po­ty­ka­czy.

– Wszy­scy na po­zy­cjach. Aż dziw, ale mamy tyl­ko dwóch za­bi­tych… może dzie­się­ciu ran­nych – w schro­nie roz­legł się głos cho­rą­że­go Ja­gieł­ły. Spo­koj­ny, opa­no­wa­ny i moc­ny. Jak za­wsze. Jak­by nic nie było. Czło­wiek ule­pio­ny ze sta­re­go, lep­sze­go ma­te­ria­łu.

Kar­pac­ki ob­rzu­cił go zdzi­wio­nym spoj­rze­niem wy­stra­szo­nych oczu, ale pręd­ko się po­ha­mo­wał. Mu­siał coś udo­wod­nić, pierw­szy raz tak na­praw­dę, i nie miał za­mia­ru skre­wić. Było mu cięż­ko, ale tłu­ma­czył so­bie go­rącz­ko­wo, że to na ta­kie sy­tu­acje go szko­li­li. Mu­siał się wy­ka­zać. Dla ojca, dla Ja­gieł­ły, dla ka­rie­ry.

– Bar­dzo do­brze, cho­rą­ży. – Kar­pac­ki ski­nął gło­wą. Ja­kimś cu­dem mó­wił pew­nym gło­sem, a na jego twa­rzy go­ścił spo­kój. – W bry­ga­dzie ka­za­li cze­kać. Tłu­ką po nas i po Tur­kach. Może tam­tym przej­dzie.

Ja­gieł­ło, wiel­ki drą­gal, z wy­glą­du za­pa­śnik na wcze­snej eme­ry­tu­rze, zu­peł­ne fi­zycz­ne prze­ci­wień­stwo do­wód­cy, skrzy­wił usta go­tów na kpi­nę.

– Pa­nie po­rucz­ni­ku. – Cmok­nął, zła­pał lor­net­kę i pod­szedł do szcze­li­ny ob­ser­wa­cyj­nej. – Ja tych fran­ców znam.

Ton wia­ru­sa draż­nił ofi­ce­ra. Cho­rą­ży był we­te­ra­nem z ostat­nich mie­się­cy tej woj­ny, kie­dy była jesz­cze praw­dzi­wym kon­flik­tem i nad gło­wą dud­ni­ło co dzień.

– Za sil­nie tłu­ką, lu­dzi tra­cą. Nie od­pusz­czą. Jak po­kaz siły, to po­kaz siły. Do koń­ca. – Spoj­rzał na obu wy­stra­szo­nych mło­dzień­ców.

– Pan są­dzi, że to… przez to, że my mamy ju­tro… To oni… – Ra­dio­ope­ra­tor ły­kał śli­nę, co­raz moc­niej wy­ba­łu­sza­jąc oczy.

– Kto wie, może i tak? – Ja­gieł­ło wy­dął usta, wzru­szył ra­mio­na­mi i znów za­czął lu­stro­wać bru­nat­no­sza­re wzgó­rza przed sobą.

Po chwi­li ode­zwał się zno­wu.

– Pew­nie wie­dzą, że nas lu­zu­ją – cią­gnął z wyż­szo­ścią. – Głu­pi nie są. Pa­trzą na nas, słu­cha­ją i li­czą. Wie­dzą, kie­dy­śmy przy­je­cha­li, kie­dy mniej wię­cej nas zwi­ną. No i wio­sna… – po­pi­sał się czar­nym hu­mo­rem – trze­ba świa­tu dać po­pis…

Szar­pią­cy zmy­sły ter­kot prze­rwał mu w pół zda­nia. Od­ru­cho­wo przy­klęk­nę­li, za­ci­ska­jąc zęby, na­pi­na­jąc mię­śnie. Naj­pierw był uła­mek se­kun­dy pau­zy. Po­tem wstrząs, jak­by we wzgó­rze wła­do­wał się po­ciąg. Póź­niej przy­szedł ja­zgot wy­bu­chu. Ci­śnie­nie zwa­rio­wa­ło, w uszach za­kłu­ło i na mo­ment za­bra­kło tchu. Pa­dli na zie­mię. Szu­mia­ło, dzwo­ni­ło, nie po­tra­fi­li ze­brać my­śli. Jak­by kto z pię­ści przy­ło­żył w sam nos.

Kie­dy Kar­pac­ki zdą­żył po­my­śleć, że jest cały, oka­za­ło się, że to nie ko­niec. To na­wet nie był po­czą­tek. Znów wstrząs, jak­by zie­mia mia­ła się za­paść. Kurz i tynk za­czę­ły sy­pać się z su­fi­tu, wdzie­rać szcze­li­ną i wej­ściem od ko­ry­ta­rzy.

Nie li­czy­li eks­plo­zji, nie było sen­su. Było ja­sne, że tłu­ką po nich, i to wszyst­kim, co mają.

Ra­dio­wiec padł pod stół, zwi­nął się w kłę­bek z rę­ka­mi na odzia­nej w słu­chaw­ki gło­wie i pod­ska­ki­wał przy każ­dym cio­sie za­da­wa­nym po­ci­skiem tej gó­rze.

Kar­pac­ki wci­snął się w kąt, za­ci­skał zęby i oczy, chy­ba nie chcąc w to wszyst­ko wie­rzyć. Ści­skał i chro­nił od ku­rzu lufę KBS 62, cze­goś na kształt po­łą­cze­nia ka­ra­bin­ka Ma­rosz­ka i M-16. Była to broń pol­skiej pro­duk­cji, lu­bia­na i chwa­lo­na przez so­jusz­ni­ków.

Te­le­fon za­dzwo­nił, pod­ska­ku­jąc na po­lo­wym sto­li­ku przy­twier­dzo­nym do ścia­ny.

Ja­gieł­ło był bar­dziej opa­no­wa­ny. Za­re­ago­wał szyb­ciej.

– Co? Ilu? – sa­pał w mi­kro­fon. – Ewa­ku­ować te­raz prze­cież nie mo­że­my… Głu­si je­ste­ście?! – Ło­mot wy­bu­chu roz­szedł się po ca­łym „Gwoź­dziu” i nad górą wy­ro­sła wiel­ka kula pło­mie­nia, za­raz prze­ista­cza­jąc się w ma­je­sta­tycz­ny ob­łok dymu. Smród wdarł się każ­dą szcze­li­ną.

– Amu­ni­cja?! – Kar­pac­ki otwo­rzył oczy, otrzeź­wio­ny.

– Może, i…? – Ja­gieł­ło udał, że nie wie, o co cho­dzi.

– Mu­szę iść, spraw­dzić.

Po­rucz­nik po­de­rwał się na klęcz­ki i zda­wa­ło się przez mo­ment, że ocze­ku­je, aż ktoś go po­wstrzy­ma, ale Ja­gieł­ło tyl­ko przy­tak­nął. Minę miał taką, jak­by za­raz miał rzu­cić: „Co pa­trzysz? Sprawdź, co u lu­dzi”. Za­miast tego wy­krzy­czał w huku:

– Przy­pil­nu­ję!

Bar­tło­miej Kar­pac­ki jesz­cze się wa­hał, jesz­cze pa­trzył na wia­ru­sa, są­dząc może, że żar­tu­je, że po­wstrzy­ma od głu­po­ty, na któ­rą nie wie­dzieć cze­mu się wy­rwał. Ale nic z tego. „Chcia­łeś wo­jo­wa­nia… Masz jak oj­ciec” – dzi­wacz­ny, nie­zna­ny głos za­dud­nił pod czasz­ką nie­mal jak ar­ty­le­ria.

Wresz­cie po­rucz­nik ze­brał się na od­wa­gę. Pod­sko­czył, uniósł ka­ra­bi­nek bli­żej cia­ła. Po­pra­wił hełm, par­cia­ny pas z ka­bu­rą Visa A1. Lek­ko ski­nął gło­wą, jak na po­że­gna­nie, i ru­szył w ciem­ny ko­ry­tarz.

Nad cien­kim stro­pem z be­to­no­wych płyt co raz roz­le­gał się ogłu­sza­ją­cy huk, któ­ry rzu­cał Kar­pac­kie­go na zie­mię. Ser­ce za­mar­ło po­rucz­ni­ko­wi, kie­dy za któ­rymś ra­zem dźwi­gał się na nogi. Wy­obraź­nia pod­po­wie­dzia­ła po­twor­ną wi­zję tego, co by się sta­ło, gdy­by ten strop się za­wa­lił. Za­raz po­cie­szył się na siłę, że ktoś mą­drzej­szy to wy­my­ślił, a przy­naj­mniej odłam­ki nie lecą na cze­rep.

Bun­kry roz­miesz­czo­no w dwóch li­niach wko­ło zbo­cza wy­cho­dzą­ce­go na pół­noc, tam gdzie nie­przy­ja­ciel. Było ich tyle, by dało się wszyst­kie ob­sa­dzić dru­ży­na­mi wzmoc­nio­ne­go plu­to­nu pie­cho­ty, choć aż tylu lu­dzi nie było po­trze­ba na pierw­szej li­nii. W chwi­li spo­ko­ju, jak za­wsze w ta­kich sy­tu­acjach, wszyst­kich dzie­lo­no na trzy zmia­ny, a w mo­men­tach ta­kich jak ten in­struk­cja za­kła­da­ła trzy­ma­nie mi­ni­mal­nych ob­sad na po­zy­cjach. Resz­tę lu­dzi prze­wi­dzia­no jako od­wód dla uzu­peł­nia­nia strat czy od­gru­zo­wy­wa­nia i ewa­ku­acji ran­nych. Zresz­tą ta krop­ka na ma­pie, ta gru­pa lu­dzi była tu nie po to, by od­pę­dzać hor­dy, bo na to nie było szan­sy. Ich za­da­nie po­le­ga­ło na tym, by bro­nić ob­ser­wa­to­rów ar­ty­le­rii i lot­nic­twa, któ­rzy w wy­pad­ku wzno­wie­nia dzia­łań mie­li we­zwać wszyst­ko to, co czy­ha­ło na ty­łach, i wy­bić z głów czer­wo­nych ge­ne­ra­łów myśl o ko­rek­cie li­nii.

Na­wet gdy­by mia­ło być źle, mie­li po­łą­cze­nie z resz­tą bry­ga­dy, dro­gę, któ­rą moż­na było prze­rzu­cić po­sił­ki. Ist­nia­ło też lą­do­wi­sko, gdzie dało się po­sa­dzić dwa, trzy śmi­głow­ce z ludź­mi albo za­opa­trze­niem, więc ge­ne­ral­nie nikt nie przej­mo­wał się zbyt­nio ata­ka­mi wro­ga. Ale te­raz…

Po­rucz­nik Kar­pac­ki wszedł do schro­nu, gdzie sie­dzia­ła czwór­ka lu­dzi z jego pierw­szej dru­ży­ny. Cią­gle uno­sił się tu smród pro­chu i na­grza­ne­go me­ta­lu. Pod no­ga­mi chrzę­ści­ły go­rą­ce jesz­cze łu­ski.

Żoł­nie­rze po­de­rwa­li się na wi­dok do­wód­cy. Ich nie­gdyś zie­lo­ne ba­weł­nia­ne mun­du­ry zro­bi­ły się sza­ro­żół­te od ku­rzu. Na heł­mach nie było wi­dać wzo­ru ma­sko­wa­nia, twa­rze zmie­ni­ły się w cien­ką ma­skę bru­du. Kar­pac­ki po­my­ślał, że je­śli wy­glą­da tak samo, nie jest do­brze.

Po­za­pi­na­li prze­ciw­o­dłam­ko­we ka­mi­zel­ki, jak­by były naj­pew­niej­szą ochro­ną. Trzy­ma­li w dło­niach broń, go­to­wi strze­lać do każ­de­go, kto po­dej­dzie, ale po­rucz­ni­ko­wi za­dud­ni­ło w gło­wie py­ta­nie, czy byli jesz­cze w sta­nie. Tam, gdzieś w dole, kłę­bi­ły się dzie­siąt­ki zwłok, w zie­mię wsią­ka­ła krew. Wie­lu z tych lu­dzi sami za­bi­li. To było wi­dać, wy­zie­ra­ło z ich pół­dzi­kich, szklą­cych się oczu.

Za­drża­ło. Po­tęż­ny ka­wał be­to­nu opadł na zie­mię. Lu­dzie mimo to sta­li wy­pro­sto­wa­ni jak na pa­ra­dzie, chy­ba zu­peł­nie po­gu­bie­ni, prze­ra­że­ni.

– Pa­nie po­rucz­ni­ku… Co to bę­dzie? Idą zno­wu? Co się dzie­je? – po­le­cia­ła na­raz la­wi­na py­tań i za­ka­mu­flo­wa­nych bła­gań o jed­no sło­wo po­cie­sze­nia.

Ofi­cer nie dzi­wił się lu­dziom. Prze­cież, do cho­le­ry, byli tu już rok. Do­syć. Mie­li wra­cać do domu. Na­bra­li do­świad­cze­nia, on sam wpra­wił się jako do­wód­ca. Gdy­by w kra­ju coś szło nie tak, wie­dzie­li­by, jak się wal­czy. Taka była po­li­ty­ka. Je­śli ist­nia­ła szan­sa, ka­dra Woj­ska Pol­skie­go, jak i mniej­szych ar­mii re­gio­nu, mia­ła być utrzy­my­wa­na w zdol­no­ści bo­jo­wej i na­bie­rać do­świad­cze­nia, oczy­wi­ście wte­dy, kie­dy łą­czy­ło się to jako tako z in­te­re­sem pań­stwa.

Woj­sko. Sil­ne jak chy­ba ni­g­dy w dzie­jach. Kosz­tow­ne, no­wo­cze­sne i na wpół za­wo­do­we. W per­ma­nent­nej go­to­wo­ści, wy­sy­sa­jąc soki wi­tal­ne z pań­stwa, sta­ło nad gra­ni­cą, jak tama przed ma­ją­cą na­dejść kie­dyś po­wo­dzią. Po­trze­bo­wa­ło wie­lu do­świad­czo­nych lu­dzi.

Tyle że te­raz po­rucz­nik Kar­pac­ki nie był zu­peł­nie pe­wien, jak to bę­dzie z tym do­świad­cze­niem. Jak wal­czyć, co ma ro­bić i czy do­trwa do koń­ca tego… cze­goś?

Po­pa­trzył po lu­dziach, za­sy­pu­ją­cych go py­ta­nia­mi, i przez chwi­lę po­ża­ło­wał, że sam nie przy­odział ka­mi­zel­ki, ale za­raz uznał, że to wy­szło na do­bre. My­śle­li może, że wie wię­cej. Że twar­dy jest, opa­no­wa­ny.

– Ci­sza! – Nie spo­dzie­wał się, że po­tra­fi prze­krzy­czeć taki har­mi­der. W żo­łąd­ku mu się prze­wa­la­ło, sam wci­snął­by się w ja­kąś dziu­rę, ale nie mógł. Mu­siał być po­nad to. Wrzask po­skut­ko­wał. Umil­kli i tyl­ko pa­trzy­li za­cie­ka­wie­ni. Tego im było trze­ba.

Po­rucz­nik otak­so­wał wy­be­to­no­wa­ne po­miesz­cze­nie. Zro­bi­li jak na­le­ża­ło. Wor­ki z pia­skiem w szcze­li­nie strze­lec­kiej, dwa ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we i gra­nat­nik za­kry­te płach­tą, żeby nie na­bie­ra­ły bru­du i nie uszko­dził ich gruz. Skrzyn­ki amu­ni­cji go­to­we do uży­cia i wiel­ka ster­ta łu­sek ze­pchnię­ta w kąt.

– Do­brze jest. – Wła­ści­wie nie wie­dział, co ma mó­wić. Kła­mał. – Trzy­mać się ścian, pil­no­wać, żeby broń była spraw­na. Za­raz pew­no ucich­nie – wy­rzu­cał z sie­bie szyb­ko, żeby głos mu nie za­drżał.

Te­le­fon w sta­lo­wej obu­do­wie wi­szą­cy u wej­ścia za­wi­bro­wał od ci­che­go dzwon­ka.

Do­wo­dzą­cy pla­ców­ką bar­czy­sty, wiel­ko­rę­ki sier­żant Fe­dak Ka­my­łew do­padł apa­ra­tu. Ode­brał, chrząk­nął.

– Dwój­ka. Tak, cali. Jest, jest. – Wy­cią­gnął dłoń ze słu­chaw­ką ku do­wód­cy.

– Cho­rą­ży Ja­gieł­ło – roz­le­gło się z dru­giej stro­ny.

– Co tam? – Po­rucz­nik mu­siał przy­kryć dru­gie ucho, bo znów za­czę­li grzmo­cić, jak­by wie­dzie­li, że prze­szka­dza­ją. – Mhm – stęk­nął, by nie po­wie­dzieć cze­goś, co po­ka­za­ło­by, jak prze­ra­zi­ła go no­wi­na. Spiął się, wstrzy­mał od­dech. Na chwi­lę po­mo­gło. – Spró­bu­ję spraw­dzić, co w trój­ce i da­lej. Do hau­bic zdą­żę? – chciał wie­dzieć. – Moc­no? Ach tak… Psia­mać! – Po­trzą­snął ka­ra­bin­kiem. – Dal­mierz… Do­bra. – Odło­żył słu­chaw­kę do pu­deł­ka.

Za­nim zdo­łał rzu­cić kil­ka zdaw­ko­wych po­cie­szeń i ru­szyć do wyj­ścia, apa­rat zno­wu za­dzwo­nił. Ofi­cer ode­brał, nie cze­ka­jąc na Ka­my­łe­wa.

– Co? Jak?! – Źre­ni­ce zro­bi­ły się wiel­kie, twarz po­bla­dła tak, że było to wi­dać na­wet pod war­stwą ku­rzu.

Resz­ta po­pa­trzy­ła po so­bie. Nie­spo­koj­ny na­strój jesz­cze się po­głę­bił.

– Lecą – wy­stę­kał Kar­pac­ki, za­nim odło­żył słu­chaw­kę.

– Co? – Sze­re­go­wy Ziom­ko jak­by nie sły­szał. Za­grzmia­ło, jak gdy­by pio­run prze­to­czył się nad górą, ale w po­bli­żu nic nie wy­bu­chło. Po­szło da­le­ko, tam gdzie dro­ga.

– Od­ci­na­ją – wy­szep­tał Ka­my­łew i prze­że­gnał się trzy razy, jak na­ka­zy­wa­ła pra­wo­sław­na wia­ra.

– Co? – po­rucz­nik nie zro­zu­miał – Lecą. Sa­mo­lo­ty lecą! – wy­darł się bli­ski już zu­peł­nej pa­ni­ki.

– Na­sze? – któ­ryś za­py­tał, ale nikt się nie ode­zwał. Nie zdą­żył. Od­po­wiedź przy­szła pręd­ko.

Wal­nął grzmot, po­tem dru­gi. Krót­ki trzask w uszach, aż za­bo­la­ło. Po­tem świst i znów rąb­nę­ło, bli­żej wierz­choł­ka, gdzie roz­ło­ży­ła się ba­te­ria stu­pię­cio­mi­li­me­tro­wych hau­bic, te­raz po­dziu­ra­wio­na ster­ta gru­zów.

Zno­wu to samo. Rzut kil­ku bomb. Kurz, go­rą­cy po­dmuch i po­wtór­ka. Umy­ka­ją­cy ryk sil­ni­ków. I na­gle… nie­mal ci­sza. Spo­kój.

Tyl­ko dym po­mie­sza­ny z ku­rzem uno­sił się wszę­dzie, wdzie­rał każ­dym otwo­rem. Gryzł w oczy i gar­dło. Na­wet od­le­gły ostrzał je­dy­ne­go szla­ku ustał, choć w uszach jesz­cze gra­ło od­bi­ja­ne od wzgórz echo.

– No, po wszyst­kim. – Kar­pac­ki wstał i otrze­pał mun­dur. – Su­kin­sy­ny… Bom­bar­du­ją. – Wy­raź­nie mu ulży­ło. Na­wet zdo­był się na krót­ki, ner­wo­wy uśmiech. W ustach za­schło. Do­pie­ro wte­dy to po­czuł. I przy­szedł strach, co z in­ny­mi.

Po­jął, że wła­śnie zo­stał ob­rzu­co­ny bom­ba­mi, pierw­szy raz w do­ro­słym ży­ciu. Woj­ny w domu wszak nie pa­mię­tał do­brze.

– Idę spraw­dzić, co u resz­ty… Jak­by dzwo­ni­li, to mów­cie – roz­ka­zał.

– Tak jest. – Sier­żant wy­prę­żył się.

Bar­tło­miej Kar­pac­ki ru­szył wy­so­kim, osło­nię­tym ko­ry­ta­rzem pro­wa­dzą­cym w głąb po­zy­cji. Nie miał na to ocho­ty i bła­gał Boga, żeby wy­trzy­mać. Wie­dział, że na sta­no­wi­sku ar­ty­le­rii do­sta­li naj­moc­niej. Na sa­mym koń­cu, a do tego jesz­cze te sa­mo­lo­ty. Coś, cze­go nikt nie wi­dział tu chy­ba od za­wie­sze­nia bro­ni.

Wdra­pał się na szczyt be­to­no­wych scho­dów, do sta­lo­we­go wła­zu, któ­ry za­kry­wał wej­ście do li­che­go sys­te­mu tu­ne­li. Noz­drza na­tych­miast wy­peł­nił przy­kry za­pach, po­mie­sza­nie spa­le­ni­zny, kor­dy­tu i jesz­cze cze­goś po­twor­niej­sze­go. Oczy dłu­go mu­sia­ły przy­wy­kać do ja­sno­ści dnia.

Było bar­dzo cie­pło, a może tyl­ko mu się zda­wa­ło.

Może za­dzia­łał tak wi­dok, któ­ry uj­rzał Bar­tek.

Na­gie, sza­re wzgó­rze z kil­ko­ma za­le­d­wie kę­pa­mi ni­skich ba­dy­li, te­raz osnu­te le­ni­wie wzno­szą­cym się ob­ło­kiem.

Ofi­cer po­ru­szył no­ga­mi, jak­by nie był pe­wien, czy chce iść da­lej, albo jak­by strach go po­wstrzy­my­wał. Prze­mógł się.

Tam za wierz­choł­kiem, na ka­wał­ku pła­skiej prze­strze­ni, gdzie było sta­no­wi­sko ob­ser­wa­cyj­ne, gdzie w be­to­no­wych ko­mo­rach usta­wio­no za­ma­sko­wa­ne hau­bi­ce, bu­cha­ły pło­mie­nie.

Leje roz­sy­pa­ły się gę­stą sie­cią, a zie­mię za­kry­ły ka­wał­ki skał i me­ta­lu.

Ofi­cer prze­szedł kil­ka­dzie­siąt me­trów. Wie­ża dal­mie­rza, cudu elek­tro­ni­ki, wy­gię­ła się ku zie­mi. Dzia­ła roz­nio­sło jak za­baw­ki, ła­miąc łoża i ogo­ny. Wszyst­ko było strza­ska­ne i po­mie­sza­ne. Da­lej, tam gdzie wej­ście do skła­du amu­ni­cji, ział czar­ny smo­li­sty otwór bu­cha­ją­cy ję­zy­ka­mi pło­mie­ni. Ktoś krzy­czał. Paru lu­dzi snu­ło się jak w tran­sie. Ja­kiś sa­ni­ta­riusz ga­niał od jed­ne­go do dru­gie­go, spraw­dza­jąc, czy są w szo­ku, czy ran­ni.

Nie było wi­dać wie­lu. Bart­ko­wi przy­cho­dzi­ło na myśl jed­no. Stra­ty. Duże stra­ty. Za­czął się po­cić. Mie­wa­li ostrza­ły, ran­nych, za­bi­tych, ale te­raz…

– Żoł­nie­rzu. – Zła­pał za ra­mię pierw­sze­go, któ­ry się na­wi­nął, ku­ca­ją­ce­go nie­bo­ra­ka bez heł­mu, w po­dar­tym mun­du­rze, o osma­lo­nej twa­rzy i nie­przy­tom­nym spoj­rze­niu. Krew są­czy­ła mu się z uszu. Kar­pac­ki chciał po­móc, zła­pał za po­kro­wiec opa­trun­ku przy pa­sie, ale kie­dy przyj­rzał się do­kład­nie, po­jął, że czło­wiek ra­czej nie jest ran­ny.

– Do­wód­ca gdzie? – Po­trzą­snął żoł­nie­rzem. – Ro­zu­miesz? Po­rucz­nik Rym­kow­ski?

– Rym… – chło­pak prze­łknął śli­nę – pan po­rucz­nik… – Ski­nął przez ra­mię, wy­trzesz­czył oczy. – Pro­sto w nas… Pro­sto… – Za­krył twarz dłoń­mi.

Kar­pac­ki wstał. Po­czuł, jak ogar­nia go wście­kłość. Po­pę­dził do wej­ścia, gdzie znaj­do­wał się schron ar­ty­le­rzy­stów, ale nic nie mógł po­ra­dzić. Spa­dło bli­sko. Kupa gru­zów. Tych kil­ku ja­koś wy­la­zło albo byli gdzie in­dziej.

– Wy­grze­bać – po­wie­dział do sie­bie. Za­czął krę­cić się w koło, szu­kać po­mo­cy i zro­zu­miał, że prócz ran­nych, me­dy­ków i jego sa­me­go nie ma ni­ko­go. On do­wo­dził. Nie dał roz­ka­zu, żeby opu­ścić sta­no­wi­ska. Woj­sko miał zdy­scy­pli­no­wa­ne. To był fakt.

Rzu­cił się na po­wrót w stro­nę tu­ne­lu, do te­le­fo­nu, ogła­szać, że trze­ba od­gru­zo­wać nie­szczę­śni­ków za wierz­choł­kiem, kie­dy od pół­no­cy stęk­nę­ły głu­che puk­nię­cia.

Kar­pac­ki wie­dział, co to. Znał ten dźwięk. Mniej­sze ka­li­bry włą­cza­ły się do kon­cer­tu. Moź­dzie­rze. Chiń­czy­cy lu­bi­li je pod­pro­wa­dzać za nie­od­le­głe szczy­ty i prać co ja­kiś czas, pra­wie na oślep, tak dla za­ba­wy i po­szar­pa­nia ner­wów.

– Jesz­cze się wam nie znu­dzi­ło – syk­nął z nie­na­wi­ścią ofi­cer. Parę gra­na­tów po­le­cia­ło w nie­bo i po dłu­giej ci­szy po­szy­bo­wa­ło ku zie­mi, tam gdzie pola mi­no­we, z gło­śnym ter­ko­tem.

Rwa­ły się je­den przy dru­gim. Po­tem do­szły dźwię­ki eks­plo­du­ją­cych min. Po­lak padł na zie­mię. Znów górę oto­czy­ła chmu­ra nie­prze­nik­nio­ne­go dymu. Na przed­pier­siu za­go­to­wa­ło się od odłam­ków i ha­ła­su. I ja­kimś cu­dem przez ten nie­opi­sa­ny har­mi­der przedarł się od­głos zu­peł­nie tu­taj nie­pa­su­ją­cy.

Coś jak­by… Tak, to była trąb­ka. Ja­gieł­ło i lu­dzie, któ­rzy wal­czy­li tu dzie­sięć lat temu i wcze­śniej, chwa­li­li się, że sły­sze­li ten sy­gnał. Dziś już wszy­scy wie­dzie­li, co to ozna­cza. Sy­gnał, okrop­ny, te­raz wręcz sur­re­ali­stycz­ny, jak od­głos z in­nych cza­sów. Syg­nał do ko­lej­ne­go ata­ku. Chwi­lę póź­niej wszyst­ko za­wi­ro­wa­ło, zwa­rio­wa­ło.

Dal­las, Tek­sas, Sta­ny Zjed­no­czo­ne | 22 li­sto­pa­da 1963

Dzień był pięk­ny, sło­necz­ny. Dla­te­go też wzdłuż ulic ze­bra­ły się cał­kiem spo­re tłu­my. Choć mia­sto było do­mi­nium re­pu­bli­kań­skim, lu­dzie chcie­li zo­ba­czyć swo­je­go mło­de­go pre­zy­den­ta i jego mał­żon­kę, któ­ra chy­ba po raz pierw­szy w hi­sto­rii przy­cią­ga­ła taką samą uwa­gę jak gło­wa pań­stwa.

Na od­cin­ku pu­sta­wej Ross Ave­nue tłum był rzad­szy. Zda­wał się przy­pad­ko­wy, jak gdy­by prze­chod­nie wła­śnie do­wie­dzie­li się, że nad­jeż­dża pre­zy­dent, więc przy­sta­nę­li na chwi­lę. Jed­nak wie­lu było go­to­wych i wie­dzia­ło, po co przy­szli. Mie­li szes­na­sto­mi­li­me­tro­we ka­me­ry, apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne.

Oko­ło je­de­na­stej czter­dzie­ści sześć do ze­bra­nych do­le­ciał od­głos sy­ren po­li­cyj­nych mo­to­cy­kli i ra­dio­wo­zów, któ­re eskor­to­wa­ły czar­ne­go lin­col­na i po­zo­sta­łe auta.

Lek­ko opa­lo­ny blon­dyn o wy­spor­to­wa­nej syl­wet­ce, któ­rą ma­sko­wał luź­niej­szym ubio­rem, po­pa­trzył na oko­li­cę po­przez szkło ce­low­ni­ka.

Przyj­rzał się paru oso­bom po dru­giej stro­nie. Kil­ku eme­ry­tów, ja­kiś męż­czy­zna w kow­boj­skim ka­pe­lu­szu i spo­ra gru­pa dzie­cia­ków, szcze­rzą­cych zęby w pod­nie­ce­niu, że uj­rzą pre­zy­den­ta. Tłu­mek ro­bił się gęst­szy, jak­by na­ra­sta­ją­cy dźwięk sy­ren przy­cią­gał. Lu­dzie pod­bie­ga­li do kra­węż­ni­ków, wy­cią­ga­jąc szy­je, chy­ba bo­jąc się, że cie­ka­wych wi­do­ków dla nich za­brak­nie.

Uli­cą prze­mknął bia­ło-czar­ny ra­dio­wóz. Nie je­chał za szyb­ko, a sie­dzą­cy we­wnątrz funk­cjo­na­riu­sze zda­wa­li się stro­fo­wać lud­ność. Znów na kil­ka chwil zro­bi­ło się pu­sto i po ko­lej­nej mi­nu­cie zza rogu bły­snę­ły w słoń­cu chro­my pierw­szych mo­to­cy­kli eskor­ty.

Tłum się za­ko­ły­sał, ożył nie­spo­dzia­nie. Za­czął krzy­czeć, ma­chać. Każ­dy chciał być za­uwa­żo­ny przez parę pre­zy­denc­ką. John i Jac­kie ro­bi­li, co mo­gli, od­wza­jem­nia­jąc po­zdro­wie­nia i uśmie­chy, ale ko­lum­na je­cha­ła dość szyb­ko i to wie­ko­pom­ne dla wie­lu spo­tka­nie trwa­ło uła­mek se­kun­dy.

Blon­dyn przy­ci­snął oko do wi­zje­ra. Na­piął mię­śnie, ce­lu­jąc tam, gdzie pla­no­wał. Usta­wiał od­le­głość, ob­li­czał czas opóź­nie­nia bar­dzo pre­cy­zyj­nie. Przy­go­to­wy­wał się.

Mo­to­cy­kle prze­mknę­ły. Wstrzy­mał od­dech. Czar­na, dłu­ga li­mu­zy­na. Krzy­żyk, wy­ce­lo­wa­ny ide­al­nie w sam śro­dek syl­wet­ki. Kciuk się za­ci­snął.

Tak, blon­dyn był pe­wien, że wy­ko­nał wszyst­ko ide­al­nie.

Opu­ścił apa­rat i uśmiech­nął się sam do sie­bie, wo­dząc wzro­kiem za od­jeż­dża­ją­cą ko­lum­ną. Nie po to go wy­sła­no, ale i tak z tru­dem opa­no­wał ner­wy. Wziął kil­ka od­de­chów, scho­wał apa­rat do fu­te­ra­łu, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad drże­niem rąk, i jak inni, nie­śpiesz­nie ru­szył w stro­nę cen­trum. Przed­sta­wie­nie się skoń­czy­ło.

Przy­sta­nął. Coś go tknę­ło. Uniósł wzrok na kwa­dra­to­wy żół­ty bu­dy­nek, skład­ni­cę ksią­żek. Tam też, we­dług nie­ak­tu­al­ne­go pla­nu, ktoś miał ob­ser­wo­wać ko­lum­nę.

Prze­szedł go dreszcz. „Gdy­by to wy­szło?” – za­py­tał sam sie­bie, wga­pia­jąc się w wy­so­kie okna, gdzie miał być ten dru­gi.

„Gdy­by wy­szło?” – po­wtó­rzył w my­śli, na­wet chy­ba za­wie­dzo­ny, że wszyst­ko od­wo­ła­no. A prze­cież plan był do­pię­ty wprost ide­al­nie.

Ku­bin­ka, ZSRS | 25 lu­te­go 1964

Try­bu­nę ho­no­ro­wą dla ob­ser­wa­to­rów osło­nię­to od wia­tru, któ­ry tam da­lej, na pła­skim jak step po­li­go­nie, hu­lał do woli. Zmro­żo­na już zie­mia drża­ła pod gą­sie­ni­ca­mi dzie­siąt­ków czoł­gów, któ­re z ry­kiem mo­to­rów, w ob­ło­kach spa­lin pę­dzi­ły przed go­ść­mi.

Zgru­po­wa­ne w ro­bią­cą naj­lep­sze wra­że­nie for­ma­cję w klin czoł­gi T-55 blu­znę­ły sal­wą jak na ja­kiś roz­kaz, kie­dy tyl­ko zrów­na­ły się z try­bu­ną.

W górę try­snę­ły grud­ki zie­mi i śnie­gu, wozy przy­śpie­szy­ły i po­szły da­lej, za­raz znów da­jąc ognia.

Ze­bra­ni pod za­da­sze­niem ofi­ce­ro­wie, kil­ku wi­zy­ta­to­rów z par­tii i dy­plo­ma­ci z paru za­przy­jaź­nio­nych kra­jów, choć zmar­z­nię­ci, byli za­do­wo­le­ni, ki­wa­li gło­wa­mi z uzna­niem dla wi­do­wi­ska. Jed­nak każ­dy ukrad­kiem, niby przy­pad­kiem, zer­kał w miej­sce, gdzie za drew­nia­nym sto­łem obi­tym zie­lo­nym ma­te­ria­łem za­sia­dał wraz z do­wód­ca­mi okrę­gów woj­sko­wych mar­sza­łek.

Fio­dor Ku­znie­cow po­sta­rzał się wy­raź­nie ostat­ni­mi cza­sy. Zu­peł­nie już po­si­wiał, twarz po­kry­ły głę­bo­kie bruz­dy zmarsz­czek, wy­chudł znacz­nie. Choć to aku­rat była zwy­kła przy­pa­dłość w tym kra­ju.

Coś wy­raź­nie tra­pi­ło go, i to nie od wczo­raj. Kil­ka ostat­nich lat przy­nio­sło zmar­twie­nia naj­więk­sze chy­ba od koń­ca woj­ny. Za­wie­ru­chy w Azji, wie­le in­nych spraw w świe­cie.

Te­raz ob­ser­wo­wał pa­ra­dę bez spe­cjal­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia, wo­dząc zmę­czo­nym wzro­kiem za czoł­ga­mi. Na­gle twarz sta­re­go mar­szał­ka na­bra­ła ru­mień­ców i ofi­cer wy­pro­sto­wał się na krze­śle. Przy­sta­wił do oczu lor­net­kę. Coś przy­ku­ło jego uwa­gę.

Resz­ta ze­bra­nych szyb­ko po­wtó­rzy­ła ruch, szu­ka­jąc tego, co tak za­cie­ka­wi­ło we­te­ra­na.

Tyl­ko do­wód­cy po­li­go­nu i ci, któ­rzy szy­ko­wa­li to przed­sta­wie­nie, wie­dzie­li, co się wy­da­rzy. Ste­pem, po­ro­śnię­tym tyl­ko kęp­ka­mi krza­ków, gdzieś z ukry­te­go pa­ro­wu nad­jeż­dża­ła kom­pa­nia czoł­gów.

Były inne, nowe. Naj­no­wo­cze­śniej­sze w ca­łej ar­mii. Pę­dzi­ły z gra­cją, po­ko­nu­jąc nie­rów­no­ści dzię­ki lep­szej amor­ty­za­cji pod­wo­zi.

Ku­znie­cow nie spusz­czał oczu z tej ka­wal­ka­dy. Im­po­no­wa­ły mu, były jak jego dzie­ci. Nowe, po­tęż­niej uzbro­jo­ne… T-62. I nie mia­ło zna­cze­nia, że tych kil­ka­na­ście wo­zów nie sta­no­wi żad­nej prze­wa­gi, jest ni­czym na współ­cze­snym polu wal­ki, zwłasz­cza kie­dy idzie o siły i środ­ki dru­giej stro­ny.

Huk­nął wy­strzał, ide­al­nie zgra­ny, po­tem dru­gi. Za­szu­mia­ły nie­sio­ne w dal po­ci­ski. Mar­sza­łek uśmiech­nął się sze­ro­ko. Odło­żył lor­net­kę i na­brał głę­bo­ko po­wie­trza. Może było ich nie­wie­le, może te­raz wszyst­ko za­le­ża­ło od mocy ato­mu, ale to był oręż, któ­ry da­wał naj­wię­cej wra­żeń. Ten ło­skot, szyb­kość, strach u wro­gów. Wie­dział też, że po­le­ce­nia po­szły, fun­du­sze się zna­la­zły. Wy­ci­ska­li na te pan­cer­ne ko­lo­sy wszyst­ko, co mie­li. Nie mi­nie rok, a bę­dzie ich wię­cej, znacz­nie wię­cej…

– To­wa­rzy­szu mar­szał­ku – Ku­znie­co­wa z roz­my­ślań o wiel­kich pla­nach wy­rwał głos jego przy­bocz­ne­go, Alo­szy Da­ri­je­wa.

Nie­speł­na czter­dzie­sto­sied­mio­let­ni ge­ne­rał, po­staw­ny, pro­sty jak stru­na, daw­ny do­wód­ca puł­ku po­wietrz­no­de­san­to­we­go, po­chy­lał się nad uchem mi­ni­stra obro­ny.

– Cze­ka. Mamy pięt­na­ście mi­nut – oznaj­mił szep­tem, ba­cząc, czy nikt nie pod­słu­chu­je.

Ku­znie­cow tyl­ko ski­nął nie­znacz­nie.

Te­raz li­czył się każ­dy gest albo ra­czej ich brak. Ab­so­lut­ne opa­no­wa­nie.

Mar­sza­łek od­cze­kał, aż po­kaz się skoń­czy. Głos z gło­śni­ka oznaj­mił, że czas na po­czę­stu­nek w nie­od­le­głym ka­sy­nie. Ku­znie­cow wstał, bi­jąc bra­wo. Po­tem za­mie­nił kil­ka słów z ge­ne­ra­li­cją, ale przede wszyst­kim z dy­plo­ma­ta­mi. Kuba, Sy­ria czy inne dość egzo­tycz­ne pań­stwa go­to­we były jesz­cze ku­po­wać ich broń i za­si­lić bu­dżet tak po­trzeb­ny­mi de­wi­za­mi. Po to głów­nie był ten po­kaz.

Roz­ma­wia­jąc i dow­cip­ku­jąc, wszy­scy uda­li się do aut. Mar­sza­łek za­siadł w te­re­no­wym GAZ-ie i ka­zał się wieźć pręd­ko, przed resz­tą ko­lum­ny.

Li­czył, że w tym tłu­mie nikt nie bę­dzie miał za złe po­śpie­chu. W koń­cu miał czy­nić ho­no­ry go­spo­da­rza.

Ka­sy­no, zwy­kły po­lo­wy ba­rak w nie­du­żym kom­plek­sie po­dob­nych bu­dow­li

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej.

Epilog

Dostępne w wersji pełnej.

Spis treści

Dostępne w wersji pełnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ogień sprawiedliwości Wojna oszukanych Widowisko Ci szaleni Polacy Plan Andersa Szturm Straceńców 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny