Radość życia

Radość życia

Autorzy: Roma Ligocka

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 192

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 18.00 zł

Książka pisana życiem. Mądra i refleksyjna, radosna i zmysłowa, z odrobiną… showbiznesu i pysznego gotowania!

Roma Ligocka z każdą nową książką wchodzi w coraz bliższy i bardziej intymny kontakt z czytelnikami. Tym razem zaprasza w bardzo osobistą literacką podróż w zwykle mało dostępne rejony uczuć, wrażeń i nastrojów. Samotna podróż do Malagi, refleksje o przemijaniu, samotne święta, walka z chorobą i o godność chorego, trudna miłość do partnera. Pisząc o tych codziennych, czasem małych, a czasem bardzo poważnych sprawach, pisarka zawsze stara się o jedno – o to, aby czytelniczki odnalazły na kartach książki siebie: swoje losy, swoje historie i przede wszystkim tytułową radość życia. Bo właśnie radość życia jest tym, czego każdemu z nas potrzeba. Tylko tyle i aż tyle!

Ta proza, spokojna i namiętna zarazem, przykuwa uwagę ciepłem i życiową mądrością. Roma Ligocka w sposób szczególny przyjaźni się z czytelnikami, powierzając im swoje tajemnice. Potrafi też zaskakiwać. Radość życia to nie tylko wspaniała lekcja czerpania przyjemności z małych spraw, ale też garść anegdot ze świata showbiznesu i szczypta smakowitych przepisów kulinarnych.

© Copyright by Roma Ligocka

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna, redakcja: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Adiustacja: HENRYKA SALAWA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, BARBARA TURNAU

Opracowanie graficzne: ALICJA MIGDAŁ-DROST

Na okładce i w książce wykorzystano rysunki, projekty kostiumów i fotografie autorstwa Romy Ligockiej

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2017

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN 978-83-08-06610-2

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Motto

Dedykacja

Nalewka

Wstyd

Na lodzie

Zupa życia

Wieczna wędrówka przedmiotów

Różowa choinka

Malaga

Palomita

Flamenco

Wyjście

Bądź sobą

Kapelusz

Złota marynarka

Aktorzy

Czerwone koszule

Statyści

Liliputy

Cztery księżniczki i jeden kot

Siostra

Emigranci

Komedia

Pokora i upokorzenie

Paella

Zgadzam się

Wiersz

Jesień

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dopóki będę żył, będę mówił.

prof. Tadeusz Gadacz

Dla Pani Dr Ewy Żabińskiej

Nalewka

Latem 2011 roku na targu pełno było dojrzałych, soczystych owoców — chwilami zdawało mi się, że brodzę w nich po pas.

Postanowiłam pierwszy raz w życiu zrobić nalewkę. Nalewka nazywa się Rumtopf, a robi się ją tak:

Do dużego słoja wkłada się kolejno sezonowe owoce, każdą warstwę zasypuje cukrem, zalewa drogim, dobrym rumem, przykrywa lnianą szmatką i niech sobie tak stoi na oknie.

Potem słój zakręca się pokrywką i odstawia w ciemne, chłodne miejsce. No i czeka do zimy albo choć do jesieni — i wtedy się wypija.

Przynosiłam z placu — tak się u nas nazywa targ — piękne, dojrzałe owoce — już samo ich kupowanie w słoneczny dzień było radością.

Wkładałam do słoja najpierw truskawki, te najładniejsze w kształcie serca, potem ciemne, błyszczące wiśnie zwane szklankami, potem roziskrzone czerwienią, matowe z zewnątrz i wilgotne w środku maliny, wreszcie ich ciemnofioletowe siostry, jeżyny, i znowu maliny, których nigdy dość. Dobry drogi rum nazywa się Stock.

Stało to sobie na oknie, z każdym dniem nabierało mocy i koloru i samym swoim wyglądem zamieniało mieszkanie w wiejski dworek.

W listopadzie całkiem niespodzianie pojawił się w moim domu gość bardzo specjalny.

Piliśmy tego dnia najpierw szampana, a potem tę nalewkę z herbatą. Smakowała bosko. Gość pojawiał się jeszcze i później — ale życiem naszym targały już — choć bardzo tego nie chciałam — gwałtowne turbulencje.

Gdzieś na granicy euforii i rozpaczy otwieraliśmy w pośpiechu butelkę szampana, ale na nalewkę z herbatką już nie było czasu ani spokoju. Nalewka tymczasem powędrowała na półkę w spiżarni. Ciemniała coraz bardziej, słoik pokrywał się kurzem.

Minęły dwa, może trzy lata.

Któregoś dnia postanowiłam nalewkę wyrzucić: stoi tak długo — a jeśli zmieniła się już w jakąś truciznę?

Na szczęście, zanim to zrobiłam, dowiedziałam się, że taki trunek im starszy, tym lepszy. Najlepszy jest po jakichś sześciu latach. Czasem człowiek nie wie dość oczywistych rzeczy, zanim mu ktoś nie powie. Nalewka została uratowana.

Tej zimy poczęstowałam tym trunkiem mojego syna, kiedy po dłuższej nieobecności znowu do mnie przyjechał. — Dooobre! — pochwalił, choć specjalnie nie gustuje w alkoholu.

Nalewka ciągle pachniała owocami i słońcem wszystkich minionych letnich dni.

— Popatrz, to już ma ponad pięć lat — pochwaliłam się — niewiele zostało…

— No to zrób nową — zadecydował syn. Ponieważ on tak powiedział — zrobiłam.

Znów było lato, znów pachniały owoce, znów wkładałam do słoja aksamitne maliny i jeszcze szkliste rubinowe wiśnie, granatowe błyszczące jeżyny, najładniejsze truskawki. Znów ręce miałam czerwone od soku…

Na słoiku przykleiłam etykietę: „Rumtopf 2016”. Nalewka cierpliwie czeka. Nie wiem, kto i kiedy będzie ją pił za kilka lat.

Na razie niech sobie stoi…

Siostra

Miała ciemne oczy jak ja i kasztanowe włosy.

Urodziła się jak ja trzynastego listopada. „Skóra zdjęta z Sabiny” — mówiła o mnie moja mama. Jej siostra, Sabina, młodsza od niej o dwa lata, była piękną dziewczyną.

Przyglądałam się więc sobie w lustrze: czy ja też jestem „piękną dziewczyną”, czy może dopiero będę… „No, nie przesadzaj” — mówiło lustro.

Sabina przed wojną szokowała Kraków — nosiła spodnie, szoferską skórzaną kurtkę i paliła papierosy na ulicy — ona, znana w mieście panienka z dobrego domu.

I zawsze była zakochana.

Jestem Sabiną?

Wiele lat później w tym samym Krakowie, w całkiem innych czasach, jako pierwsza włożyłam prawdziwe mini — czyli naprawdę bardzo krótką, wąską spódniczkę. Pamiętam, jak jakaś tęga starsza pani biegła za mną od kościoła Mariackiego przez Rynek aż do ulicy Sławkowskiej, krzycząc: „majtki ci widać, prostytutko!” (i jedno, i drugie nie było prawdą).

Później lubiłam siadywać przy kawiarnianym stoliku i zapalać smukłą czarną fajeczkę marki Dunhill. Fajeczka rozsiewała wokół podniecający miodowo-tytoniowy zapach, który magicznie przyciągał przechodzących panów.

No i zawsze byłam… nie, nie zawsze, nawet nie często — ale jeśli, to zawsze nieszczęśliwie…

A Sabina?

Nowo narodzoną przywieźli rodzice do domu ze szpitala na Kopernika (wiele lat później w tym samym miejscu urodziłam się i ja) — położyli małe zawiniątko na swoim łóżku i na chwilę się oddalili. Jej starsza siostra, dwuletnia tłuściutka Tosia, dobre dziecko, cichaczem zakradła się do sypialni, przyjrzała się krytycznie różowemu krzyczącemu niemowlakowi, a potem jednym szybkim ruchem zrzuciła go na podłogę i wepchnęła pod łóżko, po czym spokojnie poszła się bawić. Po prostu nie chciała mieć siostry.

Później jednak ją pokochała, choć nie mogły być bardziej różne…

Tosia, moja mama — grzeczna, porządna, spokojna — dobrze się uczyła, skończyła ekskluzywne klasztorne gimnazjum, znała trzy języki, a jeśli liczyć łacinę i jidysz, to nawet pięć. Zawsze była pracowita. Wcześnie zaczęła na siebie zarabiać — nie chciała korzystać z zamożności rodziców. Bardzo młodo się zaręczyła — miała jednego tylko narzeczonego, jednego mężczyznę, jednego męża. Kochała go łagodnie i spokojnie, a może tylko pozwalała, żeby on kochał ją. Sabina nie uczyła się niczego porządnie, choć interesowała się wszystkim. Zawsze coś zaczynała, nie kończyła. No i zawsze krążyło wokół niej wielu mężczyzn, którzy niekoniecznie nadawali się do małżeństwa.

Zbliżała się wojna — wielu ludzi to czuło. Tosia chciała nawet uciekać za granicę. Na pewno nie myślała o tym Sabina, w powodzi uczuć, pragnień i przygód, które ją pochłaniały. A potem nagle i niespodziewanie „porządnie” wyszła za mąż — za spokojnego, szanowanego i niezbyt urodziwego inżyniera Emila Krantwirtha. Oczywiście była w nim zakochana, choć mówiła o nim zawsze pobłażliwie: „mój Krantwirth”, ale taka była wówczas w sferach artystycznych maniera.

I przyszła wojna.

Krantwirth i Sabina musieli się rozstać. On bardzo szybko znalazł się w Płaszowie. Dziś wiemy — najbardziej okrutnym z obozów. Okrutniejszym nawet od Oświęcimia, choć nie było w nim krematoriów.

Sabina została w getcie. Była w rozpaczy — próbowała zdobyć jakieś pieniądze, handlowała, narażała się Niemcom. Uważała, że kobieta dla ukochanego mężczyzny powinna zrobić wszystko (mój Boże, skąd ja to tak dobrze znam?).

„Nie narażaj się tak, Sabino — prosiła starsza, rozsądna Tosia — ratuj swoje życie, jemu i tak nie pomożesz”. „On tam beze mnie przecież cierpi — nie rozumiesz? On jest moim życiem!” — mówiła Sabina i płakała…

A potem uśmiechała się, poprawiała włosy, biegła dalej. „Przejdziemy przez to, będzie lepiej — mówiła. — A ty, Rominko, rośnij” — dodawała, całując mnie w czoło. Nazywała mnie Rominką.

W końcu także Sabina znalazła się w obozie w Płaszowie. Podobno zgłosiła się tam dobrowolnie do pracy, żeby być bliżej męża.

Inżynier Emil Krantwirth został w Płaszowie skazany na śmierć i stracony. Oskarżono go o coś błahego, dziś nie wiadomo dokładnie o co. Niesubordynacja? Jakieś drobne przewinienie? Być może ktoś na niego doniósł, to się zdarzało w obozie. A może podejrzewano go o organizowanie wśród więźniów podziemnej komórki oporu.

Żydowska Organizacja Bojowa, ŻOB — rzeczywiście powstała, kierował nią później mój ojciec Dawid.

Egzekucja inżyniera Krantwirtha była najbardziej okrutną egzekucją w całej historii obozu. Myślę, że wtedy nawet niebo nad Płaszowem, które tak wiele widziało, poczerniało ze zgrozy. Wspomnienie tej egzekucji pojawia się w świadectwach wielu więźniów. Nie będę już tego opisywała… w świecie, który okrutny pozostał do dziś, nie znajduję w sobie na to ani chęci, ani sił.

Mówiono tylko, że konał długo, a całe wzgórze, na którym odbywała się egzekucja, czerwone było od jego krwi.

Sabina, która wtedy była w Płaszowie, musiała tam stać i patrzyć…

W jakiś czas później znalazła się w Oświęcimiu.

Obóz w Oświęcimiu podzielony był na części męską i żeńską, odgrodzone zasiekami z drutu kolczastego i pilnowane przez strażników.

Mężczyźni i kobiety mogli się widzieć tylko przez te druciane zasieki albo przez krótką chwilę, kiedy kolumny robotników udawały się do pracy.

Nawet w tych strasznych obozowych warunkach Sabina dbała o siebie. Ogoloną głowę owijała znalezioną gdzieś kolorową chustką (widziałam takie zdjęcia więźniarek w chustkach), pasiak ściągała w talii paskiem, policzki różowała kawałkiem buraka lub proszkiem z cegły. Miała smagłą, aksamitną skórę i duże ciemne oczy, które nie potrzebowały oprawy. Wiedziała, że dobry wygląd znaczy zdolność do pracy — znaczy życie. A ona bardzo chciała żyć.

A potem się zakochała.

Mężczyzna po drugiej stronie kolczastego drutu był także więźniem. Jakoś się wypatrzyli, jakoś znaleźli — poprzez zasieki krzyżowały się ich spojrzenia. Czasem, kiedy pędzono ich do pracy, mogli na chwilę, na jedną krótką chwilę znaleźć się blisko siebie, zamienić parę słów, poznać swoje imiona… Odtąd żyła myślą o nim.

Kilka rzuconych w pośpiechu słów zastępowało miłosne rozmowy; marzenie o nim zastępowało potrzebę bliskości.

Wreszcie postanowili się pobrać. Wiem, że wymyśliła to Sabina. Chciała umrzeć jako jego żona — jeśli już miała umierać. Stykała się codziennie ze śmiercią, musiała się liczyć także i z własną.

Chciała umrzeć, nie tylko kochając kogoś, ale także do niego należąc… Chciała przez ślub, choćby tylko przez ślub…

Znalazła rabina. Wśród grozy i poniżenia, wśród ogolonych na łyso, ubranych w pasiaki żywych trupów znalazła człowieka, który był rabinem. Nie wiem, jak to zrobiła, ale wiem, że przekonała tego rabina, który był człowiekiem.

Gdyby przyłapali ich Niemcy, zastrzeliliby natychmiast także i jego.

Ślub Sabiny i mężczyzny, którego nie znam nawet z imienia, odbył się może o szarym świcie, a może wieczorem, kiedy świecił księżyc. Pod gołym niebem, jak każe religijna tradycja.

Stali naprzeciw siebie po dwóch stronach kolczastego drutu. Sabina w kolorowej chustce — piękna panna młoda w pasiaku jak w białej sukience. Po drugiej stronie on — pan młody. Współwięźniowie otoczyli ich z obu stron, udając, że pracują — tak aby nie zobaczyli ich strażnicy. Trzeba było się śpieszyć.

Rabin odmówił modlitwę, ktoś podał im zrobione z drutu obrączki… „Bądź mi zaślubiona tą obrączką wedle prawa Mojżesza i Izraela” — wyszeptał pan młody…

Przez druty połączyli swoje dłonie. Trwały tak przez chwilę… ich palce przytulone do siebie. I tak dopełniło się ich małżeństwo, niespełnione.

Odtąd Sabina znosiła wszystko — głód, bicie i ból. Unosiła ją miłość, unosiła nad ziemię, pozwalała oddzielić się choćby na chwilę od cierpiącego ciała…

Wiedziała, że jest mu potrzebna. On wiedział, że na niego czeka. Ona chciała żyć dla kogoś, on umiał przyjąć ten dar.

W pewnym momencie stracili się z oczu. Zniknął nagle. Później dowiedziała się, że pognali go z grupą więźniów na roboty w głąb Rzeszy.

Ale ciągle żyła dla niego. Wierzyła, że gdzieś jest, że na nią czeka — nie chciała, nie mogła go zawieść, więc żyła. Aż dopadł ją tyfus.

Po tym, gdy w końcu stycznia 1945 roku Rosjanie dotarli do obozu w Oświęcimiu, moja mama dostała wciśniętą pod drzwi naszego krakowskiego mieszkania małą karteczkę. Brudny, zmięty kawałek papieru, pisane niewprawną ręką litery: „Twoja siostra Sabina żyje i czeka na ciebie, żebyś zabrała ją z obozu, jest chora”. Kiedy mama dojechała do Oświęcimia, Sabina już nie żyła.

Jakiś czas później pojawił się u nas w domu wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. Stary, jak mi się wtedy wydawało — miał ze trzydzieści lat.

Siedzieli potem z mamą przy stole, pili herbatę i jedli chleb z marmoladą — niczego innego wtedy nie było.

To był mąż Sabiny. Wrócił z Niemiec do Krakowa na piechotę. Słyszał, że tam jest Sabina, że przeżyła… Rzadko widziałam moją mamę płaczącą, ale teraz, kiedy to opowiada, jej twarz jest mokra od łez…

— …Dostałam tę kartkę, zaraz wyruszyłam, wiesz, jak teraz jest… Nigdzie nie można dojechać… Najpierw dostałam się na jakąś ciężarówkę pełną Ruskich… nie chcieli mnie z niej wypuścić… no, nieważne… kawałek jechałam chłopską furmanką, potem jeszcze pieszo… to trwało dwa dni… do Oświęcimia…

Mama ociera oczy, jej ramionami wstrząsa szloch. — Kiedy tam weszłam za te druty, nie było już prawie ludzi, wszyscy uciekli… tylko pod murem leżeli ci najbardziej chorzy — leżeli pokotem jeden obok drugiego… niektórzy już nie żyli… pochyliłam się, szukałam… i tam ją znalazłam — dodaje szeptem — nie żyła… nie wiem do dziś, czy to było serce? Umarła chyba przed chwilą, nawet jeszcze jakby na mnie spojrzała… jeszcze chwila i by się uratowała… już prawie wygrała…

Mama płacze, płacze i on — obejmują się i płaczą. Potem mama kładzie mnie spać, a kiedy się budzę, nie ma już u nas męża Sabiny.

Podobno pojechał do Ameryki i ślad po nim zaginął.

Nawet nie znam jego imienia.

Siedzimy we włoskiej restauracji — ty i ja. Stolik nakryty białym obrusem, pijemy czerwone wino, twoje ulubione.

Kładę dłoń na twojej dłoni, a ty nakrywasz ją swoją. Twój dotyk to ciepło, bezpieczeństwo i bliskość… Właśnie opowiedziałam ci historię o Sabinie.

Ale ty wiesz, że chciałam ci w niej powiedzieć o sobie. Dlaczego jestem taka, jaka jestem… Bo przecież mój pośpiech, nerwowość, lęk to jest rodzinna historia…

— No widzisz, jakie kruche jest to życie — uśmiecham się, aby przełamać nastrój — więc może powinniśmy zrobić coś szalonego. Jesteśmy razem, mamy siłę, mamy czas.

A ty patrzysz na mnie swoimi rozumnymi oczami uważnie, przyjaźnie, ale wiem, że się ze mną nie zgadzasz. — Przecież dobrze jest tak, jak jest, mówisz tylko.

— Popatrz, przecież jesteśmy jak dwoje na „Titanicu” — dodaję. Ale ty kręcisz tylko przecząco głową. I nagle zdaję sobie sprawę, że moje pomysły oznaczają dla ciebie przyspieszenie i eskalację uczuć. Ty zaś nienawidzisz pośpiechu i dramatów, lubisz przewidywalność i spokój… długie rozmowy, umiar i rozwagę.

Ja mówię: Carpe diem. — A ty na to: Tempus fugit (oboje uczyliśmy się łaciny) — a więc nie warto już rozpoczynać niczego nowego, skoro znamy zakończenie… Potem pakujesz swój nieodłączny plecak i odprowadzasz mnie przez Planty do domu.

— Wejdziesz jeszcze na górę? — pytam.

— Chyba nie — odpowiadasz, wiem, że masz jeszcze coś napisać, jutro wcześnie wstać… Rozumiem.

Kiedy wspinam się sama po stromych schodach, myślę o tym, że pewnie nigdy nie będziemy naprawdę razem. Każde z nas ma swoje życie… rzadko uda nam się spędzić ze sobą więcej czasu i nie urządzimy się już w życiu jak w ciepłym gniazdku… to cud, żeśmy się w ogóle spotkali. Ale liczy się tylko tu i teraz, a to tu i teraz nie zawsze się nam układa…

A może zawsze liczy się tylko tu i teraz?

Ten kolczasty drut… czuję jego dotyk, kiedy nie potrafimy okazać sobie swoich uczuć, kiedy coś, co tak bliskie — na wyciągnięcie rąk — nagle się oddala.

Może nikt nie należy nigdy do nikogo i spotykają się tylko nasze dłonie?

Wracam do domu sama jak zwykle.

— No, nie martw się tak, Rominko — szepce do mnie na schodach Sabina… — Ubierz się jutro ładnie, uróżuj policzki, idź do ludzi. Przecież wiesz, że każda miłość zawsze będzie trochę niespełniona…

Miłość nie uratowała Sabiny przed śmiercią. Może nie ratuje przed niczym.

Jestem Sabiną?

Nigdy jej nie spotkałam — oprócz tych kilku chwil w getcie, kiedy byłam bardzo mała. Mam tylko jedno jej zdjęcie. Nie znam jej głosu — odeszła, zanim zdążyłam ją poznać. Jestem jak ona? To podobieństwo zawsze było jakąś tajemnicą.

Czy to ja jestem podobna do niej, czy to ona do mnie, tylko ja pojawiłam się później? Sabina jest przeszłością, ja teraźniejszością — dlaczego przyglądam się jej tak uważnie?

Czy szukam w jej losach usprawiedliwienia dla siebie?

Zawsze chciałam mieć siostrę, chciałam mieć rodzinę — babcię, ojca przede wszystkim. — Ale dziś najbardziej brakuje mi siostry. Siostry, która by wszystko o mnie wiedziała, której mogłabym powiedzieć to wszystko, czego nie umiem powiedzieć innym.

Nie umiem się zwierzać, nigdy się tego nie nauczyłam — zresztą nie było komu. Nauczyłam się rozmawiać tylko z sobą samą albo z tymi, których nie ma. Kiedyś, kiedy byłam mała, próbowałam przywoływać w pamięci babcię. Dziś przywołuję siostrę mamy. Sabina — moja siostra.

Kobiety takie jak ona nie umierają.

Wiersz

***

Mały chłopczyk o imieniu Tobiasz nie lubił chodzić do przedszkola — nie lubił i często tam płakał. Któregoś dnia matka przyszła, aby go odebrać. „Tobiasz znowu prawie cały dzień płakał” — opowiadała zmartwiona opiekunka.

Wracali potem do domu. — Słyszałam, synku, że płakałeś dziś w przedszkolu — powiedziała matka, ujmując małą rączkę chłopca.

Mały aż przystanął z wrażenia i nie wypuszczając matczynej ręki, spojrzał na nią okrągłymi, zdziwionymi oczami.

— Słyszałaś???

Poznałam niedawno tę opowieść i ciągle jeszcze o niej myślę, ciągle mnie wzrusza.

Jakże silna, niezłomna i pewna może być wiara dziecka we wszechobecność matki, w to, że zawsze jest, zawsze będzie, zawsze usłyszy, że jest w centrum jego świata, całego uniwersum.

A my? Ludzie wierzący, a może niewierzący też — tak strasznie dorośli — ileż razy płaczemy, a potem spoglądamy w górę, w niebo i pytamy:

„Słyszałeś???”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Radość życia Droga Romo Wolna miłość Dobre dziecko Dziewczynka w czerwonym płaszczyku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej