Cięcie

Cięcie

Autorzy: Hibo Wardere

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 280

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 22.51 zł

Poruszająca historia obrzezanej kobiety.

Wyobraź sobie, że masz sześć lat. Matka budzi cię w środku nocy, myje i ubiera w zniszczone ubranie, a potem prowadzi cię do złowróżbnie wyglądającego namiotu na końcu ogrodu. Tam zostajesz unieruchomiona siłą przez dorosłe kobiety i w okrutny sposób okaleczona. A wszystko to na polecenie twojej rodzicielki.

Hibo Wardere w dzieciństwie padła ofiarą obrzezania, zabiegu tak brutalnego, że w jego następstwie o mało nie straciła życia.

W wieku osiemnastu lat, po wybuchu wojny domowej w Somalii, przeniosła się do Londynu. Tam szybko się zorientowała, że to, co ją spotkało w ojczyźnie, na Zachodzie wcale nie jest czymś normalnym. To właśnie wtedy postanowiła poświęcić się walce ze zwyczajem okaleczania kobiecych narządów płciowych. Zajmując się wychowywaniem dzieci i każdego dnia zmagając się ze straszliwymi konsekwencjami obrzezania, starała się dowiedzieć jak najwięcej o korzeniach tej okrutnej tradycji. Obecnie Hibo pracuje w Londynie i pomaga dziewczętom, którym grozi wywiezienie przez rodziców za granicę w celu obrzezania.

Poruszająca, boleśnie szczera opowieść Hibo jest historią jej niezwykłego życia, ale również przyczynkiem umożliwiającym lepsze zrozumienie tej średniowiecznej praktyki, która miewa się zdumiewająco dobrze w XXI wieku w kraju oddalonym o tysiące kilometrów od Somalii. Przypadki FGM w Wielkiej Brytanii zbyt długo trzymano w tajemnicy. Teraz przyszła pora, by to zmienić.

Ta inspirująca historia ukazuje starcie dwóch kultur w łonie współczesnego społeczeństwa. Teraz okaleczanie kobiecych narządów płciowych to już bardzo brytyjski problem.

Wychowana w Somalii Hibo Wardere jako osiemnastolatka przeniosła się do Londynu, gdzie obecnie zajmuje się prowadzeniem akcji edukacyjnych oraz pracuje jako koordynatorka rządowego programu walki z okaleczaniem kobiecych narządów płciowych. Mieszka z mężem i piątką dzieci we wschodnim Londynie.

Tytuł oryginału

CUT

ONE WOMAN’S FIGHT AGAINST

FGM IN BRITAIN TODAY

Copyright © 2016 by Hibo Wardere

and Anna Wharton Media Ltd

All rights reserved

First published in Great Britain by

Simon & Schuster UK Ltd, 2016

A CBS company

Projekt okładki

Copyright © Simon & Schuster UK, Art Dept.

Opracowanie graficze okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Małgorzata Chałupczak

ISBN 978-83-8123-527-3

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Moim dzieciom

Poniższa opowieść wiernie opisuje doświadczenia autorki, jednak część szczegółów oraz personalia niektórych osób zostały zmienione, by chronić prywatność zainteresowanych.

Prolog

Niebo za oknem poszarzało, do środka zaczęły się wdzierać pierwsze odgłosy budzącego się ze snu Mogadiszu. Z podwórka dobiegało beczenie głodnych owiec i kóz, sąsiadki zaczynały stukać garnkami, by przygotować śniadanie dla bliskich, a często w jednym domu mieszkało nawet i piętnaście osób, tak jak było u nas. Rozbudzone niemowlę głośnym krzykiem domagało się mleka, pogdakujące kury grzebały w piachu w poszukiwaniu przeoczonego wczoraj ziarenka. Kogut też zdążył się przebudzić. Trzepiąc skrzydłami, głośnym pianiem obwieszczał nadejście nowego dnia, znów ubiegłszy imama, który nie zaczął jes zcze wzywać z minaretu wiernych do porannej modlitwy. Gdzieś w oddali rozlegał się warkot uruchamianych maszyn, którymi mężczyźni wyruszali do pracy bądź meczetu po zjedzeniu śniadania przygotowanego przez żony, rybacy szykowali się do kolejnego połowu w wodach Oceanu Indyjskiego, pełni nadziei, że właśnie dziś wrócą z obfitym połowem, może nawet tak wielkim, że nie będą musieli pracować do końca tygodnia.

Ze snu wyrwał mnie delikatny dotyk dłoni matki, mojej hoyo. Gładziła mnie po nodze i powtarzała szeptem w półmroku:

– Hibo… Hibo, zbudź się.

Kiedy, wciąż jeszcze rozespana, wstałam, wzięła mnie za rękę i wyprowadziła z pokoju, który dzieliłam z kuzynkami − Fatimą, Aminą i Saidą. W ciemnościach ledwie rozróżniałam ich sylwetki w wąskich łóżkach. Znajdowały się tylko parę metrów ode mnie, a przecież tak daleko stąd, gdzieś w krainie sennych marzeń. Bawełniana koszula nocna wręcz parzyła skórę w tę upalną somalijską noc, powiewając mi wokół kostek, kiedy matka prowadziła mnie przez pogrążony we śnie dom.

Nie było nawet piątej, zbyt wcześnie, by pierwszy brzask zdążył rozjaśnić okna, ale mury domu wciąż kryły w sobie żar poprzedniego dnia, wszystkich wcześniejszych dni. Upał towarzyszył nam od zawsze, więc nauczyliśmy się nie zwracać na niego uwagi – somalijskie noce były gorące, ale dni jeszcze gorętsze.

Spod zamkniętych drzwi pokoi, które mijałyśmy, sączyło się światło. Za nimi ciotki zaczynały się już krzątać, przygotowując do kolejnego dnia, wypełnionego gotowaniem i sprzątaniem.

Tyle że dziś wszystko miało wyglądać inaczej.

Hoyo zaprowadziła mnie do kuchni. Rozpaliła ogień i napełniła wodą blaszaną balię. Potem powoli zdjęła mi koszulę przez głowę i wsadziła mnie, ciągle zaspaną, do balii. Myła moje ciało, maczając szmatkę w ciepłej wodzie i nacierając ją mydłem, a następnie delikatnie rozprowadzając mydliny po skórze. Robiła to raz za razem, a jej dotyk był tak delikatny jak nigdy dotąd. Nuciła przy tym ludowe piosenki, które poznałam jeszcze jako niemowlę, na długo zanim nauczyłam się rozumieć ich słowa.

– Moja śliczna córeczka… Najpiękniejsza na świecie…

Co jakiś czas przyciągała mnie do siebie, by ucałować moje skronie i powiedzieć mi, jak bardzo mnie kocha. Byłam jeszcze senna, więc nawet nie przyszło mi do głowy, by zapytać, czemu zbudziła mnie tak wcześnie albo dlaczego kąpię się o tej porze zamiast jak zawsze wieczorem – po prostu rozkoszowałam się jej czułością.

– Czeka cię wielki dzień, Hibo – powiedziała w pewnym momencie, całując moje namydlone ramię. – Będziesz dzielna, a ja nie opuszczę cię na krok. Nigdy tego nie zapomnisz. Będę przy tobie cały czas. – Uśmiechnęłam się lekko, kiedy uścisnęła mnie po raz kolejny, rozgrzaną i wciąż śpiącą. – Kocham cię – dodała, obsypując moją buzię całusami.

Czy gdybym przyjrzała się jej uważniej, dostrzegłabym na jej twarzy ślad niepokoju? Czy zauważyłabym, że jej brązowe oczy nie lśnią tego ranka jak zwykle?

W końcu przyszła pora, by wyjść z kąpieli. Matka ujęła mnie pod pachy, tak jak robiła to tysiące razy wcześniej, i wyjęła z balii, a później zaczęła wycierać równie delikatnie, jak przed chwilą namydlała. Potem jednak nie włożyła mi żadnego z tych pięknych strojów, które dostałam podczas przyjęcia – ani żółto-czerwonej sukienki z dopasowanymi kolorystycznie bucikami, ani nawet tej niebieskiej – tylko starą, zniszczoną sukienkę, która wiele lat temu musiała należeć do jednej z moich kuzynek, a teraz nie nadawała się już zupełnie do niczego. Zapomniała też o bieliźnie, ale to nie miało znaczenia – gdy tylko kuzynki się obudzą, sama wezmę sobie z komody w sypialni bawełniane majtki.

– A teraz śniadanie – zakomenderowała hoyo.

Na myśl o anjero aż zaświeciły mi się oczy. Patrzyłam, jak matka nalewa rzadkie kremowe ciasto na ustawioną na ogniu patelnię, a potem płaskim nożem zdejmuje z niej naleśnik o rozmiarach talerza i nakłada na niego więcej masła i cukru, niż sama miałabym kiedykolwiek odwagę wziąć.

– No dalej, jedz – powiedziała, sadzając mnie sobie na kolanach.

Moje długie chude nogi zadyndały w powietrzu. Brzuch ciągle bolał mnie od tych wszystkich pyszności, które wpychałam w siebie od dwóch dni, ale posłusznie zabrałam się do jedzenia. Ostatecznie to była moja hoyo, a naleśniki należały do moich ulubionych przysmaków.

Podczas gdy ja pałaszowałam, matka całowała mnie po karku i powtarzała wciąż od nowa:

– Wszystko będzie dobrze.

Potem postawiła mnie z powrotem na ziemi i podniosła się, żeby usmażyć dla mnie kolejny anjero. I jeszcze jeden. Przy trzecim nawet taki łakomczuch jak ja musiał stracić apetyt. Mój żołądek zaczynał się buntować.

– Jeśli mnie kochasz, to i ten zjesz – powiedziała hoyo.

Posłusznie zabrałam się do jedzenia, bo tak właśnie było – kochałam moją mamę najbardziej na świecie.

Kiedy skończyłam, hoyo chwyciła czajnik z wodą, po czym obie wyszłyśmy na podwórko. Ubita ziemia była już starannie zamieciona i skropiona wodą, by w ciągu dnia nie kurzyło się tak bardzo. Czynność tę powtarzało się wielokrotnie od wschodu do zachodu słońca, bo inaczej wiatr nawiewał pył do domu, na którego sprzątanie mama i ciotki, jak co dzień, miały poświęcić większość ranka.

Woda nadała ziemi złocisty odcień, a rosnące wokół domu różowe kwiaty wkrótce miały rozchylić płatki na powitanie wschodzącego słońca. Z kominów sąsiednich domostw wznosił się już szary dym, wyraźnie widoczny na tle coraz jaśniejszego nieba.

Hoyo wzięła mnie za rękę i mocno ścisnęła, a potem razem z jedną z ciotek ruszyłyśmy w najdalszy kąt ogrodu. Na granicy obejścia rosło tu kilka potężnych drzew, w cieniu których my, dzieciaki, bawiliśmy się popołudniami po szkole. Długie konary niemal dotykały ziemi, a teraz skrywały namiot, wzniesiony na moją cześć w ciągu ostatnich dwóch dni. Tyle razy obserwowałam, jak tę samą beżową płachtę rozciągano dla moich kuzynek – doskonale znałam paliki, które matka kupiła na targu i wbiła w pomarańczową ziemię, a potem wspólnie z ciotkami związała mocno sznurkiem, by wytrzymały tak nawet dwa tygodnie. Dzisiaj to mnie prowadzono w stronę tej prowizorycznej budowli.

– Bądź dzielna – powiedziała hoyo, znów mocno ściskając mi dłoń. – Jestem tutaj…

Nawet nie przyszło mi do głowy, by zapytać, co się wydarzy w tym namiocie albo dlaczego mam być dzielna. Czemu miałabym się martwić, skoro mama była przy mnie? Nigdy nie pomyślałabym, że w jej towarzystwie mogłoby przydarzyć mi się coś złego. Toteż kiedy zbliżałyśmy się do namiotu, odgarniając długie gałęzie niczym ulistnioną zasłonę, czułam jedynie podekscytowanie i słodycz, którą pozostawiły na moich wargach anjero.

Przed wejściem czekały na nas trzy kobiety. Nie były jednak ubrane w kolorowe sukienki, jak wszystkie panie, które zjawiły się na moim przyjęciu z prezentami w rękach. Na ich twarzach nie gościły radosne uśmiechy. Te kobiety były spowite od stóp do głów w ciemne abaje, a głowy miały dodatkowo okryte długimi szalami. Dwie młodsze powitały nas słowami:

– Salam alejkum.

– Alejkum salam.

– Ty jesteś Hibo? – zapytała jedna z nich.

Uśmiechnęła się leciutko, kiedy skinęłam głową.

Nie puszczając mojej ręki, mama zaprowadziła mnie do namiotu. Dzień jeszcze nie wstał, ale w środku już panowała straszna duchota. Na ziemi rozesłano czarną tkaninę, która pomarszczyła się, gdy na nią weszłam. Po lewej leżała słomiana mata, którą ciotki zrobiły ze źdźbeł słomy, zafarbowanych na jaskrawy błękit i czerwień, układających się w skomplikowany wzór. Godzinami przesiadywałam u stóp ciotek, które wyplatały podobne maty dla moich kuzynek, by miały się na czym położyć w identycznym namiocie, więc wystarczył mi jeden rzut oka i od razu wiedziałam, ile czasu zajęło uplecenie tej dla mnie. Od razu też poczułam się wyjątkowa.

Wokół maty nie pozostało już zbyt wiele miejsca, by usiąść na ziemi czy choćby stanąć, a w namiocie zaroiło się jeszcze bardziej, kiedy za mną i matką weszły tamte dwie kobiety i ciotka. Za nimi pojawiła się ostatnia z nieznajomych, której nie miałam dotąd okazji przyjrzeć się uważniej. Była starsza od swoich dwóch towarzyszek – skończyła pewnie z sześćdziesiąt lat, może nawet więcej – skórę miała ciemniejszą niż one, a jej twarz była poradlona zmarszczkami. Zauważyłam, że jej dłonie są szorstkie i poszarzałe – bez wątpienia nie wcierała w nie tłustego kremu, tak jak się robiło w naszym w domu. A jednak roztaczała wokół siebie aurę autorytetu – nie garbiła się ani nie powłóczyła nogami jak większość jej równolatek.

Kiedy w końcu się odezwała, jej głos nie brzmiał tak miękko jak w przypadku kobiet, które przywitały nas przed wejściem – przypominał raczej krótkie warknięcie, które natychmiast wszystkich uciszyło.

– Ty – rzuciła, wskazując jedną ze swoich towarzyszek. – Usiądź za nią i przytrzymaj ją między nogami.

Reszta stłoczyła się jeszcze bardziej, by przepuścić wyznaczoną kobietę. Kiedy ta usiadła na czarnej tkaninie, ja zajęłam miejsce między jej nogami. Hoyo, która stała na lewo ode mnie, puściła w końcu moją dłoń, a stojąca po prawej ciotka rzuciła mi tylko blady uśmiech. Popatrzyłam na matkę − nagle stała się poważna, już się nie uśmiechała − a potem przesunęłam się do tyłu, dopóki nie wsparłam się plecami o siedzącą za mną kobietę. Ta natychmiast objęła mnie z całej siły, tak mocno, że przestraszyłam się, czy nie zmiażdży mi kości.

Spanikowana, popatrzyłam na hoyo w poszukiwaniu wsparcia, jednak na próżno. Matka odwróciła spojrzenie.

– Hoyo? – odezwałam się, ale ona bez słowa wbiła wzrok w ziemię.

Stara kobieta tymczasem usiadła przede mną na niewielkim stołeczku, a druga z jej towarzyszek i moja ciotka przyklękły po obu stronach. Kobieta nie spojrzała na mnie ani razu – zamiast tego poprawiła szal i obmyła dłonie wodą z przyniesionego przez hoyo czajnika. Serce waliło mi tak mocno, że obejmująca mnie od tyłu kobieta z pewnością musiała to czuć, a jednak ani na moment nie zwolniła uścisku, nawet kiedy zaczęłam się lekko wiercić.

Ta starsza starannie namydliła ręce i opłukała je powoli, zupełnie jakby odprawiała jakiś rytuał. Tkanina nad moją głową stawała się coraz jaśniejsza, ciszę poranka przerywały ptasie świergoty, a ja leżałam przygwożdżona do ziemi w ciasnym namiocie, unieruchomiona w objęciach obcej kobiety, z sercem podchodzącym do gardła. Wciąż wracałam myślami do słów hoyo, że wszystko będzie dobrze, że mnie nie opuści, ale nadal nie miałam pojęcia, co się dzieje. Co te kobiety zamierzały ze mną zrobić?

A gdybym wiedziała to zawczasu? Czy weszłabym do tego namiotu? A może wyszarpnęłabym rękę z dłoni matki, zanim w ogóle opuściłyśmy kuchnię? Wybiegłabym z obejścia prosto na ulicę… I co dalej? Przecież byłam bezpieczna tylko tutaj, w tym namiocie, pod czujnym okiem hoyo… Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że miała mnie zdradzić w najokrutniejszy z możliwych sposobów. Wpatrywałam się w twarze tak bliskich mi kobiet − matki i ciotki − w poszukiwaniu jakiegoś znaku, że wszystko będzie dobrze. Na próżno.

– Przytrzymasz jej nogę – poleciła mojej ciotce stara kobieta, „obrzezująca”, jak miałam się potem dowiedzieć.

Druga z jej towarzyszek chwyciła mnie za udo i szarpnęła w bok tak mocno, że przestraszyłam się, czy kość nie wyskoczy mi ze stawu; ciotka z całej siły zacisnęła palce na mojej prawej nodze. Nigdy dotąd nie zaznałam z jej strony takiej brutalności.

– Podciągnij jej sukienkę – poleciła znachorka kobiecie, która siedziała za mną.

Na ułamek sekundy ucisk wokół mojej piersi zelżał, tak że wreszcie mogłam nabrać powietrza, podczas gdy kobieta szarpnęła rąbek mojej sukienki i jednym szybkim ruchem odsłoniła mi pupę. Nawet gdybym miała czas na ucieczkę, nogi i tak odmówiłyby mi posłuszeństwa, leżałam więc bez ruchu, sparaliżowana strachem.

– Hoyo? – wyjąkałam, ale matka wciąż nie podnosiła wzroku. – Hoyo? – powtórzyłam, tym razem bardziej nagląco.

Nadal nic.

Serce podeszło mi do gardła, tak że nie zdołałabym chyba wydusić już nic więcej z zamkniętej w żelaznym uścisku piersi.

Popatrzyłam na siedzącą przede mną kobietę, szukając w jej twarzy najmniejszego śladu życzliwości. Ona jednak spokojnie rozsunęła zamek skórzanej torby, zwisającej jej z szyi na długim pasku i spoczywającej na brzuchu. Dopiero teraz zauważyłam, że palec wskazujący i kciuk jej prawej dłoni mają wyjątkowo długie paznokcie, dłuższe, niż kiedykolwiek wcześniej w życiu widziałam, tak że przypominały pęsetę. Obrzezująca włożyła sękatą rękę do torby, zawierającej, jak się okazało, kilkanaście żyletek. Nie przypominały one jednak żyletek, jakie widywałam w naszej łazience − tych srebrnych i lśniących. Te były brązowe od rdzy i zaschniętej krwi.

Wybrała jedną z nich i zanurzyła ją w czajniku z wodą. Potem wreszcie przelotnie na mnie zerknęła. I wtedy je zobaczyłam, te przerażające czarne oczy o tęczówkach otoczonych kręgiem zamglonej bieli. Wyglądała jak potwór.

Krzyknęłam.

Ale nikt nie zwracał uwagi na moje wołanie.

1

Dlaczego tu i teraz?

Dwadzieścia trzy lata temu usiadłam przy kuchennym stole z dwiema książkami. Jedną był słownik somalijsko-angielski, drugą − praca traktująca o obrzezaniu kobiet.

Sama nie bardzo wiedziałam, czego właściwie mam się spodziewać po lekturze. Mieszkałam w Londynie od niedawna i słabo znałam angielski. Wiedziałam jednak, że ta książka jest dla mnie ważna, że na jej kartach wreszcie znajdę to, czego szukam od lat. Tak więc każdego wieczora, kiedy utuliłam już synka do snu, kładłam na krześle swoje nogi, opuchnięte z powodu drugiej ciąży, i czytałam.

Tłumaczenie tej książki zajęło mi dziewięć miesięcy. Praktycznie każde angielskie słowo sprawdzałam w słowniku w poszukiwaniu jego somalijskiego odpowiednika. W miarę jak moja znajomość angielskiego rosła, każde zdanie, każdy akapit i strona znaczyły dla mnie coraz więcej.

Aż wreszcie natknęłam się na trzy litery, które wydały mi się znajome: FGM. Ze słownika dowiedziałam się, że to skrót od sformułowania female genital mutilation – „okaleczenie kobiecych narządów płciowych”. Miałam już dwadzieścia cztery lata i dziecko, a jednak to właśnie w tym momencie dowiedziałam się, czego doświadczyłam jako sześciolatka. Przymknęłam oczy i przypomniałam sobie pobyt na oddziale położniczym. Na samej górze mojej karty szpitalnej znajdowały się dokładnie te same trzy litery, wypisane pisakiem i otoczone grubą obwódką − ale wtedy nie miałam pojęcia, co one oznaczają. Nikt nie rozmawiał ze mną o tym, co mi się przydarzyło.

Przypomniała mi się też mina lekarki, która przeprowadzała u mnie pierwsze w życiu badanie ginekologiczne − zaraz po moim przyjeździe do Wielkiej Brytanii. To przerażenie w jej oczach, nagła bladość, kiedy podeszła do umywalki i opryskała twarz zimną wodą. Teraz już wiedziałam, dlaczego tak się zachowała. Przeczytałam o tych okrutnych praktykach, po raz pierwszy w życiu zobaczyłam rysunki okaleczeń, jakich dokonuje się u dziewczynek, i wreszcie zrozumiałam, że sama jestem ich ofiarą.

Odłożyłam książki, skryłam twarz w dłoniach i rozpłakałam się. Dopiero teraz zaczęły do mnie docierać wszystkie te brutalne szczegóły, o których przeczytałam. Nagle poczułam, jak mój mąż, Yusuf, mnie obejmuje. Ten gest dodał mi otuchy, ale nie był w stanie złagodzić mojego cierpienia. Nie tylko tego, którego doświadczałam każdego dnia: ciągłego dyskomfortu, nawracających infekcji, bólu, kiedy kochałam się z mężem, traumatycznych doświadczeń porodu. Teraz było coś jeszcze. Wspomnienia, które dręczyły mnie przez całe życie, nagle stały się tak wyraźne i natarczywe: oczy kobiety, która mnie okaleczyła, upał panujący w namiocie, w którym trzymano mnie przez dwa tygodnie – zaledwie o odrobinie jedzenia i wody, fakt, że matka odwróciła głowę, kiedy tamte kobiety przygwoździły mnie do ziemi.

Nauczyłam się żyć z tymi obrazami. To właśnie je staram się przeganiać z myśli za każdym razem, gdy przymykam oczy. Najgorsze jednak jest to, że podobne sceny wcale nie należą do przeszłości, że takie rzeczy przytrafiają się dziewczynkom każdego dnia – i to także tutaj, w Wielkiej Brytanii. W kraju, który zaoferował mi schronienie, o którym myślałam, że jest oddalony o miliony kilometrów od barbarzyńskich praktyk mojej ojczyzny.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) określiła FGM mianem ogólnoświatowej epidemii. Za sprawą migracji nie ma chyba na świecie kraju, w którym dziewczynki nie byłyby narażone na okaleczenie. Szacuje się, że każdego roku zabieg obrzezania przechodzą nawet trzy miliony dziewcząt, a sto trzydzieści milionów kobiet musi się codziennie mierzyć z jego skutkami. Jestem jedną z nich1.

Dopóki nie przeczytałam tamtej książki, nie bardzo zdawałam sobie sprawę, czego właściwie doświadczyłam w dzieciństwie. Wiedziałam tylko, że od tamtego strasznego dnia nie spędzałam już w toalecie góra minuty, by zaraz wypaść z niej niczym huragan, łajana przez matkę, że znów zapomniałam umyć ręce – teraz potrzebowałam nawet kwadransa, by całkowicie opróżnić pęcherz. Każdego dnia zmagałam się teraz z rozmaitymi dolegliwościami. Dlatego właśnie postanowiłam dowiedzieć się jak najwięcej na temat tego, co mi zrobiono. Od tamtej pory minęło dwadzieścia lat, a moja podróż ku wiedzy trwa nadal. Zawiodła mnie ona od książki, którą co wieczór kładłam na kuchennym stole, do tej, którą czytelnik trzyma właś­nie w rękach − poprzez rozliczne szkoły, komisariaty i szpitale, gdzie walczyłam o to, by zwiększyć świadomość społeczeństwa w kwestii obrzezania kobiet. Gdy tylko dowiedziałam się, czym tak naprawdę jest FGM, i zrozumiałam, że dziewczęta są poddawane tym barbarzyńskim praktykom po dziś dzień, uświadomiłam sobie, że nie jest to jedynie mój problem – że to skomplikowana i rozpowszechniona kwestia, o której istnieniu wszyscy powinni się dowiedzieć. To właśnie ta myśl zainspirowała mnie do tego, by mówić i pisać na ten temat.

WHO opublikowała listę dwudziestu dziewięciu krajów – głównie w zachodniej, wschodniej i północno-wschodniej Afryce oraz na Bliskim Wschodzie i w niektórych regionach Azji – w których obrzezanie kobiet jest zjawiskiem powszechnym. Zgodnie z definicją organizacji FGM to „celowe zabiegi zmiany lub okaleczania kobiecych narządów płciowych z przyczyn pozamedycznych”. WHO wymienia cztery jego rodzaje2:

Typ 1: Klitoridektomia: częściowe albo całkowite usunięcie łechtaczki (niewielkiego, silnie unerwionego żeńskiego zewnętrznego narządu płciowego) lub też w niezwykle rzadkich przypadkach jedynie napletka łechtaczki (otaczającego ją fałdu skórnego).

Typ 2: Ekscyzja: częściowe lub całkowite usunięcie łechtaczki oraz warg sromowych mniejszych, a czasem także większych (wargi sromowe to fałdy skóry otaczające wejście do pochwy).

Typ 3: Infibulacja: zwężenie wejścia do pochwy poprzez utworzenie specjalnego zamknięcia. Powstaje ono dzięki nacięciu i przesunięciu wewnętrznych lub zewnętrznych warg sromowych, czemu może również towarzyszyć usunięcie łechtaczki.

Typ 4: Pozostałe: wszelkie okaleczające zabiegi dokonywane na kobiecych narządach płciowych z powodów pozamedycznych, a więc między innymi nakłuwanie, przekłuwanie, nacinanie, zeskrobanie i przypalanie genitaliów.

W moim przypadku przeprowadzono zabieg typu trzeciego – wycięto mi łechtaczkę oraz wewnętrzne i zewnętrzne wargi sromowe, a następnie zszyto skórę, pozostawiając jedynie niewielki otwór, częściowo zakrywający wejście do pochwy. To właśnie nim miały się wydostawać mocz oraz krew menstruacyjna. Ponieważ cewka moczowa jest zasłonięta, mocz musi spłynąć przez rejony zakryte moją skórą, by wydostać się, kropla po kropli, przez otwór. Nic dziwnego, że cierpiałam na regularne infekcje dróg moczowych. Skóra w końcu się zrasta, więc to, co pozostaje z „normalnych” genitaliów, wygląda zupełnie jak u lalki Barbie. Kompletna pustka w miejscu, gdzie powinny się znajdować moje narządy płciowe, i jeden maleńki otwór tam, gdzie kiedyś znajdowało się wejście do pochwy. Jeśli zobaczycie choćby schematyczny rysunek tych okaleczeń, zrozumiecie, że to całkowite zaprzeczenie kobiecości. Po dziś dzień nie jestem w stanie patrzeć na podobne obrazki, nie czując mdłości.

Takim właśnie zabiegom są poddawane kobiety i dziewczęta na całym świecie każdego dnia – przeprowadzanym często bez żadnego znieczulenia czy choćby środków przeciwbólowych, zazwyczaj przez niewykształcone wieśniaczki z niemal zerową wiedzą anatomiczną, w warunkach uwłaczających wszelkim standardom. Kogóż mógłby więc dziwić fakt, że wiele dziewcząt umiera. Z powodu szoku, krwotoku czy zakażenia.

W Somalii miałam koleżanki, których nie widziałam już nigdy więcej po tym, jak poddano je rytuałowi obrzezania – gudnin. Ich zdruzgotani bliscy mówili potem: Inshallah – „Bóg tak chciał”. A jednak FGM nie jest religijną praktyką, nie ma o nim ani słowa w Biblii czy Koranie. To bezsensowna, przekazywana z pokolenia na pokolenie tradycja okaleczania dziewcząt, wywodząca się z czasów przed narodzinami chrześcijaństwa czy islamu, a sięgająca korzeniami starożytnego Egiptu. I podtrzymywana od tysięcy lat − pomimo spustoszeń, jakie czyni w kobiecych ciałach.

Nie ma takiego regionu świata, który byłby historycznie wolny od praktyki obrzezania kobiet, nie wykluczając krajów Zachodu. Aż do połowy zeszłego stulecia, a już zwłaszcza w czasach wiktoriańskich, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Stanach Zjednoczonych stosowano klitoridektomię jako lekarstwo na kompulsywną masturbację, a nawet padaczkę. Wiktoriański ginekolog, Isaac Baker Brown, twierdził, że po takim zabiegu „krnąbrne kobiety zamieniały się w szczęśliwe małżonki, zbuntowane nastoletnie panny wracały potulnie na łono rodziny, a mężatki, wcześniej z niechęcią podchodzące do seksualnych obowiązków, zachodziły w ciążę”3. Uważano, że usunięcie łechtaczki pozwala wykorzenić popęd seksualny u kobiety i poskromić jej temperament. I to właśnie robi się – przynajmniej do pewnego stopnia – za pomocą tych zabiegów po dziś dzień na całym świecie.

Według raportu ogłoszonego w lipcu 2014 roku przez City University London oraz Equality Now w Wielkiej Brytanii mieszka 137 000 kobiet i dziewcząt, które padły ofiarą FGM. Autorzy raportu szacują, że podobne okaleczenie grozi 60 000 mieszkających w Wielkiej Brytanii dziewcząt poniżej piętnastego roku życia4. To tysiące nastolatek, które zgodnie z tym barbarzyńskim zwyczajem mogą zostać trwale okaleczone albo nawet stracić życie z powodu tradycji, która dawno temu powinna zostać wykorzeniona. To te same dziewczynki, z którymi nasze dzieci chodzą do szkoły czy bawią się na podwórku. To niemowlęta, które leżą tuż obok waszego maleństwa na oddziale położniczym. Nastolatki, które słuchają tej samej muzyki, co wasze pociechy. Te dziewczynki niczym się nie różnią od swoich szkolnych koleżanek – choć na szczęście ich rówieśniczki nie muszą się obawiać, że któregoś dnia usłyszą od rodziców, iż nadeszła pora, by dowiedziały się, co to znaczy być kobietą.

A w niektórych kulturach bycie kobietą jest równoznaczne z życiem wypełnionym bólem. Z przemocą, na którą naraża się małą dziewczynkę, byle tylko jej „cnota” pozostała nietknięta, a seksualność znalazła się pod kontrolą, dzięki czemu zyska ona akceptację ze strony wspólnoty. Niestety, dziwnym zrządzeniem losu, urodziłam się w jednej z tych kultur – podobnie jak 60 000 innych dziewcząt w Wielkiej Brytanii.

FGM to problem Wielkiej Brytanii. I całego świata. Ale każdy z nas może się przyczynić do tego, by położyć kres tym okrutnym praktykom.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Prolog

1. Dlaczego tu i teraz?

2. Kintir

3. Gudnin

4. Rzeź

5. Następstwa

6. I wreszcie prawda

7. Wolność

8. Yusuf

9. Seks

10. Przebaczenie

11. Rodzina

12. Łzy Halimy

13. Zaczynam mówić

14. Edukowanie kobiet i mężczyzn w społecznościach praktykujących FGM

15. Bardzo brytyjski problem

16. Medykalizacja FGM

17. Krok w przyszłość

Epilog

Podziękowania

1 http://www.plan-uk.org/because-i-am-a-girl/female-genital-mutilation-fgm/.

2 Definicje te po raz pierwszy pojawiły się w dokumencie Female genital mutilation: a joint WHO/UNICEF/UNFPA [World Health Organization/United Nations Children’s Fund/United Nations Population Fund] statement (1) opublikowanym przez WHO w 1997 roku i zostały powtórzone przez dziesięć agencji Narodów Zjednoczonych w 2008 w Eliminating female genital mutilation: an interagency statement (2).

3 http://www.msmagazine.com/oct00/makingthecut.html.

4 Alison Macfarlane, Prevalence of Female Genital Mutilation in England and Wales: National and local estimates, City University London/Equality Now, 2014.

Spis treści

Prolog

1. Dlaczego tu i teraz?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cięcie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej