Smak życia

Smak życia

Autorzy: Agnieszka Maciąg

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Hobby

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 35.00 zł

Książka „Smak życia” powstała dokładnie 10 lat temu i była efektem zmiany… mojego życia. W 2006 roku nastąpił mój osobisty przełom, gdy „przebudziłam się” do życia świadomego, dobrego, pełnego wdzięczności i celebracji prostych radości w zgodzie z naturą. Ta książka jest wyrazem czystej radości, zachłyśnięcia się cudownym smakiem życia, który udało mi się nareszcie odkryć! Szukałam w tak wielu miejscach, a okazało się, że on jest tu i teraz, tuż obok mnie – wystarczyło tylko się na niego otworzyć!

W „Smaku życia” piszę o moim dzieciństwie u boku wspaniałych kobiet – mamy i babci – które uczyły mnie gotować. Dzielę się również swoimi odkryciami i przywiezionymi z różnych stron świata przepisami na szybkie, proste i zdrowe dania. Wiele z nich stało się kultowymi potrawami dla czytelniczek moich książek, na przykład ulubiona zupa pomidorowa mojego syna Michała, tarta cytrynowa, śledzie mojej mamy czy łosoś teriyaki. Wtedy już skłaniałam się ku diecie wegetariańskiej, ale nadal na moim stole pojawiały się ryby, czasem drób. Zachowałam te przepisy w uaktualnionym wydaniu „Smaku życia” i dodałam zupełnie nowe, a starym nadałam współczesny, jeszcze zdrowszy „szlif ”.

Z wielką radością oddaję w Twoje ręce mój ukochany „Smak życia” – pełen zdrowia, radości, wdzięczności i korzystania z darów natury, którą tak bardzo kocham. Niech Cię cieszy każdego dnia i rozpromienia tak bardzo jak mnie!

 

Z miłością

Agnieszka Maciąg

 

Jak smakuje życie?

Miłością, wiatrem, ziołami i wspomnieniem dzieciństwa.

Malinami, leśnymi grzybami i świeżo upieczonym chlebem.

Niespodziankami i zaskoczeniami podróży.

Czasami słodko, a czasami gorzkawo.

Wszystkie smaki są potrzebne w tej przygodzie.

Wybierzmy się w nią razem.

Jeszcze raz, a jednak zupełnie inaczej…

Od pierwszego wydania tej książki minęło dziesięć lat. Cała dekada! Kiedy pisałam Smak życia, a później trzymałam w rękach wydrukowany egzemplarz, nie sądziłam, że jestem na początku fascynującej drogi, na której czeka na mnie mnóstwo niezwykłych, zaskakujących, ważnych odkryć. Kulinarnych, osobistych, duchowych…

Dziesięć lat temu życie miało dla mnie smak między innymi słodko-ostrych aromatycznych krewetek z karaibskich plaż, pobudzającego meksykańskiego chłodnika gazpacho, wybornego kurczaka w cytrusach i bananów w białym winie. Dziś częściowo się to zmieniło. Zupełnie zrezygnowałam z alkoholu i mięsa, a ryby i owoce morza jadam bardzo sporadycznie. Kuchnia roślinna, która stanowi podstawę mojego pożywienia, jest przebogata, zdrowa i pyszna. Wiem jednak, że przejście na dietę wegetariańską dla wielu osób może okazać się trudne. Gdy pisałam Smak życia, byłam w połowie drogi. Zmiana moich przyzwyczajeń kulinarnych nie była rewolucją, a ewolucją. Najpierw zrezygnowałam z mięsa ssaków, ograniczyłam się tylko do drobiu i ryb i stopniowo wprowadzałam coraz więcej potraw roślinnych. Wiem, że wiele osób przechodzi na dietę bezmięsną w podobny sposób, dlatego we wznowieniu tej książki dzielę się przepisami na wyśmienite i proste w przygotowaniu dania z drobiu, ryb i owoców morza. Niech każdy znajdzie coś dla siebie i odnajdzie własną drogę do zdrowego życia!

Co jeszcze uległo zmianie? Gotując, stosuję więcej dobrych tłuszczów, odstąpiłam na przykład od smażenia na oliwie, którą z powodzeniem zastępuję masłem klarowanym. Ponadto wyeliminowałam biały cukier, zamiast którego używam zdrowszego cukru trzcinowego i miodu. Zupełnie zrezygnowałam z produktów zawierających chemiczne dodatki (na przykład do pieczenia wybieram wyłącznie proszek bez fosforanów lub sodę oczyszczoną), zamiast soli morskiej częściej stosuję dobrej jakości sól himalajską.

Zmieniła się jeszcze jedna rzecz – tym razem nie we mnie i w moim podejściu do kuchni, lecz wokół mnie. W ciągu ostatnich lat znacznie wzrosła świadomość kulinarna Polaków, zdrowe gotowanie w wielu kręgach stało się modne, a w sklepach – nie tylko tych z żywnością ekologiczną – pojawiły się produkty niegdyś nieobecne lub rzadkie. Dziś możemy kupić na wagę różnego rodzaju kasze, na stoisku warzywnym znajdziemy okrę, roszponkę i szparagi, a po przebogatą w substancje odżywcze spirulinę możemy się wybrać nawet do lepiej zaopatrzonego marketu osiedlowego. Poza tym wiele produktów jest dostępnych przez internet. To ogromnie cieszy. I dowodzi, że coraz więcej osób czuje potrzebę, by odkrywać nowe, zaskakujące smaki i dbać o zdrowie.

Książka, którą trzymasz w rękach, jest wznowieniem tej z 2007 roku. Zawiera uaktualnione przepisy, w których część składników zastąpiłam zdrowszymi produktami. Ponadto wzbogaciłam ją o receptury wypróbowane i pokochane w ciągu ostatnich lat – również zupełnie nowe, dotąd niepublikowane. Moje życie nieustannie się zmienia, ponieważ tak jak Ty, jestem w podróży życia. Niech ta podróż będzie dla nas pełna wspaniałych odkryć, przeżyć i najpiękniejszych smaków!

Doskonale pamiętam, kiedy zaczęłam gotować. Miałam wtedy kilka lat – trzy, może cztery. Pierwsze dania powstawały z piasku i trawy. Wkrótce kulinarna fantazja pchnęła mnie ku nowym odkryciom. Do metalowych garnuszków trafiały liście mlecza, koniczyny, płatki kwiatów, kamyki i woda z kałuży.

Nie miałam zbyt wielu życiowych doświadczeń, ale wiedziałam, że ten, kto gotuje, ma władzę. Dzieci chętnie naśladują osoby, które w ich mniemaniu mają władzę. Gdy mama krzyczała przez otwarte okno: „Agnieszka, obiad!”, wiedziałam, że nie mam wyboru, i natychmiast maszerowałam do domu.

Jednak już wtedy gotowanie, karmienie rodziny odbierałam jako przejaw miłości, opieki i troski. Chciałam być dobrym opiekunem mojego mikroświata. Pamiętam chwile spędzone w kuchni z babcią Anią. Na dużym stole szybkimi ruchami zagniatała ciasto na makaron. Jak to możliwe, że z białego proszku i wody powstawała sprężysta, zwarta kula o dziwnym zapachu? Potem rozwałkowana, cieniutka jak papier, pocięta w paski lądowała w rosole i stawała się – na moim talerzu w drobne kwiatki – uparcie spadającym z łyżki makaronem. Czysta magia.

Zastanawiał mnie ten straszny proces znikania – kilka godzin pracy, by przygotować posiłek, który w kilka minut stawał się tylko… wspomnieniem. Wówczas nie umiałam docenić wagi wspomnień. Nauczyłam się tego dużo później.

Zawsze towarzyszyłam mamie w przygotowywaniu posiłków dla naszej licznej rodziny. Mama w pracy projektowała drogi, a w domu była mistrzynią gotowania. Przyrządzała tradycyjne, podlaskie potrawy. Zrazy w aromatycznym sosie, kotlety mielone, krupniki, babki drożdżowe, śledzie w cieście, pierogi w rosole, smalec z majerankiem, ogórki kiszone, swojskie kiełbasy… Mogę wymieniać bez końca. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało, że wychowana na tradycyjnej polskiej kuchni nie stałam się gruba. Zawdzięczam to chyba temu, że byłam bardzo ruchliwa. No i poszło mi we wzrost.

Dorastałam w niełatwych czasach i zawsze czegoś brakowało w sklepach, ale nigdy w domu. Gdy jako nastolatka sama zaczęłam gotować, nastał naprawdę trudny okres spożywczego deficytu. Do dzisiaj mam fantastyczne książki kucharskie z tamtych lat, pełne przepisów w rodzaju: „Jajka à la flaczki” lub „Ser à la schabowy”. Niezapomniana kulinarna fantazja czasów głębokiego kryzysu. Zbierałam te przepisy, sądząc, że przydadzą mi się, gdy będę miała własną rodzinę. Na szczęście dzisiaj są tylko zabawnym eksponatem z minionej epoki.

Białystok – Nowy Jork

Pod koniec lat osiemdziesiątych po raz pierwszy wyjechałam na Zachód. Zaczęłam pracować jako modelka w agencji Wilhelmina. Nowy Jork był miastem moich marzeń, obietnicą wiecznej szczęśliwości. Tymczasem stał się miastem… wyrzeczeń.

Nowy Jork to niezwykła mieszanka kulturowa i kulinarna! Oto trafiłam do miejsca, w którym skupiał się cały świat. To miasto pachniało jedzeniem. Nie przypuszczałam nawet, że świat jest pełen tak niezwykłych smaków i aromatów. Co chwila inne zapachy otwierały we mnie obrazy miejsc, w których nigdy nie byłam. Odkryłam, że w zapachu potraw zawiera się tęsknota, tak jak w muzyce. Już samo wejście do maleńkiego sklepu z kawą przy St. Mark’s Place było błyskawiczną podróżą do Kolumbii i na Jawę. Wszędzie stały duże bawełniane worki wypełnione kawą, pokryte napisami w językach, których nie znałam. Powietrze przesycał aromat świeżych amerykańskich mufinek. Obok była restauracja japońska, dalej indyjska, marokańska, ukraińska. Nie wyjeżdżając z Nowego Jorku, mogłam odbyć kulinarną podróż po wszystkich kontynentach, po wszystkich krajach świata. Mogłam, ale tylko teoretycznie. W każdy poniedziałek w mojej agencji skrupulatnie mnie ważono. Byłam szczupła, ale okazało się, że powinnam być jeszcze szczuplejsza. Modelka nie ma być szczupła – modelka ma być chuda! Nie umiałam się odchudzać, nigdy przedtem tego nie robiłam. Nie wiedziałam, jak pogodzić te restrykcyjne ograniczenia kulinarne z ogromną potrzebą doświadczania życia, a naturalną skłonność zodiakalnego Byka do radowania się jedzeniem – z ideałem piękna naszych czasów. Musiałam się tego nauczyć. Zajęło mi to… kilka lat.

Jak schudłam, jedząc

W ciągu kilku lat spędzonych w świecie mody wypróbowałam na sobie wiele diet. Pracując dla najlepszych agencji świata, spotykałam się ze słynnymi dietetykami, którzy uczyli mnie, co i jak jeść. Sporo się dowiedziałam, ale też doświadczyłam na własnej skórze wielu dietetycznych histerii.

Zmienia się moda na długość sukienek, kolory, fasony i kroje. Tak samo jest w przypadku produktów spożywczych. One też mogą być modne albo niemodne.

Kiedy zaczynałam pracę modelki, za niezbędne uznawało się wykluczenie z pożywienia soli. Prawdziwy koszmar. Jedzenie potraw bez dodatku soli jest torturą. Męczyłam się jednak, wierząc moim amerykańskim guru od spraw żywienia, którzy przytaczali niezbite dowody na to, że sól niszczy wątrobę, nerki, a przede wszystkim zatrzymuje wodę w organizmie. To był największy problem, ponieważ uniemożliwiał szybkie chudnięcie. Wkrótce na rynku pojawił się chemiczny substytut soli, bardzo drogi i bardzo… gorzki. Jego smak nie miał nic wspólnego ze smakiem soli, mimo to Amerykanki kupowały go jak świeże bułeczki. Co się okazało po jakimś czasie? Guru od spraw żywienia zmienili zdanie: sól jest niezbędna do życia, zawiera niezastąpione makro- i mikroelementy. Dziś wiedzą o tym chyba wszyscy. Trzeba tylko używać jej z umiarem.

Kolejnym wyklętym produktem był cukier. Należało zastępować go słodzikiem. Później okazało się, że używanie chemicznych słodzików jest nie tylko niezdrowe, ale również bezcelowe z punktu widzenia odchudzania. Zjadając słodki pokarm, przekazujemy do mózgu informację o pewnej ilości energii, której on dostarcza. Gdy za słodkim smakiem nie idą kalorie, organizm chce je zdobyć w inny sposób, przez co stajemy się głodni. Okropne zamieszanie. To oczywiście prawda, że sztuczne zamienniki cukru są bardzo szkodliwe, a niektóre podejrzewa się nawet o działanie rakotwórcze. Biały cukier również sieje w naszym organizmie spustoszenie. Na szczęście powszechnie dostępne są zdrowe produkty o słodkim smaku: cukier trzcinowy, cukier kokosowy, ksylitol, zdrowa melasa, a także szeroki wybór naturalnych miodów. Słodki smak jest nam potrzebny, nie możemy z niego zrezygnować. Warto jednak zadbać o to, by był naturalny.

Kolejne tematy to masło – najpierw zakazane, potem zalecane. Banany – strasznie tuczące, a jednak bogate w niezbędny potas. Awokado i łosoś – za tłuste, ale konieczne dla dobrego funkcjonowania wzroku i młodego wyglądu skóry. Takich produktów – zdrowych, lecz niegdyś uważanych za szkodliwe – jest całe mnóstwo.

Co najzabawniejsze, po rozpoczęciu odchudzania nagle zaczęłam przybierać na wadze. Mój organizm zupełnie się rozregulował i straciłam nad nim kontrolę. Wcześniej nigdy niczego sobie nie odmawiałam. Gdy byłam głodna, jadłam dokładnie tyle, ile potrzebowałam. Nie znałam ani uczucia głodu, ani kulinarnych zakazów.

Nagle znalazłam się w zwariowanym świecie, gdzie wszyscy mówili o wadze, a utrata każdego kilograma była kwestią życia lub śmierci. Całkiem się w tym pogubiłam.

Z domu wyniosłam wiele kulinarnych przyzwyczajeń. Wydawało mi się, że wyłącznie taki sposób odżywiania jest właściwy. Gdy przestałam jadać na śniadanie kanapki z wędliną, miałam wrażenie, że jestem chora i wiecznie głodna. Liczenie kalorii stało się moją obsesją. Zjedzenie kawałka czekolady traktowałam jak poważne przestępstwo. Codziennie rano stawałam na wadze i codziennie czułam się za gruba. Aż dziwne, że nie wpadłam w anoreksję lub bulimię. Myślę, że obroniły mnie przed tym zdrowy rozsądek i poszukiwanie własnego, właściwego dla mnie sposobu odżywiania. Zrozumiałam, że dla samej siebie muszę odbyć taką „podróż”.

Poszukiwanie diety cud jest bezcelowe, bo taka nie istnieje. Im bardziej się ograniczałam, tym bardziej przybierałam na wadze, gdy wracałam do normalnego odżywiania. Wiedziałam też, że niezależnie od tego, jaki zawód wykonuję, najlepiej czuję się wtedy, gdy jestem szczupła. Dobitnie przekonałam się o tym, gdy zaszłam w ciążę. Folgowałam wówczas wszelkim swoim kulinarnym zachciankom, jadłam wszystko to, co przez lata pracy modelki było dla mnie zakazane. Wreszcie byłam szczęśliwa. Ale nie trwało to długo. Wkrótce stałam się bowiem panią o obfitych kształtach. Czułam się okropnie i przekonałam się, że nic tak nie dodaje lat jak dodatkowe kilogramy. Przestraszyłam się, bo wiedziałam, że ciąża to nie jest dobry czas na odchudzanie. Co ciekawe, mimo że tak „doskonale” się odżywiałam, stwierdzono u mnie anemię. Wkrótce okazało się też, że mój organizm nie przyswaja syntetycznych witamin tak, jak bym sobie tego życzyła. Sięgnęłam po książki na temat zdrowego żywienia. Czytałam o witaminach i minerałach zawartych w naturalnym pożywieniu. Na efekty nie musiałam długo czekać. Okazało się, że sok z buraków, suszone morele i natka pietruszki zaspokoiły zapotrzebowanie mojego organizmu na żelazo, czego nie były w stanie uczynić tabletki. Zupełnie zmieniłam sposób myślenia. Nie liczyłam już kalorii, ale zastanawiałam się, co jest najbardziej potrzebne mnie i mojemu dziecku. Wkrótce przestałam tyć, a moja morfologia stała się wzorowa.

Po urodzeniu dziecka byłam szczupła, choć zostało mi kilka kilogramów, których chciałam się pozbyć. Karmiłam piersią, nie mogłam się ograniczać. Ćwiczenia fizyczne nie wchodziły w rachubę, ponieważ wtedy ich nie znosiłam. Trafiłam na książkę, która mówiła o diecie niełączenia. Po jej przeczytaniu doszłam do wniosku, że jest to najrozsądniejsza metoda, z jaką kiedykolwiek się spotkałam. Mówiąc w największym skrócie, polega ona na odpowiednim łączeniu produktów podczas przyrządzania posiłków. Jej podstawą jest niełączenie ze sobą białek (mięso, ryby, drób, sery, jajka, orzechy, mleko) z węglowodanami (makaron, pieczywo i inne produkty z mąki, ziemniaki). Białka i węglowodany można natomiast łączyć z warzywami (ale nie z ziemniakami, które znajdują się w grupie węglowodanów). Zatem łączenie mięsa z ziemniakami jest nieodpowiednie, tak samo jak chleba z serem, wędliną lub rybą. Zasada jest prosta: łączymy je z warzywami świeżymi, gotowanymi, grillowanymi, pieczonymi. Podstawą tej diety jest nie ograniczenie, lecz różnorodność i obfitość. Gdy zaczęłam jej przestrzegać, jadłam sporo, lecz wkrótce stałam się szczuplejsza niż kiedykolwiek przedtem. I co ważne, miałam dużo energii.

Przekonałam się, że jedynie zmiana przyzwyczajeń oraz sposobu odżywiania się daje doskonałe, długotrwałe efekty. Oczywiście zrezygnowałam z jedzenia słodyczy. Gdy miałam ochotę na coś słodkiego, sięgałam po owoce, świeże lub suszone. Raz w tygodniu robiłam sobie „dzień dziecka” i jadłam jakiś superdeser. Bez liczenia kalorii i wyrzutów sumienia. Potem szłam na spacer dłuższy niż zwykle. Choć w czasie ciąży postanowiłam zrezygnować z pracy modelki, to zajęcie samo do mnie przyszło. Wyglądałam tak dobrze, że zaczęłam dostawać nowe zlecenia.

Radość życia

Podróżując po świecie, z kuchni różnych narodów wybierałam coś odpowiedniego dla mojego sposobu odżywiania. Nareszcie mogłam cieszyć się jedzeniem. Odkrywanie nowych smaków stało się moją pasją. W każdym miejscu chciałam spróbować czegoś innego. Zbierałam przepisy, a każdą nowo poznaną potrawę przyrządzałam potem w domu. Czasem okazywało się, że potrzebne są mniejsze lub większe modyfikacje, gdyż nadal nie wszystkie produkty można było kupić w Polsce. Zastępowałam je tymi, które są u nas dostępne.

Niektóre potrawy stały się dla mnie inspiracją do tworzenia zupełnie nowych przepisów.

Z kuchni polskiej wybrałam moje ulubione dania, które gotuję od wielu lat. Jestem zwolenniczką kultywowania naszej tradycyjnej kuchni. Należy jednak pamiętać, że stworzyli ją ciężko pracujący ludzie, żyjący w ostrym klimacie. Jak pisał Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu: „Aby cenić litewskie pieśni i potrawy, trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy”. Nasi przodkowie potrzebowali dużo energii (pochodzącej choćby z tłuszczu), by przetrwać chłody i mieć siłę do pracy. Czasy się zmieniły, klimat też. Żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości, dlaczego więc mielibyśmy się odżywiać tak, jak było to przyjęte kiedyś? Sposób odżywiania się musi ulegać zmianom, tak by odpowiadał naszym rzeczywistym potrzebom. Z tego powodu na bazie tradycyjnych polskich potraw tworzę ich nowe, lżejsze wersje.

Jak słusznie zauważył ojciec Grande w książce Ojca Grande przepisy na zdrowe życie: „(…) polskie żołądki, które trawią bigos i kotlety schabowe, radzą sobie z mocną, fuzlową wódką, zagryzaną grzybkiem w occie, dawno już powinny były trafić do Księgi rekordów Guinnessa. Gdyby taki, co nie daj Boże, Japończyk, Chińczyk czy Hindus najadł się bigosu à la Mickiewicz czy Wańkowicz – to wysiądzie mu i trzustka, i wątroba i przez parę tygodni będzie się musiał leczyć z ogólnego zatrucia”.

Poznając kuchnię danego regionu, możemy dowiedzieć się czegoś więcej o jego mieszkańcach, ich mentalności, a przede wszystkim o duszy (zbiorowej). Kuchnia powie nam o nich tyle, ile poezja, muzyka czy malarstwo. Musimy jedynie nauczyć się z niej czytać.

Czary w kuchni

Zapach przygotowywanych potraw może działać jak domowa aromaterapia. Nawet medycyna uznaje wpływ zapachu na samopoczucie. Nic tak nie koi nerwów, jak aromat domowego jedzenia. Zwłaszcza zimą daje poczucie ciepła i bezpieczeństwa.

Podczas gotowania przekazujemy w potrawach swoją energię, własne uczucia, emocje. W niektórych restauracjach w Japonii kucharz może – ba, nawet powinien – powiadomić pracodawcę, gdy ma zły dzień. Tego dnia nie gotuje, by jego negatywna energia nie znalazła się w potrawach. Kobiety w Brazylii śmieją się podczas gotowania, żeby w jedzeniu były radość i miłość. Gotowanie jest procesem twórczym. W kuchni stajemy się artystami życia. Doświadczamy sacrum w zwykłych rzeczach. Dla mnie gotowanie to nie chemia – to magia.

Czy kuchnia można czarować? Dobry kucharz chce wzbudzić emocje w osobie, dla której gotuje. Stare powiedzenie: „przez żołądek do serca (mężczyzny)” nie jest pozbawione sensu. Przez żołądek do serca człowieka – dziecka, kobiety, rodziny, przyjaciół. Choć przygotowanie potraw zajmuje więcej czasu niż ich jedzenie, pozostają wspomnienia. Każdy z nas je ma, są w nas wpisane. Jesteśmy z nich zbudowani. Nie da się ich przekazać, gdyż angażują jednocześnie wszystkie zmysły: węch, smak, wzrok, dotyk, a nawet słuch. Podobno w czasie posiłku smak dostarcza tylko dziesięciu procent doznań. Rzadko zdajemy sobie sprawę, jak ważny jest dźwięk jedzenia. Równie istotne są walory wizualne, dlatego nie chowam najlepszych nakryć stołowych na wyjątkowe okazje. Staram się zawsze pięknie jadać. O tym, jak ważny jest zmysł wzroku, przekonałam się, gdy pewnego dnia na przyjęciu podano mi wino w czarnym kieliszku (wtedy jeszcze zdarzało mi się pić alkohol). Nie było to przezroczyste, kolorowe szkło, lecz matowe, o głębokiej, nieprzeniknionej czarnej barwie. Nie widziałam koloru wina. Z irytacją zastanawiałam się, czy jest białe czy czerwone. Myślałam, że jego zapach będzie dla mnie wskazówką. Nic bardziej mylnego – nie miałam radości ani z bukietu, ani ze smaku tego wina, choć podobno było doskonałe. To samo dotyczy jedzenia. Najbardziej wykwintna potrawa podana na plastikowym talerzyku traci urok, a najprostsze danie podane w piękny sposób na dużym talerzu staje się czymś wyjątkowym. Wielu restauratorów wykorzystuje tę wiedzę, każąc sobie słono płacić za proste i tanie potrawy serwowane na wytwornych naczyniach.

Odrobina spokoju

Jedzenie towarzyszy ważnym chwilom w naszym życiu: chrzcinom, pogrzebom, ślubom. Zaręczyny, romantyczne kolacje zakochanych, spotkania przyjaciół, przyjęcia urodzinowe. Jedzenie jednoczy. Dlatego wykorzystuje się je również chociażby w interesach – ważne sprawy omawia się podczas biznesowych lunchów czy kolacji. Osobiście nie lubię łączyć ze sobą tych dwóch obszarów życia. Zresztą biznesowe posiłki nie są zdrowe, ponieważ napięcie nerwowe hamuje wydzielanie soków trawiennych. Nie jadam też na bankietach. Jedzenie szybko, na stojąco, w czasie rozmów, w stresie to gwarancja złego samopoczucia. Znam jednak wiele osób, które podczas wykwintnych kolacji zrobiły interes życia.

Jedzenie wymaga spokoju, a w dzisiejszych czasach spokój jest towarem deficytowym. Mnóstwo urządzeń pomaga nam oszczędzać czas, a mamy go coraz mniej. Jeszcze nigdy życie nie biegło tak szybko. Często jemy byle co, byle jak i byle gdzie. Nie starcza nam czasu, by właściwie o siebie zadbać. Nasze zagonienie wykorzystują producenci żywności, którzy oferują produkty nafaszerowane chemią – zupy w proszku, pakowane w folię wędliny, ciasta zachowujące świeżość przez wiele miesięcy, warzywa, które nigdy się nie psują, fast foody… Tymczasem dobre i zdrowe potrawy można przygotować w krótkim czasie. Zamiast kanapek warto zabierać do pracy zrobione wcześniej sałatki w lekkich pojemnikach. Nauczyłam się tego od moich koleżanek modelek. W czasie całego dnia nie zawsze mogłyśmy liczyć na zdrowe i niskokaloryczne jedzenie.

Jak wszystkie osoby przyrządzające potrawy dla siebie i bliskich mam swoje własne sposoby gotowania, ulubione smaki, przyprawy, proporcje. Każdy musi znaleźć je sam dla siebie. Kuchnia to wspaniałe pole do popisu dla kreatywności, fantazji i wyczucia… smaku. Trzeba poznać narzędzia i produkty i wybierać te najlepszej jakości. Wiedzieć, co z czym dobrze się komponuje, a czego nie należy ze sobą łączyć. To kwestia wprawy, doświadczenia i świadomości materii – tak jak w modzie.

Hildegarda z Bingen, żyjąca blisko tysiąc lat temu, mawiała, że ludzi dotykają przeróżne choroby, ale na Ziemi znajdują się odpowiednie rośliny, by je wyleczyć. Wiele lat spędziła na badaniu właściwości roślin i tego, jak wpływają one na ludzki organizm. Naukowcy, którzy dzisiaj testują wyniki badań Hildegardy, są zdumieni trafnością jej wniosków. Ja również, podobnie jak ona, jestem przekonana, że odpowiedź na nasze potrzeby możemy znaleźć w naturze. Hildegarda nie tylko świetnie gotowała, była także poetką i wybitną kompozytorką. Na wiele sposobów wyrażała miłość i pasję życia.

Dziś, choć moja wiedza na temat kulinariów i prozdrowotnych właściwości składników odżywczych jest większa niż dziesięć lat temu, wciąż nie chcę, aby moje książki miały postać typowych poradników. Nie jestem teoretykiem żywienia, ale kobietą, która na własnej skórze doświadczyła tego, jak ostro trzeba walczyć, by sprostać ideałom piękna dzisiejszego świata. Udało mi się w tym świecie przetrwać, w naturalny sposób urodzić córeczkę w wieku czterdziestu trzech lat, jestem zdrowa i nigdy nie zapadłam na żadną chorobę związaną z obsesją na punkcie odżywiania. Wciąż potrafię cieszyć się jedzeniem. Sprawić, by stało się sztuką i radością mojego życia.

To, co jemy, ma ogromny wpływ na nasz wygląd. Wcale nie myślę tu jedynie o szczupłej sylwetce. Od tego, co mamy na talerzu, zależy także stan skóry, włosów i paznokci. Wiele „cudownych” diet polega na ograniczeniach. Dotyczą one przede wszystkim tłustych ryb (łosoś), owoców (awokado) lub nasion (orzechy, migdały). Zupełnie się z tym nie zgadzam. Tłuszcz zawarty w tym pożywieniu jest niezbędny do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Odżywia skórę, wzmacnia włosy i paznokcie. Znam osoby, które stosowały drastyczne diety i kiedy ukończyły trzydziesty rok życia, ich cera wyglądała jak u osób znacznie starszych. Stało się tak właśnie z powodu niedoboru tego zdrowego tłuszczu. Bardzo popularne są ostatnio kapsułki z witaminami A i E. Jestem zdania, że to, co jest nam potrzebne dla zachowania zdrowia i pięknego wyglądu, należy czerpać z natury. Uroda to również witalność i energia, którymi emanujemy. Jedzenie ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie. Tłuste, ciężkie, wysoko przetworzone pożywienie powoduje, że stajemy się ociężali i mamy mało energii, a to nie dodaje uroku.

Wiele badań dowiodło, że najlepsza dla naszego samopoczucia i wyglądu jest dieta śródziemnomorska, opierająca się na dużej ilości warzyw, owoców i ryb, a niewielkiej ilości mięsa. Jeśli ktoś się upiera, by jeść mięso, radzę zrezygnować z wędlin pełnych saletry oraz innych środków chemicznych, używanych w procesie produkcji do konserwowania i polepszenia smaku. Zamiast tego raz na jakiś czas można zjeść dobrze przyrządzony stek z dodatkiem pysznej sałaty. Nie należy zapominać też o nabiale, kaszach, roślinach strączkowych. Ponadto w codziennym menu powinno się znaleźć sporo ziaren słonecznika, pestek dyni, migdałów i orzechów. Warto zainteresować się również serem tofu, wodorostami i różnymi odmianami herbat.

Włosy

Aby poprawić wygląd włosów – a przy okazji skóry i paznokci – pij napar ze skrzypu polnego, zawiera bowiem dużą ilość krzemu. Rób to systematycznie – pij przynajmniej szklankę naparu dziennie przez miesiąc.

Ziołowe napary

do płukania włosów

* * *

Wybór dobrych, naturalnych kosmetyków do pielęgnowania włosów jest ogromny, warto jednak uzupełnić je ziołowymi naparami do płukania. Będąc nastolatką, znalazłam w magazynie „Filipinka” przepis na mieszanki ziołowe, których używam do dziś. Dzięki nim włosy stają się zdrowe, puszyste i lśniące.

SKŁADNIKI

Do włosów jasnych

krwawnik – likwiduje podrażnienia, ułatwia układanie fryzury

mydlnica – oczyszcza włosy, które dzięki temu lepiej się układają

nagietek – odżywia włosy, działa przeciwłupieżowo, łagodzi podrażnienia skóry głowy

pokrzywa – odżywia włosy, wspomaga ich wzrost

rumianek – działa bakteriobójczo i przeciwłupieżowo, nadaje włosom puszystość i złocisty odcień

tatarak – nadaje włosom miły zapach, odżywia je i wzmacnia

Do włosów ciemnych

brzoza – działa przeciwłupieżowo, odżywczo i zmiękczająco

chmiel – wzmacnia cebulki włosowe

kora dębu – wzmacnia brązowy kolor włosów, nadaje im połysk

lipa – nadaje piękny zapach

rozmaryn – odżywia włosy, nadaje im jedwabisty połysk

szałwia – odżywia, zapobiega przetłuszczaniu, nadaje połysk, pomaga w układaniu fryzury

WYKONANIE

Zioła (najlepiej pakowane luzem, a nie z torebek do zaparzania) wymieszaj w równych proporcjach. Odmierz 5 łyżek mieszanki, zalej 1 litrem letniej wody, doprowadź do wrzenia, a następnie gotuj przez 10 minut na malutkim ogniu. Gdy napar ostygnie, przecedź go przez bardzo gęste sito. Umyj włosy ulubionym szamponem, nałóż na nie odżywkę, a na koniec wypłucz je w letnim naparze. Od razu poczujesz różnicę!

Maseczka do suchych włosów

* * *

SKŁADNIKI

1 żółtko

sok wyciśnięty z ½ cytryny

kilka kropli oleju rycynowego

WYKONANIE

Żółtko utrzyj z sokiem z cytryny i olejem rycynowym. Jego ilość zależy od stanu włosów, ale nie należy z nim przesadzać, bo jest bardzo tłusty. Nanieś maseczkę na włosy, osłoń je czepkiem foliowym, a następnie ręcznikiem (maseczka najlepiej działa w cieple). Po upływie ½ godziny umyj włosy szamponem. Stosuj raz w tygodniu.

Twarz

Odżywcza maseczka z miodu

* * *

Miód jest bogaty w minerały i witaminy, dzięki czemu doskonale odżywia skórę. Do robienia maseczek należy używać wyłącznie miodu jasnego. W celu wzbogacenia maseczki do miodu można dodać utarty w moździerzu pyłek pszczeli.

SKŁADNIKI

2 łyżki jasnego miodu

1 łyżeczka utartego pyłku pszczelego

WYKONANIE

Dokładnie wymieszaj miód z pyłkiem. Maseczkę nałóż na twarz, szyję i dekolt. Skóra wchłonie zawarte w miodzie substancje odżywcze. Po 10 minutach zmyj maseczkę letnią wodą. Osoby o rozszerzonych naczynkach krwionośnych powinny miodu używać z umiarem.

Peeling z płatków owsianych wygładzający skórę

* * *

Jako nastolatka nie miałam problemów z cerą, natomiast moje przyjaciółki często narzekały na przetłuszczanie się skóry i wypryski. W licznych książkach i pismach szukałyśmy metod na pozbycie się tych niedoskonałości. Po wielu eksperymentach trafiłyśmy na sposób, który okazał się niezwykle skuteczny. Aby wygładzić i rozjaśnić skórę, należy ją delikatnie złuszczać. Wspaniale nadają się do tego… zwykłe płatki owsiane. Tę metodę stosował również mój syn Michał, gdy jako nastolatek borykał się z wypryskami. Pomogło!

SKŁADNIKI

3 łyżki płatków owsianych

½ szklanki gorącej wody źródlanej lub chudego mleka

WYKONANIE

Płatki zalej wodą lub mlekiem, przykryj i odstaw na 30 minut. Następnie powstałą papką energicznie nacieraj kolistymi ruchami zmoczoną wodą twarz lub ciało. Po upływie 2 minut dokładnie spłucz papkę ciepłą wodą. Widoczne efekty uzyskasz, powtarzając tę czynność systematycznie każdego dnia przez 2–3 tygodnie.

Ciało

Wieczorna kąpiel może się stać rodzajem mistycznej ceremonii – naszą małą, domową psychoterapią. Kiedyś gorące kąpiele były zalecane jako lecznicze kuracje na skołatane nerwy. Łagodziły przyśpieszony puls, na przykład u osób zmagających się z bezsennością czy atakami niepokoju. Dzisiaj możemy zażywać takich „kuracji” w naszym domowym zaciszu dosłownie codziennie. Doceń błogosławieństwo kąpieli. Pomoże uspokoić przemęczony umysł, rozluźnić spięte ciało i ukoić ducha. Sprawi, że gdy tylko położysz się do łóżka, odpłyniesz w kojący, regenerujący sen. Napełnij wannę solą, olejkiem eterycznym (ja uwielbiam na noc lawendę, która uspokaja i koi zmysły), zapal świecę i przygotuj miękki ręcznik. Niech kąpiel stanie się rodzajem wyciszenia i medytacji, która ukoi cię po całym dniu. Tak bardzo potrzeba nam odrobiny łagodności…

Kąpiel oczyszczająca z toksyn

* * *

SKŁADNIKI

½ kg czystej soli kamiennej lub morskiej

3 opakowania sody oczyszczonej

kilka kropli naturalnego olejku lawendowego

WYKONANIE

Dodaj do kąpieli sól, sodę oraz olejek lawendowy. Woda nie powinna być zbyt gorąca, najlepsza jest ciepła, ale nie chłodniejsza niż w temperaturze ciała. Zalecany czas kąpieli to 10–15 minut. Przed wytarciem dokładnie opłucz się czystą wodą.

Aromatyczna kąpiel oczyszczająca i wygładzająca skórę

* * *

SKŁADNIKI

3 cytryny sparzone, wyszorowane i pokrojone w plastry

WYKONANIE

Wrzuć plastry cytryn do wanny wypełnionej wodą i podczas kąpieli dokładnie wyciskaj z nich sok. Zalecany czas kąpieli to 10–15 minut. Przed wytarciem ciało opłucz czystą wodą.

Błyskawiczny manikiur

* * *

Zanurz paznokcie w miąższu cytryny, a natychmiast staną się idealnie czyste, białe. Cytryna usuwa nawet zażółcenia na palcach palaczy.

Oczy

W dzisiejszych czasach niemal wszyscy cierpimy na bóle oczu spowodowane zanieczyszczeniem środowiska, wysuszeniem powietrza w pomieszczeniach, wielogodzinnym wpatrywaniem się w ekran komputera lub telewizora. Wspaniałym relaksem dla oczu są okłady.

Okłady na czerwone, spuchnięte oczy

* * *

SKŁADNIKI

1 łyżeczka dobrej czarnej herbaty (nie ekspresowej)

½ szklanki wrzącej wody

WYKONANIE

Zalej herbatę wrzątkiem i po 4 minutach odcedź. Gdy napar ostygnie, zanurz w nim kawałki gazy lub waty. Rano i wieczorem przyłóż na powieki i zostaw na 10 minut.

Okłady na zmęczone, piekące oczy

* * *

SKŁADNIKI

1 łyżeczka koszyczków rumianku

1 łyżeczka ziela świetlika lekarskiego

½ szklanki wrzącej wody

WYKONANIE

Zalej zioła wrzątkiem, przykryj i odstaw na 10 minut. Następnie przecedź przez bardzo gęste sitko. W ciepłym naparze zanurz gazę lub kawałki waty i przyłóż na powieki na 10 minut, najlepiej rano i wieczorem. Taki okład wspaniale relaksuje podczas kąpieli. Działa dezynfekująco i leczniczo. Stosuj codziennie przez tydzień.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Copyright © by Agnieszka Maciąg

Opieka redakcyjna: Karolina Kaim

Redakcja tekstu i adiustacja: Joanna Mika

Korekta: Joanna Mika, Aneta Wieczorek

Opracowanie typograficzne makiety: Pracownia Register i Eliza Luty

Fotografie w książce: © Agnieszka Maciąg, © Robert Wolański

Fotografi e na okładce: © Robert Wolański,

Projekt okładki: Eliza Luty

ISBN 978-83-7515-656-0

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Smak życia Smak zdrowia Pełnia życia Smak świąt Smak miłosci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Food Pharmacy Porąb i spal Jeszcze jedna mila Kuba. Autobiografia