Przeglądarka. Felietony poufałe

Przeglądarka. Felietony poufałe

Autorzy: Anna Janko

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.30 zł

Precyzyjnie  – jak laserem. Czule – z głębi serca. Z realu i z przestrzeni wirtualnej. Zawsze – w punkt.

Jak na poetkę i pisarkę przystało, Anna Janko patrzy na świat oczami szeroko otwartymi na doznania, na chwile i spina je słowami w obserwacje.

Annę inspiruje wszystko, a zwłaszcza to, w czym nie zawsze uczestniczy sama, a jedynie zauważa – zwłaszcza w Internecie, bo to z powodu częstego używania przez nas tego narzędzia książka i cykl felietonów w magazynie „Zwierciadło” zaczerpnęły tytuł.

Buszowanie w Internecie może dostarczyć wiedzy, rozrywki – a dla Ani jest źródłem nieustającej inspiracji. Czasem czuje się jak Calineczka wśród mięśniaków i próbuje rozszyfrować w jaki sposób kodują oni swoje plany treningowe, czasem szuka możliwości spowiedzi online, a czasem zgłębia tajniki stron oferujących styl życia bez jedzenia.

Często sama testuje skuteczność niektórych ofert, często wrodzony sceptycyzm staje się barierą, by tego nie robić. Jedno jest pewne – strona wyszukiwarki internetowej jest ustawiona na jej komputerze jako strona startowa.

Anna Janko - poetka, pisarka, felietonistka. Autorka m.in. kilku tomików wierszy, bestsellerowej powieści Dziewczyna z zapałkami oraz książki Mała zagłada. Laureatka wielu nagród i wyróżnień, m.in. Nagrody Literackiej im. Władysława Reymonta. Dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike (2001, 2013). Za Małą zagładę otrzymała wiele nagród (m.in. Nagrodę miesięcznika „Nowe Książki”, „Warszawską Premierę Literacką”, „Nagrodę Literacką miasta st. Warszawy”, Nagrodę Literacką „Gryfia”. Jako jedna z dwóch polskich książek, Mała zagłada znalazła się w finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2016.

Spis treści

Karta redakcyjna

Calineczka w krainie mięśniaków

Dzikie ciało, piękny umysł

Tnę swój problem...

Przezmianki i kędziory

„Motyw z poduszką”, czyli inicjacja w sieci

Ssaki drapieżne

Kliknij „amen”

Archipelag tysiąca wysp

W sieci przyjaciół

Forum kobiet wyzwolonych

Cyberżebry

Nie lubię mojego dziecka...

Goście z innej bajki?

Biowróżka prawdę ci powie

Deser ze światła

Obyś została kochanką, kobieto!

„Ja” z pikseli

Kawior ze śmietnika

Facebóg

Krokodyl na pokładzie

Pomocna dłoń

Internetowe instrukcje porodowe

Wykluczona cyfrowo

Matka Boska zagraniczna

Stara baba

Ogródek nie szczeka

Zapraszamy do wyjni

Samobiczowanie

Szczęście potrzebne od zaraz

Dzielne dzieci

Efekt Elizy

Spaleni seksem?

Tanatos online

Porzucona 50

Oddać dzieci do piekła?

Moja sis to sucz, czyli Alina i Balladyna

Babciocia i dziadujek, czyli kłopoty we wnuczarni

Tekst o wielu twarzach

Mój dziadek ma Skype’a

Mój mąż się żeni

Sekrety starego strychu

Dzieci świata

I love you, PC!

Łzy

Strzeliłam oświeconko

Komputerowe wdowy

Miłość na łączach

O chłopcu, który nie miał marzeń

Serce z kamienia

Ćwiczenie zmartwychwstawania

Barber męski i żeński

Non omnis moriar. W sieci

Dowody na istnienie taty

E-cmentarze

Pies psu, ludzie ludziom...

Mniam, mniam

Dodane do ulubionych

Urocza kobieta buldog

Mały Książę wśród boyloversów

Komedia skończona...

Zielono mi!

Rozprawka o zgrzytaniu zębami

Urodziła mnie ciotka

Dobranoc, sąsiedzi, dobranoc

Notatki z czasu zarazy

Rozwód z rodzicami

Efekt Mefista

Bracia mniejsi

Samobój online

Dom duszy

Przypisy

Redakcja: ALEKSANDRA WOŁOSZCZUK

Korekta: MAŁGORZATA SUCHARSKA, DOROTA ROŻEK

Projekt okładki i makiety, skład i łamanie: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN® – www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce: RAFAŁ MASŁOW

Zdjęcia w książce: Włodzimierz Wasyluk/EAST NEWS

Redaktor prowadzący: DOROTA ROŻEK

Redaktor serii: MAGDALENA CHORĘBAŁA

Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2017

Text © copyright by Anna Janko 2017

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ISBN 978-83-8132-014-6

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Postępu 14, 02-676 Warszawa

tel. (22) 312 37 12

Dział handlowy: handlowy@grupazwierciadlo.pl

Konwersja: eLitera s.c.

CALINECZKA W KRAINIE MIĘŚNIAKÓW

Lubię patrzeć na silnych ludzi, ubranych w grube mięśnie maskujące prawdziwą nagość, jak chodzą po scenie świata w poczuciu nieustającej dominacji, w aurze permanentnego zwycięstwa.

Kategoria: dziecko, typ: podwórkowy. Kimś takim byłam do 13. roku życia. Nie znosiłam siedzieć w domu, wystarczyło drzwi otworzyć, bym się przesmyknęła pomiędzy nogami listonosza i poleciała na pole ganiać z chłopakami, na klopsztangę się przewijać (czyli poszaleć na trzepaku) albo na huśtawki, aby z nich w locie zeskakiwać w bury piach podwórka. Wieczorem nie można się było mnie dowołać. Gdy w końcu wracałam, a tylko strach przed pasem mnie do tego nakłaniał, warkocze miałam potargane, czoło zakurzone, zroszone potem, a policzki piekły mnie i płonęły żywą krwią. Czułam, że moje ciało ma duszę i to wcale nie tę, o której się mówi na lekcjach religii. Ciało ma swoją osobną dziką duszę, która ożywa tylko wtedy, gdy jest się w ruchu, gdy biega się i skacze, gdy się walczy i wygrywa. I gdy ta dusza budzi się w mięśniach, w stawach, w płucach, we krwi pędzącej przez serce, wtedy się dopiero czuje, jak cudownie przyjemne jest samo istnienie i jak ono świeci w nas kosmicznym światłem.

Mogę spędzić parę godzin przy biurku, ale potem mnie roznosi. Zrywam się od „siedzącej pracy”, aby chociaż bieg do kuchni odbyć po... kolejną kanapkę. Nie chcąc dłużej kultury fizycznej uprawiać tak chaotycznie i kalorycznie, postanowiłam nabyć rowerek stacjonarny. W tym celu weszłam do internetu. Rowery stacjonarne do klubów fitness, siłowni i do domu, mechaniczne i magnetyczne, za 199 zł, za 999, za 2999... Koła zamachowe trzy, pięć, siedem kg, komputerki na kierownicy, sensory, skanery, bajery... Parę godzin studiowania, parę telefonów, dwie wizyty w sklepie realnym, by pomacać i spróbować. I wiem już prawie wszystko. Teraz jeszcze wędrówka po forach sportowych, by posłuchać, co wiedzą inni. Ale gdy weszłam na te fora, to się zorientowałam, że zwykły rower to mały pikuś, na świecie są orbitreki, ławki, bieżnie, trenażery, atlasy, wielkie maszyny, w które się wprzęga ciało, a ono pokonując własny opór, zaczyna produkować energię, tę samą znaną mi w mniejszej skali z dzieciństwa. Byt sam w sobie nasila się i rozrasta, bo ciało w ruchu pracuje jak prądnica. Uczeni biochemicy i neurofizjolodzy mówią o endorfinach, substancjach wytwarzanych przez nasz organizm podczas systematycznego treningu, które dają owo uczucie przyjemności i uzależniają jak narkotyk. Całkiem niedawno odkryto, że ćwiczenia fizyczne powodują nawet wzrost liczby neuronów w mózgu!

Przeglądając kulturystyczne portale, czułam się jak Calineczka w Krainie Mięśniaków, nieco przestraszona, ale podekscytowana. Wszędzie zdjęcia siłaczy wyglądających jak Herkulesi, na forach ciężkie nicki typu Ładowacz, Aggressor, Paco-Paco, Stronger, Móskół, atmosfera gęsta od testosteronu. Autorzy postów prezentują swe napięte i posplatane jak chałka torsy i plecy, drukują „wypiski”, czyli dzienne plany treningów, z wyszczególnieniem wyciskanych kilogramów, diet, supli (suplementów), no i podają – co najważniejsze – przyrosty objętości bicepsów i tricepsów. Ile się bierze na klatę, to informacja, która pojawia się najczęściej. Masa, rzeźba, klata, pompa, wycinka – to ważne hasła w kulturystycznym słowniku. Oto przykładowy fragment „wypiski”: „pon. klatka tric, wt. barki bic, czw. plecy tric, sob. klatka lekko, plecy na maxa”. Prawie szyfr! Dalej lecą dieta i suple: jajka, kura, kasza, oliwa, twaróg, orzechy, kreatyna, białko. Jajek można i dziesięć sztuk, cztery całe, reszta bez żółtek. Tu wszystko jasne. To się nazywa „trzymać michę”! „Jedz żelki, będziesz wielki” – takim hasłem jakiś żartowniś podpisuje swoje wpisy. I zdjęcia: klatka luz, plecy luz, biceps, klatka przód (zza klatki wystają plecy, już nie „luz”, przeciwnie, jak pancerz żółwia), łokcie na zewnątrz, dłonie zwieszone z przodu jak u Gąski Balbinki, taka poza, która uwydatniać ma wspaniałość pleców... Czas trwania treningu ok. półtorej godziny. O jejku, a ja na mój rowerek wsiadam na pięć, dziesięć minut. Pociesza mnie to, co pisze Móskół, że ostatnie wyciskanie na siedząco skończył szybko, na 60 razach – „nie szedłem wyżej, bo zrobiłem *****ski przeprost i mnie łokieć n******ala”.

A co znaczy to wyznanie: „Na treningu mocy nie było, bo tylko cztery kapsy poleciały. Chyba będę walił 12”. Co za kapsy? Nitro? Jakiś środek pobudzający? Ponoć strongmani przed zawodami to sobie i krew przetaczają albo preparaty erytrocytowe zażywają. Erytrocyty transportują tlen, im więcej tlenu, tym większa wytrzymałość mięśni. Kokaina, kodeina, nawet pospolita kofeina silnie działają na pobudzenie i wydolność. Dla pływaków dobra jest efedryna, ta sama co w preparatach na katar, ułatwia oddychanie. To się nazywa „walić farmaka”. Zaglądam do historii dopingu: już gladiatorzy podnosili swą moc, zjadając lwie serca, pijąc krew i wino (słynny Milon z Krotonu dziesięć litrów dziennie!). Egipcjanie popijali wywar z oślich kopyt. Wyciągi z halucynogennych grzybów i liści (np. koki, guarany) znane były nie tylko w kręgach kapłańskich. Podobno znakomicie działało ziarno sezamowe.

Najsilniejszą kobietą świata była przez parę lat (2003–06) Polka Aneta Florczyk. W internecie chodzą filmiki pokazujące, jak zwija patelnię w rulon albo jak ćwiczy „spacer farmera”, czyli biegnie z dwiema potężnymi sztangami w dłoniach. Ja najbardziej lubię obrazek, na którym rzuca mężczyzn na matę. Chwyta faceta, zarzuca go sobie na barki, po czym prostuje ramiona i zwala go na ziemię. I tak ze 20 razy, a oni ustawiają się do niej w kolejce. Nie wiem, czemu ciągle włączam ten filmik. Aneta jest kobieca, ma ładną twarz i uśmiech pełen uroku. Lubi się ją od pierwszego wejrzenia. To nasza współczesna Cymbarka (słynna z urody XIV-wieczna księżniczka, która gołą ręką rozgniatała orzechy, a gwoździe wbijała pięścią).

Lubię patrzeć na silnych ludzi, ubranych w grube mięśnie maskujące prawdziwą nagość, jak chodzą po scenie świata w poczuciu nieustającej dominacji, w aurze permanentnego zwycięstwa. Ich ciała mają tę pamiętaną z dzieciństwa dziką, pierwotną duszę, nawet jeśli w domu na kanapie czytają Heideggera. Dają mi oni złudzenie, że w tym pustym i zimnym kosmosie kruchość i niepewność ludzkiej kondycji jest do pokonania, a przynajmniej do ukrycia.

DZIKIE CIAŁO, PIĘKNY UMYSŁ

Mowa jest prostym, ale przestarzałym sposobem komunikowania się.

Komputer niech będzie pochwalony... Bo to właśnie komputer okazał się wehikułem, za pomocą którego Michał wylądował wśród swoich. Był zamknięty we własnej głowie, przebywał tam jak na innej planecie, samotnie jak Mały Książę i, jak ów bohater Saint-Exupéry’ego, z nikim nie mógł podzielić się swoim zachwytem nad pięknem zachodzącego słońca. Bo Michał nie mówi, jest autystykiem, który dopiero dzięki pisaniu na komputerze mógł dać znać światu, że nie jest „opóźniony w rozwoju” czy „upośledzony umysłowo”, lecz jedynie zamknięty w sobie tak bardzo, że nieraz sam ze sobą nie może wytrzymać. Odkąd do szkół dla autystycznych uczniów wprowadzono komputery, rozpoczęła się nowa era w edukacji autystyków. Od kilku lat codziennie ojciec Michała siada ze swoim synem do klawiatury i rozmawiają na ekranie, poznając się nawzajem.

Jak powszechnie wiadomo, każdy człowiek to inny świat, jednak w przypadku nastoletniego Michała inność ta jest szczególna, nadzwyczajna, nieziemska. Dzięki komputerom, umożliwiającym autystykom porozumiewanie się z innymi, powoli zmienia się społeczne i medyczne postrzeganie autyzmu. Zaczyna się go traktować nie jako chorobę psychiczną, lecz neurologiczną inność, jako pozaprzeciętny stan umysłu, spowodowany odmiennym „okablowaniem” mózgu. Bo, jak wykazały badania, w pewnych rejonach mózgu osób z autyzmem sieć neuronów jest szczególnie gęsta, w innych zaś może być ich znacznie mniej niż u przeciętnego człowieka. Efektem jest nadwrażliwość tak potężna, że nie działają żadne mózgowe filtry chroniące zmysły autystyków, powodując niekonwencjonalne zachowania, dające im jakie takie ukojenie, niestety oczywiście, przy braku akceptacji otoczenia.

Moje myślenie o autyzmie zmieniło się diametralnie nie tak dawno, kiedy to poszłam do gastrologa po skierowanie na badania kontrolne... Mówię mu, że nie mogę jeść, źle się czuję, jestem okropnie zmęczona, bo przez ostatnie dwa lata pisałam książkę o wojnie. A on na to, że też opublikował książkę. Wyraziłam uznanie i dodałam grzecznie, że to pewnie jakaś książka o tkankach chorobowo zmienionych, no, w każdym razie medyczna, naukowa, a doktor odpowiada, że nic z tych rzeczy. Okazało się, że wraz ze swoim kilkunastoletnim synem napisali książkę o autyzmie. I tak się dowiedziałam, że doktor, do którego chodzę od lat, ma autystycznego syna, który dzięki komputerowi znalazł drogę porozumiewania się ze swoimi rodzicami. Natychmiast przypomniałam sobie, że ostatniej jesieni poznałam Jolę, która także ma autystyczne dziecko, z którym rozmawia za pomocą klawiatury. Gdy tylko wróciłam z przychodni do domu, siadłam do laptopa i zamówiłam w internetowej księgarni „Trzy pustynie” autorstwa Michała i Andrzeja Rutkowskich. Przyciągający tytuł. A środek – fascynujący! Nie mogłam się oderwać od lektury, czytałam w tramwaju i w pociągu, robiąc szybkie notatki w smartfonie. Zapisywałam skrótowo:

„»Trzy pustynie« to w zasadzie książka filozoficzna, takie jakby dialogi platońskie. Ten autystyczny Michał postrzega »rzeczy pierwsze« jak poeta. Odczuwa znacznie więcej niż zwykli ludzie i na innych poziomach percepcji odbiera rzeczywistość. Jak np. Rimbaud (synergia zmysłowa, kojarzy np. barwy z odczuciem dotykowym i zapachem; sprawdzić, jak to dokładnie było z tym Rimbaudem). Czyta książki jednym rzutem oka, kartkując strony. Podaje dokładną liczbę kwiatów czy liści na gałęzi drzewa. Słyszy w szerszym paśmie, idzie ulicą, a docierają do niego rozmowy ludzi w tramwaju, słyszy także własne serce, szum krwi, pracę zastawek i skurcze włókien mięśniowych. O Boże, jak można to wytrzymać??? Dlatego nieraz krzyczy albo ma ataki autoagresji, bo się czuje jak wstrząśnięta butelka coca-coli, taki zamęt w głowie. Ma wszystko naraz i ze wszystkich stron, jego mózg nie selekcjonuje bodźców. Nic dziwnego, że od małego »odwrażliwia się« autystyków, takie specjalne ćwiczenia są, żeby się oni nauczyli wytrzymywać, nie robiąc sobie krzywdy, nie krzycząc tak strasznie. Michał w rozmowach z ojcem wciąż powtarza: »my« i »wy«, tak jakby był z innego kraju, no i przecież jest! Jest jakby z równoległego wszechświata, gdzie panują całkiem inne warunki bytowe. Gdzie tamtejsi ludzie nie mówią, bo »mowa jest prostym, ale przestarzałym i powierzchownym sposobem komunikowania się« – to są słowa Michała. Wystukał je na klawiaturze. A może Michał jest jednak bardziej »stąd« niż ja? Przecież ja używam Ziemi jak rzeczy, a on ją traktuje jak cud, wciąż podziwia, współodczuwa, telepatycznie odbiera sygnały od innych istot, jest jak anioł, czasem krzyczący anioł, a ja jak użytkownik, który patrzy, jak skorzystać... Odmienny styl poznawczy; zapamiętać, że autyzm to odmienny styl poznawczy”.

Po powrocie z podróży zaczęłam szperanie w internecie, bo przecież musi być więcej takich piszących na komputerze autystyków. I znalazłam sporo materiałów. Jest nawet autystyczny blog i powieść autystycznej autorki po angielsku. Na stronie domrainmana.pl trafiłam na informacje o Carly Fleischmann, nastolatce, która pisze o swoim autyzmie tak:

„Bycie osobą autystyczną jest bardzo trudne, bo nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Ludzie patrzą na mnie i zakładają, że nic nie rozumiem, dlatego że nie umiem mówić albo zachowuję się w inny od nich sposób. Myślę, że ludzie obawiają się tego, co jest inne lub na takie wygląda. [...] Gdybym mogła uświadomić im tylko jedną rzecz, to chciałabym, aby wiedzieli, że nie chcę być taką, jaka jestem. Nic na to jednak nie mogę poradzić, więc, proszę, nie denerwujcie się na mnie. Okażcie zrozumienie”.

Czy to nie wygląda jak list zamknięty w butelce i wrzucony do morza? Morza społecznej obojętności... Albo wrogości. Oczywiście każdy autystyk jest inny, nie wszyscy są tak wybitni jak Michał, który ma fotograficzną pamięć, dar mistycznego odczuwania rzeczywistości oraz talent do autoanalizy. Poziom IQ jest zróżnicowany, wiele zależy też od pracy z dzieckiem od najwcześniejszych lat jego życia. Ale jedno jest zasadnicze – to nieprawda, że autystyczne dziecko nie potrzebuje innych. Bo taka pokutuje powszechna opinia, że dziecko z autyzmem nie szuka kontaktu, bo nikogo nie potrzebuje, nie nawiązuje nawet kontaktu wzrokowego. No i teraz już wiem, że to tylko pozór wynikający z ogromnej nadwrażliwości.

Paweł, syn Joli, wciąż pisze podczas sesji ze swoją mamą o miłości do niej. Mama pyta go na ekranie: „Paweł, czy czujesz się dobrze?”. A Paweł odpowiada z błędami, bo robi literówki (Michał zresztą także, obaj piszą ze wspomaganiem ręki): „Boli mnie ząb boli mocno po prawej stronie kocham mame bardzo czxasem mocno i zawsze bede kochal moja mame”. Mama pyta go o różne rzeczy: Co chce dostać pod choinkę? Kiedy Polska odzyskała niepodległość? Albo za co Skłodowska-Curie dostała Nobla? On wszystko to wie, a ponadto zapewnia ją o swojej miłości. Pisze: „Czuje sie dobrze tylko tesknie za tata i wojtkiem bo nie wiem gdzie sa co robia bo nie wiem czy tata mnie kocha i nie zapomnial o mnie bo ja go kocham i wojtka tez kocham i mame tez kocham”... Zarówno Michał, jak i Paweł oraz Carly mają stwierdzony głęboki autyzm, nie mówią, mają swoje rytuały, zachowania stereotypowe, autoagresywne, czasami krzyczą, bo w ich świecie jest zbyt wiele bodźców, których nie są w stanie spokojnie wytrzymać. Na YouTubie można obejrzeć filmy z Carly, gdzie pokazano, jak wygląda zwykła rzeczywistość w oczach (i uszach) autystyków. Czasami „napięcie elektryczne” prawie rozsadza ich niezwykłe mózgi.

Okazuje się, że w opornych ciałach, które tak trudno okiełznać, mieszkają niezwykle wrażliwe dusze i piękne umysły, o zdolnościach, o których zwykły zjadacz chleba może sobie tylko poczytać... w literaturze science fiction.

TNĘ SWÓJ PROBLEM...

Sznyty nie bolą, endorfina się wydziela, znieczula nawet do godziny...

„Siedziała na podłodze i zadawała sobie ból. Kiedy przestała, patrzyła na świeże rany, na rany, które były już jej codziennością. Gdy krew napływała, jej smutek odpływał... Siedziała tak jeszcze przez parę minut, po czym wstała, schowała żyletkę na miejsce, położyła misia na łóżku i jakby nigdy nic usiadła z czerwoną i piekącą ręką przed komputerem”. To fragment opowieści, którą znalazłam w sieci, spisanej przez nastolatkę. W internecie temat autoagresji i samookaleczeń powoli wychodzi na światło dzienne, powoli się wylewa, na czerwono... Zdjęcia pociętych rąk i nóg, brzuchów i piersi można sobie wygooglować. Ale nie lubią tego widoku nawet pielęgniarki na urazówkach, gdzie trafiają krwawiące młodziaki, gdy przesadzą z żyletą. Nie lubią, bo nie mogą pojąć, jak można tak się głupio ciąć, celowo sprawiać sobie ból, a służbie zdrowia – kłopot.

Ale to nie boli. A raczej – nie to boli, nie ciało, lecz dusza boli, tak bardzo boli, że aby to wytrzymać, trzeba „odwrócić uwagę”, zranić się w inne miejsce. Pociąć żyletką, nożyczkami, nożykiem do papieru, nawet skuwką, spinką, agrafką pokłuć, poszarpać! Żeby się znieczulić. Bo, jak piszą na forach ci, co to robią, sznyty nie bolą, endorfina się wydziela, znieczula nawet do godziny, a tymczasem patrzenie na płynącą krew koi wzburzone emocje, ucisza psychiczny ból aż po wymarzoną obojętność na wszystko. Ta swoista homeopatia, wypieranie bólu bólem, może być instynktowna, nieświadoma i bywa, że się staje udziałem nawet całkiem małego dziecka. Sama pamiętam, że chorując na zapalenie ucha w wieku przedszkolnym, gryzłam sobie ręce, by nowy ból przyćmiewał tamten, wydawało się – nie do wytrzymania. Nie do wytrzymania bywa dla dzieci osieroconych, opuszczonych, zaniedbanych pustka emocjonalna i dojmujące poczucie braku; obsesyjnie wyrywają sobie włosy, obgryzają paznokcie i palce, nawet uderzają głową o ścianę, by zagłuszyć psychiczny ból, którego przecież nie są w stanie sobie uświadomić. „Najczęstszą przyczyną autoagresji – czytam w tekście informacyjnym na stronie WWW poświęconej zachowaniom autoagresywnym – jest uraz spowodowany w dzieciństwie. Może nim być: bicie dziecka, poniżanie go, ignorowanie jego potrzeb, co prowadzi do zaburzeń w sferze emocjonalnej i w konsekwencji do autoagresji. Niewłaściwe postawy rodzicielskie (odrzucenie, zaniedbanie, nadopiekuńczość, nadmierne wymagania), trudna sytuacja ekonomiczna, bezrobocie, problemy alkoholowe – sprzyjają pojawieniu się tego zaburzenia. Powodem może być również brak rodziców: śmierć, rozwód, pobyt w domu dziecka, szpitalu”. Czyli – wszelki dramat, zbyt silny i długotrwały stres.

Trafiam też na tekst stricte naukowy i dowiaduję się, że do zachowań autoagresywnych zalicza się także anoreksję, tatuowanie się i kolczykowanie. No tak... Mam na koncie rozwód i z pewnością ja też nieraz przejawiałam „niewłaściwą postawę rodzicielską”, bo moje dziecko nosiło kolczyki nie tylko w uszach. Ile się naprosiłam, by tego nie robiło! Ale kto miał do czynienia z nastolatkiem wie, ile można uprosić... Wielu badaczy nie zalicza jednak piercingu i tatuowania się do działań patologicznych. Wiążą tego rodzaju „zdobnictwo” z rytuałami tożsamościowymi i inicjacyjnymi (budowanie granicy wokół rozproszonego poczucia własnego ja, szczególnie w trudnym czasie dorastania), odwołując się do podobnych szamańskich praktyk u tzw. ludów pierwotnych. Tak wolę, przecież nie chcę być winna temu, że moje dziecko ma dziury w ciele i blizny na całe życie.

Dziewczyny, które się tną i mają po 150 sznytów na rękach i nogach, chodzą potem w długich spodniach i bluzach nawet w 30-stopniowy upał, by nikt się nie domyślił. Autoagresja jest nałogiem skrywanym, tak jak ból, który ma ona ukoić. Internetowe forum, a nawet księga gości na portalu – przecież nie podaje się tu danych i adresu szkoły – staje się zaufanym miejscem, gdzie się można wyspowiadać i znaleźć podobnych sobie. Gdzie się szuka, czasem po raz pierwszy, ratunku. Tam się pisze prawdę, gołą, wstrętną: „W szale wbiłam żyletkę w nadgarstek... było mi dobrze... ale 30 minut potem ból, krew lała się ciurkiem”; „Ja jestem sobą przerażona. Ostatnio nie miałam nic pod ręką. Żadnych nożyczek. Nic. Więc wzięłam zwykłą wsuwkę do włosów. I udało mi się. Rana bolała bardziej od tej zrobionej nożyczkami”; „Ja już nie wiem, co robić; codziennie rozdrapuję rany, zrywam strupy z ciała i kaleczę się na całym ciele, brzydzę się siebie samej, brzydzę się tego, kim jestem, mam zły charakter, nie mam kontaktu z rówieśnikami, dwa razy doprowadziłam się do zapalenia węzłów chłonnych, co może skończyć się na onkologii, ale jednak to jest silniejsze ode mnie...”.

Częstość występowania samouszkodzeń oceniana jest na 4 proc. populacji ogólnej i 21 proc. populacji klinicznej, a tendencja jest wzrostowa... Znacznie częściej kaleczą się dziewczęta i kobiety niż chłopcy i mężczyźni. A Marina Abramović, sławna performerka? Ona swoje cierpienie upubliczniła, przekuła swój bolesny nałóg w sztukę. Zimne, restrykcyjne wychowanie, bez czułości, brak bliskości w domu rodzinnym spowodowały zaburzenia osobowości, a zaniżone poczucie własnej wartości skłoniło ją do tego, że zaczęła swoje ciało traktować jako pole bitwy. Jej pierwszy publiczny występ w 1973 roku to była zabawa nożami, do krwi, jej własnej krwi na białym płótnie. W następnych latach fundowała sobie w ramach występów kolejne cierpienia: dusiła się w ogniu, truła się, biczowała, przymarzała do krzyża z lodu, masochistycznie prowokowała widzów swoich spektakli do wyrządzania jej rozmaitych krzywd albo przeciwnie – do ratowania jej w ostatniej chwili. Z każdym nowym pomysłem była bliżej samobójstwa. – Niszczyłam się na wszystkie sposoby – przyznała po latach. Nawet z miłości swego życia uczyniła bolesny, wieloletni, „morderczy” spektakl dla publiczności. Tak radykalne, intensywne i tak krwawe „życiotworzenie” nie ma chyba precedensu w historii sztuki...

Patrzenie na krew powoduje u wielu ludzi mdłości. Ja, gdy się natknę na ślady krwi na schodach albo gdy ktoś woła, że się skaleczył, reaguję na granicy omdlenia, czuję, jak się pode mną nogi uginają. Trwa to chwilę, ale jest przemożne. Krew powinna być w krwiobiegu! Czym jest krew? Substancją życia. Gdy krew wypływa z ciała, śmierć pyta: „Czy już? Czy już jestem potrzebna?”. Tylko pyta... Zwykli ludzie tego właśnie pytania boją się najbardziej. Zaś ci, którzy nie mogą wytrzymać wewnętrznego napięcia, czasami paradoksalnie szukają ulgi w pobliżu śmierci. I powtarzają może taką straceńczą mantrę, którą znalazłam w necie: „Jedna żyletka, jedna żyła, jedno życie, jedna chwila...”.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oleś i Pani Róża Przeglądarka. Felietony poufałe Miłość, śmierć i inne wzory Mała Zagłada Pasja według św. Hanki Dziewczyna z zapałkami 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego