Pająk i mucha

Pająk i mucha

Autorzy: Claudia Rowe

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 36.99 zł

cena od: 25.59 zł

We wrześniu 1998 roku młoda reporterka Claudia Rowe pracowała jako niezależna dziennikarka „New York Timesa” w miasteczku Poughkeepsie w stanie Nowy Jork. W tym samym czasie miejscowa policja natrafiła na ciała ośmiu kobiet ukrytych w piwnicy i na strychu małego kolonialnego domu zamieszkanego przez niejakiego Kendalla Francoisa. Ten nieznośnie uprzejmy dwudziestosiedmioletni student college’u dzielił ponury dom z rodzicami i siostrą.

Dorastająca wśród bezpiecznego mieszczańskiego dobrobytu Nowego Jorku Claudia Rowe od zawsze była zafascynowana mrocznymi światami. Przypadek Kendalla Francoisa okazał się dla niej niezmiernie zajmujący.

Całą swoją uwagę skupiła na zrozumieniu tego, jak ktoś taki mógł uprowadzić i udusić z zimną krwią osiem kobiet. Jak rodzina mogła żyć pod jednym dachem z seryjnym mordercą, pozornie nieświadoma faktu, że tuż obok ukryte są rozkładające się zwłoki? Claudia miała również nadzieję znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące mechanizmów tak potwornego zła.

„Pająk i mucha” to książka odsłaniająca przed czytelnikiem osobliwą relację seryjnego mordercy i reporterki wciągniętej bez reszty w jego opowieść. Czteroletnia więź z psychopatą zaprowadziła ją na skraj przepaści...

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Ciężar papieru

Fulton Avenue 99

Kiedy zapada noc

Tajniki rzemiosła

Ostateczna obelga

Dziwne miasto

Jakbyśmy byli przyjaciółmi

Blisko domu

Dowód rzeczywistości, których nie widzimy

Człowiek i potwór

Pasjans

Ślepe uliczki

Opowieść o duchach

Dzień z życia

Jedna z naszych

Twarz w lustrze

Uwolniona

Epilog

Podziękowania

Nota autorska

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

THE SPIDER AND THE FLY. A REPORTER, A SERIAL KILLER, AND THE MEANING OF MURDER

Redakcja

Elżbieta Walter

Projekt okładki i projekt graficzny serii

Magdalena Zawadzka / Aureusart

Zdjęcia na okładce

© Elisabeth Ansley / Arcangel Images

© Roobcio / Shutterstock

Korekta

Beata Wójcik

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Copyright © 2017 by Claudia Rowe

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Copyright © for the Polish translation by Piotr Królak, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-671-5

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla mojej rodziny

Wątpię, czy można zdradzić nawet swój numer telefonu, nie zdradzając czegoś ze swojej osobowości1.

Vladimir Nabokov

Wszystkie historie są historiami przetrwania – o ile zostały opowiedziane.

Ruth Ozeki

Rozdział 1

Ciężar papieru

Drzwi poczty w Pleasant Valley zderzyły się ze mną, jakby chciały przetestować moją wytrzymałość. Zaskakująco dużo silnej woli wymagało otwarcie ich na oścież i rozpoczęcie posłusznego marszu po białym linoleum do skrzynki pocztowej numer 1273. Ale udało mi się, podobnie jak przez całą mijającą jesień. Kroczyłam wzdłuż ściany małych stalowych drzwiczek, na której każdy niewielki kwadracik to wrota do czyjejś historii, nieróżniące się od reszty niczym z wyjątkiem tego, co ukryto w środku: pieniądze, które trzeba oddać, i wyznania, które trzeba złożyć, wymuszone gesty i niewysłuchane błagania – mały wszechświat intymnych opowieści zamkniętych w zimnych metalowych wnętrzach. Pudełkowata i sklecona z prefabrykatów poczta przytulała się do najstarszego budynku w mieście, przy parkingu o spękanej nawierzchni otoczonym łańcuchem supermarketów. Po drugiej stronie ulicy sklep z karmą dla zwierząt i punkt naprawy maszyn ciężkich czekały jak dwa wygodne fotele na farmerów, którzy raz w miesiącu przyjeżdżali do miasta. Ale to salony dealerów samochodowych i lokale z pizzą najbardziej nęciły kierowców sunących tędy niekończącym się strumieniem ku innym celom.

Nieprzyjemna Dolina2 – tak lubiłam nazywać połać wiejskiego terenu w połowie drogi między centrum Poughkeepsie a okazałymi posiadłościami hrabstwa Dutchess, przypominając sobie w ten sposób, że jestem tutaj intruzem. Pojawiłam się w tej okolicy pięć lat wcześniej, gdy w 1994 roku zostałam zatrudniona jako reporterka w „Poughkeepsie Journal”, dla którego miałam nękać związek zawodowy nauczycieli i przesiewać szkolne wydatki w poszukiwaniu dowodów marnotrawstwa. Zrezygnowałam z tej posady po dwudziestu dwóch miesiącach, ale pozostałam w mieście. Nie umiałam wyjaśnić dlaczego. Przyjaciołom opowiadałam o otwartych przestrzeniach i urokach wiejskiego życia. Ale to była tylko część prawdy. W atmosferze samego Poughkeepsie, w jego melancholijnych ulicach i upartym entuzjazmie wyczuwałam coś, co dokuczało mi niczym odcisk.

Był listopad i gdy skierowałam się na tył poczty, wstrząsnęło mną panujące w niej duszne ciepło. Moja skrzynka znajdowała się w ostatnim bloku zamkniętych drzwiczek, w drugim rzędzie od dołu. Mural namalowany na przeciwległej ścianie ukazywał farmerskie gospodynie w czapeczkach pozdrawiające się nawzajem na bazarze, z koszami zawieszonymi na zgięciach łokci, co miało dowodzić, że Pleasant Valley tętniła niegdyś wiejskim życiem. Przekradłam się obok nich w niesławie. Jedyne, czym byłam obarczona, to nie kosze z zakupami, tylko wstyd, całe tony wstydu. Byłam zażenowana, że mieszkam tutaj i marnuję czas, choć przekroczyłam już trzydziestkę. Że lunatykuję, tak jakbym czekała na jakąś falę, która zabierze mnie i poprowadzi do innego, lepszego brzegu. Że zainicjowałam proces, który kazał mi codziennie od nowa zachodzić na pocztę w nadziei, że nawiążę kontakt z czymś nieistniejącym – z własnym urojeniem. Tydzień po tygodniu moja skrzynka pozostawała pusta, nie licząc paru okólników wrzucanych do niej niczym upomnienia.

Zastanawiałam się, czy pracownikom sortującym listy było mnie żal. Czasem mogłam dostrzec ich za ścianą, widziałam, jak umieszczają każdą kopertę w odpowiednim koszu – ich ramiona poruszały się niczym dźwignie, a na palcach mieli różowe gumowe kapturki ochronne. Z pewnością wiedzieli, że jeszcze żaden list nie dotarł pod numer 1273, a gdyby jakiś w końcu się pojawił, mogłoby być jeszcze gorzej. Wzdrygałam się na samą myśl o tym, że ktoś zdołałby wtedy rozpoznać adres zwrotny. Nie wyjęłabym przecież ze skrzynki sterty rachunków i czasopism, które pozwoliłyby mi ukryć personalia mojego korespondenta. Wynajęłam tę skrytkę z myślą o tylko jednej osobie.

W tych ostatnich tygodniach dwudziestego wieku listy nadal miały w sobie pewną dyskretną zmysłowość. Ktoś inny dotykał wcześniej kartki, którą właśnie wzięliście do ręki, złożył na pół i wyrównał brzegi, ujął zgięcie między palce i przesunął nimi wzdłuż nowej krawędzi, tworząc prostokąt, który następnie włożył do koperty, zwilżając jej koniec. Ten ktoś zamknął skrzydełko koperty i przejechał palcem po jej brzegu. Potem niósł zaadresowany list w swoich dłoniach, z wyszeptaną w nim tajemniczą wiadomością, i ostatecznie zadecydował o jego wysłaniu. Z szacunku dla tej intymności robiłam, co mogłam, żeby po drodze do skrytki uniknąć spotkania z kierowniczką poczty, która trajkotała z klientami przychodzącymi po swoje przesyłki w porze lunchu.

Tym razem jednak byłam przygotowana. Dobrałam właściwy ton głosu, siedząc pośród zmiętych kubków po kawie i zbutwiałych gazet walających się po moim samochodzie. Zdecydowałam, co powiem: chciałabym zamknąć moją skrzynkę pocztową, skasować konto i otrzymać zwrot pieniędzy za pozostałe cztery miesiące, podczas których nie będę już z niego korzystać. Zarabiałam groszowe stawki jako niezależna współpracowniczka „New York Timesa”, więc sto zmarnowanych dolarów oznaczało dotkliwą stratę. Wątpiłam, czy ktokolwiek z twardych okolicznych mieszkańców zakwestionuje moją potrzebę oszczędzania pieniędzy. Ci ludzie jeździli zardzewiałymi ciężarówkami i przeżartymi przez sól amerykańskimi wozami, chociaż nazwiska ich rodzin szczelnie pokrywały mapy drogowe mojego hrabstwa. Cokolwiek powie kierowniczka, to będzie moja ostatnia wizyta na poczcie w Pleasant Valley. Byłam wykończona pisaniem do kogoś, kto nigdy nie odpowiedział na moje listy.

Na początku podchodziłam do tego pomysłu niemal beztrosko, jakbym podejmowała rozgrywkę, w której spodziewam się tylko sukcesu. Tak jakby wystarczyło tylko wpaść na chwilę i zgarnąć nagrodę. To próżne założenie zamieniło się w konsternację po drugim liście, konsekwentnie zbytym milczeniem. Teraz doznawałam już głównie czegoś graniczącego z upokorzeniem. W piersiach zatykało mnie od poczucia absurdalności, kiedy wkładałam klucz do zamka, żeby po raz ostatni zajrzeć do skrzynki. Zamierzałam wyciągnąć z niej pozostałą partię pobrudzonych atramentem kuponów, wcisnąć ją do przepełnionego kosza na śmieci i zakończyć całą historię.

Ale stało się inaczej. W wąskiej stalowej skrytce leżała pojedyncza kremowa koperta – materialna masa papierowa o określonej fakturze. Zawahałam się, patrząc na moje nazwisko i adres, nagryzmolone z przodu zaokrągloną kursywą. Z leciutkim drżeniem rozdarłam kopertę.

Szanowna Claudio Rowe,

Dzień dobry, bardzo Ci dziękuję za list, ale obydwoje dobrze wiemy, że nie chcesz zostać moją przyjaciółką. Oczekujesz historii. Ja natomiast jestem wspaniałomyślny, więc jeśli masz głowę na karku, to może być dla Ciebie szczęśliwy dzień. Nie potrzebuję zawierać przyjaźni z kimś, kto mnie potem zdradzi. Oto więc moja propozycja.

Chciałbym dowiedzieć się o Tobie wszystkiego, dosłownie wszystkiego. Dlatego za każde dziesięć stron (maszynopisu) odpowiem, wyczerpująco i szczerze, na JAKIEKOLWIEK cztery pytania, które mi zadasz. A więc dwadzieścia stron pozwoli Ci na zadanie ośmiu pytań, ale dziewiętnaście tylko na cztery pytania.

Odpowiem na Twoje pytania tak wyczerpująco i szczerze, jak Ty opowiesz mi o sobie. Chcę wiedzieć, gdzie się urodziłaś, w jakim domu mieszkałaś w dzieciństwie, gdzie chodziłaś do szkoły podstawowej, szkoły średniej, a potem do college’u. Chcę wiedzieć wszystko o Twoim pierwszym samochodzie, pierwszym pocałunku, sukience, jaką włożyłaś pod togę na zakończenie studiów. Chcę wiedzieć wszystko o pierwszym razie, kiedy zrobiłaś facetowi loda (jeśli kiedykolwiek się to zdarzyło), o Twoim pierwszym stosunku, o Twoim ostatnim stosunku, o ludziach, których nienawidzisz w pracy, o romansach, o tym, kiedy (jeśli kiedykolwiek) pofarbowałaś włosy, o rodzajach komputerów, jakie masz i jakich używasz. Pamiętaj, im więcej szczegółów, tym lepiej.

To nie ma być artykuł do gazety, więc nie pisz tak, jakby nim był. Włóż w to trochę serca i energii. Jeśli napiszesz chłodno i obojętnie, mogę uznać, że kłamiesz. Jeśli uznam, że to kłamstwa, nie otrzymasz odpowiedzi.

Dobrego wieczoru!

Kendall Francois

Dwie strony o wymiarach trzysta pięćdziesiąt sześć na dwieście szesnaście milimetrów zostały zapełnione w całości – od góry do dołu, od lewego marginesu aż do samej krawędzi prawego. Odręczne pismo było gęste i dziecinne, ale każde słowo zapisano starannie, bez skreśleń czy wciśniętych później dopisków. Sugerowało, że ktoś dokładnie wiedział, co chce przekazać, i zrobił to bez wahania. Przeczytałam ten list raz, stojąc w głębi korytarza na poczcie, a potem pojechałam do domu, wcisnęłam kopertę pod stos książek i nie tknęłam jej przez następne dwa tygodnie.

Rozdział 2

Fulton Avenue 99

Pierwsza zasada reportażu głosi, że postać autora nigdy nie jest tematem historii, więc mojej opowieści z definicji nie można nazwać dziennikarstwem. Ale od niego właśnie wszystko się zaczęło. Biurko, na którym pod stertą książek ukryłam list Kendalla, było starym biurowym stołem o stalowych nogach i poliuretanowym blacie imitującym drewno. Właściciel domu wypożyczył mi ten mebel, wyciągnąwszy go wcześniej z garażu, nad którym zajmowałam wynajęte lokum wraz z moim chłopakiem, Derrickiem – to przed nim ukrywałam kopertę z listem. Nie potrafiłam wytłumaczyć swojego zachowania, zwłaszcza że to właśnie Derrick od początku zachęcał mnie do zajęcia się tą sprawą. Każdego wieczora wracał do domu z redakcji „Poughkeepsie Journal”, gdzie zajmował się newsami związanymi ze środowiskiem, i psioczył na szefostwo gazety, które uparcie odmawiało opublikowania czegoś więcej poza krótką notką o zaginięciu dwóch kobiet. Niedługo potem poszukiwano już trzech zaginionych, później czterech, a lokalna prasa wciąż nie poświęcała im uwagi. W tamtym okresie nie pracowałam już w redakcji wiadomości, ale z ogłoszeń na witrynach sklepowych i słupach latarni kojarzyłam atramentowe odbicia ich twarzy o prowokujących, odległych albo otumanionych spojrzeniach, rozmazane coraz bardziej przez zmiany pogody i upływ czasu. Mimo to dopiero latem 1998 roku, gdy liczba poszukiwanych kobiet zdążyła wzrosnąć do siedmiu, zdecydowałam się podnieść słuchawkę i wykręcić numer.

Pierwszy telefon wykonałam do Marguerite Marsh, ponieważ wydawało mi się, że spośród wszystkich zaginionych kobiet najwięcej będę się mogła dowiedzieć o jej córce. Głos Marguerite był wątły i zmęczony, kiedy rozmawiała ze mną ze swojego domu w Schenectady, godzinę drogi na północ, ale odpowiedziała na wszystkie moje mało delikatne pytania dotyczące Catherine – o jej hobby i drużyny sportowe, którym kibicowała, o ulubione piosenki i niedotrzymane obietnice. Poruszyłam temat relacji między matką a córką, życia na ulicy, nałogu. Bycie reporterką pozwalało na robienie takich rzeczy, na wnikanie z niezachwianą pewnością w prywatne życie obcych osób, tak jakby miało się do tego prawo. Zawsze wydawało mi się to oszustwem, jednak ludzie poszkodowani za każdym razem się na nie nabierali. Większość z nich i tak była już przyzwyczajona do ciągłych najść – przedstawicieli opieki społecznej, pracowników sądu, szpitali albo policji – i nawet jeśli nie była to dla nich zbyt wygodna sytuacja, zgadzali się na nią. Po rozmowie z Marguerite zadzwoniłam do Pat Barone, matki Giny, a następnie do Jamesa DeSalvo, brata Kathleen Hurley. Dzwoniłam do partnerów zaginionych kobiet, do śledczych zajmujących się tymi sprawami, aż wreszcie odezwałam się do redaktora „Timesa”.

– Masz coś ciekawego? – zapytał uprzejmie. Niedawno po dziewięciu miesiącach wysiadywania na sali sądowej skończyłam relacjonować proces o zniesławienie, wyróżniający się tym, że jeden z obrońców wygłosił część swojej mowy w pozycji leżącej, miotając się po podłodze. Po nim zajmowałam się przypadkiem przemocy domowej, który skłonił prokuratora okręgowego do wniesienia o karę śmierci. Kolejny reportaż dotyczył kultu religijnego rozwijającego się w górach w okolicy Woodstock. Zaczynałam być niezawodnym źródłem informacji o prowincjonalnych dziwactwach dla redakcji zajmującej się newsami ze stanu Nowy Jork. Z pocałowaniem ręki przyjmowali każdą moją nową historię.

– Nie jestem pewna… To znaczy nie jestem pewna, czy to się nadaje na artykuł. W Poughkeepsie znikają kolejne kobiety, dużo kobiet. Wykonałam kilka telefonów. Ale to się dzieje od paru lat.

– Pracuj nad tym dalej – powiedział mi wtedy redaktor. – I odezwij się, jak będziesz miała coś więcej.

* * *

Zostałam reporterką, bo myślałam, że dzięki temu nauczę się pisać. Że dziennikarstwo wpoi mi dyscyplinę, której mi brakowało. Sprawi, że moje chaotyczne próby nadania sensu otaczającemu światu zyskają wreszcie jakiś konkretny kształt. Pomoże mi osiągnąć koncentrację i jasność myśli, uchwycić to, co realne. Dotychczas miałam z tym problemy. Wszystko wydawało mi się znaczące, przeczucia hołubiłam bardziej niż fakty, pogłoski traktowałam na równi z tym, co było widoczne gołym okiem. I zbyt mocno mi na wszystkim zależało. Ogarnięta wściekłym gniewem, który pojawiał się w każdej mojej historii, nigdy nie próbowałam odszukać źródła swojej wrażliwości. Zamiast tego przekonywałam samą siebie, że płonący we mnie ogień nada siłę i energię mojej pracy. I tak było.

Kiedy po raz pierwszy dostałam pracę w gazecie, siadałam do biurka o szóstej rano, a w weekendy tropiłam przestępców. Przyłapałam nastolatka bazgrzącego w Bronksie swastyki na budynkach żydowskich firm – okazał się metalowcem, który rzucił szkołę, a jego portret zapewnił mi wyróżnienie dla Debiutującego Reportera 1992 roku, przyznawane przez New York Press Association. Chociaż nie miałam w tym żadnego interesu, załatwiłam sobie dostęp do archiwów sądowych i odkryłam mroczny epizod z życiorysu członka miejskiej rady szkolnej: w przeszłości był kierowcą podczas nieudanej próby zamordowania nauczyciela. Wszystko to robiłam, goniąc za odpowiedzią na pytanie, którego nigdy nie postawiłam sobie na głos. „Chcesz wiedzieć, co skłania ludzi do tego, co robią? Chcesz zrozumieć ich motywacje?” – zapytał mnie mój pierwszy redaktor, trafiając w sedno. „Pisz o szkołach”.

Nie mógł mi rzucić lepszego wyzwania. Czy to w salach lekcyjnych, czy w więziennych celach, czy na rogach ulic, docierałam do tych niewydarzonych i do tych napiętnowanych, mierząc dystans między mną a nimi i usiłując znaleźć drogę do zrozumienia, jeśli nie wybaczenia. Nie byłam zbyt dobra w udzielaniu tego drugiego. Ale dziennikarstwo pozwalało mi przynajmniej rozmawiać i rozprawiać się z moimi lękami – by potem próbować zawrzeć ludzkie tajemnice w dwóch szpaltach druku.

* * *

Kiedy tylko wysiadłam z pociągu i stanęłam na pokrytym sadzą peronie starej stacji kolejowej w Poughkeepsie, żeby rozpocząć swoją drugą pracę w gazecie, wiedziałam, że popełniłam błąd. „Poughkeepsie Journal” zatrudnił mnie jako autorkę zajmującą się edukacją, a wtedy samo zapotrzebowanie na moją pracę znaczyło dla mnie więcej niż to, kto właściwie je zgłaszał. Zignorowałam więc paraliżujące mnie złe przeczucia, zapakowałam swoje naczynia i meble, a potem dołączyłam do innych niespełnionych pisarzy w brudnawym pomieszczeniu redakcji wiadomości, w którym deszcz przeciekał przez sufit. Wystukiwaliśmy na naszych klawiaturach hurtowe ilości uparcie radosnych historii z samego serca zabitej dechami dziury, koncentrując sporą część uwagi na przedmieściach. Dostawaliśmy raporty z przestępstw przefaksowane z komendy policji w formie komunikatów prasowych. Prowadziliśmy listę czarnych mieszkańców, których wypowiedzi mogliśmy zacytować, żeby dziennik sprawiał wrażenie reprezentatywnego dla wszystkich czytelników.

I chodziliśmy na paluszkach wokół skandali. Jeśli ktoś miał wystarczające wpływy, rzadko pojawiał się na naszych łamach wbrew swojej woli. Podobnie jak informacje o jakichkolwiek wątpliwych działaniach urzędników. Dopiero gdy dyrektorka do spraw zarządzania zasobami ludzkimi w urzędzie miasta została zastrzelona na parkingu swojego kościoła, a ciało rzeczoznawcy majątkowego znaleziono unoszące się na rzece Hudson, „Journal” opublikował kilka artykułów sygnalizujących, że życie w Poughkeepsie może nie wyglądać tak, jak dotąd sugerowaliśmy. Nawet wtedy jednak wiele faktów czytelnik sam musiał sobie dopowiedzieć. Naszej gazecie udawało się stonować każdą historię: zabójstwo miejskiego urzędnika, próbę samobójstwa, śledztwo federalne, ciężkie uzależnienie od narkotyków, nagminne łapówkarstwo wśród urzędników niższego szczebla.

To łagodne podejście pasowało do hrabstwa Dutchess, okalającego Poughkeepsie niczym wieniec pejzażami zaliczającymi się do najbardziej malowniczych w całym kraju. Jesienią, kiedy szkarłatne liście dębu szeleściły w złotym świetle, trudno było wątpić w istnienie boskiego planu. Był to kraj rozległych farm ze stadninami koni i wytwornych posiadłości, krętych dróg i starych kamiennych murów, które życzliwie osłaniały pochyłe pola. Vanderbiltowie i Rooseveltowie wybudowali swoje rodzinne posiadłości niedaleko na północ od miasta i absolutnie rozsądnie było myśleć – jeśli w porę odwróciło się wzrok – że wszelkie zło jest daleko stąd, w jakimś oddzielnym uniwersum. Lokalna gazeta nie zamierzała się temu obrazowi sprzeciwiać.

Raz w roku okoliczne ziemiaństwo z Dutchess mobilizowało się, by zjechać do miasta na świąteczną imprezę charytatywną w starym teatrze rewiowym, ale poza tym omijało Poughkeepsie niczym martwe zwierzę na drodze. Kto mógł ich winić? To miejsce było jak blizna po ospie, skaza na mapie, pełna zatęchłych barów i sklepów z taniochą, gdzie zrujnowane domy tłoczyły się obok siebie niczym zepsute zęby. Nawet w najsłoneczniejsze popołudnia Main Street była niemal całkowicie opustoszała, ponieważ wszystkie pozostałe arterie próbowały odgonić od niej kierowców – albo w stronę lśniącej galerii handlowej na południe, albo położonych za miastem gór Catskill. Po świecącej pustkami głównej alei nadal jednak snuli się bezczynnie młodzi mężczyźni, z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni i uniesionymi podbródkami.

* * *

Tydzień po rozmowie z Marguerite Marsh o jej córce siedziałam w komisariacie policji w Poughkeepsie, gotowa do wywiadu z szefem śledczych na temat ciągle nierozwikłanej zagadki zaginionych kobiet z miasta. Kiedy tylko przekroczyłam próg jego biura, porucznik Bill Siegrist wzruszył ramionami i oznajmił mi, że to koniec.

– Jak to koniec?

– Wszystko już rozwiązane. Zeszłej nocy – powiedział, a w jego głosie brzmiało raczej zmęczenie niż satysfakcja. Sięgnął do hotelowego dzwonka umieszczonego na rogu biurka i zadzwonił nim osiem razy, po jednym na każdą sprawę, teraz już zamkniętą. – Dochodzenie zostało zakończone. Facet, którego aresztowaliśmy, nazywa się Kendall Francois. – Nazwisko wydawało się egzotyczne jak na Poughkeepsie, a Siegrist wypowiedział je z kpiącym zaśpiewem.

Do gabinetu wpadł hałaśliwie detektyw Skip Mannain, rozgryzając z trzaskiem gumę do żucia i szczerząc się, jakby właśnie wygrał zakład o wynik Super Bowl. Z wystudiowaną swobodą zmierzył mnie wzrokiem i rzucił do porucznika:

– Pogadamy, jak skończycie.

Główny śledczy Poughkeepsie nie miał w sobie nic ze szpanerstwa Mannaina. Twarz Siegrista, choć był on już po pięćdziesiątce, zachowała różowawy odcień wyszorowanej skóry ucznia podstawówki. Wolał pracować wczesnym rankiem niż na nocnych zmianach i pić liptona zamiast kawy, a z największą satysfakcją wspominał nie bohaterskie aresztowania, lecz szczegóły spraw rozwiązanych na długo, zanim wstąpił w szeregi policji. Człowiek Encyklopedia, chichotali jego ludzie. Kiedy prokurator okręgowy wyrzucał kartony starych zdjęć z miejsc zbrodni, Siegrist spędził całe popołudnie, grzebiąc w koszu na śmieci i wyjmując setki fotografii, by wyretuszować je na własny koszt. Teraz wisiały w schludnych ramkach na ścianach jego gabinetu – archiwalne czarno-białe fotografie ukazujące ruchliwą Main Street, która już nie istniała. Siegrist był łagodniejszy od jakiegokolwiek gliny, z którym się zetknęłam. Jako pierwszy też zauważył moje podobieństwo do ofiar Kendalla.

– Fulton Avenue, numer dziewięćdziesiąt dziewięć – powiedział, notując adres na świstku papieru, i odprowadził mnie do drzwi.

Pospieszyłam na zewnątrz ku porannemu światłu i przemierzając ulice miasta, łączyłam się z działem wiadomości lokalnych „Timesa”. Mój punkt docelowy, usytuowany niedaleko Vassar College, na cichej ulicy ze szpalerami drzew, okazał się dla mnie zaskoczeniem. Przechodziłam przez tę okolicę wiele razy. Dwa budynki dalej chude kobiety krążyły między autami, proponując stosunek oralny za dziesięć dolarów. Ale w porównaniu z ich nachalnymi ofertami Fulton Avenue wydawała się oddzielnym światem. Przy idealnie ostrzyżonych trawnikach zwieńczonych gustownymi werandami mieszkali przedstawiciele wolnych zawodów, głównie lekarze i wykładowcy. Jasnozielony dom rodziny Francois w niczym jednak nie przypominał posiadłości sąsiadów – stał nieco oddalony od chodnika, do jego wejścia prowadziło kilka podniszczonych schodków, a okna były poczerniałe od brudu. Potężny dąb nieomal wrastał w jedną z bocznych ścian. Nawet gdy w środku roiło się od oficerów śledczych, dom sprawiał wrażenie odizolowanego, jakby chciał usunąć się z widoku. Łatwo, i zapewne wygodniej, było go przeoczyć.

Teraz jednak nie było to możliwe. Policja odgrodziła taśmami cały teren. Media opanowały wszystkie podjazdy w dół i w górę ulicy. Nauczyciele, przyzwyczajeni do skracania sobie przez Fulton Avenue drogi do pracy w pobliskiej szkole podstawowej, tym razem musieli jechać naokoło. Jedynie matki przywożące dzieci do pediatry po drugiej stronie ulicy otrzymywały pozwolenie na przejazd, a mali pasażerowie wykręcali się na tylnych siedzeniach w naszą stronę. Gromadziliśmy się u kruszejących schodków przed domem rodziny Francois niczym płytki krwi krzepnące na brzegu rany.

Zdawałam sobie sprawę, że dom może na równi nasiąkać i emanować bólem, że wspomnienia wsączają się w deski podłogowe i skapują z krokwi nad łóżkami. Ale opisywanie tego wrażenia daleko przekraczało moje codzienne reporterskie obowiązki. Dziennikarstwo skupiało całą swoją energię na opisie tego, co konkretne. Na kwestie psychologiczne nie było zbyt dużego popytu. Co prawda jako piszących sprawozdawców cały czas przestrzegano nas przed malejącym rynkiem prasy – armie konsultantów przekonywały, że jedyną naszą nadzieją pozostaje dostarczanie „kontekstu i analizy”, których brakowało w telewizji. Mimo to w Poughkeepsie nasze pisanie wciąż przypominało szkolne dyktando – chodziło zazwyczaj o zebranie przeciwstawnych wypowiedzi skłóconych stron i złączenie ich w całość kilkoma zręcznymi frazami. Przez cały okres pracy w „Journal” nie mogłam się pogodzić z masową produkcją takich tekstów. Pisałam solenne artykuły, które miały sprawić, że zapomniani ludzie znajdą się na jeden dzień w centrum uwagi, i myślałam, że robię coś istotnego, chociaż mój chłopak próbował mi uświadomić, że dla większości osób jedyną wartością gazety są kupony ze zniżkami do supermarketów. Przypominał mi często, że reporterzy to nie prawdziwi pisarze. Byliśmy pismakami, nudziarzami, informacyjnymi maszynami. Ale kiedy tego parnego wrześniowego poranka zaglądałam z ganku do domu Francois, a widok zmroził mi krew w żyłach, już wiedziałam: trafiłam na historię, która udowodni Derrickowi, że się myli. Miałam wrażenie, że wszystkie błędy, które dotąd w życiu popełniłam, prowadziły mnie właśnie do tej chwili.

Skóra, czaszki i stare ubrania, dokumenty, odchody i potłuczone naczynia – wszystko to wylało się z ponurego domku Francoisów w kolonialnym stylu. Spodenki od dziecięcych piżam, splątane ze starymi biustonoszami, trzeba było odrywać od zmurszałej, lepkiej od pleśni podłogi. Walały się po niej podarte rajstopy i zużyte prezerwatywy. Zepsute jedzenie, zerwana izolacja termiczna i połamane dziecięce meble zaśmiecały kolejne stopnie prowadzące na poddasze – tapeta przy schodach lepiła się od brudu. Obgryzione kości kurczaka porozrzucane były dosłownie wszędzie. W łazience na piętrze tubka pasty do zębów balansowała na skraju umywalki pełnej czerwi; ich łuski zatkały sedes. Policja zbierała wszystko, tworząc mieszaninę dowodów rzeczowych zaplątanych w kocią sierść i wszechobecny brud, ale nie miało to żadnego sensu – ich dokumentacja, podobnie jak sam dom, stanowiła niepokojący, niezrozumiały kolaż. Podręczniki szkolne i poplamiona bielizna w kuchni. Pisane odręcznie listy miłosne obok pamfletów na udzielanie pomocy ofiarom gwałtów. Strzykawki i roztrzaskany kanister z benzyną na stercie rodzinnych fotografii.

Ojciec Kendalla, McKinley, używał zatłuszczonej sofy w salonie jako swojego łóżka. To na niej leżał, wgapiając się w gzyms kominka wciąż udekorowany bożonarodzeniowymi skarpetami, chociaż trwało późne lato. Na niskim stoliku w pobliżu jego głowy znajdował się list zaadresowany do matki Kendalla, Paulette, przysłany przez kobietę, która opisała w nim, jak została zgwałcona i pobita przez syna Francoisów. McKinley spędzał długie nocne godziny w piwnicy, gdzie przy jednej ze ścian stała pralko-suszarka, a dziecięcy rower opierał się o górę starych pudeł. Metalowe krzesło ułatwiało dostęp do niskiego korytarza, który prowadził do węzłów sanitarnych i rur – to w tym ciemnym grobowcu Kendall umieścił swoją szóstą, siódmą i ósmą ofiarę. Sandra French leżała ze stopami owiniętymi w worki foliowe, jej kolana były rozwarte jak u rodzącej kobiety. Obok znajdowała się Audrey Pugliese, która wciąż miała na sobie stanik z linii Support Can Be Beautiful. Audrey była cięższa od pozostałych ofiar i broniła się dłużej. Kendall musiał stanąć jej na gardle, by zakończyć walkę. Wykończony, porzucił zwłoki w pozycji siedzącej w kącie piwnicy; dopiero po upływie kilku godzin wrócił i wepchnął je do kanału obok ciała Sandry. Tydzień później wsunął jeszcze na górę drobną Catinę Newmaster.

W kuchni, gdzie trochę światła dawała goła żarówka, wieże z zaskorupiałych naczyń opierały się o garnki, w których roiło się od robaków. Zerwane przewody zwisały z sufitu jak pnącza. Młodsza siostra Kendalla, Kierstyn, spała w pobliżu, w pokoju na zapleczu zaśmieconym pisemkami porno, męską bielizną, opakowaniami po kondomach, gumowymi rękawiczkami i rolką taśmy izolacyjnej. Wstawiony tam materac – na którym Kendall zgwałcił wiele kobiet, ale ich nie zabił – leżał na podłodze pośród gumek do włosów i łusek czerwi, które opadły z sufitu. Policjanci przywoływali potem słowa Kierstyn, która powiedziała, że podczas bezsennych nocy miała wrażenie, iż ściany żyją.

Na górze Kendall spędzał czas na słuchaniu poradników (np. Jak uczyć się więcej i szybciej), czytaniu książek z uniwersum Gwiezdnych wojen albo oglądaniu kaset porno, których miał całe stosy. Z tego piętra korzystali obecnie tylko on i matka – Kendall sypiał w głębi korytarza, na wolnym łóżku swojego młodszego brata, Aubreya. W dzieciństwie zajmował inny pokój – ten, w którym teraz zabijał kolejne kobiety. Sandrę French – pięćdziesięciojednoletnią ofiarę, tylko o rok młodszą od Paulette – zostawił martwą na kołdrze z Myszką Miki, po czym ubrał się do szkoły i delikatnie zamknął za sobą drzwi.

* * *

Nad ranem drugiego września 1998 roku, kiedy spałam w swoim łóżku obok Derricka, Kendall przeglądał pospinane pliki zdjęć policyjnych. Znał je wszystkie, te zdradliwe, rozwiązłe kobiety; oderwał kilka fotografii: Wendy Meyers, Giny Barone, Catherine Marsh i Sandry French. Uformował z nich równy stosik i przykrył go dłonią.

– Zabiłem je – powiedział, jakby mówił o nudnym codziennym obowiązku, jak wynoszenie śmieci czy tankowanie samochodu. Inne zdjęcia odłożył na bok. Zajmie się nimi później. Śledczy policji stanowej, Art Boyko, sięgnął po drugi zeszyt, tym razem wypełniony fotografiami czarnych kobiet, ale Kendall pokręcił głową. – Tego nie potrzebuję. Tam nikogo nie ma.

– A więc kiedy się tutaj pojawiłam – mówiła później zastępczyni prokuratora okręgowego Marjorie Smith, rejestrując na taśmie podsumowanie siedmiu godzin spędzonych z Kendallem – o co poprosiłeś najpierw? Chciałeś zobaczyć trochę zdjęć?

– Tak, zdjęcia prostytutek.

– Okej – powiedziała Smith, zaznaczając nazwiska kobiet, które wskazał Kendall. – Skąd je znałeś?

– Zabiłem je.

Ta prokurator Smith denerwuje się jak diabli, pomyślał. Ale przynajmniej jest sympatyczna, trochę jak kasjer bankowy. Podobała mu się. Miała dobre maniery, ani razu nie okazała rozdrażnienia tym, co powiedział. Gdy jednak dyktował przy włączonym magnetofonie swoje imię i nazwisko, powtarzając tę samą historię chyba po raz szósty tej nocy, był już coraz bardziej poirytowany i znudzony. Przeliterowywał kolejne słowa, tak jakby Smith i ten śledczy o kwadratowej szczęce wciąż nie mieli pojęcia, kim jest. Co za idioci z tych glin. Cud, że ktokolwiek pozostawał jeszcze bezpieczny. Kazali mu w kółko powtarzać identyczną nudną formułkę – od popołudnia, poprzez wieczór, aż do wczesnych godzin porannych następnego dnia. Ani razu nie zmienił swojej opowieści, nie poprosił o adwokata. Oficjalnie nie musiał im mówić nawet słowa. Ale uznał, że nadszedł czas, by wziąć odpowiedzialność. Najwyższy czas.

Po zabiciu kogoś nie uderzał w ciebie żaden piorun. Zero wrażenia, że Bóg wszystko widział i ześle na ciebie surową karę, tak jak powinien. Zabijanie wcale takie nie było. Zamiast tego należało zająć się szczegółami – kośćmi, które nie mieściły się do pojemników na śmieci, zwłokami, które musiały zostać pocięte i zapakowane, bałaganem, który trzeba było posprzątać. Konkretny wysiłek, taki sam jak przy odśnieżaniu podjazdu.

– Jak ona się nazywa? – zapytała ostro prokurator, stukając paznokciem w zdjęcie kobiety z szerokimi kreskami na powiekach i twarzą w kształcie serca. Smith kojarzyła ją z co najmniej kilku ulicznych nalotów; w przeszłości wnosiła oskarżenie przeciwko jej chłopakowi. Była świadkiem tego, jak Wendy traci prawa do opieki nad synem. Postanowiła, że zmusi Kendalla, by wypowiedział jej imię na głos. Sprawi, by zapamiętał każdą z nich.

– Wendy Meyers. Zabiłem ją.

To jedna z pierwszych, z którymi się zadawał po odejściu z armii. Zaciąg okazał się wyjątkowo głupią decyzją, chociaż wtedy wydawało się, że ma sens – jako sposób na ucieczkę z Fulton Avenue 99 i zarobienie pieniędzy na college. W bazie nawiązywał znajomości tak jak zawsze – wcielając się w postaci ze Star Treka, imponując białym chłopakom swoimi umiejętnościami w grach.

– W jakich okolicznościach zakończyłeś służbę, Kendall? – zapytała Smith.

– Zwolniony z honorami – westchnął.

Wyżsi rangą oficerowie czepiali się go od samego początku, uśmiechając się drwiąco, gdy wchodził na wagę, i z grymasem na twarzy obserwując, jak technicy rozszerzają fałdomierze, by zmierzyć objętość jego tkanki tłuszczowej. Za dużo, zawsze za dużo. Alarmujące sygnały o „nadwadze” wyzierały z jego dokumentacji miesiąc po miesiącu, aż wreszcie się go pozbyli. „Otyłość”, wpisano do papierów zwalniających go ze służby. Wrócił do Poughkeepsie, do domu rodziców, z raptem kilkoma tysiącami dolarów w kieszeni. Bez perspektyw na ukończenie college’u, bez pracy. Ale miał pewne pomysły.

Wendy spotkał na Main Street. Była ładna, miała długie brązowe włosy, i można było na niej polegać – pracowała bez przerwy, żeby później móc się nawalić ze swoim chłopakiem w motelu po drugiej stronie rzeki. Kendall zdumiewał się, jak wiele osób korzystało z pieniędzy odłożonych przez niego w wojsku – rozdawał setki dolarów tygodniowo. A co te kobiety robiły później z jego ciężko zarobionymi pieniędzmi i z jego nadzieją na miłość? Okradały go, uciekały i kupowały narkotyki, a potem ćpały w pokojach hotelowych, spędzając noce z innymi mężczyznami.

– Czy Wendy czymś się wyróżniała? – zapytała prokurator, a on zamierzał jej teraz opowiedzieć, w jaki sposób ta kobieta go upokorzyła, podobnie jak cała reszta.

– Okradła mnie – wyszeptał Kendall. Uznał, że nie wspomni o zakażeniu wirusem HIV, o którym się dowiedział niedługo po ich pierwszym stosunku.

Wendy należała do całej grupy kobiet, które go zawstydziły, wyznał przesłuchującej go Smith. Oferowały mu seks, on wręczał im gotówkę, a one się ulatniały. Wendy zrobiła to dwa razy. Próbował ją gonić, biegnąc wzdłuż Main Street i posapując, a inne kurwy, rozbawione, pokazywały go sobie palcem. Ostatnim razem Wendy siedziała w jego sypialni i trajkotała, że musi go zostawić, bo śpieszy się na jakieś spotkanie z kuratorem sądowym, jakby uważała go za głupiego. Traktowała go jak debila, błazna. Zawsze tak było: kobiety marudziły, by coś od niego dostać, a potem kłamały, próbując od niego uciec.

– Dlaczego, Kendall? – zapytała Smith.

– Co dlaczego?

– Dlaczego chciałeś zabić Wendy Meyers?

Jak mógł to wytłumaczyć? I dlaczego ma to robić? Nie był nawet pewien, czy umie, na pewno nie tak na zdrowy chłopski rozum, jak mawiała jego babcia. Jego myśli krążyły tu i ówdzie bez ładu, przywołując albo wspomnienia, albo zupełną pustkę, raz trafiając na strych, gdzie spędzał noce, a raz do celi śmierci, w której z pewnością znajdzie się już niedługo. Były wszędzie, tylko nie w tym małym szarym pokoju.

– Na początku tego nie planowałem – wyjąkał. – Chyba się wkurzyłem za to, co zrobiła, i zacząłem ją dusić. Nie chciałem znów zostać oskubany. W końcu doszedłem do punktu, w którym poczułem, że nie ma już odwrotu.

Wendy zaciekle walczyła. Nie był nawet pewien, czy z nią skończył, kiedy nasunęła mu się na myśl łazienka na piętrze, jedyna, w której nadal była bieżąca woda. Ułożył ją w wannie i odkręcił kurki. Jej noga drgnęła.

– A potem zaniosłeś ją na strych? – powiedziała prokurator, ciągnąc wątek. Było łatwiej, gdy ona zadawała pytania, a on mógł po prostu odpowiadać: tak albo nie.

– Tak – odparł.

– Gdzie ona teraz jest, Kendall?

– Jest na strychu.

Był taką niemotą… Smith potrafiła zrozumieć, dlaczego wszystkie te kobiety nie znosiły go jako klienta. Wciąż kojarzył jej się z profesorem Klumpem z filmu Gruby i chudszy, granym przez Eddiego Murphy’ego. Stusześćdziesięciokilogramowy niechluj miażdżący kobiety, którym zdarzało się nie jeść obiadu przez parę dobrych dni. Gdyby jej życie potoczyło się zgodnie z planem, w ogóle nie rozmawiałaby teraz z tym groteskowym mężczyzną. Przecież, do cholery, studiowała ekonomię, chciała zostać prawnikiem związków zawodowych, w wakacje pracowała w banku. Nie była oficerem śledczym. A jednak siedziała tutaj i przesłuchiwała gościa, który opowiadał, jak patrzył na kobiety umierające w jego wannie.

– Dlaczego nie przestawałeś tego robić, Kendall?

– Nie wiem. To wydawało się łatwiejsze niż wchodzenie w związki.

Smith zdawała sobie sprawę, że rozmawiając z mordercami, należało wierzyć w fundamentalną zasadę wspólnoty wszystkich ludzi. Chociaż oczywiście nie jesteśmy tacy sami. Wywodzimy się z różnych środowisk, podejmujemy odmienne decyzje. Ale zazwyczaj Smith potrafiła oszukiwać samą siebie na tyle długo, by zacierać wszelkie podziały i otrzymywać od innych to, czego potrzebowała. Taką więź usiłowała też odnaleźć z Kendallem – wychowali się w tym samym hrabstwie, chodzili do tej samej szkoły średniej i pomaturalnej3 – ale szło jej to opornie. Nie potrafiła się skupić. Nie była w stanie przejść do porządku dziennego nad tym monstrualnym mężczyzną przyznającym się do monstrualnych zbrodni, jakby nie miały większego znaczenia niż wypad do sklepu spożywczego. Wiedziała, że kiedyś jej wysiłki zostaną zweryfikowane. Po latach, gdy studenci prawa albo kryminolodzy będą wysłuchiwać jej wywiadu z tym mordercą, z pewnością stwierdzą, że nie dopełniła swoich obowiązków.

Kendall natknął się na Ginę Barone pewnego zimnego jesiennego wieczora przy drodze przelotowej, która przecinała miasto wzdłuż starych magazynów i opuszczonych budynków. Widywał ją tam przez lata – była brzydka, często opryskliwa, zazwyczaj zbyt naćpana, by się do czegokolwiek nadawać. Prawda o niej nie kończyła się jednak na tym; Gina była też matką i dziewczyną, która rzuciła szkołę średnią w Poughkeepsie, a swojego ojca spotkała tylko raz, po tym jak obszukała całe Yonkers, by go odnaleźć. Ale Kendall wiedział o niej tylko tyle, że noc w noc stała w tym samym miejscu, czekając, aż natknie się na nią któryś z klientów pobliskiego klubu Confetti. Dostrzegła go i wskazała mu ręką pustą parcelę nieopodal. Gdy zaparkował, wskoczyła na tylne siedzenie jego czerwonego subaru i zaczęła zdejmować spodnie, podczas gdy on gramolił się za nią. Niemal natychmiast zaczęła narzekać. Kendall był za ciężki. Za długo dochodził, a ona chciała już wyjść i się nawalić. Co za dziwka – a przecież to on jej płacił! Głupia kurwa w upapranym swetrze wytykająca mu słabą formę, tak jakby to ona tu rządziła.

– Jak się wtedy poczułeś, Kendall?

Znów te pytania, na które nie umiał odpowiedzieć. Najczęściej sam sobie nie radził z rozpoznaniem własnych emocji – a co dopiero z opisaniem ich tej białej kobiecie.

– Byłem dość wkurzony, tym bardziej że nawet mi się nie podobała – powiedział.

– To dlaczego zaprosiłeś ją tamtego wieczora do samochodu?

– Była w pracy.

– Co stało się potem?

– Zacząłem ją dusić.

Nie minęło wiele czasu, raptem dwie albo trzy minuty, i Gina straciła przytomność. Wtedy mógł położyć się na niej i kontynuować to, co rozpoczął, bez słuchania jej gderaniny. Szło mu dobrze, do czasu kiedy Gina się ocknęła.

– I co się wtedy stało, Kendall?

– Udusiłem ją – stwierdził rzeczowo. Tym razem, jak przyznał, zajęło to nieco dłużej i Gina zwiotczała dopiero po pięciu czy sześciu minutach.

– Jaki był koniec tego wszystkiego? – spytała Smith. – Dlaczego przerwałeś?

– Ona przestała się poruszać.

Z na wpół rozebraną, bezwładną Giną na tylnym siedzeniu Kendall wrócił do domu rodziców. Na podjeździe wyciągnął kobietę z samochodu, wrzucił ją do bagażnika i zamknął go po cichu. Gina tkwiła w nim nadal, gdy następnego dnia wczesnym rankiem najpierw odwiózł do pracy matkę, a potem wrócił do domu po siostrę, by podrzucić ją do szkoły. Wieczorem wywlókł ciało na zewnątrz i rzucił je w kąt garażu, przykrywając starym materacem. Jesień przeszła niepostrzeżenie w zimę, po Święcie Dziękczynienia nagle nastąpiło Boże Narodzenie, a Gina nadal leżała zwinięta na podłodze garażu Francoisów. W kwietniu, kiedy na drzewach powoli zaczynały się rozwijać liście, rozpętała się burza śnieżna. W hrabstwie Dutchess było to zjawisko powtarzające się niemal każdej wiosny, by przypomnieć ludziom, że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i że nic w życiu nie przychodzi łatwo. Młode listki przykrył śnieg tak ciężki, że gałęzie łamały się w całym Poughkeepsie. Na Fulton Avenue 99 całe drzewo przewaliło się na dach garażu i przeleżało na nim kilka miesięcy, niczym znak wskazujący drogę. Wczesnym latem rodzice Kendalla zaczęli planować naprawę szkód, co skłoniło ich syna do wydobycia zesztywniałego ciała Giny z garażu i przetransportowania go na górę. Wyrzucił zwłoki na strych niczym zepsuty mebel – Wendy Meyers i Catherine Marsh już tam były.

– Kiedy… – Smith szukała odpowiednich słów. – Jak się czułeś, kiedy… O czym myślałeś… Co czułeś, gdy trzymałeś ręce na szyi Giny? – Udało się, w końcu powiedziała to, co chciała.

– Nie myślałem o niczym – odpowiedział Kendall.

– Byłeś szczęśliwy? Smutny? Wściekły?

Choć nie była psychologiem, Smith mimo wszystko interesowała się tym, jak funkcjonuje ludzki umysł. Niewiele to znaczyło dla jej strategii na sali sądowej, ale Kendall poprosił o rozmowę z prokuratorem, co uczyniło ją świadkiem, więc to nie ona będzie wnosić oskarżenie w tej sprawie. Była ciekawa, co działo się w jego głowie.

– Jak się czułeś? – spytała ponownie Smith.

– Byłem wściekły.

– Na co byłeś wściekły?

– Na nią.

– Pamiętasz, co robiłeś tamtego dnia? Czy zdarzyło się coś nietypowego?

– Nie.

– Po prostu byłeś na nią wściekły.

– Tak.

Kendall odsunął się do tyłu i przeciągnął. Trudno było go za to winić – jego ogromne ciało tkwiło na tym małym stalowym krzesełku od wielu godzin. Nie wiedziała, o co dalej pytać. Facet nie był idiotą, tylko kimś, do kogo trudno dotrzeć. Nie okazywał niczego – nie odgrażał się ani nie miał wyrzutów sumienia, ledwo dostrzegało się w nim jakiekolwiek emocje. Wsunęła zdjęcie Giny pod stosik utworzony przez Kendalla i przeszła do Catherine Marsh.

– Masz jakiekolwiek przypuszczenia, dlaczego ją zabiłeś, Kendall?

Znów to cholerne pytanie, pomyślał Kendall. Ta kobieta wciąż powtarzała to samo cholerne pytanie.

– Byłem zły, że ciągle zdzierają ze mnie pieniądze.

Mógłby powiedzieć więcej. Mógłby wyznać Smith, co generalnie myślał o kobietach – zawsze zachowywały się tak, jakby to one były najmądrzejsze – a zwłaszcza o dziwkach. Bezużyteczne śmieci. A najgorsze były czarne dziewczyny, zawsze się stawiały. Dlaczego ta prokurator udawała, że one ją obchodzą? Nic jednak nie powiedział. W odróżnieniu od reszty Cathy Marsh właściwie nie stawiała oporu. Leżała tam, jakby wszystkiego się spodziewała. Pamiętał, jak spotkał ją rano przy Soldiers Fountain, niedaleko biura, w którym ludzie płacą rachunki za kablówkę. Dał jej dwadzieścia dolarów, zaskoczony, że przystała na tak niewiele, choć innym dziewczynom z chęcią płacił więcej. Poszli prosto do domu i na górę, do jego starej sypialni. Cathy sumiennie pozbyła się całego ubrania, ale to wszystko, co potrafił sobie przypomnieć. Kojarzył jej twarz – niebieskie oczy, dołeczki, szczerbaty uśmiech – i wiedział, w którym pokoju ją zabił. Ale cokolwiek go wtedy zdenerwowało, ulotniło się z jego pamięci.

– Prawdopodobnie byłem wtedy wkurzony na kogoś innego – powiedział. – Ona po prostu znalazła się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.

– Potrafisz sobie przypomnieć, czy Catherine Marsh kiedykolwiek naciągnęła cię na pieniądze?

– Tak konkretnie to nie.

Wszystko, co pamiętał, to sposób, w jaki tam leżała. Niepokoił go. Po wszystkim zaniósł ją do łazienki i umieścił twarzą do dołu w wannie wcześniej wypełnionej wodą, tak jak to zrobił z Wendy. Upchnął Cathy dokładnie, niczym kłąb ubrań do namoczenia w misce, upewniając się, że zanurzył ciało w całości. Potem wyciągnął ją, mokrą i ociekającą wodą, kopnął na bok jakieś tekturowe pudła i stare koce zagradzające przejście na strych, a następnie, trzymając ją wysoko, zaczął iść na górę, schodek po schodku. Nikt w jego rodzinie nie korzystał ze strychu – oprócz Kendalla, który zanosił tam swoje trofea. Położył Cathy na podłodze obok Wendy, szturchnął je obie i wymamrotał, że to ich wina.

Ale oto wciąż siedział przed panią prokurator, która spowalniała tok jego myśli, gdyż przypomniała mu, że wcześniej przyznał, iż zabijanie ludzi jest trudniejsze, niż sądził.

– Co chciałeś przez to powiedzieć? – zapytała Smith.

– Nie wiem. To się nie dzieje jak na filmach, w których one umierają przez minutę czy dwie.

Smith przerwała, wyjaśniając, że śledczy będą musieli pojechać do domu Kendalla, by potwierdzić to, co im zeznał. Czy może w tym czasie coś dla niego zrobić?

– Nie odmówiłbym pączka – odparł.

* * *

Kilka godzin później obserwowałam przed Fulton Avenue 99 śledczych badających miejsce zbrodni w specjalnych kombinezonach i trzymających w wyciągniętych przed siebie rękach całe torby dowodów. Przeprowadzałam wywiady z gapiami, zapisywałam ich nazwiska i wiek, patrzyłam na ich twarze, zszokowane tym, o czym się właśnie dowiedzieli. Pielęgniarka stojąca na samym przodzie grupy widzów drżała, gdy mówiła mi, że uważała matkę Kendalla za przyjaciółkę. Pracowały razem w szpitalu psychiatrycznym. Znała też jedną z ofiar – lata temu montowały razem układy scalone w zakładach IBM, stojąc bok w bok przy nowoczesnej linii montażowej. Teraz tę dziewczynę wynosili z domu Paulette Francois w koszu na śmieci. Nie mogłam przeoczyć reporterskiej kopalni złota stojącej wprost przede mną – w opowieści tej wątłej kobiety nici małomiasteczkowego życia wiązały się w jeden skomplikowany supeł. Ale kiedy próbowałam ją przycisnąć, pokręciła głową i odeszła sztywnym, niepewnym krokiem, jakby kuśtykała z powodu jakiegoś urazu.

Przez tydzień na kruszejących chodnikach Poughkeepsie aż roiło się od dziennikarzy. Szukaliśmy czegokolwiek – strzępów plotek, skrawków wspomnień – co mogłoby ujawnić prawdę o tym mieście, teraz rozdartym i wystawionym na pokaz. Rozchodziliśmy się po Main Street i rozmawialiśmy z prostytutkami, które z jednej strony były zirytowane wzmożonym zainteresowaniem, a z drugiej pragnęły naszej uwagi niczym dzieci cukierka. Wiedziały, że odejdziemy, gdy tylko zbierzemy wystarczającą liczbę cytatów i anegdot, ale mówiły dalej. Większość z nich znała Kendalla od lat – twierdziły, że przez wiele miesięcy zgłaszały się na policję, oskarżając go o gwałty i napaści. Pojawiały się pogłoski, że na żądanie Siegrista Kendall przeszedł badanie wykrywaczem kłamstw. Że jeden z detektywów odwiedził go w domu i nieświadomy stał parę metrów od miejsca, w którym leżało pięć ciał. Ale to były tylko plotki, rozpuszczane przez uzależnione od narkotyków dziwki, więc zamiast dawać im wiarę, zwróciliśmy się do funkcjonariuszy z prośbą o informacje. Czekaliśmy, aż zdecydują się wydzielić nam jakąś ich porcję, byśmy mogli rzucić się na nią jak na żarcie z fast foodu.

Prokurator okręgowy Bill Grady regularnie zwoływał konferencje prasowe, żeby nas nasycić. Pierwsza odbyła się kilka dni po aresztowaniu Kendalla, na sali szkoleniowej posterunku policji w Poughkeepsie. Na podłodze z błyszczącym linoleum portier ustawił sześć rzędów składanych krzeseł. James DeSalvo, brat czwartej ofiary Kendalla, Kathleen Hurley, obserwował z parkingu, jak napływamy do budynku. Rozmawiałam z nim tydzień wcześniej, kiedy zbierałam informacje na temat zaginionych kobiet, zanim Kendall przyznał się do morderstw. Przyjął moje pytania z rezygnacją, której się spodziewałam, i zarazem z wyraźnym poczuciem wyższości, które mnie zastanowiło. Wyobraziłam sobie tego pompatycznego nauczyciela jako zabójcę, doznającego dreszczyku emocji na widok łez i bólu rodzin ofiar. Lecz kiedy spotkałam DeSalvo przed siedzibą miejskiej policji, zobaczyłam po prostu mężczyznę zagubionego w mrowiu reporterów, próbującego poprawnie się wypowiadać i połykającego w nerwach słowa.

Wewnątrz budynku do wystąpienia przygotowywał się najwyższy przedstawiciel prawa w Dutchess. U tego drobnego, łysiejącego mężczyzny o jasnych włosach i załzawionych oczach powściągliwy styl maskował polityczną przebiegłość. Jako syn najdłużej urzędującego prokuratora okręgowego w hrabstwie, Grady całe swoje dorosłe życie pracował w biurze i był jedynym aktywnym prokuratorem okręgowym w stanie Nowy Jork, który nie ukończył egzaminu kończącego aplikację (otrzymał taką możliwość dzięki swojej służbie w Wietnamie). Za każdym razem, gdy trafiałam do jego gabinetu, by zadać kilka pytań – niezależnie czy chodziło o sprawy zakończone wyrokiem śmierci, czy o protokoły posiedzeń sądowych, Grady wyciągał z regału za swoim biurkiem pokaźne tomisko i otwierał je na właściwym fragmencie przepisów. Nie czuł się komfortowo w otoczeniu mediów ogólnokrajowych, które wkrótce zaczną znajdować coraz więcej powodów, by szturmować hrabstwo Dutchess. Lubił jednak przekomarzać się z reporterami, których uważał za życzliwych sobie.

Zawsze stroniący od pośpiechu, poczekał, aż wszyscy zajmiemy miejsca, a potem ogłosił nazwisko ostatniej kobiety odnalezionej w domu przy Fulton Avenue 99.

– To Audrey Pugliese…

– Ja ją znam! – pisnął mężczyzna siedzący obok mnie. – Mój Boże, niedawno układałem jej włosy!

Po jego drugiej stronie siedziała przysadzista czarna kobieta i patrzyła prosto przed siebie, nieruchoma niczym posąg.

Na konferencjach prasowych często siadałam w pobliżu ludzi, którzy nie byli dziennikarzami, po części dlatego, że gorączkowa pisanina reporterów mnie stresowała, a po części – gdyż każdy, kto się tam znalazł i nie robił notatek, z reguły przybywał na miejsce z jakichś innych, ciekawszych powodów. Popiskujący mężczyzna obok mnie, który kręcił się całymi dniami w pobliżu Fulton Avenue 99, trelując z oburzeniem niczym drag queen pod narkozą, teraz przedstawił się jako kuzyn Kendalla. Mon-Ray Francois nie był w rzeczywistości krewnym ani powinowatym, jedynie wychowywał się z dziećmi Francoisów i od tamtej pory nosił ich nazwisko niczym pasujący jak ulał płaszcz.

Grady mówił dalej. Okazało się teraz, że wszystkie osiem ofiar Francoisa to białe kobiety, ale oczywiste różnice rasowe nie stanowiły motywu jego działań. Dziennikarze, zdziwieni, unieśli brwi. Grady kontynuował. Śledczy spodziewali się znaleźć u Francoisów osiem ofiar, ponieważ osiem kobiet zostało zgłoszonych jako zaginione. Ale nie wszystkie ciała odkryte w domu przy Fulton Avenue 99 należały do osób poszukiwanych przez policję. Znajdowały się wśród nich zwłoki kobiety, o której funkcjonariusze nigdy nie słyszeli, a brakowało Michelle Eason, jedynej zaginionej Afroamerykanki. Wszystkie identyfikacje zostały już przeprowadzone. Pozostali członkowie rodziny, dodał Grady, nic nie wiedzieli o zbrodniach popełnionych przez Kendalla i nie zostaną oskarżeni.

* * *

Minął miesiąc, zanim miejsce zbrodni Kendalla zostało oczyszczone, a fragmenty ludzkiej skóry pośród opakowań po słodyczach i starej pościeli – skatalogowane. Śledczy policji stanowej Art Boyko zniszczył dwie pary butów, stąpając po zalegającej podłogi zgniliźnie. Każdego wieczora po pracy zakradał się do swojego domu przez piwnicę, gdzie zdejmował wszystkie ubrania, wrzucał je do toreb na śmieci i dopiero potem wchodził nago do czystej kuchni swojej żony.

Boyko tysiące razy czuł zapach rozkładających się ciał, tę specyficzną aurę sprawiającą, że żołądek podchodził do gardła, która towarzyszyła zgniliźnie zalegającej większość pomieszczeń, gdzie doszło do morderstwa bądź samobójstwa wykrytych długo po fakcie. Ale w piwnicy domu przy Fulton Avenue 99 zatoczył się do tyłu pod ciężarem nieznośnego smrodu. Wypełniał on całe pomieszczenie niczym kłęby dymu, duszące każdego, kto próbował wejść do środka. Nawet ludzie, którzy nigdy nie widzieli na własne oczy martwego ciała, rozpoznawali, co oznacza ta woń. Jego żona odsunęła się od niego z wytrzeszczonymi oczami, kiedy tylko przekroczył kuchenne drzwi. Boyko miał swoje metody w takich sytuacjach: parzący prysznic, podczas którego wcierał w ciało mydło dezodorujące, aż jego skóra różowiała, a później spacer oczyszczający umysł.

Przed świtem, po wydobyciu ciał ofiar z domu Francoisów, błąkał się po swoim podwórzu, uruchamiając czujniki ruchu, które oświetlały domy jego śpiących sąsiadów na tle fioletowego nieba. Teren posiadłości był tak nowy, że asfaltowe alejki nadal wydawały się miękkie pod stopami. Boyko wdrapał się na pagórek, by spojrzeć na zachód, w kierunku świateł Poughkeepsie migoczących poniżej, na horyzoncie. Nie umiał wymazać z pamięci tego, co tam widział – ciała kobiety gnijącego w koszu na śmieci; stosu czaszek; sznurka z przymocowaną do niego śrubą oczkową, przywiązanego do ramienia szkieletu – ale przynajmniej mógł teraz oddychać: ochłonąć w podmiejskich ciemnościach i oczyścić się z obrazów, o których nie potrafił mówić. Wciągnął do płuc zimne, świeże powietrze, chcąc poczuć łaskotanie skoszonej trawy, mocny zapach swojego ciała po prysznicu. Zamiast tego wstrząsnęły nim torsje. Znów przygniotły go trupy, ich gnicie i bezbrzeżny smutek – poczuł je w opuszkach swoich palców, w gardle. Niemożliwe. To złudzenie, powiedział do siebie Boyko, kręcąc szyją i potrząsając głową. Stał na wzniesieniu ponad piętnaście kilometrów dalej. Umył się, wyszorował. Ale nie przestawał szukać – wąchał, tropił, aż w końcu znów go poczuł. Odór oskarżenia, zła i straty wydobywające się z pamięci z powrotem na świat.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

V. Nabokov, Nikołaj Gogol, przeł. L. Engelking, Warszawa 2012, s. 124. [Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza]. [wróć]

W oryginale Unpleasant Valley – żartobliwe przeciwieństwo przytoczonej w poprzednim akapicie nazwy Pleasant Valley (Przyjemna Dolina). [wróć]

Szkoła pomaturalna (ang. community college) – terminem tym określa się tu dwuletnie szkoły pomaturalne (półwyższe), prowadzone przez władze stanowe, lub miejsce przygotowujące do studiów wyższych. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pająk i mucha 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny