Pustkowia

Pustkowia

Autorzy: Arne Dahl

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 15.00 zł

Nazywa się Ellen Savinger i zaginęła trzy tygodnie temu. Sam Berger ma złe przeczucia, ale koledzy ze sztokholmskiej policji twierdzą, że skoro nie ma ciała, nie ma przestępstwa.  Gdy Sam nawiązuje kontakt z tajemniczą Nathalie Fredén, która może coś wiedzieć w sprawie Ellen, dochodzenie przybiera na sile i zaczyna obejmować również przeszłość Sama.

Pustkowia, powieść o zawrotnie szybkiej akcji, pełna pułapek i kryjówek, ukazuje zupełnie nowe oblicze Arnego Dahla. To także debiut pary detektywów – Sama Bergera i Molly Blom.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

I

1

2

3

4

5

6

7

8

9

II

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

III

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

IV

32

33

34

35

36

37

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: UTMARKER

Redakcja językowa: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: © Miroslav Šokčić

Zdjęcie na okładce: © Fotolia

Adaptacja okładki: Izabella Marcinowska

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Głodowska

Copyright © Arne Dahl, 2016

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-525-1

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

I

1

LIŚCIE OSIKI DRŻĄ. Słyszy to, chociaż biegnie, jak jeszcze nigdy w życiu, przez trawę sięgającą mu do piersi.

Kiedy łąka się rozszerza, szmer jest wyjątkowo intensywny. Przystaje. Nagle dźwięk robi się tak natarczywy, jakby do jego świata chciał przeniknąć ktoś z innej epoki. Chwieje się na nogach, a szmer znów słabnie. Odzyskuje równowagę i orientuje się, że powiewające złote włosy prawie zniknęły mu z oczu w wysokiej trawie. Musi jeszcze bardziej się wytężyć, żeby nie stracić gruntu pod nogami.

Jest letni dzień, jeden z tych, które zdarzają się o wiele za rzadko. Lekkie jak piórka chmury delikatnie przecinają błękitne niebo, a każde źdźbło połyskuje innym odcieniem zieleni.

Biegli długo. Najpierw coraz bardziej opustoszałą drogą z przystanku autobusowego, potem przez łąkę, a teraz w oddali zamajaczyła mu połyskująca woda.

Wie, że jeśli ma dojrzeć hangar na łodzie, nie może biec tak szybko. Wie, że hangar jest gdzieś tam, schowany wśród drzew na brzegu. Zielonobrunatny, brzydki, naprawdę fantastyczny.

Złote, falujące włosy zwalniają. Odwracają się, a on wie, że zaraz się zdziwi. Nigdy nie przestał się dziwić i nigdy nie przestanie. Kiedy kanciasty profil powoli ukazuje się jego oczom, słyszy to znowu.

W pobliżu nie ma żadnych osik. Mimo to nie dociera do niego nic poza szumem liści. Potem szum przechodzi w szept, a szept przeradza się w pieśń.

Ktoś tam jest i czegoś od niego chce.

Nagle stają oko w oko.

Nadal czuje, że nie może złapać tchu.

2

Niedziela, dwudziesty piąty października, godz. 10:14

LIŚCIE OSIKI DRŻAŁY. Pociemniałe niebo zwiastujące deszcz skojarzyło mu się ze średniowieczem, a szmer, głośniejszy niż zwykle, zdawał się przenikać przez drgające listowie. Berger potrząsnął głową, odpędził wszystkie nieproszone wrażenia i zmusił się, żeby opuścić wzrok i nie patrzeć na czubki drzew. Poczuł za plecami drewnianą ścianę. Szorstki dotyk spróchniałego drewna, które gwałtownie odzyskało surowy chłód.

Rzucił okiem na ruiny dwóch pozostałych domków, w miarę widoczne w zapadającym zmierzchu. Przy każdym kucało dwóch kolegów. Wszyscy mieli ociekające wodą kamizelki kuloodporne i pistolety w rękach. Skupiali na nim wzrok. Czekali na sygnał. Odwrócił się i zobaczył szeroko otwarte sarnie oczy. Łzy spływały po twarzy Deer, jakby cała jej głowa była jednym wielkim płaczącym okiem.

Sześciu gliniarzy wśród ruin, w ulewnym deszczu.

Berger wyjrzał zza rogu. Mały domek był niewidoczny. Widzieli go, kiedy przemykali od strony bocznej drogi i rozbiegali się w różne strony. Teraz był pochłonięty przez deszcz.

Wziął głęboki wdech. To było nieuniknione.

Skinął głową w stronę najbliższej ruiny. Dwaj mężczyźni, pochyleni, w szalejącej ulewie przemknęli do środka. Kolejne skinienie w inną stronę i następna dwójka zniknęła w środku czegoś, co wyglądało jak jaskrawoczerwona maź. On ruszył jako ostatni. Czuł za sobą oddech, który lada chwila mógł się przerodzić w szloch. W zasięgu wzroku nadal nie było żadnego domu.

Jeden po drugim biegnący koledzy chronili się przed deszczem. Cztery przygarbione postaci, które, choć widział tylko ich plecy, emanowały szczególną powagą.

Dom, kawałek po kawałku, wyłaniał się zza zasłony deszczu. Ciemnoczerwony z białymi narożami. Czarne rolety, ani śladu życia. I deszcz, który nie chciał odpuścić.

Teraz był już blisko. Blisko wszystkiego. Może nawet blisko końca.

Wiedział, że nie wolno mu tak myśleć. Teraźniejszość była wszystkim. Tu i teraz. Nigdzie indziej, w żadnym innym czasie.

Zebrali się pod schodami pożółkłej werandy z odpadającą farbą. Dwie rynny wypluwały im na stopy kaskady wody. Teren był podmokły. Spojrzenia wszystkich znów spoczęły na nim. Policzył. Cztery pary plus oddech Deer za plecami. Dał jej znak, żeby przeszła naprzód. Spoglądał w dziesięcioro oczu. Skinął głową. Dwóch mężczyzn skręciło w stronę schodów. W jasnozielonych oczach niższego błyszczała adrenalina. Wyższy miał w ręku narzędzie do wyważania drzwi.

Berger ich powstrzymał.

– Pułapki – przypomniał szeptem.

Deszcz nagle stał się ich sprzymierzeńcem. Bębnienie kropel o dachówki zagłuszało ich kroki na schodach. Człowiek z wyważaczem uniósł go, a pozostali równocześnie odbezpieczyli pistolety. Dopiero kiedy drzwi zostały otwarte, przez stukot deszczu przedarł się inny dźwięk. Głuchy trzask łamanego drewna.

Otworzyła się przed nimi wielka czarna przestrzeń.

Zielonooki wszedł do środka z uniesioną bronią. Minęło kilka sekund. Choć wydawało się, że znacznie więcej.

Berger w stukocie deszczu słyszał własny oddech. Dziwnie powolny. Czas się rozciągał.

Po chwili na pierwszy plan wysunął się jeden dźwięk. Z początku nie wydawał się ludzki. Potem zmienił się w bardziej zdziwiony niż udręczony. Najdelikatniejszy odgłos strachu przed śmiercią.

Zielonooki antyterrorysta wyłonił się z mroku. Był blady jak kreda. Upuścił służbowy pistolet na werandę. Dopiero kiedy upadł na bok, dźwięk zamienił się w krzyk. Nadal nie przypominał ludzkiego głosu. Dwóch kolegów odciągnęło go na bok. Na drewnianej posadzce werandy woda zmieszała się z krwią. Z przedramion zielonookiego wystawały dwa ostrza.

Berger usłyszał własny jęk, jęk bólu. Nie mógł się temu poddać, ból nie mógł go powstrzymać. Pośpiesznie zajrzał w mrok i cofnął głowę za futrynę. Odwrócił się. Deer przykucnęła pod oknem, z bronią w gotowości i uniesioną latarką. Jej brązowe oczy były przejrzyste jak szkło.

– Pułapki – wyszeptała.

– Znów za późno – odpowiedział głośno Berger i wszedł do środka.

Mechanizm był zamontowany na ścianie w przedpokoju. Wystrzeliło z niego coś w rodzaju noży. Na ustalonej wysokości i w ustalonym kierunku. Deer poświeciła w lewo, na uchylone drzwi. Prawdopodobnie prowadzące do salonu.

Krzyk na werandzie przybrał na sile i był teraz okrzykiem bólu, a nie tylko czystym, pełnym zdumienia strachem przed śmiercią. Paradoksalnie kryła się w nim nadzieja. To był krzyk człowieka, który sądził, że mimo wszystko przeżyje.

Berger wyjął latarkę, ale zanim ją włączył, wskazał dwóm ludziom, że mają wejść po schodach i skręcić w prawo. Zamachał latarką, żeby ukryć drżenie rąk.

Koledzy weszli na górę. Plamy światła krótko zatańczyły na suficie i znów zrobiło się ciemno. Berger spojrzał na Deer i skinął głową. Razem się odwrócili w kierunku uchylonych drzwi po lewej. Szczelina ziała czernią.

Chwycili lusterka na wysięgnikach i zbadali wewnętrzną stronę framugi. Nic, co mogłoby sugerować pułapkę. Berger pierwszy wszedł w ciemność, Deer zaraz za nim. Ubezpieczali się nawzajem. Słabe światło ukazało pustawy, skąpo umeblowany salon, sterylnie czystą sypialnię i równie wypucowaną kuchnię. Nie było tu czuć żadnego zapachu.

Kuchnia zgasiła ostatni promyk nadziei. Była tak czysta.

I tak pusta.

Wrócili na korytarz, a w tym samym czasie dwaj koledzy zeszli po schodach. Ten, który szedł przodem, tylko pokręcił głową.

W przedpokoju zrobiło się jaśniej. Ranny mężczyzna już nie krzyczał, tylko jęczał. Dwa długie, wąskie ostrza bez rękojeści leżały na posadzce. Deszcz zmył z nich krew, podobnie jak z całej werandy.

Wszystko było tak czyste.

Berger uniósł wzrok. Daleko w dole dostrzegł karetkę – podjechała do wielkiej zaniedbanej bramy posesji. Obok stały dwie policyjne furgonetki mrugające niebieskimi światłami i samochody dwóch koncernów medialnych. Przy barierkach zaczęli się gromadzić gapie. Deszcz tylko siąpił.

Spojrzenie Bergera padło na schody werandy – miały ponad dwa metry wysokości. Zrobił długi krok z powrotem do korytarza.

– Tu jest piwnica – stwierdził.

– Jesteś pewien? – odparła Deer. – Nie ma żadnych drzwi.

– Nie ma – zgodził się Berger. – Szukajcie przejścia. W rękawiczkach.

Włożyli jednorazowe rękawiczki, rozproszyli się, podnieśli rolety. Do środka wpadło światło przefiltrowane przez strużki wody. Berger wysunął łóżko, przestawił komodę. Nic. Słyszał hałasy z innych pokoi. Nagle z kuchni dobiegł stłumiony głos Deer:

– Chodź tutaj.

Wskazywała drewnianą podłogę koło lodówki. Berger zauważył nieco jaśniejszy kwadrat. Był wielkości lodówki.

Wspólnymi siłami próbowali przesunąć ją z powrotem na jaśniejszy kwadrat. Pojawiła się reszta ekipy, już tylko trzech. Wytężyli siły. W końcu lodówka była znów na swoim miejscu.

Obok, pomiędzy lodówką a piekarnikiem, widniał ślad klapy w podłodze. Brakowało uchwytu.

Berger spojrzał na ślad. Wiedział, że kiedy otworzą klapę, wszystko się zmieni. Prawdziwe zejście w mrok dopiero nastąpi.

Musieli podważyć klapę. Czterech mężczyzn próbowało najróżniejszych przyborów kuchennych. W końcu udało się ją obluzować. Kiedy była uchylona na ponad dziesięć centymetrów, Berger ich zatrzymał. Poświecił po brzegach, a Deer wsunęła lusterko, które dotrzymywało kroku wiązce światła. Żadnej pułapki. Otworzyli klapę. Huk. Obłok kurzu. I cisza.

Przede wszystkim cisza.

Berger zapalił latarkę, spostrzegł schody. Zeskoczył na nie z uniesionym pistoletem i latarką.

Schodek za schodkiem z powrotem pogrążał się w mroku. Światło latarki więcej ukrywało, niż odsłaniało. Miał przed sobą wycinek świata, który składał się tylko z wąskiego piwnicznego korytarza i uchylonych niskich drzwi, za którymi ziała ciemność. Inna, a jednak taka sama.

Od razu zwrócił uwagę na zapach. Nie ten, którego się spodziewał. Bardzo trudny do zidentyfikowania.

Piwnica okazała się większa, niż myślał. Ze wszystkich stron były drzwi. I betonowe ściany, z całą pewnością nowsze niż dom.

Powietrze było nasycone. Nic więcej nie mogłoby się w nim zmieścić. Nie było okien i żadnych innych źródeł światła oprócz pięciu jasnych kręgów, które wciąż się poruszały.

Zapach stał się intensywniejszy. To była mieszanka. Czuł woń odchodów. Moczu. Może krwi. Ale nie zwłok.

Nie zwłok.

Przyjrzał się kolegom penetrującym maleńkie pomieszczenia. Wyglądali na zmęczonych. On sam był w wewnętrznym pokoju po lewej i świecił po ścianach. Nie było tam nic, kompletnie nic. Próbował wyobrazić sobie plan budynku.

– Pusto – oznajmiła Deer. Jej blada twarz wyjrzała zza drzwi. – Ale ten zapach musi przecież skądś dochodzić.

– Piwnica jest asymetryczna – stwierdził Berger i przyłożył dłoń do ściany. – Jest tu jeszcze jedno pomieszczenie. Tylko gdzie?

Oświetlił ich skupione twarze. Światło latarki pogłębiło bruzdy. Ruszył, a pozostali poszli jego śladem.

– Rozdzielcie się – polecił, kiedy stanął przy drzwiach. – Szukajcie, trzymając się lewej ściany. Interesują nas zmiany kolorów, faktury, jakiekolwiek.

Wrócił do wewnętrznego pokoju po lewej. Beton miał jednolitą barwę, nic się nie wyróżniało. Uderzył w ścianę – wymierzył jej szybki i silny cios podbródkowy. Rękawiczka pękła.

– Chyba to mamy – głos Deer dobiegł nie wiadomo skąd.

Berger strzepnął dłoń i ruszył przed siebie. Deer kucała w prawym rogu pokoju po prawej, jeden z policjantów oświetlał go drżącym snopem światła.

– Tu widać różnicę, prawda? – zapytała.

Berger przyjrzał się ścianie. Ten sam kolor betonu, może minimalna różnica w odcieniu na powierzchni pięćdziesięciu centymetrów kwadratowych w dolnym rogu. Na schodach rozległy się kroki. Po chwili przyszedł jeden z kolegów, z wyważaczem w ręku.

Berger go zatrzymał. Polecił skierować snop światła na fragment o innym odcieniu. Wyjął telefon i zrobił zdjęcie. Potem skinął głową.

W ciasnym i niskim pomieszczeniu trudno było wziąć dobry zamach. Jednak choć policjant zamachnął się najwyżej przeciętnie, czarny walcowaty przyrząd przeszedł na wylot. Berger sprawdził. Płyta gipsowa. Skinął głową. Wyważacz poszedł w ruch jeszcze dwa razy i w ścianie powstał kwadratowy otwór. Wokół był już tylko twardy beton. Do powiększenia otworu potrzebowaliby specjalistycznego sprzętu.

Okno w przepaść.

Lustro, ukazujące tylko czerń. Berger popatrzył na Deer i zrozumiał, że już wiedziała. Była najmniejsza z nich, więc to było jej zadanie. Odwróciła się do niego. Miała w oczach strach.

– Tylko uważaj – powiedział, najłagodniej, jak potrafił.

Deer się wzdrygnęła. Opadła na kolana, pochyliła się i wpełzła do środka, z niespodziewaną łatwością.

Mijał czas. Wszystko trwało dłużej, niż powinno.

Berger poczuł nagły dreszcz przerażenia. Miał wrażenie, że Deer przepadła, że bez żadnych zabezpieczeń wysłał ją prosto do piekła.

Sekundy płynęły dziwnie wolno.

Nagle z otworu dobiegło stęknięcie, stłumiony jęk.

Berger przyjrzał się funkcjonariuszom. Byli bladzi, jeden gorączkowo próbował powstrzymać drżenie lewej dłoni.

Opadł na kolana, wziął głęboki oddech i wpełzł do środka.

Zobaczył Deer, zakrywającą dłońmi usta. Patrzyła na przeciwległy koniec pomieszczenia. Na podłodze i kawałku ściany widać było plamy. Duże plamy. Woń zamieniła się w smród.

Kilka zmieszanych ze sobą paskudnych zapachów.

Kiedy przesadnym nakładem sił wcisnął się do środka, wszystkie wrażenia zmysłowe znów się uaktywniły. Wstał, uniósł latarkę, podszedł bliżej.

Deer stała przy ścianie. Między dwiema podporami ze zmurszałego drewna było coś, co skupiało całą uwagę. Na skraju tej swoistej sceny, na cementowej podłodze widniała duża plama, a przy niej leżało przewrócone wiadro. Na ścianie między podporami była jeszcze większa plama o prawie takim samym, a jednak jakże innym kolorze.

– Kurwa mać – zaklęła Deer.

Berger spojrzał na plamę, rozciągającą się od podłogi po ścianę. Tyle wystarczyło, aby poczuć zapach. Nawet pomimo tego, że podłogę pokrywały fekalia z wiadra.

Krwi było na tyle dużo, że dało się ją wyczuć.

Zdążyła zakrzepnąć. Nie przybyli za późno. Przybyli o wiele za późno.

Przyjrzał się ścianom, każdej po kolei. Poczuł się tak, jakby czegoś od niego żądały. Jakby wydawały krzyk.

Deer szukała u niego wsparcia. Przytulili się, szybko i przelotnie. Wiedząc, że na ewentualny wstyd przyjdzie czas później.

– Musimy zostawić to miejsce w tak nienaruszonym stanie, jak to tylko możliwe – powiedział. – Idź pierwsza.

Jej stopy zniknęły mu z pola widzenia. Zrobił kilka kroków w stronę otworu. Zatrzymał się, patrzył. Wrócił do podpór. Obie miały mniej więcej takie same haki, na trzech poziomach. Opuścił wzrok, popatrzył na podłogę. Za podporą po prawej stronie coś było. Lekko wciśnięty drobny przedmiot. Pochylił się i go wyciągnął. Kółko zębate. Maleńkie kółko zębate. Uważnie mu się przyjrzał.

Potem włożył do równie małego woreczka na dowody, zasunął go i schował do kieszeni.

Wyciągnął telefon komórkowy i sfotografował podpory pod różnymi kątami. Odwrócił się w stronę kałuży zakrzepłej krwi. Ją też sfotografował. Powiódł wiązką światła latarki po ścianie, której część była zbryzgana. Zrobił kilka zdjęć, także tym fragmentom ściany, na których nie było krwi.

Wszystko potoczyło się tak szybko, że nie zdążyli nawet go zawołać. Wysunął ręce przez otwór i pozwolił się wyciągnąć.

Wspięli się po schodach. Jedno po drugim wychodzili na słońce, od którego zakręciło im się w głowach. Deszcz przestał padać. Berger i Deer stali bardzo blisko siebie na werandzie. Oddychali swobodnie.

Kilku techników kryminalistycznych ze sprzętem laboratoryjnym niecierpliwie przebierało nogami. Ich otyły szef Robin wchodził po schodach. Na szczęście on, a nie inny szef – Allan. Rannego kolegi już nie było, karetka też odjechała. Radiowozy nadal stały i mrugały niebieskimi światłami. Przedstawiciele mediów z kamerami i mikrofonami napierali na barierki. Liczba obserwatorów znacznie się zwiększyła.

Kiedy technicy wchodzili do piekielnego domu, Berger spojrzał na tłum. Ogarnęło go dziwne uczucie. Zdjął rękawiczkę z lewej dłoni, podniósł telefon i zrobił zdjęcie, a potem jeszcze dwa, ale uczucie już się ulotniło.

Spojrzał na swój stary rolex. Dziwnie się czuł, mając go na nadgarstku, bo w każdą niedzielę zmieniał zegarek. Wskazówki powoli posuwały się naprzód. Czuł, jak mały elegancki czasomierz odlicza nic nieznaczące sekundy. Odwrócił się do Deer. Z początku myślał, że patrzy na jego zegarek, ale potem dostrzegł, że jej spojrzenie sięga niżej, że przygląda się jego dłoniom, a prawa, przynajmniej częściowo, wciąż jest pokryta rękawiczką.

– Krwawisz – powiedziała.

– Nie – zaprzeczył i ściągnął rękawiczkę. Skrzywił się.

Deer przelotnie się uśmiechnęła i spojrzała na jego twarz. Czujnie go obserwowała. Zbyt czujnie.

– O co znów chodzi? – odparł z irytacją.

– „Znów”?

Usłyszał cudzysłów, ale mimo wszystko powtórzył:

– Co?

– Zanim weszliśmy do domu, powiedziałeś, że jest za późno. „Znów”.

– Ach tak?

– Przecież Ellen jest naszym pierwszym przypadkiem.

Uśmiechnął się. Czuł, że się uśmiecha. To było niestosowne na werandzie królestwa śmierci.

– Cieszy mnie, że mówisz w czasie teraźniejszym.

– Ellen żyje – oznajmiła.

Wciąż nie odrywała od niego wzroku.

– „Znów”? – powtórzył z westchnieniem.

– No więc?

– Miałem na myśli bardziej egzystencjalny wymiar – odpowiedział i wzruszył ramionami. – „Za późno” to moje motto.

Deszcz przestał padać.

3

Niedziela, dwudziesty piąty października, godz. 19:23

– PUŁAPKI?

Komisarz policji Allan Gudmundsson najwyraźniej postanowił zrobić parodię reprymendy. Na widok tego przedstawienia Berger poczuł, że przewraca mu się w żołądku.

– Tak – odparł niewinnie. – Ten cholerny mechanizm zapewne tak właśnie można określić.

– Dobrze wiesz, że nie o to pytałem.

– A o co?

– Dlaczego, do diabła, ostrzegłeś antyterrorystów akurat przed pułapkami?

– Rzeczywiście, bardzo im pomogłem…

– To nie ma nic do rzeczy. Pytam: dlaczego?

– Ten gnój nie zostawił po sobie ani śladu. Jest sprytny, to wszystko. Sprytny i na tyle niebezpieczny, że zastawił pułapki we własnej opuszczonej norze.

– Przecież to był trop, do cholery! – ryknął Allan. – Ten dom to był trop.

Berger zdusił wszystko, co cisnęło mu się na usta. Wyjrzał przez okno. Jesienny deszcz powrócił, zbliżał się wieczór. Większość grupy opuściła już posterunek. Deer została – zobaczył jej oświetloną monitorem twarz przez dwa zalane deszczem okna, między którymi był kąt prosty. Szyby przedzielał fragment ulewy w kształcie wycinka tortu.

– Nie, Sam – krzyknął Allan, a w jego głosie pobrzmiewała niespodziewana wola walki. – Kłamiesz.

Berger nagle pomyślał, że właśnie w tej chwili mógłby zasnąć. Po prostu zamknąć oczy, a skrzeczenie Allana ukołysałoby go do snu.

Najlepiej chyba było dać spokój.

– Kłamię? – odparł, głównie po to, aby ukryć, że jest nieobecny myślami.

– Dopóki to były drobne kłamstwa, przymykałem na nie oko – kontynuował Allan znacznie łagodniejszym tonem. Berger nie miał wątpliwości, że napięcie będzie stopniowo rosło. – Skoro jednak zacząłeś kłamać szefowi prosto w oczy, oznacza to, że wyniosłeś swoją teorię spiskową na zupełnie nowy, niebezpieczny poziom.

– O wiele za wcześnie stałeś się biurokratą.

– Grasz do innej bramki i okłamujesz własnego szefa, żeby to zamaskować. Myślisz, że na dłuższą metę tak się da?

– A co miałem zrobić? – odparł Berger i wzruszył ramionami. – Nie iść tam? Nie ostrzegać moich ludzi przed ewentualnymi pułapkami?

– Chodzi raczej o to, co mógłbyś zrobić w przyszłości.

– Schwytać seryjnego mordercę?

Pieczołowicie budowane napięcie zakończyło się długim wypuszczeniem powietrza, które mocno przekraczało granicę zwykłego wydechu i zdradzało imponującą pojemność płuc jak na tak starego człowieka. Prawdopodobnie w całym życiu Allan nie wypalił ani jednego papierosa.

Wolno i z przesadnym naciskiem powiedział:

– Tu nawet nie ma mordercy, Sam. Jest najwyżej porywacz. Każdego roku w Szwecji odnotowuje się osiemset zaginięć, a większość ludzi znika na własne życzenie. To ponad dwie osoby dziennie. Nie można tak po prostu wybrać sobie kilku zaginionych i twierdzić, że zabił ich seryjny morderca, którego nie dostrzega nikt inny. W tym kraju nie ma żadnych zasranych seryjnych morderców. No chyba że w głowach skorumpowanych prokuratorów i gliniarzy z przerostem ambicji. Ci drudzy są nawet gorsi.

– Nie ma mordercy? – zapytał Berger z naciskiem.

– Nie ma ofiary, Sam.

– Nie było cię w tej piwnicy, Allan. Daję ci słowo, że są ofiary.

– Widziałem zdjęcia. I rozmawiałem z koronerem. Krew była w różnych stadiach skrzepnięcia. Wydawało się, że jest jej znacznie więcej, a tak naprawdę to najwyżej trzydzieści mililitrów. Od tego się nie umiera.

Berger wlepił wzrok w ścianę za plecami Allana. Była pusta. W końcu powiedział:

– Ellen mogła żyć, kiedy ją przenoszono, może żyje nadal. Ale umrze.

Tlen zamarza w temperaturze minus dwustu osiemnastu stopni Celsjusza. Azot i argon, pozostałe składniki powietrza, mają nieco wyższy punkt zamarzania, więc powietrze zamarza, kiedy zamarza tlen.

A zatem w gabinecie komisarza Allana Gudmundssona na komisariacie w Sztokholmie przynajmniej chwilowo musiała panować temperatura minus dwustu osiemnastu stopni, bo między policjantami bez wątpienia znajdował się blok zmrożonego powietrza.

W końcu odezwał się Allan.

– Grupa krwi B Rh minus. Druga najmniej popularna w Szwecji. Ma ją dwa procent mieszkańców. Wśród nich jest Ellen Savinger. Ale nie tylko taką krew znaleźliśmy.

Zmrożone powietrze wciąż się utrzymywało.

Berger nadal milczał.

– Było tam jeszcze sporo A Rh plus, co zdezorientowało techników – ciągnął Allan. – Czy to przypadkiem nie jest twoja grupa krwi, Sam? Znaleziono ją na ścianach poza komórką i na podłodze w środku. Były też fragmenty skóry.

Spojrzenie Allana powędrowało w dół prawego ramienia Bergera. Kant biurka zasłaniał dłonie. Allan pokręcił głową i kontynuował:

– W obu przypadkach czekamy na wyniki badań DNA, ale w praktyce nie są nam potrzebne. W żadnym przypadku.

– Ona ma piętnaście lat – odparł Berger. Starał się nie podnosić głosu. – Ma piętnaście lat i siedziała tam trzy tygodnie. W ciemnej i cuchnącej komórce w piwnicy z wiadrem na gówno, a jedynym jej towarzyszem był sporadycznie pojawiający się szaleniec. Straciła mnóstwo krwi. Czy tylko mnie przychodzi na myśl Diabeł? Diabeł, który na pewno nie jest niewiniątkiem. Atakował już wcześniej. Prawdopodobnie wiele razy.

– To żaden argument, Sam. Argumentem są dowody.

– Dowody nie spadają nikomu z nieba – odparł Berger. – Gromadzi się je, nie ignorując poszlak, idąc tropem niepodpartym dowodami, ufając przeczuciom, wierząc doświadczeniu. Allan, cholera, mamy tu siedzieć i czekać na dowody? Na tym według ciebie polega praca policji?

– Jak to możliwe, że nie znaliście planu?

– Słucham?

– Nie wiedziałeś, że w tym domu jest piwnica. Jak to możliwe?

– Dobrze wiesz, że trop pojawił się nagle. Poprosiłem cię o zebranie kilku antyterrorystów. Żeby Ellen nie musiała tam siedzieć ani minuty dłużej, niż było to konieczne.

– A co, jeśli tam wtedy była? – spytał Allan. – Gdybyście mieli plan, moglibyście pobiec prosto do piwnicy. I może byście ją uratowali. A tymczasem, jeśli ona i porywacz byli tam dzisiaj, to raczej doprowadziliście do jej śmierci. Przez waszą powolność i niekompetencję. Przez waszą pieprzoną amatorszczyznę.

Berger spoglądał na Allana. Po raz pierwszy pomyślał, że szef w pewnym sensie ma rację. Nie czuł się z tym dobrze. Jeśli tak rzeczywiście było, to Allan na pewno się nie mylił: zadziałali jak amatorzy.

– Zaprosił nas tam – wymamrotał w końcu.

– Co ty gadasz? – odparł z westchnieniem Allan.

– Zobacz, jak to wygląda. Nagle, po trzech tygodniach, nowe zeznanie świadka. Punkt na peryferiach Märsta, blisko lasu. U faceta, którego nikt nie znał, widziano dziewczynkę. Musieliśmy szybko zareagować, ale była niedziela i wiele rzeczy nie działało. Na przykład gmina Märsta, mimo moich nacisków, nie zdobyła planu budynku. Na samym początku mieliśmy tam do czynienia z mechanizmem, nazwijmy go pułapką, dużo bardziej subtelnym niż to, co brałeś pod uwagę. Prawda, Allanie?

– Ostrza w przedramionach. Brałem to pod uwagę.

– Dwie sprawy. Po pierwsze: to było przygotowane z myślą o policjantach. Wymierzone tak, żeby ominąć kamizelkę. A po drugie: nie na wysokości głowy. Przygotowane po to, aby zakpić, nie zabić. Twardzi antyterroryści mieli się wić na podłodze w strachu przed śmiercią. Wszystko zostało ustawione niezwykle precyzyjnie. Nasz człowiek jest perfekcjonistą.

– Chyba nie zapytałeś, jak się czuje Ekman.

– Ekman? – zawołał Berger.

– Kolega, któremu ostrza przeszyły ręce.

– Jak on się czuje?

– Nie wiem. Mów dalej.

– Ta pułapka jest jak kokarda na jakiejś pieprzonej paczce. Opakowanej wieloma warstwami i różnymi rodzajami papieru. Paczka w paczce. Po uporaniu się ze sznurkiem trzeba się przebić przez pierwszą warstwę – znaleźć ukryte przejście w podłodze. A potem zejść do tego cholernego labiryntu w piwnicy. Jest jeszcze jedna paczka – trzeba się przebić przez ścianę. Dopiero po rozwiązaniu kokardy i otwarciu jednej paczki ukrytej w drugiej może nas wpuścić do swojej świątyni.

– Rozumiem, co masz na myśli – odparł Allan. – Ale łatwo tak powiedzieć po czasie. Wtedy tego nie wiedziałeś. Musiałbyś mieć plan, żeby uderzyć z maksymalną skutecznością.

– Przypuszczałem, że to jest paczka – oznajmił Berger.

– Naturalnie. Obdarzony nadludzkimi mocami gliniarz Sam Berger. Skąd wobec tego taki cholerny pośpiech?

– Istniała mikroskopijna szansa, że alarm nie jest fałszywy. Że naprawdę mogliśmy uratować Ellen i schwytać porywacza.

Komisarz Allan Gudmundsson wstał i oznajmił:

– Konsekwencja w myśleniu nie jest twoją najmocniejszą stroną, Sam, ale tym razem ci daruję. Nie mogę sterować twoimi myślami i przekonaniami. Ale mogę dać ci jasne wytyczne co do kierunku, w którym należy podążać, badając tę sprawę. Kierunek jest następujący: Ellen została porwana sprzed szkoły w sztokholmskiej dzielnicy Östermalm ponad dwa tygodnie temu. Tyle. Ty i cała twoja pokaźna ekipa nie ustaliliście nic więcej. Nie wpadliście na żaden sensowny trop.

– Co wyraźnie pokazuje, że robił to nie pierwszy raz.

– Nie ma nawet poszlak, Sam. Tylko czyste strzały, którymi pod żadnym pozorem nie wolno ci się dzielić z grupą. Ten zakaz został dziś wzmocniony. Dzięki waszej tak zwanej interwencji. Jeśli postanowisz zignorować wytyczne i zakazy, zostaniesz zwolniony.

– Uznam wtedy, że żartujesz.

– Bo wyglądam, jakbym żartował, prawda?

Ich spojrzenia się skrzyżowały. Żaden nie odwrócił wzroku. Klincz. Jeśli Allan żartował, bardzo dobrze to ukrywał. W końcu odwrócił wzrok, westchnął głęboko i pokręcił głową.

– Jaki będzie następny krok? – zapytał.

– Najszybciej, jak się da, prześledzę całą sprawę z Deer. Musimy wrócić do podstaw.

– Nie możesz mówić do dorosłej, równej stopniem koleżanki „kochanie”. To dziwaczne, Sam. Słyszałem już na korytarzach pretensje o seksizm.

– Nazywa się Desiré Rosenkvist – odparł Berger. – Glina nie może się tak nazywać, do cholery. Deer to skrót od Desiré, to się pisze przez dwa e. Deer, jak jeleń albo sarna. Ona ma przecież sarnie oczy.

– No tak, teraz jest o wiele mniej seksistowsko – odparł Allan i wyprosił go z gabinetu.

Idąc ciemnym korytarzem, Berger czuł, że się uśmiecha. Skręcił przed słupem, który oznaczał początek przestrzeni biurowej. Została tam już tylko Deer. Podniosła wzrok i ich spojrzenia się spotkały.

– Ochrzan? – zapytała.

– I to porządny – potwierdził. – Na przykład mam przestać nazywać cię Deer.

– Mógł też mnie zapytać.

– Oczywiście to w trosce o ciebie.

Śmiech. Słaby. Nic poza tym.

– Posłuchaj – powiedziała po chwili znad komputera i coś kliknęła.

Komputer odezwał się żarliwym kobiecym głosem:

Jestem pewna, że całkiem niedawno widziałam przez okno tę dziewczynę. Wiecie, którą… Choć nie jestem całkowicie pewna, że to była ona, ale miała na szyi taką… bo ja wiem… różową skórzaną opaskę z greckim przekrzywionym krzyżem. Nie wiem, czy to krzyż prawosławny, ale ona jest przecież naturalną blondynką, więc ni cholery nie może mieć greckich korzeni.

Deer zatrzymała ten potok słów.

– Co w tym kontekście oznacza „różowa”?

Berger wzruszył ramionami.

– Decydująca. Ta, która sprawiła, że wyruszyliśmy.

– Tak – odparła z namysłem Deer. – Nie był to krzyż grecki, tylko rosyjski, ale prawosławny, mogła to zobaczyć w mediach. Jednak informacji, że opaska była różowa, nie podawaliśmy. Bardziej chodzi mi o… jak by to powiedzieć… o bliskość. Jak blisko kogoś trzeba stać, żeby dostrzec, że kawałek sznurka na jego szyi jest różowy?

– Nigdzie nie stała – odparł Berger. – Bo żadna „ona” nie istnieje.

Deer patrzyła na niego jakiś czas, a potem znowu uruchomiła plik dźwiękowy:

No tak, no tak, adres. Ostatni dom na skraju lasu, przy ruinach. Nie pamiętam teraz nazwy ulicy, ale człowiek, który tam mieszka, to cholerny odludek. Nigdy się go nie widuje, a kiedy już się to zdarzy, to zawsze ucieka. Równie dobrze mógłby…

Deer przerwała nagranie.

– Potem oczywiście sobie przypomina, jak się nazywa ulica, i podaje nam pełny adres – powiedziała. – Technicy szacują, że od opróżnienia piwnicy minęły co najmniej dwie doby, pewnie więcej. A więc świadek zeznający dziś rano nie mógł widzieć Ellen przez okno całkiem niedawno. Ta kobieta twierdziła, że mieszka w okolicy. Niejaka Lina Vikström rzeczywiście mieszka pod podanym przez nią sąsiednim adresem. Nie skontaktowaliśmy się z Liną Vikström, bo podróżowała po Azji Południowo-Wschodniej. Podróż z cyklu „odnajdź samego siebie”, bez telefonu komórkowego.

– No proszę – odparł Berger. – To coś nowego.

– Podawanie się za ową niedostępną Linę Vikström świadczy o dogłębnej wiedzy na temat sąsiadów.

– I nie tylko.

– Zasadnicze pytanie jest oczywiście złożone – stwierdziła Deer. – Czy mamy tu do czynienia ze współpracowniczką? Czy głos tego świadka to tak naprawdę zniekształcony głos porywacza? A może nasz sprawca jest kobietą?

– Technicy od analizy dźwięku się nie odezwali?

– Jeszcze nie. Ale skoro mowa o zniekształcaniu głosu, obecnie jest możliwość przywrócenia pierwotnego.

– Niestety, nie mam większych nadziei – odparł Berger. – Jeżeli technicy odzyskają pierwotny głos, też będzie sfałszowany. W taki czy inny sposób. On zostawia za sobą ślady tylko wtedy, kiedy chce. Jeśli to mu jest do czegoś potrzebne.

– Czyli w sprawę nie jest zamieszana żadna kobieta?

– Tak obstawiam. Pracuje sam.

– Ale robił to już wcześniej? Znów „przybyłeś za późno”?

Berger ugryzł się w język. Skierował światło lampki Deer na najbliższą białą tablicę. Tam widniały wszystkie szczegóły sprawy. Nie było tego dużo. Trzy tygodnie i ani jednego sensownego tropu – w tym wypadku Allan miał rację. Było za to mnóstwo ślepych uliczek.

Tylko dlatego, że nie chciano brać pod uwagę historii.

Berger powiódł wiązką światła po gąszczu samoprzylepnych karteczek, zdjęć, paragonów, dokumentów, rysunków i strzałek. Wszystko wykonane ręcznie, po staremu, bez śladu elektroniki. W końcu matowe światło zatrzymało się na dwóch rysunkach ołówkiem. Berger opuścił lampkę, podszedł i zdjął przytrzymujące je magnesy. Położył je na klawiaturze Deer i razem patrzyli na narysowane twarze. Deer wskazała rysopis po prawej.

– Ten mieliśmy od pierwszego dnia – powiedziała. – Mężczyzna w vanie zauważony przed szkołą na Östermalmie, tuż przed końcem lekcji Ellen Savinger. Dwóch niezależnych od siebie świadków zgodziło się co do tej rekonstrukcji. Oprócz tego mamy nowy wizerunek, sporządzony przez sąsiada z Märsta, jak dotąd jedynego człowieka, który widział „odludka na skraju lasu”.

– Jakie są twoje wnioski? – spytał Berger.

– Jeżeli to ten sam człowiek, to brak mu jakichkolwiek indywidualnych rysów twarzy. Standardowy wizerunek białego mężczyzny koło czterdziestki. Z drugiej strony, przynajmniej znamy wiek i pochodzenie etniczne. Powiem, że można było się tego spodziewać.

– Więcej?

– Nic więcej – odparła Deer i pokręciła głową.

– Wygląda na nowicjusza?

– Na ten temat nie można nic powiedzieć.

– Ten człowiek, o ile to on, już wcześniej robił takie rzeczy. Wiem, że ty też to widzisz, Deer. Ma to wypisane na twarzy.

– Naprawdę gromadzisz konkretne dowody. Allan takie uwielbia. Powiedz, co takiego zachowałeś dla siebie, kiedy prowadziłeś swoje dochodzenie.

Kiedy to mówiła, znów miała sarnie spojrzenie.

Berger wiedział bardzo dobrze, że w żadnym wypadku nie jest to oznaka słabości, lecz jeden z jej najmocniejszych atutów.

– Allan wyraźnie tego zakazał. Poza tym to nie jest coś, co miałoby inny kierunek niż nasze śledztwo.

– Od kiedy się przejmujesz zakazami Allana?

– Odkąd zagroził, że mnie wyleje.

Wymienili szybkie spojrzenia w ciemności.

Berger skierował światło lampki na nowy policyjny rysunek.

– Erik Johansson? – zapytał, wpatrując się w rysopis. – Najczęściej spotykane nazwisko w Szwecji?

– Tak, takie nazwisko widnieje na umowie najmu domu w Märsta. Agent wynajmujący mieszkania z drugiej ręki nigdy nie spotkał wynajmującego. Właścicielami są Szwedzi mieszkający w Argentynie.

– Ten agent… jak tłumaczy to, że nigdy nie spotkał lokatora?

– Mieli kontakt mailowy. Twierdzi, że usunął całą korespondencję. To oczywiście może być prawda, sprawca mieszkał w tym domu od ponad dwóch lat, a takie stare maile lubią czasem znikać. Choć sądzę, że pośrednik celowo usunął przyszłe dowody. Samir porównał pierwotne ogłoszenie z opłatami. Jest między nimi różnica trzech tysięcy. Prawdopodobnie nasz człowiek dołożył trzy banknoty tysiąckoronowe, żeby nie musiał pokazywać twarzy. Biuro pośrednika bez skrupułów zatrzymało sobie nadpłatę, kiedy wysyłało kasę do Argentyny.

– Da się ustalić coś więcej na podstawie adresu mailowego?

– Samir wszystko sprawdził. Prawdopodobnie zbadał sprawę dogłębnie.

Berger przyjrzał się rysopisowi „Erika Johanssona”.

– Jeszcze raz włącz nagranie – polecił.

Deer zrobiła, jak kazał. W skupieniu słuchali energicznego głosu „Liny Vikström”. Kiedy nagranie dobiegło końca, Berger oznajmił:

– Uważam, że najciekawsza w tym wszystkim jest dramaturgia.

– Rozumiem, co masz na myśli.

– O ile to mówi sam Erik Johansson, a jestem całkowicie pewien, że nie ma żadnych współpracowników, w zupełności wystarczyłby zwykły telefon. Nie musiałby „działać” tak intensywnie.

– O czym to świadczy?

– Nie wiem – odparł Berger i postukał w rysunek. – W każdym razie o niczym dobrym.

– Drama queen?

– W najlepszym wypadku. W najgorszym cały czas odgrywa role, przeróżne, i robi to dobrze. Jest tak przekonujący jako gadatliwa sąsiadka, white trash, że nie mogła to być jego pierwsza aktorska robota.

– Mylisz klasy społeczne – odparła ze śmiechem Deer. – Przecież ona wyjechała na cholerną jogę do Azji Południowo-Wschodniej.

– Czy ja wiem… – odparł Berger. – Lina Vikström mieszka w specjalnie zaprojektowanej willi z trzema mieszkaniami, no i po separacji z mężem ordynatorem wzięła urlop z pracy, a zajmowała kierownicze stanowisko w firmie farmaceutycznej.

– Aha – odparła Deer.

– Aha – potwierdził Berger. – Tu nie chodzi o realizm. Nasz sprawca stworzył sobie własną Linę Vikström i ma kompletnie gdzieś, kim ona tak naprawdę jest. On jest Bogiem. Sam decyduje. Rzeczywistość nie ma tu nic do rzeczy. Przerabia ją tak, żeby mu pasowała.

– W jaki sposób zmienia to nasze wyobrażenie o tym, co się stanie z Ellen Savinger?

– Tylko mówi, że jest gotów przyznać sobie każde prawo.

– Niezbyt przypomina naszych zwyczajowych obleśnych pedofilów…

Berger znieruchomiał i popatrzył na Deer.

– Nie sądzę, żeby był pedofilem – odparł.

Deer umilkła i mu się przyglądała. Mimo ciemności wyczuwał jej przenikliwe spojrzenie.

– Okej – powiedziała w końcu. – Dokładnie w tej chwili twoje tajne śledztwo nabrało innego kierunku niż nasze.

Berger spojrzał jej w oczy.

– Nie prowadzę żadnego tajnego śledztwa – oznajmił.

– Przecież ty nie wierzysz w to śledztwo – wybuchnęła Deer. – Od początku zakładaliśmy, że ten skurwiel, który czeka pod szkołą, żeby porwać dziecko, to pieprzony pedofil.

– Dopóki to założenie nie wiodło nas na manowce, nie miało znaczenia. Nie wiem, czy tak jest nadal.

– Co się zmieniło?

– Jest cholernie pretensjonalny.

Berger cenił Deer za opanowanie i lojalność. Jednak spojrzenie, którym obrzuciła niepogodę za oknem, nie było ani opanowane, ani lojalne.

– Jestem zwykłym gliniarzem – zwróciła się do bogów deszczu. – Skończyłam tylko szkołę policyjną. Przez moich socjaldemokratycznych, optymistycznie patrzących w przyszłość rodziców z klasy robotniczej zostałam przeklęta arystokratycznym imieniem i nazwiskiem Desiré Rosenkvist. Mimo to jestem pierwszą osobą z rodziny, która ma wyższe wykształcenie, i musiałam ciężko harować, żeby zostać inspektor kryminalną. Czy ty, nadgliniarzu Samie Bergerze, mógłbyś mi wyjaśnić, co oznacza „pretensjonalny”?

Berger spojrzał na jej poprzecinane strugami wody odbicie i odparł:

– A czy ty utrzymujesz potajemnie kontakt z Allanem?

– O czym ty gadasz?

Berger nagle zmienił tor.

– Jest pretensjonalny, udziwniony, sztuczny, nienaturalny, nadmiernie szarżuje. Dostarcza policji prezent w pięknym opakowaniu. Pragnie sławy, chce, żebyśmy go podziwiali. Mogę się zgodzić, że takie zachowanie jest również typowe dla siatki pedofilów, ale wówczas w grę wchodzą hermetyczne kręgi. Oni przekraczają nowe, coraz bardziej diaboliczne granice, pokazują się podobnym sobie, zyskują odzew, sławę i podziw. Ale nigdy nie słyszałem o pedofilu, który chciałby się chwalić publicznie, tym bardziej policji. Poza zamkniętym kręgiem obowiązuje strach.

Deer pomału z powrotem się odwróciła do Bergera. Jej twarz nie była już w strugach deszczu.

– No i jeszcze pozostaje kwestia wieku. Kiedy Ellen zaginęła, miała piętnaście lat i jeden miesiąc. To nie jest seksualne wykorzystanie dziecka, czyli pedofilia, jeśli między sprawcą a ofiarą nie ma pokrewieństwa. A rodzinę Savingerów sprawdziliśmy. Przynajmniej tyle.

– Możemy to chyba potraktować jako alternatywną hipotezę. Uznać, że być może są inne motywy niż dwa oczywiste: porwanie dla okupu i pedofilia.

– Może i tak – zgodziła się Deer.

Kiedy Berger zbierał szpargały z biurka obok, zadzwonił jej telefon. Nie mówiła wiele, a rozmowa dobiegła końca po dwudziestu sekundach.

– Technicy skończyli już pracę w domu – podsumowała. – Żadnych odcisków palców, żadnego DNA poza dwoma śladami krwi. Obrzydliwie czysto, jak powiedział Robin.

– Wyszorowane do czysta – odparł Berger i dodał: – Nie powinnaś być teraz w domu z rodziną?

– Johnny i Lykke są z babcią w kinie. Dostałam dyspensę. Piwo?

– Brzmi niezwykle kusząco – odparł Berger. – Ale myślałem raczej o kilku zadaniach.

– Oczywiście dla mnie – powiedziała Deer z łagodnym uśmiechem. – Podczas gdy nadgliniarz Sam Berger będzie zajęty kolejną podejrzaną internetową randką.

Berger prychnął. Sam nie wiedział, czy to śmiech.

– Miałem jedną – odpowiedział. – Tylko jedną. Pierwszy, niepewny krok. I rzeczywiście, to było podejrzane.

– Przypomnij mi. Co chciała zrobić madame X?

– Chcesz po prostu, żebym powiedział to na głos.

– Dziwna sprawa, ale za każdym razem jest to coraz śmieszniejsze.

Berger zwalczył uśmiech, pokręcił głową i zamknął plecak, do którego włożył grube teczki. Kiedy spojrzał na Deer, w jego oczach nie było ani śladu uśmiechu.

– Ty byłaś pierwsza w piwnicy. Jak myślisz, ile tam było krwi?

Uśmiech Deer zgasł.

– Bardzo dużo – odparła. – Kiedy tam byliśmy, twierdziłam, że Ellen żyje. Nie wiem, czy była to tylko próba pocieszenia ciebie lub nas.

– A gdybyś miała oszacować?

– Nie wiem. Dwa litry?

– Według wstępnych ustaleń koronera nie więcej niż trzydzieści mililitrów. Twoje pierwsze zadanie to praca domowa. Po co ktoś miałby nafaszerować Ellen Savinger środkami przeciwzakrzepowymi?

Deer pokiwała głową. Miała zmarszczone brwi.

– A moje drugie zadanie?

– Możesz je wykonać od razu, na komputerze. W którym szpitalu leży Ekman?

– Ekman?

– Imię też by się przydało.

4

Niedziela, dwudziesty piąty października, godz. 21:54

BERGER POKONAŁ w deszczu całą drogę od szpitala Söder. Dziwnie dobrze mu to zrobiło, jakby podczas tego spaceru zmył z siebie wszystkie brudy. Posępna i ciemna jesienna noc zmagała się z delikatnie oświetloną łagodnością dzielnicy Östermalm, a oczyszczenie nastąpiło gdzieś pomiędzy jednym a drugim, w jakiejś sferze napięcia między nimi. Kiedy był u szczytu Bondegatan i tylko kilka kroków dzieliło go od skrętu w Ploggatan, naprawdę czuł się tak, jakby dostał szansę na zaczęcie wszystkiego od nowa.

Zwykle miał zupełnie inne odczucia, kiedy wchodził do windy i pozwalał jej się zawieźć na czwarte piętro. Zwłaszcza ostatnio. Od ponad dwóch lat. Czy określenie „ostatnio” naprawdę tu pasowało?

Drzwi jak zwykle obwieszczały, że lokatorami są „Lindström & Berger”. To, że ten napis nadal tam tkwił, nie wynikało z apatii. Po prostu czułby się jeszcze bardziej beznadziejnie, otwierając drzwi, na których widnieje tylko nazwisko Berger. A więc tabliczka została, a on przekonywał sam siebie, że to aktywne działanie.

Wkroczył w dolinę cienia śmierci. Stał w przedpokoju, na chodniku, i cały ociekał wodą. Wyraźnie czuł strugi spływające po twarzy, karku, uszach, a potem niżej, co sprawiało ból. Czuł się tak, jakby cały był jednym wielkim płaczącym okiem.

Zanim poszedł do łazienki, mokry ziąb zdążył się porządnie wgryźć w ciało. Zdjął mokre ubrania i wrzucił je do wanny. Nawet slipy były przemoczone. W końcu stanął nagi przed lustrem i froterował się do sucha.

Przelotnie się uśmiechnął. „Froterował”. Jeszcze jedno słowo, które uruchomiłoby klasowe kompleksy Deer. Tak jakby pochodzili z różnych warstw społecznych.

Potem zobaczył swoje odbicie w lustrze. Uśmiech zniknął. Cisza odbijała się wyjątkowo silnym echem w mieszkaniu, w którym tak często dało się słyszeć poranne i wieczorne kłótnie zmęczonych sąsiadów.

Zgarnął pocztę i plecak z podłogi w przedpokoju, wziął sobie nowe slipy i znów na siebie spojrzał. Czuł, że nie może tego uniknąć. Tym razem, w półmroku przedpokoju, widok był bardziej przyjazny, na tyle, żeby mógł się w nim zagłębić. To był błąd, którego zawsze żałował. Obejmujące całą sylwetkę lustro ukazało potarganą postać o brązowych włosach, ze śladami zarostu i tendencją do siwienia na brodzie i włosach, na szczęście bez pierwszych oznak łysienia. Jeśli nie liczyć wypukłości – początku brzuszka, a raczej brzucha piwnego – to długie, bezwłose, niespełna czterdziestoletnie męskie ciało było względnie nienaruszone. Z jednym wyjątkiem. Wychodził na jaw przy dokładniejszych oględzinach. W lewym przedramieniu znajdowało się wgłębienie. Kiedy przesunął palcami po brzegach szerokiego na pięć centymetrów krateru, miejsce było tak samo pozbawione czucia jak zawsze. Martwy fragment ciała. Niedotykalny. A jednak wydawał się jakby inny. Mokry?

Zbliżył się do lustra, żeby pokonać półmrok. Kiedy był już wystarczająco blisko, zobaczył, że z krateru cieknie krew, niczym rozżarzona do czerwoności lawa po boku wulkanu. Po krótkiej, pełnej przerażenia chwili zorientował się, że krew płynie z palców. Bandaż na prawej dłoni przeciekał. Zerwał go, białymi częściami wytarł uparcie krwawiące kostki i powiódł wzrokiem po lewym ramieniu. Na nadgarstku znajdował się skórzany pasek i jego rolex oyster perpetual datejust z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego siódmego roku. Z osiemnastokaratowego złota.

Spojrzał na niego, zdjął, bezskutecznie próbował odczytać czas. Po raz drugi tego dnia zapomniał zabezpieczyć go przed wilgocią.

Poszedł do sypialni, postawił plecak przy łóżku, odłożył pocztę na biurko, włączył lampkę i skierował światło na zegarek. Przez chwilę wydawało mu się, że pod szkiełkiem dostrzega krople, ale kiedy wytarł tarczę slipami, zrozumiał, że to złudzenie. Woda była tylko na zewnątrz. Odetchnął.

Na honorowym miejscu na biurku – tuż obok ramki na zdjęcie, odwróconej tak, że widać było tylko jej jasnoniebieską tylną stronę – stało prostokątne drewniane pudełko. Otworzył je. W środku było sześć przegródek wyłożonych aksamitem. W czterech znajdowały się zegarki. Włożył rolex do jednej z wolnych przegródek, pogłaskał wszystkie pięć zegarków i zamknął wieko klamrą pokrytą złotym chromem. W tym momencie wreszcie wróciło oczyszczające uczucie, że dostał szansę na zaczęcie wszystkiego od nowa.

Właściwie nie miało to racjonalnego uzasadnienia. Wprost przeciwnie – Allan skuteczniej niż kiedykolwiek zamknął tę drogę. Nawet spotkanie z Christofferem Ekmanem w szpitalu Söder nie napawało nadzieją.

Berger włożył slipy, irytująco wilgotne po wytarciu zegarka, i znalazł się z powrotem w ponurej sali szpitalnej. Nie rozpoznałby Ekmana, gdyby nie skrępowane ręce sterczące pod dziwnym kątem. Jego twarz była w zasadzie obca – ot, jeden z wielu kolegów z oddziału antyterrorystycznego – kiedy jednak podszedł bliżej, a Ekman otworzył oczy, rozpoznał tęczówki o dziwnym jasnozielonym kolorze. Przywitali się, porozmawiali krótko i uprzejmie, niemal oficjalnie. Tymczasem Berger zauważył, że rany są niżej, niż mu się wydawało na zalanej wodą werandzie – prawie przy zgięciu rąk. Przez kontury kołdry szybko wyliczył wzrost Ekmana i doszedł do wniosku, że ma nie więcej niż metr siedemdziesiąt pięć.

Pierwszy antyterrorysta, który wchodzi przez wyważone drzwi, z reguły ma uniesioną broń. Żadnej latarki świecącej przez ramię, latarka jest dalej. W chwili kiedy wdzierają się do środka, obie dłonie są na pistolecie, ramiona zgięte pod kątem prostym, z reguły kawałek od ciała i skierowane w bok. Ostrza musiały zatem wylecieć po obu stronach uniesionego pistoletu Ekmana. Tuż nad nim. Rozmawiając z Ekmanem, jakby mechanicznie, jednocześnie myślał o tym, że średni wzrost policjanta z brygady antyterrorystycznej można oszacować na mniej więcej metr osiemdziesiąt pięć, może trochę więcej. Gdyby Ekman tyle mierzył, ostrza z całą pewnością przeleciałyby pod zgiętymi ramionami.

Ta myśl była jak ziarno rzucone w powietrze. Spadło na ziemię, kiedy Berger wyszedł ze szpitala, a zostało nawodnione i odżywione podczas celowo pełnej zakrętów wędrówki po mokrych bocznych uliczkach dzielnicy Söder. Aż wreszcie – przy biurku w sypialni przy Ploggatan – rozkwitło w pełni.

Jaka była pierwsza oznaka możliwej pomyłki, której byłem świadkiem? – zastanawiał się Sam Berger.

Podczas ich spotkania Christoffer Ekman powiedział jedną wartą zapamiętania rzecz. Pod sam koniec, kiedy zdążył już wstać. Ekman spojrzał na niego jasnozielonymi oczyma i wyszeptał:

– To jest czyste zło. Musicie dorwać tego skurwiela.

Klisza. Ale prawdziwa. Jak to nieco zbyt często bywa z kliszami.

Naprawdę musieli go dorwać. Ale jak?

Zaczynając od nowa.

Berger podszedł do łóżka i się położył. Oparł poduszkę o ścianę, nakrył się kołdrą, odwrócił i pochylił, żeby sięgnąć do plecaka. Wyciągnął z niego trzy grube teczki. Odłożył tę z napisem „Ellen Savinger”, a dwie pozostałe położył sobie na udach. Na tej po lewej widniał napis „Jonna Eriksson”, na tej po prawej – „Julia Almström”.

Zacząć od początku. Spojrzeć świeżym okiem. Znaleźć podobne minimalne błędy. Miejsca, w których wykonanie nie do końca dorównywało ambicjom.

Gdyby do domu jako pierwszy wszedł ktoś jego wzrostu, noże przeleciałyby mu pod ramionami. Ich as o tym nie pomyślał. Berger wyczuł nagle pęknięcie w jego perfekcjonizmie.

W duchu zawsze nazywał ich sprawcę „asem”.

Zacząć od nowa. Odłożył „Jonnę Eriksson” i otworzył „Julię Almström”. Pierwszą.

A potem zasnął.

Kiedy po niewiadomym czasie obudził go huk uderzającej o podłogę „Julii Almström”, nadal był w dziwacznym, wirującym uniwersum, w którym bombastyczna fasada szkoły na Östermalmie mieszała się z brzęczącymi, tłustymi łańcuchami i zachodzącymi na siebie kołami zębatymi. W tym uniwersum van czekający przy Kommendörsgatan w niejasny sposób zmienił się w spocony męski tors, nad którym, niczym cherubiny, unosili się dwaj jedenastoletni chłopcy. W jego śnie rysopis – narysowana twarz, co do której zgodziło się dwóch niezależnych świadków – nagle ożył i powoli, równie przerażająco jak podczas ostatnich trzech tygodni, otwierał usta, coraz szerzej i szerzej, aż w końcu były niedorzecznie wielkie. Akurat w chwili, kiedy w ustach jak zwykle ukazał się rząd zębów zbliżający się do jego bicepsa, rysunek połączył się z nowym, dwie twarze stały się jedną, a rysy były kompletnie wykrzywione, przypominały czaszkę, potem wspólny rząd zębów zaczął się poruszać, gryźć, żuć surowe mięso, aż w końcu twarze się rozpłynęły i zastąpiło je wiadro moczu i kału – bulgoczących, gotujących się, występujących z brzegów. Nagle była już tylko goła ściana w kolorze betonu z brązową plamą, która w miarę jak rosła, robiła się coraz bardziej czerwona. W końcu jaskrawoczerwona plama pokrywała całą ścianę. Obudził go głuchy dźwięk teczki upadającej na podłogę.

Gówniany sen, zdążył pomyśleć. Otworzył oczy i patrzył w pustkę. Albo, co gorsza, zaglądał w głąb siebie i tam ją znajdował.

Na myśl o cherubinach czuł ten sam niesmak co zwykle. Nie powinno ich tam być. To był sen o pracy, typowe przetworzenie tego, co się działo za dnia. Przez lata miał wiele takich snów i zawsze były podobne. Bliźniaków z całą pewnością nie powinno tam być.

A jednak to nie one zostały mu w głowie. Lampka na biurku i lampka na łóżku były zapalone, jakby zasnął w pół zdania. Przechylił się nad krawędzią łóżka. Zawartość teczki Julii Almström była rozrzucona po podłodze – zdjęcia notatek, samoprzylepnych karteczek, paragonów, wycinków prasowych… Ale nie tego szukał. Chwycił plecak, podniósł i zaczął w nim grzebać. W końcu wyjął bardzo mały foliowy woreczek. Odrzucił plecak na bok i wstał. Kiedy szedł do biurka, materiały ze śledztwa kleiły mu się do stóp.

Na biurku majestatycznie stało samotne pudełko na zegarki. Otworzył pokrytą złotym chromem klamrę, popatrzył na pięć czasomierzy i pogładził pustą przegródkę. Nie potrafił skupić wzroku, wszystko było jeszcze zamglone po niedawnym śnie. Chwycił dwie wyłożone aksamitem ścianki i podciągnął. Cały zestaw zegarków podjechał do góry i ukazała się dolna komora. Było tam kilka foliowych woreczków, każdy opatrzony etykietą. Berger wysunął szufladę z biurka, wyjął z niej arkusz malutkich etykiet, na jednej koślawymi literami zapisał „Ellen Savinger”, oderwał i przykleił na małym woreczku z plecaka. Obejrzał go pod światło i rozpoznał kółko zębate. Miało najwyżej centymetr średnicy. Poprawił kolejność pozostałych woreczków. Na jednej z etykiet widać było napis „Jonna Eriksson”, na innej „Julia Almström”. Nowy woreczek położył obok nich.

Przez chwilę stał nieruchomo. Instynktowne odczucia, które jeszcze nie były gotowymi myślami, krążyły wokół niego przez jakiś czas, aż w końcu jedno z nich opadło i zapuściło korzenie. Popędził z powrotem do łóżka, wyciągnął rękę po teczkę z napisem „Ellen Savinger” i otworzył. Pochylony, rozłożył zdjęcia policyjnego fotografa z domu w Märsta. Piwniczna komórka, wiadro z rozlaną zawartością, plama krwi, która nie była tak duża, jak ją zapamiętał. Liczne zakamarki. I niewiele ponad to. Stuknął ręką w zdjęcia i pochylił głowę. Znieruchomiał. Prawa dłoń spoczęła na fotografiach z miejsca zbrodni jak zdychający krab; kostki nadal trochę krwawiły. Nagle spłynęło na niego coś innego. Wsunął rękę do plecaka i wyjął telefon komórkowy. Usiadł na skraju łóżka i nieporadnym klikaniem zaczął obsługiwać elektroniczną bestię. W końcu na wyświetlaczu pojawiły się zdjęcia.

Bliźniaki były centrum wszystkiego. Gwiazda Polarna. The still point of the turning world. Wszystko wychodziło od nich. Już miał przeniknąć do kręcącego się świata, ale nagle się zatrzymał. Żeby złapać kurs. Marcus i Oscar w zagłębieniu porośniętym podbiałem. Mieli tu około ośmiu lat. Dookoła panował spokój – dziwny spokój w oku cyklonu. Może ich obecność była jego próbą zatrzymania czasu. Powstrzymania ciągłych obrotów.

Ale czas istniał. Istniał chaos. Po drugiej stronie Gwiazdy Polarnej był obracający się świat. Jedyne, co mamy.

Przeszedł do ostatnich zdjęć. Na samym końcu było kilka fotografii, które zrobił na werandzie w Märsta – przedstawiały karetkę, policyjne furgonetki, blokady. Na chwilę znieruchomiał, poczuł, jak marszczy mu się czoło, a potem zaczął przeglądać od końca. Był z powrotem w piwnicy.

Nie pamiętał, żeby robił aż tyle zdjęć. Światło było znacznie gorsze niż na profesjonalnie oświetlonych kadrach policyjnego fotografa. Mówiąc wprost, zdjęcia były fatalne. Przeglądał je w kółko. Kilka razy się zatrzymał przy tych, na których widniała ściana, a plama krwi sięgała coraz niżej. Robił zbliżenia palcami, jak nauczyła go Deer. Wracał do „stałego punktu”. Marcus i Oscar. Paryż. Nie mógł po prostu ich pominąć, bez względu na to, o czym myślał, to było niemożliwe. W końcu mimo wszystko przeciągnął palcem po ekranie i wyświetlił następne zdjęcie – pierwsze z wnętrza domu.

Nic mu nie mówiło. Przedstawiało kawałek ściany oświetlony co najmniej trzema latarkami. W dolnym rogu, na powierzchni pięćdziesięciu centymetrów kwadratowych, beton był odrobinę jaśniejszy. Przeglądał dalej, aż dotarł do zdjęć z celi. Wybrał takie, na którym plama krwi zsunęła się prawie całkowicie poza prawy dolny róg. Znów skorzystał z funkcji zoom i przybliżył betonową ścianę tak bardzo, jak tylko się dało.

Jak zwykle wzbraniał się przed spoglądaniem na zegarek w komórce. Uważał, że do wskazywania czasu służą zegarki mechaniczne – takie było prawo natury. Wyjął swój rolex z pudełka. Wpół do czwartej – środek godziny wilka. Czuł ulgę, że udało mu się zasnąć bez zwyczajowej wieczornej szklaneczki whisky – mógł prowadzić samochód i jedynym czynnikiem ryzyka było niewyspanie. No, może jeszcze mógłby stracić przyczepność na mokrej nawierzchni.

Wykopał skrzynkę z narzędziami z okropnie zagraconej szafy w przedpokoju, wrzucił kilka narzędzi do plecaka i wyszedł z mieszkania.

Jedną z nielicznych zalet tytułu inspektora kryminalnego był samochód służbowy. Jedną z licznych wad było to, że nie przysługiwało mu miejsce w garażu. Kiedy w nieustępliwym deszczu dotarł do auta zaparkowanego w zaułku Bondegatan, zobaczył, że co najmniej trzy żółte mandaty rozpuściły się i spłynęły z kratki wentylacyjnej pod maskę.

Zawsze dziwnie się jechało przez Sztokholm bez ruchu ulicznego – ostatni raz tak szybko wyjechał na autostradę prowadzącą na północ, kiedy był w mundurze. Pozwolił sobie na szybką jazdę. Przejechał przez Märsta i znalazł się na peryferiach. Rozległe lasy Upplandii były coraz bliżej.

Na wszelki wypadek zatrzymał się na ostatnim parkingu dla mieszkańców – za nim zaczynała się już bardziej wiejska sceneria. Szedł w ulewie, z plecakiem na ramieniu i ani przez chwilę nie myślał o parasolu – policjanci nie mają parasoli, koniec, kropka. Nie spotkawszy po drodze ani żywej duszy, w końcu w słabym świetle latarni dostrzegł trzy ruiny domków na sąsiedniej posesji. Wydawało mu się nawet, że dostrzega porowatość zbutwiałego drewna.

Już przy furtce rozciągnięta była niebiesko-biała taśma. Wziął rozpęd i przeskoczył – poszło zdumiewająco bezboleśnie.

Weranda była ledwo widoczna. Berger znów się tam znalazł – za plecami prących do przodu antyterrorystów, czując za sobą dziwnie pochlipujący oddech Deer. Dom powoli wyłaniał się zza nocnej kurtyny deszczu. Podszedł do najniższego stopnia schodów na werandę i zaczął się przeciskać przez gęstą biało-niebieską pajęczynę. Kiedy wsunął wytrych do zamka, księżyc nagle przebił się przez niewidzialną szczelinę w ciemnym niebie i brudnobiałej werandzie nadał lodowatobłękitnawą barwę.

To nagłe światło sprawiło, że Berger uskoczył w bok, ale kiedy otworzył drzwi i przycupnął obok, uderzyło go tylko jedno. Smutek.

Smutek na myśl o tym, co się tam działo przez prawie trzy tygodnie. Dla przerażonej piętnastoletniej dziewczyny, która nie skrzywdziłaby nawet muchy, musiało to być jak trzy lata. A później przewieziono ją w nieznane miejsce, gdzie musiała pogłębić kontakty z piekłem.

Smutek podążał za wiązką światła latarki, które minęło rozbrojoną wyrzutnię noży w przedpokoju. Przybrał na sile w salonie, stał się jeszcze bardziej namacalny w sypialni, a kiedy Berger zbliżył się do plątaniny niebiesko-białych taśm nad dziurą pomiędzy lodówką a piekarnikiem, rozrywał mu umysł na strzępy.

Poświecił do wnętrza otworu, dojrzał słaby kontur schodów, zszedł. Krążył labiryntem piwnicznych korytarzy. Światło latarki błądziło po ścianach. Na jednej z nich, na wysokości wzroku, widniała plama krwi. Zerknął na kostki prawej dłoni. Deszcz rozcieńczył krew, nadając jej jasnoczerwoną barwę. Berger nie rozumiał, dlaczego rany nie chcą się zasklepić.

Pochylił się przed wyrąbanym wejściem. Dziura była teraz większa. Założył, że to ze względu na Robina – z całą pewnością najlepszego, ale i najgrubszego technika. Nie mógł powstrzymać krótkiego sardonicznego uśmieszku, kiedy znacznie zwinniej niż poprzednio wchodził do środka. Pył, który się na niego posypał, przypomniał o przeszłości.

Znów się znalazł w celi. Czuł to samo co wcześniej, kiedy był tu z Deer. Ale tym razem nie mogła go przytulić.

Po raz kolejny miał wrażenie, że ściany wykrzykują swój ból po wszystkim, czego doświadczyły. Musiał odpędzić te myśli, i to w czysto fizycznym sensie. Mocno potrząsał głową, dopóki nie pozostał w niej tylko smutek, który zdążył nią zawładnąć niczym toksoplazmoza. Pasożyty w korze mózgowej.

Robaki w głowie.

W końcu udało mu się odpowiednio wyważyć krąg światła. Powiódł nim w kierunku plamy, wzdłuż podłogi i dalszej ściany. Kierował światło od podłogi w górę, zbliżył się, obejrzał betonową ścianę po obu stronach plamy, popatrzył na dwie zmurszałe podpory ciągnące się od podłogi aż po sufit, kilka metrów od ściany.

Ellen Savinger siedziała tu jak w klatce o niewidzialnych ścianach. Nieruchomo. Krwawiła w tym samym miejscu o różnych porach. Przerwał oględziny ścian i podszedł do podpór. Tworzyły ramy niewidzialnej klatki – razem ze ścianą formowały sześcian o boku liczącym niewiele ponad dwa metry. Przesunął palcami po hakach – były umieszczone na trzech poziomach, prawie niewidoczne, najwyższy znajdował się na wysokości oczu. Berger podszedł z powrotem do ściany, postawił plecak na podłodze, otworzył, wyjął dłuto i przyłożył do dobrze oświetlonego punktu na ścianie.

Chyba się nie mylił? Przecież, tak samo jak na ścianie przy wyrąbanym wejściu, na betonie również dało się zauważyć jaśniejsze plamy.

To z ich powodu przyszedł w to miejsce w samym środku godziny wilka.

Sięgnął po młotek. Musiał się porządnie wyciągnąć, żeby włożyć rękę do plecaka, drugą cały czas trzymając w miejscu dłuto. Potem uderzył.

Po kilku centymetrach miał ochotę dać za wygraną. Trudno było się przebić, beton był twardy jak kamień, co drugie uderzenie skutkowało odrzutem, jakby wbijał dłuto w kamień. W końcu jednak coś się pojawiło. Zagięty kawałek metalu, który wyglądał na wbity głębiej w ścianę. Berger pokonał opór ramion i drążył dalej. I dalej.

Minęło prawie pół godziny, kiedy w końcu uwolnił przedmiot. Był wykonany z grubego metalu – Berger rozpoznał w nim pętlę do mocowania.

Odłożył młotek i dłuto, chwycił ją i zaczął ciągnąć, najmocniej, jak potrafił. Przez chwilę trzymał obie stopy na ścianie i odpychał się z całej siły. Pętla ani drgnęła. Tkwiła w miejscu jak kamień.

Berger wziął do ręki młotek i poobtłukiwał ścianę dookoła. Obluzowało się więcej betonu. Nie ulegało wątpliwości, że ściana się zmieniała na głębokości dziesięciu centymetrów, tam, gdzie była wkręcona pętla. Może cała ściana była wklęsła?

Poświecił pół metra pod dziurą, z której wystawała pętla. Tylko sokole oko mogło rozpoznać, że tam również kolor jest inny. Zrobił kilka obrotów ramionami i mocno rozciągnął mięśnie szyi, aż porządnie strzyknęło. I z powrotem przystąpił do pracy.

Czas mijał. Nie miał pojęcia, w jakim tempie, ale powoli, powoli, ociekając potem, odkrywał pętle, jedną po drugiej, aż było ich sześć – trzy po każdej stronie plamy. Plamy złożonej z kilku warstw krwi.

Berger przerwał. Mięśnie bolały go, jakby właśnie zrozumiały, na jaki wysiłek zostały narażone. Podszedł do podpór i po raz kolejny dotknął palcami haków w zbutwiałym drewnie. Tkwiły na tej samej wysokości co wmurowane pętle.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pustkowia Ostatnia para ucieka Ciuciubabka Gorące krzesła Głuchy telefon Oko nieba 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny