Żyliśmy jak ludzie wolni

Żyliśmy jak ludzie wolni

Autorzy: Marek Radziwon

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Biografie Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 368

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 25.43 zł

Rozmowa biograficzna z Siergiejem Kowalowem, jedną z najważniejszych postaci ruchu obrońców praw człowieka w Związku Radzieckim, legendarnym dysydentem, przyjacielem Andrieja Sacharowa, w latach dziewięćdziesiątych przewodniczącym Komisji do spraw Praw Człowieka przy prezydencie Borysie Jelcynie. Kowalow wspomina dzieciństwo i młodość w czasach stalinizmu, chruszczowowską odwilż, okres świadomego sprzeciwu wobec dyktatury w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oraz czas łagru i zesłania.

Gdzie kończy się milczące niezadowolenie, a zaczyna aktywny sprzeciw? Jaka jest cena wewnętrznej wolności i dlaczego tak wielu decyduje się ją zapłacić, chociaż wiedzą, że ich wysiłki nie zmienią wszechmocnego systemu? Oto pytania, na które Kowalow odpowiadał w życiu i na które odpowiada w tej rozmowie.

„Za szacunek dla samego siebie byłem gotów zapłacić wyrokiem więzienia. To mój indywidualny, etyczny wybór, całkowicie świadomy […]. Kiedy mnie zwalniano z uniwersytetu, świetnie rozumiałem, że z czasem skończę w więzieniu. Wcześnie zrozumiałem, że z drogi, na którą wszedłem, nie będzie odwrotu” – mówi.

Wspomnienia Siergieja Kowalowa to panorama długiej radzieckiej epoki i prywatna historia wolności jednego z największych współczesnych Rosjan.

Siergiej Kowalow (ur. 1930) – legendarny rosyjski dysydent i obrońca praw człowieka, współzałożyciel powstałej w 1969 roku Grupy Inicjatywnej, redaktor „Kroniki Wydarzeń Bieżących” – najważniejszego czasopisma wydawanego w Związku Radzieckim poza cenzurą, jeden z najbliższych przyjaciół i współpracowników Andrieja Sacharowa. Z wykształcenia biofizyk, badacz impulsów elektrycznych kory mózgowej, jego karierę naukową przerwał w 1975 roku wyrok siedmiu lat łagru i trzech lat zesłania, który odsiedział pod Permem i na Magadanie. W latach dziewięćdziesiątych był pełnomocnikiem prezydenta Jelcyna i przewodniczącym Komisji do spraw Praw Człowieka przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej. W 1996 roku podał się do dymisji w proteście przeciwko wojnie w Czeczenii. Mieszka w Moskwie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Już w księgarniach:

Jacek Kleyff Rozmowa

Dariusz Zaborek Czesałam ciepłe króliki.

Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską

Katarzyna Kubisiowska Rak po polsku.

Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik

i Cezarym Szczylikiem

Paweł Smoleński Szcze ne wmerła i nie umrze.

Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba Pamiętam, że było gorąco.

Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

Marcin Rotkiewicz Mózg i błazen. Rozmowa z Jerzym Vetulanim

Olga Święcicka Mnie nie ma. Rozmowa z Maciejem Nowakiem

Małgorzata Czyńska Moje królestwo.

Rozmowa z Edwardem Dwurnikiem

Jakub Banasiak 15 stuleci.

Rozmowa z Wilhelmem Sasnalem

Irena Cieślińska Pani inżynier od życia.

Rozmowa z Magdaleną Fikus

MAREK RADZIWON

ŻYLIŚMY JAK LUDZIE WOLNI

Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Zbieranowski / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Alamy / BE&W

Copyright © by Siergiej Kowalow, Marek Radziwon, 2017

Copyright © for the Polish translation by Marek Radziwon, 2017

Redakcja Anna Mirkowska

Korekta Katarzyna Rycko / d2d.pl, Marcin Piątek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Czernatowicz / d2d.pl

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

The translation was kindly supported by the Fund for Central & East European Book Projects, Amsterdam

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-607-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Mama głosuje, lecz nie jest radosna

Żyliśmy zgodnie z zasadą:rób, co uważasz, a będzie, co będzie

Mały ruch wywoła wielkie procesy

Ja w tym szyderstwieuczestniczyć nie zamierzam

W łagrze siedzą ludzie wolni

Byłem pomocnikiem ślusarza

Wsadzili mnie, to niech teraz wyjmują

Słowniczek osób

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Mama głosuje, lecz nie jest radosna

Urodził się pan w 1930 roku. W roku 1947 miał pan siedem­naście lat, kończył szkołę i wybierał się na studia, był pan niemal dorosły. W Związku Radzieckim po krótkotrwałym okresie względnej swobody po wojnie nadchodziła nowa fala stalinizmu. Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan złowieszcze określenie „rok 1937”, kiedy zetknął się pan z pojęciem terroru stalinowskiego? Czy słyszał pan, żeby te określenia pojawiały się w rozmowach dorosłych, choćby rodziców u pana w domu?

Dla ludzi Zachodu wiele spraw z ówczesnej radzieckiej historii pozostaje niezrozumiałych. Polacy nie są może w pełni ludźmi Zachodu, ale jak sądzę, podobnie jak Zachód nie rozumieją do końca atmosfery panującej w Związku Radzieckim tamtych lat. Mojej rodziny terror stalinowski bezpośrednio nie dotknął. Nikogo z bliskich ani kuzynów, nikogo z rodzeństwa rodziców, w każdym razie nikogo z tych, których znałem, nie sądzono, nikt nie trafił do łagru. To w najbliższym kręgu, ponieważ jest mało prawdopodobne, żeby uchowali się wszyscy z dalszej rodziny, której nie znam osobiście. Tak dobrze jednak nie było.

Otwartych i szczerych rozmów na ten temat i w tamtym czasie, to jest w czasie wojny i tuż po wojnie, nie pamiętam. Kiedy wybuchła wojna Niemiec ze Związkiem Radzieckim, którą u nas nazwano wielką wojną ojczyźnianą, miałem jedenaście lat, więc nie byłem już taki mały i sporo spraw mnie interesowało. Ale rozmów o polityce z pewnością nikt w domu nie prowadził. Ojciec i w jeszcze większym stopniu matka mieli pewne doświadczenie polityczne. Rozmawiali, niczego właściwie nie kryjąc, o faktach, ale nigdy nie pozwalali sobie na oceny. Nie wiem, co to właściwie było – intuicyjna ostrożność czy strach.

Ale oczywiście oficjalna atmosfera patriotycznej mobilizacji wywarła silny wpływ na nasze pokolenie. Pamiętam na przykład historię mojego, niestety nieżyjącego już przyjaciela, poważnego uczonego, z którym prowadziliśmy badania biologiczne, Lewona Michajłowicza Czajłachiana. Jego rodzice w czasach już znacznie spokojniejszych opowiadali, wspominając przy tym niewiarygodny strach tamtej epoki, jak to Lew, może sześcio­letni, wdał się w dyskusję polityczną ze swoim dziadkiem, wierzącym Ormianinem. Wykazywał się przy tym wzorowym patriotyzmem socjalistycznym, którym karmiono w Związku Radzieckim wszystkie dzieci. Dziadek na wiele spraw miał inny pogląd niż wnuczek i kiedy chłopiec poczuł, że dziadek jednak wychodzi z dyskusji zwycięsko, powiedział: „Aaa, skoro tak, to ja powiem, gdzie trzeba, o wszystkim, co ty tu mówisz”. Rodzice okropnie się wystraszyli. Co tu robić? Przecież małe dziecko może spełnić groźbę, tym bardziej że wzorem dla całego kraju był wtedy Pawlik Morozow, który doprowadził do aresztowania rodzonego ojca. Niewykluczone więc, że moi milczący rodzice mieli podobne obawy. Chociaż muszę powiedzieć, że nigdy jakimś szczególnym aktywistą i patriotą nie byłem.

Moja matka potrafiła pięknie i wyraziście milczeć i już samo to jej milczenie miało na mnie wielki wpływ. Pamiętam takie zdarzenie z wczesnego dzieciństwa, ten epizod ma bezpośredni związek z 1937 rokiem. W 1936 roku przeprowadzano pierwsze wybory, w których nie było „liszeńców”, czyli obywateli pozbawionych praw wyborczych. Po uchwaleniu stalinowskiej konstytucji w 1936 roku głosować mogli i musieli wszyscy. Całe nasze ówczesne życie odbywało się przy akompaniamencie krzyków dochodzących z kartonowego głośnika wiszącego w mieszkaniu na ścianie. To była taka wczesnoradziecka namiastka odbiornika radiowego. Pokazując ten głośnik, spytałem kiedyś matki: „Mamo, cały naród radziecki się cieszy, jest radosny, a ty czemu nie jesteś radosna?”. Mama popatrzyła na mnie dość srogo i odparła: „Poszłam głosować”. Powiedziała to spokojnie, ale tak, żebym zrozumiał, że rozmowa na ten temat jest już zakończona. Ale ja nie dawałem za wygraną i drążyłem: „No tak, poszłaś głosować, ale nie jesteś radosna. Dlaczego?”. I wtedy mama zdjęła okulary, popatrzyła mi prosto w oczy i sylabizując, bardzo powoli sylabizując, powtórzyła: „Poszłam głosować. Czy to dla ciebie jasne?”.

Ogarnął mnie potworny wstyd. I wie pan, to ostre poczucie wstydu pamiętam do dzisiaj. Nie mogę właściwie powiedzieć, skąd się wzięło. Chyba wstydziłem się, że stałem po stronie tego natrętnego pudełka, które wmawiało nam krzykliwym tonem, że wszyscy razem coś świętują. Ale to było kłamstwo, nikt się nie cieszył i nikt niczego nie świętował – ani rodzice, ani sąsiedzi – i ja to przecież widziałem. Zapytałem, dostałem odpowiedź, którą dorośli dali mi do zrozumienia, że tej rozmowy nie należało dalej prowadzić. Dzieci bywają wrażliwsze, niż sądzimy, nie zawsze i nie wszystko rozumieją, ale często wyczuwają więcej, niż nam się zdaje. Odwoływałem się do tego propagandowego głośnika, ale mam wrażenie, że nie bardzo go lubiłem – za ten krzykliwy ton niedopuszczający żadnej dyskusji, żadnej interpretacji. Klasyczny ton obrzydliwej radzieckiej propagandy.

Czyli najpierw wątpliwości i podejrzenia wywoływała w panu agresywna forma propagandy, powiedzielibyśmy, że to była „kwestia smaku”, a analiza oficjalnego przekazu przyszła potem?

Naturalnie. Chociaż muszę się przyznać, że kiedy próbowałem spisywać wspomnienia, zbudowałem wokół tego epizodu całą skomplikowaną historię i dopiero potem się zorientowałem, że nie miała wiele wspólnego z faktami. Należałoby ją zachować tylko po to, żeby pokazać, jak wspomnienia spisane po latach obrastają w nieświadome zafałszowania. Minęło wiele dziesięcioleci, inaczej widzę dawne zdarzenia, próbuję im nadać jakiś sens, interpretuję je, mając dzisiejszą wiedzę i dzisiejsze doświadczenie. Z tego fragmentu memuarów wynikało, że ta rozmowa z mamą była moją pierwszą poważną lekcją polityczną. Otóż wmówiłem sobie, że cała sprawa dała mi dużo do myślenia, zacząłem się zastanawiać, cóż to za wybory, skoro jest w nich tylko jeden kandydat. Dlaczego to oficjalne przedstawienie w ogóle nazywamy wyborami? Do podobnych pytań doszedłem wprawdzie dość wcześnie, ale jednak nie jako sześcio­latek. W wieku trzynastu, czternastu lat raczej sceptycznie odnosiłem się do instytucji wyborów w Związku Radzieckim i całkiem możliwe, że to dziecięce wspomnienie odegrało tu jakąś rolę, ale z pewnością świadoma kontestacja nie zaczęła się zaraz po rozmowie z matką.

Możliwe, że najsilniejszy argument przeciwko radzieckim wyborom podsunęła mi właśnie sama radziecka propaganda. Nie pamiętam już, kto i jak starał się zwalczać moje wątpliwości, ale obrona naszego systemu wyborczego sprowadzała się w zasadzie do następującego stwierdzenia: owszem, wyborcy mają tylko jednego kandydata, ale mają też przecież prawo na niego nie głosować. Ordynarny cynizm tego wywodu był właściwie kropką nad i w moich rozmyślaniach na ten temat.

Istniało zatem wyraźne rozgraniczenie na to, co prywatne, domowe, i to, co oficjalne, na pokaz, na przykład w szkole?

W szkole wydarzyła się jeszcze taka historia, w sumie anegdotyczna, chociaż mogła się skończyć tragicznie. W 1944 roku chodziłem do siódmej klasy, mieliśmy wtedy przez cały rok lekcje wiedzy o konstytucji, oczywiście tej stalinowskiej, z 1936 roku. Miałem przyzwoite oceny, byłem nawet wzorowym uczniem, wcześnie nauczyłem się czytać, z wiedzą ogólną na tle rówieśników też wypadałem nieźle. Pewnego dnia nasza nauczycielka Jelena Władimirowna wezwała mnie do odpowiedzi, pytania dotyczyły słynnego 125 artykułu konstytucji, który na Zachodzie rozumiano i oceniano zupełnie idiotycznie, jako niczym nieskrępowaną wolność słowa i prawo do swobodnego demonstrowania poglądów. Człowiek Zachodu nie umiał sobie wyobrazić, w jakim świecie żyje, że rzeczy zapisane w konstytucji mogą nie mieć żadnego znaczenia, zresztą w moim pojęciu do dzisiaj tego nie rozumie, w każdym razie nie zawsze. Artykuł 125 był akurat dość lakonicznym, ale wyczerpującym wyliczeniem praw i wolności obywatelskich: „Zgodnie z interesami ludu pracującego i w celu umocnienia ustroju socjalistycznego prawo gwarantuje obywatelom ZSRR…”. Początek artykułu brzmiał obiecująco, dalej mówiło się o wolności słowa, wolności pochodów i demonstracji. Wymienione było właściwie wszystko, co trzeba, ale w jakiś dziwny sposób. Na przykład mówiło się tam, że niektóre wolności obywatelskie są zaspokajane dzięki drukarniom i zasobom papieru należącym do mas robotniczych.

No więc Jelena Władimirowna, dość młoda, inteligentna nauczycielka, świetnie pamiętam jej twarz, zapytała mnie o ten artykuł. Odpowiedziałem, ale jakiś diabeł ją podkusił zapytać, jak rozumiem ten zapis. Pomyślałem chwilę i odpowiedziałem: „Jak to jak? Rozumiem to tak, że ponieważ w naszym kraju interesy mas pracujących stanowią najwyższą wartość, to ustawodawca je chroni, dlatego robotnicy mają prawo do swobodnej oceny wydarzeń i mogą je swobodnie formułować”. Jelena Władimirowna odpowiedziała: „Nie, źle rozumiesz ten artykuł”. „Jak to źle, skoro to właśnie jest w nim napisane?” – drążyłem. Ona na to: „»Zgodnie z interesami mas pracujących« znaczy, że swobodnie można mówić tylko to, co jest zgodne z interesami mas pracujących”. „A kto i jak stwierdza, co jest zgodne z ich interesami?” – spytałem. To był początek długiego sporu. Ona chyba liczyła na zwycięstwo w tej dyskusji i nie przerwała jej w odpowiednim momencie. Ku radości wszystkich w klasie spór zajął całą lekcję. Koledzy oczywiście byli zachwyceni! Rozmowa toczyła się ciekawie, a poza tym było jasne, że Jelena Władimirowna nikogo więcej już nie zdąży zapytać.

Padły wszystkie możliwe argumenty. Twierdziłem, że skoro pracujący mogą przedstawiać swój punkt widzenia i gwarantuje im to konstytucja, to wszyscy oni mają prawo do poglądów od nikogo niezależnych. Co wobec tego znaczy zdanie: „tylko to, co jest zgodne z interesami mas pracujących”? Od tego jest wolność przekonań, żeby można było prowadzić swobodną dyskusję.

Ale Jelena Władimirowna twierdziła, że są ludzie, którzy lepiej wiedzą, co leży w interesie mas pracujących, a co nie. Tak w przybliżeniu wyglądała ta rozmowa. Mój ostatni argument brzmiał mniej więcej tak: konstytucja została napisana językiem zdyscyplinowanym i precyzyjnym. Zaczyna się od słów: „zgodnie z interesami ludu pracującego”, a dalej następuje szczegółowe wyjaśnienie, co mianowicie jest zgodne z tymi interesami. Gdyby, dowodziłem, ustawodawca miał na myśli pani interpretację tego artykułu, to powinien był napisać coś zupełnie innego, na przykład że dozwolona jest wolność wypowiedzi pod warunkiem, że wypowiedzi te odpowiadają interesom ludu pracującego. A przecież tak nie napisał. Jelena Władimirowna chyba nie znalazła odpowiednio silnych kontrargumentów, ponieważ postąpiła najprościej, jak mogła. Powiedziała mianowicie: „Siadaj, dwa”.

A potem rozpoczęły się przedziwne korowody. Chociaż byłem wzorowym uczniem, nie przywiązywałem specjalnej wagi do ocen wpisywanych do dziennika. Cały ten spór trochę mnie bawił, poza wszystkim moja dziecięca duma nie pozwalała mi się wycofać. Tymczasem Jelena Władimirowna na każdej lekcji pytała mnie o to samo i dostawała ode mnie tę samą odpowiedź. Dysputa trwała jakiś czas, aż wreszcie na koniec semestru okazało się, że mam dwóję z wiedzy o konstytucji. Rozumie pan, co to znaczyło w szkole radzieckiej w tamtych czasach? Wezwał mnie dyrektor, historyk, nasza klasa nie miała z nim lekcji. Spodziewałem się wielkiego skandalu, tymczasem nic takiego się nie zdarzyło. Dyrektor zrobił rzecz rozsądną. Uważnie mnie wysłuchał. Słabo go pamiętam, ale nie był to człowiek głupi. Streściłem bardzo emocjonalnie całą historię, powiedziałem, co sądzę o rozumieniu konstytucji przez nauczycielkę, powiedziałem, czym powinna być konstytucja, czym jest, moim zdaniem, wolność przekonań i wolność słowa.

No więc uważnie mnie wysłuchał, nie przerwał ani razu, po czym powiedział coś, co pamiętam do dzisiaj: „Kiedy dorośniesz, zrozumiesz, że dorośli też mają swoje kłopoty. Nie musisz być komentatorem konstytucji. Jelena Władimirowna zupełnie niepotrzebnie zapytała cię, jak rozumiesz ten artykuł. Konstytucję komentują i interpretują profesorowie, prawnicy. Ty musisz ją znać, a nie komentować. Dlatego zrobimy tak: ja poproszę Jelenę Władimirownę, żeby odpytała cię z programu całego semestru. Nie będzie pytać o twoje poglądy na poszczególne artykuły, sprawdzi tylko wiedzę i postawi sprawiedliwą ocenę”. Trzymała się warunku postawionego przez dyrektora i nie pytała mnie już, jak rozumiem kolejne zapisy. Dostałem piątkę. Nawiasem mówiąc, dzięki tej historii przyzwoicie znałem konstytucję. Teraz oczywiście rozumiem, że dyrektor rozmawiał ze mną nie tylko dlatego, że zależało mu na sprawiedliwym potraktowaniu ucznia. Myślał jeszcze o szkole, nad sobą miał przecież rozmaite kuratoria.

Zabawne, że ta błaha szkolna historyjka z 1944 roku z oceną za lekcję wyuczoną na pamięć powtarzała się regularnie w czasie procesów sądowych dwadzieścia pięć, trzydzieści lat później. Taką dyskusję zawsze dało się wygrać, tyle że cenę stanowiła wysokość wyroku. Była to niestety cena wysoka, często okazywała się ciężarem nie do uniesienia.

To się działo w Moskwie?

Mieszkaliśmy w miasteczku Kaliningrad w obwodzie moskiewskim. Później produkowano tam rakiety kosmiczne i sputniki, dzisiaj nazywa się ono Korolow, na cześć wybitnego konstruktora. Wydaje mi się, że dyrektor rozumiał, co mog­łoby się stać, gdyby wzorowy uczeń miał w jego szkole dwóję z tak ważnego przedmiotu jak wiedza o konstytucji, ponieważ nie zgadzał się z nauczycielem w interpretacji niektórych jej artykułów. Taka afera mogłaby się odbić na całej rodzinie. Mówiłem, że terror nas nie dotknął, ale niewiele mogło zabraknąć.

Rodzice w ogóle nie komentowali całej tej historii, nie spotkała mnie za to najmniejsza kara, chociaż obawiałem się, że mogę od nich oberwać. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

Ciekawy przykład takich codziennych ideologicznych nieprzyjemności, które można było jednak tłumaczyć na przykład nadgorliwością nauczycielki. A kiedy wykiełkowało w panu pierwsze podejrzenie, że cały kraj to jeden wielki obóz? Wracam właściwie do pytania o łagry. Kiedy to pojęcie, słowo „łagier”, pojawiło się w pana świadomości?

Oczywiście, że słyszałem o łagrach. Jakieś ogólne, mgliste słuchy nie mogły mnie nie dochodzić. Ale w środowisku, z którego się wywodziliśmy, wśród rodziny, najbliższych sąsiadów – czyli urzędników niskiego szczebla – nie był to temat szczególnie ważny. Moja rodzina zajmowała dwa pokoje w małym jednopiętrowym domu, były tam dwie klatki schodowe i osiem mieszkań. W sąsiedztwie stał taki sam drewniany domek z jedną klatką, czyli kolejne cztery mieszkania. Za mojej pamięci nikogo z tych dwudziestu czterech, może trzydziestu mieszkańców tych dwunastu mieszkań nie aresztowano. W wielkich moskiewskich domach rzecz miała się, jak sądzę, całkiem inaczej. Tam ludzie znikali niemal każdej nocy. Co noc wywożono kogoś z sąsiadów i tego przed dziećmi w Moskwie nie można było ukryć, więc dla moich moskiewskich rówieśników takie rodzicielskie sekrety były tajemnicą poliszynela. Widzieli milczących, przybitych towarzyszy niedawnych wesołych zabaw na podwórku, znali dzieci, których rodzice nagle gdzieś „wyjechali”, zauważali kartkę z oficjalną pieczęcią na drzwiach sąsiadów i słyszeli wypowiadane półgłosem słowo „zabrali” w rozmowach dorosłych.

My na prowincji słyszeliśmy w radiu słowa „szkodnicy”, „szpiedzy” i wyczuwaliśmy złowrogi ton, jakim je wypowiadano, tyle że one dotyczyły odległego świata, czyjegoś dalekiego, obcego życia. Jakąś trwożliwą nutę jednak się w milczeniu doros­łych wyczuwało, najbardziej – w niespodziewanych, srogich zakazach, które dotyczyły spraw, jak sądziliśmy, zupełnie niewinnych. I w tej srogości wyraźnie pobrzmiewał strach. Była na przykład taka czastuszka: „Towarzyszu Woroszyłow, wojna już za pasem, a konnica­-budionnica poszła na kiełbasę”. Cóż niby takiego w tym wierszyku? Pojechała konnica gdzieś daleko akurat w nieodpowiednim momencie. A skąd ta kiełbasa? Dla rymu wyłącznie: „turlaj się jak kiełbaska, tam jest Baszta Spasska”, była też taka dziecinna rymowanka.

Wątpliwości pojawiły się później, nie chodziłem jeszcze do szkoły, ale mój sześć lat starszy brat Jura już tak. Jura siedzi, kartkuje podręcznik i wycina albo zakleja fotografie bohaterów rewolucji: Blüchera, Tuchaczewskiego, Jakira. Jak to? Tyle się o nich jeszcze niedawno mówiło, że przelewają za nas krew.

Kim z zawodu byli pańscy rodzice?

Życie zawodowe mojego ojca było dość zmienne. W czasach, o których mówimy, pracował jako drobny urzędnik, w jakimś zakładzie krawieckim, ale nie wiem, czym się tam dokładnie zajmował. Może był księgowym? Pewnie kimś takim. Wcześniej pracował na kolei, zatrudniono go jeszcze w czasach, kiedy zachodnia Białoruś była częścią Królestwa Polskiego. Ojciec, kiedy przyjechał na Ukrainę, gdzie poznali się z mamą, mówił po polsku lepiej niż po rosyjsku. Ale za mojej pamięci z tej polszczyzny niewiele zostało. Tata śpiewał czasem jakieś polskie piosenki, przygrywając sobie na mandolinie. Pamiętam na przykład krakowiaka. Zapamiętałem też pojedyncze zdania po polsku, ale nigdy nie opanowałem języka.

Mama skończyła gimnazjum w 1917 roku, nawet dostała się na Uniwersytet Kijowski, ale z rozmaitych powodów rodzinnych rzuciła studia po roku i wróciła do niewielkiego miasteczka na północy Ukrainy, z którego pochodziła. Kiedy byłem mały, po prostu zajmowała się domem. Ojciec zarabiał raz lepiej, raz gorzej, pieniędzy jakoś wystarczało. A jednak to mama była głową rodziny. Miała dość trudny charakter, ale była osobą uczciwą i szczerą, chociaż może trochę zbyt surową. Po wybuchu wojny to ona utrzymywała rodzinę i ratowała nas przed głodem. Mimo że nie była zawodową krawcową, świetnie szyła i w ten sposób dorabiała. Pracowała bardzo powoli, ale szalenie dokładnie. I miała gust. Przyjmowała więc zamówienia od ludzi, którym w czasie wojny powodziło się nieco lepiej. Jak pan sądzi, komu w czasie wojny i głodu powodzi się nieco lepiej niż całej reszcie? Kucharkom, sklepowym, które okradały klientów i z mamą najchętniej rozliczały się jedzeniem. To był spory wkład do rodzinnego budżetu, wszystko osiągało wtedy straszne ceny. Większość produktów sprzedawano oczywiście na kartki, ale zdaje mi się, że kartki na żywność i tak nie uchroniłyby człowieka przed śmiercią głodową. Później, już po wojnie, mama uczyła na kursach krawieckich i nauka szycia stała się jej głównym zajęciem.

Wojnę przeżyliście pod Moskwą?

Nasz exodus z Ukrainy pod Moskwę miał chyba związek z polityką prowadzoną przez Stalina, ale to tylko moje domysły. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Ukrainy, miałem niespełna ­półtora roku. To był przecież czas Wielkiego Głodu. Jak pan wie, ta tragedia dotknęła nie całą Ukrainę, tylko tereny rolniczo najlepsze. Moi bliscy świetnie to pamiętali. Mama opowiadała o fali uciekinierów, która płynęła przez nasze miasteczko. Niektórzy z nich byli tak wycieńczeni, że pełzali na czworakach. Mówiło się o próbach dokarmiania głodujących, chociaż w naszej okolicy też się nie przelewało. A i tak przecież do Seredyny­-Budy, gdzie mieszkaliśmy, docierali szczęśliwcy, którym w ogóle udało się przedrzeć przez kordon wojskowy. Trzeba pamiętać, że drogi ucieczki z terenów ogarniętych głodem odcięła armia. Z czasem widok trupów ludzi, którzy zmarli z głodu, stał się rzeczą niemal powszednią. Ale coś mi się zdaje, że to nie widmo nadciągającego głodu było zasadniczym powodem naszego wyjazdu.

Chodziło o wasze pochodzenie?

Rodzina dziadka była dość zamożna. Babcia pochodziła z niebogatego ziemiaństwa ukraińskiego, z takiej drobnej prowincjonalnej szlachty, to nie był duży majątek. Dziadek natomiast był inżynierem, a w carskiej Rosji taki zawód oznaczał wysoką pozycję społeczną. Jako człowiek z wyższym wykształceniem miał tytuł szlachecki. Prowadził dużą firmę budowlaną, specjalizował się w produkcji kotłów cieplnych dla wielkiego przemysłu. Razem z babcią wybudowali duży dom, byli zamożnymi ludźmi, mogli sobie nawet pozwolić na postawienie porządnych domów wszystkim swoim dzieciom. Do dziadków należało też spore gospodarstwo, w którym hodowano krowy, był tam staw rybny. Z nadejściem rewolucji wszystkie te nieruchomości zostały znacjonalizowane, a dziadek znalazł pracę w urzędzie miasta.

To rodzina ze strony ojca?

Nie, ze strony matki. Ojciec przyjechał z Polski, gdzie jak wspominałem, był urzędnikiem kolejowym. Opowieści ojca o pracy na kolei były dla mnie doskonałą ilustracją tego, czym jest gospodarka socjalistyczna. Stacja Zernowo, gdzie ojciec pracował, leżała na niewielkiej jednotorowej linii biegnącej od stacji Seredyna­-Buda. Zernowo było jednak sporym węzłem, który w czasie II wojny miał duże znaczenie strategiczne. Najpierw kontrolowały je wojska radzieckie, potem zostało zajęte przez Niemców. W łagrze w latach siedemdziesiątych spotykałem jeńców wojennych, którzy świetnie pamiętali tę stację. To byli tak zwani przestępcy wojenni, a więc ludzie, którzy zawinili tylko tym, że trafili do niemieckich obozów dla jeńców. W Zernowie właśnie selekcjonowano ich i rozsyłano do różnych obozów niemieckich, a potem po wojnie siedzieli za to w łagrach radzieckich. Liczba jeńców radzieckich była niewiarygodna, straty Armii Czerwonej na Ukrainie sięgały milionów.

I co takiego ojciec mówił o radzieckiej organizacji pracy?

Właśnie. Linia, na której służył ojciec, miała nie więcej niż dwadzieścia kilometrów. Zbudowano ją kiedyś do obsługi imperium cukrowniczego Michaiła Tereszczenki. Do czasu rewolucji jeździły tamtędy przewozy towarowe, ale doczepiano do nich także wagony osobowe. Poza brygadą parowozu – maszynistów, palaczy i zwrotniczych – obsługa linii składała się z dwóch ludzi i to w zupełności wystarczało. Pociąg jeździł po tej jednotorówce trzy razy dziennie. Kiedy ojciec zaczął tam służyć, powołano już zarząd, pojawiło się specjalne biuro. Zrobiono go naczelnikiem jednej z brygad, nie pamiętam już: drogowej, naprawczej czy taborowej. Cała ta obsługa coraz bardziej się rozrastała. Każda z brygad miała swojego naczelnika, w każdej z brygad byli podwładni. Liczba przewozów tymczasem spadła. Zamiast trzy razy na dobę pociąg jeździł tylko raz na dobę, za to urzędników było więcej niż wcześniej. Ojciec zawsze malowniczo opowiadał o zwycięstwie nowej, socjalistycznej organizacji pracy. Na początku lat pięćdziesiątych, może jeszcze do tego wrócimy, podobne porządki sam obserwowałem już nie na kolei, ale w żegludze na Zalewie Rybińskim, gdzie jeździłem czasem na polowania.

Ta nie tylko bezsensowna, ale też szkodliwa w gruncie rzeczy biurokracja radziecka, rozdęta do niebotycznych rozmiarów, była i jest po dziś dzień konsekwencją centralizacji władzy albo „demokracji kontrolowanej”, jak czasami mówi się o systemie panującym w Rosji. Centralizacja spełniała jednak ważną funkcję polityczną, bez której nie może działać władza totalitarna: skłaniała do wzajemnej kontroli i powszechnego donosicielstwa, takiej „proletariackiej czujności”. Mała grupa urzędników, nieszczególnie zajęta pracą, za to nieustannie zmuszana do „aktywności społecznej”, „wychowania politycznego”, to dla władzy idealna struktura. Tak więc pozycja zawodowa ojca nie dawała gwarancji bezpieczeństwa, szczególnie jeśli się zważy jego krytyczne sądy.

Sedno jest jednak w czym innym. W tym malutkim, prowincjonalnym miasteczku błyskawicznie i niebezpiecznie zmieniały się sytuacja społeczna i dawne role. Okazało się, że szanowana wcześniej rodzina Makarenków – to znaczy mojego dziadka – momentalnie stała się skupiskiem burżuazyjnych wyrzutków. Dziadek tego wszystkiego nie dożył, zmarł w 1917 roku, babcia – krótko po rewolucji. Zostawili jednak pięcioro dzieci, w tym moją mamę. Spadkobiercami nazwać ich raczej nie można, ponieważ wszystko, co mogliby po dziadkach odziedziczyć, odziedziczyła władza radziecka. Jedyne, co im po nich zostało, to pochodzenie – „społecznie obce”, jak wtedy mówiono. Za to za „społecznie bliskich” uważano na przykład kryminalistów, byli w końcu ofiarami systemu kapitalistycznego. Wszystkim władali krwiożerczy kapitaliści, co zmuszało biedotę do złodziejstwa i rabunków.

Decyzja o wyjeździe w nowe miejsce i roztopieniu się w zupełnie nowym środowisku była zatem całkiem rozsądna i wcale nie wstydliwa. Dość szybko pięcioro rodzeństwa z rodzinami opuściło rodzinną miejscowość, moi rodzice jako ostatni. Wie pan, z nikim z rodziny tych swoich domysłów co do wyjazdu z Seredyny­-Budy nie omawiałem, więc nie mogę ich potwierdzić. W zasadzie to zrozumiałe – rozmowa z małym dzieckiem na takie tematy nie była całkiem bezpieczna. A kiedy my z bratem i nasze cioteczne rodzeństwo dorośliśmy, ta przeszłość bardzo się już oddaliła. To zresztą przyczynek do poważnej rozmowy o tym, jak ta intuicyjna cecha naszej radzieckiej świadomości właściwie automatycznie, tak dla bezpieczeństwa, ograniczała zainteresowanie historią i pamięcią rodzinną.

W każdym razie rodzice słusznie zdecydowali, że lepiej dłużej nie czekać i wyjechać gdzieś, gdzie ich pochodzenie nie będzie się tak bardzo rzucać w oczy.

W Moskwie zdawał pan na studia przyrodnicze. Biologia od początku była pańską pasją?

Nie, najpierw studiowałem medycynę, chociaż najbardziej interesowała mnie fizjologia, czyli nie całkiem medycyna, ale dziedzina z pogranicza nauk biologicznych. Skończyłem trzeci rok medycyny i dopiero wtedy przeniosłem się na uniwersytet, chciałem się poważnie zająć biologią. W szkole w starszych klasach pociągała mnie historia i, co dzisiaj może się wydać zabawne, prawo. Może te zainteresowania zaczęły się od tamtej dyskusji o konstytucji?

Przyczyn tej zmiany było oczywiście kilka. Zrozumiałem, że chcę się zajmować nauką, a nie sztuką leczenia – w połowie intuicyjną. Świadomość ostrości myślenia naukowego rozbudził we mnie Wiaczesław Aleksandrowicz Szydłowski, docent z Katedry Fizjologii, który niedawno przeszedł do Akademii Medycznej, uczeń i współpracownik Michaiła Jegorowicza Udielnowa. Zacząłem chodzić na wykłady Udielnowa na uniwersytet i atmo­sfera akademicka, jaka tam panowała, pociągała mnie coraz bardziej. Ale zasadnicza przyczyna była inna. Do Akademii Medycznej wielu studentów przychodziło po wojsku. Cieszyli się rozmaitymi przywilejami, przyjmowano ich właściwie bez egzaminów. Potem przyjaźniłem się z wieloma chłopakami, którzy wrócili z frontu, zwykle to byli ludzie dojrzali i uczciwi. A w Akademii Medycznej cała ta armia zupaków przyjmowana właściwie bez egzaminów należała do partii, pełniła różne funkcje w Komsomole, była najczęściej dość tępa, za to czujna i podejrzliwa. Wyjątek stanowił w tym towarzystwie Arkadij Rogow, przyjaźniliśmy się. Życie Arkadija było niełatwe. Urodził się w Stanach Zjednoczonych, w rodzinie radzieckiego urzędnika czy dyplomaty, i mieszkał tam do siódmego roku życia, po czym rodzina wróciła do Moskwy, gdzie ojciec dalej robił karierę urzędniczą. Kiedy wybuchła wojna, Arkadij dostał powołanie, skończył przyspieszony kurs w szkole lotniczej i został pilotem samolotu szturmowego. Zaliczył chyba nawet kilka lotów bojowych, miał też loty szkoleniowe i w czasie jednego z nich zahaczył w jakiejś wsi o żuraw studni. Samoloty szturmowe powinny latać nisko, popisywał się i leciał tuż nad ziemią. Nic się, na szczęście, bardzo poważnego nikomu nie stało, Arkadij był ranny, trochę się potem jąkał, gorzej że trafił do batalionu karnego, bo uszkodził samolot. Już po wojnie w kłopoty wpadł ojciec, od więzienia wybawiła go nagła śmierć. Arkadij został tylko z matką, mieszkali we dwoje w wielkim moskiewskim mieszkaniu. Matka, wdowa po członku nomenklatury, nigdy nie pracowała i dostawała jakąś głodową emeryturę, a on parę kopiejek stypendium. Żyli oboje bardzo skromnie, i to tak, że urna z prochami ojca dość długo stała u nich w domu, bo nie mieli za co urządzić pogrzebu. Na trzecim roku Arkadij zaczął nocami dorabiać jako sanitariusz w pogotowiu. Spał parę minut między jednym a drugim wezwaniem, a w ciągu dnia chodził na zajęcia, chociaż wiadomo, że w Akademii Medycznej trzeba ostro kuć.

W pewnym momencie Arkadija wezwali do sekretariatu Komsomołu, w którym działały wyłącznie twardogłowe kołki z demobilu, i powiedzieli, że ma być agitatorem. Zbliżały się tam u nich jakieś wybory i chcieli się wykazać. On na to, że ledwo żyje, musi dorabiać i nie śpi nocami. „Jesteś komsomolcem? Jak traktujesz komsomolskie polecenie? Trzeba by jeszcze zobaczyć, czegoś się tam w tej Ameryce nauczył” – powiedzieli.

Potem poszło szybko. W efekcie Arkadij rzucił na stół legitymację komsomolską. „Udławcie się nią” – powiedział i trzasnął drzwiami. I wtedy się zaczęło. Zebranie Komsomołu, jedyny punkt – wyrzucenie go z organizacji, a konsekwencją wyrzucenia z Komsomołu było w tamtych latach wyrzucenie ze studiów. Trwało to wszystko strasznie długo, grupa jastrzębi atakowała, większość czuła się niepewnie, niektórzy w ogóle siedzieli cicho, inni mówili, żeby nie wyrzucać, że to byłaby przesada i że wystarczy nagana z wpisem do akt.

Zabierałem głos kilkakrotnie, nawet dość emocjonalnie. Nie miałem oczywiście śmiałości atakować Komsomołu, kładłem nacisk na to, że Arkadij został sprowokowany, że towarzysze z Komsomołu, zamiast wykazać się wrażliwością, okazali się zbyt ostrzy. A potem było głosowanie nad wnioskiem o wyrzucenie go z Komsomołu. Siedziałem w pierwszym rzędzie. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem las wzniesionych rąk. Po chwili sam też podniosłem rękę. I w tym samym momencie przeleciała mi przez głowę myśl: Boże, co ja robię!

To chyba najważniejsze wydarzenie w moim życiu. Do dzisiaj pamiętam minuta po minucie cały tamten dzień. Myślę, że dręczący wstyd, który nagle odczułem, jakoś mnie uformował, sprawił, że potem robiłem to, co robiłem. A po jakimś czasie dowiedziałem się, że jednak ktoś głosował przeciw – świetna dziewczyna, Rina Andriejewa. Potem została żoną Arkadija.

Cała ta historia skończyła się w miarę dobrze. Następnego dnia poszliśmy z Lalą Saksonową (Lala, nieżyjąca już dzisiaj, była później znanym oftalmologiem) do biura komitetu uczelnianego Komsomołu z przeprosinami w imieniu Arkadija i z prośbą, żeby go nie wyrzucać. Komitet nie zatwierdził decyzji zebrania i Arkadij został na uczelni. Ważną rolę w komitecie odegrał wtedy Abram Lwowicz Syrkin, dzisiaj znany internista, leczyłem się potem u niego. Męczyła mnie ta sprawa i czułem, że nie mogę dłużej zostać w akademii.

Ale pytał pan, jaki miałem jako młody chłopak stosunek do stalinizmu. Chyba z grubsza sporo rozumiałem. Pod koniec szkoły byłem już dostatecznie bystry, żeby pojąć, że studiowanie historii i prawa jest pozbawione sensu. Dzięki rozmaitym lekturom już wtedy dość wyraźnie zdawałem sobie sprawę, że jako prawnik albo historyk będę przez całe życie zmuszony do prostytucji. I zdecydowałem, że zajmę się naukami ścisłymi, ponieważ ich uprawianie uważałem za bezpieczniejsze. Powiedzmy, że w jakiejś mierze dzięki domowi albo dzięki jakimś dziedzicznym zadatkom, jakiejś rodzinnej genetyce, chciałem być uczciwym człowiekiem. Od dziecka tłumaczono mi, że źle jest kłamać. I kończąc szkołę, do artykułów publikowanych w oficjalnych gazetach i do głośnika wiszącego w mieszkaniu miałem stosunek bardziej krytyczny niż w dzieciństwie. Nie przychodziło mi już do głowy pytać mamę, dlaczego nie podziela powszechnej dumy i radości całego narodu radzieckiego. Rozumiałem całkiem nieźle, czym naprawdę są te pokazowe manifestacje poparcia i radości i sam raczej takich patriotycznych uniesień w młodości nie przeżywałem.

To wąska, indywidualna perspektywa. Była też perspektywa szersza, powód szczerej dumy dla wielu obywateli: jesteśmy wielkim mocarstwem, partnerem, z którym Zachód musi się liczyć.

Władza radziecka, celował w tym Chruszczow, wymyślała różne propagandowe sztuczki i składała Zachodowi liczne niby to pokojowe propozycje: doprowadźmy do globalnego rozbrojenia! Przyjmijcie nas do NATO! Wtedy na chwilę pojawiały się wątpliwości: to chyba dobrze – globalne rozbrojenie? Dlaczego właściwie Związek Radziecki jest dyskryminowany, dlaczego nie chcą nas przyjąć do NATO? Ale wystarczyło trochę pomyśleć, co nieco poczytać, żeby się dość szybko uwolnić od tych naiwnych porywów. Było jasne, że partnerstwo z kimś, komu się nie wierzy, nie może się skończyć dobrze. A są przecież powody, żeby nie wierzyć. Choćby powojenny podział Europy.

Do dzisiaj uważam Jałtę za jeden ze straszniejszych epizodów polityki międzynarodowej i moje obrzydzenie dla tak zwanej polityki realnej bierze się z obserwacji i oceny podobnych epizodów. Z ludojadem negocjowano los, a często i życie wielu milionów Europejczyków. Swoich. Po prostu oddano mu Europę Wschodnią. Nie minął rok od zakończenia wojny, kiedy Winston Churchill wygłosił słynne przemówienie w Fulton, z którego wynikało, że on świetnie wszystko rozumie i nie ma złudzeń co do natury Związku Radzieckiego. Wcześniej jakoś nie rozumiał i godził się na wyznaczanie stref wpływów, potakiwał, że w Europie Wschodniej, czy raczej należałoby powiedzieć – w Europie Środkowej, zapanuje demokracja, no, może pod radzieckim protektoratem, ale jednak te państwa zachowają samodzielność. To było wystarczające doświadczenie, żeby sceptycznie traktować radzieckie propozycje przystąpienia do NATO. Tak więc wątpliwości pojawiały się na chwilę. Ale rzeczywiście – muszę przyznać, że jednak się pojawiały.

Które z ówczesnych lektur miały na pana największy wpływ?

Na przykład stenogram sesji Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych z 1948 roku. Wyobrażenie o naukach biologicznych miałem wtedy jeszcze dość ogólne. Ale jawnie nielogicznego gadulstwa, okraszonego cytatami z posiedzeń Komitetu Centralnego, było aż nadto, żeby pojąć, co tam się wyprawiało. A tu jeszcze niezłomny Josif Abramowicz Rapoport. Oszuści wspierani przez bonzów partyjnych gwałcili naukę – nie trzeba było specjalnej wiedzy, żeby to rozumieć.

Muszę też powiedzieć, uśmieje się pan, że ważną cezurą stała się dla mnie lektura korespondencji Chruszczowa i Eisenhowera opublikowanej w rządowej gazecie „Izwiestia”. Niezwykłe doświadczenie! To był spór kołchozowego brygadzisty z profesorem. Cierpiący na logoreę Chruszczow, który miał na dodatek fatalnych speechwriterów, i lakoniczny, logiczny, wykazujący dobrą wolę, ale twardy Eisenhower. Do dzisiaj pojąć nie mogę, jak Chruszczow i Aleksiej Adżubej, naczelny „Izwiestii”, mogli nie wyczuwać, jak zatrważająco mizerne są ich argumenty. Widocznie wieloletnia marksistowska paplanina odniosła w końcu zwycięstwo nad zdrowym rozsądkiem.

Jak zapamiętał pan śmierć Stalina w 1953 roku? Jurij Orłow, wówczas młody naukowiec i członek partii, a po latach założyciel Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, wspomina, że śmierć Stalina nie wywarła na nim absolutnie żadnego wrażenia. Uderzyło go co innego: olbrzymie żałobne tłumy przed Domem Związków, tratujący się ludzie.

Nie jest wykluczone, że rozumiałem wtedy nieco więcej niż Jurij. Dla mnie śmierć Stalina była po prostu śmiercią strasznego tyrana i ani przez chwilę niczym innym. Żadnej trwogi, obaw, co to z nami teraz będzie, strachu, że rozsypie się cały zbudowany przez Stalina system i gdzie my się podziejemy – nic podobnego. Były za to ciche nadzieje.

Opowiem panu o pewnym ważnym dla mnie zdarzeniu, które mogło się skończyć poważnymi nieprzyjemnościami. To już było po medycynie, kończyłem biologię na uniwersytecie. Tak, zgadza się, kończyłem czwarty rok biologii. Kiedy Stalin umarł, miałem przed sobą jeszcze rok nauki. Pamiętam tę Moskwę – na placu Trubnym kończyła się wielka kolejka do Sali Kolumnowej Domu Związków, gdzie wystawiono trumnę Stalina. Z przyjacielem, mimo tej mojej awersji do oficjalnego patriotyzmu, pomyśleliśmy, że warto zobaczyć, jak to wszystko wygląda w tej sali. Wdrapaliśmy się na dach jednego z budynków należących do uniwersytetu, to był akurat mały, jednopiętrowy domek przylegający do ulicy Twerskiej, wtedy nazywała się Gorkiego. Wymyśliliśmy, że skoczymy z dachu na śnieg i w ten sposób trafimy w sam środek tej kolejki. Plan okazał się jednak całkowicie niewykonalny. Zobaczyliśmy, że to pierwsze piętro to jednak dość wysoko, poza tym na ulicy pod nami nie było w ogóle śniegu, trzeba by więc skakać prosto na asfalt, a dodatkowo kolejkę okrążał kordon milicji, którego już nie dałoby się przeskoczyć. Porozbijalibyśmy się, i to zupełnie na darmo. Zdecydowaliśmy więc, że nie będziemy skakać.

Ten mój przyjaciel, też biolog, przeprowadzał doświadczenia na psach, kotach i innych dużych ssakach i powiedział mi w pewnym momencie, dokładnie tego samego dnia, że jakaś kobieta oddała do przychodni weterynaryjnej, w której on pracował, pięknego doga. Szedł do uśpienia. Żal im było takiego rasowego psa, więc szukali chętnego, który by go wziął. I ten kolega nagle zapytał: „A ty byś go nie wziął? Mieszkasz pod miastem”. Pomyślałem i odparłem: „No, rodzice chyba nie będą zachwyceni, ale jeśli już przyjadę do domu z psem, to nas nie wygonią”. No więc ruszyliśmy po tego doga. Stałem na schodach, czekałem na kolegę, a tu akurat szły znajome dziewczyny z mojej grupy na uczelni. „Na co czekasz? Chodź z nami” – odezwała się jedna z nich, zapłakana. Ja na to: „Ale dokąd?”. „No, na plac Trubny”. I ja wtedy powiedziałem: „Eee, nie, wiesz, ja się na Trubną nie wybieram, lecę do weterynarza”. I widzę, że one wszystkie jakoś milczą, patrzą na mnie zdziwione, chyba nawet z wyrzutem. I wtedy, w taki dzień, pogrzeb Stalina, rzuciłem coś w ogóle strasznego: „Bo wiecie, żywy pies lepszy od martwego lwa”. I natychmiast po ich twarzach się zorientowałem, że należało się ugryźć w język.

Ta sprawa miała dalsze konsekwencje?

Odbyło się w tej sprawie zebranie Komsomołu. Ale nie zostałem na nie zaproszony. Mieliśmy w grupie kolegę niemieckiego pochodzenia, starszego od nas, Griszę Kurellę, który był weteranem wojennym. Grisza, Georg właściwie, znał biegle niemiecki i podobnie jak Lew Kopielew był tłumaczem i pracował w czasie wojny w wydziale propagandy, jego ojciec, znany pisarz niemiecki Alfred Kurella, należał do Międzynarodówki, w NRD był działaczem partii komunistycznej wysokiego szczebla, ścisła nomenklatura. Jako weteran i po prostu mądry chłopak Grisza cieszył się wśród nas sporym autorytetem i to on mnie wybronił. „No i cóż takiego – powiedział – przyszedł człowiekowi do głowy głupi żart”. W sumie więc jakoś ta sprawa przyschła. Ja oczywiście świetnie rozumiałem, kim był Stalin i jaką rolę odegrał w naszej historii.

A więc w połowie lat pięćdziesiątych nie miał pan już żadnych złudzeń co do istoty systemu?

Moje poglądy były już wtedy całkowicie antyradzieckie, tyle że nie przychodziło mi do głowy, że można się nimi dzielić z przyjaciółmi i że w ogóle może z nich coś więcej wynikać. Droga od poglądów do działań okazała się bardzo długa. To zresztą był już czas moich pierwszych działań publicznych czy, mówiąc precyzyjniej, działań okołonaukowych, związanych ze sprzeciwem wobec Łysenki[1], chodziło więc raczej o organizację nauki, o naukę bez polityki, a nie o politykę.

W sumie więc to była próba obronienia nauki przed hochsztaplerami. W wolnym kraju nikt by takich działań z polityką w ogóle nie skojarzył. Ale w warunkach radzieckich to oczywiście była polityka, i to jaka, a my wszyscy, zaangażowani w tę sprawę, świetnie to rozumieliśmy! Ale po pierwsze było wstyd udawać, że się nie widzi regularnych bandziorów rządzących nauką, którą my sami chcieliśmy się zajmować. Po drugie, ten motyw był może nawet silniejszy, tliła się w nas nadzieja, że obrona wolności myśli w naukach ścisłych nie jest aż tak niebezpieczna, żeby nawet nie próbować. Nie wszędzie pewnie, ale w biologii coś może uda się zmienić – myśleliśmy, mieliśmy w końcu 1956 rok, odwilż. Bardziej zresztą łaska bandytów niż odwilż, ale masowa rehabilitacja stała się faktem. Rozprawa z genetyką, do której doszło w 1948 roku, była przecież samo­wolnym kaprysem tyrana! Paradoksalnie nasze nadzieje spełniły się dopiero w 1964 roku, chociaż wysiłki, które podejmowaliśmy, w tym moje skromne, zaczęły się osiem lat wcześniej. Cieszę się, że w jakimś małym stopniu to także i moje osiągnięcie. To szalenie ciekawa historia, ale może na inną okazję.

Polityka zaczęła się później, jesienią 1965 roku. Tak, to było w czasie procesu Andrieja Siniawskiego i Julija Daniela. Ale wtedy już pracowałem, obroniłem doktorat, to był okres naj­intensywniejszej i najbardziej owocnej pracy naukowej. Taki moment, wie pan, kiedy człowiek staje się szeroko znany w wąskich, specjalistycznych kręgach. Jeden z przyjaciół powiedział mi wtedy: „Widzisz przecież, co się dzieje. Posadzą jednego, za chwilę posadzą kogoś innego. Może trzeba coś z tym zrobić?”. „A co tu niby można zrobić?” – odparłem. Widziałem tylko jeden sposób, mało realny raczej: nazbierać prochu, wleźć tam do nich, do tych ich śmierdzących pałaców, gdzie się zbierają na te swoje śmierdzące zjazdy, i wysadzić ich wszystkich w ­diabły. Ale nie chodziło, niestety, tylko o całkowitą nierealność tego planu. Gdyby można było to zrobić i ja bym to zrobił, to stałbym się taki sam jak oni. A tego nie chciałem – gardziłem nimi i nie chciałem być do nich podobny. Miałem zatem tylko jedno wyjście – poświęcić się nauce, i tylko tak mogłem pozostać uczciwy wobec samego siebie. To jedyny sposób, żeby zachować twarz przed samym sobą. Innego sposobu nie było.

Ale ta rozmowa odbyła się pod koniec 1965 roku, a więc zaledwie półtora miesiąca przed protestami przeciwko procesowi Siniawskiego i Daniela.

Tak, to był pierwszy list protestacyjny, który napisałem i który został wysłany do Rady Najwyższej ZSRR. Z powodów, które dzisiaj słabo sobie przypominam, zdecydowaliśmy w naszym laboratorium, że nie będziemy podpisywać jednego wspólnego listu protestacyjnego, ale że podzielimy się na grupy. Nasz list był króciutki – pisałem, że ten proces stanowi zagrożenie dla porządku konstytucyjnego, że jest antykonstytucyjny. Prezydium Rady Najwyższej ZSRR stoi na straży konstytucji, więc powinno się tą sprawą zająć. W tym mniej więcej duchu. Podpisaliśmy go z kolegami z laboratorium we trzech, poza tym jeszcze przyjaciel jednego z nas. I takich listów z naszego laboratorium wyszło kilka. Rzeczywiście – poświęcenie się nauce jednak nie wystarczało, żeby zachować twarz przed samym sobą. I im dalej, tym głębiej się o tym przekonywaliśmy.

To jednak nastąpiło trochę później. Co było dla pana symbolem zmian na samym początku odwilży? Pamięta pan na przykład artykuł Ilii Erenburga O pracy pisarza, opublikowany w 1953 roku w czasopiśmie „Znamieni”? Lub jego powieść Odwilż, która dała symboliczną nazwę tym czasom?

Nie, książkę słabo pamiętam.

Albo inny symboliczny, głośny wówczas tekst ogłoszony w „Nowym Mirze” – O uczciwości w literaturze Władimira Pomerancewa?

Ten tekst pamiętam świetnie.

Obydwa traktowano jako pierwsze jaskółki liberalizacji, były komentowane przez wiele osób.

Wie pan, to już kwestia indywidualnych odczuć. Ważna była także powieść Władimira Dudincewa Nie samym chlebem, też symboliczna dla tamtego czasu. Moim zdaniem jako literatura niestety słaba, widać to po latach. O artykule О uczciwości w literaturze dyskutowano bardzo żywo. A ja dostrzegałem w nim banały. I wtedy zrodziło się pytanie: gdzie i jak żyjemy, skoro formułowanie takich oczywistych spostrzeżeń było tak długo zakazane? I te proste w gruncie rzeczy prawdy teraz dopiero, nagle, wyskoczyły na powierzchnię? Ile warta była większość dotychczasowej literatury radzieckiej, skoro nie pisano jej szczerze i uczciwie? Jak tę pisaninę można nazywać literaturą, skoro to po prostu marne udawactwo? Nasze pokolenie przyjęło to jako eksplozję, przełom, o którym się dyskutowało. Ale co tu właściwie było do dyskutowania? Krótko mówiąc: dla mnie zarówno powieść Nie samym chlebem, jak i artykuł Pomerancewa stały się po prostu symbolami naszej sytuacji społecznej, symbolami tej rzeczywistości, którą latami pokornie cierpieliśmy.

Wracam jeszcze do czasów stalinizmu. Lilianna Łungina, świetna tłumaczka rosyjska, autorka pasjonujących wspomnień Słowo w słowo, wspominała sprawę lekarzy kremlowskich[2] jako za­powiedź jakiegoś strasznego, niewyobrażalnego kataklizmu. Była wtedy studentką, uważała, że szykuje się stalinowski wariant Holokaustu i że zaraz, w jedną noc, wszystkich Żydów wywiozą do Azji Środkowej.

Tak, albo na Daleki Wschód. Jest na ten temat bogata literatura.

Pamięta pan taką atmosferę w 1952 roku?

Sprawa lekarzy kremlowskich i jej konsekwencje odbiły się głośnym echem dosłownie wszędzie. Przede wszystkim w środowisku lekarskim, ale nie tylko. Nieco wcześniej przeżywaliśmy przecież wielką kampanię przeciwko kosmopolitom – to były podobne operacje. Sprawa lekarzy pachniała jednak krwią, było jasne, czym się skończy: kogoś skażą na karę śmierci, inni dostaną długoletnie wyroki łagrów. I masowa fala represji, która przeszła przez wszystkie możliwe instytucje, miała jawnie antysemicki charakter, to akurat wszyscy świetnie rozumieli. Wystarczyło spojrzeć na listy aresztowanych, które publikowała oficjalna prasa. Tylko jeden z nich, Władimir Nikiticz Winogradow, doczepiony specjalnie po to, żeby odeprzeć zarzuty o antysemityzm, miał rosyjskie nazwisko. Odbywałem w jego klinice praktyki studenckie dokładnie wtedy, kiedy siedział. Przezywano go Kusy, każde zdanie zaczynał od ulubionego powiedzonka „jak to się mówi”. Słuchy o tym, że szykują się masowe deportacje Żydów, oczywiście do mnie dochodziły.

Wierzył w nie pan?

Nie wiedziałem, jak je traktować. Nie wydawały mi się zupełnie niewiarygodne, w końcu w Związku Radzieckim dochodziło już do wywózek całych narodów. Wszystko to dobrze znaliśmy: nigdy oficjalnie, nigdy nikt tego nie potwierdzał, ale jednak wiedzieliśmy o deportacjach Czeczenów, Inguszów, Tatarów krymskich. Okrucieństwo tej ostatniej deportacji próbowano usprawiedliwiać tym, że mieszkańcy Krymskiej Republiki Ludowej jakoby masowo popierali armię niemiecką, wojnę uważali za szansę na pokonanie znienawidzonego komunizmu, mieli ponoć podarować Hitlerowi białego konia – no, zupełne głupstwa. Trzeba przy tym pamiętać, że przygotowania do kampanii deportacyjnej rozpoczęły się jeszcze podczas niemieckiej okupacji Krymu. Po latach poznaliśmy instrukcje zabraniające przyjmowania Tatarów do partyzantki i nakazujące usuwanie tych, którzy już do niej należeli, a było ich, trzeba powiedzieć, niemało. A przecież wielu Tatarów trafiło na front po prostu jako obywatele radzieccy. Barbarzyńska zasada odpowiedzialności zbiorowej, wpisana de facto w nieludzką teorię marksizmu, znalazła odzwierciedlenie w krwawej dyktaturze radzieckiego marksizmu praktycznego.

Dlaczego więc nie można by deportować Żydów? Jedyna różnica polegała na tym, że obywatele radzieccy żydowskiego pochodzenia nie żyli w jednym miejscu, ale byli rozrzuceni po całym kraju. Nie uważałem zatem pogłosek na ten temat za bezpodstawne. Mówiło się nawet, że gdzieś na Dalekim Wschodzie już przygotowuje się specjalne łagry. To akurat była nieprawda. Łagry, naturalnie, budowano, ale w skali stanowczo za małej jak na potrzeby ewentualnej deportacji wszystkich Żydów radzieckich. Deportacja taka wyglądałaby pewnie podobnie do poprzednich – ludzi wywożono przecież nie do więzień i nie do łagrów. Tworzono specjalne obwody, w których lokowano przesiedleńców. Nie ma wątpliwości, że pomysł deportowania Żydów omawiano na najwyższych szczeblach, czy jednak Stalin zdążył podjąć decyzję w tej sprawie – nie wiemy. Ale nie ma dymu bez ognia. W środowisku wysokich urzędników partyjnych pochodzenia żydowskiego mówiło się o planach władzy i o tym, jak można byłoby złagodzić konsekwencje ewentualnej deportacji. Rodziły się pomysły rozmaitych listów do najbardziej wpływowych polityków i dość trudno sobie wyobrazić, żeby wszystkie dyskusje odbywały się bez ich wiedzy. Możliwe nawet, że jeszcze przed podjęciem ostatecznej decyzji sami prowokowali te plotki, żeby sprawdzić zachowanie żydowskiej elity intelektualnej.

Czy w okresie kampanii przeciwko lekarzom­-szkodnikom obserwował pan wzrost nastrojów antysemickich? Nie pytam o gazety i język oficjalny, raczej o prywatne, codzienne relacje między ­ludźmi.

Naturalnie, tego nie dało się nie zauważyć. Ludzie dość wyraźnie podzielili się na tych, którzy zdecydowanie wyczuli truciznę antysemityzmu, tych, którzy jej nie zauważali lub starali się nie zauważać i lekceważyć, i wreszcie na tych, którzy przestali się kryć ze swoim zwykłym, ludowym antysemityzmem, ponieważ znikło poczucie, że trzeba się go wstydzić. Kampania przeciwko kosmopolitom i jej kulminacja, czyli właśnie sprawa lekarzy­-szkodników, wyznaczyły ostrą granicę między ludźmi przyzwoitymi i nie bardzo przyzwoitymi. Świetnie pamiętam swoją grupę na uniwersytecie. Większość aktywnych komsomolców starała się po prostu milczeć, w ogóle nic nie mówili na ten temat. Były dwie, trzy osoby, które mówiły, że tak w ogóle to trzeba by tym Żydom przyłożyć raz a dobrze. Trzeba im pokazać, gdzie ich miejsce, bo już sobie za dużo pozwala całe to żydowskie towarzystwo. Jak tylko Żyd dostaje gdzieś jakieś stanowisko, zaraz się koło niego inni Żydzi kręcą. Ale takich, jak mówię, było dwoje, może troje.

W grupie miałem dwóch przyjaciół. Obaj niestety już nie żyją. Ja w tym gronie byłem antyradzieckim ekstremistą. Karl Kałantarow miał umiarkowane poglądy, a prawdziwym radzieckim patriotą był Sierioża Koniew – bardzo zdolny chłopak. Sierioża zmarł niedawno, mieszkał na Białorusi, zrobił poważną karierę naukową, był dyrektorem laboratorium w Instytucie Fotobiologii Narodowej Akademii Nauk Białorusi. Ale wtedy był po prostu szczerym, przekonanym radzieckim patriotą. Wie pan, zastanawiam się nawet, jak myśmy mogli się przyjaźnić. Sierioża lubił czasem krzyczeć: „Jesteś glistą, pasożytem. Możesz się uczyć, stworzono ci warunki, zostaniesz uczonym, już prowadzisz poważne badania, a ciągle kąsasz rękę, która cię karmi”. Powtarzam dokładnie. Ale kiedy w prasie ruszyła antysemicka propaganda, Sierioża Koniew, spotkawszy na korytarzu naszego kierownika katedry, profesora Marka Wiktorowicza Kierzona, którego narodowość nie była dla nikogo tajemnicą, zaczął żywo gestykulować i powiedział: „Marku Wiktorowiczu, co tu się wyprawia, o co chodzi z tym »bij Żydów, ratuj Rosję«? Ile jeszcze można znosić te obrzydliwości?”. To słowa radzieckiego patrioty. Rozumie pan? Po prostu nagle ludzie przyzwoici zaczęli się wyróżniać bardziej niż zwykle. I to był taki moment, kiedy wyraźnie uwidoczniły się prawdziwe różnice społeczne. A wśród działaczy Komsomołu bardzo mało było prawdziwych entuzjastów Komsomołu. Wybór okazał się jasny – jeśli staniesz się takim człowiekiem radzieckim, jakiego życzą sobie władze, to otworzą się przed tobą rozmaite możliwości, których inni nigdy nie będą mieli.

Studia na Wydziale Biologii Uniwersytetu Moskiewskiego skończył pan w 1954 roku. Akurat wtedy podpisał pan pierwszy list otwarty przeciwko Miczurinowi i całej oficjalnej wykładni dotyczącej genetyki. List był adresowany do dziekana, oprócz pana podpisał go także pański przyjaciel Lewon Czajłachian. Traktowaliście ten protest jako dotyczący wyłącznie nauki czy uważaliście, że to krok właściwie polityczny i że może on wam zaszkodzić, utrudnić zrobienie doktoratu, zamknąć drogę kariery naukowej?

To jednak było nieco później, chyba wiosną 1956 roku. Ten list zrodził się z poczucia wstydu – milczące znoszenie chamstwa ignorantów, zwykłych oszustów po prostu trzymających władzę w nauce, czasem ludzi mających krew na rękach, było naprawdę poniżające. Zwłaszcza że chodziło o dziedziny, w których mieliśmy ambicję się specjalizować i z którymi chcieliśmy wiązać naszą naukową i zawodową przyszłość. Byliśmy z Lową autorami listu, ale pomysłodawczyniami były koleżanki z Katedry Zoologii Bezkręgowców, między innymi Sasza Kaczanowa, pozostałych nazwisk niestety nie pamiętam.

Ciekawi mnie moment, kiedy człowiek przestaje milczeć, kiedy czuje, że nie wystarcza mu już tylko ciche, wewnętrzne, pasywne niezadowolenie, i kiedy decyduje się na aktywny protest, chociaż wie, że to może być kosztowne.

Czy przewidywałem jakieś nieprzyjemne konsekwencje? Powiedzmy, że liczyłem się z nimi. Kiedy pisaliśmy ten list, byłem już po studiach i pracowałem jako starszy laborant. Świetnie rozumiałem, że w ZSRR jakakolwiek rozmowa o genetyce ma podtekst polityczny. Pamiętałem sesję we Wszechzwiązkowej Akademii Nauk Rolniczych imienia Lenina z 1948 roku, kończyłem wtedy szkołę i zdawałem na studia. Czytałem stenogram z tej konferencji, były w nim bezpośrednie cytaty z uchwał i wytycznych Biura Politycznego, chociaż atak na genetykę odbywał się na bezpośrednie polecanie Stalina, więc doskonale zdawałem sobie sprawę, co się tam działo. Oczywiście nasz list miał konsekwencje.

Ciekawe, nawiasem mówiąc, że podczas tej sesji cytowano akurat Mołotowa, a nie Stalina. Josifa Abramowicza Rapoporta, wielkiego radzieckiego genetyka, wzywano wtedy do Wydziału Kontroli Partyjnej i pytano, dlaczego występuje przeciwko ustaleniom podjętym na sesji Akademii Nauk Rolniczych. I Josif Abramowicz Rapoport wyjaśnił, dlaczego nie zgadza się z Łysenką. Śledczy partyjny powiedział: „Pan wybaczy, ale Wiaczesław Michajłowicz Mołotow popiera akademika Łysenkę”. Zawsze mnie to dziwiło. Dlaczego nie powiedział: „Josif Wissarionowicz Stalin popiera akademika Łysenkę”? Może to taki wybieg psychologiczny, pewnie się domyślał, że Rapoport się z nim nie zgodzi, i nie chciał go obarczać ciężkim przewinieniem. A co na to odpowiedział Rapoport? „Wiaczesław Michajłowicz Mołotow, pan powiada? Od lat zajmuję się genetyką, znam w tej dziedzinie całą literaturę, a nie spotkałem się z ani jednym artykułem tego genetyka”. I na tym rozmowa się skończyła. Śledczy powiedział tylko: „Wcześniej jedynie Trocki pozwalał sobie na takie zachowanie”.

Ciekawe, co uratowało Rapoporta.

Josifa Abramowicza uratował Nikołaj Nikołajewicz Siemionow[3], który otworzył u siebie w Instytucie Fizyki i Chemii zakład, gdzie mogli pracować ludzie tacy jak Rapoport. Mówię o tym wszystkim, żeby uświadomić panu, że oczywiście myśmy wszystko świetnie rozumieli. Te listy, powiedzmy oględnie, były pewną formą protestu przeciwko polityce partii komunistycznej wobec nauki. Inicjatorkami listu do dziekana były dwie, trzy dziewczyny z Katedry Zoologii Bezkręgowców. Dlaczego zdecydowały się wtajemniczyć akurat nas? Lewon był na studiach doktoranckich, ja byłem starszym laborantem, te dziewczyny też, jeśli się nie mylę, były laborantkami. Nie trzymaliśmy się więc może bardzo blisko, ale znaliśmy się. Młode towarzystwo zwykle dobrze wyczuwa, co kto myśli. I one mówią: „Jak sądzicie, czy nie należałoby spróbować czegoś zrobić, żeby jednak prowadzono u nas wykłady z genetyki?”. My na to, że oczywiście, należałoby. „No to napiszmy”. Lew przyjechał do mnie do Podlipek, mieszkałem tam wtedy, i całą noc przesiedzieliśmy nad tym listem.

List wyszedł jasny, ale bardziej niż ostrożny. Jego logika sprowadzała się do następującej myśli: jesteśmy młodymi absolwentami Wydziału Biologii, doktorantami i laborantami, przyszłymi uczonymi. Nie uważamy się za specjalistów i nie uzurpujemy sobie prawa do decydowania o tym, kto ma rację: przedstawiciele tak zwanej genetyki formalnej czy Trofim Denisowicz Łysenko. To spór profesjonalistów i specjalistów. Jeśli jednak chcemy wykształcić kolejne pokolenie uczonych, to powinniśmy zapoznawać ich z rozmaitymi, często wykluczającymi się teoriami i interpretacjami. Nie można wykładu dla przyszłych badaczy zaczynać od słów: „jest taka burżuazyjna łże­-nauka…”, po czym wylewać kubła pomyj na jej przedstawicieli. Naszym obowiązkiem jest dać studentom wyobrażenie o tym, co to za teorie, dlaczego my uważamy, że są fałszywe, jakie znamy argumenty za nimi, a jakie przeciw nim. Ten list nie atakował biologii Miczurina. Atakował system, w który biologię wpisywano.

W gruncie rzeczy, chociaż rozumiem, że nikt z was tak by tego wtedy nie nazwał, to klasyczna postawa dysydencka – żądaliście prawa do pełnej i obiektywnej informacji.

Tak, oczywiście. To się rozumiało samo przez się. Nie miałem pojęcia o istnieniu słowa „dysydent”, jego znaczenie poznałem dopiero, kiedy byłem już świadomym dysydentem. To jednak nie miało znaczenia. Oczywiście znakomicie rozumieliśmy, że to, co robimy, to protest. Nie dotyczył on jednak samej nauki, ale raczej prawa do definiowania tego, co jest prawdziwą nauką. Na poziomie psychologicznym przyczyna protestu była rzeczywiście identyczna z tą, która kierowała nami później, już w działalności wyraźnie politycznej. To była, można to tak ująć, próba wywalczenia sobie prawa do szacunku wobec samego siebie. Nie chcę się poniżać i nie chcę kłamać. Nie wierzę w tego waszego Łysenkę, ale muszę mówić, nie wiedzieć czemu, że jest wybitnym uczonym i że biologia miczurinowska to prawdziwa biologia, a tak zwana genetyka burżuazyjna to łże­-nauka. Czemu tego ode mnie żądacie, skoro ja tak nie uważam? Tak właśnie myślałem, myśleli tak inni, którzy podpisali ten list, i jeszcze wielu, którzy go nie podpisali.

Kiedy pod listem zebraliśmy już dość dużo podpisów, spotkałem się z moimi przyjaciółmi, obaj zostali zresztą wybitnymi uczonymi. Jeden z nich, profesor Aleksandr Siergiejewicz Spirin, był później członkiem prezydium Akademii Nauk i wybitnym biochemikiem. I obaj powiedzieli niemal chórem: „Sierioża, nie myślisz, że to donkiszoteria?”. Że niby nie ma sensu się zajmować bezsensownymi rzeczami. Oni obaj świetnie rozumieli, o co tak naprawdę chodziło. Ci, którzy podpisali list, rozumieli tym bardziej. Wszystko to działo się już w epoce Chruszczowa, kiedy wolności było jednak znacznie więcej niż za Stalina. Skutków XX Zjazdu KPZR nie dało się jeszcze odczuć, ale wiaterek swobody już wiał.

Wzywano was, żądano wyjaśnień?

Mnie wezwano po raz pierwszy już po tym liście, w 1956 roku, po krwawym stłumieniu powstania w Budapeszcie. Ci z nas, którzy podpisali wtedy list, mieli nadzieję, że zostaniemy potraktowani poważnie, że ktoś zechce z nami na ten temat porozmawiać, chociaż liczyliśmy się także z wezwaniami, przesłuchaniami. Ale zważywszy wszystkie za i przeciw, uznaliśmy, że list trzeba podpisać. To była sprawa uczciwości, elementarnej etyki. Po części może nawet i estetyki. Dla nas wszystkich był to jednak protest znacznie wykraczający poza sferę nauki. Trzeba powiedzieć, że podpisów z czasem ubywało, ponieważ duża część sygnatariuszy zaczęła się wycofywać, argumentując to właśnie donkiszoterią. Wydaje mi się, że wiele osób, które podpisały nasz list lekko i chętnie, spodziewało się, że skoro do czegoś takiego doszło, skoro zmienia się atmosfera, to może dziekanat jednak potraktuje nas poważnie.

I co było potem?

List w ogóle nie dotarł do adresata, został przechwycony po drodze i do dziekanatu trafił jako dowód przestępstwa skonfiskowany zawczasu, jako corpus delicti. Nie pamiętam nazwiska tego człowieka… Sidorenko chyba się nazywał, był docentem w Katedrze Fizjologii Roślin. Ktoś z młodych absolwentów właśnie z tej katedry miał egzemplarz listu, żeby zbierać podpisy ewentualnych chętnych. I ten docent zauważył jakieś kartki. „A co tu macie takiego ciekawego?” – spytał. Wziął, spojrzał i powiedział, że nie odda – list jest antyradziecki, w najlepszym razie „politycznie niedojrzały”. Oczywiście rozumieliśmy, co się dzieje, nie byliśmy głupcami. Czytaliśmy przecież, że nawet muszka drozofila to stworzenie polityczne. Wiedzieliśmy, że kierownikiem Katedry Histologii został Aleksandr Studzicki, autor słynnego artykułu o naukowych przeciwnikach Łysenki Mucholuby nienawidzące człowieka opublikowanego w „Prawdzie”.

List, już odebrany, dotarł do dziekanatu. I co się działo dalej?

Dalej było długie uczelniane śledztwo. Wzywano nas przed tak zwane trójki. Mówiono na to „trójkąt”. Ktoś z kadry, członek partii i członek związków zawodowych. W każdej katedrze, oprócz kierownika, byli przewodniczący organizacji partyjnej i przewodniczący związków. Czasem kierownicy katedr zwalali ten obowiązek na swoich zastępców albo na kogoś z profesorów. Jasne, że żaden z nich nie rwał się do tych „trójek”. Świetnie pamiętam, jak z nami rozmawiała Cyla Serbeniuk, która u nas w katedrze była od partii. Chociaż nie, ja wtedy byłem jeszcze w Katedrze Biofizyki… zresztą to nie ma większego znaczenia. Wezwali nas razem z Lewonem. Mówiliśmy sobie na ty – byliśmy wprawdzie z różnych pokoleń, ale się kolegowaliśmy. Ona mówiła: „Sierioża, przecież nie jesteś genetykiem, po co się w to pchasz?”. Ja odpowiadałem: „To prawda, nie jestem genetykiem, ale jestem biologiem”. „No więc po co ci to? Myśl sobie, co chcesz, kto ci broni?” Ja na to: „Potrzebny jest normalny wykład z genetyki, nie można przecież kłamać cały czas”. „Co ty mi tu będziesz opowiadać. Rozumiem nie gorzej od ciebie, ile wart jest Łysenko. Tylko po co ci to? A zresztą niech sobie będzie ten wykład”.

Sprawa skończyła się tak: wiele osób namówiono do wycofania podpisów. Była to w sumie przeszło połowa sygnatariuszy. Wstyd mówić, ale dochodziło do tego, że wzywano rodziców. Człowiek skończył uniwersytet, miał wyższe wykształcenie, a tu wzywają rodziców. Przy czym najczęściej wzywano tych rodziców, którzy zajmowali jakieś stanowiska i korzystali z nomen­klaturowych przywilejów. Pamiętam na przykład jedną sympatyczną dziewczynę z naszej katedry, prochu może by nie wymyśliła, ale uczestniczyła w ważnych eksperymentach. Jej ojciec był wiceministrem. Na specjalnym zebraniu wyjaśniano jej, że nie powinna plamić rodzicielskiej reputacji. Ale ostała się grupa mniej więcej piętnastu upartych.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Trofim Łysenko – radziecki agronom i biolog genetyk. Głosił silnie zideologizowane teorie quasi­-badawcze. W 1956 roku grupa laborantów i doktorantów Wydziału Biologii Uniwersytetu Moskiewskiego zaprotestowała przeciwko jednoznacznie wartościującemu, uproszczonemu wykładaniu teorii genetycznych przez Łysenkę i brakowi dostępu do rzetelnej wiedzy z tej dziedziny.

[2] Spisek lekarzy kremlowskich – prowokacja skierowana przeciwko grupie lekarzy pochodzenia żydowskiego pracujących na Kremlu. Oskarżono ich o przygotowywanie zamachu na życie Stalina, wielu zostało aresztowanych w roku 1952 i 1953. Antysemicka nagonka propagandowa i sfingowane procesy polityczne miały posłużyć za pretekst do wprowadzenia kolejnej wielkiej fali terroru politycznego w ZSRR. Sprawę zakończyła śmierć Stalina w marcu 1953 roku.

[3] Nikołaj Siemionow (1896–1986) – uczony radziecki, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii w 1956 roku, profesor Uniwersytetu Moskiewskiego. Zajmował się badaniami w zakresie kinetyki chemicznej, opracował teorię eksplozji, badał reakcje wolnych rodników.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl,

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl,

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Żyliśmy jak ludzie wolni Iwaszkiewicz. Pisarz po katastrofie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia