Lilka i spółka

Lilka i spółka

Autorzy: Magdalena Witkiewicz

Wydawnictwo: Od Deski Do Deski

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 14.98 zł

Wakacyjne przygody Lilki, czyli Mikołajka w spódnicy.

Lilka, Wika i Matewka  spędzają  wakacje w Jastarni u ciotki Jadźki. A ciotka, jak to ciotka, oprócz pypcia na nosie ma swoje zasady:) - sprzątanie, sprzątanie, sprzątanie, a słodycze tylko w sobotę. Które dziecko to wytrzyma? Dzieciaki obmyślają sprytne plany, jak wyrwać się z Jastarni. Tym bardziej, że pogoda nie dopisuje, a do ciotki przyjeżdża „Pan Mądraliński”, czyli Wojtuś.  Niestety wkrótce okaże się, że znienawidzona ciotka i przemądrzały Wojtuś, to najmniejszy problem Lilki i spółki…

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział pierwszy – o tym, jak zrujnowaliśmy karierę estradową Wiktorii i nam wszystkim wakacje

Rozdział drugi – o tym, jak przywitała nas ciotka Jadźka i dlaczego nadal tak bardzo jej nie lubimy

Rozdział trzeci – o tym, jak zmieniliśmy taktykę i spróbowaliśmy rozwikłać dwie zagadki

Rozdział czwarty – o tym, że ciotka najbardziej na świecie kocha koty i że czasem trzaska drzwiami

Rozdział piąty – o tym, jak mój brat się ucieszył, że Barbie kupuje raphacholin

Rozdział szósty – o tym, jak ryby od pana Anatola wpłynęły na naszą sytuację

Rozdział siódmy – o tym, dlaczego nienawidziliśmy Wojtusia, a on nas

Rozdział ósmy – o zasadach, sposobach na niegrzeczność i o tym, co Wojtek podsłuchał

Rozdział dziewiąty – o tym, jak w końcu uwierzyliśmy Wojtkowi, i o tym, że możemy liczyć tylko na siebie

Rozdział dziesiąty – o tym, jak odwiedziliśmy pana policjanta, a potem on nas

Rozdział jedenasty – o tym, jak zbieraliśmy pieniądze i jak Matewka pokrzyżował nam szyki

Rozdział dwunasty – o tym, jak pan policjant miał z nami trzy światy, a pan Anatol przetrzymywał Matewkę

Rozdział trzynasty – o tym, jak ciotka Jadźka zdecydowała, że ma nas dość i że mamy komuś innemu wchodzić na głowę, a my się z tego cieszymy

Rozdział czternasty – o niespodziance oraz o tym, jak ciotka Franka wszystko nam wyjaśniła, a my odetchnęliśmy z ulgą

Ilustrowała: JOANNA ZAGNER-KOŁAT

Korekty i łamanie: AGATA MOŚCICKA, biały-ogród.pl

Projekt okładki i strony tytułowej: JOANNA ZAGNER-KOŁAT

© Copyright for text by Magdalena Witkiewicz, 2013

© Copyright for illustrations by Joanna Zagner-Kołat, 2013

© Copyright for this edition by Od Deski Do Deski, Warszawa 2017

Wydanie I

ISBN 978-83-65157-57-7

Wydawnictwo OD DESKI DO DESKI Sp. z o.o.

ul. Puławska 174/11, 02-670 Warszawa

oddeskidodeski.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

Czytelniku, korzystaj legalnie!

Nad książką ciężko pracował autor i wiele innych osób. Uszanuj ich trud i korzystaj z książki w legalny sposób. Dzięki temu będziemy mogli sobie pozwolić, by przygotować dla Ciebie kolejne znakomite lektury.

Mojemu Tacie. Dziękuję za Amalkę

i wspólny wakacyjny czas – najlepszy na świecie!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

O TYM, JAK ZRUJNOWALIŚMY KARIERĘ ESTRADOWĄ WIKTORII I NAM WSZYSTKIM WAKACJE

Nazywam się Lilka i mam osiem lat. Przed chwilą moje życie – a przynajmniej wakacje, które już jutro się zaczynają – legło w gruzach. Moje i mojego rodzeństwa. Tylko oni jeszcze o tym nie wiedzą. Śpią sobie słodko, bo jest noc, i myślą, że na wakacje jak co roku pojedziemy do ciotki Franki. Ciotka Franka nie nazywa się wcale Franka, ale Małgorzata, jednak nasza rodzina ma w zwyczaju przekręcać imiona. Tata nazywa się Marek, lecz wszyscy na niego mówią Zdzichu, a moja mama dla każdego jest Ryba, a właściwie ma na imię Zosia.

No, ale od początku. Siedziałam pod drzwiami i podsłuchiwałam. Ot, takie niewinne podsłuchiwanie. Myślałam, że dowiem się wreszcie, co za niespodziankę rodzice szykują nam na wakacje – i się dowiedziałam.

– Ryba, zawieziemy ich do Jadźki do Jastarni. Dzwoniła wczoraj i sama zaproponowała – usłyszałam głos taty. – Nie mogą jechać do Franki przez tę nogę Wiki.

Jęknęłam. Ciotka Jadźka jest straszna. Ma pypeć na nosie i każe pić syrop z cebuli oraz pokrzywy. Poza tym ma czarny zeszyt z różnymi przepisami. Założyłam się kiedyś z siostrą, że ciotka Jadzia jest czarownicą...

– Do Jadźki? Oj, chyba będzie musiała użyć czarów, by sobie poradzić z całą trójką – usłyszałam głos mamy. – No i z nimi wytrzymać.

Wiedziałam! Wygrałam zakład. Duże włoskie lody. Ciotka Jadźka jest wiedźmą. Mama to potwierdziła. Mama zawsze wszystko wie najlepiej. Tacie czasem się zdaje, że coś wie, ale i tak zawsze to mama stawia na swoim. No, ale wracam do ciotki Jadźki.

Gdy byliśmy u niej z wizytą w zeszłym roku – koszmarną wizytą, dodam – nie wypuszczała miotły z rąk. Wiki, moja siostra, mówi, że gdy tylko słońce zajdzie, ona na niej lata. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale ciotka Jadzia bez przerwy coś zamiata. Jak nie macha miotłą, to ścierką, albo zbiera jakieś śmieci z podłogi. Nam też zwykle wręcza małe zmiotki w kolorach tęczy (ma ich chyba całą szafę) i każe zamiatać niewidoczne pyłki. Bez sensu trochę. Wiki i ja nawet lubimy sprzątać, ale jak jest co. A nie tak, że sprzątamy i efektu nie widać, bo już posprzątane.

Ciotka Jadźka rozkłada też gazety na dywanie, by dywan się nie pobrudził. Kiedyś kazała nam ściągać buty, ale gdy raz zobaczyła nasze stopy po całodziennym bieganiu po podwórku, często po kałużach, trawie i piasku, zaczęła z tymi gazetami.

Potem jej się nie podobało, że leżałyśmy na brzuchach i te gazety czytałyśmy. Bo tam były treści nieodpowiednie dla młodych dziewcząt. Tak mówiła. Młode dziewczęta to Wiki. Ja jestem dla ciotki po prostu dzieckiem.

Jeszcze samym „dzieckiem” mogę być, ale często jestem „drogim dzieckiem”, czego już nie znoszę.

– Drogie dziecko, to opowiadania dla dorosłych – wyjaśniała ciotka, ruszając tym swoim pypciem na nosie. – O miłości – mówiła, stawiając wiadro z mopem na środku kolorowej gazety, którą właśnie czytałam. – Piszą głupie baby, co je w życiu spotkało, wywnętrzają się publicznie, zamiast w sekrecie przeżywać. Zgłupiejecie od tego!

Ja chyba nie zgłupiałam od tego wywnętrzania. Wiki – nie wiem, może trochę.

Wiki jest już dorosła. Maluje się czasem i – jak mówi ciotka Jadźka – lata za chłopakami. Ma dwanaście lat i marzy, by być modelką. Wczoraj z Matewką, naszym młodszym bratem, przyłapaliśmy ją, jak wymalowana, w butach mamy i mamy czerwonej sukience schodziła z ostatniego piętra bloku, w którym mieszkamy.

Mieszkamy w czteropiętrowym bloku w Gdańsku. Całkiem niedaleko morza, a właściwie zatoki. Fajnie, co? Nawet dzielnica nazywa się Przymorze. Nasze okna wychodzą na taki wielki blok, który ma prawie kilometr długości. Nazywa się falowiec, bo jest pofalowany. Jak morska fala. Podobno takie są tylko w Gdańsku. Tam jest chyba z milion okien. Czasem podglądamy, co kto robi u siebie. Jeden chłopak wystawia głośniki na balkon i puszcza muzykę, a moja siostra wtedy tańczy. Chyba chce się mu przypodobać. A inna pani bez przerwy coś trzepie. Dywany, ręczniki i jakieś wielkie płachty. Na dziewiątym piętrze mieszka taki pan, co się wciąż opala. Aż cały czerwony jest od tego opalania. Wzięłyśmy kiedyś lornetkę taty i wszystko dokładnie obejrzałyśmy. Tego czerwonego pana również.

My mieszkamy na drugim piętrze, ale w zwykłym bloku, nie w falowcu. Okna małego pokoju wychodzą na piaskownicę i trzepak, na którym Wiki robi fikołki. Ja się boję i wcale tam nie chodzę. No ale przy fikołkach nic jej się nie stało, a przy schodzeniu ze schodów w rytm muzyki, której słuchała z empetrójki, od razu sobie coś zrobiła. Chociaż muszę przyznać, że gdy tak schodziła, to była całkiem piękna. Miała złote buty. Na strasznie wysokim obcasie. Jak nas zobaczyła, spadła z tych schodów i skręciła nogę. Stwierdziła, że zepsuliśmy jej przyszłość. Przyszłość estradową.

Ona też nam zepsuła przyszłość. Tę najbliższą. Bo teraz przez jej nogę musimy jechać do ciotki Jadźki. Gdyby była zdrowa, pojechalibyśmy jak zawsze do Amalki, do lasu nad jeziorem, gdzie ciotka Franka spędza całe lato. To jest raj na ziemi. To nasze miejsce. A teraz chcą nas pozbawić naszych wymarzonych wakacji.

Stwierdziłam, że nie mogę dalej podsłuchiwać. Trzeba było działać.

Moja starsza siostra Wiktoria była na mnie śmiertelnie obrażona. Za to zniszczenie jej kariery estradowej. Pomyślałam jednak, że wyjazd do ciotki Jadźki jest gorszą rzeczą niż jej złamana czy zwichnięta noga.

– Wiki! – zawołałam, tarmosząc ją. Musiałam ją obudzić.

– Mhm – rozległo się spod kołdry. Po chwili Wiki usiadła na łóżku i odwróciła się ode mnie, bo przypomniała sobie, że wciąż się gniewa. Wyciągnęła nogę i zaczęła jęczeć. Stwierdziłam, że dam jej trochę czasu. Niech sobie pojęczy, skoro lubi.

Wiki chwilę jęczała, a potem burknęła:

– Czemu właściwie mnie budzisz? Co się stało?

– Wiesz, dokąd jedziemy na wakacje? – zapytałam.

– No do Amalki, jak zawsze. – Moja siostra ziewnęła. – Z ciotką Franką.

– Nie – zaprzeczyłam. – Do Jadźki!

– Baba Jaga. – Mateusz też już się obudził.

– Ciii – syknęłyśmy jednocześnie.

– Śpij! – dodała Wiktoria.

– A jadłyście już kolację? – Dobiegło nas zapytanie na pół śpiącego Mateusza.

– Nie mamy nic do jedzenia – odpowiedziałam. – Śpij, to śniadanie będzie szybciej.

– Dobra. – Nasz brat ziewnął i zasnął, pewnie marząc o parówkach.

Mateusz, zwany przez wszystkich, zupełnie nie wiadomo dlaczego, Matewką, najbardziej na świecie lubi jeść.

Oprócz tego jeszcze kocha książki i mimo iż ma pięć lat, całkiem nieźle czyta. To też u nas rodzinne. Wszyscy czytamy, ile wlezie. Jednak książką Mateusza nie da się przekupić, a jedzeniem zawsze.

Pierwszym słowem Mateusza było „am”. Potem długo, długo nic. Mimo iż późno nauczył się mówić, jest – jak każdy w tej rodzinie (oprócz taty) – wielką gadułą. Tata się śmieje, że musi nadrobić zaległości. Gada prawie cały czas, z wyjątkiem chwil, kiedy je. No bo jak mówić, gdy ma się buzię zajętą jedzeniem? Nie da rady. Aż dziw, że nie jest gruby. Jest jeszcze chudszy niż ciotka Jadźka. O, właśnie, przypomniało mi się.

– Nie jedziemy do Amalki przez twoją nogę. – Wzruszyłam ramionami. – Bo tam nie ma warunków dla złamanej nogi.

– Zwichniętej! – przerwała mi Wiktoria. – I w zasadzie już czuję się dobrze!

– Za mocno jęczałaś – skwitowałam. – I się przestraszyli. A muszą gdzieś nas wysłać, przecież nie mają teraz urlopu.

– No muszą. Ale ja chcę do Amalki z ciotką Franką! Do ciotki Jadźki za nic. Znad morza nad morze...

– Nie trzeba było jęczeć.

– Matko, co ja będę robić z ciotką Jadźką?! Przecież ona nawet nie pozwala mi odżywki na włosy kłaść! A co dopiero paznokci malować! – Wiktoria znowu zaczęła jęczeć.

– W Amalce i tak nie malujesz...

– O jeny, ale to co innego. A ciotka Jadźka każe chodzić spać po dobranocce...

– No właśnie. Niech maluchy chodzą spać po dobranocce! – stwierdziłam i pokazałam na Mateusza.

– No tak. On też będzie niezadowolony. MiniMini nie ma.

– Noo... W dodatku ciotka pozwala jeść lody tylko w sobotę. I inne słodycze też.

– Beznadzieja – westchnęła Wiktoria.

– No co ty, przecież i tak nie jesz lodów. Wiecznie się odchudzasz...

– Nie o lody mi chodzi. W ogóle beznadzieja. Wejdź do mnie do łóżka. Coś wymyślimy.

Weszłam do łóżka Wiktorii i przez chwilę myślałyśmy, ale od tego myślenia wreszcie zasnęłyśmy. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Wakacje z ciotką Jadźką. Porażka.

– Śniadankooo! – zawołała mama.

Gdy przyszłyśmy do kuchni, Matewka oczywiście już siedział przy stole, a w buzi miał jakąś przeżutą papkę.

– Jak twoja noga, kochanie? – zapytała mama moją siostrę.

– Super! W ogóle już nie boli! – odparła Wiki, chowając nogę pod krzesłem, bo wyglądała jak balon.

– Nie będziesz modelką – oznajmił Matewka. – Modelki nie mają takich grubych nóg.

– Ciii! – zawołałam w duecie z Wiktorią.

Mama natychmiast zajrzała pod krzesło i stwierdziła, że Wiki musi iść do lekarza.

Wiktoria jęknęła, a ja wraz z nią.

– Na razie pójdę po bandaż – oświadczyła mama, wychodząc z kuchni. – A potem pogadamy o wakacjach. Bo w takim stanie Wiki nie może jechać na wieś. Pojedziecie do cioci Jadzi.

– „Cioci Jadzi”! – prychnęłam. – Matewka – dodałam cicho, upewniwszy się, że mama nie słyszy – wiesz, że ciotka Jadzia nie pozwala jeść lodów? I że u niej nic się nie je po osiemnastej?

– I wiesz, że ona na kolację zwykle daje suchy chleb i wodę? – dorzuciła moja mądra siostra.

Osiągnęłyśmy cel. Nasz brat zaczął drzeć się wniebogłosy. Uśmiechnęłyśmy się porozumiewawczo.

– Co tu się dzieje?

– Nie chcę do Baby-Jagi! – wrzeszczał Matewka. – Ona nie daje jeść!

– Spokojnie, syneczku, daje... – próbowała go uspokoić mama.

– Nie daje po osiemnaaasteeej! – wydzierał się mój brat, chociaż podejrzewam, że osiemnasta niewiele dla niego znaczy.

– Musimy jechać do ciotki Franki. – Wiki uśmiechnęła się z triumfem.

– Właśnie! – powiedziałam. – Do Amalki. – I także się uśmiechnęłam, chyba jeszcze szerzej niż Wiki.

– Nie, kochani. Tam nie ma warunków dla nogi Wiktorii – oświadczyła nieznoszącym sprzeciwu tonem mama.

Noga Wiktorii, owinięta bandażem, leżała na stole pomiędzy talerzami. Wiktoria poruszyła palcami. Może i racja. W Amalce trzeba wodę z pompy nosić, myć gary w miskach na zewnątrz, a zamiast prysznica jest kąpiel w jeziorze. Rzeczywiście, dla nogi Wiki to nie najlepsze miejsce. Nie wiem, który raz od momentu, kiedy dowiedziałam się o zmianach planów wakacyjnych, jęknęłam. Nawet po cichu pomyślałam, że może niech Wiki sama jedzie do tej Jastarni, a my pojedziemy do Amalki, ale niestety jesteśmy jak trzej muszkieterowie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Ech.

Wyjazd zbliżał się nieuchronnie. Od wypadku na schodach minął już chyba tydzień, a opuchlizna nogi mojej siostry niezbyt chciała zniknąć mimo okładów i bandaży, którymi mama ją owijała według pomysłów naszej lekarki. Coraz bardziej wierzyłam, że stanęłam na drodze do szczęścia mojej siostry i zniszczyłam jej karierę. Wiktoria zawsze marzyła, by być modelką. Podbierała mamie kolorowe pisma, oglądała je tak, że oczy jej wychodziły na wierzch. Jedyny z tego pożytek był taki, że szyła mi potem ubranka dla lalek. Prawie dokładnie takie, jakie widziała w gazetach. Namówiła też mamę, by zapisała nas na kurs tańca. By poruszać się „z gracją i wdziękiem”. Potem tańczyłyśmy razem, Matewka też czasem do nas dołączał. No a teraz Wiki nie może się poruszać jak modelka czy tancerka. Nawet już nie ogląda tych swoich (a raczej mamy) gazet, bo ją to wnerwia.

Tak więc w sobotnie popołudnie tata zapakował nas do samochodu, włożył nasze plecaki do bagażnika i pojechaliśmy. Tradycyjnie zapomniał o cieście dla ciotki, które położył na dachu auta, i tradycyjnie to ciasto spadło na ziemię.

Tradycyjnie, jak co roku, zajął się nim pies sąsiadów rasy „moja faja”. Nie wiecie, jaka to rasa? Bardzo popularna. Kudłaty długi kundelek na krótkich nogach. Z ogonem. Długim ogonem. Dlaczego „moja faja”? Nie wiem. Ale miał, jak zwykle, błogi wyraz twarzy. Pyska, znaczy się.

Dwie rzeczy jednak nie były tradycyjne. Pierwsza to kula Wiktorii, która nijak nie chciała zmieścić się do samochodu, a druga to fakt, że na letnie wakacje zwykle jeździliśmy do ciotki Franki, a nie Jadźki. Ech.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pudełko z marzeniami Lilka i spółka Lilka i wielka afera Ósmy cud świata Czereśnie zawsze muszą być dwie Pracownia dobrych myśli 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia