Poznań

Poznań

Autorzy: Marcin Kącki

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 344

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 26.93 zł

Duma, porządek, oszczędność, stabilizacja, szacunek dla regulaminów – to poznaniak, Wielkopolanin. Jak jest naprawdę? Poznań według Kąckiego to miasto świetnie zaprojektowane, otwarte na rozwój, przyjazne dla młodych, ale także miasto, którego dusza tkwi w pruskim drylu, miasto, w którym zaangażowanie spotyka się z ignorancją, a pod płaszczykiem religii i ideowości kryją się często agresja, złość i niskie instynkty.

Arcybiskup Juliusz Paetz i młodzi klerycy, Wojciech Krolopp i nieletni chórzyści, marszałek Józef Piłsudski i Roman Dmowski, Małgorzata Musierowicz i Stanisław Barańczak, katolicy i Żydzi, Poznań i reszta Polski. Przyciągające się przeciwieństwa tworzą fascynujący obraz kulis władzy, hipokryzji mieszczaństwa oraz tego, jak potrafimy ulegać ludziom, którzy dzięki grze pozorów i mowie nienawiści wzmacniają podziały społeczne, ideologiczne i religijne.

W serii ukazały się ostatnio:

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

W serii ukażą się m.in.:

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Marcin Kącki

Poznań

Miasto grzechu

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Radosław Spassówka

Copyright © by Marcin Kącki, 2017

Rozdział Opiekun ukazał się wcześniej w książce Marcina Kąckiego Maestro. Historia milczenia (Warszawa: Wydawnictwo Agora, 2013)

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja historyczna prof. Zbigniew Pilarczyk

Korekta Aleksandra Ptasznik / d2d.pl, Monika Pasek / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-606-4

Nie wiem, jak pan będzie sobie dawał radę z poznańskimi pisarzami. Ja siedzę tutaj niczym obrosły głaz na miedzy. Tłoczę swym ciężarem całe robactwo, jakie się pod nim mrowi i wije. Nie widać tego, dopóki ja leżę, jak kamień. Ale niestety, jak się ruszę, to wszystko się rozlezie bezładnie.

Z listu Wojciecha Bąka, poznańskiego poety

Dziwny dom i dziwni mieszkańcy. Dla oka, przed ludźmi tworzyli niby porządną rodzinę, a każdy z nich żył własnym życiem, odrębnym i tylko w niedzielę następowała pewna zmiana.

Maria Rudowicz (Rataj), Grzeszne miasto

Do pobytu w Poznaniu skłania mnie wielka miłość do miasta rodzinnego i to przeświadczenie, że ze wszystkich większych miast polskich tutaj jest najlepsza atmosfera moralna i silna opinia publiczna, która reaguje mocno na wszelkie nadużycia i zło moralne.

Anonimowy uczestnik badania socjologicznego w Poznaniu, 1928 rok

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

I SYNOWIE

172/52/17

Opiekun

Ród

II RODZINA

Różaniec

Staś

III KOŚCIÓŁ

Polak

Bohater

Serce

IV MATKI

Jeżycjada®

Gemela

Ordnung

Zamiast zakończenia

Źródła i inspiracje

Przypisy

Kolofon

I

Synowie

172/52/17

W różowym dresie, z wielkimi oczami, czupryną, chudy – wygląda Gabryś jak Barbie na odwyku. Siedzi na pomniku Bamberki[1] na poznańskim Starym Rynku. Zdjął czerwonego trampka, bo stopa boli – skopali go na ulicy po całym ciele za gejowski wygląd.

Idziemy do apteki, podaje mi receptę. Kupuję mu tabletki na lęki i przeciwbólowe. Potem daję jeszcze kilka złotych na zupę.

– Możesz mnie odwieźć? Boję się – mówi.

– Czego?

– Znęcają się.

Podjeżdżamy pod parterowy budynek na poznańskim Szczepankowie. Kilku mężczyzn kopci papierosy, patrzą na nas z litością. Wysiadam pierwszy.

– Mam prośbę, chłopaki – mówię. – To mój znajomy. Wygląda trochę inaczej niż wy, ale to wrażliwy chłopak. Możecie się nim zaopiekować, zamiast truć mu życie? – zwracam się do największego penera[2].

Gabryś podchodzi do nas zapłakany i zasmarkany.

– On nie jest taki, kurwa, grzeczniutki, na jakiego wygląda – bąka pener.

Gabryś macha mi ręką, uśmiecha się. Odjeżdżam, biorę głęboki wdech i myślę sobie: gdybym był przegiętą ciotą w różowym dresie, to schronisko dla bezdomnych byłoby ostatnim miejscem, w jakim bym zamieszkał.

Na końcu naszej znajomości ze wstydu na tę myśl zapiecze mnie twarz.

Ostatnia Wigilia

Na ramieniu Gabryś ma blizny po żyletkach i nożach, na przegubach opatrunki, bo znów się ciął kilka dni wcześniej.

– Mieszkaliśmy w wieżowcu na poznańskim osiedlu – opowiada mi i szybko pałaszuje zupę, bo nie jadł kilka dni. – Mieliśmy trzy duże pokoje i czwarty mały, który zajmowałem ja. Siostra, młodsza o pięć lat, urodziła się z rozszczepem podniebienia, ojciec skupiał się na piciu, mama na nim. Wysyłała mnie do Oazy Dzieci Bożych, bo była głęboko wierząca. Studiowałem z nią Pismo Święte i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, gdy otwierałem je na przypadkowej stronie, a lubiłem się tak bawić, zawsze trafiałem na fragment: „nie odziedziczą królestwa Bożego”. Mogłem iść spać, dopiero gdy zmówiłem pacierz. Mama stała i pilnowała. Patrzyła, jak klękam, wypowiadam wszystkie „Zdrowaś Mario”, „Aniele Boży, stróżu mój”. W oazie nauczyłem się „zdrowasiek” nawet po łacinie. Wolałem modlić się do Matki Boskiej, bo wydawało mi się, że daje większe wsparcie. Grzechy spisywałem na kartce, na przykład: „Mam nieczyste myśli, które powodują nieczyste uczynki”. To mama wymyśliła, by wpisywać słowo „nieczyste”, bo w pokoju pachniało spermą. Wchodziła do pokoju, wciągała głośno powietrze nosem i mówiła: „Wiem, co robisz”. Masturbowałem się pod kołdrą. Ale to później, jak już wyprowadziliśmy się od ojca. Mama nie wiedziała, że myślałem w takich chwilach o chłopakach.

Kiedyś poszedłem do spowiedzi bez kartki i się pogubiłem. Ksiądz nawrzeszczał na mnie, kazał odejść. Chodziłem też do jakiegoś sanktuarium maryjnego, wywoływali tam Ducha Świętego. Ludzie zaczynali gadać różnymi językami, mdleli. Mocne przeżycie. Jak się stoi podczas modlitwy siedem godzin bez ustanku, to nadzwyczaj dziwny wydaje się nawet podmuch wiatru. Byłem też ministrantem, wkładałem komżę, nosiłem świece.

Gdy raz zaśpiewałem w przedszkolu piosenkę, wszyscy uznali, że mam talent. Znajoma mamy posłała syna do szkoły chóralnej i poradziła: „Daj tam swojego”. Na przesłuchaniu wykonałem:

Gdzie strumyk płynie z wolna,

Rozsiewa zioła maj,

Stokrotka rosła polna,

A nad nią szumiał gaj.

Dostałem się. Zabytkowy budynek, grube wykładziny, wysokie ściany, na tych ścianach zdjęcia śpiewaków. Marzyłem, że też będę solistą, absolwentem, kimś wielkim. Mama bardzo lubiła tę szkołę, bo były wyjazdy, koncerty. Posłała mnie tam, bym zarobił pieniądze, zwiedził świat. Ja też lubiłem tę szkołę, bo muzyka mnie uspokajała, choć w domu nikt jej nie słuchał. Gdy byłem w trzeciej klasie, w moim życiu pojawił się dyrygent Wojciech Krolopp. Mówił na nas „myszki”, a jednocześnie wrzeszczał i straszył. Zacząłem sikać w łóżko, a przed każdą próbą biegłem do ubikacji, bo czułem parcie. Ale nie mówiłem nikomu, nie chciałem być wyśmiewany. Śpiewaliśmy w kościele, co podobało się cioci, siostrze mamy, katechetce. Były ze mnie dumne. Czasami próby prowadził Maciej, partner Kroloppa, były uczeń szkoły, półsierota, który mieszkał z nim od trzynastego roku życia i wszyscy o tym wiedzieli. I zazdrościli mu dobrostanu, w jakim żył z dyrygentem, że mieszkał w luksusie, w domu z basenem, jeździł jego samochodami, miał nowoczesne gadżety. Ale o tym się głośno nie mówiło, choć wszyscy szeptali po kątach. Raz spytałem kogoś, czy to wszystko prawda z tym Maciejem, i podczas wyjazdu na zimowisko Krolopp przez głośniki w autobusie powiedział, że jestem świnią.

Atmosfera w szkole miała podtekst erotyczny, jak w wymyś­lanych przez Kroloppa zabawach: kto się najskąpiej ubierze. Chodziliśmy do biblioteki chóru, gdzie wiadomo było, że coś się dzieje, że bibliotekarze coś robią dzieciom. Powiedziałem to raz jednemu nauczycielowi, ale nie zareagował. Gdy miałem czternaście lat, odezwała się moja natura, grzeszna, brudna. Zacząłem wchodzić do internetu i grać w moją ulubioną zabawę „co mi wyskoczy”, jak kiedyś z Biblią. Po wpisaniu „homo” w wyszukiwarkę pojawiały się zawsze wpisy osób, które wyleczyły się z homoseksualizmu. W domu mama czytała w tym czasie katolicką „Frondę”. Ja odkryłem czaty gejowskie i zauważyłem dysonans między tym, co mówiła mi rodzina o homo­seksualizmie – że to obrzydliwość, co słyszałem z ambony – że to grzech, co czytałem w Piśmie Świętym – że prowadzi do potępienia, a tym, co siedziało we mnie. Nie rozumiałem tego, więc często płakałem, gdy byłem sam, a jak mama wracała, to wycierałem łzy, udając, że wszystko jest w porządku. Nie wyobrażałem sobie, by się dowiedziała.

Na zimowisku chóru spodobał mi się Dionizy. Gdy grał w ping-ponga, udawałem, że czytam książkę, ale skrycie zerkałem na niego. Miał piętnaście lat, był starszy, dojrzalszy, ładny. Ta erotyczna atmosfera szkoły pomogła mi odkryć własną homo­seksualność, bo jeszcze przed szkołą uganiałem się za dziewczynami, dawałem im pierścionki, które znajdywałem potem w stercie liści albo śmieciach. Mama powiedziała mi raz, żebym uważał na Kroloppa, bo dowiedziała się czegoś od koleżanki. Krolopp krzyczał wtedy na mnie, wyszydzał mnie, pomiatał mną, choć jeszcze nie dotykał. Podczas wyjazdu do Amsterdamu wypuścił nas na ulicę, gdzie wszędzie były burdele. Mieliśmy może po dziesięć lat i dziwiliśmy się, że na to pozwala. Pamiętam, że w sklepach widziałem sztuczne penisy. Niektóre dzieciaki zabierał do swojego pokoju, a mnie nie. Adam, kolega, podczas wyjazdu powiedział nam raz o dużym penisie, którego widział u Kroloppa. Był oszołomiony. Myślałem wtedy, że Bóg nade mną czuwa i dlatego Krolopp mnie nie tyka, ale to nie Bóg, tylko mama prosiła starszego kolegę, żeby miał na mnie oko. Podczas któregoś wyjazdu spod fary Krolopp wziął mnie za rękę i chciał wciągnąć do autokaru, bo się ociągałem, ale wyrwałem mu się i uciekłem do kościoła. To było straszne, ale wyparłem wszystko z pamięci i nie wiem, co się później działo. Może mama po mnie przyszła, może ktoś inny.

Nie mówiłem, co się działo na wyjazdach, bo bałem się, że to coś złego i jak wyjdzie na jaw, szkoła się rozleci. Zacząłem jednak marzyć, że na tym skorzystam, zastąpię Macieja, będę miał drogi samochód, gadżety, będę mieszkał w tym wspaniałym, wielkim domu. Ten dom był moim marzeniem, bo nie miałem żadnego. Byliśmy raczej biedni, ojciec prowadził małą firmę, zatrudniał matkę. Matka skończyła technikum, ale bez matury, jej rodzina od pokoleń żyła w Poznaniu. Wzięła ślub z ojcem, gdy była ze mną w ciąży, co w katolickiej rodzinie powodowało zmieszanie. Matka słuchała Radia Maryja, była zachwycona ojcem Rydzykiem, a gdy opowiadałem jej, co się o nim mówi, krzyczała: „Nigdy nie obrażaj przy mnie ojca dyrektora!”. Babcia była mniej religijna, ale gdy pojawiał się problem w rodzinie, to powtarzała: „Nie ma co gadać, tylko trzeba się zwrócić do Boga”. A głównym problemem był ojciec. Pił. I bił, głównie mamę. Mnie i siostrę oszczędzał, choć mam jakieś mgliste wspomnienia, że mnie molestował. Awantury, bicie, krzyki powtarzały się co kilka dni.

Mama wzięła w końcu pod pachę moją młodszą siostrę, mnie i uciekliśmy, najpierw do babci. Ta się zdziwiła, że było aż tak źle, że nikt nie mówił. Bo w porządnej poznańskiej i katolickiej rodzinie się nie mówi. W domu awantury, w szkole wrzaski Kroloppa, więc dalej sikałem pod siebie i ryczałem. Coraz bardziej się łamałem, nie chciałem już być w chórze. Powiedziałem matce, że Krolopp na nas krzyczy, że jest jak ojciec. Poszła do niego z mordą, ja czekałem pod gabinetem. Mama wyszła i zbeształa mnie, że to moja wina, że co ja sobie wyobrażam.

„Mamo! – płakałem. – Ale przecież miałaś mnie bronić!”

„Jak śmiesz! – krzyczała. – Oskarżać wielkiego człowieka! Nie doceniasz go! Taki autorytet! Maestro! To ty sprawiasz problemy!”

Miałem wrażenie, jakbym ją stracił. Krolopp wszedł w szczelinę między nami, bo powiedziała mu, że są problemy w domu, że jest uzależniona od męża alkoholika. Ale po jej wizycie awansowałem. Chyba się wystraszył, miałem lżej. Zresztą nie tylko ja. Musiał wiedzieć, jak rozmawiać z takimi matkami. Byłem w czwartej klasie, gdy sprawa Kroloppa wyszła na jaw i gdy go aresztowano. Wściekłem się, bo nie chciałem zmiany, zaczęło mi się podobać. Krolopp przestał mi dokuczać, a ja oswoiłem strach. I już podobała mi się atmosfera gejostwa, bliska mojej naturze, choć nie do końca ją rozumiałem, wypierałem, uznawałem cały czas za grzeszną.

Jakoś w tym czasie dostałem nagrodę za czytelnictwo w biblio­tece szkolnej, to było najbardziej przyjazne miejsce w szkole, moja samotnia. Mieściło się nad biblioteką nutową, w której grasowali inni pedofile. Wypożyczałem książki poświęcone farmakologii, fascynowały mnie, choć nie miałem problemów zdrowotnych. Założyłem pierwsze w Polsce forum o Harrym Potterze. Jakaś dziewczyna przesłała swoje opowiadanie o Hog­warcie, w którym byli homoseksualiści i świat pełen akceptacji. Skasowałem je, bo przecież to grzech, taka tematyka nie była odpowiednia dla dzieci. W sieci oglądałem pornografię homo i czułem podniecenie, więc mówiłem sobie: brzydki Gabryś, grzeszny Gabryś. Miałem wyrzuty sumienia, nienawidziłem pedałów. Czasami pomieszkiwałem z ojcem, ale sąd uznał, że ma za małe mieszkania, za niski standard, więc zostałem z mamą. Po zamknięciu Kroloppa w szkole zaczęły się antygejowskie czystki i szykany wobec każdego, kto wyglądał jak gej, a ja wyglądałem bardzo jak gej, więc mnie bardzo prześladowali i nie mogłem się doczekać, by ją skończyć.

Potem poszedłem do gimnazjum, w którym moja ciocia uczyła katechezy. Stawiała mi same szóstki. Nie wiem za co, bo z religią już nie było mi po drodze. W internecie trafiłem na fachowe strony i przeczytałem, że homo nie jest chorobą, ale naturą. Zacząłem czytać też publikacje naukowe, o badaniach Kingsleya, o orientacjach psychoseksualnych, zacząłem odnajdywać się w tym świecie. Ale ukrywałem się cały czas. Kasowałem w komputerze pliki, historię przeglądania stron, założyłem hasło, by siostra nie wchodziła na mój profil. Mama raczej z komputera nie korzystała, więc nie było ryzyka wpadki. Ale, myślałem sobie, co jeśli kiedyś usiądzie, zobaczy, czego szukam? Miała pretensje, że cały czas jestem w sieci, robiła mi awantury. Zabrała mnie w końcu do psychologa od uzależnień. Później, podczas rozmowy z nią, przyznałem się, że podobają mi się chłopacy. Poszliśmy do baru mlecznego, powiedziała, że się domyślała. Wróciliśmy do domu, prosiła, bym się pilnował.

„Co to znaczy?” – spytałem.

„Używamy wspólnych sztućców”.

„To co?”

„No HIV”.

Poszedłem do liceum plastycznego. Lubiłem rzeźbić, moje prace były wystawiane w galerii w Centrum Kultury Zamek. Poznałem w szkole ludzi, którzy byli podobni do mnie, nie odbiegałem od normy. Na stronie dla gejów, Fellow.pl, poznałem mężczyznę o pseudonimie „nitrogliceryna”. Był dobry z fizyki, chemii. Spotkaliśmy się w parku Wilsona, poszliśmy na spacer. Pod mostem Królowej Jadwigi włożyłem mu rękę w spodnie i pierwszy raz poczułem, że to, co siedzi w mojej głowie, bardzo mi się podoba. Pamiętam ostatnią Wigilię w domu, gdy miałem prawie osiemnaście lat. Mama i ciocia składały mi życzenia „zdrowia, szczęścia, by Bóg czuwał nade mną i bym znalazł sobie dziewczynę”. Teraz, gdy gadamy, to moja szósta Wigilia bez rodziny.

(Płacze).

W trzeciej klasie liceum miałem problemy z matematyką. Ale poznałem przez internet Oskara. Był starszy o rok, nosił mi plecak ze szkoły. Mama chyba się domyślała, co nas łączy, ale nie pytała. Oskar przychodził do nas, jednak nie wolno było mu u nas spać. Mama widziała, że jestem zakochany, że coraz bardziej uzależniam się emocjonalnie. Gdy dowiedziałem się, że Oskar mnie zdradza, powiedziałem o tym matce. Poradziła mi, żeby dać sobie z nim spokój. Nie dogadywałem się wtedy z partnerem matki, byłym policjantem, nie chciałem go w swoim życiu. Raz mnie uderzył, pewnie za pyskowanie. Dzień przed osiemnastymi urodzinami poszedłem do sklepu z dopalaczami. Brałem już od kilkunastu miesięcy. Popatrzyli w moją legitymację i kazali przyjść następnego dnia. Poszedłem na drugą stronę ulicy, tam nie sprawdzali wieku. Zajarałem. Film urwał mi się na trzy miesiące. Skąd miałem na to pieniądze?

(Uśmiecha się i odsłania białe, równe zęby).

Pamiętasz, że czytałem książki o farmacji? Miałem wtedy fobie i lęki – o swoją cerę, wygląd, zdrowie, dysmorfofobię. Szukałem sposobu na zdobycie trudno dostępnego retinoidu drugiej generacji, który normalizuje łuszczenie skóry, takiego eliksiru młodości. Rozmawiałem o tym w sieci z lekarzem, który powiedział, że ma trzydzieści lat, ale sądzę, że był starszy. Opisał mi, jak badał kilkuletniego chłopca i to go podniecało. Pojechałem do niego do Warszawy, a mamie powiedziałem, że nocuję u kole­żanek. Lekarz poszedł ze mną do apteki, wypisał na siebie recepty, zapłacił czterysta złotych i dał mi pigułki na skórę. Piliśmy razem dużo alkoholu, a gdy brakowało, chodziliśmy do nocnego sklepu. I do łóżka. Nazywał mnie swoim „księciem z Wielkopolski”, bo wszędzie miał swoich chłopców.

(Śmieje się).

Mama krzyczała na mnie za te narkotyki, że poszedłem w ślady ojca, a słowo „ojciec” było w domu obelgą. Znów wzięła mnie do psychologa. Gdy czekaliśmy na wizytę, zażyłem w kiblu tabletkę. Do środka wszedłem na takim speedzie, że gęba mi się nie zamykała, mówiłem o dopalaczach, o których lekarz słyszał pierwszy raz, choć jeden ze sklepów jest pod jego gabinetem. A chuj z taką terapią. Potrzebowałem coraz więcej pieniędzy. Siedziałem na gejowskim czacie, chodziłem do parku Marcinkowskiego w Poznaniu, zwanego „parkiem pedała”. Raz brakowało mi pięciu złotych. W parku zagadałem o papierosa jakiegoś mężczyznę, pogadaliśmy bez sensu, że to ciekawe miejsce, że ludzie chodzą tu bez celu. To był Michał, miał dwadzieścia pięć lat i schizofrenię. Staliśmy się na pewien czas nierozłączni, kochaliśmy się, paliliśmy dopalacze. Rzuciłem liceum. Zacząłem chodzić coraz częściej do parku. Za loda brałem sto pięćdziesiąt. Za full serwis trzysta pięćdziesiąt. W parku poznałem adwokatkę, policjantkę, nauczycielkę, lekarkę. To mężczyźni, tylko mówiło się z żeńskimi końcówkami. Był też ksiądz. O, właśnie! Jaka będzie żeńska końcówka do księdza?

Mieszkałem potem u takiego Piotra w domu z ogrodem, ale zerwałem z nim i z dopalaczami i wróciłem do mamy. Klucz jednak nie pasował, zamki zostały wymienione. Choć długo mnie nie było, nie zgłosiła zaginięcia, tylko się wyprowadziła, a moje rzeczy zawiozła do dziadków. W ogóle jej nie interesowało, co się ze mną dzieje. Nie wiedziałem, gdzie ona wtedy przebywa, dziadkowie nie powiedzieli i też nie chcieli mnie widzieć. Jeździłem od pętli do pętli, spałem w autobusach, w wieżowcach na wyższych piętrach, na korytarzach ewakuacyjnych, gdzie nikt nie zagląda. Rozkładałem kurtkę, karton. Przepędzały mnie sprzątaczki. Chodziłem na Ostrów Tumski, pod katedrę, tam jest dużo księży i zakonnic. Dlaczego tam? Myślałem, że Kościół pomaga ubogim, a ja byłem ubogi i głodny. Księża i siostry trzaskali drzwiami, ale czasami w seminarium nieopodal dawali zjeść to, co zostało z obiadów kleryków. Gdy miałem za co, ładowałem telefon i czatowałem w sieci. Raz na stację benzynową przyjechał po mnie mężczyzna. W szortach, koszulce. Zawiózł mnie na plebanię kościoła Świętej Rodziny. W jego pokoju widziałem mnóstwo świętych obrazów, krzyże. Był tam wikarym. Dał mi dwieście złotych, kazał się rozebrać, ale stwierdził, że nic z tego, że woli bardziej męskich. Zwiedzałem Poznań wzdłuż i wszerz, po kanałach, piwnicach, klatkach schodowych, jak miałem pieniądze z kurwienia, to szedłem do taniego hostelu. Czułem się bezsilny, nie miałem nikogo, żadnych przyjaciół, rodziny. Zadzwoniłem, nie wiem dlaczego, do Kroloppa. Wyszedł już z więzienia, chorował. Przyjechał samochodem, zawiózł mnie do cukierni, usiedliśmy za stolikiem. Powiedział do mnie: „Skup się i pomyśl, kto mógłby ci pomóc, czy masz taką osobę, która udzieli ci teraz schronienia”.

„Nie wiem, nie mam”.

„Skup się, zawsze ktoś jest”.

Wtedy sobie przypomniałem.

Współżycie

Profesor ma pięćdziesiąt kilka lat, twarz pyzatą, uśmiechniętą wstydliwie, do tego mało atletyczną sylwetkę i łysinę. Pokój, w którym siedzimy na nowym poznańskim osiedlu, nosi ślady demolki: dziury w ścianach, potłuczone obrazy stoją na podłodze.

– Wie pan… bo ja nigdy nie współżyłem… To znaczy próbowałem kiedyś, dawno temu, ale zawsze byłem wstydliwy, już jako dziecko nie lubiłem się rozbierać. W trzeciej klasie liceum, jesienią 1981 roku, zakochałem się w koledze, ale on nie chciał bliskości. Poszedłem za nim na studia historyczne, dalej mnie odrzucał, a ja byłem od niego głęboko uzależniony. Chodziłem za nim, ale przydzielali nas do różnych grup. Mieszkałem u rodziców, on u swoich, jakieś dwadzieścia minut spacerem. Nic z tego nie wyszło. Dzisiaj, jak ja, też jest pracownikiem naukowym. Napisałem potem do jakiegoś pisemka gejowskiego, jeszcze przed epoką internetu, w odpowiedzi na anons, ale ten ktoś odpowiedział, że już nieaktualne. Spotykałem się z paroma chłopakami z ogłoszenia, ale jakoś nie wychodziło, więc tępiłem to w sobie z poczuciem, że grzeszę. Postanowiłem jednak, że zanim się zestarzeję, chcę wiedzieć, jak to jest odbyć stosunek seksualny.

Zacząłem śledzić ogłoszenia na Gejowo.pl, dwa przykuły moją uwagę. W jednym była oferta za pieniądze, w drugim pojawił się ten sam numer telefonu, ale mowa była o poszukiwaniu przyjaciela. Zadzwoniłem, nikt nie odbierał. Oddzwonił po kilku dniach. Przyszedł, przyjąłem go, zapłaciłem, ale do niczego nie doszło. Zamiast seksu była rozmowa, opowiadał o swojej matce, pijanym ojcu, dzieciństwie, chórze, lękach, uzależnieniach. Uznałem, że nie mogę tego chłopaka krzywdzić, byłem zbyt wstrząśnięty. Zrobiłem mu kanapki, bo był głodny, dałem dwieście złotych. Powiedziałem: „Ucz się, wykształcenie wiele ci da, choć może po moich finansach tego nie widać, jestem tylko skromnym naukowcem”. Odezwał się po kilku dniach, przyszedł, tym razem zmusiłem się do rozebrania i chyba miał do mnie pretensje, bo powiedział: „Jesteś taki jak inni, interesuje cię tylko seks”. Odprowadziłem go do autobusu, zawstydzony, a na drugi dzień, w niedzielę, poszedłem do kościoła.

Moja wiara? Ten przyjaciel z młodości wciągnął mnie do oazy. Bo mój ojciec był niewierzący – partia, wojsko. Dzisiaj nie wyobrażam sobie niedzieli bez mszy. Chodzę na Podolany, do Matki Bożej Pocieszenia, bo tam jest domowa atmosfera. Od dwudziestu lat mam tego samego spowiednika, księdza Rafała Pierzchałę. Z czego się spowiadam? Z seksu homoseksualnego, to chyba jedyny grzech, o którym mówię podczas spowiedzi. Walczyłem z tym, ale zawsze kapitulowałem. Gdy za pierwszym razem ksiądz Pierzchała słuchał mojego grzechu, to chyba się wystraszył. Może sądził, że widzę w nim atrakcyjnego partnera? Po latach zdradził mi, że dużo się ode mnie nauczył. I powiedział, że uważa mnie za świętego.

(Śmieje się).

Mama pochodzi z Kielecczyzny, ojciec też z Kongresówki. Ale czuję się poznaniakiem, tu jest mój Heimat, tu się wychowałem, jestem poznańskim patriotą. Denerwuje mnie, gdy w mediach tyle się mówi o powstaniu warszawskim, a ani słowem o wielko­polskim. Co niedziela chodzę do rodziców na obiad, tak po poznańsku, choć mam ponad pięćdziesiąt lat.

Gabryś zadzwonił do mnie znów po tej swojej rozmowie z dyrygentem Kroloppem i spytał, czy go pamiętam, czy mógł­bym mu pomóc, bo jest bezdomny, do ojca też nie mógł pójść – siedział w więzieniu za alimenty. Pierwszą myśl miałem jakąś dziwną, głupią może, że skoro Polacy pomagali Żydom za cenę życia, to dlaczego mam mu nie pomóc, nic mnie to przecież nie kosztuje. No, ale myliłem się. Gabryś mieszkał u mnie trzy miesiące, poznał kogoś przez internet i wyjechał do Włocławka. Ten ktoś go wyrzucił, chyba za dopalacze, i Gabryś znów wrócił, jakoś w 2013 roku. Mieszkał tu, nie pracował i ciągle prosił o pieniądze. Dawałem mu na jedzenie, ubrania, dopalacze, zaczynałem finansowo sunąć po dnie, ale on ma fascynującą osobowość, przypomina mi trochę mnie samego z młodości. Pomyślałem: niech on przynajmniej się realizuje, będzie szczęśliwy, skoro mi nie było dane. Miałem nadzieję, że pójdzie na studia, na prawo, medycynę, stale go zachęcałem. Zapisał się do liceum wieczorowego, ale tylko po to, by mieć alimenty z funduszu. W naszym bloku był lubiany, ekspedientki go hołubiły, jedna mówiła: „Pana siostrzeniec jest bardzo mądry, dobrze wychowany”. Przychodził do mnie do pracy, do instytutu, tam też go lubili. Czułem chyba, że to moja misja, by pomóc temu biednemu chłopcu.

Powiedziałem Gabrysiowi latem 2016 roku: „Jak tak dalej pójdzie, trafisz do przytułku”. Wtedy podniósł telewizor i uderzył nim o podłogę. Zamurowało mnie. Potem rozbił telefon. Biedny chłopiec. Miesiąc później, gdy znów zwróciłem mu uwagę, potłukł szyby w drzwiach pokojowych. Miałem zadzwonić po policję, ale wyrwał mi telefon i rzucił o podłogę. Pobieg­łem do sąsiadów zadzwonić. Przyjechali, spisali go. Uspokoił się na trochę. Po jakimś czasie znowu: chciałem zawiesić ramę do ­­lustra, ale mu się nie podobała, więc ją połamał. Potem, jako że nie było już szyb w drzwiach, połamał same drzwi. Kilka dni później zniszczył lustro w łazience, podarł mój sztych Dürera, ale dzięki temu okazało się, że to kopia. Znów przyjechali policjanci i jeden powiedział: „O! Dwa pedały się kłócą”. Gabryś im na to, że chciałem go zgwałcić, że uciekał, bronił się. „Jak tak możesz kłamać?”, spytałem, a policjanci ogłupieli. Zaczął być agresywny, więc wezwali karetkę. Przyjechali sanitariusze, jeden z nich z podziwem patrzył na moją kolekcję książek. Policjanci chcieli wziąć młodego na komisariat, musiałem podpisać protokół, ale miałem problem, bo okulary też mi zniszczył. Nie wiedziałem, jaką wpisać godzinę, bo zegarkiem rzucił o ścianę. Tego Dürera, którego oddałem do konserwacji, gdy zniszczył go po raz pierwszy, zniszczył po raz drugi. Rzucił lampą i teraz działa, kiedy jej się chce.

Znów zostałem sam. Bycie samotnym gejem to jednak lepsze niż bycie z tak dokuczliwym chłopcem. Ale po kilku godzinach zacząłem się martwić. Coś jednak do niego czułem, choć się go bałem. Sądziłem, że zamkną go na czterdzieści osiem godzin i wróci, by mi się odpłacić, a nie miałem ochoty na kolejne kłótnie. Poczytałem jednak w internecie o aresztach, o tym, co tam robią z gejami. Najpierw pomyślałem, że mu się należy, ale potem mnie to przeraziło, bo to jednak nie miejsce dla niego, taki wrażliwy, tyle przeszedł w życiu. Zacząłem się martwić. Zadzwoniłem do jego matki, że trzeba go wyciągnąć z aresztu. A ona na mnie nakrzyczała.

„Pan jest jakimś pedofilem?! Zniszczył pan mu życie! Przez takich jak pan on się nie leczy. Będzie się pan w piekle smażył, że mu pomógł, utrzymywał go, a on tylko to wykorzystał!”

„Jestem chrześcijaninem, chciałem dobrze!”

„Nic pan nie wie! Będzie się pan w piekle smażył!”

Poszedłem na policję. Powiedzieli mi, że ich praca idzie na marne, bo tyle dokumentów już wypisali w tej sprawie. Znów zadzwoniła do mnie jego matka, opowiedziała mi o jego ojcu alko­holiku, chórze Kroloppa, że młody odziedziczył po mężu jakiś rys szaleństwa, i prosiła, by nie wypuszczać go z aresztu, że tam pomogą mu wyjść z dopalaczy. Ale już wycofałem skargę, więc go wypuścili. Poszedł do matki, ale nie chciała go przyjąć, kazała iść do przytułku dla bezdomnych. Wrócił do mnie, wstydził się, był zgaszony. Przez kilka dni było spokojnie, patrzyłem na niego z litością. Pojechaliśmy do centrum, do galerii handlowej, kupiłem mu kilka ubrań. Był szczęśliwy, wycałował mnie. Bałem się go, gdy głos mu twardniał, gdy zamieniał się w demona. Jest chudy, ale w przypływie agresji dostaje ogromnej siły, a ja to typowy inteligent z rysunków Mleczki – łysy, bez mięśni. Coraz więcej mnie to wszystko kosztuje. Wczoraj oprowadzałem grupę po Targach Poznańskich, bo mam za to czterdzieści złotych. Dorabiam, by przez niego nie zbankrutować. Nie pracuje przecież.

Profesor milknie, patrzy w podłogę, nerwowo macha nogą. Waham się, czy pytać. Pytam.

– Obydwaj wiemy, z czego on żyje, prawda?

– No co mam powiedzieć… Przecież sam byłem jego klientem… na początku. Ale lubię, gdy jest szczęśliwy. – Podnosi twarz uśmiechnięty jak dziecko. – To się chyba zamieniło w ojcowskie uczucie.

Wyprowadził się potem, gdzieś sobie poszedł, ale zadzwonił, że umiera, nie chce żyć, czy może do mnie na kilka dni. Zgodziłem się. „Ale tylko na kilka dni – powiedziałem mu – ani jednego dłużej, bo wyjeżdżam służbowo”. No i już po kilku moich uwagach bierze nóż i tnie sobie przegub. Krew się polała po podłodze, zadzwoniłem po pogotowie, ale uciekł z domu, wrócił jednak, pojechaliśmy do prywatnej przychodni taksówką, czego nie lubię, bo jestem oszczędny. Opatrzyli go. Zapłaciłem, bo nie ma ubezpieczenia. Wynajął sobie potem mieszkanie i zaraz na dopalaczach wyrzucił klucz przez okno. Nie dało się znaleźć. Wrócił do mnie.

Moi rodzice byli przeciwni tej znajomości, nienawidzą go. Zapłacili za szyby, które wytłukł. Czy wiedzą o mnie… o moich…? Nie pytają, może się domyślają. Raz zadzwonili, że jadą do mnie, no to powiedziałem młodemu, że musi wyjść, a on wziął środki nasenne i zasnął. Dzwonię do rodziców.

„Nie kłopoczcie się jednak, bo to daleko, z drugiego końca miasta…”

„Ależ, synku, żaden problem, jesteśmy już na przystanku”.

„Ale naprawdę nie trzeba”.

„Autobus podjeżdża…”

Podszedłem do niego, zacząłem go szarpać, krzyczeć, budzić: „Wylatuj! Ale już!”. Wstąpiła w niego siła, znów zaczął łamać obrazy, te naprawione, wybijać szybę w kredensie. A rodzice w drodze. Zamknął mieszkanie od środka, klucz wyrzucił przez okno. Zadzwoniłem do rodziców, by jednak zawrócili, ale chyba byli już pod domem, bo nawet przez telefon słyszałem krzyki Gabrysia z balkonu. Zadzwonili domofonem, a on uciął nożyczkami kabel od domofonu. Weszli i spojrzeli na to wszystko. Gabryś siedział zapłakany: „Chyba teraz przesadziłem”. To moja wina, niepotrzebnie go drażniłem, może mój ton był zbyt ostry. Rodzice chcieli dzwonić po policję, ale nie zgodziłem się. Powiedziałem, że Gabryś jest chory, potrzebuje pomocy, nie złożę na niego skargi, gdy jest w takim stanie. Rodzice byli wstrząśnięci.

Wyprowadził się. Powiedziałem o tym mojemu spowiednikowi, księdzu Pierzchale. Zasugerowałem, że może to zbyt okrutne z mojej strony, że go wyrzucam, że to nie po katolicku. A ksiądz nie wytrzymał, uniósł się zza krat konfesjonału i zaryczał na cały kościół: „Jako twój spowiednik zabraniam ci wpuszczania tego chłopaka do domu!”.

Platon

– Pomóż mi, proszę. – Gabryś dzwoni do mnie w środku nocy. – Nie wytrzymam już w przytułku. Znalazłem sobie pokój, mam pieniądze.

Pod przytułkiem ładuję do samochodu kilka worków wypchanych ciuchami, kartony (z jednego wystaje suszarka do włosów, bo Gabryś ma gęste, długie, czarne loki i bardzo o nie dba). Jest stara drukarka komputerowa, jeszcze jeden worek z ciuchami, z którego przez dziurę wystaje szalik robiony na drutach. Karton butów, pudło z kosmetykami (na wierzchu szampon). Zagląda do jednego z nich i sprawdza, czy zgadzają się wszystkie tabletki, bierze dwie, hormonalne, by być bardziej kobiecym.

– A wiesz – zaczyna w samochodzie – mówiłem ci kiedyś, jak śpiewałem Gdzie strumyk płynie z wolna… Ostatnio znów to śpiewałem. W przytułku, pod prysznicem. Wysokim, prawie dziewczęcym głosem. Wszyscy słyszeli, kilka osób powiedziało mi potem, bo okno prysznica było otwarte, że bardzo ładnie. Tylko tym żulom się nie podobało. Myślisz, że jestem atrakcyjny? – pyta i dotyka mojej starej blizny na ramieniu. – Co to?

– Nie podrywaj mnie.

Uśmiecha się zalotnie.

– O! Tutaj. – Pokazuje ręką jednorodzinny dom w centrum.

Po tygodniu dzwoni znowu.

– Pomóż mi, proszę, nie wytrzymam tu! Mam nowe mieszkanie, przewieziesz mnie?

Znoszę te same rzeczy, tylko z jednego worka wystaje pukiel czarnych włosów, które ściął, o czym napisał na Facebooku. Mijam właścicielkę, która patrzy na mnie jak na współsprawcę jakiegoś przestępstwa.

– Co zrobiłeś? – pytam w samochodzie.

– Naćpałem się i sprowadziłem klienta, brałem też klonazepam. No i orgazmy przeżywam bardzo głośno, a tam jeszcze inni ludzie wynajmują – uśmiecha się przepraszająco. – Właścicielka zaczęła mnie pytać, dlaczego szukam chłopaków. Spytałem, skąd wie, a ona, że na fejsie widziała. „Chyba mi wolno kochać”, odpowiedziałem, a ona, że tak, ale to nienormalne jakieś, że się o tym pisze tak otwarcie. Powiedziała, że mogę zostać, ale płacę dwa razy więcej. Ale teraz jedziemy do pary starszych gejów, na pewno się z nimi dogadam.

Po dwóch tygodniach dzwoni z płaczem.

– Przyjedziesz po mnie? Nie daję rady, gnębią mnie.

Wchodzę po kartony, worki, na schodach wypada mi suszarka do włosów. Jeden z mężczyzn patrzy na mnie gorzej niż tamta kobieta.

– Co znowu zrobiłeś?

– Daj spokój, te dwa pedały mnie gnębiły. Kazali mi wracać przed dwudziestą drugą, a jeśli później, to nie nad ranem. Mieli pretensje, że dywanik pod kabiną prysznicową mokry. No to jak, pytam, ma być suchy po kąpieli, a oni, że mam się wycierać w kabinie. Albo że zbyt mocno puszczam wodę z kranu i muszą za to płacić. Albo że nie zablokowałem drzwi do kuchni i ich kot nie mógł do kuwety. Że puszki wkładałem do mieszanych zamiast do plastików. No właśnie, czy ty wiesz może, gdzie się wkłada metalowe puszki? Nawet ani razu nie przyćpałem, by nie dać pretekstu, ale to świrowate geje jakieś.

Czuję, że nie mył się kilka dni.

– Gdzie teraz?

– Mam coś na jednym osiedlu, będę miał pokój ze studentką.

Po kilku dniach dzwoni:

– Moja lokatorka to studentka farmacji, ale kiepsko jej idzie z farmakologii. Nie wiedziała, czym jest pantoprazol. Dałem jej wykład, robiła notatki. Popala, ma chłopaka, w weekendy do niego wyjeżdża. Zrobiła sobie z mojego pokoju przejściowy, bo chyba przyzwyczaiła się do balkonu, który tu mam. No kurwa. Nie wynajmowałem za osiemset złotych pokoju przejściowego, żeby sobie babeczka chodziła jarać fajki na balkonie. Nie wiem, czy mam go zamykać na klucz, czy nie?

I znowu po kilku dniach:

– Pomożesz?

– Znowu przeprowadzka?

– Tak.

– No nie, kurwa, dosyć, radź se sam.

– Tym razem to naprawdę nie moja wina, spytaj profesora.

Profesor opowiada mi, że pojechał do Gabrysia do mieszkania, dał mu tysiąc trzysta złotych na kaucję i na pierwszy czynsz, bo żal mu go było. Młody na „dzień dobry” powiedział żonie właściciela, że jest gejem. Ta współlokatorka, studentka farmacji, cieszyła się, bo zawsze chciała mieć kolegę geja. Żona właściciela stwierdziła, że Gabryś jest jakiś taki niepoznański, zbyt otwarty. Po kilku dniach zadzwonił właściciel, że młody ma się wyprowadzić, bo na tym osiedlu mieszkają byli wojskowi, on też jest byłym wojskowym, a jego synowie działają w Obozie Narodowo-Radykalnym i nie może pozwolić, by się komuś stała krzywda. Gabryś przekazał wtedy słuchawkę profesorowi.

„Ten chłopak będzie dobrym lokatorem, dużo przeszedł…” – bronił go profesor.

„Ale jest homo, a ja mam prawo nie zgadzać się na to, bo mam swoje poglądy”.

„O czym pan mówi?”

„O homo!”

„Przecież już Platon w Uczcie pisał, że…”

„A niech se pisze, kto chce, a ja mówię, że pedał u mnie mieszkał nie będzie!”

– Wie pan – mówi mi profesor, prawie płacząc – mam nowe szyby, lustro w pokoju, okulary, nie chcę już Gabrysia. Ale go nie zostawię. Choć dostaję na rękę „trzy dziewięćset”, to jakoś dam radę.

– Słuchaj – opowiada mi jakiś czas później Gabryś przez tele­fon – mam już kawalerkę, teraz to każdy mi może naskoczyć, w końcu czuję się wolny. Tylko profesor pyta, bo już nie ma pieniędzy, czy możesz… no wiesz… nie dorzuciłbyś się w połowie do czynszu?

– A może poszedłbyś do matki? – pytam.

– Wolę do przytułku.

Wiara

– Mój syn jest na równi pochyłej ku śmierci, pomóc może mu tylko Jezus Chrystus – mówi mi jego matka przez telefon, nim się spotkamy.

To atrakcyjna szatynka, szczupła, około czterdziestu pięciu lat.

– Opowiadałam Gabrysiowi często o Chrystusie, ale nie chciał słuchać. Teraz nie mam już na niego wpływu. Zresztą wiara to nie jest wychowanie, tylko relacja, a jeżeli on w domu doświadczył tego, czego doświadczył, to trudno mówić, że ten dom był katolicki. Ale walczę o niego i nigdy się nie poddam, bo jestem matką. Czekam, wierzę, ufam, bo on ma potencjał. Cieszę się, że go mam, że jest moim synem. Zmieniła mi się perspektywa patrzenia na słabości drugiego człowieka. Dzięki synowi jestem wrażliwsza, przecież to nie jego wina, że jest taki… Może gdyby miał normalnego ojca… ale tego nie wiemy, to wie Bóg.

On nie ma przyjaciół, bo zniechęca do siebie, trzeba mieć pokorę, by tolerować jego zachowania. Ale to mój syn, moje ciało, serce, dusza, oczy, uszy. Cierpię. Wolę jednak mieć nadzieję, ufność, że to się kiedykolwiek zmieni. Każdy ma swoją drogę życiową, syn ma swoją, choć jest trudna. Ale jego życie się nie skończyło. Widziałam go niedawno i pomyślałam, że jest po prostu piękny, wszystko, w całości, piękny, dla mnie to najpiękniejszy mężczyzna na świecie. Gdy się urodził, pomyślałam, że nie będę w życiu pragnąć niczego innego, tak go pokochałam.

Chcę, by był szczęśliwy, może dlatego łatwiej mi tolerować to, że prowadzi takie, a nie inne życie, skoro ono mu odpowiada. Choć chciałam, by miał wykształcenie, pozycję. Ale dziękuję Bogu, że jest moim synem, bo nauczył mnie tolerancji względem ludzkiej słabości, że życie ma światło i cienie, że nie jest czarno-białe…

Moja wiara to relacja z Bogiem, która rodzi się w człowieku przez życie, a gdy jesteśmy ochrzczeni, bo rodzimy się z piętnem grzechu pierworodnego, to relacja z Bogiem nawiązuje się podczas dojrzewania i zadawania pytań. Gabryś, który identyfikuje się z tym ruchem homo, uważa, że Kościół go nie chce, więc sam sobie robi krzywdę, ale nie przyzna się do tego, i to jest problem. Nie chce być z Bogiem, a Bóg go kocha. W naszej rodzinie nie ma nietolerancji dla homo, choć nie powiem, żebym była z tego jego homo dumna, bo chciałabym mieć wnuki. Gdy mi się przyznał, że jest gejem, to było trudne, ale powiedziałam mu: „Dobrze”, bo do głowy mi nie przychodzi, żeby obrażać kogoś, dlatego że jest gejem, islamistą, muzuł­maninem.

Nie wiem, skąd się biorą homo w życiu, bo są różne anomalie, jak alkoholizm, przemoc w rodzinie. Czy to przez szkołę? W TEJ szkole najbardziej raził mnie brak organizacji, jakiś pijany opiekun wycieczki, opóźniony, zepsuty autobus. Wyrażałam z tego powodu niezadowolenie, a zarzucano mi, że się czepiam Maestro. Gdybym się od kogoś dowiedziała, że Krolopp krzywdzi dzieci, to poszłabym na policję. Pytałam nawet syna, czy to prawda, czy coś się dzieje, ale nic nie mówił, a nigdy nie miał przede mną tajemnic. Był kochanym dzieckiem, indywidualistą, nawet w przedszkolu, gdy chłopcy siłowali się na dywanie, to mój synek bawił się z dziewczynami, na uboczu, sam dla siebie. W szkole podstawowej czytał tonami książki, odkładał te kupione, a wypożyczał takie same, by nie zniszczyć własnych. Miał kuzynów, którzy biegali z zabawkowymi karabinami, ale on tego nie lubił, nie lubił przemocy. Gdy skończył osiemnaście lat, nie pracował, nie uczył się, cały dzień spał, a ja pomagałam mu, niepotrzebnie, litowałam się, jak wcześniej wobec męża. Przeszłam to już raz, więc postawiłam warunek: „Pomogę, ale musisz wykazać minimum wysiłku, idź do szkoły, do pracy”. Powiedział „nie”, no to wystawiłam mu rzeczy, zmieniłam adres.

Dzisiaj ma imieniny? Tak, wiem. Nie, nie zadzwonię do niego. Nie chcę z nim rozmawiać, nie chcę zburzyć tego, co jest między nami, bo można jednym czy drugim zdaniem… Jestem poznanianką z krwi i kości, ale nie wiem, co to znaczy poznańskość. Jestem religijna, zawsze to w sobie miałam, pewnie od chrztu, tego najpiękniejszego momentu w życiu, gdy człowiek staje się dzieckiem bożym. Czuję to, bo wiara jest łaską, we mnie się rozwinęła, a w Gabrysiu nie. Dlaczego? Należy zapytać o to Boga. W moim domu nie było dużej religijności. Jako dziecko podziwiałam takich ludzi jak ksiądz Jerzy Popiełuszko, jego kazania wpisywałam do zeszytu… Umarł za prawdę, jak Chrystus, nikogo nie oskarżał, i to jest bardzo moje. Moja siostra również ma łaskę wiary. Ta wiara bardzo mi pomogła w trudnych momentach życia, choć Gabryś postrzega mnie przez pryzmat Radia Maryja. A ja jestem normalną kobietą.

Nie mam w sobie pretensji, siłę czerpię od Boga, wiara w Chrystusa jest ważniejsza od życia mojego, moich dzieci, bo jeśli chce się kochać swoich bliskich, tak prawdziwie, to najpierw trzeba pokochać Boga. Przecież z Listu do Efezjan wyczytać można, że Bóg działa przez wszystkich i we wszystkich, dlatego wiem, że gdy jestem bliżej Boga, to jestem bliżej mojego syna, Bóg nas spaja.

Nie pozwalam sobie na sentymenty, bo po rozmowie z synem płaczę tak, że nie mogę pójść do pracy następnego dnia. Ten ból we mnie siedzi. To straszne dla matki, gdy syn stoi w drzwiach, pobity, okrwawiony, głodny, a ja muszę mu powiedzieć: „Rozumiem, ale nie. Wiem, synek, że cierpisz, że przeżywasz piekło, ale musisz to zaakceptować, bo walczę o twoje życie”. Nie po to go wyrzuciłam z domu, by to zaprzepaścić. Usłyszałam od specjalistów od uzależnień: nie pomagać na jego zasadach. Myśli pan, że nie płaczę, gdy widzę jego pocięte żyletką ręce?

Amputacja

Gabryś wrzuca na Facebooka zdjęcie swoich nowych trampek i sam sobie lajkuje serduszkiem. Dzwoni do mnie w Wigilię. Nie odbieram. Pisze na fejsie: „Niedługo znikam, zaszywam się, otulam szyję czyimś ciepłym, muskularnym ramieniem i nikt nie będzie wiedział, gdzie się znajduję. Nie opuszczę tamtego miejsca. Nie powiem, o kim myślę, żeby nikt ani nic nie zepsuł planu spędzenia życia wtulonym w ukochane ciało”.

– Spotkamy się? – pyta mnie po kilku tygodniach milczenia.

– Co się stało?

– Nic. W zasadzie to mam teraz tylko ciebie, chciałem po­gadać.

Pijemy sok w galerii handlowej. Ma na sobie różową koszulkę z angielskim napisem „Z chłopakami umawiam się na randki tylko w bibliotece”. Odbiera telefon.

– Kto mówi? Słuchaj, nie mogę rozmawiać, wymienimy maile? To wybacz, ale nie mam czasu. A ile masz lat? Ile? Przykro mi, ale jestem na spotkaniu, zadzwoń kiedy indziej.

– Klient? – pytam.

– Yhm.

Znów telefon.

– Halo? Słucham? Niestety, nie mogę wysłać zdjęcia, mój telefon nie obsługuje MMS-sów. Opisać się? Dziewiętnaście lat, 172/52/17 [wzrost, waga, długość penisa]. Długie włosy, brunet. Tak, atrakcyjny. Podeślij maila, wyślę ci zdjęcie. Teraz nie mam czasu. Moje imię? Tomek.

– Twoja nowa ksywa? – pytam.

– Nowa. Wcześniej byłem Marcin, na twoją cześć, ha, ha, ha!

– Kłamiesz z tym wiekiem. Skąd wiesz, że twój klient lubi tak młodych?

– Tak czuję. A co, nie wyglądam na dziewiętnaście? A wiesz, że wczoraj byłem u jednego w domu, heteryk, ale za dużo przyćpał i mu ochota przeszła. Dał mi sto pięćdziesiąt złotych za nic. Jego żona wyjechała, tak że wiesz… Jakież to, kurwa, poznańskie! Jest takie mieszkanie w Poznaniu, na osiedlu Zwycięstwa, na godziny się je bierze. Klient mnie tam zaprowadził. Taki mechanik samochodowy, ma warsztat, też żonaty, sprawia wrażenie człowieka głęboko nieszczęśliwego, chciał pogadać. Potrzebował czułości, bliskości, ocierał się o mnie. Tylko proszę cię, kurwa, nie rób ze mnie dziwki, wiesz, że taki nie jestem. Przecież wiesz, że chciałbym się odbić, że wszystko w moich rękach, nie chcę się w tym babrać. Lubisz mnie jeszcze? Są tacy, którzy do mnie wracają, ale stałego klienta nie mam. Fajny klient to taki, który daje poczucie bezpieczeństwa, otacza mnie czułością, nie chce wszystkiego od razu, przytuli. Taki, któremu sam chcę to robić. Był taki, chemik, dobierał kolory do samochodów… Ale nie chcę o tym mówić.

– Kochałeś go?

– Tak. A wiesz… byłem ostatnio u dziadków… Czy ja wyraźnie mówię? Bo musiałem wziąć klonazepam. No więc byłem u dziadków, powiedziałem babci, że biorę Ulgix, a ona do dziadka: „Stary, by coś sobie w tyłek wsadzić, to kiszka musi być opróżniona”. Ma babcia poczucie humoru, nie? Ogólnie to nie chcą mnie widzieć, ale czasami do nich zachodzę, nawet kosztem obelg. Taka imitacja rodziny. Bo szukam jej, tej wspólnoty, bliskości. Mówiłem dziadkom, że wchodzę tylko na kwadrans, inaczej by mnie nie wpuścili. Wiesz, zwykli ludzie, pracowali w PKS, długo czekali na przydział mieszkania, poznaniacy. Babcia ma taki podniesiony tembr głosu, w zasadzie wrzeszczy, a dziadek siedzi i jej potakuje.

Mama poprosiła, by Gabryś dodał ją do przyjaciół na Face­booku. Dodał. I wrzucił ogłoszenie: „Lokum mam w zachodniej części miasta. 10 osób będzie jak ulał, bo to mieszkanie. Zawsze o tym marzyłem, ale się bałem. Ostatnio jestem odważniejszy, więc myśl o gangbang i mnie w roli głównej jara mnie na maxa. W sumie możecie się spuszczać, gdzie chcecie, w środku w gumie. 150 zł za wstęp od osoby. Polecam obejrzeć moje focie i filmik;) Usługa warta swojej ceny – to z pewnością. Jak ktoś lubi się ruchać na speedzie, to ja chętnie krechę wezmę:) Ziółko bym zapalił też. Zgłosić się na prv”.

Mama usunęła go ze znajomych.

Dzwoni, jest głodny, nie ma pieniędzy. Idziemy do baru. Znów kuleje. Zamawia pierogi, zupę, kotlet z ziemniakami, koktajl, napój. Terapia hormonalna spowolniła zarost na jego twarzy, wygładziła skórę, więc ekspedientka woła przez cały bar:

– Kotlet dla paaani!

Je szybko, jakby się bał, że mu zabiorą widelec. Pokłócił się z profesorem, był u niego w instytucie, kopnął tam w drzwi, stłukł szybę, ma pociętą nogę. Nie chce mówić, o co poszło, twierdzi, że mógł być naćpany, nazywa to „lekkim stanem dekompensacji”.

– Profesor traktuje cię jak syna, dlaczego mu to robisz? – ­pytam.

– Może właśnie dlatego, że i ja traktuję go jak rodzica i zbyt wiele od niego wymagam. Ale też nie zapominajmy, że byliśmy we „wspólnym pożyciu”, więc to trochę dziwne rodzicielstwo, gdy syn musi zadawalać ojca…

– Kiedy ostatnio jadłeś?

– Porządnie? Ze dwa tygodnie temu, nie szukałem klientów, ta noga… Ale miałem dużo seksu, poznałem gościa z Kra­kowa.

Wiosna 2017. Gabryś znów w poznańskim przytułku dla bezdomnych. Wiozę mu torbę żarcia. Pokój dzieli z mężczyzną, któremu śmierdzą niegojące się rany nóg. Gabryś nad papierami, wzburzony, pisze mężczyźnie wnioski do pomocy społecznej, by ten miał dostęp do leków i opieki zdrowotnej.

– Pomóż mu, proszę, w tych warunkach grozi mu amputacja – patrzy na mnie, przejęty, swoimi wielkimi oczami.

Zdzwonił się znów z matką. Poprosiła, by zmówił z nią modlitwę.

– Zdrowyś Jezu, łaskiś pełna…

– Synku, mylisz modlitwy.

– Panie Jezu… Przepraszam, mamo, wypiłem trochę.

– Proszę cię, pomódlmy się razem: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna…

– Panie Jezu, łaskiś pełny…

Odmówili.

– Dziękuję ci, dobranoc, synku.

Opiekun

Myśliwi i zające

Matka Kikiego chciała kształcić się artystycznie, ale rodzice kazali jej iść na poznańską politechnikę. Nie popełniła tego błędu wobec syna, który zdradzał talent do śpiewu.

– Kiki poszedł do szkoły chóralnej w 1989 roku. Setka chętnych, a dostało się dwudziestu. Byłam dumna, bo to elita, z jedną klasą w roczniku, niezbyt liczną, bez osiedlowych dzieciaków. Córka była w zwykłej szkole, różnice dostrzegałam nawet w zapachu. U Kikiego czerwone dywany, stare mury, szerokie hole, zewsząd muzyka, w każdej klasie lśniące pianino. To dobrze, myślałam, bo od najmłodszych lat rozwija się zmysł estetyczny.

Kiki:

– Jestem klasycznym maminsynkiem ze zdrowej, wzorowej rodziny, w której nigdy nie było alkoholu, kłótni, kryzysów. Wszystko miałem podane na tacy: obozy językowe, tenis, tyłek wożony do szkoły ciepłym samochodem. Wspólne śniadanka w niedzielę, przy rogaliku, ciepłym mleku, rozmowach o życiu. Mama była aktywna, opiekuńcza, wchodziła do autokaru, gdy wyjeżdżaliśmy z chórem na tournée, by sprawdzić, czy będę miał dobre miejsce, bo jestem drobny, delikatny.

Matka:

– Nie miałam wielkich aspiracji, myślałam, że pozna nuty, muzykę. Córka wolała taekwondo. To z synem wiązałam nadzieje artystyczne, mieliśmy porozumienie dusz, może dlatego bardziej go rozpieszczałam. Chór był ciągle w rozjazdach, w Wigilię przyjeżdżali na gotowe, do nakrytego stołu. Kiki był śliczny. Jedna z matek mówiła, że to „pers wśród dachowców”. Czasami oglądam stare zdjęcia, na których ma długie blond włoski, jest malutki, drobniutki. Przed koncertem stawiałam go na sedesiku, podkręcałam lokóweczką włoski do środka. Aniołek. Wokół widziałam zazdrość. Pamiętam mamę takiego Szymona, która też zapuszczała synowi włosy, wysyłała go do Wojtka Kroloppa na prywatne lekcje, by również, jak mój syn, został solistą. Każda matka chodziła na koncerty, by wpatrywać się w swoje dziecko, a ja byłam dumna, bo śpiewał Mozarta, nie zaglądając w nuty. Unosiłam się z tej dumy pod sklepienie kościołów, w których śpiewali, na anielskich skrzydłach. Jeszcze ten kostiumik chóralny: ciemny surducik, biały żabocik, miodowe pluderki za kolana, buciki. Te buźki, głosiki anielskie, takie czyściutkie. Mój aniołek.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] Bambrzy – osadnicy z okolic niemieckiego Bambergu, którzy w latach 1719–1753 zostali sprowadzeni przez władze Poznania, aby zasiedlić opuszczone wsie (wyjaśnienia słów z gwary poznańskiej podano za Słownikiem gwary miejskiej Poznania, http://www.poznan.pl/mim/slownik).

[2] Pener – obelżywie o mężczyźnie z marginesu.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Poznań Fak maj lajf Plaża za szafą Białystok. Biała siła, czarna pamięć Maestro Lepperiada 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI