Zielony byfyj

Zielony byfyj

Autorzy: Sabina Waszut

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

cena od: 16.74 zł

Zielony byfyj, kuchenny kredens Zosi Zaleskiej, stoi teraz w nowym mieszkaniu rodziny. Wiatr przegnał już wspomnienia o zimnej izbie w ponurej suterynie. Nastają nowe czasy, gdzie łazienki i chleb na stole pozwalają uwierzyć, że można żyć normalnie. Naznaczeni cierpieniem i wojną ludzie pragną wreszcie doświadczyć szczęścia. Dla jednych oznacza ono wychowywanie dzieci, dla innych, budowę nowego, doskonałego systemu, w którym zabraknie miejsca na indywidualizmy.

            Tymczasem czas i historia zataczają koło, aby ponownie spleść losy rodziny Trauterów i Zaleskich. Nikt już nie cierpi głodu, ale strach o życie nadal towarzyszy Zosi i Władkowi. Kto z rodziny wytrzyma, kto uzna, że życie jest gdzie indziej? Zalescy są sobie bliscy jak nigdy przedtem, rodzina wspiera się, aby przetrwać kolejny trudny okres, który wielu Polakom wciąż przypomina mroczne czasu okupacji.

            A jednak życie toczy się dalej, przychodzą na świat kolejne pokolenia, które chcą żyć i cieszyć się wolnością. Wnuczka Zofii, Oliwia, podejmuje walkę o zachowanie jedynej pamiątki po pradziadkach. Stare domy i kuźnia odradzają się wraz z pewnością, że nie ma na świecie takiej siły, która mogłaby odebrać ludziom nadzieję i wiarę w lepszą przyszłość.

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja: Adrianna Michalewska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Daria Armańska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Cookie Studio/Shutterstock

© by Sabina Waszut

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0820-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Spis treści

Oliwia – Czerwiec 2006

Zosia – Wrzesień 1952

Oliwia – Czerwiec 2006

Zosia – Grudzień 1952

Oliwia – Lipiec 2006

Zosia – Marzec 1953

Oliwia – Lipiec 2006

Zosia – Październik 1955

Oliwia – Lipiec 2006

Zosia – Grudzień 1955

Oliwia – Sierpień 2006

Zosia – Marzec 1956

Oliwia – Sierpień 2006

Zosia – Lipiec 1956

Oliwia – Wrzesień 2006

Zosia – Grudzień 1958

Oliwia – Wrzesień 2006

Zosia – Maj 1959

Oliwia – Wrzesień 2006

Zosia – Wrzesień 1959

Oliwia – Październik 2006

Zosia – Sierpień 1961

Oliwia – Grudzień 2006

Zosia – Lipiec 1964

Oliwia – Grudzień 2006

Zosia – Styczeń 1966

Oliwia – Styczeń 2007

Zosia – Czerwiec 1967

Oliwia – Luty 2007

Zosia – Marzec 1968

Oliwia – Marzec 2007

Zosia – Kwiecień 1972

Oliwia – Kwiecień 2007

Epilog – Kwiecień 2010

Drogi Czytelniku

Oliwia

Czerwiec 2006

Klucz zgrzyta w zamku. Zapadki się unoszą. Setny, tysięczny raz. Dbano o ten zamek, oliwiono, doglądano. Wiem, że się nie zatnie, że pozwoli mi wejść.

Nie wiem tylko, czy tego chcę.

Przyglądam się drzwiom. Farba łuszczy się tuż przy framudze, pod brązową jest biała, pod nią czerwona. Kolorowe plamy.

Dziadek wstawił te drzwi, gdy wrócił z wojny. Poprzednie rozwalili Mongołowie w styczniu 1945 roku. Tak wchodzili tu wyzwalać. Potem przez wiele lat otwierali i zamykali te drzwi inni ludzie. Obcy. Wchodzili i wychodzili. Odnajdywali za nimi bezpieczeństwo domu.

Znów dotykam klamki. Chłodny metal mógłby opowiedzieć wiele historii. Jedna z nich właśnie się zakończyła. Popycham drzwi, choć boję się pustki za nimi.

Piotruś nie wie, że tu dziś przyszłam. Byłby na mnie zły. Martwi się i nie mam mu tego za złe. Musi zrozumieć, że nie mogłam inaczej.

Może powinnam zabrać tu mamę, może we dwie byłoby nam raźniej? Może. Nie mam jednak odwagi pokazać jej mojego smutku, sama ma go teraz aż nadto. Swój przeżyję bez świadków. Tutaj, w mieszkaniu babci Zosi.

Drewniana podłoga skrzypi. Próbuję stąpać jak najostrożniej. Nie chcę zakłócać spokoju, choć przecież nikt tu już nie odpoczywa, nikt nie śpi na wersalce ustawionej pod ścianą.

Uchylam okno. Czerwiec jest upalny. Zerkam na plac pomiędzy domami, wydaje się wyjątkowo spokojny. Dochodzi południe, dzieci są jeszcze w szkole. Pewnie walczą o oceny na świadectwie. Dorośli siedzą w pracy. A starzy, tych przecież mieszka tu teraz najwięcej, pochowani przed słońcem w swoich izbach, odpoczywają, gotują, rozmawiają. Żyją.

Zagryzam wargi. Ociężale siadam na krześle odsuniętym od stołu. Zasłaniam dłońmi twarz. Próbuję się uspokoić, wiem, że silne emocje są w moim stanie niewskazane.

Nie można powiedzieć, że się tego nie spodziewaliśmy, że to, co się stało tydzień temu, było dla nas szokiem.

Babcia Zosia chorowała od kilku miesięcy. Choć właściwie nie było to żadne konkretne schorzenie. Po prostu tuż po swoich osiemdziesiątych czwartych urodzinach zaczęła słabnąć. Coraz rzadziej wychodziła z mieszkania, z coraz większym wysiłkiem pokonywała schody. Upuszczała szklanki z herbatą. Nie potrafiła przygotować dla siebie najprostszego posiłku. Była wściekła na to niedołęstwo. Nie przywykła do bycia obsługiwaną.

Oczywiście mama zabrała ją do lekarza, ale przepisał jedynie leki na wzmocnienie i pożegnał słowami, że wiek ma swoje prawa i nic nie uchroni nas przed starością.

A potem, pierwszej czerwcowej niedzieli, babcia Zosia ucięła sobie drzemkę zaraz po obiedzie i już się z niej nie obudziła.

To jest dobra śmierć, mówił ksiądz. Przynajmniej sobie jeszcze porządnie podjadła, pocieszali nas sąsiedzi.

Pewnie mieli rację, pewnie rację ma też wuj Antoni, najmłodszy brat babci, który przyjechał na pogrzeb z Niemiec. Na stypie cały czas mi tłumaczył, że babcia zmarła, aby ten mały ktoś, kto rośnie we mnie już od sześciu miesięcy, mógł szczęśliwie przyjść na świat. Mówił, że taka jest kolej rzeczy, starzy ustępują miejsca młodszym, odchodzą, aby nowe życie mogło się rozpocząć. I choć tak trudno to sobie wytłumaczyć, choć to zupełnie nieracjonalne, uwierzyłam mu, mimo że bardzo chciałam, aby moja babcia zobaczyła jeszcze prawnuka, aby się siebie doczekali.

Stypa nie była smutna, tak to bywa, gdy na starego człowieka spływa dobra śmierć. Była natomiast pełna wspomnień i opowieści. Ciocia Helenka i wuj Antoni, dwoje z czworga rodzeństwa, przypominali sobie dzieciństwo, młodość, a potem wojnę i to, co przyszło po niej. Kalka minionego czasu łagodzi nawet najtrudniejsze chwile. Nadaje im miękkości, łagodności. Wiele było podczas tych wspomnień anegdot, wiele uśmiechów i tylko odrobina łez ocieranych w haftowane chusteczki, jakich używają już tylko starzy ludzie.

Przypominano sobie historię rodzinnego domu, który babcia zdołała odzyskać dopiero kilka lat temu i w którym spędziła ostatnie chwile swojego życia.

– I co teraz będziecie chcieli zrobić? – zapytała ciocia Helenka. Jej otoczona zakonnym welonem twarz była zatroskana.

Mama wzruszyła ramionami. Ponieważ rodzeństwo babci już dawno zrzekło się praw do dziedziczenia, teraz to ona i wujek Zbyszek byli głównymi spadkobiercami, ale wujek mieszka w Chicago i domy niewiele go interesują. Nie ma do nich sentymentu.

– Może sprzedamy, nie stać nas na remont, który jest konieczny. To wszystko zaczyna się walić. Nie chcieliśmy tego robić ze względu ma mamę, ale teraz…

Ciocia westchnęła, mama również. To była trudna decyzja. Ten dom, a raczej dwa domy i plac pomiędzy nimi były dla rodziny Trauterów całym życiem. Najpierw przekleństwem, a potem wszystkim, co mieli. Odebrane przemocą, okazały się raną, która nie goiła się przez wiele lat.

Domy stały się własnością rodziny Trauterów w okolicznościach, o których babcia Zosia nawet po latach opowiadała niechętnie. Pradziadek, dobry, ale naiwny człowiek, uległ namowom oszusta i pożyczył wszystkie oszczędności życia mężczyźnie, którego nie znał, a który podczas każdej wizyty bił pokłony i robił znak krzyża tak często, że nawet kilkuletniej wówczas Zosi wydało się to podejrzane. Jej ojcu niestety nie.

Rodzina pieniędzy nigdy nie odzyskała i, aby ocalić cokolwiek, w zamian za marzenia przyjęła domy, które już wówczas były sypiącymi się ruderami. Pradziadek swoimi rękami i rękami swoich małych dzieci naprawiał, zalepiał, remontował, aby dało się żyć. A potem, potem w tych domach się zakochał. I chyba nie tylko on.

Rozglądam się po izbie. Dziś jestem tu pierwszy raz od stypy, na stole stoją jeszcze filiżanki z niedopitą kawą i talerz z okruchami ciast. Gdy goście wyszli, ani ja, ani mama nie miałyśmy siły zostać choć chwilę dłużej, aby posprzątać.

Mimo że babcia mieszkała tu zaledwie kilka lat, znam doskonale każdy kąt, zawartość każdej szuflady. Wszyscy odradzali babci przeprowadzkę, przecież mieszkanie, w którym spędziła razem z dziadkiem kilkadziesiąt lat, było wygodniejsze, przestronniejsze. To tam wychowywała się moja mama i wujek, to tam babcia i dziadek w końcu zaznali odrobiny spokoju. Mieszkanko, w którym teraz siedzę, to tylko jedna duża izba i mikroskopijna łazienka, niedawno dopiero dobudowana. Wciśnięto ją w kąt, oddzielając jedynie cienkimi ścianami z karton-gipsu i zamykając najtańszymi drzwiami. Wcześniej biegało się do ubikacji na plac.

Ciocia Agnes często opowiadała mi, że babcia zobaczyła dziadka po raz pierwszy, gdy ten późnym wieczorem pędził w jednym laciu przez plac za potrzebą. Wersja babci była nieco inna. I jakimś cudem właśnie to maleństwo, część zaniedbanego domu, okazała się bliższa sercu babci. Może dlatego, że właśnie tutaj przeżyli z dziadkiem Władkiem pierwsze wspólne dni jako mąż i żona. Tutaj się żegnali i odnaleźli po wojnie. I w końcu stąd zostali wyrzuceni – za to, że rodzina babki pochodziła z Niemiec, dziadek walczył w zbyt wielu armiach, a na jego żołnierskich czapkach były różne orły.

Babcia nie posłuchała ani córki, ani syna, ani zięcia. Przeprowadziła się. O dziwo, rodzina szybko przywykła do nowego miejsca zamieszkania seniorki. Wszyscy je polubiliśmy. Tutaj, nierozdzieleni pokojami, bez możliwości ukrycia się, rozmawialiśmy najczęściej. Tak się złożyło, że również właśnie tutaj razem z Piotrkiem powiedzieliśmy babci i moim rodzicom o planowanym ślubie i tutaj położyliśmy na stole pierwsze zdjęcie USG naszego dziecka. Babcia nie mogła się nadziwić. Przyglądała się widocznej na zdjęciu fasolce, gładziła wydruk palcem, uśmiechała się. Myślę, że przypominała sobie wszystkie swoje ciąże, które nie zawsze kończyły się szczęśliwym rozwiązaniem.

Mimo że okna izby wychodzą na podwórko, słońce rozświetla wnętrze. Wędruje złotymi smugami po deskach podłogi, tworzy mieniące się tęczą plamy na szybkach starego byfyju.

Byfyj, babciny kuchenny kredens, jest zielony. Nietypowy, bo śląski byfyj, tak jak i inne kuchenne meble, powinien być biały. Ma to podkreślić czystość gospodyni.

Znam tę opowieść. Słuchałam jej wiele razy.

Kredens w zielonym kolorze był marzeniem babci. Dziadek pomalował go w dniu narodzin mojej mamy. Śmierdziało farbą, gdy rodziła.

To były dla nich straszne czasy. Wyrzuceni z mieszkania, zajmowali zrujnowaną suterynę w najnędzniejszej dzielnicy. Zielony kredens dodawał im nadziei. Potem powędrował z nimi do nowego mieszkania. Kilka lat temu mebel wrócił z babcią tutaj. Na stare śmieci. Co z nim teraz będzie? Co się stanie ze wszystkimi stojącymi tu sprzętami. Zostały same, osierocone, bezpańskie.

Wstaję z krzesła i podchodzę bliżej, za szybkami kredensu stoją filiżanki, które dziadkowie otrzymali w prezencie ślubnym. Niewiele ich już zostało. Potłukły się podczas licznych przeprowadzek, wyszczerbiły, dekorując wigilijne i urodzinowe stoły. Wyblakły na nich różyczki i listki. W witrynkach stoją również kieliszki i szklanki w plecionych koszyczkach. Teraz nikt już takich nie używa.

Wiem też, co znajdę w szufladach. Sztućce i kuchenne ściereczki. Tłuczek do mięsa, wałek do ciasta. W bocznych po lewej stronie – talerze i garnki. W tych po prawej – przybornik na igły i nici, puszkę po kawie pełną guzików. Na najniższej półce duże pudło ze zdjęciami. I mniejsze, ze wspomnieniami.

Klękam i wyciągam kartony. Czuję, jak ze wzruszenia drży mi broda, gdy ściągam wieko większego. Pełno w nim fotografii. Kolorowych i czarno-białych. Starych o ząbkowanych brzegach i tych całkiem nowych, zrobionych na błyszczącym papierze. Sięgam po jedno ze zdjęć.

Wokół starszej kobiety o przyjaznym uśmiechu stoi kilkanaścioro dzieci. Każde z nich trzyma w rękach tytę, tradycyjny rożek ze słodkościami. To zdjęcie z uroczystości rozpoczęcia szkoły. Dzieci to pierwszoklasiści. Twarz jednej z dziewczynek otoczona jest kółeczkiem, zrobionym czerwonym mazakiem. Wiem, kto to, znam te rysy, podobne widzę w lustrze każdego dnia.

Zosia

Wrzesień 1952

– Cicho, obudzisz ją – szepczę, gdy Władek, wchodząc do sypialni, potyka się o próg i z całym impetem uderza łokciem o szafę. Na szczęście w porę odzyskuje równowagę i nie upuszcza tego, co niesie w rękach. Oboje zastygamy bez ruchu. Nasłuchujemy. Dobrze, że Małgosia, zmęczona emocjami ostatnich dni, śpi jak kamień.

– Gdzie położyć? – pyta mnie mąż.

– Może na fotelu. – Zastanawiam się. – Zobaczy zaraz, jak wstanie.

Władek podchodzi do nakrytego kraciastą narzutką fotela, jednego z nielicznych mebli, które przywędrowały tu z nami z poprzedniego mieszkania, i kładzie na nim tytę. Dopiero teraz widzę, jaka jest ogromna. Góra wystaje sporo ponad oparcie fotela. Sreberko, którym jest oklejona, błyszczy w świetle ulicznej lampy zaglądającej nam do okna każdej nocy.

– Piękna – mówię.

Nie walczę z łamiącym się głosem, nie tłumię wzruszenia. Wiem, że Władek czuje teraz to samo. Ani ja, ani on, ani nikt z naszego rodzeństwa nie ma tak pięknych wspomnień z pierwszego dnia szkoły, jakie będzie miała Gosia.

Cicho zamykam drzwi sypialni. Wąskim korytarzem, po którego obu stronach stoją jeszcze niewypakowane pudła, idziemy do kuchni. Nie jest duża, ale zmieściło się w niej wszystko, co potrzeba, a przede wszystkim stanął zielony byfyj. To drugi mebel przywieziony tu z suteryny. Spędziliśmy w niej ostatnie siedem lat. Tam, w jednej izbie, do której prawie nigdy nie wpadało słońce, bez żadnych wygód, z grzybem wylewającym się na ściany, nasza córeczka spędziła swoje pierwsze lata. Kazali nam się tam przenieść w czterdziestym szóstym, a i tak okazano nam tym wielką łaskę, równie dobrze mogliśmy zostać wywiezieni albo osadzeni w obozie. W ten sposób traktowano rodziny takie jak nasza. Nie wiem, kto bardziej zawinił: ja, że byłam Niemką z drugą folkslistą, czy Władek, bo był mężem Niemki, a do Polski z wojny wrócił z armią Andersa. Jedynie z łaski pozwolono nam przeżyć. Mieliśmy być za to wdzięczni.

Siadam za stołem, Władek ze szklanką kompotu opiera się o piec.

– On będzie miał lepiej – mówi i patrzy na mój brzuch.

Mimo ogromnego strachu i ciągłego powrotu wspomnień o chłopcu, który urodził się martwy, bo zgnietli go we mnie w kolejce po mięso wołowe na rosół, znów jestem w ciąży. To dopiero szósty miesiąc, wszystko może się przydarzyć, ale staram się myśleć, że w końcu odpokutowaliśmy, że wraz z nowym mieszkaniem wchodzimy w nowe lepsze życie. Dwa pokoje, kuchnia i łazienka z bieżącą wodą. Dla nas to pałac.

– Będzie się Gosi podobało. – Próbuję myśleć o jutrzejszym dniu, nie chcę, aby Władek znów zobaczył lęk w moich oczach. Nie powinno go tam być. Wiem. On tak bardzo się stara, abyśmy w końcu byli naprawdę szczęśliwi. Tylko czy mogą istnieć całe dni, tygodnie, lata bez zmartwień, bez lęku? Nie wiem. Nie mam w tym doświadczenia. Wciąż się boję, że za chwilę wydarzy się coś, co zetrze nam z twarzy jeszcze niepewne uśmiechy.

To nieprawda, że jestem wieczną pesymistką, że życie widzę w ciemnych kolorach, ja po prostu zawsze, gdy dzieje się coś wspaniałego, czekam, aż los ustawi odważnik na drugiej szali wagi.

– Szkoda, że nie mogę z wami jutro pójść. Kierownik nawet nie chciał słyszeć o wolnym dniu. Stwierdził, że Gosia beze mnie poradzi sobie równie dobrze, a trochę bombonów[1] z tyty też na pewno mi zostawi.

Śmiejemy się.

– Tego jest tyle, że na pół roku wystarczy. Agnes musiała całą wypłatę wydać na paczkę, no i jest jeszcze to, co ty wczoraj jej kupiłeś. Oboje ją rozpieszczacie. Gosia tej tyty nie uniesie.

– Uniesie, uniesie. Słodycze niesie się lekko. Może będzie ktoś z gazety na rozpoczęciu, to chociaż na zdjęciach ją zobaczę.

– A ma być ktoś od was?

Wiem, że drukarze nie bratają się zbytnio z pismakami, bo oni zawsze nosy trzymają wysoko, ale akurat Władek potrafi się dogadać ze wszystkimi, mało kto ma taki dar przekonywania do siebie ludzi, więc może coś wie.

Wzrusza ramionami.

– To przecież jedna ze szkół, która pozbywa się religii – mówi przez zaciśnięte zęby. – Może ją odwiedzą, aby wychwalić w gazecie. Że też to akurat musi być nasz rejon. – Cmoka niezadowolony.

– To dobra szkoła – przypominam, choć Władek wie o tym doskonale. Wie też, że przy kościele już przygotowują salki, gdzie popołudniami będą nauczać dzieci ze szkół, z których ten przedmiot usunięto. Mimo to boli go ta sytuacja i denerwuje go, jak dalece państwo zmienia naszą kulturę i wieloletnią tradycję. Mnie to wydaje się po prostu dziwne. Przecież wiadomo, że ludzie najbardziej buntują się przeciw tym, którzy coś odbierają, którzy próbują zmieniać niezmienialne. Partia narobi sobie tylko nowych wrogów.

Oczywiście nigdy nie ośmieliłabym się powiedzieć tego, co myślę, głośno. Władek mówi. Zbyt często. Gdy spotykamy się z Anią i Paulkiem, naszymi przyjaciółmi z dawnych czasów, zacięte dyskusje trwają do bladego rana. To niebezpieczne, szczególnie teraz, gdy Gosia idzie do szkoły. Przecież dziecko słyszy i rozumie więcej, niż się wydaje.

Myśl o córce przypomina mi, że mam jeszcze coś do zrobienia. Wstaję i sięgam po koc przewieszony przez jedno z krzeseł.

– Muszę wybiglować[2] Małgosi sukienkę na jutro – mówię, patrząc na Władka. Ma zacięty wyraz twarzy, wiem, że znów myśli o sprawach zakazanych.

Rozkładam koc na stole, nakrywam czystym prześcieradłem i włączam żelazko. Jest prawie nowe, dostałam je ostatnio od Władka na urodziny. Choć nie lubię zmian i tej wkraczającej wszędzie nowoczesności, muszę przyznać, że pewne rzeczy bardzo ułatwiają codzienne czynności. Jeszcze niedawno używałam starego żelazka na duszę, które dostałam w posagu. Było ciężkie i nieporęczne. Prasowanie zajmowało całe wieki.

Nowe nagrzewa się szybko. Gładko sunie po króciutkiej granatowej sukience z białym marynarskim kołnierzykiem. Jest śliczna. Szyłam ją jeszcze na starym mieszkaniu. Tu, mimo tylu pokoi, na razie nie umiem się zorganizować i znaleźć miejsca na rozłożenie maszyny i wykrojów. Wszystko jest nowe. Piękne, ale jeszcze obce.

– Za czym tęsknisz? – pyta Władek, stając za moimi plecami.

Z przygryzienia wargi, przeczesania włosów, gestu, ruchu, spojrzenia… Po trzynastu latach małżeństwa z drobiazgów potrafimy wyczytać to, o czym drugie z nas zaledwie pomyślało.

Pytanie Władka, choć wydaje się dziwne, wcale takim nie jest. Tęskni się do rzeczy, które się oswoiło. A oswoić można wszystko, nawet piwnicę śmierdzącą kocimi odchodami.

Odstawiam żelazko na nóżkę. Zastanawiam się przez chwilę.

– Tęsknię za Anią, za zbiegającym po schodach Ignasiem, za ławeczką przed domem, na której łapałyśmy słońce. Za naszymi ciągłymi rozmowami.

– Przecież będziecie się spotykały.

– Wiem, ale to już nie to samo.

Władek odwraca mnie do siebie.

– To minie, Zosiu. A do lepszego zawsze łatwiej się przyzwyczaić. Pamiętasz nasze pierwsze dni tam, w tamtym mieszkaniu?

Wolałabym nie pamiętać, choć przecież właśnie wtedy, kilka dni po naszej przeprowadzce, poznałam Annę i odkryłam, że jestem w ciąży. Dobro i zło zawsze idą obok siebie. Jakby trzymały się za ręce.

Wzdycham, wdychając równocześnie zapach niewyschniętej jeszcze dobrze farby. Spieszono się, aby oddać domy na czas.

Przytulam się do ramienia męża. Czasem aż nie mogę uwierzyć, ile już przeżyliśmy. Ile mamy za sobą.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Bombony – cukierki.

[2] Biglować – prasować.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zielony byfyj Bar na starym osiedlu W obcym domu Rozdroża 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy