HEX

HEX

Autorzy: Thomas Olde-Heuvelt

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 438

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.08 zł

Błyskotliwy horror, stanowiący połączenie klimatu niesamowitości z okultystyczną tajemnicą z przeszłości

Ktokolwiek się tutaj urodzi, musi już tu pozostać do śmierci. Ktokolwiek się tu przeprowadzi, nigdy już tego miejsca nie opuści. Witamy w Black Spring, malowniczym miasteczku w dolinie rzeki Hudson, prześladowanym przez wiedźmę z Black Rock, kobietę, która żyła w siedemnastym wieku i której usta oraz oczy są zaszyte. Milcząca, krąży po ulicach miasta i kiedy chce, wchodzi do domów, które sama sobie wybiera. Nocami bez końca wystaje przy dziecięcych łóżkach. Wszyscy wiedzą, że jeśli kiedykolwiek otworzy oczy, konsekwencje mogą być straszliwe…

Dorośli obywatele Black Spring dobrowolnie nałożyli na siebie kwarantannę, używają najnowocześniejszych technik, żeby nie dopuścić do ujawnienia klątwy, ciążącej nad miastem. Ale sfrustrowani taką sytuacją nastoletni chłopcy postanawiają złamać rygorystyczne zasady życia w Black Spring i sprzeciwić się bezustannej udręce. Jednak ich sprzeciw wkrótce pogrąży miasto w spirali średniowiecznych praktyk z zamierzchłej przeszłości…

 „To jest totalnie, błyskotliwie oryginalna książka”.

Stephen King

HEX przyprawia o gęsią skórkę, wciąga od pierwszych stron i jest niezwykle  oryginalny. To jeden z najlepszych horrorów 2016 roku”.

George R.R. Martin

HEX jest reminiscencją najlepszych powieści Stephena Kinga; nie potrafię sformułować większej pochwały. To książka mrożąca krew w żyłach, poruszająca i… głęboka”.

John Connolly

„Jedna z najoryginalniejszych, najinteligentniejszych i najbardziej przerażających powieści, które zostaną opublikowane w XXI wieku!”

„New York Journal of Books”

HEX wynosi gatunek literacki, jakim jest horror, na nowy poziom.”.

Sarah Lotz 

Thomas Olde Heuvelt

HEX

Tytuł oryginału

HEX

ISBN

Copyright © 2016 Thomas Olde Heuvelt, by arrangement with The Cooke Agency International, BookLab Ltd (Sp. z o.o.) and Uitgeverij Luitingh-Sijthoff, Amsterdam, The Netherlands. Originally published in Dutch bu Uitgeverij Luitingh-Sijthoff, Amsterdam, the Netherlands, and translated into English by Nancy Forest-Flier.

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Projekt graficzny okładki

Anna Damasiewicz

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Część 1

Część 2

Epilog

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Jacques’a Posta — mojego literackiego szamana

Część 1

Codzienne dziwactwa

1

Steve Grant obszedł parking za Market & Deli w samą porę, żeby zobaczyć, jak Katherine van Wyler znika pomiędzy kołami starej holenderskiej kataryny. Przez chwilę był przekonany, że padł ofiarą złudzenia optycznego, ponieważ zamiast upaść na ulicę, ciało kobiety jakby stopiło się w jedną całość z drewnianymi ozdobami, anielskimi skrzydłami i chromowanymi piszczałkami urządzenia. To Marty Keller cofnął katarynę, złapawszy ją za uchwyt, po czym, postępując według instrukcji Lucy Everett, zatrzymał mechanizm. Chociaż nie było słychać huku uderzenia, nigdzie też nie było widać śladów krwi, ludzie i tak zaczęli się zbiegać ze wszystkich stron, jak to ludzie z małego miasta, zawsze chętni obejrzeć następstwa nieszczęśliwego wypadku. Nikt jednak nie porzucił torby z zakupami, żeby pomóc kobiecie… ponieważ mieszkańcy Black Spring przede wszystkim hołdowali zasadzie, że nie należy zanadto mieszać się w żadne sprawy Katherine.

— Nie zbliżać się! — krzyknął Marty, ostrzegawczo wyciągając rękę w kierunku małej dziewczynki podchodzącej niepewnym krokiem, którą w to miejsce przyciągnął bynajmniej nie dziwaczny wypadek, ale wspaniałość kolosalnej maszyny.

Steve nagle zdał sobie sprawę, że to, co przed chwilą widział, w rzeczywistości wcale nie było wypadkiem. W cieniu pomiędzy kołami kataryny zobaczył bowiem dwie brudne stopy, pewnie stojące na trotuarze, i ubrudzony błotem rąbek spódnicy Katherine. Uśmiechnął się pobłażliwie sam do siebie: oczywiście, przywidzenie, iluzja. Dwie sekundy później na parkingu znowu zabrzmiały dźwięki Marsza Radetzkiego.

Zwolnił kroku, zmęczony, lecz zadowolony z siebie, gdyż prawie kończył już dzisiaj długą trasę biegową: ponad dwadzieścia kilometrów wzdłuż granicy Parku Stanowego Bear Mountain do Fort Montgomery, a następnie w prawo wzdłuż rzeki Hudson do Akademii Wojskowej w West Point — którą ludzie z okolicznych miejscowości zwali po prostu Pointem — skąd wreszcie mógł zawrócić do domu. Z powrotem do lasu i przez wzgórza. Bieganie sprawiało, że dobrze się czuł, i to nie tylko dlatego, że było idealnym sposobem na pozbycie się z ciała napięcia, które nagromadziło się w nim w ciągu dnia, gdy prowadził lekcje w New York Med w Valhalli. W doskonały nastrój wprawiał go rozkoszny jesienny wiaterek wiejący poza miasteczkiem, tłoczący mu smakowite powietrze do płuc i unoszący zapach jego potu w kierunku zachodnim. Oczywiście trochę zbyt intensywnie sobie to wmawiał. Z powietrzem w Black Spring też było wszystko w porządku, przynajmniej żadne analizy nie wskazywały, że może być inaczej.

Muzyka skłoniła kucharza z Ruby’s Ribs do wyjścia zza grilla. Dołączając do pozostałych obserwatorów, popatrzył podejrzliwie na katarynę. Steve obszedł zgromadzonych ludzi, przecierając czoło przedramieniem. Kiedy dostrzegł, że na pięknie polakierowany bok urządzenia składają się szerokie drzwi wahadłowe, nie potrafił już stłumić uśmiechu. Instrument był w środku zupełnie pusty, od jednej osi po drugą. W ciemnym wnętrzu stała natomiast Katherine, aż w końcu Lucy zatrzasnęła drzwi i całkowicie ukryła ją przed wzrokiem ludzi. Teraz kataryna znowu była kataryną. I co najważniejsze, znowu grała.

— A więc — powiedział cicho sam do siebie, ciężko oddychając i trzymając ręce oparte wysoko na biodrach — Mulder i Scully znowu naciągają ludzi na pieniądze.

Niespodziewanie podszedł do niego Marty i uśmiechnął się.

— Ty to powiedziałeś? Wiesz, ile kosztuje to urządzenie? Tyle, że każdy zarobiony cent ma dla nich znaczenie. — Ruchem głowy wskazał na katarynę. — Mimo że to jest absolutna podróbka. Replika kataryny ze Starego Muzeum Holenderskiego w Peekskill. Ale wygląda całkiem porządnie, co? A jednak to jest przecież zwykła przyczepa.

Steve był pod wrażeniem. Teraz, gdy dokładnie przyjrzał się katarynie, zauważył, że — jakżeby inaczej — z zewnątrz urządzenie ozdobione jest byle jak rozmieszczonymi, ckliwymi figurkami z porcelany i byle gdzie ponaklejanymi wizerunkami koni stojących na tylnych nogach, no i jest też byle jak pomalowane. Piszczałki nie są powleczone prawdziwym chromem, lecz wykonane z polichlorku winylu w kolorze złotym. Nawet Marsz Radetzkiego zabrzmiał kiepsko: sztuczka dla prostych ludzi, zupełnie pozbawiona rozkosznego jęku wentyli albo trzasku perforowanych kart muzycznych, jakiego można by się spodziewać po instrumencie z minionych lat.

Marty odczytał jego myśli i powiedział:

— iPod z wielkim głośnikiem. Jeśli ktoś pomyli listy odtwarzania, zaraz usłyszymy heavy metal.

— Brzmi jak jeden z pomysłów Grima. — Steve się roześmiał.

— Aha.

— Myślałem, że chodziło o to, by odwracać od niej uwagę.

Marty wzruszył ramionami.

— Znasz styl mistrza.

— To jest przeznaczone tylko na publiczne występy — powiedziała Lucy. — Na targowisko albo na jakiś festiwal, pod warunkiem że uczestniczy w nim wielu przyjezdnych.

— Cóż, powodzenia — powiedział Steve z uśmiechem, gotowy do kontynuowania biegu. — Może jednak zbierzecie trochę forsy, jak się postaracie.

Ostatnie półtora kilometra do domu przy Deep Hollow Road przebył swobodnym truchtem. Gdy tylko znalazł się poza zasięgiem muzyki, przestał myśleć o kobiecie, którą dostrzegł w ciemności, kobiecie w brzuchu wielkiej kataryny, chociaż Marsz Radetzkiego wciąż rozbrzmiewał mu w głowie w rytm jego kroków.

* * *

Steve wziął prysznic i zszedł na parter. Zobaczył, że Jocelyn siedzi przy stole jadalnym. Zamknęła laptopa. Z subtelnym uśmiechem na ustach, w którym zakochał się dwadzieścia trzy lata temu i który prawdopodobnie nie opuści jej aż do śmierci, mimo że miała już coraz więcej zmarszczek i worki pod oczami (kieszonki czterdziestki z plusem, jak mawiała), powiedziała:

— No, dosyć już czasu poświęciłam moim chłopakom. Teraz kolej na mojego męża.

Steve uśmiechnął się.

— Kto to jest, przypomnij mi. Rafael?

— Tak. I Roger. Za to zerwałam z Novakiem. — Jocelyn wstała i objęła go w pasie. — Jak minął dzień?

— Jestem wykończony. Pięć godzin zegarowych wykładów i tylko dwudziestominutowa przerwa. Albo poproszę Ulmanna, żeby zmienił mi plan, albo podłączę się do jakiejś baterii.

— Biedaczysko. — Jocelyn pocałowała Steve’a w usta, a on przycisnął ją mocno do siebie. — Hej, muszę cię ostrzec, że ktoś nas podgląda, panie rozochocony.

Steve cofnął się i zmarszczył czoło.

— Babcia — powiedziała Jocelyn.

— Babcia?

Przylgnąwszy znów do męża, Jocelyn ruchem głowy wskazała za swoje ramię. Steve popatrzył w tym kierunku, ku drzwiom do salonu. Rzeczywiście, w kącie pomiędzy kanapą a kominkiem, tuż przy wieży stereo — Jocelyn nazywała tę wieżę swoim limbo, ponieważ właściwie nie miała pojęcia, po co ją kupiła — stała nieruchomo drobna, zasuszona kobieta, chuda jak tyczka. Sprawiała wrażenie, jakby zupełnie nie należała do tego pięknego popołudnia, oświet­lonego złotym blaskiem słońca. Jej postać była ciemna, brudna, jakby należała już do nocy, która dopiero miała nadejść. Jocelyn okryła głowę staruszki starą ścierką do naczyń, nie można więc było dostrzec jej twarzy.

— Babcia — powiedział Steve w zamyśleniu.

Ale po chwili zaczął się śmiać. Nie potrafił się powstrzymać: ze ścierką na głowie stara kobieta wyglądała dziwacznie i śmiesznie.

Jocelyn zaczerwieniła się.

— Wiesz, że przechodzą mnie ciarki, kiedy ona tak dziwnie na nas patrzy. Oczywiście jest ślepa, ale czasami mam wrażenie, że to bez znaczenia.

— Od jak dawna tam stoi? Pytam, ponieważ zupełnie niedawno widziałem ją w mieście.

— Od niecałych dwudziestu minut. Zjawiła się krótko przed tobą.

— I bądź tu mądry. Widziałem ją na parkingu przy Market & Deli. Prawie włożyli jej na głowę jedną z tych nowych zabawek, pieprzoną katarynę. Ale muzyka chyba jej się nie spodobała.

Jocelyn uśmiechnęła się i wydęła usta.

— Cóż, mam nadzieję, że lubi Johnny’ego Casha, ponieważ akurat jego płyta była w odtwarzaczu, a wyciąganie ręki ponad nią, żeby włączyć ten sprzęt, to już i tak jest dla mnie zbyt wiele, dzięki.

— Jesteś dzielna, madame. — Steve wsunął palce we włosy żony, przeciągnął nimi aż do jej szyi i znów ją pocałował.

Otworzyły się drzwi z siatką przeciwko owadom i do jadalni wszedł Tyler. Miał ze sobą dużą plastikową torbę, którą wyraźnie było czuć chińskim jedzeniem na wynos.

— Hej, nie chcę widzieć żadnego migdalenia, dobrze? — odezwał się. — Do piętnastego marca jestem jeszcze niepełnoletni i do tego czasu moja wrażliwa dusza nie zniesie widoku podobnych wybryków. Tym bardziej w mojej własnej rodzinie.

Steve puścił oko do Jocelyn, która zapytała Tylera:

— Czy to dotyczy także ciebie i Laurie?

— Wolno mi przecież eksperymentować — odparł Tyler. Położył torbę na stole i ściągnął kurtkę. — Eksperymenty są dozwolone niezależnie od wieku. Tak mówi Wikipedia.

— A mówi, jak my powinniśmy się zachowywać, w naszym wieku?

— Pracować… gotować… podnosić moje kieszonkowe.

Jocelyn szeroko otworzyła oczy i wybuchnęła śmiechem. Za plecami Tylera pokazał się Fletcher, który również pchnął drzwi z siatką i z wysoko podniesionymi uszami zaczął krążyć wokół stołu.

— Och, Chryste, Tyler, złap go — powiedział Steve, gdy tylko usłyszał warkot dobiegający z psiego gardła.

Było już jednak za późno.

Owczarek border collie dostrzegł kobietę stojącą przed odtwarzaczem. Jego warkot przerodził się w ogłuszające szczekanie, które po chwili przeszło w tak wysoki skowyt, że wszyscy troje omal nie wyskoczyli ze skóry. Pies ruszył do salonu, ale poślizgnął się na kafelkach i Tyler zdołał złapać go za obrożę. Skowycząc i poszczekując, wymachując w powietrzu przednimi łapami, Fletcher utknął na progu.

— Fletcher, siad! — krzyknął Tyler, szarpiąc gwałtownie za obrożę.

Pies przestał szczekać. Ale nerwowo machając ogonem, wciąż warczał groźnie, spoglądając na nieruchomą kobietę przy odtwarzaczu, której nie drgnął nawet mięsień.

— Jezu, nie mogliście mi powiedzieć, że ona tutaj jest? — zapytał Tyler.

— Przepraszam — odparł Steve. Przyczepił smycz do obroży i przejął kontrolę nad psem. — Nie wiedzieliśmy, że Fletcher tutaj wbiegnie.

Tyler zrobił krzywą minę.

— Ta szmata doskonale do niej pasuje.

Przerzucił kurtkę przez oparcie krzesła i nic więcej nie mówiąc, pobiegł na górę. Na pewno nie po to, żeby odrabiać lekcje, przyjął Steve, ponieważ jeśli w grę wchodziło odrabianie lekcji, Tyler nigdy się nie spieszył. Spieszył się tylko wtedy, gdy zbliżała się godzina randki z dziewczyną, z którą się umawiał (zadziorną małą ślicznotką z Newburgha, która jednak nie mogła go odwiedzać zbyt często ze względu na Dekret o stanie wyjątkowym), albo gdy zamierzał kręcić wideobloga na YouTubie; prawdopodobnie pracował już nad nim, kiedy Jocelyn wysłała go do Emperor’s Choice po jedzenie na wynos. W środy robiła sobie wolne i lubiła zamówić w mieście coś prostego, zawsze coś innego, chociaż i tak wszystkie dania chińskiej kuchni smakowały identycznie.

Steve wyprowadził warczącego Fletchera do ogrodu i zamknął go w kojcu. Pies natychmiast zaczął się rzucać na druciany płot i biegać wzdłuż niego bez wytchnienia.

— Daj sobie spokój! — wrzasnął na owczarka znacznie ostrzej, niż wymagała tego sytuacja.

Pies był jednak cały w nerwach i nie należało się spodziewać, że ucichnie w ciągu najbliższych trzydziestu minut. Już od dłuższego czasu Babcia regularnie odwiedzała ich w domu, jednak niezależnie, jak często tutaj przychodziła, Fletcher nie zdołał się do niej przyzwyczaić.

Wróciwszy do jadalni, Steve przygotował wraz z Jocelyn stół do posiłku. Właśnie wydobywał z kartoników potrawkę z kurczaka i tofu generała Tso, gdy drzwi do jadalni znowu się otworzyły. Trzymając w rękach buty do jazdy konnej, do środka wszedł Matt. Natychmiast rzucił buty pod ścianę. Z zewnątrz wciąż dobiegało szczekanie Fletchera.

— Fletcher, Jezu! — Steve usłyszał krzyk swojego młodszego syna. — Co się z tobą dzieje?

Matt stanął przy stole w przekrzywionym toczku i ze spodniami do jazdy konnej przewieszonymi przez ramię.

— Chińskie jedzenie, mniam, mniam! — zawołał. Mijając rodziców, po kolei się do nich przytulił. — Zaraz wracam — dodał i podobnie jak wcześniej Tyler, wbiegł po schodach na górę.

Steve uważał, że o tej godzinie jadalnia stanowi epicentrum rodziny Grantów, jest miejscem, gdzie indywidualne rozkłady dnia poszczególnych jej członków nakładają się na siebie jak płyty tektoniczne, a potem nieruchomieją. I to nie dlatego, że szanowali tradycję, w myśl której cała rodzina powinna jadać wspólnie, kiedy to tylko możliwe. Miało to raczej związek z charakterem tego pomieszczenia: było miejscem, w którym wszyscy czuli się najlepiej, w którym najmocniej zacieśniały się więzy rodzinne. Z jego okien rozciągał się wspaniały widok na stajnię i zagrodę dla koni, a za ogrodzeniem gwałtownie wznosiły się dzikie zbocza Ostępu Filozofów.

Właśnie nakładał na talerze makaron z sezamem, gdy do jadalni wszedł Tyler z kamerą internetową GoPro, którą dostał na swoje siedemnaste urodziny. Czerwone światełko świadczyło, że włączona jest funkcja nagrywania.

— Wyłącz to — powiedział stanowczo Steve. — Znasz zasady, które obowiązują, kiedy w domu jest Babcia.

— Przecież nie ją filmuję — odparł Tyler i przysunął sobie krzesło do stołu. — Patrz, stąd nawet nie jestem w stanie skierować na nią obiektywu kamery. A poza tym, kiedy Babcia już wejdzie do domu, to prawie wcale się nie rusza. — Posłał ojcu niewinny uśmiech i przełączył się na swój typowy głos, przeznaczony dla YouTube’a: — Nadszedł czas, żeby cię zapytać o mój très important raport statystyczny, Wspaniały Przodku.

— Tyler! — krzyknęła Jocelyn.

— Przepraszam, Podwójnie Wspaniała Rodzicielko.

Jocelyn popatrzyła na niego z przyjazną determinacją.

— Chyba nie zamierzasz tego puścić w świat? — zapytała. — I nie filmuj mojej twarzy. Wyglądam okropnie.

— Wolność prasy. — Tyler wyszczerzył zęby.

— Wolność prywatności — odcięła się Jocelyn.

— Zawieszenie obowiązków domowych.

— Obniżenie kieszonkowego.

Tyler skierował kamerę na siebie i przybrał udręczony wyraz twarzy.

— Ojej, co chwilę słyszę te wstrętne słowa. Mówiłem to już wcześniej i powiem to raz jeszcze, przyjaciele: żyję pod władzą dyktatora. Wolność wypowiedzi jest poważnie zagrożona, gdyż spoczywa w rękach starszego pokolenia.

— Powiedział Mesjasz — uzupełnił Steve, nakładając sobie tofu generała Tso.

Doskonale wiedział, że Tyler i tak większość nagrania przerobi i zamieści na YouTubie. Bardzo pomysłowo nagrywał swoje opinie, rejestrował absurdalne sytuacje i przypadkowe wydarzenia z ulicy. Pod nagrania podkładał swój głos i uzupełniał je różnymi efektami dźwiękowymi. Był w tym dobry. I uzyskiwał imponujące rezultaty. Kiedy Steve ostatnim razem przeglądał TylerFlow95, kanał syna na YouTubie, miał on już trzystu czterdziestu subskrybentów i dwieście siedemdziesiąt tysięcy wejść. Część kieszonkowego Tyler samodzielnie zdobywał (absurdalnie mało, jak sam przyznawał) dzięki reklamom.

— O co chciałeś zapytać? — zainteresował się Steve i obiektyw kamery natychmiast skierował się na niego.

— Gdybyś był zmuszony posłać kogoś na śmierć i miałbyś wybór, to kto by to był: własne dziecko czy cała biedna wioska w Sudanie?

— Co za niedorzeczne pytanie.

— Własne dziecko — powiedziała Jocelyn.

— Och! — krzyknął Tyler dramatycznie, a Fletcher w swoim wybiegu nastawił uszy i znów zaczął ujadać. — Słyszeliście to? Moja własna matka bezlitośnie poświęciłaby mnie w zamian za życie ludzi z jakiejś nieistotnej wioski w Afryce. Czy to świadczy o jej współczuciu dla Trzeciego Świata, czy też jest oznaką dysfunkcjonalności naszej rodziny?

— Jednego i drugiego — odparła Jocelyn, by po chwili zawołać w kierunku schodów: — Matt! Schodź na dół. Jedzenie czeka na stole!

— Ale mówmy poważnie, tato. Masz przed sobą dwa przyciski i gdy naciśniesz pierwszy, umrze twoje dziecko, a gdy przyciśniesz drugi, wymrze cała wioska w Sudanie. A jeśli nie podejmiesz żadnej decyzji, zanim ktoś stojący nad tobą policzy do dziesięciu, oba przyciski zostaną uruchomione automatycznie. Kogo byś ocalił?

— Absurdalna sytuacja — stwierdził Steve. — Kto mógłby mnie postawić przed takim wyborem?

— Nie wykręcaj się.

— Na to pytanie nie ma właściwej odpowiedzi. Jeśli ocalę ciebie, oskarżysz mnie o unicestwienie całej wioski.

— Ale jeśli nie podejmiesz decyzji, umrą wszyscy — naciskał Tyler.

— Oczywiście, że poświęciłbym wioskę, bylebyś ty przeżył. Jakże mógłbym zabić własnego syna?

— Naprawdę? — Tyler aż gwizdnął z podziwu. — Nawet gdyby chodziło o wioskę okropnie niedożywionych dzieci wojny, z wypukłymi małymi brzuszkami, z muchami brzęczącymi wokół ich oczu i z matkami, ofiarami gwałtów chorymi na AIDS?

— Nawet wtedy. Te matki dla ratowania swoich dzieci zrobiłyby dokładnie to samo co ja. Gdzie jest Matt? Aż skręca mnie z głodu.

— A gdybyś miał wybierać między moją śmiercią a śmiercią całego Sudanu?

— Tyler, nie powinieneś zadawać takich pytań — powiedziała Jocelyn, jednak bez większego przekonania. Doskonale wiedziała, że gdy jej mąż i najstarszy syn pogrążeni są w dyskusji, każda próba przerwania im z reguły kończy się niepowodzeniem.

— No, mów, tato.

— Zginąłby Sudan — oznajmił Steve. — O czym w ogóle jest ten raport? O naszym zaangażowaniu w Afryce?

— O uczciwości. Każdy, kto twierdzi, że w takiej sytuacji ocaliłby Sudan, kłamie — powiedział Tyler z naciskiem. — A każdy, kto nie chce odpowiedzieć na takie pytanie, po prostu zachowuje jedynie polityczną poprawność. Zadaliśmy je wszystkim nauczycielom i tylko pani Redfearn, która uczy filozofii, odpowiedziała na nie szczerze. No i ty. — Tyler usłyszał, że jego młodszy brat zbiega po schodach, i zawołał do niego: — Gdybyś miał wybierać, kto za chwilę ma zginąć, kogo byś wybrał: cały Sudan czy naszych rodziców?

— Sudan — padła natychmiastowa odpowiedź.

Tyler pokiwał głową zza kamery i przesunął palcem po ustach, imitując zasuwanie zamka błyskawicznego. Steve rzucił Jocelyn niechętne spojrzenie, jednak sposób, w jaki przygryzała wargę, podpowiedział mu, że ona chce brnąć w to dalej. Sekundę później otworzyły się drzwi i do jadalni wszedł Matt, przepasany tylko ręcznikiem wokół bioder. Bez wątpienia właśnie wyszedł z ła­zienki.

— Dobrze, już mi załatwiłeś dodatkowe tysiąc wejść — powiedział Tyler.

Matt zrobił do kamery głupawą minę i zaczął przesuwać biodrami do przodu i do tyłu.

— Tyler, on ma dopiero trzynaście lat! — krzyknęła Jocelyn.

— Rzeczywiście. A klip z Lawrence’em, Buranem i mną, na którym bez koszulek śpiewamy z playbacku piosenkę Pussycat Dolls, miał trzydzieści pięć tysięcy wejść.

— To było bliskie pornografii — zauważył Matt i odsunął sobie krzesło, aby usiąść przy stole tyłem do salonu i nie widzieć kobiety przy wieży stereofonicznej Jocelyn.

Steve i Tyler wymienili rozbawione spojrzenia.

— Może jednak coś na siebie włożysz, skoro siadasz do stołu? — zapytała Jocelyn z westchnieniem.

— Przecież przed chwilą chciałaś, żebym zszedł na dół, bo jedzenie czeka! Całe moje ubranie śmierdzi koniem, a jeszcze nie zdążyłem nawet wziąć prysznica. Przy okazji, spodobał mi się twój album, mamo.

— Co?

— Na Facebooku. — Z ustami pełnymi makaronu odepchnął się od stołu i zaczął się kołysać na tylnych nogach krzesła. — Jesteś równiacha, mamo.

— Hej, kochanie, cztery nogi na podłodze, albo za chwilę znowu się przewrócisz.

Ignorując ją, Matt skierował uwagę na sprzęt Tylera.

— Założę się, że nie chcesz wiedzieć, co ja myślę.

— Nie, nie chcę, bracie śmierdzący koniem. Wolę, żebyś wziął prysznic.

— Ja nie śmierdzę koniem, tylko własnym potem — odparł Matt niewzruszony. — Uważam, że twoje pytanie jest zbyt łatwe. Myślę, że o wiele bardziej interesujące byłoby inne: jeśli już ktoś musiałby umrzeć, kto miałby to być: twoje własne dziecko czy całe Black Spring?

Fletcher znów zaczął warczeć. Steve wyjrzał do ogrodu i zobaczył, że pies za ogrodzeniem nisko przyciska łeb do ziemi, a kły ma obnażone jak drapieżnik.

— Jezu, co się dzieje z tym zwierzakiem? — zapytał Matt. — Poza tym, że jest kompletnie zwariowany?

— Przecież naszej Babci już nie ma w pobliżu, prawda? — zapytał Steve niewinnym głosem.

Jocelyn z rezygnacją opuściła ramiona i rozejrzała się po jadalni.

— Dzisiaj w ogóle jej nie widziałam. — Z udawanym zniecierp­liwieniem zaczęła się rozglądać, przenosząc spojrzenie z ogrodu na pęknięty czerwony dąb stojący na skraju rodzinnej posiadłości, od którego prowadziła ścieżka na wzgórza. Czerwony dąb z trzema kamerami przemysłowymi spoglądał w różne kąty Ostępu Filozofów.

— Przecież naszej Babci już nie ma w pobliżu. — Matt uśmiechnął się z pełnymi ustami. — Co na to powiedzą fani Tylera na YouTubie?

Matka Jocelyn, długo cierpiąca na chorobę Alzheimera, umarła na zapalenie płuc półtora roku temu. Matka Steve’a nie żyła od ośmiu lat. Nie żeby YouTube o tym wiedział, ale Matt stroił sobie żarty.

Steve odwrócił się do starszego syna i powiedział stanowczym głosem, zupełnie do niego niepasującym:

— Tyler, wytniesz to wszystko, dobrze?

— Jasne, tato. — Tyler zmienił głos na taki, którego używał na wideoblogu TylerFlow95. — Postawmy więc pytanie bliższe rzeczywistości. O padre mio, gdybyś miał wybrać, kto za chwilę ma zginąć, to kogo byś wybrał: swojego syna czy pozostałych mieszkańców naszego miasta?

— Czy do tych pozostałych mieszkańców zaliczamy także moją żonę i mojego drugiego syna? — zapytał Steve.

— Tak, tato — odparł Matt, tłumiąc śmiech. — Kogo byś ocalił, Tylera czy mnie?

— Matthew! — zawołała Jocelyn. — Dosyć tego.

— Ocaliłbym was obu — odparł Steve poważnie.

Tyler uśmiechnął się.

— To już jest politycznie poprawne, tato.

W tej chwili Matt zanadto odchylił się od stołu na tylnych nogach krzesła. Zamachał rękami, próbując utrzymać równowagę, czerwony sos spłynął z jego łyżki, jednak krzesło uderzyło z trzas­kiem o podłogę, a Matt razem z nim. Jocelyn podskoczyła, co z kolei przestraszyło Tylera i spowodowało, że kamera internetowa wysunęła mu się z rąk i wylądowała na talerzu pełnym potrawki z kurczaka. Steve zobaczył, że dzięki dziecięcej sprawności Matt osłabił swój upadek wyciągniętą w bok ręką i teraz chichocze histerycznie, drugą ręką starając się utrzymać ręcznik, przewiązany wokół pasa.

— Braciszek za burtą! — zagrzmiał Tyler.

Pospiesznie starł potrawkę z kamery i przytrzymał ją tak, aby zrobić jak najlepsze ujęcie.

W tym momencie Matt zadrżał, jakby przez jego ciało przebiegł prąd elektryczny. Na twarzy chłopca pojawił się wyraz przerażenia, zaczął uderzać golenią o nogę od stołu i wydał z siebie głośny wrzask.

* * *

Po pierwsze, nikt nigdy nie zobaczy obrazów, które właśnie rejestruje kamera Tylera. To trochę niedobrze, ponieważ gdyby ktoś je obejrzał, stałby się świadkiem czegoś bardzo dziwnego, zapewne nawet niepokojącego — łagodnie rzecz ujmując. Te obrazy są kryształowo czyste, a obrazy zarejestrowane przez kamerę nie kłamią. Mimo że kamera jest mała, GoPro chwyta rzeczywistość z zadziwiającą prędkością sześćdziesięciu klatek na sekundę, i to dzięki niej powstały filmy z wyprawy rowerowej Tylera na Mount Misery albo z wycieczki nad jezioro Popolopen, w którym nurkował razem z kolegami. Podwodnych zdjęć nie zepsuła nawet mętna woda w jeziorze.

Obrazy ukazują, jak Jocelyn i Steve z niedowierzaniem wpatrują się w młodszego syna leżącego na podłodze, a potem czołgającego się do salonu. W trakcie ujęcia pojawia się przebitka ze stygnącym makaronem i z rozmazanym żółtkiem jajka. Kamera odwraca się w drugą stronę i Matt nie leży już na podłodze: dzięki jakiemuś nieprawdopodobnemu skręceniu całego ciała podniósł się, ale zaraz zgiął się wpół, zderzywszy się ze stołem. W dziwny sposób przez cały czas udaje mu się przytrzymywać ręcznik przewiązany wokół bioder. Przez moment można odnieść wrażenie, że wszyscy stoimy na pokładzie kołyszącego się statku, ponieważ wszystko, co widzimy, jest pochylone, jakby cała jadalnia w mgnieniu oka roztrzaskała się na kawałki. Zaraz jednak obraz się prostuje i chociaż widzimy na nim głównie plamy po makaronie, widzimy też wymizerowaną, chudą kobietę, idącą z salonu przez szeroko otwarte drzwi do kuchni. Aż do tej chwili stała nieruchomo przy odtwarzaczu, ale niespodziewanie przeszła kilkanaście kroków, jakby nagle zrobiło jej się żal Matta. Ścierka zsunęła się z jej twarzy i przez ułamek sekundy — pewnie jest to tylko kilka klatek — widzimy, że jej oczy są mocno zaciśnięte, podobnie jak zaciśnięte są jej usta. Wszystko dzieje się tak szybko, że cała scena kończy się, zanim zdajemy sobie sprawę, co tak naprawdę zaszło, jednak jest to jeden z tych obrazów, które zagnieżdżają się głęboko w umyśle, nie na tyle długo, żeby wydobyć nas ze strefy komfortu, ale wystarczająco długo, żeby kompletnie nas sparaliżować.

Teraz Steve rzuca się do przodu i zasuwa drzwi do salonu. Przez półprzezroczyste kolorowe szkło widzimy, jak drobna kobieta zatrzymuje się. I nawet słyszymy delikatne wibrowanie szkła, kiedy opiera się o szybę.

Dobry humor Steve’a zniknął.

— Wyłącz to — mówi. — Natychmiast.

Jest śmiertelnie poważny i chociaż nie widzimy jego twarzy (możemy zobaczyć tylko jego bawełnianą koszulkę i dżinsy, i palec swobodnej ręki, który trzyma wycelowany w obiektyw), wszyscy potrafimy sobie wyobrazić, jak wygląda. A potem wszystko robi się czarne.

* * *

— Ruszyła prosto na mnie! — zawołał Matt. — Nigdy dotąd się tak nie zachowywała.

Wciąż stoi przy przewróconym krześle, przytrzymując ręcznik, żeby nie opadł na podłogę.

Tyler zaczął się śmiać. Raczej z ulgą, pomyślał Steve.

— Może ona na ciebie leci?

— Hej, stary, żartujesz! Przecież to antyk!

Jocelyn także wybuchnęła śmiechem. Wzięła do ust dużą porcję makaronu, jednak nie zauważyła, że jest obficie polany ostrym sosem. Natychmiast łzy napłynęły jej do oczu.

— Przepraszam, kochanie. Chcieliśmy trochę tobą potrząsnąć, ale chyba to ty wstrząsnąłeś nią. Ruszyła na ciebie w bardzo dziwny sposób. Nigdy się tak nie zachowuje.

— Jak długo tam stała? — zapytał Matt z oburzeniem.

— Przez cały czas. — Na ustach Tylera pojawił się szeroki uśmiech.

Mattowi opadła szczęka.

— A więc widziała mnie gołego!

Tyler popatrzył na niego z mieszaniną wielkiego zdumienia i tego rodzaju niesmaku, który graniczy z miłością pełną współczucia, zarezerwowaną wyłącznie dla starszych braci, kierujących tę miłość ku braciom młodszym i głupkowatym.

— Przecież ona nie widzi, ty idioto — powiedział.

Przetarł obiektyw GoPro i popatrzył w kierunku niewidomej kobiety, która stała teraz za drzwiami przeszklonymi matowym szkłem.

— Usiądź, Matt — odezwał się Steve, a jego twarz przybrała surowy wyraz. — Kolacja stygnie. — Nadąsany Matt wykonał polecenie. — Chcę, żebyś skasował to nagranie, Tyler. Natychmiast.

— Och, daj spokój. Nie mogę tak po prostu…

— Natychmiast. I chcę widzieć, jak to robisz. Znasz zasady.

— Co to ma być? Jesteśmy w Pjongjangu?

— Nie każ mi powtarzać polecenia.

— Ale tutaj jest jeszcze inny zajebisty materiał — wymamrotał Tyler, jednak bez większej nadziei.

Wiedział, kiedy ojciec mówi coś całkiem na poważnie. No i oczywiście znał zasady. Niechętnie przesunął wyświetlacz tuż przed oczy Steve’a, wybrał plik wideo, nacisnął polecenie USUŃ, a potem OK.

— Dobry chłopiec.

— Tyler, zgłoś to w aplikacji, dobrze? — poprosiła Jocelyn. — Sama chciałam to zrobić wcześniej, ale wiesz, że jestem beznadziejna w tych sprawach.

Steve ostrożnie przeszedł do salonu przez hol. Stara kobieta stała nieporuszona. Tkwiła tuż przed rozsuwanymi drzwiami, z twarzą przyciśniętą do szyby, niczym posąg, który został ustawiony w tym miejscu jak makabryczny żart, zamiast lampy na statywie albo wysokiej rośliny w doniczce. Jej cienkie, sztywne włosy zwisały nieruchomo spod przepaski na głowie. Jeśli nawet zorientowała się, że ktoś przed chwilą wszedł do pokoju, w żaden sposób nie dała tego po sobie poznać. Steve podszedł bliżej, jednak celowo nie patrzył na nią, rejestrując jej sylwetkę jedynie kątem oka. Czuł się lepiej, jeżeli nie musiał na nią spoglądać, szczególnie z bliska. Jednak wyczuł jej zapach: odór innej epoki, błota i bydła na ulicach, choroby. Zachwiała się delikatnie, przez co kuty żelazny łańcuch przyciskający jej ręce do pomarszczonego ciała zastukał z ponurym szczękiem o polakierowaną futrynę.

— Ostatnio o godzinie siedemnastej dwadzieścia cztery zarejestrowały ją kamery przemysłowe Market & Deli. — Steve usłyszał przytłumiony głos Tylera dochodzący z sąsiedniego pokoju.

Usłyszał też, że kobieta coś szepcze. Wiedział, że niewsłuchiwanie się w jej szepty jest sprawą życia i śmierci, skoncentrował się więc na głosie syna i Johnny’ego Casha.

— Istnieją też relacje czterech osób, które ją wtedy widziały, ale później nie ma już żadnych informacji. Mówią też coś o katarynie. Tato… nic ci nie jest?

Z gwałtownie bijącym sercem Steve uklęknął obok kobiety z zaszytymi oczami i podniósł z podłogi ścierkę, która jeszcze niedawno tkwiła na jej głowie. Następnie wyprostował się. Gdy potrącił łokciem jej łańcuch, staruszka skierowała ku niemu okaleczoną twarz. Steve znów położył jej ścierkę na głowie i wycofał się do jadalni, byle jak najdalej od niej. Na czoło wystąpił mu pot. Tymczasem z ogrodu dobiegło gwałtowne i głośne szczekanie Fletchera.

— Ścierka — powiedział do Jocelyn. — Dobry pomysł.

Rodzina kontynuowała posiłek. Gdy oni we czworo jedli kolację, kobieta z zaszytymi oczami wciąż stała bez ruchu za matowym szkłem.

Drgnęła tylko raz: przechyliła głowę, kiedy w jadalni zabrzmiał wysoki, przenikliwy śmiech Matta.

Jakby chciała go uważnie wysłuchać.

Po kolacji Tyler załadował naczynia do zmywarki, a Steve uprzątnął stół.

— Pokaż mi, co wysłałeś do HEX-a.

Tyler wziął do ręki iPhone’a z aplikacją HEX na wyświetlaczu i pokazał ojcu. Ostatni wpis brzmiał:

Śr., 19.09.2012, godz. 19.30, przed 16 minutami Tyler Grant @gps 41.22890 N, 73.61831 W #K @ salon, Deep Hollow Road nr 188

Babcia chyba leci na mojego braciszka

* * *

Wieczorem Steve i Jocelyn rozsiedli się w salonie — nie na swoich tradycyjnych miejscach na kanapie, ale na dywanie po drugiej stronie pokoju — i zaczęli oglądać The Late Show w CBS. Matt leżał w łóżku, a Tyler na górze pracował z laptopem. Blada poświata z ekranu telewizyjnego odbijała się od łańcucha otaczającego ciało ślepej kobiety, a przynajmniej od tych jego ogniw, które nie były zardzewiałe. Pod brudną ścierką martwe mięso w otwartym kąciku jej ust prawie niewidocznie drżało. W tym miejscu poluźniły się postrzępione, czarne szwy, które ściskały jej wargi. Jocelyn ziewnęła i przeciągnęła się, przytulona do Steve’a. Zgadywał, że nie minie wiele czasu i jego żona zaśnie.

Kiedy pół godziny później szli na górę, kobieta wciąż stała w tym samym miejscu niczym zapomniany element nocy, który noc brała teraz w swoje władanie.

2

Robert Grim z bólem obserwował na ekranie, jak tragarze wyciągają z ciężarówki meble owinięte w płótna i plastik i wnoszą je do rezydencji przy Upper Reservoir Road, postępując zgodnie z instrukcjami wrednej japiszonki o ptasim móżdżku. Obraz pochodził z kamery D19-063 zainstalowanej przy domu niedawno zmarłej pani Barphwell, jednak numer kamery był Grimowi zupełnie niepotrzebny. Obraz zajmował większą część zachodniej ściany centrum kontroli HEX-a, a także prawie cały mózg Grima. Ten zamknął na chwilę oczy, a potem całą siłą woli przywołał do siebie kolejny obraz, bardzo wysublimowany: Robert Grim zobaczył na nim drut kolczasty.

Apartheid jest niedocenianym systemem, pomyślał. Nie był zwolennikiem segregacji rasowej w Republice Południowej Afryki ani też izolacji kobiet od mężczyzn w Arabii Saudyjskiej, jednak rewolucyjny i niepokojąco altruistyczny fragment umysłu Grima widział świat jako wyraźnie podzielony na ludzi z Black Spring i ludzi spoza Black Spring. Najlepiej za pomocą zardzewiałego drutu kolczastego. Drutu pod napięciem dziesięciu tysięcy woltów, o ile to możliwe. Colton Mathers, przewodniczący Rady, potępiał taką postawę i poddając się żądaniom Pointu, nawoływał do kontrolowanej integracji, ponieważ nie rozwijając się, Black Spring albo umrze, albo przerodzi się w endogamiczną komunę, przy której Amishville w Pensylwanii wyglądać będzie jak mekka hipisów. Jednak zabiegi Coltona Mathersa miały się nijak do niemal trzystupięćdziesięcioletniej polityki tuszowania faktów, zresztą ku powszechnej uldze i zadowoleniu ludzi. Robert Grim wyobrażał sobie ego przewodniczącego Rady jako szczególnie napuszony łeb. Nienawidził tego.

Westchnął i przejechał w fotelu na kółkach wzdłuż biurka, aby popatrzeć na statystyki, tabele i pomiary widniejące na monitorze ustawionym przed Warrenem Castillo, który pił kawę i czytał „The Wall Street Journal”, opierając nogi na blacie.

— Neurotyk — powiedział Warren, nie podnosząc wzroku znad gazety.

Grim zacisnął dłonie w pięści. Jeszcze raz popatrzył na ciężarówkę.

A jeszcze w zeszłym miesiącu wszystko wyglądało tak obiecująco. Agent nieruchomości sprowadził parę japiszonów, żeby obejrzeli dom, a Grim przygotował się do tego w najdrobniejszym szczególe, ogłaszając operację „Barphwell”, z szacunku dla starszej pani, która poprzednio zamieszkiwała ten dom. Na operację „Barphwell” składało się tymczasowe ogrodzenie tuż za posiadłością, ciężarówka wypełniona piaskiem, kilka betonowych płyt, wielka płachta z logo wykonawcy robót i napisem POPOLOPEN NIGHT BAZAAR & CLUB, OTWARCIE W POŁOWIE 2015 oraz ukryte głośniki koncertowe, do których podłączono subwoofery, mające odtwarzać z iTunes wybrane nagrania muzyki new age. I rzeczywiście, po tym, jak kamery przemysłowe pokazały samochód pośrednika handlu nieruchomościami zbliżający się do miasta drogą numer 293, a Grim dał sygnał do rozpoczęcia odtwarzania ścieżki dźwiękowej, trudno było zignorować te dźwięki. Razem z wielkim hałasem wiertarki udarowej Butcha Hellera, którą posadzkarz zaczął na chybił trafił przewiercać betonowe płyty, sugerowały, że ktoś buduje tutaj co najmniej zamek.

Potencjalni nowi mieszkańcy nosili nazwisko Delarosa i pochodzili z Nowego Jorku. Według informacji, którą Grim otrzymał z Pointu, mąż zdobył posadę w biurze Rady Miasta Newburgh, a żona była doradcą medialnym i przyszłą spadkobierczynią imperium odzieżowego, specjalizującego się w projektowaniu ubrań dla mężczyzn. Będą karmić znajomych z Upper East Side opowieściami, jak to na nowo odkryli zalety życia na prowincji, postarają się o dwójkę albo trójkę dzieciaków i za jakieś sześć lat zapewne wrócą do wielkiego miasta. Takie mieli zamiary.

Jednak to nie było takie proste. Kiedy już osiedlą się w Black Spring, nie będzie dla nich powrotu.

Bardzo ważną rzeczą było więc, żeby zapobiec ich osiedleniu się w Black Spring.

Wiarygodność fałszywego placu budowy powinna być poza dyskusją, jednak dla pewności postawił jeszcze na Upper Reservoir Road trójkę miejscowych młodzieńców. Zawsze dawało się znaleźć w Black Spring nastolatków chętnych, aby zarobić trochę papierosów albo skrzynkę budweisera. Tym razem trafiło na Justina Walkera, Burana Sayera i Jaydona Holsta, syna nieżyjącego już rzeźnika. Agent nieruchomości mógł tylko przyglądać się, jak jego prowizja przepada, kiedy młodzieńcy skarżyli się Bammy Delarosie, że muszą pracować na nocną zmianę. Oblegli ją, kiedy tylko wysiadła z samochodu. Potem zaprosili ją jeszcze, ciasno otaczając i szarpiąc, aby obejrzała, jak pracuje piła hydrauliczna.

To powinno było zakończyć sprawę. Kiedy Grim z zadowoleniem położył się wieczorem do łóżka, pogratulował sobie pomysłowości i szybko zasnął. Przyśniła mu się Bammy Delarosa, która w jego śnie miała garb. Garb z kolei miał usta i próbował je otwierać, żeby krzyczeć, jednak nie był w stanie, tak jakby jego wargi były zszyte drutem kolczastym.

— Weź się w garść — powiedziała Claire Hammer następnego ranka, kiedy Grim wszedł do centrum kontroli. Wzięła do ręki niewielką kartkę. — Bo chyba w to jednak nie uwierzysz.

Grim nie wziął się w garść. Przeczytał korespondencję. Colton Mathers był wściekły. Oskarżał HEX o poważny błąd w ocenie. Agent handlu nieruchomościami zaczął zadawać pytania na temat płachty z napisem POPOLOPEN NIGHT BAZAAR & CLUB, OTWARCIE W POŁOWIE 2015. Grim przeklął śmierć pani Barphwell, której najbliższy krewny zatelefonował do pośrednika nieruchomości z Newburgha zamiast do Hometown Realty, firmy należącej do Donny Ross z Black Spring, której Grim płacił, żeby raczej zniechęcała do osiedlania się w mieście, niż do tego zachęcała.

„Tak czy siak, masz do czynienia z obcymi”, napisał Mathers. „I jeszcze raz ci powtarzam, wykonujesz swoje obowiązki w sposób zanadto kreatywny, ale nieprzemyślany. Na Boga, jak ja mam się później wydostać z tego bałaganu?”

Ale to było zmartwienie przewodniczącego Rady. Zmartwienie Grima polegało na tym, że państwo Delarosowie zakochali się w posiadłości i postanowili ją kupić. Grim momentalnie przedstawił kontrofertę, wymyślając fałszywych nabywców. Delarosa podbił stawkę. To samo zrobił Grim. Przedłużanie rozgrywki, aż potencjalni kupcy stracą zainteresowanie transakcją, było w tych sprawach podstawową zasadą.

Tydzień później, w porze lunchu, Warren Castillo zadzwonił do niego z centrum kontroli akurat wtedy, gdy Jim miał się wgryźć w kanapkę z baraniną, którą kupił w Griselda’s Butchery & Delicacies. W mieście zauważono mercedesa Delarosów. Claire była już w drodze. Ryzyko czerwonego kodu — dostrzeżenia wiedźmy przez obcych — było bliskie zeru, ale Warren błyskawicznie postawił w stan gotowości dwóch ludzi. Natychmiast ruszając do akcji, wściekły z powodu prawie nietkniętej kanapki, Grim popędził na wzgórze. Gdy wpadł na Claire, tuż przy Kładce Pamięci na Upper Reservoir Road, prawie brakowało mu tchu.

— Czego chcecie? — zapytał nowojorczyk z niedowierzaniem, gdy zaczepili go i jego nienaturalnie opaloną żonę przed bungalowem pani Barphwell.

Delarosowie przyszli bez swojego agenta nieruchomości, prawdopodobnie dlatego, że sami chcieli się jeszcze raz przekonać o nadzwyczajnym charakterze domu i jego okolicy.

— Chcemy, żebyście zrezygnowali z zakupu tego domu — potwórzył Grim. — Macie nie składać już żadnych ofert kupna ani na ten dom, ani na żadną inną nieruchomość w Black Spring. Miasto jest gotowe zrekompensować wam niedogodności, wypłacając odszkodowanie w wysokości pięciu tysięcy dolarów. Pod warunkiem, że kupicie jakikolwiek inny dom, w jakimkolwiek innym miejscu, byle nie w Black Spring.

Delarosowie popatrzyli na dwoje funkcjonariuszy HEX-a ze szczerym niedowierzaniem. Był gorący dzień i nawet tutaj, w cieniu lasu Black Rock, Grim czuł, jak krople potu spływają po jego łysiejących skroniach. Uważał, że łysina czyni go kimś wyjątkowym. Łysa głowa inspirowała japiszonów i kobiety. Robert Grim, chociaż był po pięćdziesiątce, wciąż prezentował się bardzo szykownie, jeśli wziąć pod uwagę jego wysoki wzrost, okulary w rogowych oprawach i elegancki krawat; towarzysząca mu Claire Hammer byłaby niesłychanie piękną kobietą, gdyby tylko nie zwracać uwagi na jej zbyt wysokie czoło, którego nie powinna nadmiernie podkreślać.

W drodze na miejsce omówili taktykę. Claire wolała podejście emocjonalne i jakąś łzawą historię o więzach rodzinnych i wspomnieniach z dzieciństwa. Grim był przekonany, że gdy się ma do czynienia z takimi karierowiczami jak Delarosowie, należy od początku rozmowy walić z grubej rury, i w ogóle jej nie słuchał. To z powodu jej czoła. Rozpraszało go. W nadmiernie wysokim czole kobiety było coś, co kazało ją lekceważyć. Przynajmniej kiedy to czoło bezsensownie odsłaniała.

— Ale… dlaczego? — zapytał pan Delarosa, kiedy w końcu odzyskał głos.

— Mamy swoje powody — odpowiedział Grim beznamiętnie. — Dla własnego dobra wyjedźcie stąd i o wszystkim zapomnijcie. Szczegóły porozumienia spiszemy w kontrakcie…

— A kogo pan właściwie reprezentuje? Jakie władze?

— To jest nieważne. Chcę, żebyście zrezygnowali z kupna domu, a dostaniecie za to pięć tysięcy dolarów. Są na świecie rzeczy, których za pieniądze nie można kupić. W każdej innej sprawie jesteśmy do usług.

Delarosa sprawiał wrażenie człowieka, któremu Grim właśnie oświadczył, że chce przeprowadzić publiczną egzekucję jego żony na szafocie miejskim.

— Uważa pan, że jestem szalony? — zawołał z wściekłością. — Co to jest właściwie za propozycja? Co pan sobie myśli?

Grim zamknął oczy i przykucnął.

— Niech pan pomyśli o pieniądzach — powiedział. Sam pomyślał w tej chwili o cyjanku. — I potraktuje moje słowa jak propozycję biznesową.

— Nie zamierzam przyjąć łapówki od pierwszego psa podwórzowego w okolicy! Moja żona i ja pokochaliśmy ten dom i jutro podpiszemy akt kupna. I niech pan się cieszy, że na pana nigdzie nie doniosę.

— Proszę, niech mnie pan posłucha. Pani Barphwell wiecznie przeciekał dach. W zeszłym roku woda poważnie zniszczyła jej podłogi. Ten dom — mówił Grim, gestykulując obiema rękami — to kupa gówna. Przecież piękne posiadłości znajdują się chociażby w Highland Falls. Są równie sielskie i leżą nad samą rzeką Hudson. Poza tym ceny domów są tam niższe.

— Myli się pan, jeśli sądzi, że dam się zbyć jakimiś tam pięcioma tysiącami dolarów — powiedział Delarosa. Po chwili coś mu przyszło do głowy. — To wy jesteście tymi dowcipnisiami z Night Bazaar? Do diabła, po co to robicie?

Grim otworzył usta, jednak Claire uprzedziła jego odpowiedź.

— Nie lubimy was — warknęła, pełna nienawiści do swojej roli, ale jak zwykle w najwyższej formie. — Gardzimy takimi miastowymi wymoczkami jak wy. Tylko zanieczyszczacie powietrze.

— Oto zdrowa dawka wrodzonego humoru — dodał Grim poufale.

Wiedział już, że razem z Claire przegrali ten pojedynek.

Bammy Delarosa popatrzyła na niego pogardliwie, odwróciła się do męża i zadała mu pytanie:

— O co im właściwie chodzi, kochanie?

Robert Grim wyobraził sobie, że jej mózg trochę się przypiekł na leżaku i teraz nie chce się odkleić od wewnętrznych ścianek czaszki.

— Cicho, najdroższa — zareagował Delarosa i objął ją w talii. — A wy wynoście się stąd, bo wezwę policję.

— Pożałujesz tego — odparła Claire, ale Grim pociągnął ją do tyłu.

— Daj spokój, Claire. To nie ma sensu.

Tego wieczoru zadzwonił jeszcze do Delarosy na telefon komórkowy i znów błagał go, żeby zrezygnował z kupna domu. Kiedy mężczyzna zapytał go, dlaczego zadaje sobie aż tyle trudu, Grim odparł, że nad Black Spring od ponad trzystu lat ciąży klątwa, która dotknie również Delarosów; jeśli się tu osiedlą, przekleństwo nie opuści ich aż do śmierci, a poza tym w Black Spring mieszka nikczemna wiedźma. Wtedy Delarosa odłożył słuchawkę.

— Cholera jasna! — wrzasnął teraz Grim, gapiąc się na ciężarówkę z meblami nowych lokatorów. Rzucił długopisem w wielki ekran i wtedy dwadzieścia monitorów, które go otaczały, zaczęło pokazywać inne obrazy, gdyż zmienił się kąt ustawienia kamer. — A chciałem ci oddać cholerną przysługę!

— Uspokój się — powiedział Warren. Złożył gazetę i położył ją na biurku. — Zrobiliśmy wszystko, co leżało w naszej mocy. Może facet jest intelektualistą, skurwysynem i dupkiem, ale przynajmniej jest naszym intelektualistą, skurwysynem i dupkiem. A ona sprawia wrażenie soczystej zdrowej dupeńki.

— Świnia — powiedziała Claire.

Grim wskazał palcem na ekran.

— W Radzie już zacierają ręce. Ale kiedy ta para zrobi piekło, kto to później posprząta?

— My — odparł Warren. — Przecież jesteśmy w tym dobrzy. Stary, spuść z siebie trochę pary. Ciesz się, że mamy na co stawiać zakłady. Pięćdziesiąt dolców, że wkrótce dojdzie do wizyty domowej.

— Pięćdziesiąt dolców? — Claire była zszokowana. — Jesteś szalony. Statystyki mówią, że nigdy nie zaczyna się od wizyty domowej.

— Czuję to w kościach, dziecino — powiedział Warren i zaczął bębnić palcami po biurku. — Na jej miejscu trochę bym się postarał i poszukał nowego mięcha, o ile wiesz, o co mi chodzi. — Uniósł brwi. — Kto wchodzi?

— Daję pięćdziesiąt dolarów — zareagowała Claire. — Moim zdaniem zobaczymy ją na ulicy.

— Kamery bezpieczeństwa wszystko zarejestrują — wtrącił się do rozmowy Marty Keller, analityk danych pracujący po drugiej stronie centrum kontroli. — I podnoszę stawkę do siedemdziesięciu pięciu.

Pozostali popatrzyli na niego, jakby podejrzewali, że stracił rozum.

— Nikt nigdy nie widzi naszych kamer, jeśli z góry nie wie, że tutaj są — powiedział Warren.

— On zobaczy — odparł Marty i ruchem głowy wskazał na monitor. — To jest właśnie ten typ. Taki, co zauważa kamery bezpieczeństwa i zaczyna zadawać pytania. Siedemdziesiąt pięć.

— Wchodzę — powiedziała pospiesznie Claire.

— Ja też — dodał Warren. — I stawiam pierwszego drinka.

Marty postukał po plecach Lucy Everett, która siedziała na krześle obok niego, wsłuchując się w rozmowy telefoniczne. Zdjęła z głowy słuchawki.

— O co chodzi?

— Dołączasz do zakładu? Siedemdziesiąt pięć dolców.

— Jasne. Wizyta domowa.

— Ani się waż, do cholery, to ja postawiłem na wizytę! — wrzas­nął Warren.

— Będziesz więc musiała podzielić się wygraną z Warrenem — powiedział Marty.

Lucy odwróciła się i posłała Warrenowi całuska. Warren skrzywił się, po czym opadł na swoje krzesło.

— A ty, Robert? Wchodzisz w to? — zapytała Claire.

Grim westchnął.

— Jesteście wszyscy bardziej odrażający, niż myślałem. W porządku, usłyszą o tym w mieście. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie potrafi trzymać gęby na kłódkę.

Marty zapisał zakład mazakiem na białej ścieralnej tablicy.

— Pozostaje jeszcze Liz i Eric. Wyślę obojgu maile. Jeśli dołączą, będziemy mieć w puli… pięćset dwadzieścia pięć dolarów. Wciąż będziesz mógł zarobić dwieście siedemdziesiąt pięć, Warren.

— Dwieście sześćdziesiąt dwa dolary i pięćdziesiąt centów, kochanie — poprawiła go Claire.

— Cicho, smoczyco — ofuknął ją Warren.

Robert Grim włożył płaszcz, ponieważ chciał kupić w mieście ciasto orzechowe. I tak miał zepsuty nastrój na resztę dnia, dlatego zamierzał pocieszyć się przynajmniej ciastem dotowanym przez państwo. Chociaż bez mandatu Rady nie dysponował żadną oficjalną władzą i chociaż ze wszystkiego musiał składać kwartalne sprawozdania swojemu kontaktowi w Poincie, Grim sprawował jednak realną władzę wykonawczą w Black Spring, a jednym z jego talentów było wypraszanie dotacji z instytucji, którą nazywał Skarboną bez Dna. Z tej skarbony pochodziły płace siedmiorga pracowników HEX-a, z niej utrzymywano ponad czterysta kamer infiltrujących oraz cały system operacyjny HEX-a, wydajny serwer dający dostęp do Internetu całemu miastu, finansowano z niej bankiety (okraszane doskonałym winem) po posiedzeniach Rady, a także bezpłatne iPhone’y dla każdego mieszkańca, pod warunkiem, że w sytuacji kryzysowej będzie używał aplikacji HEX zamiast numeru alarmowego. To ostatnie rozwiązanie uczyniło Roberta Grima najbardziej szanowanym człowiekiem wśród młodych mieszkańców Black Spring, a jemu samemu czasami zdarzało się marzyć o jakiejś nieznajomej, młodej (zazwyczaj długonogiej) brunetce, przybywającej do centrum kontroli po to, żeby zbadać legendarne rozmiary jego kultowego statusu pomiędzy belami podpierającymi dach, wciąż cuchnącymi zgnilizną z siedemnastego wieku.

Robert Grim jednakże pozostawał człowiekiem samotnym.

— Przy okazji, otrzymaliśmy maila od Johna Blancharda — powiedział Marty, gdy Grim już miał wychodzić. — Wiesz, od tego hodowcy owiec spod lasu, z Rogu Ackermana.

— O Boże, właśnie od niego? — odparł Warren i wzniósł oczy do nieba, jakby od Boga spodziewał się litości.

— Mówi, że jego owca Jackie urodziła jagnię o dwóch głowach. Martwe.

— O dwóch głowach? — zawołał Grim z niedowierzaniem. — To straszne! Przecież nic takiego nie zdarzyło się od czasu, kiedy Henrietta Russo urodziła dziecko z dwiema głowami w dziewięćdziesiątym pierwszym.

— Jego mail mocno mnie wkurzył. Facet rozpisał się o proroctwach i omenach, i jeszcze o dziewiątym kręgu czegoś tam.

— Zignoruj go — polecił Warren. — Na ostatnim posiedzeniu Rady mówił, że widział jakieś dziwne błyski na niebie. Powiedział, że ignoranci i sodomici zostaną ukarani za swoją pychę i chciwość. Ten człowiek to wariat. Widuje znaki z niebios co najmniej raz na dzień.

Marty popatrzył na Grima.

— Ale czy mamy to zatrzymać? Popatrz tylko, jakie nam przysłał zdjęcie.

Nacisnął palcem panel dotykowy i na wielkim ekranie pojawiła się fotografia obrzydliwego, zakrwawionego, martwego zwierzęcia leżącego w piachu. Rzeczywiście, można było u niego dostrzec dwa zdeformowane łby. Jackie, matka tego dziwadła, nie chciała ściąg­nąć z niego nawet błony płodowej. W rogu widoczna była jej nieostra sylwetka. Jadła spokojnie siano i wszystko wskazywało na to, że nie zamierza poświęcać potworowi, którego właśnie powiła, najmniejszej uwagi.

— Fuj, co za dziwactwo — stwierdził Grim i odwrócił wzrok. — Tak, każcie doktorowi Stantonowi, żeby się temu przyjrzał, a później zalejcie to coś formaldehydem i umieśćcie w archiwum razem z innymi okazami. Ktoś jeszcze ma ochotę na ciasto orzechowe?

Jednomyślne „taaak” rozbrzmiało z gardeł pozostałych członków zespołu, dlatego Grim nie usłyszał, że Claire jako jedyna nie zawołała „taaak”, tylko „sraaak”. Już chwytał za klamkę, kiedy mu to uświadomiła:

— Nie, Robert, ja naprawdę nie chcę żadnego ciasta. Pieprzyć to. Marty, rzuć na pełen ekran obraz z posiadłości pani Barphwell.

Marty usunął fotografię martwego jagnięcia i na ekranie znowu pojawiła się ciężarówka z meblami.

— Nie, przełącz na obraz z jej działki, D19… 064.

Grim wyraźnie pobladł.

Kamera bezpieczeństwa umieszczona była na latarni przed bungalowem Delarosów i dawała widok na Upper Reservoir Road, opadającą w dół skrajem lasu Black Rock. Ciężarówka z meblami parkowała po prawej stronie i można było dostrzec robotników wynoszących z niej skrzynie i znikających u dołu ekranu. Pozostała część ulicy była pusta, jeśli nie liczyć miejsca położonego w odleg­łości jakichś dwudziestu metrów w górę. Na trawniku przed niskim domem po drugiej stronie ulicy nieruchomo stała kobieta. Nie patrzyła w kierunku robotników, spojrzenie miała natomiast utkwione we wzgórze. Robert Grim nie musiał jednak wcale się jej przypatrywać ani powiększać obrazu, żeby stwierdzić, że kobieta właściwie nigdzie nie patrzy. Ogarnęła go panika.

— Cholera jasna! — krzyknął. Jego prawa ręka powędrowała do ust. Zakrył je. — Cholera jasna, jak to możliwe? — Wrócił biegiem do biurka i popatrzył na ekran.

Wielka ciężarówka zasłaniała parze japiszonów i robotnikom widok na kobietę, ale wystarczyłoby, żeby obeszli rampę wyładunkową i już by ją zobaczyli. Pieprzony kod czerwony do czwartej potęgi. Przecież oni zaraz zadzwonią na numer alarmowy: „poważnie okaleczona, niedożywiona kobieta — tak, wygląda na niedożywioną i straszliwie zaniedbaną, przyślijcie natychmiast ambulans i policję”. Albo, co gorsza, sami zechcą udzielić jej pomocy. A wtedy konsekwencje będą straszliwe.

— Co ona tam robi, na miłość boską? Czy nie miała przypadkiem przebywać u rodziny Grantów?

— Tak, była tam do… — Claire zajrzała do dziennika — …przynajmniej do ósmej trzydzieści siedem dzisiaj rano, o czym poinformował nas najmłodszy dzieciak, który musiał w końcu pójść do szkoły. Później dom był pusty.

— W jaki sposób ten stary babsztyl się o nich dowiedział?

— Uspokój się — powiedział Warren. — Ciesz się, że nie wlazła do ich salonu. Stoi na trawniku. Ogrodzimy ropuchę sznurem, na którym powiesimy pranie. Ty i Marty możecie tam dotrzeć w ciągu pięciu minut. Zadzwonię do ludzi z tej posesji albo do któregoś z sąsiadów i powiem, żeby przykryli wiedźmę kocem, zanim przyjedziecie.

Grim pobiegł do wyjścia i wypchnął Marty’ego na korytarz.

— Co za pieprzona sprawa.

— Jeśli ją zobaczą, powiemy, że jest częścią festiwalu — zadecydował Warren. Posłał Grimowi uśmiech, który bardziej pasował do wesołej imprezki z mojito i salsą niż do sytuacji, w której mogli umrzeć ludzie, i ani trochę go nie uspokoił. — Żartem okolicznych mieszkańców witających nowo przybyłych. Mała sugestia może być skuteczna. Przecież to jest tylko czarownica.

Robert Grim odwrócił się w drzwiach.

— A Delarosowie nie są pieprzonym Jasiem i Małgosią!

3

Ostatni ciepły dzień roku zaczął się i szybko skończył. Semestr trwał już od trzech tygodni i Steve Grant zaczynał przyzwyczajać się do rytmu, który wyznaczały mu zajęcia w New York Med i praca na stanowisku szefa projektu w naukowym centrum badawczym. Jocelyn przez trzy i pół dnia pracowała w Muzeum Przyrodniczym Hudson Highlands w Cornwall, a chłopcy dojeżdżali do liceum O’Neilla w Highland Falls, chociaż zawsze z wielką niechęcią. Tyler z trudem ukończył przedostatnią klasę i obecnie brał dodatkowe lekcje matematyki, żeby odpowiednio przygotować się do końcowych egzaminów. Był z tego powodu wściekły. Tyler był człowiekiem słów, nie liczb, i jeśli ukończyłby szkołę — z dużym naciskiem na słowo „jeśli” — chciał pracować ze słowami. Najchętniej poszedłby na studia dziennikarskie na Uniwersytecie Nowojorskim, jednak w takim wypadku musiałby codziennie dojeżdżać do miasta. Pokój w domu studenckim, w tak niewielkiej odległości od Black Spring, byłby zbyt dużym niebezpieczeństwem. Powoli, niemal niedostrzegalnie, odciągałby go od jego własnego domu… i w końcu to akademik stałby się dla niego najważniejszym miejscem na ziemi, a on prawdopodobnie nawet by tego nie zauważył.

Matt przebrnął przez pierwszą klasę gimnazjum śpiewająco i zaczął drugą klasę, dojrzewając w przyspieszonym tempie. Otaczał się dziewczętami ze szkoły i zdawał się dzielić z nimi zarówno ich beztroskie chichoty, jak i ponure dni naznaczone PMS-em, chociaż wtedy trochę się ich bał. Jocelyn głośno wyrażała obawy, że w tym albo następnym roku Matt może ujawnić swoją prawdziwą naturę, i chociaż Steve z politowaniem wysoko unosił brwi, kiedy słyszał jej słowa, w głębi ducha podejrzewał, że Jocelyn ma rację. Jej przeczucia niepokoiły go nie dlatego, że był konserwatywnym ojcem, ale dlatego, że wciąż widział Matta tylko takim, jaki był przez cały czas — słodkim, wrażliwym dzieckiem.

Oni naprawdę rosną, myślał, nie bez cienia smutku. A my się starzejemy. Nikt dla nas nie zrobi wyjątku. Wszyscy się zestarzejemy… i będzie się to dziać w Black Spring.

Z powodu tych rozmyślań pogrążony w ponurym nastroju, szedł ścieżką wzdłuż wybiegu dla koni, kierując się do skraju podwórza. Chociaż była już niemal jedenasta, powietrze wciąż utrzymywało wysoką temperaturę. Był to typowy wieczór późnego lata, niezawierający w sobie ani śladu nadchodzącej jesieni, chociaż prognozy na następny dzień przewidywały ulewne deszcze. Przed oczami Steve’a rósł wysoki las, cichy i mroczny. Gwizdnął na Fletchera, który schował się gdzieś wśród drzew.

Po drugiej stronie płotu dostrzegł żarzący się koniuszek papierosa, którego palił Pete VanderMeer. Steve uniósł dłoń i Pete wesoło przyłożył dwa palce do skroni. Socjolog z krwi i kości, Pete często zasiadał na podwórku i palił papierosy aż do późnej nocy. Kilka lat temu odszedł na wcześniejszą emeryturę z powodu reumatoidalnego zapalenia stawów. Od tamtego czasu domem zajmowała się wyłącznie jego żona Mary. Pete był piętnaście lat starszy od Steve’a, jednak jego syn, Lawrence, był w tym samym wieku co Tyler, a obie rodziny przez lata bardzo się do siebie zbliżyły.

— Hej, Steve. Próbujesz wycisnąć resztki z kończącego się lata? — Pete uśmiechnął się.

— Ile tylko się da. Cieszę się nim, dopóki mogę. Na jutro zapowiadają burze. — Steve uniósł brwi.

— Może już słyszałeś? — Pete wydmuchnął wielką chmurę dymu. — Mamy świeże mięcho.

— O, cholera — odparł Steve. — Co to za ludzie?

— Jakaś para z miasta, oboje jeszcze dość młodzi. On dostał pracę w Newburghu. Trochę mi was przypominają. — Jeden z koni w stajni cicho zarżał. — Ale co ich przyniosło akurat tutaj? Łatwiej się u nas żyje, jeśli ktoś urodził się na miejscu, jak ja. Dadzą sobie radę, jeżeli ich małżeństwo jest dość silne. Większość par sobie radzi. Ale tobie przecież nie muszę tego mówić.

Steve uśmiechnął się z rezygnacją. On i Jocelyn również nie pochodzili z tej części świata. Przenieśli się do odnowionej kolonialnej rezydencji przed osiemnastu laty, kiedy Jocelyn nosiła w brzuchu Tylera, a Steve przyjął pracę w grupie lekarzy pierwszego kontaktu w New York Med. Mieli problemy ze sprzedażą dotychczasowego domu, kiedy opuszczali Atlantę — trafili na kiepskiego agenta nieruchomości i niespodziewane kłopoty związane z hipoteką — jednak wiedzieli, że nowe miejsce będzie idealne do wychowania dzieci. Duży dom otaczały lasy rosnące w dolinie rzeki Hudson, a odległość do uczelnianego kampusu była taka, że dało się pokonywać ją codziennie bez problemów.

— Mam nadzieję, że — dla ich dobra — żona także miała coś do powiedzenia przy przeprowadzce — powiedział Steve. — Bo jeśli chodzi o mnie, wciąż składam podziękowania kamieniom, które wtedy zaległy na dnie mojego serca.

Pete odrzucił do tyłu głowę i się roześmiał. Jocelyn pracowała nad doktoratem z geologii i wkrótce po przeprowadzce zakochała się w wielkich głazach, które pozostały po epoce lodowcowej wzdłuż całej Deep Hollow Road, od ich posesji aż po centrum miasta. Steve nigdy nie ośmielił się powiedzieć tego głośno, podejrzewał jednak, że te kamienie ocaliły jego małżeństwo. Gdyby przeprowadzka do Black Spring miała przynieść jakiekolwiek korzyści tylko jemu, nie był pewien, czy Jocelyn zdołałaby mu to wybaczyć. Być może chciałaby, jednak żal, jaki żywiłaby wobec niego, mógłby z czasem okazać się zbyt wielki.

— Och, jakoś dadzą sobie radę — odezwał się Pete. — Nigdy w pełni nie zawładną tym miejscem… ale Black Spring zawładnie nimi, zobaczysz. — Puścił do Steve’a oko, jakby obaj byli chłopcami dzielącymi jakiś sekret. — Tymczasem pójdę już do łóżka. Wkrótce czeka mnie trochę pracy.

Pożegnali się i Steve odszedł na tyły posesji, szukając Fletchera. Ze stajni dobiegły go odgłosy wydawane przez jednego z koni — Pabla albo Nike — zwierzak głośno wciągał powietrze, niespokojny, a zarazem ufny. Było coś dziwnego w tym, że Steve uwielbiał życie w Black Spring mimo jego ograniczeń — nie potrafił tego, jak i wielu innych aspektów ludzkiej psychiki, racjonalnie wyjaśnić, a jednak to uwielbienie naprawdę w nim tkwiło. Steve miał racjonalny umysł naukowca i w zasadzie nie wierzył w coś tak spirytualnego jak siła miejsca, chociaż bardziej prymitywna część jego mózgu, ta, która opierała się na intuicji, podpowiadała mu, że jego sąsiad ma rację. To miejsce zawładnęło nimi. I nawet teraz, w lekkim wietrze późnego letniego wieczoru, czuł, że tym miejscem z kolei włada coś znacznie starszego. Jego dom stał na granicy lasu Black Rock, będącego rezerwatem przyrody, u stóp Mount Misery. Łańcuch gór, wypchniętych wysoko przez lodowiec w epoce lodowcowej, a potem obniżonych, gdy lód zaczął się topić, od niepamiętnych czasów stanowił atrakcję dla ludzi, którzy osiedlali się w okolicy. Każdy, kto trochę pokopałby w tej ziemi, miał szansę natrafić na resztki osiedli i cmentarzyska plemienia Munsee i Mohikanów. Później przybyli tu holenderscy i angielscy kolonizatorzy, jednak po pewnym czasie odpłynęli „rzeką Indian”, jak nazywano Hudson, daleko stąd i dzikie obszary zdołały odzyskać pierwotny charakter, a ze wzgórz zaczęli korzystać barbarzyńcy i poganie, uprawiający swoje obrzędy. Steve znał historię, jednak czynnikiem, którego historycy nigdy nie analizowali, był wpływ tego miejsca na ludzi. Był to czynnik irracjonalny i mogli go zauważyć jedynie ci, którzy tutaj żyli… i dawali się ogarnąć jego sile.

W każdym razie pierwsze lata, jakie Steve tutaj spędził, nie były łatwe.

Najpierw przyszła niechęć, a potem złość. Niechęć zakończyła się gwałtownie, gdy — po siedmiu tygodniach niedowierzania i konsternacji — wykupili z Jocelyn miesięczne wakacje w luksusowym bambusowym bungalowie na tajskiej plaży. Steve uznał, że Jocelyn dobrze zrobi w czasie ciąży chwilowa ucieczka od problemów, na jakie natrafili w nowym miejscu. W połowie pierwszego tygodnia w Azji oboje wpadli w depresję, tak jakby z Zatoki Tajlandzkiej spłynął na nich wielki, niewidzialny smutek i natychmiast zaczął ich trawić od środka. Nie miał żadnego źródła, nigdzie nie był skierowany, a jednak istniał i rozszerzał się jak atramentowy kleks na papierze. Steve ani myślał przyznawać, jakoby miał on cokolwiek wspólnego z ostrzeżeniem Rady, że nadmierna długość wakacji w głupi sposób zagraża ich życiu, mimo że po niecałych dwóch tygodniach pobytu poza domem zaczął poważnie rozważać, czy nie powiesić się pod sufitem bambusowego bungalowu, korzystając z pociętego prześcieradła.

Chryste, jak długo tutaj stałem? — zadał sobie wtedy pytanie, kiedy gwałtownie obudził się z bezmyślnej maligny. Mimo tropikalnej gorączki na ramionach i na plecach miał gęsią skórkę. Stał z prześcieradłem w rękach. Nie wiedział, co go opętało, jednak wyobraźnia podsuwała mu bardzo wyraźny i straszny widok własnych wytrzeszczonych oczu, gdy napięte prześcieradło odetnie dopływ tlenu do jego mózgu, a ciśnienie hydrostatyczne jego płynu mózgowego wzrośnie do poziomu, którego organizm nie zaakceptuje. Ale w tej wizji Steve wciąż żył. Żył i patrzył na swoje stopy przebierające w powietrzu, dopiero potem unosił wzrok, patrzył na morze — i wreszcie przychodziła śmierć. Na Boga, co to było? — rozmyślał, obmywając twarz zimną wodą. Chciałem tego. Naprawdę tego chciałem.

Jocelyn też miała wizję. Ale ona się w niej nie zabijała. Ona uprawiała seks z osłem, a potem wbijała sobie nóż w brzuch, żeby rozszarpać nienarodzone dziecko.

Tego samego wieczoru spakowali bagaże, zmienili rezerwację na samolot i wrócili prosto do domu. Kiedy tylko znaleźli się w Black Spring, wielki smutek opuścił ich jak ręką odjął, a świat znów stał się całkiem do zniesienia.

Nigdy więcej nie było im tak źle jak wtedy w Tajlandii. Prowadzili potem emocjonalne rozmowy z Robertem Grimem i małą grupą wolontariuszy z miasta, których przydzielono do Rady. Wśród nich znajdował się Pete VanderMeer.

„Przyzwyczaicie się do tego” — mówił Pete. „Kiedyś uważałem Black Spring za celę śmierci, teraz jednak odbieram to miasto jak małą stajenkę z zakratowanymi drzwiami. Od czasu do czasu wolno ci wsunąć palec pomiędzy kraty, ale tylko dlatego, żebyś mógł się przekonać, że twój palec sympatycznie obrasta tłuszczykiem”.

Kiedy Steve i Jocelyn zdali sobie sprawę, że nie ma sensu zaprzeczać oczywistej prawdzie, uczucie bezsilności powoli przerodziło się w depresję i niegasnące poczucie winy, które podniosło napięcie w ich związku. Jednak pojawienie się dziecka przyniosło z kolei uzdrowienie. Kiedy Tyler miał sześć miesięcy, Steve dał sobie spokój z wszelkimi próbami nie tylko zrozumienia własnej sytuacji, ale też jej odmienienia, i uznał, że przeprowadzka do Black Spring była po prostu gestem miłości. Dzięki temu się pozbierał, jednak na sercu wciąż nosił rany: rozumiał, że Tyler nigdy nie zostanie korespondentem wojennym, a Jocelyn będzie musiała raz na zawsze zapomnieć o badaniach na lodowcach Grenlandii. Ich miłość musiała skierować się na wyludnioną i zapomnianą ziemię, a nie na jakąś osadę w żyznej dolinie rzeki Hudson. To złamało ich serca, podobnie jak ludzkie serca łamią wszystkie niespełnione marzenia, ale takie było po prostu życie. Jocelyn i Matt nauczyli się kochać konie — szczególnie Matt polubił jazdę konną i już od pięciu lat startował w zawodach jeździeckich — a Tyler miał swoją kamerę GoPro i YouTube’a. Jocelyn i Steve zaadaptowali się w Black Spring, oboje coś dla tego miejsca poświęcili. Ludzie postępowali tak z miłości albo po prostu dla dzieci. Z powodu choroby albo wypadku. Z powodu nowych marzeń… a czasami z powodu Black Spring.

Czasami poświęcano się z powodu Black Spring.

Płowa sowa zahukała w lesie, przestraszyła się własnego głosu i zamilkła. Steve jeszcze raz zagwizdał na psa. Zaczął odczuwać zaniepokojenie. Niczym nieuzasadnione, oczywiście, niedorzeczne, a nawet absurdalne, jednak w taki wieczór, gdy czuło się w ciemnościach moc tego miejsca, trudno było je odrzucić. Niezbyt często wracał myślami do pierwszych lat w Black Spring. W jego pamięci uległy dość głębokiemu zatarciu. Przypominały topniejący śnieg, znikający w tym samym momencie, w którym nadepnie się na niego butem. Pamiętał, że zadawali sobie pytanie, czy to etyczne — zabierać dziecko do świata znajdującego się właśnie w takim miejscu. Jocelyn reagowała na to pytanie cokolwiek zjadliwie, twierdząc, że w latach wojny i głodu dzieci rodziły się i żyły w znacznie trudniejszych warunkach.

Później żyli przez większość czasu stosunkowo szczęśliwie… jednak poczucie winy nigdy całkowicie ich nie opuściło.

— Fletcher, chodź tutaj — syknął Steve.

W końcu Fletcher wynurzył się z ciemności i podszedł do Steve’a, jednak nie po linii prostej, lecz łukiem, aby okazać mu, że przecież nie zrobił niczego złego. Steve zamknął stajnię i poszedł za psem kiepsko wybrukowaną ścieżką do tylnych drzwi domu.

W domu panowała cisza, zakłócana tylko przez odgłosy śpiących ludzi. Jedyne światło dochodziło z pokoju Tylera, znajdującego się na piętrze. Kiedy Steve stanął na ostatnim stopniu schodów, chłopak akurat wychodził z łazienki. Steve zatrzymał się przed nim, przyjął postawę bokserską i Tyler uderzył go pięściami w otwarte dłonie; było to ich standardowe powitanie.

— Jesteś gotowy na jutro?

— A czy my wszyscy kiedykolwiek będziemy gotowi na jutro?

Steve uśmiechnął się.

— Wieczny filozof. Tylko nie siedź w nocy za długo.

— Właśnie miałem zamiar wyłączyć światło. Dobranoc, tato.

Ale kiedy pół godziny później Steve szedł do łazienki, przez szczelinę nad drzwiami wciąż sączyła się z pokoju Tylera blada poświata, której źródłem niewątpliwie był ekran laptopa. Już chciał to skomentować, jednak zrezygnował. Postanowił nie naruszać już dzisiaj prywatności chłopca.

Właśnie miał się położyć, ale zdecydował się raz jeszcze wstać z łóżka i popatrzeć przez okno. Jocelyn nawet się nie poruszyła. Ich pokój znajdował się w tylnej części domu i na zewnątrz, na podwórzu, było zbyt ciemno, by mógł rozróżnić wzrokiem jakieś kształty, jednak Steve odniósł wrażenie, że dostrzega czerwone światło kamery obserwacyjnej, umieszczonej wśród konarów dębu w rogu posesji. Ale po chwili światełko zniknęło. Być może zasłoniły je liście. Skojarzył je z koniuszkiem papierosa, który palił Pete VanderMeer. Przypomniała mu się pohukująca sowa. Odgłosy zaniepokojonych koni. I światło z pokoju Tylera. Wszyscy są czujni, pomyślał. Oni wszyscy czuwają. Dlaczego?

Aby strzec tego, co należy do nich. Była to raczej niedorzeczna, chaotyczna myśl, ale po niej pojawiła się następna, bardziej klarowna, która wcisnęła się do zmęczonego mózgu Steve’a z zimną stanowczością: czasami ludzie są czujni z powodu Black Spring.

Odepchnął ją od siebie i wkrótce zasnął.

4

Wpis, zamieszczony następnego dnia rano na stronie Otwórz Oczy: Głos z Gniazda Czarownicy, brzmiał następująco:

zrobimy to dzisiaj! #fantastycznie

#mainstream #japierdolę #testlatarni

Zamieszczone o godz. 10.23 przez: Tylera Granta

Oczywiście nikt w Black Spring nie przeczytał wpisu tego dnia. Pięć osób, które wiedziały o istnieniu tej strony i które znały do niej hasło, miało od szesnastu do dziewiętnastu lat i nawet za milion lat żadna z nich nie wpadłaby na pomysł odwiedzenia strony Otwórz Oczy za pomocą łączy internetowych, jakich dostarczało miasto.

Powitanie na stronie OO brzmiało następująco:

Okej, oto ostrzeżenie, którego, jak ci się mocno zdaje, nie przeczytasz, podobnie jak formułek o pełnoletniości, które odhaczasz z automatu, kiedy chcesz zwalić konia. Ale w tym przypadku sprawa wygląda inaczej: masz przed sobą oficjalny tekst, który musisz zapamiętać słowo po słowie, lepiej niż pieśń bojową drużyny O’Neill Raiders (dla bohaterów wśród nas) albo przemowę gettysburską (dla neonihilistów). To ostrzeżenie jest ABSOLUTNIE TAJNE i nie wolno się na nie LOGOWAĆ, KURWA, W BLACK SPRING, nawet na iPhonie czy tablecie. Jesteś głupi, jeśli to zrobisz, bo wykryją URL swoim wykrywaczem. Na temat OO możesz dyskutować jedynie w realu, nie przez ­Skype’a, nawet jeśli krowa stoi na kablu pomiędzy tobą a HEX-em. Żeby wszystko było jasne: podlegamy prawodawstwu, które stanowi, że: 1) przechowywanie lub rozsyłanie nielegalnie zdobytych zdjęć Babci K. skutkuje biletem w jedną stronę do Doodletown i 2) przecieki uważane są za „poważne naruszenie miejskiego porządku publicznego” i już wcześniej dawaliśmy sobie z nimi radę, podobnie jak w średniowieczu, stosując karę cielesną („nie-stosowaliśmy-tej-kary-od-1932-roku”, JMTO*). Weź pod uwagę, że TO, CO ROBIMY, JEST NIEBEZPIECZNE. Jedyną dobrą rzeczą w mieście, które wybija się w indoktrynowaniu młodych ludzi, jest to, że wszyscy w nim potraficie dotrzymywać sekretów. Ufam wam. Nie chcę się na ten temat wymądrzać, ale każdego dnia sprawdzam państwowy licznik, aby wiedzieć, kto się loguje i skąd. Każdy, kto łamie zasady, otrzyma dożywotni zakaz korzystania z OO bez wcześniejszego ostrzeżenia. I to zanim Colton i spółka zaczną swój popieprzony występ. PODPORZĄDKUJCIE SIĘ ZASADOM. To nasze ostateczne wpieprzenie was w system!

* Jakby mnie to obchodziło.

Podporządkowywali się zasadom, oczywiście. OO było prawdopodobnie jedynym takim partyzanckim ruchem online, który funkcjonował wyłącznie w pełnym świetle dnia: wszyscy jego użytkownicy mieszkali w Black Spring i spędzali noce we własnych łóżkach.

Ale nie tę noc. Tej nocy wymknęli się ze swoich pokojów, zeszli w dół po rynnach i piorunochronach jak bojownicy na okupowanym terytorium, wyposażeni w szpadle, liny, czarne ubrania i nożyce do cięcia drutu. Nie można było nazwać ich bliskimi przyjaciółmi, przynajmniej nie wszystkich. Z piątki, która wyszła z domów w nocy, za swoich prawdziwych przyjaciół Tyler uważał jedynie Lawrence’a VanderMeera z sąsiedniej posesji i Burana Sayera — nie takich, z którymi wymienia się esemesy do wczesnych godzin porannych, ale takich, którym można się zwierzać z nawet najbardziej osobistych spraw. To i tak mało powiedziane, bo Tyler nie miał nikogo innego, komu mógłby zaufać. Ludzie urodzeni w Black Spring znali się nawzajem od najwcześniejszego dzieciństwa i obawiali się wyłącznie dorosłych, a nie swoich rówieśników.

Była to pierwsza deszczowa noc tej jesieni. Padał wcale nie letni kapuśniaczek, lecz prawdziwy jesienny deszcz, taki, który wydaje się leniwy i zdaje się nie mieć końca. Zanim po czterdziestu minutach skończyli misję, byli kompletnie przemoczeni. Podali sobie dłonie i Tyler powiedział uroczyście:

— Dla nauki, koledzy.

— Dla nauki — powtórzył Lawrence.

— Dla nauki — odpowiedzieli jak echo Justin Walker i Buran.

Jaydon Holst obrzucił ich kwaśnym spojrzeniem i powiedział:

— Za was, pedzie.

Następnego poranka, z workami pod oczyma sięgającymi stóp, zgromadzili się na werandzie Sue’s Highland Diner przy rynku miejskim, chociaż słowem „rynek” określano to miejsce raczej na wyrost. Było to bardziej zbiorowisko sklepów i restauracji umiejscowionych przy Lower Reservoir i Deep Hollow Road, otaczających Mały Kościół Metodystów (który wszyscy nazywali Kryształowym ze względu na kształt jego okien) i stary cmentarz, umiejscowiony na Wzgórzu Świątynnym. Ale byli też tacy, którzy uważali słowo „zbiorowisko” za zbyt mocne dla kilku byle jakich knajpek i tanich sklepików na niewielkim skrzyżowaniu. Do tych sceptyków należało pięciu chłopców, którzy zajęli miejsca na werandzie u Sue i niemrawo sączyli cappuccino oraz latte, zbyt wymęczeni, aby nadmiernie ekscytować się tym, co się zbliżało.

— Czy wy przypadkiem nie powinniście być teraz w szkole, chłopcy? — zapytała Sue, kiedy przyniosła im zamówione napoje.

Wreszcie przestało padać, powietrze było jednak chłodne i Sue musiała zetrzeć całe kałuże wody z plastikowych stolików i krzeseł.

— Nie, pierwsze dwie lekcje zostały odwołane i nauczyciele pozwolili nam wyjść — odpowiedział jej Buran.

Pozostali chłopcy pokiwali twierdząco głowami i zmrużyli oczy, chroniąc je przed bladym słońcem. Buran pracował u Sue na zmywaku, dzięki czemu pierwsze zamówienie mieli u niej za darmo. Po nim zwykle przenosili się do Griselda’s Butchery & Delicacies po drugiej stronie placu (Griselda była matką Jaydona) i znów korzystali z darmowego zamówienia.

Jednak Buran nie kłamał, przynajmniej nie całkowicie. Pierwsze dwie lekcje rzeczywiście odwołano, jednak nikt ich z tego powodu nie wypuścił ze szkoły.

— Mieliśmy alarm, chłopcy — powiedziała Sue.

— Wiemy, proszę pani — odparł Jaydon Holst uprzejmie; dla wszystkich, którzy go znali, był to znak, że wypowiada słowo UWAGA, i to wielkimi, lśniącymi jak neon literami.

W gruncie rzeczy, jak kiedyś Tyler powiedział do Lawrence’a, Jaydon był jedynym powodem, dla którego słowo „uwaga” w ogóle istniało, podobnie jak słowa „przymusowe zobowiązanie” i „rychła katastrofa”. Wszyscy jednak znali tego przyczynę, próbowali więc okazać zrozumienie.

— Stwierdziliśmy, że jeśli tutaj usiądziemy, będziemy mogli pomóc, gdyby się coś wydarzyło.

— Jesteś aniołem, Jaydon. Powiem o tym twojej mamie dzisiaj po południu. — Buran z trudem powstrzymał śmiech, kiedy Sue postawiła przed nim popielniczkę. — Przynieść wam coś jeszcze, chłopcy?

— Nie, dziękujemy pani — odparł Jaydon z uśmiechem, który wyrósł na jego ustach jak chmura tlenku węgla.

Kobieta miała już zabrać ze stolika otwarte menu, gdy Tyler szybko położył na nim rękę z większą siłą, niż zamierzał.

— Mogę zatrzymać kartę? Pewnie później będę chciał coś jeszcze zamówić.

— Jasne, Tyler — odpowiedziała Sue. — Tylko krzyknij, dobrze? — Zabrała z powrotem tacę.

Przez moment wszyscy milczeli. W tej ciszy niezręczność ­sytuacji zdawała się zagęszczać powietrze. Wreszcie Jaydon odezwał się ze słabym uśmiechem:

— Do kurwy nędzy.

— Stary, naprawdę… naprawdę chcesz skończyć w Doodle­town? — Mimo że Tyler odczuł ulgę, serce podbiegało mu niemal do gardła.

Gdyby Sue odkryła GoPro pod menu, wszyscy znaleźliby się po pachy w gównie. Światełko sygnalizujące nagrywanie paliło się, a obiektyw kamery skierowany był na południe, wzdłuż Deep Hollow Road, w miejsce, w którym dwaj mężczyźni ustawiali w poprzek ulicy biało-czerwone barierki tuż przy kościele Matki Boskiej. To samo działo się w północnej części Deep Hollow Road, za skrzyżowaniem z Old Miners, która biegnąc od Pointu, właśnie tam otwierała się na główną arterię. GoPro nie mogło tego rejestrować, ale Tyler, Justin i Lawrence mogli. I działo się coś jeszcze: z domu spokojnej starości Roseburgh, położonego tuż przy knajpce Sue, wyszło osiem albo dziewięć grubo ubranych starszych kobiet i uważnie lustrowało ulicę. Rozmawiały między sobą i wziąwszy się pod ramiona, minęły werandę, po czym ruszyły w kierunku skrzyżowania.

— Czas na przedstawienie — zauważył Justin. — Tłumy oszaleją.

— Która godzina? — zapytał Tyler.

Lawrence zerknął na swojego iPhone’a.

— Dziewiąta trzynaście. Jeszcze minuta. Włącz kamerę, stary.

Bardzo ostrożnie Tyler przesunął kamerę, zakrywaną przez kartę menu, na drugą stronę małego stolika i wycelował jej obiektyw w Old Miners Road, biegnącą ku wzgórzu ostrymi zakrętami w kształcie litery „S” i mijającą zamknięte Centrum Turystyczne Popolopen. Para starszych kobiet usiadła na ławce przy fontannie, nad którą górował brązowy posąg praczki. Pozostałe weszły spacerowym krokiem na cmentarz — zapewne żeby sprawdzić, czy są już dla nich gotowe miejsca, pomyślał Tyler.

— Och, Boże — cicho jęknął Justin i pokiwał głową. — Jest.

— Dokładnie o czasie — oznajmił Tyler, zbyt podekscytowany, żeby zachować spokój i nad sobą panować. Oblizał wargi, wyjął spod menu iPhone’a należącego do Lawrence’a i przytrzymał go przed obiektywem kamery. — Środa rano, godzina dziewiąta czternaście. Jak zwykle, dokładnie we właściwym miejscu.

Z daleka zobaczył, jak z lasu, prosto na Old Miners Road, wychodzi kobieta.

Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego wybiera DOKŁADNIE ten sam szlak na rynku i zawsze w tym samym tempie mija cmentarz w KAŻDY środowy poranek, jednak wiedźma z Black Rock jest jak Pani Autyzm, niepokonana posiadaczka tytułu od trzystu pięćdziesięciu lat. A przecież wiedźmy i czarownice bynajmniej nie z tego są znane. Człowiek się zastanawia, czy kiedykolwiek doskwiera jej pragnienie. Cóż, nie. Ona jest jak system operacyjny Microsoftu: zaprojektowana, by siać śmierć i zniszczenie i za każdym razem przekazywać informację o tym samym błędzie.

Zatem ów wzór zachowania jest megainteresujący, ponieważ: co ona tutaj robi i dlaczego co tydzień powraca? Uważajcie! Mam dwie teorie:

Według pierwszej teorii kobieta tkwi w jakiejś pętli czasu i powtarza swoją przeszłość aż do momentu obsesji — kompulsywnej nerwicy (znanej także jako teoria Windows XP). Grim mówi, że dawno temu na placu przed kościołem funkcjonował rynek pod gołym niebem (zapytałem, czy znajdował się też przed samym cmentarzem, a on odparł, że nie ma pewności, czy w tamtym okresie cmentarz w ogóle istniał) i być może kobieta chodziła tam wówczas po chleb i ryby (co zdaje się w ogóle nie mieć sensu, bo jeśli miasto ją wygnało, raczej nikt nie dopuściłby, żeby robiła na jego terenie zakupy. Wniosek: Grim jest bystry, ale w tym przypadku tylko zgaduje). Zapewne nie chodziła również do kościoła, ponieważ heretycy do kościoła nie chodzą (chyba że tacy, którzy tańczą nago przed krzyżem, smarują się krwią Chrystusa i śpiewają różne swoje psalmy i pieśni), w przeciwnym wypadku nie mielibyśmy teraz z nią do czynienia, prawda?

I jeszcze jedno: jeśli ktoś jest martwy (albo powinien być martwy), w jakim celu tydzień po tygodniu maszeruje zawsze tą samą trasą? Czy w szkołach dla czarownic nie nauczają różnorodności? Jednostajność ma równie mało sensu jak staromodne zabawy poltergeistów: światło włącz, światło wyłącz (według mnie, jeśli ktoś chce coś wyrazić, po prostu powinien głośno mówić i bynajmniej nie w pieprzonej łacinie).

Drugą i bardziej prawdopodobną teorią jest ta, w myśl której KOBIETA CHODZI WCIĄŻ TĄ SAMĄ TRASĄ, PONIEWAŻ MA ZASZYTE OCZY. Co, jeśli mamy w Black Spring czarownicę, która ZOSTAŁA CAŁKOWICIE ZAMROŻONA (nazwijmy to teorią Windows Vista)?

Źródło: strona internetowa Otwórz Oczy, wrzesień 2012

Obserwowali, jak kobieta z zaszytymi oczami przechodzi przez Old Miners Road, mija przystanek autobusowy i jest coraz bliżej i bliżej. Jej bose stopy formowały w kałużach rozchodzące się kółka. Być może jej napędem był instynkt albo coś znacznie starszego i bardziej prymitywnego niż instynkt, w każdym razie Tyler wiedział, że jest to coś, do czego nie potrzebowała niewidzących oczu. Słyszał głuchy szczęk łańcuchów, które przytwierdzały jej ręce i suknię do ciała. Łańcuch nadawał jej wygląd enchilady z supermarketu, zawiniętej w celofan, nieruchomej, bezbronnej i nieapetycznej. Tyler uważał ją za mniej straszną, kiedy chodziła, ponieważ wtedy nie musiał się zastanawiać, co knuje gdzieś w głębi, za starannie zaszytymi oczyma. Była jak rzadki owad, którego chce się uważnie oglądać, pilnując jednak, aby nie użądlił.

Ale kiedy się zatrzymała… była trochę dziwaczna.

— Wiecie, co mnie w niej uderza? — zapytał Justin zadumanym głosem. — Ona jest nieskończonym brzydactwem, trudno więc uznać ją za postać z baśni.

— Bo ona nie jest żadną pieprzoną postacią z baśni — powiedział Buran. — Jest zjawiskiem pozaziemskim.

— Do diabła, akurat. Czarownice pojawiają się tylko w baśniach. A więc i ona jest postacią z baśni.

— Gówno prawda! Pod jakim kamieniem ojciec zrobił dziecko twojej matce? Pomimo takiej nieziemskiej przygody nie powiła cię przecież kobieta z baśni. W każdym razie czarownice nie istnieją naprawdę.

— A gdyby nagle pojawił się przed tobą Czerwony Kapturek? — zapytał Justin z powagą, na którą nie należało reagować drwiną. — Byłby dla ciebie zjawiskiem pozaziemskim czy postacią z baśni?

— Wyłącznie laską, która ma obsesję na punkcie tamponów — odparł Jaydon.

Buran parsknął śmiechem, rozbryzgując na koszuli cappuccino, a Lawrence dostał niemal spazmów ze śmiechu. Trochę za wiele tego dobrego, pomyślał Tyler.

— O, kurwa! — Buran zaczął wycierać plamy serwetkami. — Facet, jesteś wariatem.

— Przy okazji — odezwał się Lawrence, kiedy odzyskał nad sobą kontrolę — wiedźma z Blair także nie była postacią z baśni.

Był to argument, którego Justin nie mógł obalić i który w gruncie rzeczy zakończył dyskusję.

Do kościoła Matki Boskiej zbliżał się samochód. Starsze kobiety z ławki przed fontanną wyciągnęły energicznie szyje i popatrzyły w jego stronę, samochód jednak zatrzymał się przed blokadą na drodze i skręcił w lewo. Kobiety uspokoiły się. Pewnie to jakiś mieszkaniec miasta. Gdyby zobaczyły kogoś obcego, starsze panie już gromadziłyby się dookoła Babci i ruszyłyby razem z nią, intensywnie przerzucając się uwagami. A gdyby Babcia się zatrzymała, Tyler wiedział (i ta wiedza, bardziej niż cokolwiek innego, sprawiała, że wstydził się statusu chłopaka z Black Spring), że staruszki znów otoczyłyby ją jak swoiste Glee dla umierającego i zaczęłyby śpiewać kościelne hymny. Głębszego znaczenia tej sceny nie mógł dostrzec, była ona jednak znakomitym przykładem odwróconej psychologii: nikt nigdy nie dostrzeże wymizerowanej kobiety skrępowanej łańcuchami, jeżeli z góry nie będzie wiedział o jej istnieniu. I nikt nie będzie w stanie trawić starych ludowych pieśni przez czas wystarczająco długi, aby się o niej dowiedzieć.

Kobieta z zaszytymi oczami minęła patio tuż przed chłopcami i szła dalej w kierunku placu, obserwowana uważnie przez staruszki siedzące przy fontannie. Tyler przestawił GoPro. Dla powodzenia eksperymentu zasadnicze znaczenie miało to, żeby w pobliżu nie znalazł się żaden obcy. W chwili, gdy już miał się uśmiechnąć na myśl o dopisującym im szczęściu i powodzeniu, w drzwiach knajpki pojawiła się Sue. Stanęła w progu, jakby nagle uderzyło w nią jakieś szlachetne, do tej pory niewidziane u niej poczucie odpowiedzialności za nieletnich gości.

— Ma pani jakieś pestycydy? — zapytał Jaydon.

Sue roześmiała się i odparła:

— Gdyby działały, korzystalibyśmy z nich od dawna, Jaydon.

Nie zdawała sobie sprawy, że chłopcy potrzebowali pestycydów właśnie dla niej, a nie dla czarownicy. To ona musiała zniknąć. Tymczasem Buran błyskawicznie pojął sytuację, wspomniał coś o swoim grafiku dyżurów i oboje z Sue zniknęli za drzwiami.

Justin roześmiał się.

— Ta kobieta pozwoliłaby nawet, żebyś ją wypieprzył, Jaydon.

— Odpierdol się.

— Panowie, zamknijcie się — zażądał Tyler. — To się zaraz stanie.

Wyciągnął GoPro spod menu i osłonił sprzęt własnym ciałem przed okiem kamery umieszczonej na fasadzie Point Inn po drugiej stronie skrzyżowania. Ku powszechnej wesołości chłopców kamera wciąż zwisała byle jak, pod niskim kątem, w takiej pozycji, w jakiej Jaydon pozostawił ją ostatniej nocy, mocno uderzywszy w nią długim kijem. Jaydon był jak żywa mapa wojskowa, gdy chodziło o znajomość rynku i jego otoczenia, ponieważ razem z matką mieszkał za sklepem mięsnym po drugiej stronie. Powiedział, że są jeszcze dwie kamery, które mają widok na latarnię po wschodniej stronie cmentarza. Jedna umieszczona była w krzakach na najwyższym rogu Wzgórza Świątynnego; powiesili przed nią gałązkę sosny. Do drugiej kamery nie mogli dotrzeć. Ukryta była we framudze okna kościoła Kryształowego, uznali jednak, że rośnie przed jej obiektywem zbyt wiele drzew, żeby mogła stanowić w nocy realny problem.

Była druga pięćdziesiąt siedem, kiedy niczym kurtynę zawiesili na gałęzi dębu wyrastającego ponad cmentarny płot długi szary płaszcz Burana. Była trzecia trzydzieści sześć, kiedy wykręcili z wody przemoczoną kurtynę i zrolowali ją. Przez cały ten czas przez Deep Hollow Road przejechał, nie zwalniając, tylko jeden samochód.

Jedynym widocznym dowodem ich operacji było to, że światło uliczne za kurtyną zniknęło o godzinie trzeciej siedemnaście, dokładnie w chwili, w której Jaydon przeciął naziemny kabel elektryczny biegnący do podziemnego źródła zasilania. Szczęśliwie sama lampa nie była zbyt wysoka, a jej klasyczna obudowa wykonana została z aluminium, a nie z kutego żelaza. Łatwizna. Do czasu, kiedy wszystko wyczyścili i wznieśli toast za naukę, lampa nie stała już przy cmentarnym płocie, lecz została starannie wbita w chodnik, mniej więcej o metr w lewo.

Strefa zero.

A więc jak widzicie na nagraniach poniżej, kobieta wychodzi wprost z lasu i idzie Deep Hollow Road w kierunku zachodnim. Dociera do rynku, kroczy wzdłuż strumienia, przechodzi na trotuar, wykonuje niepełny piruet w kierunku płotu cmentarnego, jakby była jakąś primabaleriną, i zatrzymuje się twarzą do ulicy, jakby nagle ktoś odłączył ją od źródła zasilania. Następuje jakiś poważny błąd wykonania. Zapewne z dymem unoszącym się z jej włosów efekt byłby jeszcze bardziej dramatyczny. Dokładnie osiem minut i trzydzieści sześć sekund później następuje sytua­cja, jakby ktoś nacisnął Ctrl + Alt + Del, bo staruszka znowu zaczyna iść i znika za domami na Hilltop Drive. I dzieje się tak co tydzień, wszystko przebiega identycznie (jeśli pominąć głupi problem wynikający z tego, że nikt dokładnie nie wie, gdzie i w jaki sposób ona się ulatnia — jakieś pomysły, panowie?).

Wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka.

Kiedy kobieta z zaszytymi oczami szła wzdłuż strumienia i minęła znak drogowy UWAGA, DZIECI, chłopcy na werandzie wpadli w takie podniecenie, że wstali z krzeseł i zaczęli kołysać się na nogach. Nic na to nie mogli poradzić. Odnosili wrażenie, że są świadkami jednego z tych rzadkich wydarzeń w historii ludzkości, które przeżyją nawet Wikipedię, takich jak wynalezienie penicyliny czy pierwszy wybuch implantu silikonowego w damskiej piersi. Tyler zapomniał o strachu przed Doodletown i nie troszczył się już o ukrywanie GoPro przed kamerami obserwacyjnymi. To trzeba było zarejestrować.

— O-do-kurwy-nędzy — wyjęczał Justin na bezdechu.

— Ona to zobaczy… ona to zobaczy… ona to zobaczy.

Nie zobaczyła. Z głuchym odgłosem wiedźma z Black Rock weszła na przestawioną latarnię i upadła na tyłek.

Kobiety przy fontannie podskoczyły, wrzasnęły i zakryły usta dłońmi. Tyler i jego koledzy popatrzyli po sobie w ciszy. Opadły im szczęki, zaskoczenie odebrało mowę. Buran stanął w drzwiach knajpki. Można było odnieść wrażenie, że w jednym momencie z atmosfery wyssany został cały tlen. To, co zobaczyli, przekroczyło ich najśmielsze wyobrażenia. Właśnie przewrócili na ziemię trzystuletnie zjawisko nadprzyrodzone i nagrali to na pieprzonym sprzęcie wideo.

Babcia zaczęła się tarzać na schnącym chodniku u stóp latarni niczym enchilada w celofanie. Jej pomarszczona i okaleczona twarz wydawała się teraz jeszcze brzydsza. Sprawiała wrażenie całkowicie bezbronnej, niczym mały ptaszek, który wypadł z gniazda. Nie było szansy, że samodzielnie wstanie. Podeszła do niej jedna ze starszych kobiet. Dłoń przykładała do policzka i przez moment Tyler obawiał się, że podejmie samobójczą decyzję o udzieleniu jej pomocy, gdy nagle wydarzyło się coś niesamowitego. Czarownica niespodziewanie stanęła z powrotem na nogach. Obserwująca to kobieta cofnęła się i wrzasnęła. W jednej chwili babcinka leżała na ziemi, bezbronna i wijąca się bezradnie, a w kolejnej, zmieniwszy pozycję niczym na taśmie wideo odtworzonej w zwolnionym tempie, stała poirytowana przed słupem latarni, jakby chciała przejść wprost przez niego.

— Jezu, kurwa… — Jaydon zdołał powiedzieć tylko tyle.

— Nagrałeś to? — zapytał Lawrence.

Tyler popatrzył na kamerę i zdał sobie sprawę, że właśnie popełnił najgłupszy błąd w swojej karierze reporterskiej. Całkowicie zaaferowany pozwolił, żeby kamera zawisła na pasku i nagrała niezwykle interesujący obraz chodnika zamiast niesamowitego podniesienia się czarownicy z upadku. Poczuł, jak czerwienieją mu policzki, i przeklął się w myślach, jednak pozostali chłopcy byli zbyt zajęci czym innym, by teraz zwracać na niego uwagę.

— Co się dzieje? — zapytała Sue. Stanęła w progu za plecami Burana i próbowała cokolwiek dojrzeć.

Nikt nie raczył się do niej odezwać.

— Popatrzcie na to — powiedział Justin. — Ona próbuje przedostać się przez słup.

Była to prawda. Przez trzysta lat czarownica tędy przechodziła i dzisiejszy dzień nie miał być wyjątkiem, nieważne, że na chodniku stała jakaś lampa.

— Ona jest jakby zaprogramowana — zauważył Lawrence.

— Ona jest jak ta pieprzona lampa — dodał Jaydon.

Po trzydziestu sekundach tarcia metalu o metal czarownica niespodziewanie przedarła się przez słup, wykonała swoje trzy czwarte piruetu i odeszła.

Justin roześmiał się pierwszy.

Potem Buran.

Nagle już wszyscy chłopcy śmiali się dzikim, niekontrolowanym śmiechem, klepali się po ramionach i uderzali pięściami w barki. Ponure staruszki przy fontannie odwróciły się i utkwiły spojrzenia w młodzieńcach. Dostrzegły GoPro i jedna z nich krzyknęła:

— Hej, co wy tam macie? Co ty robisz z tą kamerą, młody człowieku?

— Hej, baby! — wrzasnął Jaydon. — Która z was ją pchnęła?

Pytanie wywołało wśród kobiet ogólną konsternację, jakby zaczęły poważnie się zastanawiać, czy któraś z nich rzeczywiście nie przewróciła czarownicy (a może ludzie po siedemdziesiątce po prostu tracą zdolność szybkiego myślenia?), co sprawiło, że chłopcy zaczęli śmiać się jeszcze głośniej. Wciąż chichotali, gdy po minucie mijali blokadę na drodze i biegli w dół Deep Hollow Road, a potem śmiali się jeszcze głośniej, aż po przebiegnięciu dwustu metrów nie byli w stanie powstrzymać ciekawości i przystanęli, by obejrzeć obraz zarejestrowany na ekranie LCD kamery GoPro.

* * *

Obrazy nie powinny stanowić zaskoczenia: wiadomo, co na nich jest. Kamera nagrała — po raz pierwszy w historii dziennikarstwa — zjawisko nadprzyrodzone upadające na tyłek. Jego wyjątkowość nakazywała przypuszczać, że w ciągu kilku minut na YouTubie powinni zainteresować się nim po prostu wszyscy, że wkrótce będzie omawiane na setkach blogów, nie wspominając o nieskończonych powtórkach u Jimmy’ego Fallona. Ale, oczywiście, coś takiego nie mogło nastąpić: nagranie musiało pozostać tajne. A jednak jeszcze tego samego wieczoru osiągnęło status niemal kultowego.

Chłopcy nie urodzili się wczoraj i wiedzieli, że dysponują czymś niebezpiecznym. Wiedzieli, że jest tylko jeden sposób, żeby uniknąć Doodletown: sami muszą zrobić pierwszy krok i udawać niewiniątka.

— Tak się po prostu zabawialiśmy — mówi Tyler, kiedy pokazują reżyserską wersję nagrania Robertowi Grimowi.

W tej wersji widać na ekranie tylko czarownicę idącą wzdłuż strumienia, wpadającą na lampę i przewracającą się. Grim odtwarza nagranie prosto z karty pamięci. Tylko te nagrania z poranka zostały na niej zachowane. Pozostałe zostały przeniesione na macbooka Tylera i zabezpieczone hasłem. Tyler próbuje nadać skruszoną barwę swojemu głosowi, wyobrażając sobie aureolę nad własną głową, jednak w pewnym momencie nie potrafi powstrzymać śmiechu.

Robert Grim także się śmieje. I nawet łzy toczą się po jego policzkach, kiedy ogląda komiczną scenę. Śmieje się z tego samego powodu, który wywołuje śmiech u chłopców, i z tego samego, z czego śmieją się regularni bywalcy baru Quiet Man, gdy tego samego wieczoru pochylają się nad jego laptopem. Nikt spośród nich nie zdaje sobie sprawy, że jest to coś więcej niż jedynie wesoła rozrywka, wywołana wodewilowym upadkiem czarownicy. To triumf, drobny i pozbawiony konsekwencji, jak się wydaje, nad zjawiskiem, które rzuca cień na życie ich wszystkich, odkąd sięgają pamięcią. W ich śmiechu można wyczuć wspólną ulgę, zwycięstwo nad strachem tak głęboko osadzonym, że sprawia wrażenie dość osobliwego. Później, gdy Tyler zda sobie z tego sprawę, strach przejmie go aż do szpiku kości.

— Oficjalnie nie mogę was za to pochwalić — mówi Robert Grim, wreszcie zebrawszy się w sobie i wytarłszy łzy z oczu.

Ale po chwili znów zaczyna głośno się śmiać. Chłopcy bez sprzeciwu przystają na jego propozycję: aby pozostać w całkowitej zgodzie z Radą, muszą dokładnie spisać przebieg wydarzeń, zapłacić z własnej kieszeni za zniszczone kable i przez pozostałą część tygodnia zbierać śmieci w Ladycliff Park.

Leżąc tej nocy w łóżku, Tyler otrzymuje wiadomość od Jaydona:

@QT Człowieku. Upadek staruchy i wszystkim trzęsą się brzuchy.

SPIERDOLONE!

W tym momencie Tyler wciąż oszołomiony jest sukcesem próby z latarnią (chociaż poważnie tonuje go pytanie, jakie postawił mu Lawrence, kiedy pisał raport dla OO: „W porządku, ale czego to dowodzi?”), nie rozumie więc jeszcze, co Jaydon ma na myśli.

Ale następnego dnia, gdy sprząta w parku i widzi w deszczu twarze ludzi, doznaje olśnienia. Wszyscy zdają się wiedzieć, co zrobił, i z dnia na dzień staje się bohaterem. Nikt nie mówi ani słowa, wszyscy się jednak do niego uśmiechają i wyrażają milczące wsparcie. To uśmiechnięte twarze są źródłem olśnienia. Powinny być miłe, sympatyczne, a jednak takie nie są. Są przewrotne, jak zawsze. Ponieważ kiedy się uśmiechają, on nie jest w stanie ich rozpoznać. Są to twarze, które dawno straciły tę umiejętność. Jest na nich zbyt wiele skóry, zbyt wiele zmarszczek powstałych przez wiele lat. Są to twarze, które wiodą własne niezawisłe życie i każdego dnia trochę bardziej się ściągają. Są spłaszczone, ponure, emanują stresem, którego nie potrafią zwalczyć. Są to twarze z Black Spring. Kiedy próbują się uśmiechać, wyglądają, jakby krzyczały.

Tego wieczoru, kiedy Tyler leży w łóżku, odnosi wrażenie, że otacza go jedynie ciemność i strach, a dwie wizje sprawiają, że nie jest w stanie zasnąć do bladego świtu: wrzeszczących twarzy w deszczu i przewracającej się czarownicy. W końcu jednak i te wizje znikają w czerni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

HEX 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione