Cel

Cel

Autorzy: Elle Kennedy

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 426

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 24.00 zł

Ona wie jak osiągać swoje cele...

Sabrina James ma zaplanowaną całą przyszłość: ukończyć college, dać z siebie wszystko na wydziale prawa i dostać dobrze płatną pracę w jednej z najlepszych kancelarii. Nade wszystko chce zerwać z parszywą przeszłością i w tym planie z pewnością nie ma miejsca dla niesamowitego hokeisty, który wierzy w miłość od pierwszego spojrzenia. Ona może mu ofiarować co najwyżej jedną upojoną noc, ale czasami jedna noc wystarczy, by życie stanęło do góry nogami.

…ale zasady gry się skomplikowały

Tucker wierzy w siłę drużyny. Na lodowisku nie musi stać w centrum uwagi, ale gdy w wieku dwudziestu dwóch lat ma zostać ojcem, nie chce grzać ławki rezerwowych. I świetnie się składa, że matka jego dziecka jest piękna, inteligentna i trzyma go w gotowości. Sęk w tym, że serce Sabriny jest szczelnie zamknięte i ognista brunetka uparcie odmawia przyjęcia jego pomocy. Jeśli pragnie spędzić życie z kobietą swoich marzeń, będzie musiał ją przekonać, że niektórych celów nie można osiągnąć bez asysty…

PEŁNA SEKSU I NAMIĘTNOŚCI NOWA POWIEŚĆ JEDNEJ Z NAJPOCZYTNIEJSZYCH WSPÓŁCZESNYCH AUTOREK ROMANSÓW

Elle Kennedy

Cel

Tytuł oryginału

The Goal

ISBN

Copyright © 2016 by Elle Kennedy

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017

Projekt graficzny okładki

Tobiasz Zysk

Redakcja

Marta Stołowska

Opracowanie graficzne i techniczne

Przemysław Kida

Wydanie I

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Epilog

Od Autorki

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Rozdział 1

Sabrina

— Kurde. Kurde. Kurde. Kuuuuurde. Gdzie są moje kluczyki?

Zegar w wąskim przedpokoju pokazuje, że zostały mi pięćdziesiąt dwie minuty na pokonanie sześćdziesięcioośmiominutowej drogi samochodem, jeśli nie chcę się spóźnić na imprezę.

Ponownie sprawdzam torebkę, ale kluczy tam nie ma. Obskakuję strategiczne miejsca. Kredens? Nie. Łazienka? Dopiero co tam byłam. Kuchnia? Może.

Już mam się obrócić, gdy słyszę brzdęk metalu za plecami.

— Szukasz tego?

Pogardliwe prychnięcie melduje się w moim gardle, gdy się obracam i wchodzę do pokoju dziennego, tak małego, że pięć staroświeckich mebli — dwa stoliki, dwuosobowa kanapa, sofa i jedno krzesło — są ściśnięte niczym sardynki w puszce. Kawał mięcha na sofie macha kluczykami w powietrzu. Na moje zirytowane westchnienie uśmiecha się szeroko i wsuwa je pod dresowe spodnie — pod sam tyłek.

— Chodź i weź je.

Przeciągam sfrustrowana dłonią po rozprostowanych włosach, zanim podchodzę do mojego ojczyma.

— Oddaj mi kluczyki — żądam.

Ray rzuca mi w odpowiedzi pożądliwe spojrzenie.

— Jaaasna cholera, wyglądasz dziś seksownie. Zmieniłaś się w prawdziwą laskę, Rina. Ty i ja powinniśmy iść do łóżka.

Ignoruję mięsistą łapę, która ląduje na jego kroczu. W życiu nie spotkałam faceta z tak desperacką potrzebą dotykania swoich klejnotów. Przy nim Homer Simpson wygląda jak dżentelmen.

— Ty i ja nie istniejemy, więc nawet nie patrz w moim kierunku i przestań nazywać mnie Riną. — Tylko Ray zwraca się do mnie w ten sposób i cholernie tego nie znoszę. — A teraz oddawaj klucze.

— Już ci mówiłem — chodź i weź je sama.

Zaciskając zęby, wsuwam dłoń pod ten otłuszczony tyłek i szukam kluczy. Ray stęka i kręci się niczym obleśny kawał gówna, którym zresztą jest, aż w końcu moja dłoń styka się z metalem.

Wyciągam kluczyki i pędzę do drzwi.

— Z czego tu robić aferę? — woła drwiąco za moimi plecami. — Przecież nie jesteśmy spokrewnieni, więc kazirodztwo nie jest problemem.

Zatrzymuję się i poświęcam trzydzieści sekund swojego cennego czasu, by popatrzeć na niego z niedowierzaniem.

— Jesteś moim ojczymem. Ożeniłeś się z moją matką. I — przełykam falę żółci — obecnie sypiasz z Naną. Nie, nie chodzi o to, czy jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Chodzi o to, że jesteś najbardziej obleśnym człowiekiem na ziemi i twoje miejsce jest w więzieniu.

Jego orzechowe oczy ciemnieją.

— Uważaj na to, co mówisz, panienko, albo pewnego dnia wrócisz do domu i pocałujesz klamkę.

Mam to gdzieś.

— Opłacam jedną trzecią czynszu — przypominam mu.

— Kto wie, może będziesz musiała dołożyć więcej.

Odwraca się z powrotem do telewizora, a mnie kolejne cenne trzydzieści sekund upływa na fantazjach, by walnąć go w łeb torebką. Warto było.

W kuchni Nana siedzi przy stole, pali papierosa i czyta magazyn „People”.

— Widziałaś to? — krzyczy. — Znowu goła Kim K.

— I dobrze. — Chwytam kurtkę z oparcia krzesła i kieruję się ku kuchennym drzwiom.

Przekonałam się, że bezpieczniej opuszczać dom przez tylne drzwi. Uliczne punki zbierają się zazwyczaj na gankach wąskich kamienic na naszej niezbyt zamożnej ulicy, w tej nie bardzo zamożnej części Southie. A poza tym wiata na samochody znajduje się za domem.

— Słyszałam, że Rachel Berkovich zaciążyła — zauważyła Nana. — Powinna usunąć, ale pewnie to wbrew jej religii.

Zaciskam ponownie zęby i odwracam się twarzą do mojej babci. Jak zwykle ma na sobie niechlujny szlafrok i puchate różowe kapcie, ale jej włosy w kolorze wyblakłego blond są perfekcyjnie utapirowane i ma pełen makijaż, mimo że rzadko wychodzi z domu.

— Ona jest żydówką, Nano. Nie sądzę, że to wbrew jej religii, a nawet jeśli, to i tak jest to jej wybór.

— Pewnie chce te ekstraznaczki na jedzenie — stwierdza Nana, wydmuchując długą chmurę dymu w moją stronę. Kurde. Mam nadzieję, że nie zacznę śmierdzieć jak popielniczka, zanim dotrę do Hastings.

— Przypuszczam, że nie jest to powód, dla którego Rachel zatrzyma dziecko. — Mam już jedną dłoń na drzwiach, przesuwam się niespokojnie i czekam, aż się otworzą, by powiedzieć Nanie „do widzenia”.

— Twoja mamuśka zastanawiała się, czy cię nie usunąć.

No i proszę bardzo.

— Okej, wystarczy już — mamroczę. — Jadę do Hastings. Wrócę wieczorem.

Jej głowa odrywa się od magazynu, a oczy zwężają, gdy przygląda się mojej czarnej dzierganej spódnicy, czarnemu sweterkowi z krótkimi rękawkami i dekoltem w łódkę oraz szpilkom na ośmiocentymetrowym obcasie. Już słyszę słowa, które układają się w jej głowie, nim jeszcze wychodzą z ust.

— Wyglądasz jak snobka. Wybierasz się na ten swój wysferzony uniwerek? Macie zajęcia w sobotę wieczorem?

— To przyjęcie koktajlowe — odpowiadam niechętnie.

— Oooch, koktajl-szoktajl. Żeby ci tylko wargi nie spierzchły od całowania tam tych wszystkich tyłków.

— Taak, dzięki, Nano. — Otwieram szarpnięciem tylne drzwi i zmuszam się, by dodać: — Kocham cię.

— Ja też cię kocham, dziecinko.

Faktycznie, kocha mnie, ale czasami ta miłość jest tak skażona, że sama nie wiem, czy bardziej mnie rani, czy pomaga.

Droga do małego miasteczka Hastings nie zabiera mi ani pięćdziesięciu dwóch minut, ani sześćdziesięciu ośmiu. Trwa całe półtorej godziny, ponieważ warunki na cholernych drogach są fatalne. Kolejne pięć minut upływa na szukaniu miejsca do zaparkowania i gdy docieram do domu profesor Gibson, jestem bardziej napięta niż drut fortepianowy, a jednocześnie równie krucha.

— Witam, panie Gibson. Przepraszam za spóźnienie — zwracam się do stojącego w drzwiach mężczyzny w okularach.

Mąż profesor Gibson obrzuca mnie łagodnym uśmiechem.

— Nic się nie martw, Sabrino. Pogoda jest okropna. Pozwól, wezmę twój płaszcz. — Wyciąga dłoń i czeka cierpliwie, podczas gdy ja wyswobadzam się z wełnianego okrycia.

Profesor Gibson pojawia się, gdy jej mąż wiesza mój tani płaszcz między samymi drogimi okryciami w szafie. Moje palto w widoczny sposób odstaje od reszty, zupełnie jak ja. Odsuwam na bok uczucie niedostosowania i przywołuję jasny uśmiech.

— Sabrina! — woła z radością profesor Gibson. W jej obecności natychmiast się koncentruję. — Tak się cieszę, że dotarłaś cała i zdrowa. Pada już śnieg?

— Nie, tylko deszcz.

Na jej twarzy pojawia się grymas i chwyta mnie za ramię.

— Jeszcze gorzej. Mam nadzieję, że nie planujesz jechać z powrotem do miasta dziś wieczorem. Drogi zamienią się w lodowisko.

Ponieważ rano muszę iść do pracy, odbędę tę podróż bez względu na warunki na drogach, ale nie chcę jej niepokoić, więc uśmiecham się uspokajająco.

— Będzie dobrze. Wciąż tu jest?

Profesor Gibson ściska moje ramię.

— Jest i nie może się doczekać, by cię poznać.

Super. Oddycham głęboko, po raz pierwszy, odkąd tu przyszłam, i pozwalam, by poprowadzono mnie przez pokój w kierunku niskiej siwowłosej kobiety, ubranej w pastelowy żakiet i czarne spodnie. Ten strój jest raczej nijaki, ale diamenty połyskujące w jej uszach są dłuższe niż moje kciuki. A poza tym? Jak na profesor prawa sprawia zbyt miłe wrażenie. Zawsze wyobrażałam sobie, że prawo wykładają posępne, poważne stworzenia. Jak ja.

— Amelio, pozwól, że ci przedstawię Sabrinę James. To studentka, o której ci opowiadałam. Najlepsza w grupie, pracuje w dwóch miejscach, a w LSAT zdobyła sto siedemdziesiąt siedem punktów. — Profesor Gibson odwraca się do mnie. — Sabrino, Amelia Fromm, nadzwyczajny znawca prawa konstytucyjnego.

— Bardzo miło panią poznać — mówię, wyciągając dłoń i modląc się do Boga, by była sucha, a nie wilgotna. Ćwiczyłam potrząsanie własnej dłoni przez godzinę, żeby się przygotować do tej chwili.

Amelia ściska mnie lekko, a potem robi krok do tyłu.

— Matka Włoszka, ojciec Żyd, stąd ta dziwna kombinacja imion. James jest szkocki. Stamtąd pochodzi twoja rodzina? — Jej jasne oczy omiatają mnie i odpieram pragnienie poskubania moich tanich ciuchów z Target.

— Trudno powiedzieć, proszę pani. — Generalnie moja rodzina pochodzi z rynsztoka. Szkocja wydaje się o niebo za ładna i zbyt królewska, by zostać mianowana naszą ojczyzną.

Macha dłonią.

— Nieważne. Po godzinach param się genealogią. A więc złożyłaś podanie do Harvardu? Kelly wspominała o tym.

Kelly? Znam jakąś Kelly?

— Chodzi jej o mnie, moja droga — mówi profesor Gibson, śmiejąc się łagodnie.

Rumienię się.

— A tak, przepraszam. Myślę o pani jako o profesor.

— Tak formalnie, Kelly! — odzywa się profesor Fromm. — Sabrino, gdzie jeszcze złożyłaś podania?

— Na uniwersytety Boston, Suffolk i Yale, ale moim marzeniem jest Harvard.

Amelia unosi brew na tę wyliczankę bostońskich uczelni.

Profesor Gibson spieszy z usprawiedliwieniem.

— Chce zostać blisko domu. I oczywiście, że jej miejsce jest w czymś lepszym niż Yale.

Dwie profesorki wymieniają pogardliwe prychnięcia. Profesor Gibson skończyła Harvard i najwyraźniej potwierdza, że absolwent Harvardu zawsze będzie przeciwnikiem Yale.

— Z tego, co słyszałam od Kelly, wygląda mi na to, że Harvard byłby zaszczycony, gdyby miał cię w gronie studentów.

— To ja byłabym zaszczycona, gdybym została studentką tej uczelni, proszę pani.

— Już wkrótce roześlą listy z informacją o przyjęciu. — Jej oczy błyszczą psotnie. — Z całą pewnością dodam jakieś dobre słowo od siebie.

Amelia obdarowuje mnie kolejnym uśmiechem, a ja prawie mdleję ze szczęścia i ulgi. Wcale nie ściemniałam. Harvard to naprawdę moje marzenie.

— Dziękuję — udaje mi się wydusić z siebie.

Profesor Gibson prowadzi mnie do stolików z jedzeniem.

— Może coś przekąsisz? Amelio, chcę z tobą porozmawiać o tym dokumencie, który, jak słyszałam, ma być opublikowany przez Browna. Miałaś okazję rzucić na to okiem?

Odwracają się obie i zanurzają głęboko w dyskusję o intersekcjonalności czarnego feminizmu i teorii rasowej — temat, w którym profesor Gibson jest ekspertem.

Podchodzę do nakrytego białym obrusem stolika z przekąskami, obładowanego serami, krakersami i owocami. Moje dwie najbliższe przyjaciółki — Hope Matthews oraz Carin Thompson — już tam stoją. Jedna ciemna, druga jasna — dwa najpiękniejsze, najmądrzejsze anioły na świecie.

Pędzę do nich i prawie omdlewam w ich ramionach.

— No i? Jak poszło? — pyta niecierpliwie Hope.

— Dobrze, tak mi się wydaje. Powiedziała, że wygląda na to, iż Harvard będzie zaszczycony, mając mnie w szeregach studentów i że lada dzień zaczną rozsyłać pierwsze listy do przyjętych kandydatów.

Chwytam talerz i zaczynam go napełniać, żałując, że kawałki sera są takie małe. Jestem bardzo głodna i mogłabym zjeść cały blok. Umierałam z niepokoju od rana przez to spotkanie i teraz, kiedy jest już po wszystkim, chcę jedynie dorwać się do stołu pełnego jedzenia.

— Przyjęli cię na mur-beton — obwieszcza Carin.

Cała nasza trójka znajduje się pod opiekuńczymi skrzydłami profesor Gibson, która całym sercem wierzy w pomoc młodym kobietom. Na kampusie działają inne sieciowe organizacje, ale ona całkowicie skupia się na rozwoju kobiecych karier i nie mogłabym być jej bardziej wdzięczna.

Dzisiejsze koktajlowe przyjęcie jest zorganizowane dla jej studentek, by poznały członków wydziałów najbardziej konkurencyjnych programów dla absolwentów w kraju. Hope celuje w miejsce na Harvard Medical School, a Carin mierzy w Instytut Technologiczny w Massachusetts.

Tak, tak, to morze estrogenu w domu profesor Gibson. Poza jej mężem obecnych jest zaledwie kilku mężczyzn. Naprawdę będę tęsknić za tym miejscem po skończeniu nauki. To mój drugi dom.

— Trzymajcie kciuki — odpowiadam na słowa Carin. — Jeśli nie dostanę się do Harvardu, zostaje BC albo Suffolk. — To również świetne uniwerki, ale Harvard praktycznie gwarantuje mi posadę, którą chcę otrzymać po zakończeniu studiów — posadę w jednej z topowych kancelarii prawnych w kraju, zwanej potocznie BigLaw.

— Dostaniesz się — mówi z przekonaniem Hope. — I miejmy nadzieję, że jak tylko otrzymasz list akceptacyjny, przestaniesz się zadręczać, ponieważ, Boże, wyglądasz na spiętą.

Obracam sztywno głową. Taak, jestem spięta.

— Wiem. Grafik ostatnio mnie dobija. Położyłam się wczoraj spać o drugiej nad ranem, bo dziewczyna, która miała zamknąć Boots & Chutes, dała nogę i zostawiła mnie ze wszystkim, a potem musiałam wstać o czwartej, by sortować pocztę. Do domu dotarłam koło południa, padłam i niemal zaspałam.

— Nadal ciągniesz dwa etaty? — Carin strzepuje rudy kosmyk z twarzy. — Mówiłaś, że zostawisz kelnerowanie.

— Jeszcze nie teraz. Profesor Gibson powiedziała, że nie pozwolą mi pracować na pierwszym roku prawa, więc jedyne, co mogę zrobić, to odłożyć wystarczającą kwotę na jedzenie i mieszkanie przed wrześniem.

Carin odzywa się współczująco.

— Rozumiem cię. Moi rodzice zaciągają taką pożyczkę, że stać by mnie było na jakiś mały kraj.

— Chciałabym, żebyś zamieszkała z nami — mówi Hope płaczliwym tonem.

— Naprawdę? Nie miałam pojęcia — żartuję. — Powtarzałaś to tylko dwa razy dziennie od początku semestru.

Marszczy w odpowiedzi swój śliczny nosek.

— Zakochałabyś się w tym domu, który wynajął dla nas tato. Ma okna do sufitu i jest tuż przy metrze. Transport publiczny — rusza kusząco brwiami.

— Jest za drogie.

— Wiesz, że dołożyłabym różnicę, a raczej moi rodzice — poprawia się. Rodzina tej dziewczyny ma więcej kasy niż potentat ropy, ale człowiek w życiu by się tego nie domyślił podczas rozmowy z nią. Jak to mówią, Hope twardo stąpa po ziemi.

— Wiem — mówię między kęsami minikiełbasek. — Ale ja czułabym się winna, a potem poczucie winy zmieniłoby się we frustrację i niechęć, a potem nie byłybyśmy już przyjaciółkami, a niebycie twoją przyjaciółką byłoby do bani.

Potrząsa głową, patrząc na mnie.

— Jeśli w jakimś momencie twoja cholerna duma pozwoli ci poprosić o pomoc, jestem tu.

— My jesteśmy — wtrąca Carin.

— Widzicie? — macham widelcem między nimi. — Właśnie dlatego, dziewczyny, nie mogłabym mieszkać z wami. Znaczycie dla mnie za dużo. A poza tym wszystko się układa. Mam prawie dziesięć miesięcy, by trochę zaoszczędzić przed rozpoczęciem zajęć. Wszystko gra.

— Przynajmniej chodź z nami na drinka, jak się skończy ta imprezka — błaga Carin.

— Muszę jechać do domu. — Robię minę. — Wpisali mnie na poranną zmianę do sortowania paczek.

— W niedzielę? — pyta wyzywająco Hope.

— Półtorej stawki. Nie mogłam odmówić. Właściwie to już niedługo powinnam się zmywać. — Kładę talerz na stole i próbuję rozeznać, co się dzieje za ogromnym oknem w wykuszu. Widzę jedynie ciemność i strugi deszczu na szybie. — Im szybciej wyjadę na drogę, tym lepiej.

— Na pewno nie w taką pogodę. — Profesor Gibson pojawia się przy moim łokciu z kieliszkiem wina. — Słyszałam ostrzeżenia przed gołoledzią — temperatura spada i deszcz zmienia się w lód.

Jedno spojrzenie na twarz mojej doradczyni i wiem, że muszę się poddać. I robię to, ale z wielką niechęcią.

— No dobra — mówię — ale działam pod przymusem. A ty — celuję widelcem w Carin — lepiej, żebyś miała lody w zamrażarce, jeśli będę musiała u was przenocować, inaczej naprawdę się wścieknę.

Wszystkie trzy się śmieją. Profesor Gibson odmaszerowuje, zostawiając nas w towarzystwie, o jakim trzy studentki ostatniego roku mogłyby pomarzyć. Po godzinie mieszania się z tłumem Hope, Carin i ja chwytamy płaszcze.

— Dokąd idziemy? — pytam dziewczyny.

— D’Andre jest w Malone’s i powiedziałam mu, że tam się spotkamy — odpowiada Hope. To jakieś dwie minuty stąd samochodem, więc powinnyśmy dać radę.

— Serio? Malone’s? To knajpa hokeistów — zawodzę. — Co tam robi D’Andre?

— Pije i czeka na mnie. Ponadto tobie trzeba seksu, a sportowcy to twój ulubiony typ.

Carin parska śmiechem.

— Jedyny typ.

— Hej, gustuję w sportowcach nie bez powodu — stwierdzam.

— Tak, tak. Słyszałyśmy już. — Przewraca oczyma. — Potrzebujesz odpowiedzi na pytania ze statystyki? Znajdź matematycznego maniaka. Chcesz zaspokoić fizyczne potrzeby? Idź do sportowca. Ciała są narzędziami, którymi dysponują sportowe elity. Dbają o nie, wiedzą, jak z nich korzystać, bla, bla, bla. — Carin robi lewą dłonią gest, jakby ujadała.

Macham jej środkowym palcem.

— Ale seks z kimś, kogo się lubi, jest o niebo lepszy. — Tą mądrością raczy nas Hope, która jest z D’Andre, futbolistą. Kręcą ze sobą od pierwszego roku.

— Ale ja ich lubię — protestuję. — ...używam ich tylko przez godzinę czy coś.

Chichoczemy wspólnie, aż Carin przywołuje imię faceta, który zaniżył średnią.

— A pamiętasz Grega „Dziesięć Sekund”?

Wzdrygam się.

— Po pierwsze, bardzo ci nie dziękuję za odświeżenie tych złych wspomnień, a po drugie, wcale nie zaprzeczam, że i w tej grupie zdarzają się porażki. Generalnie jednak szanse są lepsze ze sportowcem.

— A hokeiści to porażki? — pyta Carin.

Wzruszam ramionami.

— Skąd mam wiedzieć. Nie wykreśliłam ich z listy potencjalnych kandydatów z powodu ich występów w łóżku, ale dlatego, że to megauprzywilejowane dupki, mogące liczyć na specjalne względy profesorów.

— Sabrino, dziewczyno, odpuść już — zaleca mi Hope.

— O nie. Hokeiści nie przebrną przez eliminacje.

— Boże, ale zobacz tylko, co ci przechodzi koło nosa. — Carin oblizuje wargi z przesadnym pożądaniem. — Ten brodacz na przykład? Chcę wiedzieć, jak to jest. Brodacze są na mojej liście do zaliczenia przed śmiercią.

— To do dzieła. Mój bojkot hokeistów oznacza po prostu więcej kąsków dla ciebie.

— Pełna zgoda, ale... — uśmiecha się złośliwie. — Mam ci przypomnieć, że jednego zaliczyłaś? Pan puszczalski Di Laurentis?

Uch! O tym wypadku nie chcę już słyszeć.

— Po pierwsze, byłam totalnie pijana — burczę. — Po drugie, mówimy o sytuacji z drugiego roku. A po trzecie, to przez niego skreśliłam wszystkich hokeistów.

Mimo że Uniwersytet Briar ma mistrzowską drużynę futbolową, znany jest jako uczelnia hokejowa. Chłopaki z łyżwami na nogach są traktowani jak bogowie. Dobry przykład — Dean Heyward Di Laurentis. Ma ten sam co ja wiodący przedmiot, czyli nauki historyczne, więc niektóre zajęcia mieliśmy razem, włączając w to statystykę na drugim roku. Cholernie trudny przedmiot. Wszyscy walczyli o przetrwanie.

Wszyscy oprócz Deana, który pieprzył się z asystentką.

I — uwaga! — ona wstawiła mu piątkę, na co absolutnie nie zasługiwał. Wiem to na pewno, bo zostaliśmy sparowani na ostatnie zadanie i widziałam śmieci, które oddał.

Kiedy się dowiedziałam, że dostał piątkę, chciałam odrąbać mu fiuta. To było nie fair. Wypruwałam sobie żyły na tym przedmiocie. Kurde, wszędzie wypruwałam sobie żyły. Każde zaliczenie splamiłam krwią, potem i łzami. A tymczasem jakiś pieprzony dupek dostaje cały świat podany na tacy.

Pierdolić. To.

— Znów się wścieka — Hope szepcze teatralnym szeptem do ucha Carin.

— Rozmyśla o tym, jak Di Laurentis dostał piątkę z tamtego jednego przedmiotu — odpowiada Carin scenicznym szeptem. — Naprawdę potrzeba jej rżnięcia. Ile to już czasu minęło?

Zaczynam pokazywać jej środkowy palec, gdy dociera do mnie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio się z kimś przespałam.

— To był, ee, Meyer? Chłopak od lacrosse. We wrześniu. A po nim był Beau... — Rozpływam się w uśmiechu. — Ha! Widzisz? Minął ledwie miesiąc. Nie trzeba włączać krajowego alarmu.

— Dziewczyno, ktoś z grafikiem jak twój nie ma pozwolenia na miesiąc bez seksu — odparowuje Hope. — Jesteś chodzącym kłębkiem stresu, co oznacza, że potrzebujesz dobrego rypania przynajmniej... raz dziennie — stwierdza.

— Co drugi dzień — kłóci się Carin. — Niech ogródek tej panienki ma trochę wypoczynku.

Hope potakuje.

— Dobra. Ale dziś wieczorem ta muszelka sobie nie odpocznie.

Parskam śmiechem.

— Słyszałaś, B? Zostałaś nakarmiona, zaliczyłaś popołudniową drzemkę, a teraz czas na seks — oznajmia Carin.

— Ale Malone’s? — powtarzam z rezerwą. — Ustaliłyśmy już, że tam się roi od hokeistów.

— Nie tylko. Założę się, że Beau też tam jest. Chcesz, żebym zapytała D’Andre? — Hope chwyta za telefon, ale potrząsam przecząco głową.

— Z Beau schodzi za dużo czasu. Na przykład zachciewa mu się rozmów podczas seksu. A ja chcę zrobić, co trzeba, i wyjść.

— Oooch, rozmowy! Co za tragedia.

— Zamknij się już.

— Zmuś mnie. — Hope obraca gwałtownie głowę, jej długie warkocze uderzają o mój płaszcz, a potem opuszcza dom profesor Gibson.

Carin wzrusza ramionami i podąża za nią, a po sekundzie wahania dołączam i ja. Płaszcze nam przemakają, zanim dobiegamy do samochodu Hope, ale na głowach mamy kaptury, więc nasze włosy przetrzymują ulewę.

Dziś wieczorem naprawdę nie jestem w nastroju na flirty z jakimiś facetami, ale nie mogę zaprzeczyć, że moje przyjaciółki mają rację. Od tygodni żyję w stresie i przez te ostatnie kilka dni z całą pewnością odczuwałam... swędzenie. Tego rodzaju swędzenie, które można podrapać jedynie twardym, wyrzeźbionym ciałem i, miejmy nadzieję, fiutem w ponadprzeciętnym rozmiarze.

Tyle że jestem bardzo wybredna, jeśli chodzi o facetów, z którymi sypiam, i kiedy pięć minut później wchodzimy z dziewczynami do środka, jest dokładnie tak, jak się obawiałam — w Malone’s roi się od hokeistów.

Ale hej, jeśli takie karty dostałam w rozdaniu, no to przecież nie zaszkodzi zagrać i przekonać się, co z tego wyniknie.

Mimo wszystko z zerowymi oczekiwaniami podążam za dziewczynami do lady przy barze.

Rozdział 2

Tucker

— O nie, do cholery! Trzymaj się od niej z daleka, młody. Toksyczna sztuka.

Dean dzieli się swą (zazwyczaj chybioną) wiedzą z naszym nowym lewoskrzydłowym z pierwszego roku, Hunterem Davenportem, gdy chronię się w Malone’s przed strugami lejącego deszczu.

Warunki na drogach są do dupy i jakoś szczególnie nie mam ochoty na siedzenie w knajpie, ale Dean uparł się, że musimy się rozerwać. Cały dzień nerwowo kręcił się po domu, upierdliwy jak diabli i wyraźnie wkurzony, ale kiedy zapytałem go o to, wzruszył ramionami i powiedział, że był nabuzowany.

Może i uchodzę za cichego w porównaniu z moimi głośnymi współlokatorami, ale głupi nie jestem. I, rzecz jasna, nie muszę być pieprzonym detektywem, by zebrać wskazówki do kupy.

Allie Hayes, najlepsza przyjaciółka dziewczyny innego współlokatora, spała u nas wczoraj wieczorem.

Dean to kobieciarz.

Laski uwielbiają Deana.

Allie to laska.

A zatem Dean przespał się z Allie.

Dodam, że po całym salonie walały się ciuchy, ponieważ Dean jest fizycznie niezdolny do uprawiania seksu w swojej sypialni.

Jeszcze się do tego nie przyznał, ale jestem pewien, że w końcu pęknie. I jestem też pewien, że cokolwiek między nimi zaszło ostatniej nocy, Allie nie ma ochoty na powtórkę. Chociaż czemu to akurat miałoby martwić Deana, króla jednego wyskoku, to jeszcze nie rozgryzłem.

— Nie wygląda mi na toksyczną — Hunter przeciąga samogłoski, gdy strząsam wodę z włosów.

— Hej, Fido, weź się osusz gdzie indziej — Dean gdera w moją stronę.

Przewracam oczami i podążam za wzrokiem Huntera, który niczym Super Glue przykleił się do szczupłej brunetki, która siedziała przy długiej ladzie odwrócona do nas twarzą. Widzę krótką spódniczkę, zabójcze nogi i gęste czarne włosy opadające na plecy. Nie wspominając o najokrąglejszym, najjędrniejszym, najseksowniejszym tyłeczku, jaki kiedykolwiek miałem przyjemność podziwiać.

— Niezła — zauważam, zanim odwracam się, szczerząc do Deana. — Założę się, że już ją zarezerwowałeś?

Jego twarz blednie z przerażenia.

— Zapomnij. To Sabrina, brachu. Wystarczy, że codziennie zawraca mi dupę na zajęciach. Nie mam ochoty, by mi ją zawracała po szkole.

— Czekaj, to jest Sabrina? — mówię wolno. To jest dziewczyna, którą Dean uznał za swoją nemezis? — Bez przerwy widuję ją na kampusie, ale nie skapowałem, że to właśnie na nią tak psioczysz.

— To już wiesz.

— Cholerna szkoda. Bo naprawdę miło na nią popatrzeć. — Bardziej niż miło, właściwie. W słowniku obok słówka „wspaniały” znajduje się zdjęcie tyłka Sabriny. Może też być obok słów „zachwycający”, „zajebisty” oraz „petarda”.

— O co wam chodzi? — piszczy Hunter. — To twoja była?

Dean się wzdryga.

— Kurwa, nie.

Pierwszak zaciska usta.

— Więc nie złamię braterskiego kodu, jeśli się do niej przystawię?

— Chcesz do niej startować? Zwariowałeś. Ostrzegam cię, ta dziwka pożre cię żywcem.

Odwracam twarz, żeby ukryć uśmiech. Wygląda na to, że ktoś jednak dał kosza Deanowi. Z całą pewnością między nimi do czegoś doszło, ale nawet gdy Hunter próbuje wycisnąć z Deana coś więcej, ten nie dzieli się żadnymi informacjami wywiadowczymi. A tymczasem Sabrina stojąca po drugiej stronie sali odwraca się. Prawdopodobnie czuje trzy pary oczu świdrujące jej tyłek — z czego dwie są cholernie głodne.

Jej spojrzenie krzyżuje się z moim i zastyga w bezruchu. W oczach dziewczyny pojawia się wyzwanie i mój wewnętrzny zawodnik od razu staje do pionu, by stawić mu czoła.

Wystarczysz mi? — wydaje się pytać.

Gdybyś tylko wiedziała, moja droga.

Pożądliwa iskra rozpala jej spojrzenie — dopóki nie spada ono na Deana.

Pełne usta Sabriny natychmiast się zaciskają, a w naszym kierunku wędruje środkowy palec.

Hunter jęczy i mruczy coś pod nosem o pogrzebanych przez Deana szansach. Ale Hunter to dzieciak, a ta dziewczyna ma w sobie wystarczająco dużo ognia, by podpalić cały świat. Nie potrafię sobie wyobrazić, że chciałaby zabrać osiemnastolatka do łóżka, szczególnie gdy on przy pierwszej przeszkodzie przewiduje porażkę. Ten dzieciak musi popracować nad muskułami, jeśli chce się bawić z dużymi chłopcami.

Grzebię w kieszeniach w poszukiwaniu gotówki.

— Idę po piwo. Potrzebujecie dolewki?

Obaj potrząsają przecząco głowami. Po spełnieniu przyjacielskiego obowiązku udaję się do baru i Sabriny, w samą porę, gdyż barman podaje jej drinka.

Kładę dwudziestkę.

— Ja płacę i do tego podaj mi Millera, jeśli znajdziesz minutę.

Barman chwyta banknot i oddala się do kasy, zanim Sabrina zdąży zaoponować. Obdarza mnie kontemplacyjnym spojrzeniem, a potem podnosi piwo do ust.

— Nie prześpię się z tobą, bo kupiłeś mi drinka — mówi znad butelki.

— No myślę — odpowiadam, wzruszając ramionami. — Mam wyższe standardy niż to.

Częstuję ją uprzejmym skinieniem i powolnym krokiem wracam do stołu, gdzie zebrało się kilku chłopaków z drużyny. Czuję, jak jej oczy wwiercają się w moje plecy. Ponieważ nie może mnie zobaczyć, pozwalam, by uśmiech satysfakcji rozgościł na mojej twarzy. To dziewczyna przyzwyczajona do tego, że się za nią lata, co oznacza, że w moim pościgu muszę zastosować małą niespodziankę.

Przy stole Hunter mierzy wzrokiem kolejny pakiet dziewczyn, a Dean ślęczy nad telefonem — prawdopodobnie pisze do Allie. Zastanawiam się, czy reszta chłopaków wie, że wczoraj zabalowali. Pewnie nie. Garrett i Logan do jutra są w Bostonie ze swoimi dziewczynami, więc jest szansa, że wciąż nie mają o niczym pojęcia. Ale Garrett stanowczo powiedział Deanowi, by trzymał łapy z dala od Allie. Nie chciał, by jakakolwiek afera zakłóciła jego obecnie perfekcyjne życie z najlepszą przyjaciółką Allie, Hannah.

Biorąc pod uwagę, że nie doszło do żadnych wybuchów ani gorączkowych telefonów, założę się, że Dean i Allie zatrzymają wczorajszy wyskok tylko dla siebie.

Właśnie gdy Hunter otwiera buzię, by zapodać jakiś kiepski tekst do jednej z dziewczyn, która pojawiła się przy stoliku, światła migoczą złowieszczo.

Dean marszczy się.

— To apokalipsa tam na zewnątrz czy coś?

— Faktycznie, leje mocno — mówię.

Dean decyduje się spadać do domu. Ja zostaję, chociaż nie miałem ochoty na przyjście do knajpy dziś wieczorem. Nie wiem dlaczego, ale ta krótka wymiana zdań z Sabriną bardzo mnie nakręciła.

To nie tak, że w moim życiu jest niedobór dziewczyn. Może i nie przechwalam się zdobyczami jak Dean czy Logan albo inni kumple z drużyny, ale mam się z kim zabawić. A nawet pozwalam sobie na jednorazowe przygody, jeśli tego chcę.

I właśnie w tej chwili mam na to ochotę.

Chcę Sabrinę pod sobą. Na sobie. Gdziekolwiek zechce się usadowić, będzie dobrze. I pragnę tego tak bardzo, że muszę przeciągnąć ręką po brodzie, żeby nie ulec pokusie, by opuścić ją niżej i podrapać coś innego.

Wciąż nie jestem pewien, co sądzę na temat brody. Zapuściłem ją w czasie mistrzowskich rozgrywek zeszłej wiosny, ale rozrosła się w niekontrolowany sposób jak u człowieka z gór, więc latem ją zgoliłem. Potem znów odrosła, bo jestem cholernym leniuchem i ścinanie jej na krótko jest o niebo łatwiejsze niż golenie do zera.

— Siadaj, człowieku — zachęca mnie Hunter. Jego oczy aktywnie telegrafują, że one są trzy, a nas dwoje, ale te dziewczyny, choć ładniutkie, wcale mnie nie interesują.

— Wszystkie twoje, mały.

Opróżniam butelkę i wracam do baru, przy którym nadal stoi Sabrina. Zbliżyło się też kilku innych drapieżników. Rzucam im wszystkim ciężkie spojrzenie i wślizguję się w świeżo zwolnioną przestrzeń obok niej.

Opieram łokieć za plecami o bar, dając jej iluzję przestrzeni. Przypomina mi trochę nieujarzmionego źrebaka: dzikie oczy, długie nogi i niewypowiedziana obietnica najlepszej jazdy w twoim życiu. Ale jeśli za szybko wyciągniesz dłoń, spłoszy się i nie będzie szans, by go złapać.

— Więc jesteś przyjacielem Di Laurentisa?

Słowa są rzucone mimochodem, ale biorąc pod uwagę, że ona i Dean nie przepadają za sobą, prawdopodobnie jest tylko jeden sposób na odpowiedź, czyli zaprzeczanie wszystkiemu.

Tyle że nie zrobię tego kumplowi, nawet za seks. Mam gdzieś, co Sabrina ma do Deana, podobnie jak opinia Deana o niej nie wpłynie na to, co chcę z nią zrobić. Poza tym głęboko wierzę w powiedzenie, że jak zaczniesz, tak skończysz.

— Jest moim współlokatorem.

Nie wysila się ani trochę, by ukryć niesmak, i zaczyna mnie spławiać.

— Dzięki za drinka, ale moje przyjaciółki machają do mnie. — Kiwa głową w kierunku grupy dziewczyn.

Badam tłum i ani jedna para oczu nawet nie patrzy w naszym kierunku, więc odwracam się do niej, potrząsając smutno głową.

— Na pewno stać cię na coś lepszego. Jeśli chcesz, żebym sobie poszedł, powiedz mi to. Wyglądasz na dziewczynę, która wie, czego chce i nie boi się tego powiedzieć.

— Tak ci powiedział Dean? Założę się, że nazwał mnie dziwką, co?

Tym razem decyduję się trzymać język za zębami. A do buzi wlewam łyk piwa.

— Ma rację — kontynuuje. — Jestem i nie jest mi przykro z tego powodu.

Tak słodko wysuwa podbródek. Uszczypnąłbym go, ale myślę, że mógłbym stracić kilka palców, a przecież będę ich potrzebować wieczorem. Planuję wędrować nimi po całym jej ciele.

Bierze kolejny łyk piwa, które jej kupiłem. Obserwuję, jak delikatne mięśnie w jej gardle pracują. Kurwa, ale jest piękna. Dean mógł powiedzieć, że wysysa życie z małych dzieci, a i tak bym tu wylądował. Ma w sobie coś magnetycznego, co przyciąga nie tylko mnie. Połowa męskiej populacji w barze piorunuje mnie zawistnym wzrokiem. Przesuwam nieznacznie ciało, by ją zasłonić.

— Okej — mówię beztrosko.

— Okej? — Na jej twarzy widnieje najsłodszy wyraz zakłopotania.

— Aha. To ma mnie odstraszyć?

Jej idealnie ukształtowane brwi zbiegają się.

— Nie wiem, co jeszcze powiedział, ale nie jestem łatwa. Nie mam nic przeciwko przygodnym numerkom, ale jestem wybredna, jeśli chodzi o to, kogo wpuszczam do łóżka.

— O tym nic nie mówił. Tylko że trułaś mu dupę. Ale oboje wiemy, że ego Deana jest odporne na ciosy. Pytanie brzmi: Czy ty nie jesteś w nim zabujana? Biorąc pod uwagę, że potrafisz gadać tylko o nim, to na to mi właśnie wygląda. — Wzruszam ramionami. — Jeśli tak, zmywam się od razu.

Dean wyraził się jasno, że nie żywi uczuć do Sabriny, ale chcę się upewnić, że i po jej stronie nie ma żadnych żywych emocji. Gdy o nim wspominała, jej ton zabarwiał się wściekłością, ale bez goryczy, co biorę za dobrą monetę. Gniew może wynikać z różnych rzeczy. Rozgoryczenie zazwyczaj ze zranionych uczuć.

Kiedy (nie jeśli) wskoczymy razem do łóżka, to dlatego, że ona będzie chciała być ze mną. Nie ma to być sposób na odzyskanie Deana.

Sabrina szybuje spojrzeniem nad moim ramieniem, do miejsca, gdzie wciąż siedzi mój kumpel z drużyny, a potem wzrokiem wraca do mnie. Przez chwilę pijemy w milczeniu. Jej czekoladowobrązowe oczy są trudne do odczytania, ale czuję, że ostrożnie waży moje słowa. Może oczekuje, bym to ja zajął się gadaniem, wypełnił ciszę, ale biorę ją na przeczekanie. Daje mi to czas na przyjrzenie się jej z bliska. I z tej odległości jest jeszcze piękniejsza.

Ma nie tylko tyłek światowej klasy, ale i nieskończenie długie nogi. A cycki są z rodzaju tych, dla których facet jest gotów się nawrócić. Jak w „dzięki ci, Jezu, za stworzenie tej cudownej istoty” oraz „proszę, o Panie, niech nie będzie lesbijką”. Jawne niegapienie się na te cudne krągłości unoszące się pod jej topem to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jaką musiałem zrobić.

W końcu Sabrina odstawia butelkę na bar.

— To, że jesteś śliczny, nie oznacza jeszcze, że jestem zainteresowana.

Uśmiecham się szeroko.

— Od czegoś trzeba zacząć.

W kącikach jej ust pojawia się, choć niechętnie, uśmiech. Wyciera dłoń o spódnicę i wyciąga ją.

— Jestem Sabrina James. Słyszałam już te wszystkie kawały o byciu jędzą, i nie, nie bujam się w Deanie.

Biorę jej dłoń w moją i wykorzystuję ten kontakt, by przyciągnąć ją do siebie o centymetr bliżej. To polityka małych kroków.

— John Tucker. Miło mi to słyszeć, ale powinnaś wiedzieć, że Dean jest dla mnie jak brat. Wspieramy się na lodzie od czterech lat, a od trzech mieszkamy razem, planuję być drużbą na jego ślubie i mam nadzieję, że on zrobi to samo. Jednak to tylko przyjaciel, a nie mój tatuś.

— Czekaj, żenisz się? — pyta zdezorientowana.

To nawet zabawne, że z tego wszystkiego, co powiedziałem, uczepiła się właśnie tego. Przeciągam gładko dłonią po zewnętrznej stronie jej ręki i luźno otaczam palcami jej nadgarstek.

— W przyszłości, moja droga. W przyszłości.

— Och. — Podnosi butelkę piwa i odkłada ją, kiedy widzi, że jest pusta. — Czekaj. Ty chcesz się ożenić?

— Kiedyś w końcu tak. — Chichoczę, widząc jej zdumienie. — Nie dzisiaj, ale taak, pewnego dnia zechcę się ożenić i mieć dziecko albo nawet i troje. A ty?

Podchodzi barman i macham kolejną dwudziestką w jego kierunku.

Ale Sabrina potrząsa głową.

— Prowadzę. Jedno piwo to mój limit.

Zamawiam dla nas wody i barman szybko wraca z dwoma wysokimi szklankami.

Światła znów migają, skręcając mi kiszki w potrzebie działania. Muszę się streszczać, bo inaczej całkowicie stracę szansę.

— Dzięki — mówi, popijając wodę. — I nie. Nie widzę siebie z dziećmi czy mężem w najbliższej przyszłości. A poza tym, myślałam, że wy, hokeiści, lubicie używać sobie na całego.

— W którymś momencie nawet ci najwspanialsi przechodzą na emeryturę. — Uśmiecham się ironicznie znad szklanki.

Śmieje się.

— No dobra. Niech ci będzie. A więc John, jaki jest twój główny przedmiot?

— Tucker. Wszyscy nazywają mnie Tucker albo Tuck. I zarządzanie.

— Więc potrafisz zagospodarować tę swoją hokejową kasę?

Nadal nie puściłem jej nadgarstka i z każdą wymianą zdań skracam dystans między nami.

— A nie. — Kiwnięciem głowy wskazuję na kolano. — Jestem za wolny na zawodowstwo. W liceum oberwałem. Jestem wystarczająco dobry tutaj, żeby załapać się na stypendium, ale znam swoje możliwości.

— Och, przykro mi. — W jej głosie wybrzmiewa szczery żal.

Dean to głupek. Ta dziewczyna jest słodka. Nie mogę się doczekać, by przyłożyć do niej usta.

I ręce.

I zęby.

I mojego twardego jak skała fiuta.

— Niech ci nie będzie. Mnie nie jest.

Przesuwam rękę po barze do momentu, aż Sabrina w zasadzie stoi w pierścieniu moich rąk. Jej stopy są wciśnięte między moje i jeśli przesunę biodra nieznacznie do przodu, będę w stanie ją dotknąć, o co błaga moje ciało. Ale jeśli miałbym wymienić jedną rzecz, której nauczyłem się, grając w hokeja przez te wszystkie lata, byłoby to, że cierpliwość się opłaca. Nie oddajesz natychmiastowego strzału, kiedy twój kij dostaje krążek. Czekasz na odpowiedni moment, gdy droga będzie wolna.

— Tak serio, to nigdy tego nie chciałem — dodaję. — A myślę, że to jedna z tych rzeczy, której naprawdę trzeba pragnąć.

I wtedy Sabrina wchodzi do gry. Mogę strzelać.

— A czego pragniesz ostatnimi czasy?

— Ciebie — odpowiadam bez ogródek.

Dzieją się dwie rzeczy. Światła gasną kompletnie i ona prawie upuszcza szklankę. Szafa grająca milknie i nagle bar wydaje się o niebo za cichy. Wokół nas rozlega się kilka piskliwych salw śmiechu oraz parę przerażonych wrzasków.

— Spokojnie, dzieciaki, nie naróbcie w gacie — wrzeszczy jeden z barmanów. Sprawdzimy, co się dzieje. Generatory powinny zadziałać lada sekunda.

Jak na zawołanie w powietrzu rozlega się szum, a potem przyćmione światło rozjaśnia zatłoczoną salę.

— Nadal jesteś spragniona? — pytam, głaszcząc wewnętrzną stronę jej nadgarstka długimi, łagodnymi ruchami. W górę do łokcia i w dół do nadgarstka. Powtarzam. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze.

Jej spojrzenie opada na nasze połączone dłonie i rozszerza się, jakby właśnie zdała sobie sprawę, że dotykamy się od jakichś dziesięciu minut. Pochylam się blisko i ocieram nosem o zewnętrzny płatek jej ucha, wypełniając płuca jej pikantnym zapachem.

Mógłbym tu stać cały dzień. Jest coś wspaniałego w przedłużaniu niecierpliwego wyczekiwania aż do chwili, gdy staje się to niemal bolesne. To podsyca eksplozję wytrysku. Coś mi mówi, że seks z Sabriną James to będzie totalny odlot.

Nie mogę się doczekać.

Po wzięciu głębokiego oddechu, takiego, co popycha jej perfekcyjne cycki na moją klatkę, odsuwa się — nie za daleko, ale wystarczająco, by stworzyć szczelinę.

— Związki mnie nie interesują — mówi bez ogródek. — Jeśli to zrobimy.

— Co zrobimy? — Nie mogę się powstrzymać od droczenia.

— To. Przestań się zgrywać, Tucker. Stać cię na więcej.

Parskam śmiechem.

— No dobra. Niech będzie... — Macham ręką. — Kontynuuj...

— Jeśli to zrobimy — powtarza — to chodzi tylko o seks. Żadnych niezręcznych poranków po wszystkim. Żadnych numerów telefonów.

Głaszczę ją jeszcze jeden raz, a potem puszczam i pozwalam, by odczytała z mojego milczenia, co tylko chce. Szczerze wątpię, by jednorazowy numerek okazał się dla nas wystarczający, ale jeśli ona dziś wieczorem musi w to wierzyć, nie mam nic przeciwko.

— No to chodźmy.

Jej usta się wykrzywiają.

— Teraz?

— Teraz. — Oblizuję dolną wargę językiem. — Chyba że chcesz posiedzieć tu trochę dłużej i pokręcić się dookoła faktu, że pragniemy zedrzeć z siebie ciuchy.

Jej chropawy śmiech trafia prosto w moje jajka.

— Bardzo celne spostrzeżenie, Tucker.

Chryste. Uwielbiam sposób, w jaki moje imię wytacza się z tych pełnych, wydętych warg. Może poproszę, by je wypowiedziała, gdy będę ją doprowadzać do orgazmu.

Pożądanie narastające we mnie jest tak silne, że muszę zacisnąć pośladki i oddychać przez nos, by trochę wyhamować. Chwytam łokieć Sabriny i toruję drogę do drzwi. Kilku ludzi wykrzykuje moje imię albo klepie mnie po plecach, by mi pogratulować meczu. Ignoruję ich wszystkich.

Na zewnątrz wciąż leje. Przyciągam Sabrinę bliżej i unoszę czarno-srebrną kurtkę nad jej głową. Na szczęście mój wóz stoi blisko.

— Tam.

— Niezłe miejsce — komentuje.

— Nie mogę narzekać. — To bonus za bycie rozgrywającym w wygrywającej mistrzostwo drużynie hokejowej na uniwerku.

Pomagam jej władować się do mojego pikapa, potem wślizguję się na fotel kierowcy i włączam silnik.

— Dokąd?

Wzdryga się nieznacznie, choć nie jestem pewien, czy to z zimna, czy z innego powodu.

— Mieszkam w Bostonie.

— No to do mnie. — Bo nie ma, kurwa, mowy, że wytrzymam godzinę za kierownicą podczas jazdy do miasta. Mój ptak by eksplodował.

Sabrina kładzie dłoń na moim nadgarstku, zanim zdążę przesunąć dźwignię na bieg wsteczny.

— Mieszkasz z Deanem. Nie będzie to dla ciebie niewygodne?

— Nie, dlaczego miałoby być?

— Sama nie wiem. — Jej palec wskazujący przesuwa się, by pogłaskać moje knykcie.

Zaciskam zęby, bo moja erekcja niemal przebija się przez zamek. Po wyjściu z knajpy nie pocałowałem jej tylko dlatego, że gdybym zaczął, najprawdopodobniej przeleciałbym ją na ścianie budynku. Ale teraz ona mnie dotyka i moja samokontrola jest bardziej ulotna niż chmura dymu.

— Zróbmy to tutaj — mówi stanowczo.

Marszczę się.

— W pikapie?

— A czemu nie? Potrzebujesz świeczek i płatków róży? To tylko seks — upiera się.

— Moja droga, powtórz to jeszcze raz, a zacznę się zastanawiać, czy ty naprawdę chcesz przekonać właśnie mnie. — Wstrzymuję oddech, gdy kciukiem zaczyna zakreślać maleńkie kółka ma mojej dłoni. Pierdolić to. Za bardzo jej pożądam. — Ale dobrze. Życzysz sobie w tym wozie, to będzie w wozie.

Bez słowa sięgam pod siedzenie i przesuwam je tak daleko, jak się da. Potem ściągam kurtkę i rzucam ją na tylne siedzenie.

— Masz jakieś wytyczne na okazje typu tylko seks? — przeciągam samogłoski. — Jak na przykład żadnego całowania w usta czy coś?

— No co ty. Wyglądam jak Julia Roberts?

Marszczę czoło.

— Pretty woman? — podpowiada. — Dziwka ze złotym sercem? Żadnego całowania w usta?

Uśmiecham się.

— Więc chcesz powiedzieć, że będziesz całowała te usta? — Klepię się po klacie, żeby wiedziała, że chodzi jej o mnie i nie mam na myśli, że jest dziwką.

Parska śmiechem.

— Jeśli nie będziemy się całować, to się wkurzę. Potrzebuję całowania. W innym wypadku zostałabym po prostu w domu z moim wibratorem.

Uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Z plecami dociśniętymi do okna i butem na desce rozdzielczej robię kołyskę dla jej rozpalonego ciała i zapraszam ją gestem do siebie.

— No to chodź tu i bierz, co ci trzeba.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cel Podbój Błąd Układ 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy