Bang Bang! Wystrzałowy samochód

Bang Bang! Wystrzałowy samochód

Autorzy: Ian Fleming

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 136

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 19.99 zł

Gdy rodzice kupują stary samochód, bliźniaki Jemima i Jeremy nie mają wątpliwości, że ich tata przywróci życie zdezelowanej maszynie. W końcu jest prawdziwym odkrywcą i wynalazcą! Ale nawet on nie spodziewa się, jakie niezwykłe możliwości kryją się pod maską, ani dokąd pojazd zabierze nowych właścicieli. Wakacyjna wycieczka może się zakończyć w sklepie ze słodyczami, wśród zatopionych wraków albo… w kryjówce gangsterów. 

 

Ian Fleming – dziennikarz i pracownik brytyjskiego wywiadu w czasie II wojny światowej, zasłynął jako autor powieści o Jamesie Bondzie. Zainspirowany legendarnym pojazdem wyścigowym, stworzył dla swojego syna opowieść o niezwykłym samochodzie. Bohaterowie tej historii wystąpili także w musicalu familijnym „Nasz cudowny samochodzik” według scenariusza Kena Hughesa i Roalda Dahla.

Z całego serca dedykuję te opowieści autentycznej BANG BANG, wyścigówce skonstruowanej przez księcia Zborowskiego. W roku 1920 zbudował ją w swej posiadłości w pobliżu Canterbury.

Jej nadwozie pochodziło z mercedesa sprzed pierwszej wojny światowej, który miał moc siedemdziesięciu pięciu koni mechanicznych i przekładnię łańcuchową. Wewnątrz zainstalowano sześciocylindrowy silnik lotniczy Maybacha w wersji wojskowej stosowanej przez Niemców w zeppelinach.

Cztery tłoki w cylindrach w układzie górnozaworowym sprzęgnięte były z wyprowadzonymi na zewnątrz popychaczami i dźwigniami zaworowymi sterowanymi za pomocą wałków rozrządu po każdej stronie skrzyni korbowej. Na końcu każdego z dwóch długich przewodów wlotowych zamocowano gaźniki firmy Zenith.

Maszyna powleczona szarą stalową karoserią miała błyszczącą maskę długości ośmiu stóp i ważyła ponad pięć ton.

W 1921 roku BANG BANG odniosła zwycięstwo na Brooklands, w wyścigu MPH z przeszkodami na krótki dystans, rozwijając prędkość 101 mil na godzinę. W 1922 znowu wygrała na Brooklands w podobnej konkurencji na czas.

W tym samym roku wyścigówka uległa jednak wypadkowi* i książę już nigdy nie wystartował nią w żadnych zawodach.

* Tak z grubsza można określić to, co spotkało samochód. W rzeczywistości BANG BANG z niewyjaśnionych przyczyn dostała nagle szału i z księciem, który stracił panowanie nad kierownicą, na wstecznym biegu i z ogromną prędkością staranowała budkę sędziów sportowych.

1. „Szajbusy”

Auta są w większości konglomeratami (czyli po prostu składankami) stali, drutu, gumy, plastiku, elektryczności, oleju napędowego, wody i papierków po toffi, które powpychaliście w szpary foteli w zeszły weekend. Wypuszczają tyłem spaliny, a z przodu porykują klaksonem. Ich białe światła na masce wyglądają jak wielkie oczy, w tylnych zaś błyska czerwień. I tyle – samochody to po prostu blaszane pudła na kółkach, którymi można jeździć.

A jednak niektóre – na przykład mój, a może też i wasz – są całkiem inne. Jeżeli je polubicie i zrozumiecie, jeśli je dobrze traktujecie (nie rysujecie ich karo­serii, nie trzaskacie drzwiami, napełniacie bak, ładujecie akumulator i pompujecie ich koła, kiedy zajdzie taka potrzeba), jeśli w miarę możności dbacie o to, by były czyste i lśniące, i chronicie je przed deszczem oraz śniegiem – wówczas być może odkryjecie, że auta potrafią stać się nieomal ludźmi – nie takimi zwykłymi, ale CZARODZIEJSKIMI!

Nie wierzycie? No dobra! W takim razie mam tu dla was historię o pewnym samochodzie! Hmm, może nawet odgadliście już jego albo raczej jej imię? Moja opowieść powinna was przekonać, że jednak nie wszystkie samochody są wyłącznie składanką mechanizmów i paliw. Wbrew temu co zazwyczaj się o nich sądzi.

Pewnego razu była sobie rodzinka nazwiskiem Pott. Tatuś – komandor Caractacus Pott, służył niegdyś w Królewskiej Marynarce Wojennej. (Imię Caractacus może wam się wydawać trochę śmieszne, niemniej pierwszy z Caractacusów był wodzem Brytyjczyków w roku Pańskim 48, czyli kimś trochę takim jak Robin Hood, i poprowadził brytyjską armię do walki z rzymskimi najeźdźcami. Zapewne później pojawiło się mnóstwo innych Caractacusów, choć nic mi o nich nie wiadomo). Pozostali członkowie rodziny to mamusia Mimsie Pott i parka ośmioletnich bliźniąt: czarnowłosy chłopiec Jeremy i złotowłosa dziewczynka Jemima. Państwo Pottowie mieszkali w lesie nad jeziorem z wyspą pośrodku. Po drugiej stronie jeziora ciągnęła się autostrada M20 prowadząca do Dover, na wybrzeże. Rodzina mogła zatem cieszyć się zarówno uroczym lasem (gdzie zbierano żuki i ptasie jajka) oraz jeziorem pełnym ropuch i kijanek, jak i sąsiedztwem wspaniałej autostrady, która w każdej chwili – jeśliby tego pragnęli – umożliwiała im podróż w daleki świat.

Przynajmniej teoretycznie, bo rodzice nie mieli dosyć pieniędzy, żeby kupić samochód. Wszystko wydawali na najpotrzebniejsze rzeczy – jedzenie, opał, ubrania i całą resztę tych koniecznych do życia nudziarstw, których się nawet nie dostrzega, choć rodzina musi je przecież mieć. Na przyjemności – świąteczne prezenty czy okazjonalne wypady-niespodzianki – zostawało bardzo niewiele.

Pottowie byli jednak szczęśliwi, a ponieważ cieszyli się życiem i wcale się nad sobą nie użalali ani się nie martwili, że nie mogą rozbijać się samochodem, my też nie musimy im współczuć.

Komandor Caractacus był odkrywcą i wynalazcą. Pewnie z tego powodu jego rodzinie powodziło się raczej skromnie. Bo chociaż podróże w ciekawe miejsca i wymyślanie nowych urządzeń to niezwykle pasjonujące zajęcia, trzeba mieć wielkie szczęście, aby podczas wyprawy trafić na naprawdę rzadką roślinę, ciekawego motyla czy inne zwierzę, za których oglądanie ktoś będzie chciał zapłacić. O znalezieniu prawdziwych skarbów – sztabek złota, diamentów i klejnotów w dębowej skrzyni – też raczej czyta się tylko w książkach.

Z wynalazkami jest podobnie. Ludzie na całym świecie – w Ameryce, Rosji, Chinach, nie mówiąc już o Ang­lii, Szkocji, Walii i Irlandii – cały czas wymyślają albo próbują wymyślić przeróżne rzeczy – począwszy od rakiet lecących na Księżyc po sposób na to, by kauczukowe piłeczki skakały jak najwyżej. Wszędzie, bez przerwy wymyśla się i ulepsza absolutnie wszystko. Dzieje się to zarówno w wielkich fabrykach i laboratoriach, gdzie pracują zespoły naukowców, jak i w maleńkich warsztatach, w których jakiś samotnik siedzi sobie i myśli, nie mając nawet odpowiednich narzędzi.

Komandor Caractacus Pott należał właśnie do takich samotnych wynalazców i zdradzę wam, że ponieważ marzyły mu się zawsze nieosiągalne wynalazki, przygody i wyprawy w najdalsze zakątki Ziemi, to w całej okolicy nazywano go komandorem szajbusem! Pewnie myślicie, że to było złośliwe – bo rzeczywiście było. Komandor Pott miał jednak poczucie humoru i dobrze znał swoje słabe strony, więc wcale się nie obraził, kiedy usłyszał to przezwisko. Wybuchnął tylko śmiechem, powiedział: „Ja im jeszcze pokażę”, po czym zniknął w warsztacie i nie wychodził z niego przez cały następny dzień i noc.

Z komina jego pracowni buchał w tym czasie dym, dochodziły stamtąd różne obiecujące zapachy, a kiedy dzieci przyłożyły uszy do zatrzaśniętych drzwi, usłyszały zza nich tajemnicze bulgoty, jakby coś gotowało się i pyrkotało w garnku.

Kiedy komandor Caractacus wyszedł z warsztatu, był tak głodny, że najpierw zjadł cztery jajka sadzone na bekonie i wypił ogromny kubeł kawy. Potem poprosił Mimsie, by zawołała Jeremy’ego i Jemimę, którzy właśnie babrali się nad jeziorem, rozkopując norę szczura wodnego.

(Nie udało im się zresztą go złapać. Zaszył się głębiej, a kopał znacznie szybciej niż dzieci).

Bliźnięta przybiegły i stanęły przed swoim tatą, zastanawiając się, jaki to wynalazek powstał tym razem. (Bowiem trafiały się mu tak nieciekawe jak składane wieszaki albo tak nieprzydatne jak jadalne płyty gramofonowe. Czasem zdarzały się też świetne pomysły, których – tak jak prostokątnych ziemniaków – nie dało się wprowadzić w życie, bo choć łatwo się je kroiło i obierało, to ich uprawa była droga – każda bulwa musiałaby rosnąć w specjalnej metalowej foremce).

Komandor Pott z ogromnie tajemniczą miną sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej garść czegoś, co wyglądało jak zawinięte w papier okrągłe, kolorowe cukierki, trochę większe od szklanych kulek do gry. Nie zmieniając wyrazu twarzy, podał Jeremy’emu czerwonego, a Jemimie zielonego karmelka.

„Cóż, cukierek to zawsze cukierek, nawet jeśli nie wygląda zachęcająco” – pomyślały dzieci, po czym odwinęły słodycze z papierków i już miały je wsadzić do buzi, gdy powstrzymał je okrzyk komandora:

– Chwileczkę! Najpierw się im przypatrzcie! Przypatrzcie im się uważnie!

Dzieci spojrzały na cukierki.

– No i co? – spytał komandor. – Co jest w nich niezwykłego?

– Mają po dwie dziurki wywiercone przez środek – odpowiedzieli Jeremy i Jemima nieomal równocześnie.

Komador Pott przytaknął im z powagą.

– Teraz zacznijcie je ssać.

Wobec tego Jeremy i Jemima wpakowali karmelki do ust i zabrali się do roboty, zerkając jedno na drugie spod uniesionych brwi, jakby chcieli zapytać: „Jak ci smakuje? Poczułeś coś szczególnego? Mój ma smak truskawkowy. A mój miętowy”.

Obydwie pary oczu zdawały się przy tym mówić: „To po prostu cukierki, zwykłe okrągłe karmelki i język trafia na dziurki, które w nich są. Poza tym nic ich nie różni od znanych nam słodyczy”.

Odgadując po minach dzieci, co sobie myślą, komandor podniósł rękę.

– Dosyć ssania – zarządził. – Teraz przesuńcie karmelek w ustach i chwyćcie go między zęby tak, by odsłonić dziurki. Rozchylcie wargi i DMUCHNIJCIE!

Dzieci tak się przy tym śmiały, że mało brakowało, a połknęłyby swoje karmelki. By opanować wesołość, musiały stanąć do siebie plecami i wówczas udało im się ustawić cukierek w odpowiedniej pozycji, a potem DMUCHNĄĆ!

I wiecie, co się stało? Rozległ się przejmujący gwizd, prawie taki, jaki wydaje pociąg zabawka. Dźwięk tak zaskoczył dzieci, że gwizdały, dopóki komandor stanowczo nie nakazał im przestać. Dał bliźniętom znak, unosząc rękę.

– Ssijcie dalej – powiedział – aż znowu każę wam zagwizdać.

Wyjął zegarek i uważnie śledził minutową wskazówkę.

– Teraz! – zawołał.

Tym razem Jeremy i Jemima nie śmiali się już tak bardzo, więc bez trudu wsadzili pomniejszone cukierki między zęby i GWIZDNĘLI, jak nie wiem co.

Ponieważ ssanie powiększyło dziurki, dźwięk był głębszy i przypominał ryk lokomotywy spalinowej wjeżdżającej do tunelu. Dzieci odkryły, że karmelki mogą wydawać najrozmaitsze odgłosy i że zatykając jedną dziurkę językiem lub przymykając usta, można dobywać różne tony, uzyskać efekt brzęczenia i wiele innych.

Zabawa dobiegła jednak końca, gdy wskutek ssania i dmuchania kawałek między dwiema dziurkami zupełnie się rozpłynął – karmelek świsnął po raz ostatni i – jak wszystkie cukierki – rozpadł się na kawałeczki.

Podnieceni wynalazkiem swojego taty Jeremy i Jemima skakali wokół niego i błagali o następnego karmelka. Komandor dał bliźniętom po torebeczce słodyczy, kazał im iść do ogrodu i tam ćwiczyć wszelkie możliwe dźwięki. Po obiedzie zamierzał bowiem zabrać dzieci do Skrumshus Limited – wielkiej wytwórni słodyczy w sąsiednim miasteczku, i tam zaprezentować swój produkt właścicielowi tej firmy lordowi Skrumshusowi.

Jeremy i Jemima pobiegli do ogrodu, a komandor wołał za nimi:

– Nazwiemy te karmelki szajbusami, gwiżdżącymi szajbusami. I wiecie co, pysiaczki? Kupimy za nie samochód!

Bliźnięta były już jednak daleko. W podskokach zdążyły dobiec do lasu, ćwicząc po drodze całą gamę gwizdów i cmoktając pyszne cukierki. Nowy wynalazek komandora Potta był stanowczo udany i świadczył o jego geniuszu.

Zdradzę wam, że lord Skrumshus też tak pomyślał. Gdy Jeremy i Jemima zagwizdali mu w biurze na karmelkach, wysłał ich z nimi do fabryki. Dzieci biegały po niej, podskakując, gwizdały, ssały cukierki i rozdawały je pracownikom, aż wkrótce wszyscy w całej fabryce ssali, gwizdali i tak okropnie się śmiali, że maszyny do robienia słodyczy stanęły. Lord Skrumshus musiał w końcu wyprosić Jeremy’ego i Jemimę z hali, by nie wstrzymywać produkcji.

Dzieci wróciły wobec tego do jego eleganckiego biura. Tam skarbnik firmy wypłacał właśnie ich ojcu tysiąc funtów, a komandor podpisywał umowę, zgodnie z którą miał dodatkowo dostawać sześć pensów za każdy tysiąc gwiżdżących szajbusów sprzedanych przez firmę Skrumshus Limited. Dzieciom wydawało się, że to nieduża kwota, ale jeśli wam powiem, że Skrum­shus Limited sprzedaje rocznie pięć milionów cukierków o nazwie choco-hop, łatwo dojdziecie do wniosku, że komandor Caractacus Pott nie dał się chyba oszukać.

Na koniec wszyscy uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, a lord Skrumshus wręczył Jeremy’emu i Jemimie po ogromnej torbie darmowych próbek słodyczy. Nasza trójka ruszyła opowiedzieć o wszystkim Mimsie i zaraz potem cała rodzina pojechała taksówką do banku, by zdeponować tam czek na tysiąc funtów. A potem – potem wybrali się wszyscy razem, żeby kupić samochód!

2. Pod warstwą rdzy i pleśni

Dostępne w wersji pełnej

3. Najpiękniejszy samochód świata

Dostępne w wersji pełnej

4. Nad morze

Dostępne w wersji pełnej

5. Nowy członek rodziny

Dostępne w wersji pełnej

6. Rozbitkowie

Dostępne w wersji pełnej

7. Przykre niespodzianki

Dostępne w wersji pełnej

8. Gniazdo oszustów i gangsterów

Dostępne w wersji pełnej

9. Śmiertelne niebezpieczeństwo

Dostępne w wersji pełnej

10. Nieustraszeni

Dostępne w wersji pełnej

11. Skok na pana Bon-Bona

Dostępne w wersji pełnej

12. Zawiłe wyjaśnienia

Dostępne w wersji pełnej

Bang Bang! Znowu w akcji

Zabytkowy silnik ukryty wśród gałęzi.

Zdezelowany kamper z brakującą częścią.

Zwyczajna rodzina ze spokojnego miasteczka.

Pewnie myślicie, że wszyscy się spotkają, pomogą sobie nawzajem i będą żyli długo i szczęśliwie?

To grubo się MYLICIE!

Dowiecie się więcej z opowieści o BANG BANG i jej dalszych przygodach z nowymi pasażerami.

Przygotujcie się na odjazdową historię, która poniesie Was nad skraj urwiska, na koniec świata i aż do chmur!

Zajrzyj już teraz do drugiej części przygód BANG BANG!

Większość aut to po prostu auta. Mają koła. Silnik. Jakieś siedzenia. Można nimi pojechać do pracy albo do szkoły, a potem wrócić do domu. Ale niektóre – bardzo nieliczne – są czymś o wiele wspanialszym.

Niektóre auta są wyjątkowe.

Niektóre auta są cudowne.

Samochód państwa Tootingów zdecydowanie nie zaliczał się do żadnej z tych kategorii.

Nie był cudowny.

Ani wyjątkowy.

Prawdę powiedziawszy, był tak ogromnie niecudowny i tak niewyjątkowy, że gdy w ostatni dzień szkoły Lucy i Jem zamknęli za sobą bramę, by wkroczyć prosto w wakacje, nawet go nie zauważyli. Najzwyczajniej w świecie minęli go i poszli dalej, aż tata musiał się wychylić przez okno i zawołać za nimi:

– Lucy! Jem! Wskakujcie! Podwiozę was!

– Wcale nie mam na to ochoty – burknęła piętnastoletnia Lucy. – Chcę być sama. – Od zeszłej Gwiazdki Lucy zawsze ubierała się cała na czarno.

– Czemu nie jesteś w pracy? – zainteresował się Jem.

– To wyjątkowa okazja – oznajmił tata. – Mam wam coś ważnego do powiedzenia.

– Ale to dobra wiadomość czy zła? – zapytał Jem, który często zamartwiał się różnymi sprawami.

– Ważne wieści zawsze są tragiczne – westchnęła ciężko Lucy. – Nic dobrego nigdy nie liczy się jako ­ważne.

– Poczekajcie, to zobaczycie – powiedział tata. – Ale najpierw musimy odebrać Małego Harry’ego od opiekunki.

Mały Harry nie znosił jeździć w foteliku. Szamotał się, żeby uwolnić się z pasów, aż wreszcie Jem poinstruował go:

– Musisz być przypięty. A co gdybyśmy mieli wypadek?

– Zgubiłem dinozaura – oznajmił Mały Harry.

– Czy teraz już zdradzisz, co masz nam ważnego do powiedzenia? – spytała Lucy.

– Nie martw się, to nic złego. Ale najpierw musimy podjechać po mamę do sklepu.

– Zazwyczaj nie odbierasz mnie ze sklepu – zdziwiła się mama, siadając na przednim fotelu. – Stało się coś?

– Tata ma dla nas jakąś tragiczną wiadomość – poinformowała ją Lucy.

– Jaką tragiczną wiadomość?

– Wcale nie tragiczną – zaprotestował tata – tylko ważną. I do tego wspaniałą.

– A co się takiego wydarzyło?

– Zgubiłem dinozaura – powiedział Mały Harry.

– Ojej – westchnęła mama. – Ale chyba nie tego czerwonego na pilota, którego dostałeś od Świętego Mikołaja?

– Czy możemy na chwilę przestać rozmawiać o dinozaurze i skupić się na mojej wiadomości? – wtrącił tata.

– Jakiej wiadomości?

– Cóż... Chyba najpierw powinniśmy pojechać po jakiś obiad na wynos, żeby odpowiednio to uczcić.

Kiedy rodzina zakupiła już „odświętną ucztę dla czworga” – oraz dodatkową porcję kurczaka w sosie z czarnej fasoli dla Lucy, która lubiła jeść czarne potrawy – i rozstawiła talerze na stole, a po całym domu rozszedł się cudowny aromat przypraw, tata w końcu podzielił się z resztą swoją wspaniałą, ważną wiadomością.

– Dzieci – powiedział uroczyście – oraz żono. Moja wspaniała, ważna wiadomość jest taka, że... – powiódł wzrokiem dookoła, napawając się oczekiwaniem pozostałych – już nigdy nie będę musiał chodzić do pracy! Co wy na to?

– Super! – ucieszył się Mały Harry.

– Fantastycznie! – przytaknął Jem.

– A to niespodzianka – dorzuciła Lucy.

– A jakim to sposobem? – zapytała mama.

– Ponieważ zostałem zwolniony. Juhuu!

– Juhuu! – zawołał Mały Harry.

– Juhuu! – powtórzył tata.

– Cieszę się twoim szczęściem – powiedziała mama – ale czy to na pewno dobra wiadomość?

– Skoro nie masz już pracy – zaniepokoił się Jem – czy to znaczy, że teraz będziemy bardzo biedni i niebawem umrzemy z głodu?

– Nie – powiedział beztrosko tata. – To znaczy, że teraz wreszcie możemy robić to, na co mamy ochotę, i pojechać, dokąd tylko zechcemy. Hasło na dziś to „możliwości”!

Tłum. Aleksandra Kamińska

IAN FLEMING – autor dwunastu powieści i dziewięciu opowiadań o Jame­sie Bondzie. Karierę rozpoczął jako dziennikarz, a w czasie II wojny światowej pracował dla brytyjskiego wywiadu wojskowego. W 1964 roku za namową przyjaciela spisał historię o cudownym samochodzie, którą opowiadał swojemu synowi Casparowi. Za inspirację posłużyły jego własny samochód z końca lat dwudziestych oraz legendarny model wyścigowy z silnikiem lotniczym znany jako Chitty Bang Bang.

Tytuł oryginału

Chitty Chitty Bang Bang

Ilustracje

Joe Berger

Adaptacja projektu okładki

Maria Gromek

Fotografia na ostatniej stronie

Ian Fleming at his desk at Mitre Court, 1961.

Courtesy of Ian Fleming Images © The Ian Fleming Estate

and Ian Fleming Publications Ltd

Opieka redakcyjna

Aleksandra Smoleń

Magdalena Talar

Adiustacja

Aurelia Hołubowska

Korekta

Janusz Krasoń

Katarzyna Onderka

Text copyright © Ian Fleming Publications Ltd 1964, 1965

Illustrations copyright © Ian Fleming Publications Ltd 2012

Copyright © for the Polish edition by SIW Znak sp. z o.o. 2017

Copyright © for the translation by Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk

ISBN 978-83-240-4938-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bang Bang! Wystrzałowy samochód 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia