Dzikie królestwo

Dzikie królestwo

Autorzy: David Eden Simon

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 25.99 zł

Teraz Drue zaczyna rozumieć, że była to zapowiedź największego konfliktu w historii. Cierpliwość zwierząt się wyczerpała – nie będą spokojnie patrzeć, jak ludzie niszczą Ziemię. Królestwo zwierząt wypowiedziało wojnę ludzkości. Udomowione zwierzęta muszą wybrać: przyłączą się do rebelii czy zechcą ocalić ostatnich ludzi na świecie?

 

Początkowo Drue chce tylko odnaleźć swojego kota. Jeszcze nie wie, że przeznaczono dla niej ważniejsze zadanie. Wyrusza przez wyludnioną krainę na spotkanie pradawnego plemienia Kotynów, którzy mają odegrać szczególną rolę w starciu dwóch światów. Co ją z nimi łączy? Jaką cenę będzie musiała zapłacić za przetrwanie? Jedno jest pewne: do świata, jaki znamy, nie ma już powrotu.

Dla Millie

Książkę tę dedykuję mojej ukochanej córce, bo to dzięki jej obecności w moim życiu napisałem tę powieść. Pewnie nigdy nie udałoby mi się przelać całej historii na papier, gdyby nie wiara, nieustające wsparcie i pozytywna energia mojej mądrej i pięknej Heleny – niezmiennie kochającej, wrażliwej bratniej duszy, której na zawsze pozostanę wdzięczny.

Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić.

Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć.

Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem.

(autor nieznany)

PROLOG

Drue Beltane siedziała sama w ciemności. Szczelnie owinęła się starą puchową kołdrą. Serce waliło jej jak oszalałe. Głęboko wciągnęła zatęchłe powietrze i zanim je cicho i powoli wypuściła, policzyła w myślach do pięciu. Stosowała tę sztuczkę w szkole, by uspokoić się podczas klasówek.

Jednak tym razem nie pomogło. W jej głowie kłębiły się myśli czarniejsze niż ta stara kryjówka, w której się schowała. Przerażona dwunastolatka próbowała znaleźć jakieś punkty odniesienia, cokolwiek znajomego, dzięki czemu zapanowałaby nad swoimi złymi przeczuciami. Skubała wystrzępioną dziurkę w lewej kieszeni flanelowej pidżamy; zamykała i otwierała przypominający skorupkę małża telefon komórkowy z klapką; wciskała palce bosych stóp w żłobienia gładkiej wapiennej podłogi.

Otaczające ją ściany, podłoga i sufit – którego, gdyby tylko wstała i trochę się wyciągnęła, mogłaby dosięgnąć ręką – były zimne i nieco wilgotne, choć nie mokre. Czuła to przez skórę. Ta wilgoć tkwiła gdzieś w samym kamieniu, głęboko pod powierzchnią, jak jego pamięć.

Kryjówka była niewielka, może nieco większa od dwudrzwiowej szafy. Ta sekretna wnęka znajdowała się za ruchomą deską boazerii przylegającej do osmalonego sadzą kominka w małym wiejskim domku rodziny Beltane’ów. Dom ten zbudowano w szesnastym wieku, a jego zewnętrzne ściany pokrywał tłuczony krzemień.

Dom znajdował się w Kingley Burh – w rolniczej osadzie złożonej z kilku farm i domów rozsypanych na polach rozciągających się między przemysłowymi przedmieściami angielskiego Portsmouth a słynącym z pięknej katedry miasteczkiem Chichester. Dziewczynka mieszkała tu przez całe życie, ale z tej kryjówki jeszcze nigdy dotąd nie musiała korzystać dlatego, że naprawdę się bała. Wprost przeciwnie, od wczesnego dzieciństwa było to jej miejsce zabaw, gier i wyzwań – przejście do świata niczym nieposkromionej wyobraźni. Teraz kryjówka po raz pierwszy musiała spełnić swoje właściwe zadanie. Dziewczynka w końcu zrozumiała, jak to wszystko musiało wyglądać w dawnych czasach, kiedy krajem targały zabójcze walki między rodami i dochodziło do prześladowań religijnych.

Czubkami palców Drue wymacała inskrypcję, którą dawno temu ktoś wyrył na znajdującym się tuż nad wejściem do skrytki ciężkim, ciosanym kamieniu. Litery przypominały wycięte w pniu drzewa inicjały albo wypisany na więziennym murze wyrok:

Ex umbra in solem.

Drue poprosiła kiedyś nauczyciela historii, by pomógł jej przetłumaczyć ten tekst. Okazało się, że przetłumaczone słowa są tak samo tajemnicze jak łaciński oryginalny zapis:

„Z cienia ku światłu”.

Tak samo niejasny był dla Drue powód, dla którego w ogóle się tu teraz ukrywała. Ale ojciec kazał jej zostać we wnęce, nie ruszać się i zachowywać cicho, dopóki po nią nie wróci. Mówił to z powagą, jakiej nigdy dotąd w jego głosie nie słyszała i która potwornie ją przeraziła.

Skrytka miała tylko jedno wejście, a służącą za drzwi deskę zamykało się od środka, wciskając drewniany skobel w oczko zardzewiałego zamka z kutego żelaza. Odkąd Drue się tu wczołgała, zdążyła już chyba z dziesięć razy sprawdzić, czy skobel mocno trzyma. Ale teraz znowu przesunęła po nim palcami, aby upewnić się, że drzwi są zamknięte.

– Nie otwieraj drzwi nikomu poza mną – nakazał jej ojciec. – Obiecaj mi, że cokolwiek by się działo, cokolwiek byś słyszała, będziesz czekała w kryjówce aż do mojego powrotu.

Ciemność. Cisza. I nagle…

Łomot!

Drue aż podskoczyła. Nasłuchiwała głosu ojca. Czekała, aż zawoła ją po imieniu. Ale zamiast tego usłyszała… chrząkanie. Sapanie. Drapanie.

Dźwięk tłuczonego szkła.

Ktoś przewrócił coś ciężkiego (może krzesło?) i ciągnął to po kamiennej podłodze w kuchni.

Skrzypienie schodów.

Stłumione odgłosy kroków na podłodze pokoju nad jej głową.

Trzask drzwi (drzwi do jej sypialni!), które nagle się otworzyły, uderzając o biurko. Zwykle odrabiała przy nim lekcje.

Ktokolwiek to był (lub cokolwiek to było), teraz znajdował się w jej pokoju.

Drue zastanawiała się, czy nie wybiec szybko z kryjówki i nie próbować uciec z domu. Ale przypomniała sobie, co obiecała ojcu, i zmusiła się, by dalej siedzieć bez ruchu i nasłuchiwać.

Teraz cały dom jakby ożył, wszędzie dało się słyszeć jakiś ruch. Cokolwiek znajdowało się za drzwiami kryjówki, nie była to jedna istota. Przerażającemu i głośnemu niszczeniu domu i znajdujących się w nim przedmiotów towarzyszyła hałaśliwa orkiestra pochrząkiwań, poszczekiwań, kwików i syków. Wydawało się, że trwa to całą wieczność. Aż wreszcie, tak samo nagle, jak się zaczęło, wszystko ucichło.

Serce wyskakiwało Drue z piersi; bała się, że wali ono tak głośno, że ktoś może to usłyszeć. W gardle łaskotał ją popiół ze znajdującego się tuż obok kominka. Całą siłą woli skupiała się na tym, by nie zacząć kaszleć.

Czekała.

Nasłuchiwała.

Cisza.

Choć wydawało się to niemożliwe, ciemność stała się jeszcze gęstsza. Kryjówka, która miała zapewniać schronienie, wydawała się teraz grobowcem. Drue miała ochotę krzyczeć. Otworzyć drzwi. Biec! Ale uparcie trwała przy danym słowie, przy nadziei i poczuciu bezpieczeństwa, jakie z tej nadziei czerpała. Słowa ojca wracały w jej głowie jak echo, jak powtarzane w kółko zaklęcie: „Nie wychodź z kryjówki aż do mojego powrotu”.

Jednak zamknięcie, mrok i poczucie niepewności sprawiły, że dziewczynka zaczęła się wahać. Teraz każda sekunda spędzona w tym wilgotnym i ciemnym pomieszczeniu wydawała się jej wiecznością. Drue położyła dłoń na żelaznym zamku. Była już prawie gotowa wyciągnąć drewniany skobel i wyjść z wnęki, gdy wtem… Usłyszała – tuż za drzwiczkami, za którymi spowita mrokiem kuliła się ze strachu – jak ze stojącego przy kominku koszyka wypada polano na opał. Kto to zrobił?

Syk. Znowu sapanie. Gardłowe pochrząkiwanie. Drapanie. Coś drapało w drzwi kryjówki.

I nagle promyk nadziei: może to Kocisko Zobaczysko? Może to kot postanowił ją znaleźć? Ale nie. Drue znała każdy ruch zwierzęcia, rozpoznawała każdy jego krok i każdy dźwięk, jaki potrafiło z siebie wydać. Znała jego sposób miauczenia i mruczenia, a nawet to jego śmieszne urywane pochrapywanie. To było coś innego. Te dźwięki wydawał myśliwy. Drapieżnik kierowany węchem. To było coś, co znała z koszmarów sennych i strasznych filmów.

Drue powoli odsunęła dłoń od zamka i schowała twarz w kołdrze. Modliła się, by tej piekielnej kreaturze, która znajdowała się po drugiej stronie dębowej deski – jedynej rzeczy, która oddzielała ją od dziewczynki – nie udało się znaleźć wejścia do kryjówki.

Na schodach znów coś się poruszyło.

Znowu coś przebiegło po podłodze w kuchni.

A później… cisza.

Drue zacisnęła zęby na rożku kołdry i modliła się o to, by usłyszeć głos wołającego ją ojca. Ale im dłużej siedziała w zupełnej ciszy, tym większe dopadały ją wątpliwości. A jeśli on nigdy nie wróci? Co wtedy? A co, jeśli już wrócił i stanął twarzą w twarz z intruzami? Może leży tam ranny, może rozpaczliwie potrzebuje jej pomocy?

Wzięła głęboki oddech. A później bardzo powoli i delikatnie wysunęła skobel z zamka, otworzyła drzwiczki i weszła do skąpanego w świetle księżyca pokoju.

Przez chwilę stała bez ruchu, nasłuchując dobiegającego z oddali hałasu. Słyszała krzyki, wrzaski, wydawane zdecydowanym głosem rozkazy i bardzo niepokojący zgrzyt towarzyszący ładowaniu dwunastokalibrowej broni. Czyżby to ich sąsiad, stary farmer Callow, walczył z intruzami u siebie? Jednak w domu Drue, cokolwiek działo się tu wcześniej, teraz było cicho i spokojnie. Dziewczynka uznała, że ktokolwiek tu był (czy cokolwiek tu było), teraz już go nie ma. Panował tu wielki bałagan, ale teren wydawał się czysty.

Drue przeszła ostrożnie przez pokój. Chciała włączyć światło, ale się nie odważyła. Stojąca zwykle przy oknie wysoka lampa na rzeźbionej nóżce została złamana i sterczała jak dzida z potłuczonego ekranu telewizora. Kanapę i krzesła pocięto, spod poszarpanej tapicerki wychodziły kłaczki materiału. Należącą do ojca cenną kolekcję magazynów „National Geographic” rozrzucono po całej podłodze.

Drue skierowała się w stronę kuchni. Drzwi były uchylone, więc dziewczynka zajrzała do środka.

W obu oknach wybito niemal wszystkie szyby. Zasłony, które dziewczynka pomagała matce uszyć, były porwane w strzępy.

Ktoś poprzewracał doniczki z ziołami. Wysypała się z nich ziemia. Ozdobny tymianek jakby wyrastał wprost z tostera. Sztućce i potrzaskane naczynia – wśród nich odziedziczona po prababci najszlachetniejsza chińska porcelana – ścieliły się po podłodze, mieszając się z zawartością dużej spiżarni. Między skorupami zastawy stołowej rozsypane były brązowy ryż, mąka gryczana, makaron, płatki kukurydziane, leżały tam potłuczone jajka i pokruszone biszkopty. Z otwartej lodówki sączył się sok żurawinowy. Czerwony jak krew sok mieszał się z wypływającą z rozbitych słoików pastą sezamową. Dżem i organiczny miód zaschły w formie lepkich wysepek na jeziorze rozlanego mleka ryżowego.

Drue patrzyła na to wszystko w osłupieniu. Zniszczenia były tak wielkie i straszne, że aż prawie śmieszne.

Nagle leżąca pod kuchennym stołem torebka nachosów z niebieskiej kukurydzy zaczęła energicznie jeździć po całej podłodze, jakby ją coś opętało.

Drue się wystraszyła. Szybko zrobiła krok w tył i poczuła, jak w jej bosą stopę wbija się ostry kawałek szkła. Choć szkło nie weszło głęboko, ledwo drasnęło wysokie sklepienie podbicia, dziewczynka cicho krzyknęła.

A wtedy nachosy nagle się zatrzymały.

Po chwili zza krawędzi pomiętej folii nieśmiało wyłonił się pyszczek zakończony ruchliwymi wąsikami. Należał do orzesznicy, która weszła do torby, żeby spałaszować jej zawartość.

Oburzona Drue klasnęła w dłonie, chcąc wystraszyć zwierzę.

Ale orzesznica ani myślała czmychnąć w poszukiwaniu schronienia przed człowiekiem; dalej stała dokładnie tam, gdzie przed chwilą. Utkwiła w Drue świdrujący, wyzywający wzrok, a jej policzki wciąż się poruszały, gdy przeżuwała kukurydziane nachosy. Zwierzątko nie miało najmniejszej ochoty odrywać się od przekąski.

Drue znowu klasnęła, a potem machnęła ręką, by odgonić intruza. Jednak mała istotka nadal nie zwracała na nią uwagi. Dziewczynka sięgnęła po miotłę i zamachnęła się nią tak, jakby chciała uderzyć (choć tak naprawdę nie miała zamiaru skrzywdzić orzesznicy; po prostu chciała przypomnieć jej, kto tu rządzi). Ale tamta wciąż spokojnie przeżuwała jedzenie. Gdy skończyła jeść, zapiszczała.

Wydała z siebie jeden przeszywający, żałosny piiiiiiiisk. To wystarczyło, by Drue zastygła w miejscu.

W tej samej chwili w kuchni zaroiło się od orzesznic. Było ich dziesięć… dwadzieścia… nie, trzydzieści. Zbiegły się ze wszystkich stron. Po chwili dołączyły do nich czarne i brązowe szczury z najeżoną przeczuciem zagrożenia sierścią. W końcu pojawiła się też długa, chuda norka z zimnymi oczami zwężonymi w małe szparki.

Drue opuściła miotłę.

Przez chwilę była pewna, że to wszystko musi jej się śnić. Wszystko, co się dotąd wydarzyło – obietnica dana ojcu, długie siedzenie w kryjówce, splądrowany dom, dosłownie wszystko – musiało być tylko nocnym koszmarem, przerażającym wytworem jej bogatej wyobraźni. Dlatego powiedziała głośno: „Okej, możesz się już obudzić!”.

Ale gryzonie zwarły szeregi i ruszyły w jej stronę, a norka stanęła prosto na tylnych łapkach, sycząc przez wyszczerzone, ostre jak igły zęby. Wtedy Drue, ku swemu przerażeniu, uświadomiła sobie, że nie śpi i że to, co się dzieje, jest aż za bardzo prawdziwe.

CZĘŚĆ I

SZÓSTA FALA

ROZDZIAŁ 1

Początkiem końca świata – świata takiego, jaki znamy – było zniknięcie kota o trzech nogach, krótkiej sierści i zamiłowaniu do czystości: Kociska Zobaczyska. A przynajmniej tak to wyglądało we wspomnieniach Drue Beltane.

Prawda była taka, że katastrofalne w skutkach wydarzenia z początku dwudziestego pierwszego wieku, wydarzenia, które miały zmienić obraz życia na Ziemi, miały swoje źródła w znacznie odleglejszych czasach. Wszystko zaczęło się od narodzin przemysłu. Był to skok ewolucyjny, który zasiał lęk w sercach wszystkich stworzeń, jakie żyły na naszej planecie obok ludzi. Lęk opanował dzikie ptaki, niepokonane dotąd stwory, ryby i gady – czyli całą wielką grupę Dzikusów.

Niestety, nie wszystkie Dzikusy zdawały sobie sprawę z tego, jaki czeka je los. Nie przypuszczała tego nawet większość z nich. Jako że przeżyć mogli tylko najsilniejsi, od wielu pokoleń ich życie było związane z zaspokajaniem pierwotnych instynktów: z rozmnażaniem oraz poszukiwaniem jedzenia, wody i schronienia. To były ich główne troski. A właściwie – jedyne troski.

Tylko nielicznym Dzikusom zdarzało się zastanawiać nad porządkiem świata, celem własnej podróży przez życie czy tym, jakie miejsce we wszechświecie zajmują. Takie problemy były zbyt wydumane, odległe i nieistotne jak krople deszczu wpadające do morza. Było tak aż do dnia, gdy wiatry zawiały mocniej i zebrały wszystkie te krople w wielką falę, która wkrótce miała uderzyć we wszystkie wybrzeża świata; w niszczycielską falę zemsty.

O tym, że w powietrzu wisi konflikt, Zobaczysko przekonał się, gdy miejscowy Koci Konsul (każdy gatunek zwierząt posiadał w danym hrabstwie swoich przedstawicieli) wezwał go na Wielki Szczyt. Spotkanie to miało odbyć się w środku nocy w starym cisowym borze w Kingley Burh, nieopodal białych kredowych klifów piętrzących się w sercu Parku Narodowego South Downs.

Kot był zaintrygowany i zdezorientowany, bo rozkaz przyszedł od samego Rejonowego Gubernatora Rady Starszych Kapituły West Sussex i dotyczył wszystkich, nawet takich jak on Chowańców, którzy żyli w ludzkich domostwach.

Jednak pewne było, że musi chodzić o coś niezwykle ważnego, bo takie nagłe zebrania wiązały się z dużym niebezpieczeństwem. Miały się na nim stawić lisy, łasice, dziki, borsuki, kruki, jelenie, psy, koty, a także inne zwierzęta, z których wiele na co dzień było dla siebie nawzajem śmiertelnymi wrogami.

Ale nawet najwaleczniejsze z nich nie odważyłyby się naruszyć zasad Wielkiego Szczytu. Złamanie tymczasowego zawieszenia broni, jakie ogłaszano zawsze przy takich okazjach, było przestępstwem karanym śmiercią. A gdyby na takim zebraniu znalazł się człowiek, gdyby zobaczył, jak przebiegają zwierzęce obrady… Cóż, konsekwencje byłyby tak fatalne, że aż nie do pomyślenia.

Bo od kiedy tylko człowiek zaczął chodzić po Ziemi, nie zajmował się niczym innym niż podbijanie i niszczenie wszystkiego, czego nie rozumiał i nad czym nie umiał zapanować. To z tego powodu – mimo wspólnych początków, ewolucji i technologicznych zdobyczy człowieka – podstawowe prawa i zwyczaje królestwa zwierząt pozostawały ściśle strzeżoną tajemnicą, której ludzie pod żadnym pozorem nie mogli poznać. Dlatego zebrania Szczytu odbywały się niezwykle rzadko i zawsze były tajne.

Dokładnie rzecz ujmując, przez całe swoje życie Kocisko Zobaczysko uczestniczył w tylko jednym takim zgromadzeniu. Miało to miejsce wtedy, gdy dyskutowano o kryzysie, jaki nastąpił po wielkiej wycince i pożarach lasów, do których doszło w 2006 roku na wyspie Borneo. To wtedy zostały zniszczone wielkie naturalne siedliska w Azji Południowo-Wschodniej, wyginęła jedna trzecia tamtejszej populacji orangutanów, a z zadymionego nieba spadł na ziemię – jak twierdzili naoczni świadkowie – deszcz ptasich piór. Olbrzymie gorąco i dławiący dym, jakie unosiły się z tego płonącego piekła, zabijały całe stada egzotycznych ptaków.

Jako że podczas tamtego Wielkiego Szczytu Zobaczysko był jeszcze bardzo młodym kotem, nie mógł się skoncentrować, a specjalistyczny język był dla niego za trudny, żeby w pełni mógł zrozumieć, jak istotne wnioski płyną z toczących się wtedy dyskusji. Pamiętał jednak o zmarłym ojcu – kocurze o szarej jak granit sierści i masywnym torsie, którego wielu uważało za najświetniejszego kota, jaki kiedykolwiek zajmował stanowisko Kociego Konsula. To właśnie ojciec – z powagą, szczegółami i dokładnie wyjaśniając wszystkie zawiłości przeszłych zdarzeń – opowiadał mu o dokonywanych przez ludzi zniszczeniach. Te opowieści wywarły na Kocisku Zobaczysku ogromne wrażenie, wciąż żywe po latach.

Choć miał wspaniałe geny, a w młodości wróżono mu wielką przyszłość, Zobaczysko nigdy nie doczekał się wysokiego stanowiska. Jednak jego zdumiewająca zdolność do zapamiętywania szczegółów (dzięki której wybrano go na Sekretarza Kociego Konsula) sprawiała, że nadal pamiętał wszystkie imiona, daty i miejsca, które przekazał mu ojciec, opowiadając o tamtym nocnym zebraniu sprzed lat.

Pamiętał, na przykład, o wielkiej katastrofie z 1984 roku, która miała miejsce w indyjskim mieście Bhopal. Doszło do wypadku, w którego wyniku uwolniono czterdzieści ton śmiertelnie trujących pestycydów. Trujący gaz bez problemu przeniknął do powietrza, zatruwając i niszcząc nawet bardzo odległe obszary.

Dwa lata później w znanej szwajcarskiej fabryce Sandoz doszło do chemicznego wycieku. Chemikalia dostały się do Renu; wody rzeki zabarwiły się na krwistoczerwony kolor i, jeszcze zanim zdążyły wpłynąć do Morza Północnego, zginęło przez nie ponad pół miliona ryb.

Pamiętał też o celowym i głupim zalaniu ponad półtora tysiąca kilometrów kwadratowych tropikalnych lasów deszczowych – lasów dzikich, pierwotnych i zamieszkiwanych przez niezliczone gatunki zwierząt. Ta powódź oznaczała śmierć całych pokoleń setek tysięcy różnych gatunków, które spoczęły w strasznych wodnych grobach. Niektóre z tych gatunków bezpowrotnie zniknęły z powierzchni Ziemi. A wszystko to w imię postępu; wszystko po to, by – kiedyś dziką i szlachetną – rzekę Surinam w północnej części Południowej Afryki przemienić w wielki zalew o martwej, stojącej wodzie.

Przez to ostatnie wspomnienie po ciele Zobaczyska przebiegły ciarki. Nienawidził wody nawet wtedy, gdy płynęła spokojnym, bezpiecznym strumieniem. A nagła powódź, przed którą nie dało się uciec, była dla niego prostu najgorszym koszmarem.

Wszystko to sprawiało, że z każdym dniem oczekiwania na Wielki Szczyt Kocisko Zobaczysko odczuwał coraz większy niepokój. Co znów wymyślił człowiek? W jaki sposób tym razem postanowił zniszczyć naturalny porządek rzeczy? I jakie działania podejmie Rada Starszych, by naprawić to, co zepsuli ludzie?

Zobaczysko wiedział, że nie ma sensu tracić czasu na domysły. Jego ojciec mawiał, że martwienie się sprawia, że mała rzecz ma duży cień. Wiedział o tym, ale to wcale nie ułatwiało czekania.

Kocisko Zobaczysko mieszkał z rodziną Beltane’ów od ponad dwudziestu jeden kocich lat, czyli przez ponad połowę swojego życia. Przez ten czas bardzo się ze sobą zżyli. Zobaczysko najbardziej przyjaźnił się z ludzkim dzieckiem o imieniu Drue. Była to prawdziwa, głęboka przyjaźń. Nigdy nie słyszał, by przedstawicielom różnych gatunków udało się nawiązać tak silną więź. A to bardzo go martwiło.

Instynktownie czuł, że wkrótce nastąpi coś niebywale ważnego. I miał tylko nadzieję, że jego ukochana przyszywana rodzina nie znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie; że nie będzie musiał dokonywać wyboru między ludźmi a zwierzętami.

ROZDZIAŁ 2

W noc Wielkiego Szczytu Kocisko Zobaczysko znajdował się tam, gdzie zawsze – leżał zwinięty w kłębek w nogach łóżka Drue. Otworzył jedno oko, by sprawdzić, czy jego przyjaciółka śpi. Przez chwilę wsłuchiwał się w jej płytki oddech. Gdy dziewczynka zaczęła się wiercić pod kołdrą, kot zręcznie zeskoczył na leżący na podłodze wełniany dywanik.

Zatrzymał się na moment, by upewnić się, że Drue znowu zapadła w głęboki sen. Po chwili bezgłośnie przebiegł po białych deskach podłogi i wymknął się z pokoju przez drzwi, które dziewczynka zawsze zostawiała dla niego lekko uchylone.

Zobaczysko jednym susem zeskoczył ze schodów i potruchtał do kuchni. Było tam chłodno i ciemno. Skierował się prosto do drzwi prowadzących na podwórze, uchylił pyskiem drzwiczki dla kota i zwinnie wymknął się do ogrodu.

Z postawionymi do góry uszami i wyostrzonymi wszystkimi zmysłami Zobaczysko zanurzył się w chłód nocy. Zaczął przetwarzać całą masę informacji, jakie przynosiły podmuchy nocnego wietrzyku. Ciężka chmura zasłaniała księżyc, ale koci nos mógł powiedzieć tyle samo co oczy (a może nawet więcej) o wszystkim, co wydarzyło się na danym terytorium od momentu, gdy zaszło słońce.

Jeże nie próżnowały. Tak samo nietoperze. Gdzieś w pobliżu musiał sobie wykopać norę borsuk – tego silnego zapachu piżma nie dało się z niczym pomylić. Każdej innej nocy Zobaczysko odczytałby ten zapach jako sygnał, że musi zrobić obchód swojego terytorium. Ale to nie była każda inna noc.

Otrząsnął futro – ten ruch sprawił, że zatrzęsła się mała jak moneta adresówka na obroży – i uważnie przyjrzał się bezkresnemu ciemnemu niebu.

Pełnia Robaczego Księżyca – nazywana tak z powodu zwiastowanego przez nią ocieplenia ziemi i związanej z tym większej aktywności owadów – miała przyjść dopiero za kilka dni. Oznaczało to, że ogrodowa ścieżka pod łapami będzie nadal zimna. Przez moment Zobaczysko zastanawiał się, czy nie zawrócić i nie wślizgnąć się z powrotem do ciepłego i przytulnego łóżka Drue. Ale przecież to nie wchodziło w grę. Był Sekretarzem Kociego Konsula, więc nie tylko powinien zjawić się na Wielkim Szczycie, ale wręcz miał obowiązek się tam stawić.

Wielkimi susami pokonywał duże, podniszczone płyty chodnika, pocieszając się przy tym myślą, że przynajmniej nie pada. Przecisnął się przez dziurę w pomalowanym na zielono wysokim płocie z buczyny, który otaczał dom Beltane’ów. Zręcznie śmigając między pokrzywami i paprociami, dobiegł aż do Oakwood Lane.

Długa wąska ścieżka z tłuczonych kamieni wiła się jak wyschnięte koryto rzeki. Jej szare nierówne odnogi tworzyły pyliste połączenia między gospodarstwami, które dawno temu Ludzie postawili tu w środku lasu: farma Callowów, młyn pośrodku wielkiej posiadłości Oakwood Park Estate, wreszcie sama wioska Kingley Burh.

W pole widzenia Kociska z łoskotem wtoczył się jeep. Samochód pokonywał zakręty drogi tak szybko, że jego ogromne cielsko aż się trzęsło. Grube opony miażdżyły leśne dzwoneczki i dziki czosnek porastające miękkie pobocze drogi.

Kocisko Zobaczysko odwrócił wzrok, gdy omiotły go oślepiające długie światła jeepa. Pojazd popędził dalej, wiercąc przed sobą w mroku nocy złoty tunel. W jasnym świetle zapalały się setki par oczu, by za chwilę znowu zniknąć w ciemności żywopłotów.

Zobaczysko poczekał chwilę i pozwolił, by znów omiotła go noc, po czym szybko przemknął przez drogę. Gdy bezpiecznie znalazł się po drugiej stronie, wskoczył do biegnącego wzdłuż drogi zaśmieconego rowu i skierował się na północ, w stronę starego lasu cisowego.

– Hej, Zobaczysko, zaczekaj – usłyszał dobiegający z kłębowiska jeżyn głos. Kocisko zwolnił, ale się nie zatrzymał. – Zaczekaj, Zobaczysko, to ja.

Rozpoznał ten zachrypnięty głos. To był Li, kot z wioski: niechlujny worek skóry i kości zupełnie pozbawiony futra (poza kilkoma rzadkimi włoskami na plecach i ogonie).

– Hej, Li – przywitał się Zobaczysko, gdy znajomy go dogonił. Cały otaczający ich las tętnił życiem.

– Ale będzie wysoka frekwencja – szepnął podekscytowany Li.

– Na to wygląda – odpowiedział Zobaczysko.

– Słyszałeś coś… no wiesz… o co w tym wszystkim chodzi?

– Na razie wiem tylko tyle, co ty, Li – stwierdził Zobaczysko, znów biegnąc.

– Ale to musi być coś ważnego?

– Też tak myślę.

– Coś naprawdę ważnego?

– Być może.

– Co mówi Konsul?

– Jeszcze się z nim nie widziałem.

– To jak myślisz, co to może być?

– Powiedziałem już, że na razie wiem tylko tyle, co ty. Najlepiej poczekajmy na to, co mają nam do powiedzenia Hobbes i Rada Starszych.

– To może być grypa – wysapał Li. – Mutacja genetyczna, która przenosi się z gatunku na gatunek. Słyszałem, że teraz ptaki łapią ją od ludzi.

Ścieżka zwężała się między ostrokrzewami, więc Zobaczysko znowu musiał zwolnić.

– Albo ta sprawa z imigracją. Słyszałeś, że w góry Highlands w Szkocji znowu sprowadzili wilki? Wilki. Chodzi mi o to, że naprawdę… Czemu nie sprowadzą od razu tygrysów szablozębnych? One też kiedyś tam żyły. Chodzi mi o to, że… Czy ludzie nie słyszeli o ewolucji?

– Tak właściwie to nie ewolucja była tu problemem. Polowania… – zaczął Zobaczysko.

– Badania naukowe! Założę się, że to o to chodzi – stwierdził Li. – Miałem kuzyna, który znał kogoś, kto miał przyjaciela, którego całą rodzinę wysłali do jednego z tych laboratoriów za wysokim murem i drutem kolczastym. Już nigdy ich nie zobaczył. Może planują zbudować tu coś takiego. Jak myślisz? Może tak być?

Po drodze mijało ich wiele zwierząt. Każde z nich szło własną ścieżką przez las. Za każdym razem, gdy Zobaczysko napotykał wśród nich kota lub kocicę, zwierzęta pozdrawiały się krótkim słowem albo skinieniem głowy. Wszyscy byli nieco zdenerwowani – mieszały się w nich domysły i niepokoje – więc sama natura skłaniała ich do tego, by szukać towarzystwa stworzeń ze swojego gatunku.

Chociaż w oficjalnej hierarchii zajmował najniższe z niskich stanowisk (jego rola podczas Wielkiego Szczytu sprowadzała się tylko do sporządzania w głowie notatek z przemowy Kociego Konsula), Kocisko Zobaczysko był z natury uprzejmy i otwarty. A to sprawiało, że inni powierzali mu swoje sekrety. Szczególnie zaufał mu Li, który, jako imigrant z Dalekiego Wschodu, żył na marginesie miejscowej społeczności Dzikusów.

Zobaczysko nie oceniał i nie dyskryminował. Sam nie utyskiwał na swoją wadę fizyczną (brakowało mu tylnej łapy) i służył wsparciem każdemu kotu, któremu inni oficjele wydawali się zdystansowani i onieśmielający. Krótko mówiąc, Zobaczysko był przystępny; a to, oczywiście, ma swoje plusy i minusy.

– Nie chciałbyś być beaglem, to na pewno – stwierdził Li, przyspieszając nieco kroku, by zrównać się z Kociskiem.

– Nie – odpowiedział Zobaczysko.

– Ani świnką morską – dodał Li. – Wyobrażasz to sobie? Dobrze, że świnki są głupie. Wiedziałeś, że w Ameryce Południowej, skąd świnki pochodzą, mieszkają takie plemiona, w których medycy masują tymi biedaczkami chorych ludzi? Mówię serio. To obrzydliwe! Nic dziwnego, że piszczą, gdy ludzie biorą je do rąk.

Zobaczysko uśmiechnął się i skinął głową na znak, że się zgadza. Te wszystkie historie i szalone teorie przyjaciela słyszał już wcześniej setki razy. Ale lubił go tak bardzo (i tak bardzo nie chciałby go urazić), że – jak zawsze – pozwolił mu dalej trajkotać.

Mimo nieco uciążliwego towarzystwa Li Kocisko Zobaczysko szybko posuwał się naprzód. Aż napotkał grubego kocura o szylkretowej wielokolorowej sierści, nadgryzionym uchu i złamanym nosie, który wyłonił się nagle z kępy złocienia i zatarasował mu drogę. Za jego plecami stał w szeregu cały gang zdziczałych kotów.

Li nie miał ochoty ani na walkę, ani na ucieczkę, a bał się o siebie. W końcu więc uciszył się i schował za plecami Zobaczyska.

– Joł, Dziwadło – mruknął kolorowy.

– Witaj, Łaciaty – odpowiedział Zobaczysko, starając się okazać radość z tego spotkania.

– Widziałżeś Hobba?

– Słucham?

– Hobba.

– Hobba?

– Hobba.

– Ach, Hobbesa, Konsula. Nie. Jeszcze nie.

– Cześć, Glizdo – zawołał jeden z kumpli Łaciatego do Li.

– Hej, Pchli – zażartował sobie inny.

– Hm… Raczej… Li – poprawił nieśmiało Li.

– Fajne włosy – wciął się następny kot.

– A nie, czekaj. Chyba jest tylko jeden. Fajny włos!

Kocisko Zobaczysko westchnął. Przykro mu było patrzeć, jak znęcają się nad Li, ale naprawdę nie mógł teraz interweniować, bo i tak był już spóźniony.

– Parchy i pchły – powiedział Li, spoglądając w górę na księżyc. – Mamy na to czas? Naprawdę musimy iść.

Li spróbował wyminąć Łaciatego, ale ten zablokował przejście i stanął na wprost Kociska. Jego wielka krągła postać na tle księżyca była tak mroczna, jak mroczny był jego głos.

– Słyszałżem, że szykuje się cóś grubego…

– Coś grubego, tak, tak, w rzeczy samej – potwierdził Li, próbując umknąć podszczypującym i poszturchującym go członkom gangu.

– Cóś naprawdę grubego…

– Na pewno. Właśnie o tym mówiłem, kiedy…

– Zamknij się, robalu! Gadam z Dziwadłem – mruknął Łaciaty. – Słyszałżem, że szykuje się cóś grubego i nie taki żem pewien, czy to Hobbes jest kiciusiem, który powinien tym kierować.

– Hobbes został wybrany na Kociego Konsula – odpowiedział nieśmiało Zobaczysko.

Gang Łaciatego natychmiast zaczął chórem wykrzykiwać lekceważące uwagi na temat ustawionych wyborów, głosowania po znajomości i tego, że Zobaczysko w niczym nie przypomina swojego ojca. Przez cały ten czas Łaciaty uważnie przyglądał się Kocisku.

W końcu Kocisko Zobaczysko zaczął mówić głośniej, by zagłuszyć ten harmider.

– Słuchajcie… słuchajcie… może po prostu... poczekamy i zobaczymy... zobaczymy, co mają do powiedzenia Konsul i Rada Starszych, okej? Nie wyciągajmy od razu wniosków i pamiętajmy o tym, że siedzimy w tym wszyscy razem. Chodzi o solidarność. I jakiekolwiek by były różnice między nami, to szanujmy się i odłóżmy to na bok do czasu zakończenia Wielkiego Szczytu.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Łaciatego. Ale on przez cały czas patrzył tylko na Kocisko.

– To… mamy to w końcu zapisane w statucie – dodał nerwowo Zobaczysko. – I nie martwmy się… bo martwienie się… no, martwienie się sprawia, że mała rzecz ma…

– Duży cień – dokończył za Kocisko Łaciaty. – A twój stary zostawił ci wielki cień, z którego musisz się wyczołgać, Dziwadło.

Kocisko zwiesił głowę. Łaciaty miał rację: tak naprawdę nigdy nie potrafił sprostać dziedzictwu, jakie pozostawił mu ojciec.

Łaciaty pociągnął nosem, wypiął klatę, podniósł nogę, by obsikać najbliższy krzak, i wolnym krokiem odszedł w zarośla.

– Powiedzże Hobbowi, że mam go na oku – mruknął na odchodne. – A jak będzie pełnia, pilnuj, żeby Glizda nie wyłaził z domu. Koty to wkurza.

Z tymi słowami i z całą swoją ekipą Łaciaty zniknął wśród drzew.

Przybity Li zaczął się chyłkiem oddalać, ale Kocisko Zobaczysko zatrzymał go.

– Chodź, Li. Wracamy na szlak, nie chcemy się przecież spóźnić. Opowiadałeś mi o świnkach morskich. To prawda z tymi medykami?

Li postawił uszy i wysoko uniósł głowę. Kiedy Zobaczysko ruszył biegiem w dalszą drogę, ten chudy worek skóry i kości znowu potruchtał za nim.

***

Gdy nadeszła północ, chmury, które wcześniej zebrały się nad Kingley Burh, odpłynęły, odsłaniając rozświetlone gwiazdami bezkresne niebo. Światło księżyca spłynęło na pochodzące z epoki brązu kurhany na Bow Hill i niżej po trawiastych stromych zboczach wzgórz otaczających dolinę. Wzgórza porastał baldachim największego i najstarszego cisowego lasu w Europie, a przebijające przez gałęzie snopy światła oświetlały gorączkowo poruszające się pod nimi istoty.

Tysiące najróżniejszego rodzaju stworzeń – nawet zupełnie nieznanych człowiekowi nocnych workolotów wielkich i fretkoskoczków – zajmowały każdą gałąź, każdy kamień i każde źdźbło trawy. Jednak mimo że było ich tak wiele, za pozornym chaosem krył się porządek. Zgodnie z oficjalnym protokołem zwierzęta ustawiły się w koncentrycznych kręgach przypominających słoje pnia drzewa. Kolejne kręgi, jeden po drugim, rozciągały się na cały obszar lasu.

Pierwszeństwo mieli najstarsi przedstawiciele każdego gatunku – to oni wraz z Konsulami tworzyli kręgi najbliższe centrum, skupiając się jakby wokół środka kompasu. A w tym środku – zajmując teren, który na czas obrad stał się świętą ziemią – zgromadzili się wyżsi rangą członkowie Rady Starszych: jeleń, fretkoskoczek, sowa uszata, dzik, lis oraz sam Prokonsul Dystryktu – bardzo duży i gruby, ciemnooliwkowy ropuch o imieniu Papla.

Gdy sowa płomykówka, gromko pohukując, dała sygnał do rozpoczęcia historycznego Wielkiego Szczytu, Kocisko Zobaczysko i Li ciągle jeszcze przepychali się przez gęsty tłum, przepraszając wszystkich wokół. Li wycofał się, by Zobaczysko mógł zająć swoje właściwe miejsce tuż za Zastępcą Kociego Konsula, kotem syjamskim o imieniu Rani. Syjam z kolei stał tuż za Hobbesem, błękitnym kotem burmskim z żółtymi oczami o opadających powiekach, który pełnił funkcję Starszego Kociego Konsula.

– Spóźniłeś się – prychnął Rani.

– Przepraszam – odpowiedział cichutko Zobaczysko.

– Chociaż tyle – odparł Rani.

Hobbes nastroszył wąsy i posłał im obu pełne niezadowolenia spojrzenie. Gdy pohukiwanie płomykówki ucichło, wszystkie oczy zwróciły się w stronę wspaniałej Rady Starszych. Grupa ta ustawiła się w szeregu pod liczącym sobie dwa tysiące lat cisem, którego pień był tak gruby, że wyrastał za zgromadzonymi jak mur fortecy.

Papla zniknął między korzeniami drzewa, przeszedł przez ukruszony pień i z teatralną przesadą rozsiadł się wysoko między wężopodobnymi gałęziami cisu. Teraz miał dużo lepsze miejsce.

W powietrzu unosiła się atmosfera wyczekiwania, a Papla uważnie przyglądał się tłumowi: przysadzisty, pokryty brodawkami generał podczas przeglądu wojska. Cierpliwie poczekał, aż ucichła paplanina tysiąca dziobów i pysków, po czym dumnie wypiął tłusty brzuch i zaczął przemawiać.

– Towarzysze, Konsulowie, drogie Dzikusy i wy, Chowańce – ostatnie słowo doprawił odrobiną pogardy. – Ja, wasz Prokonsul Dystryktu, na mocy władzy nadanej mi przez szlachetne Zgromadzenie Ziemskie wezwałem was na to nadzwyczajne zebranie, jedno z dziesiątków tysięcy takich zebrań odbywających się teraz w każdym lesie, na każdej górze i w każdym oceanie opływającym naszą wspaniałą świętą planetę, by ostrzec was przed największym zagrożeniem, jakiemu kiedykolwiek musieliśmy stawić czoła.

Już wcześniej w lesie było cicho, ale teraz dało się słyszeć wręcz, jak robaki przekopują ziemię pod korzeniami drzew. Zanim Papla zaczął dalej mówić, poklepał się po swej wielkiej gardzieli.

– Imię, jakie nadano tej ponurej, zabójczej pladze, brzmi Szósta Fala. Mowa o masowym zniszczeniu gatunków na niespotykaną dotychczas skalę. Za poprzednich pięć masowych zniszczeń, jakich doświadczył nasz świat, odpowiedzialna była sama Matka Natura w swej nieskończonej mądrości. Były one tragiczne, ale konieczne dla zapewnienia równowagi w naturalnym porządku rzeczy. Lecz do Szóstej Fali, która może mieć taką siłę rażenia, jak wszystkie pięć poprzednich razem wziętych, doprowadziła działalność tylko jednego gatunku naczelnych – wyrzucił wysoko w górę błoniasty palec, by zaakcentować ostatnie słowo – CZŁOWIEKA!

Nastąpiła łańcuchowa reakcja chrząknięć, pisków i poćwierkiwań w całym lesie.

Brutus, upiorny srebrzystoszary sokół norweski, wyfrunął bezszelestnie z czerni nocnego nieba i przysiadł wysoko na gałęzi starego cisu nieopodal Papli. Prokonsul rzucił przerażającemu drapieżnikowi konspiracyjne spojrzenie. Stanął na tylnych łapach, a przednie wyciągnął daleko przed siebie. Wezwał wszystkich do zachowania porządku. Konsulowie zwrócili się do swoich klanów, ponownie nakazując ciszę. W tym momencie ryknął Wieża – królewski jeleń, członek Starszyzny. Tym rykiem ściągnął na siebie uwagę wszystkich zebranych.

– Dzikusy – krzyczał – posłuchajcie teraz mnie: wasz Prokonsul mówi prawdę. Zaledwie pół dnia lotu mewy stąd, z tego lasu, kolejny wielki statek przewrócił się na wzburzonych wodach i do oceanu wylało się ponad dwadzieścia pięć tysięcy ton czarnej śmierci. Do tej pory czterysta kilometrów wybrzeża zostało zanieczyszczonych toksynami, które ludzie wydobyli ze środka Ziemi. Sto tysięcy morskich ptaków straciło życie lub zostało poważnie okaleczonych.

– Starzec Wieża mówi prawdę – wtrąciła się roztrzęsiona rybitwa wąsata. – Lecąc tu, widziałam wrak. Cały czas wypływa z niego ta czarna trucizna.

Tłum przyjął to świadectwo naocznego świadka westchnieniami i znużonym kiwaniem głowami. Zaczęła się dyskusja o tym, jak dużo czasu zajmie Matce Naturze naprawienie szkód wyrządzonych przez uszkodzony tankowiec. Starszyzna stwierdziła, że skutki tego wydarzenia odczuwalne będą jeszcze przez wiele pokoleń. Ale chociaż doniesienia te były ponure i przygnębiające, to nie było to nic, o czym zwierzęta nie słyszałyby już wcześniej.

Papla niecierpliwie przyglądał się wybuchowi fali protestów i międzygatunkowych dyskusji. Zanim znów przemówił, przybrał odpowiedni ton.

– Szlachetni członkowie… – zaczął, przekrzykując jazgot. – Szlachetni członkowie Zgromadzenia Ziemskiego – ciągnął dalej, ponownie uciszając zwierzęta. – Agenci najwyższej i najpotężniejszej władzy Dziczy przeprowadzili długie i szczegółowe dochodzenie w sprawie tej ostatniej ludzkiej zniewagi, tego jednego z wielu strasznych wydarzeń, jakie miały miejsce na świecie w ostatnim cyklu pór roku. Wyniki dochodzenia nie wróżą niczego dobrego, towarzysze. Wygląda na to, że przyszedł dla nas czas zmian. Dotychczas nasi szacowni przywódcy zawsze zalecali tolerancję. Ale teraz wszystkie dowody wskazują na to, że gatunek ludzki zamierza nieustannie i bezmyślnie wykorzystywać świat natury, dopóki wszystkiego nie zniszczy. Wszelkie nasze nadzieje na to, że człowiek jako gatunek przejdzie ewolucję i dostrzeże swoje błędy, wyparowały jak poranna rosa na łące. Jasne stało się, że człowiekowi daleko do życia w harmonii z naturą. Człowiek chce się od natury oddzielić, stanąć ponad nią, chce używać i nadużywać świata i wszystkiego, co na tym świecie jest, tak, jak mu odpowiada! Żadne inne stworzenie na Ziemi nie sięga po naturalne surowce, jakie zapewnia las, nie wchodzi na wielkie połacie równin i oceanów po to, by zamienić je w góry trujących odpadów, których ziemia nie jest w stanie przyjąć. Robią to tylko ludzie! Nawet ludzie nie są jednak w stanie przerwać wielkiego cyklu życia, któremu podlegają wszystkie istniejące stworzenia. Zniszczenia, jakich dokonują kolejne ludzkie pokolenia, muszą w końcu spowodować, że ten cykl, ta siła życiowa, która wiąże nas wszystkich ze sobą, zatrzyma się i zakończy.

Większość zebranych zwierząt (nawet sporo Chowańców) kiwała zgodnie głowami. Uznały tę potępiającą ocenę za słuszną. Papla skakał z jednej gałęzi starego cisu na drugą. Coraz bardziej zbliżał się do tłumu, coraz bardziej zmniejszał dystans dzielący jego słowa od oniemiałych słuchaczy, dla których były przeznaczone.

– Zanim jeden człowiek zdąży pięćdziesiąt razy zaczerpnąć powietrza, ginie kolejny gatunek zwierząt. A ludzi jest coraz więcej, już teraz jest ich prawie siedem miliardów! Oznacza to, że połowa gatunków ptaków i ssaków, które żyją dzisiaj, zniknie z tego świata w ciągu życia dwóch pokoleń.

Tłum zadrżał, bo Papla zaczął wymachiwać palcem w różnych kierunkach, wskazując na chybił trafił na coraz to nowe ofiary.

– Fretka, szpak, nornik, kot! Każdy z was może być następny!

Nagle Kocisko Zobaczysko stanął oko w oko z tym pokrytym brodawkami ropuchem, zaciskającym swe oślizgłe błoniaste paluchy na jego czarnej szyi. Zobaczysko walczył o haust powietrza. Odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy dobiegający głęboko z lasu krzyk odwrócił uwagę Prokonsula, który poluzował uścisk.

– To co mamy zrobić?

Oczy Papli zwęziły się w szparki. Na te słowa właśnie czekał. Puścił szyję Kociska, nadął gardziel i stanął tak prosto, jak tylko potrafił, by jak najbardziej przypominać prawdziwego wojskowego dowódcę.

– Co mamy zrobić? Zjednoczyć się!

– Zjednoczyć? – dało się słyszeć głosy.

– Właśnie tak – stwierdził Papla. – Strategia odzyskania kontroli nad Ziemią została omówiona na najwyższym szczeblu. Decyzja była jednomyślna. Należy podjąć działania zmierzające bezpośrednio do tego, by człowiek przestał dominować na tej planecie i bezmyślnie nią rządzić.

– Ale jak? – zapytał kolejny zatroskany głos.

– Bardzo prosto – odrzekł Papla. – Razem odeprzemy Szóstą Falę.

– Ale jak mielibyśmy to zrobić? – pisnęła polna mysz.

Długi język Papli wystrzelił w powietrze. To był najważniejszy moment całej jego kadencji Prokonsula Dystryktu, delektował się więc każdą chwilą.

– Przez zupełne i totalne zniszczenie rasy ludzkiej.

Dało się słyszeć zbiorowe gwałtowne westchnienia. Ten wielki przypływ miał swój początek głęboko w sercu lasu, a dotarł aż do kręgów znajdujących się na jego skraju. Słowa Papli przekazywano sobie z niedowierzaniem z ust do ust.

Ropuch zobaczył na twarzach zebranych zwierząt (zwłaszcza Chowańców) strach, szok i niepewność. Każda grupa zwróciła się ku swojemu Konsulowi, szukając u niego potwierdzenia – czy naprawdę Zgromadzenie Ziemskie zdecydowało się na aż tak drastyczny krok?

Papla był mistrzem manipulacji, więc od razu zauważył, jakie wrażenie wywarły jego słowa na przerażonych zwierzętach.

– To prawda, że czeka nas najcięższa z prób. Ci z was, którzy żyli z ludźmi, Chowańce, którzy jedli i spali w tych dziwnych jaskiniach o gładkich ścianach, dla wsparcia naszych działań będą musieli najwięcej poświęcić i będzie ich to najwięcej kosztowało. Ale wasza waleczność w wojnie z potworną tyranią, z jaką mamy teraz do czynienia, zostanie zauważona i nagrodzona.

Przez głowę Kociska Zobaczyska przebiegały całe tabuny myśli, a jego serce waliło jak oszalałe – rozpaczliwie próbował cokolwiek zrozumieć z tej sytuacji. Li i inne koty patrzyły na Raniego i Hobbesa. Chciały zgłosić wątpliwości, sprzeciwić się Prokonsulowi i Starszyźnie. Ale ostatecznie nic nie powiedziały i nic nie zrobiły.

Nagle Zobaczysko zauważył znajomą przysadzistą sylwetkę. Już po samym wyrazie pyska Łaciatego widać było jedno: utwierdził się w przekonaniu, że on i jego gang mieli rację. Wybrany w uczciwym głosowaniu czy nie, Hobbes nie nadawał się na Konsula. A Zobaczysko – zdaniem Łaciatego – wcale nie wypadał lepiej. Łaciaty powstrzymywał się tylko przez wzgląd na szacunek, jakim darzył ojca Kociska. Tylko dlatego nie zdecydował się dotychczas użyć kłów i pazurów, by usunąć Raniego i Hobbesa z zajmowanych stanowisk. Teraz gorzko tego żałował.

Łaciaty odwrócił się i łokciami zaczął sobie torować drogę przez gęstniejący tłum. Cały gang podążył za nim, a zawstydzony Zobaczysko patrzył, jak odchodzą. Cokolwiek miała przynieść przyszłość, dla Kociska jasne było, że ta iskierka lojalności, jaka dotychczas tliła się jeszcze w Łaciatym, teraz już zgasła na dobre.

Mlecznobiała gołębica o imieniu Lilia – Konsul gołębi skalnych i synogarlic – wzbiła się w niebo i zaczęła mówić. Mówiła o tym, że natura kocha różnorodność, a ludzie są niezbędni dla zachowania równowagi życia na Ziemi. Jednak sowa uszata z Rady Starszych natychmiast przypomniała jej o tym, że planeta miała się świetnie przez całe miliony lat przed pojawieniem się człowieka.

Szlachetny rodezyjski pies gończy o imieniu Jakub domagał się ułaskawienia tych ludzi, o których wiadomo było, że żyją w harmonii z naturą i szanują prawa królestwa zwierząt.

– Co z długiem, jaki mamy wobec synów i córek Jafeta? – zapytał. – Czy to nie jego ojciec Noe zbudował arkę, dzięki której w ogóle tu dzisiaj jesteśmy?

– To tylko mity i legendy – z lekceważeniem mruknął fretkoskoczek ze Starszyzny.

Ale Jakub nie dał się zniechęcić.

– Mity i legendy? Czyżby mój szlachetny przyjaciel sugerował, że przeszłość możemy zmieniać tak samo jak przyszłość?

– My – wtrąciła się ryjówka ze Starszyzny, wymieniając z Konsulem pełne smutku spojrzenia – jesteśmy tylko posłańcami. To Zgromadzenie Ziemskie przemówiło do nas. I jego decyzja jest ostateczna.

Hobbes w ogóle się nie odzywał. Nagle zrozpaczony Zobaczysko usłyszał swój własny głos.

– Przypuszczam… – zaczął niepewnie – przypuszczam, że są wśród nas Chowańce, które nie… które nie wezmą w tym udziału. Przypuszczam, że są tacy, którzy… mogą… tacy, którzy… którzy mogą nawet… starać się bronić swych adoptowanych ludzi przed atakiem.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę Kociska Zobaczyska. Członkowie Starszyzny zmarszczyli brwi. Hobbes uśmiechnął się słabo, przepraszająco. Rani głośno przełknął ślinę. Papla spoglądał z gniewem.

– Masz odwagę sprzeciwiać się Radzie Starszych? – zapytał z niedowierzaniem ropuch.

– Nie! – krzyknął Hobbes. – Nie zrobiłby tego.

– Czy on mówi w imieniu wszystkich kotów? – natychmiast zapytał fretkoskoczek.

– Nie! – odpowiedzieli jednym głosem Rani i Hobbes. – Nie mówi w imieniu wszystkich!

– Naszym celem jest zwycięstwo – wrzasnął Papla, po raz kolejny ściągając na siebie uwagę tłumu. Z trudem hamował wściekłość. – Zwycięstwo za wszelką cenę. Zwycięstwo za cenę poświęcenia i przerażenia. Wojna została wypowiedziana i każdy, kto sprzeciwi się rewolucji, zginie razem z ludźmi.

Przez zgromadzenie znowu przeszła fala niespokojnych szeptów.

Lilia biła skrzydłami, latając w koło nad tłumem. Starała się ukryć strach, a jednocześnie odwoływać się do próżności członków Starszyzny.

– Jednak na pewno mądra i szlachetna Rada Starszych posiada władzę, aby złożyć w naszym imieniu petycję. Jeśli uda się zgromadzić odpowiednią liczbę podpisów, by wesprzeć śmiałą i odważną decyzję Prokonsula, być może uda nam się uniknąć wojny. A przynajmniej złożenie takiej petycji da nam trochę czasu na dalsze dyskusje. Wszyscy wiemy, że ludzie są lekkomyślni i głupi, ale zawsze udawało nam się jakoś sobie z nimi radzić. Żyj i pozwól żyć. To zawsze było nasze hasło. – Słowa Lilii rozpaliły w Chowańcach iskierkę nadziei. – Nawet szlachetne Zgromadzenie Ziemskie nie może sobie pozwolić na taki rozlew krwi, jeśli nie ma na to zgody większości.

Papla uświadomił sobie, że przemowa Lilii poruszyła serca wielu zgromadzonych, bo coraz więcej zwierząt przyłączało się do prośby gołębicy.

– Nie ma już czasu na gadanie – wrzasnął Papla. – Zdecydowano, że rozpoczynamy śmiertelną wojnę na lądach, w morzach i w powietrzu!

Łamiąc zasady, Lilia przeleciała nad głowami zaskoczonych członków Starszyzny i wleciała na Paplę.

– Nie, błagam cię, Prokonsulu. Ta wojna to niesprawiedliwość. Jeśli na przemoc ludzi odpowiemy przemocą, w niczym nie będziemy od nich lepsi.

Papla skinął na Brutusa, który rozłożył skrzydła i gwałtownie opadł na gołębicę.

Lilia natychmiast zauważyła zagrożenie i próbowała go uniknąć, ale była za stara i zbyt powolna. Brutus spadł na nią z całą siłą i wbił szpony głęboko w jej ciało. Do ataku doszło przerażająco niespodziewanie i Lilia nie miała najmniejszych szans, by chociaż spróbować walczyć; w jednej chwili zderzyła się z twardą leśną ziemią. W tym samym momencie Brutus rozluźnił szpony i poszybował w niebo.

Ten pokaz śmiercionośnej siły i widok skulonego, pozbawionego życia ciała Lilii uciszyły tłum. Papla skwapliwie skorzystał z faktu, że Lilia złamała przyjęte zasady. Poczuł się bezpiecznie, wiedząc, że tylko nieliczni dosłyszeli jej ostatnią prośbę. Ropuch po raz kolejny zwrócił się do zwierząt.

– Posłuchajcie uważnie, drogie Dzikusy. Gdyby ludzie dowiedzieli się o naszej misji, bez wahania wybiliby w pień nas wszystkich razem z naszymi dziećmi. Nie byłoby żadnych negocjacji, wszystkie Dzikusy czekałaby pewna śmierć.

Jego wzrok spoczął na nieżywej gołębicy.

– Nie możemy tolerować w naszych szeregach żadnych zdrajców. Jeśli nie uda nam się wypełnić zadania, jakie wyznaczyło nam Zgromadzenie Ziemskie, nie będzie już żadnej przyszłości. Nastąpi kres historii naturalnej… zostanie tylko historia ludzka. A na to nie możemy się zgodzić!

W końcu Papla doczekał się głośniejszych okrzyków wyrażających entuzjazm i wsparcie.

– Panowanie człowieka zakończy się szybko i bez ostrzeżenia. Sprawią to kły, łapy i szpony. Przekażcie to wszystkim, którzy nie mogli tu dziś być, i powiadomcie nas o wszystkich, którzy się sprzeciwiają. Weźcie pod uwagę, że jest tu z nami dziś kilka psów. To ich gatunek ma najmniej wolności, a więc ich nieobecność w domach na pewno została zauważona. Wśród psów na pewno są takie, które ludzie zdemoralizowali, którym zrobili pranie mózgu; możemy spodziewać się po nich zdrady i gwałtownego sprzeciwu wobec naszych działań.

Jakub poczuł na sobie ciężar spojrzenia Papli.

– Ale to nie może na nas nijak wpływać – kontynuował ropuch. – Musimy zwyciężyć, by zapewnić przyszłość zwierzęcemu królestwu. Musimy walczyć razem, bo inaczej razem zginiemy. Jesteście ze mną, Dzikusy?

– Jestem gotowy – z tłumu dobiegł natchniony głos.

– Zwycięstwo! – rozbrzmiał kolejny. A potem jeszcze jeden. I kolejny.

– Bardzo dobrze – zarechotał Papla. – Jeszcze dwa razy musi wzejść i zajść wspaniałe słońce. Walka rozpocznie się dopiero w świetle Pełni Robaczego Księżyca. Do tego czasu pijcie jedynie wodę. Musimy wyostrzyć nasze zmysły. Gdy tylko pokonamy wroga, będziemy mieć w bród mięsa, którym napełnimy brzuchy. Wybiła nasza godzina!

Podniosła się wrzawa, która rozbrzmiała w całym lesie. Papla delektował się z lubością każdym okrzykiem, wyciem i krakaniem.

Jednak nie wszyscy podzielali ten entuzjazm. Dla Kociska Zobaczyska, Li, Jakuba i innych Chowańców łatwość, z jaką Papla przemienił tłum zwierząt w oszalały i żądny krwi motłoch, była czymś potwornie przerażającym. Nawet dwóch czy trzech członków Rady Starszych wymieniło pełne niepokoju spojrzenia. Ze strachem patrzyli na to, jak Prokonsul Dystryktu – z wiernym Brutusem u swego boku – upaja się tą chwilą. Wyglądał jak tyran, jak opętany władzą dyktator, a jego oczy gorzały silnym i zimnym ogniem, prawie jak oczy człowieka.

ROZDZIAŁ 3

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 4

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

OGIEŃ Z WODY I CHMURY

ROZDZIAŁ 13

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 17

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 18

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 19

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 20

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 21

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 22

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 23

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 24

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 25

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 26

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 27

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 28

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 29

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 30

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 31

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 32

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

W SAMOTNEJ DOLINIE

ROZDZIAŁ 33

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 34

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 35

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 36

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 37

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 38

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 39

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 40

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 41

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

CZĘŚĆ IV

BIAŁY KAMIEŃ W MORZU CZARNYM

ROZDZIAŁ 42

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 43

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 44

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 45

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 46

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 47

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 48

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 49

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 50

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 51

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 52

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 53

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 54

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

O AUTORZE

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Tytuł oryginału

The Savage Kingdom

Projekt okładki

Angelo Rinaldi

Adaptacja okładki

Maria Gromek

Opieka redakcyjna

Aleksandra Smoleń

Adiustacja

Paulina Bieniek

Korekta

Katarzyna Onderka

Copyright © 2014 Simon David Eden

Copyright © for the Polish edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

Copyright © for the translation by Iga Noszczyk

The right of Simon David Eden to be identified as the author of this work has been asserted by him in accordance with sections 77 and 78 of the Copyright, Designs and Patents Act, 1988.

Ta powieść jest dziełem fikcyjnym. Wszystkie imiona, postaci, miejsca i wydarzenia powstały w wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych lub martwych, oraz prawdziwych zdarzeń i miejsc jest zupełnie przypadkowe.

ISBN: 978-83-240-4940-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2017

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dzikie królestwo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia