Marek i czaszka jaguara

Marek i czaszka jaguara

Autorzy: Marek Kamiński Katarzyna Stachowicz-Gacek

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Dla dzieci

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.99 zł

To miały być wymarzone wakacje w Meksyku – zresztą wszystko jedno gdzie, najważniejsze, że Marek w końcu miałby tatę tylko dla siebie, z daleka od okropnej młodszej siostry. Ale wszystko poszło nie tak. W efekcie chłopiec leci do Ameryki Łacińskiej tylko z małomównym wujkiem podróżnikiem, bez taty, bez komputera – bez sensu! Będą oglądać ruiny piramid, przedzierać się przez dżunglę w upale i bez końca wysłuchiwać opowieści o cywilizacji Majów. Przy okazji muszą dostarczyć tajemniczą przesyłkę przedstawicielom starożytnego plemienia Lakandonów. Planowane wakacje szybko zmieniają się w nieprzewidywalną wyprawę, tym bardziej że w ślad za bohaterami podąża dwóch podejrzanych typków. Może jednak wcale nie będzie nudno?…

 

Część dochodu ze sprzedaży książki wspiera działalność Fundacji Marka Kamińskiego, która pomaga chorym dzieciom i młodzieży w pokonywaniu barier i realizacji marzeń.

 

Marek Kamiński – słynny podróżnik i polarnik. Wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa za zdobycie obu biegunów Ziemi w ciągu jednego roku. Pierwszą samodzielną podróż odbył w wieku ośmiu lat (z Gdańska do Łodzi). W swoich książkach i wykładach oraz przez działalność swojej fundacji stara się trafiać szczególnie do dzieci – zaraża je pasją i pomaga odkrywać, że mogą wszystko! 

 

Katarzyna Stachowicz-Gacek – pisarka, autorka kryminałów oraz scenarzystka, m.in. współautorka scenariusza do filmu dla młodej widowni „Za niebieskimi drzwiami” (2016), który spotkał się z fantastycznym przyjęciem krytyków i pobił rekord frekwencji, stając się najchętniej oglądanym polskim filmem dla młodej widowni.

Wykuta w skale grota była wilgotna i mroczna, oświetlał ją jedynie wąski snop promieni słonecznych, wpadających do środka przez szparę w sklepieniu.

Na rozłożonych na ziemi matach siedziało trzech Indian. Byli drobni i ciemnoskórzy, ubrani w luźne, płócienne szaty. Mieli szerokie twarze o płaskich nosach i gęste, czarne jak skrzydło kruka włosy. Głowę najstarszego z nich zdobiła szeroka, wyszywana kolorowymi koralikami opaska, do której z tyłu przymocowano pęk zielonych piór kwezala. Prawo noszenia takiej ozdoby przysługiwało wodzowi. Mężczyźni mieli zamknięte oczy, kiwali się rytmicznie w przód i w tył, a z ich ust wydobywał się monotonny śpiew.

Przed nimi, na środku jaskini, stał kamienny postument w kształcie sześcianu. Wyglądał jak ogromna kostka do gry, tylko zamiast oczek miał na ścianach wyrzeźbione znaki tajemniczego języka Majów. Na postumencie spoczywał tajemniczy przedmiot, którego kontury zacierały się w panującym dookoła półmroku. Tylko co jakiś czas zabłąkany promień słońca odbijał się od jego gładkiej, białej powierzchni. Nagle na zewnątrz, w dżungli rozległ się chrapliwy krzyk, do którego natychmiast dołączyły inne, wysokie i przenikliwe. To strażnicy małpiego stada ostrzegali swych towarzyszy przed niebezpieczeństwem. Jednocześnie w szparze sklepienia mignął jakiś cień, na moment przesłaniając wpadające do groty światło. Indianie zamilkli. Ich wódz spojrzał w górę, a potem wykonał dłonią nieznaczny gest. Pozostali dwaj poderwali się ze swoich miejsc, chwycili oparte o skałę dzidy i wybiegli z groty.

Wódz zamknął oczy, jego wargi zaczęły szeptać niezrozumiałe słowa. Czekał.

Wrzawa w dżungli ucichła tak samo nagle, jak wcześniej wybuchła. Chwilę potem w wejściu do groty bezszelestnie pojawili się Indianie. Wódz odwrócił się do nich powoli.

– Obcy! – odezwał się w narzeczu Majów stojący bliżej Indianin. – Byli tu! Widzieli!

– Jesteście pewni?

Skinęli głowami.

Indianin w pióropuszu bez słowa sięgnął po leżący na ziemi kawał miękkiego, kolorowego sukna. Podniósł się z maty, podszedł do postumentu, uklęknął i pochylił głowę przed tajemniczym przedmiotem w pełnym czci geście, potem ostrożnie owinął go materiałem i schował do skórzanej sakwy, którą miał przewieszoną przez ramię. W odpowiedzi na pytające spojrzenia towarzyszy rzekł cicho:

– Nie możemy dopuścić, aby najcenniejszy skarb naszego plemienia dostał się w ręce obcych. Zbliża się dzień, w którym jego magiczna moc ocali nas wszystkich. Do tego momentu musi pozostać w ukryciu.

ROZDZIAŁ 1,

czyli jaki wpływ na stopień z historii może mieć młodsza siostra

– …kultura, wiedza i kunszt Majów były niepowtarzalne. Ukryte wśród dżungli piramidy, świątynie, pałace, kamienne boiska do gry w piłkę i obserwatoria astronomiczne, które zbudowali przed wiekami, do dziś zadziwiają świat nauki. Majowie ogromną wagę przykładali do czasu i kalendarza. Szczególną czcią otaczali Słońce, uważane przez nich za źródło życia i ojca bogów. Oddawali też cześć jaguarowi – to zwierzę było dla nich symbolem siły, potęgi i odwagi. Wierzyli, że ofiarą z krwi mogą pozyskać przychylność bogów. Podczas rytualnych obrzędów kapłani wycinali ostrzami z obsydianu serca składanych w ofierze. Upadek cywilizacji Majów to jedna z największych tajemnic ludzkości. Istnieje na ten temat wiele teorii. Jedna z nich głosi, że Majowie nie szanowali środowiska naturalnego. Poszukując nowych terenów pod uprawę, wypalali wielkie połacie dżungli i przez to ziemia zamieniła się w pustynię. Zapanowały susza i głód, a potężne miasta zostały całkowicie opuszczone i popadły w ruinę. Koniec.

Marek zamknął zeszyt. W klasie zapanowała cisza, przerywana tylko cichym, rytmicznym stukaniem. To Teodora, nauczycielka historii, uderzała w zamyśleniu długopisem o blat biurka.

– Sporo wiesz o Majach – odezwała się w końcu.

– Bo on jedzie na wakacje do Meksyku! – wyrwało się Kubie, który siedział z Markiem w jednej ławce. Przyjaźnili się.

– Marku, to prawda?

– Tak, proszę pani. Jadę z moim tatą i z wujkiem na wycieczkę śladami Majów. To wujek wszystko zorganizował. Jest podróżnikiem – nie bez dumy oznajmił chłopiec.

– Gratulacje! – Teodora zajrzała do dziennika. – Chciałbyś mieć szóstkę na koniec roku?

Marek kiwnął głową.

– W takim razie zostań po lekcji. Musimy porozmawiać. – Nauczycielka rozejrzała się po klasie. – Ktoś jeszcze chce się pochwalić pracą domową? Chmielewska? Czytaj, proszę.

Nauczycielka historii była wysoka, tęga i ciemnowłosa. Tak naprawdę miała na imię Anna, a na nazwisko Dynowska, ale ktoś kiedyś zauważył, że jest podobna do Teodory, żony Jana Matejki, z obrazu Portret żony w sukni ślubnej, który wisiał w sali plastycznej, i tak już zostało. Uczniowie bardzo ją lubili, bo choć wymagająca, była też sprawiedliwa i miała poczucie humoru.

„Dlaczego kazała mi zostać?” – przez całą lekcję zastanawiał się Marek. „Przecież notatka jej się podobała…”

Kiedy zabrzmiał dzwonek, uczniowie klasy piątej poderwali się z miejsc i przepychając się przy drzwiach, wybiegli z sali. Historia była ostatnią lekcją i każdy chciał się jak najszybciej znaleźć poza murami szkoły. Marek wziął plecak i z ociąganiem podszedł do nauczycielki.

– Siadaj. – Teodora wskazała mu miejsce naprzeciwko siebie. – Czy możesz mi powiedzieć, co się dzieje?

– Eeee… – bąknął Marek. – Ale z czym?

– Z tobą.

Teodora sięgnęła po wiszącą na oparciu krzesła torebkę i wyjęła z niej iPhone’a. Kilka razy dotknęła ekranu, po czym podsunęła Markowi telefon pod nos.

– Czy wam się wydaje, że nauczyciele nie mają Internetu? Tę notatkę o Majach, którą przeczytałeś jako swoją, znam na pamięć. Od dwóch lat połowa uczniów udaje, że to owoc ich mozolnej pracy. Ale myślałam, że akurat ciebie stać na coś więcej niż wpisanie hasła do wyszukiwarki.

Na policzkach Marka pojawił się rumieniec wstydu.

– Ja nie chciałem… tylko… tak jakoś wyszło.

– Walczysz o szóstkę z historii i jeszcze wczoraj uważałam, że na nią zasługujesz. Niestety, dzisiaj się nie popisałeś.… Masz coś na swoje usprawiedliwienie?

– Naprawdę chciałem sam napisać tę notatkę. Ale… ale… – zająknął się.

Teodora zmarszczyła brwi.

– Ale co?

Marek nabrał powietrza i wypalił:

– To wszystko przez nią! Odkąd się pojawiła, wszystko jest nie tak!

– O kim ty mówisz?

– O mojej siostrze!

W sali zapanowała cisza. Słychać było tylko bzyczenie muchy obijającej się o szybę. Ona, tak samo jak Marek, też miała przerąbane.

– Nie chwaliłeś się, że masz siostrę – powiedziała po chwili Teodora.

– Bo się nie ma czym chwalić… Mama mówiła, że będzie super, że nareszcie przestanę być jedynakiem i że to fajnie mieć rodzeństwo! Myślałem, że to będzie chłopak, że będziemy mogli grać razem w nogę i na xboksie. I układać lego… A tu baba!

– Marku, Marku… Przecież na razie to wszystko jedno. Niemowlaki nie grają w piłkę. A klocki lego zjadają. I chłopcy, i dziewczynki tak samo, bez różnicy.

– Właśnie że jest różnica! – zaprzeczył energicznie. – Chłopaki nie płaczą! A ona ciągle ryczy! Mama ją nosi cały dzień, tata całą noc, a ona ryczy i ryczy… Normalnie się nie da wytrzymać… To dlatego skopiowałem notatkę. Przez tę beksę.

Teodora pokiwała w zamyśleniu głową.

– Czy beksa ma jakieś imię?

– Zośka. Ale po co jej imię, jak i tak na nie nie reaguje?

– Na razie nie reaguje, bo jest za mała. Natomiast jeśli chodzi o płacz, to myślę, że twoja siostra po prostu ma kolkę, jak większość niemowlaków w pierwszych miesiącach życia. Ona nie płacze dlatego, żeby ci zrobić na złość, tylko boli ją brzuszek. Kiedy wrócisz z Meksyku, Zosia na pewno będzie już zdrowa. I przekonasz się, jak fajnie jest mieć młodszą siostrę.

Teodora zamyśliła się.

– Zaliczę ci tę notatkę – powiedziała po chwili. – I postawię szóstkę na koniec roku. Ale musisz mi coś obiecać. Przez całą podróż po Meksyku będziesz przygotowywał materiały, a po powrocie napiszesz szczegółowe sprawozdanie z podróży i przeczytasz je całej klasie. Wtedy twoi koledzy poczują się trochę tak, jakby też tam z tobą byli. Co ty na to?

– Jasne! Dziękuję pani!

– W takim razie mamy umowę. I pamiętaj: rodzina jest najważniejsza!

Marek prawie niedostrzegalnie wzruszył ramionami i wybiegł z klasy. Teodora jeszcze przez chwilę patrzyła na drzwi, za którymi zniknął. A potem wzięła dziennik, torebkę i klucze i stukając obcasami, wyszła z sali.

ROZDZIAŁ 2,

w którym Marek żałuje, a Kuba zazdrości

Słońce świeciło tak mocno, że Marek, wychodząc z ciemnego holu szkoły na zewnątrz, aż zmrużył oczy. Czuł się podle. Nigdy, naprawdę nigdy wcześniej nie korzystał z gotowców zamieszczonych w Internecie. Wiedział, że to nie w porządku. Nieuczciwie po prostu. Kiedyś, jeszcze w czwartej klasie, kiedy Teodora pierwszy raz kazała im samodzielnie sporządzić taką notatkę, wytłumaczyła dokładnie, na czym ma polegać ich praca.

– Chcę, żebyście wzięli do ręki książkę, nie myszkę. Żebyście używali encyklopedii, nie Wikipedii. A przede wszystkim żebyście używali swoich głów, a nie cudzych. Te wszystkie gotowce, które znajdziecie w sieci, ktoś kiedyś napisał, włożył w nie swoją pracę, poświęcił sporo czasu. Więc korzystanie z nich, przedstawianie jako swoich jest kradzieżą i nieuczciwością. Oczywiście nie zabraniam wam zaglądać do Internetu. Ale macie się nim inspirować, a nie zrzynać z niego.

– Ale, proszę pani, przecież takie książkowe encyklopedie są bardzo stare… Nic w nich nie znajdziemy – odezwał się ktoś z ostatniego rzędu ławek.

To, że zaprotestował akurat ktoś z końca sali, nikogo nie zdziwiło. Niepisana zasada była taka, że miejsca z tyłu wybierali ci, którzy nie lubili się przepracowywać.

– Znajdziecie, znajdziecie, to wam mogę obiecać.

I Teodora wysłała Adriana, najbardziej ze wszystkich znudzonego dyskusją, do biblioteki po tom encyklopedii zawierający hasła na literę W. A potem na przykładzie życiorysu Józefa Wybickiego pokazała, jak można połączyć wiedzę zapisaną na papierze z wiedzą z Internetu.

Od tamtej pory Marek nigdy nie przepisał gotowej notatki z Internetu do zeszytu. Aż do wczoraj. Mieli naprawdę dużo zadane, tak jakby nauczyciele chcieli nadgonić te wszystkie braki, które zebrały się im przez cały rok. Więc najpierw odrobił dwie strony zadań z matematyki, za którą nie przepadał, a historię zostawił sobie na wieczór. Niestety nie przewidział, że dokładnie tę samą porę Zosia wybierze na płacz. A jak Zosia płakała, to nic nie można było zrobić. I wtedy jego wzrok padł na laptop. Kuszące… „Raz, tylko ten jeden jedyny raz” – obiecał sobie, wpisując w wyszukiwarkę Google hasło „Majowie – rozwój i upadek cywilizacji pdf”.

– Hej, ziom!

Od strony szkolnego boiska nadbiegł Kuba.

– I co? I co? Czego chciała?!

Zaczął podskakiwać dookoła Marka, jakby miał w butach sprężyny.

– Nic nie chciała. – Marek wyminął kumpla i ruszył przed siebie. Nie miał teraz ochoty na towarzystwo.

– No weź, poczekaj!

Kuba chwycił Marka za brzeg koszulki, próbując go zatrzymać. Na nowej, białej koszulce Hilfigera pojawił się ciemny ślad po brudnych palcach chłopaka. Marek próbował go strzepnąć, bezskutecznie.

– Nie możesz powiedzieć, po co ci kazała zostać? To jakaś tajemnica?

– Żadna tajemnica. Mam pisać dziennik podróży.

Kuba wywrócił oczami, jak zawsze, kiedy wracał temat wyprawy Marka do Meksyku.

– Stary, jak ja ci zazdroszczę tego wyjazdu! Dżungla, piramidy, wow! Ale będziesz miał zarąbiście!

Marek nie odpowiedział. W ogóle się nie zastanawiał, co zobaczy w Meksyku. Dla niego najważniejsze było to, że jedzie z ojcem i że będzie miał go tylko dla siebie. A ryczący i sikający tobołek zostanie w domu, yes!

Bo zanim Zośka się urodziła, ojciec lubił spędzać swój wolny czas z Markiem. Nie miał go za dużo, ponieważ pracował w banku na bardzo wysokim stanowisku, ale kiedy udało mu się wygospodarować wolne popołudnie, wymyślał dla nich różne fajne rzeczy. Jeździli na rowerach albo na rolkach, grali na xboksie, czasami szli do kina…

Było, minęło… Teraz ojciec uprawia inne sporty: bieganie po parku z wózkiem i bujanie małej na rękach. A jak Markowi udało się go raz namówić na kino, to usnął już na reklamach.

Na chodniku leżała pusta puszka po coli. Marek wziął zamach nogą i puszka wylądowała w żywopłocie po przeciwnej stronie ulicy.

– Ej, no! – zaprotestował Kuba. – Byśmy pokopali! – Odwrócił się, żeby ocenić, czy puszka jest jeszcze do odzyskania. Nie była, więc ruszył niepocieszony za Markiem.

Chłopcy zatrzymali się na rogu ulicy.

– Wbijasz do mnie?– zapytał Kuba. Wiedział doskonale, że odkąd urodziła się Zosia, Marek wykorzystywał każdy pretekst, by się urwać z domu. – Zagramy w Kontynenty?

– Teraz nie. Może później.

– A słyszałeś newsa? – przypomniał sobie Kuba. – W lipcu wychodzi trzecia część!

Mysterious continents to była najpopularniejsza gra komputerowa w ich szkole. Pierwsza część działa się w Azji, druga w Australii. Było tam trochę historii, trochę geografii, ale przede wszystkim – magia, przygoda i superbohaterowie. W Kontynenty grała u nich cała podstawówka, a nawet starsi. Właściwie każdy dzień rozpoczynał się od porównywania wyników.

– Jak to? Przecież mieli wypuścić dopiero we wrześniu.

– U nas tak. Ale trzecia część będzie się działa w Ameryce Środkowej i dlatego tam ma być dostępna wcześniej. Taka promocja, rozumiesz…

I nagle Kuba uderzył się w czoło.

– Stary, a jakby tobie się udało ją kupić? Tam, w tym Meksyku? – Gwizdnął przez zęby. – Czujesz? Byłbyś pierwszy w szkole! Weź ogarnij! Pierwszy!

Markowi zaświeciły się oczy. No przecież! Wszyscy chcieliby usłyszeć, jak wyglądają nowe poziomy. Nawet ci z gimnazjum, choć przecież na co dzień nie zauważali młodszych uczniów. Stałby się najpopularniejszym gościem nie tylko w klasie, ale w całej szkole, bez dwóch zdań.

– Megasprawa! Kupię! Jasne, że kupię!

– Ekstra! – ucieszył się Kuba. – Muszę spadać!

Kuba pobiegł w prawo, w kierunku domu, a Marek poprawił plecak i ruszył w kierunku stacji kolejki miejskiej Gdańsk Śródmieście.

Kiedyś, kiedy jeszcze nie było Zośki, do szkoły i ze szkoły Marek podróżował samochodem. Fajną srebrną toyotą mamy. Mama była tłumaczką, pracowała w domu i zawsze tak sobie organizowała czas, żeby rano zawieźć Marka, a po południu odebrać. Markowi bardzo to odpowiadało. Co prawda kiedy poszedł do piątej klasy, ojciec zaczął coś przebąkiwać, że taki duży chłopak powinien zacząć wreszcie jeździć do szkoły sam, że dla mamy wożenie go to jednak strata czasu i takie tam… ale na szczęście mama wcale tak nie uważała. I wszystko toczyło się dalej stałym rytmem, aż do tego pechowego piątkowego popołudnia miesiąc temu, kiedy mama nagle złapała się za brzuch i powiedziała do ojca:

– Chyba zaczynam rodzić…

W tym momencie świat Marka stanął na głowie. Mama zniknęła na trzy dni w szpitalu, a kiedy wróciła razem z Zośką, zachowywała się tak, jakby była z innej planety. Na zmianę płakała i śmiała się, nie wypuszczała z rąk małej i, co najgorsze, zupełnie przestała przejmować się Markiem. Chociaż nie, kiedy Marek zbliżał się do Zosi, przejmowała się bardzo.

– Tylko jej nie dotykaj. Na pewno masz brudne ręce – mówiła.

Albo:

– Rano kasłałeś. Wolałabym, żebyś się nie zbliżał do maleństwa.

Więc mama niestety dostawała same ujemne punkty, a ojciec nie zachowywał się lepiej.

– Mam coś dla ciebie – powiedział w poniedziałek rano. Pierwszy poniedziałek po narodzinach Zosi. – Coś wyjątkowego.

Marek patrzył, jak ojciec sięga po portfel i wyjmuje z niego niebieski kartonik. Czyżby to był ten moment? Dostanie to, o czym marzy? Pierwszą własną kartę kredytową???

– Proszę, synu! Twoja pierwsza własna karta miejska. Od dzisiaj do szkoły i ze szkoły będziesz jeździł kolejką. To twoja przepustka do samodzielności.

No cóż, o takiej samodzielności to Marek akurat nie marzył.

Na szczęście czas nie stoi w miejscu. Jeszcze tylko osiemnaście dni w tym niefajnym mieście, pełnym dociekliwych nauczycielek historii i płaczących niemowląt, i wyruszą z ojcem do Meksyku. Zresztą w ogóle nieważne dokąd. Ważne, że przez trzy tygodnie będzie miał ojca wyłącznie dla siebie. Marek aż się uśmiechnął na myśl o podróży i ruszył na peron.

ROZDZIAŁ 3,

w którym Marek męczy się z pizzą

Marek mieszkał z rodzicami w centrum Gdańska, przy ulicy Długiej. Kamienica była stara, przedwojenna, bez windy, co mama ciągle podkreślała. Kiedyś bardzo jej się to podobało. Twierdziła, że jak kilka razy dziennie wejdzie na „wysokie drugie piętro”, to już nie będzie się musiała zapisywać na fitness. Ale odkąd pojawiła się Zośka, odkąd w domu zagościł jej wózek, stosunek mamy do schodów bardzo się zmienił.

– Parter… dlaczego nie mieszkamy na parterze? – powtarzała co chwila, a tata tylko wznosił oczy ku niebu. Bo kilka lat wcześniej to właśnie mama wybrała drugie piętro.

Kiedy Marek wszedł na klatkę schodową, nagle jakoś mu się odechciało wracać do domu. Ruszył co prawda schodami w górę, przytrzymując się poręczy, ale im był wyżej, tym szedł wolniej. Prawa noga, lewa… i znowu prawa.

W końcu, co nieuchronne, dotarł na drugie piętro i zatrzymał się przed drzwiami. Podniósł wzrok. Nad metalowym numerem 8 wisiała również metalowa tabliczka: Anna, Tomasz, Marek Kamińscy. Brakowało miejsca, żeby dopisać jeszcze jedno imię. Czy to nie wystarczający argument, żeby nie powiększać rodziny? Ale nikt się tym jakoś nie przejął. Podobno ojciec już nawet zamówił u grawera nową tabliczkę – z Zośką. Marek miał nadzieję, że przynajmniej jej imię będzie mniejszymi literami. Przecież takich „ledwo ludzi” nie można traktować poważnie.

Wyjął z plecaka klucze i otworzył drzwi ostrożnie, powoli, żeby czasem nie skrzypnęły. Chociaż tata zaciekle walczył z zawiasami, wpuszczając do środka jakieś smary i mazidła, nic to nie pomagało. Lubiły skrzypieć i już. A skrzypienie budziło Zośkę. Ciąg dalszy był łatwy do przewidzenia.

– Marek? – Mama, słysząc, że wchodzi, wyjrzała z kuchni. O dziwo, nie miała na rękach Zosi. – Śpi. – Uśmiechnęła się do niego. – Chodź tu do mnie…

Rozłożyła ramiona, a Marek rzucił plecak i podbiegł do niej, żeby się przytulić. Co prawda czasy publicznego okazywania sobie czułości minęły już dawno i przy kolegach nigdy by sobie na coś takiego nie pozwolił, ale tutaj przecież nikt nie widzi… Więc przylgnął mocno do mamy i poczuł się tak, jakby znowu miał pięć lat. I było to bardzo miłe uczucie.

– Co tam w szkole? – cicho spytała mama.

– Będę miał szóstkę z historii – pochwalił się. Wiedział, że mamę to ucieszy.

– Brawo! Mój dzielny uczeń! – Zmierzwiła mu włosy dłonią.

Jednak widocznie powiedziała to za głośno, bo z pokoju obok dobiegł natychmiast płacz małej. Mama westchnęła, przygładziła z powrotem włosy Marka i zniknęła za drzwiami. A kiedy wróciła, dźwigała już oczywiście na ręku trzy kilogramy zaryczanego bachora w pieluszce.

– Jesteś głodny?

Po całym dniu w szkole, po sprawdzianie na setkę z wuefu, który zresztą poszedł mu fatalnie, i powrocie tą okropną kolejką był głodny jak wilk..

– No raczej…

– Zaraz ci coś zrobię. A nie zapomniałeś o czymś?

Marek jęknął.

– Musisz pamiętać, że pierwszą czynnością po przyjściu do domu jest mycie rąk. – Mama, pomimo zmęczenia, zachowywała czujność. – Nie chcemy tu żadnych okropnych bakterii, prawda, cukiereczku? – dodała tym okropnym, przesłodzonym tonem, którym zwracała się do Zośki, i potarła policzkiem o jej główkę.

Marek ochlapał dłonie wodą i wrócił do kuchni. Kiedyś, w epoce przed Zośką, na stole czekałby już na niego pyszny obiad. Może nawet z deserem? Teraz mama, z trudem przytrzymując Zośkę jedną ręką, drugą wyjmowała z pudełka mrożoną pizzę i wkładała ją do mikrofalówki.

Marek opadł na krzesło, oparł łokcie na kuchennym stole i zajął się wpatrywaniem w kręcącą się w kuchence pizzę. Duszę oraz żołądek wypełniała mu tęsknota za pysznymi maminymi zupami, pieczonym schabem, kotletami z kurczaka, domowymi frytkami i całym mnóstwem innych przepysznych dań, które mama przygotowywała specjalnie dla niego. Jaka to siła sprawiła, że w przeciągu kilku tygodni wszystkie te wspaniałe rzeczy zostały zastąpione ohydnymi mrożonkami ze sklepu?

Kuchenka mikrofalowa wydała z siebie ciche brzęknięcie, światło w jej wnętrzu zgasło i po chwili mama postawiła na stole talerz z pizzą. Marek natychmiast sięgnął po keczup, bo jeżeli to coś miało smakować tak, jak wyglądało, bez keczupu nie dałby rady przełknąć ani kęsa.

– Mogę później wyskoczyć do Kuby pograć w Kontynenty? – zapytał, próbując jednocześnie ukroić kawałek pizzy. Naciskając z całej siły nóż, miał wrażenie, jakby kroił podeszwę trampka.

– Mam wrażenie, że kiedyś nie wychodziłeś tak często z domu – zauważyła mama, a w jej głosie Marek wyczuł leciutką nutę pretensji.

„Zaraz mnie czeka jedna z tych poważnych rozmów” – przestraszył się, ale na szczęście mama odkryła, że małej trzeba natychmiast zmienić pieluchę, i ruszyła w kierunku pokoju, by przewinąć Zośkę.

– To jak, mamo, mogę? – krzyknął za nią.

– Możesz, możesz – odpowiedziała nieuważnie i zniknęła za drzwiami.

„No tak, kiedyś faktycznie nie wychodziłem tak często z domu” – pomyślał Marek, żując niechętnie kompletnie pozbawione smaku ciasto. „Bo kiedyś w domu było fajniej…”

ROZDZIAŁ 4,

czyli koniec szkoły i początek przygody

Uroczyste zakończenie roku szkolnego ciągnęło się jak guma do żucia Orbit, i to bez cukru. Ronaldo, nauczyciel wuefu, od dobrego kwadransa wręczał nagrody za osiągnięcia sportowe, a Marek miał wrażenie, że za chwilę umrze z nudów. Tym bardziej że akurat w dziedzinie sportu żadnego wyróżnienia się nie spodziewał. Obok niego na podłodze leżały za to dyplom za pierwsze miejsce w konkursie recytatorskim oraz nowe wydanie powieści Odarpi, syn Egigwy Centkiewiczów, nagroda za największą liczbę wypożyczonych z biblioteki książek.

Po prawej stronie Marka siedział Kuba, który z nudą radził sobie w najprostszy znany sobie sposób – nawijał non stop.

– Słyszałeś, że Ronaldo robi w sierpniu obóz survivalowy? – szeptał właśnie do ucha Markowi. – Podobno chłopaki dostają tam niezły wycisk… Ciekawe, czy ty też dostaniesz – dodał po chwili.

– Przecież ja nie jadę na obóz. – Marek wzruszył ramionami.

– No wiem. Mnie chodzi o Meksyk. Dżungla, węże, pająki… I takie gigantyczne wije, ble… – Kuba wykrzywił się z obrzydzeniem. – Sorry – dodał po chwili. – Zapomniałem, że ty lubisz wszystko, co się rusza.

– Akurat za pająkami nie przepadam – wyjaśnił Marek i nagle dotarło do niego, co powiedział Kuba. – I puknij się w łeb. To ma być normalna wycieczka. Zwiedzanie, hotele, superżarełko. Mama by mnie do żadnej dżungli nie puściła.

Tymczasem Ronaldo wręczył ostatnią nagrodę i oddał mikrofon dyrektorce.

– Kochani! Życzę wam wspaniałych wakacji, pięknej pogody i szalonych przygód! – powiedziała pani dyrektor. – Do zobaczenia za dwa miesiące!

Na sali wybuchł tumult. Uczniowie, przekrzykując się i przepychając, rzucili się do wyjścia, żeby jak najszybciej opuścić szkolne mury.

– Wpadniesz do mnie? – zaproponował Kuba, kiedy wreszcie znaleźli się na dziedzińcu. – Pokopiemy sobie… – Podrzucił piłkę, którą dostał za zwycięstwo w wyścigu rowerowym. – Albo pykniemy partyjkę Kontynentów.

– Nie, nie ma szans – odpowiedział bez żalu Marek. – Dzisiaj zaczynam się pakować…

Kiedy wymówił magiczne słowo „pakować”, po plecach przeszedł mu dreszcz podniecenia. Właściwie nie mógł się doczekać, żeby wrócić do domu, gdzie przygotowane poprzedniego dnia stosy ubrań, butów i przeróżnych gadżetów czekały, by się znaleźć w walizce.

Walizka też już czekała – była czerwona i tak wielka, że gdyby doczepić jej po bokach opony, wyglądałaby prawie jak mini morris, tyle że bez lusterek. Tata wrócił z nią kilka dni temu z pracy. Pojechał specjalnie na drugi koniec miasta, by znaleźć akurat ten model, podobno wyjątkowo wygodny i wytrzymały. Co prawda kiedy postawili ją w pokoju, tata zaczął mieć wątpliwości, czy nie jest czasem za duża, ale Marek w ogóle nie rozumiał problemu. Walizka na pewno nie była ZA duża. Prawdę mówiąc, zastanawiał się, czy w ogóle uda mu się zmieścić w niej wszystko, co zaplanował zabrać.

Ale i tak nic nie mogło mu popsuć radosnego oczekiwania. Bo czuł, że kiedy wreszcie spakuje swoje rzeczy do walizki i zaciągnie suwak, jego wakacyjna przygoda naprawdę się rozpocznie.

– Super, że masz takiego wujka – znowu zaczął Kuba. – Znaczy podróżnika. Mój mieszka pod Lublinem i nigdzie nie jeździ. Nawet do lasu nie chodzi. Mówi, że nie warto. Że tam są tylko kleszcze i komary. A ten twój gdzie już był?

– W Afryce, w Chinach, w Australii… Wszędzie.

Markowi nie chciało się tłumaczyć Kubie, że wujek tak naprawdę nie był jego rodzonym wujkiem, tylko przyjacielem taty, mieszkał w Toruniu i Marek widział go do tej pory tylko kilka razy w życiu.

– Ale to musi być supergość – westchnął Kuba. – Na pewno nosi skórzany kapelusz i koraliki na szyi, no i maczetę! Jej… Maczetę to ma na pewno… – rozmarzył się. – Ale ja ci zazdroszczę, bracie… Taki Indiana Jones w rodzinie….

Marek zdążył pomyśleć, że dużo fajniej byłoby mieć w rodzinie jakąś postać z Gwiezdnych wojen, kiedy tuż nad sobą usłyszał niski, głęboki głos:

– Marek?

Obok chłopca stanął jakiś mężczyzna w dżinsach i czarnym T-shircie i przyglądał mu się uważnie. Był wysoki, barczysty i opalony, ale gdyby nie długie włosy ściągnięte gumką z tyłu głowy i wypłowiała chustka niedbale zawiązana pod szyją, wyglądałby absolutnie przeciętnie. Coś w jego sylwetce i głosie wydało się jednak Markowi znajome.

– Wu-wu-wujek Tomasz??? – wyjąkał totalnie zaskoczony. – Skąd się wujek tutaj wziął?

– Spadłem z nieba – odpowiedział mężczyzna. – Pożegnaj się z kolegą i jedziemy.

– Ale dokąd?

– Tu i ówdzie. Mamy kilka rzeczy do załatwienia.

ROZDZIAŁ 5,

o chorobie lokomocyjnej i plecakach

Samochód wujka czekał na parkingu i w żadnym razie nie przypominał samochodu podróżnika.

– To wujek nie ma terenówki? – wyrwało się rozczarowanemu Markowi na widok zwykłego, dość starego opla.

– Mam. Czeka w Toruniu na bardziej ekstremalne wyzwania niż podróż autostradą do Gdańska.

Marek podszedł do przednich drzwi.

– Nie tutaj. Z tyłu.

– Ale z mamą zawsze jeżdżę z przodu…

– Czy ja wyglądam na twoją mamę?

Marek przez chwilę myślał, że wujek żartuje, ale nie – wcale się nie uśmiechał. A kiedy jeszcze zmarszczył brwi, Marek posłusznie wsunął się na tylne siedzenie. „Ale się rządzi” – pomyślał niechętnie. „W Meksyku będę się słuchał tylko taty”.

– Dokąd jedziemy, wujku? – zapytał, zapinając pasy.

– Mam prośbę. – Marek napotkał wzrok wujka w tylnym lusterku. – Odpuść sobie tego wujka.

– To jak mam do wujka mówić?

– Tak, jak wszyscy. Orinoko.

Faktycznie, tata Marka tylko tak o nim mówił. „Fajnie to brzmi” – pomyślał chłopiec. „Tylko co oznacza?”

– Orinoko to rzeka – wyjaśnił jak na zawołanie wujek. – Mówi się o niej „buzująca krew Ameryki Południowej”. Jest piękna, tajemnicza i fascynująca. Każdy podróżnik marzy, żeby ją zobaczyć, ja też, tylko chyba trochę za często o tym mówię. – Przekręcił kluczyk w stacyjce. – A teraz jedziemy po rzeczy dla ciebie.

– Ale ja już mam wszystko! Nic nie musimy kupować! – zaprotestował Marek.

Wujek nie odpowiedział, tylko nacisnął pedał gazu. Auto wyskoczyło gwałtownie do przodu. Zapowiadała się niezła jazda.

I dokładnie taka była. Wujek prowadził jak wariat. Przeskakiwał co chwila z pasa na pas, przyśpieszał maksymalnie przed skrzyżowaniami, a kiedy nie udawało mu się przejechać na żółtym, hamował gwałtownie. Marek nie był na takie atrakcje przygotowany. A tym bardziej nie był na nie przygotowany jego żołądek.

Po pięciu minutach chłopiec zaczął się rozglądać za torebką foliową. U mamy w aucie na pewno jakaś by się znalazła, ale wnętrze samochodu wujka wyglądało tak, jakby przeszedł po nim odział dezynfekcyjny: ani papierka, ani okruszka, ani w ogóle niczego. Od razu było widać, że wujek nie ma dzieci.

– Daleko jeszcze? – wydusił chłopak przez zaciśnięte zęby.

– Kawałek – odpowiedział wujek i gwałtownie nacisnął hamulec.

Marek aż jęknął. „Nigdy więcej nie wsiądę z nim do auta” – obiecał sobie. „Nigdy więcej!”.

Próbując opanować mdłości, odchylił głowę, zamknął oczy i całą dalszą drogę modlił się do świętego Krzysztofa, patrona kierowców, żeby tylko dojechali w jednym kawałku.

Na szczęście wszystko mija, nawet najdłuższa żmija, jak mawiała czasami mama. Auto nagle się zatrzymało.

– Jesteśmy – oznajmił wujek.

Marek wygramolił się z samochodu i odetchnął głęboko, mając nadzieję, że świeże powietrze pomoże mu uspokoić rozbujany żołądek. Niestety, powietrze nie miało nic wspólnego ze świeżością, bo wujek zaparkował tuż koło śmietnika, którego, sądząc po zapachu, od dawna nikt nie opróżniał. Ta kropla przepełniła czarę – Marek zgiął się wpół i zwymiotował.

Sklep znajdował się w niskiej, obdrapanej kamienicy, która wyglądała tak, jakby w pionie utrzymywała się tylko siłą woli.

Jego wnętrze, oświetlone tylko słabą żarówką, było mroczne i tajemnicze. Żadnego klienta oprócz nich, żadnego sprzedawcy. Wujek podszedł do lady.

– Halo! Jest tu kto? – krzyknął w kierunku zaplecza.

Odpowiedziała mu cisza. Tylko gdzieś na dworze zaszczekał pies. „Dziwnie tu” – pomyślał Marek. „Chyba podobnie musiał się czuć Harry Potter, robiąc pierwszy raz zakupy na ulicy Pokątnej”.

Nagle drzwi na zaplecze otworzyły się i stanął w nich brodaty, ogorzały mężczyzna w dżinsach i kolorowym T-shircie.

– Orinoko!

Mężczyzna wymienił z wujkiem mocny uścisk dłoni.

– Co cię do mnie sprowadza?

– To syn przyjaciela. – Wujek ruchem głowy wskazał Marka. – Jedziemy razem do Meksyku. Potrzebuję dla niego plecaka. I kilku innych drobiazgów.

– Nie, nie, to pomyłka! – zaprotestował energicznie Marek. – Ja wcale nie potrzebuję plecaka! Mam walizkę! – A ponieważ obaj mężczyźni patrzyli na niego tak, jakby nie rozumieli, o czym mówi, dodał szybko: – Na kółkach!

– Tak, widziałem ją – odpowiedział Orinoko. – I właśnie dlatego tu jesteśmy. Ale zanim wybierzemy plecak, przymierzysz sandały.

Właściciel sklepu uśmiechnął się do niego porozumiewawczo, po czym nacisnął jakiś przycisk i w tym momencie w całym pomieszczeniu rozbłysły światła, a tajemnicza przestrzeń stała się nagle zwykłym, dobrze zaopatrzonym sklepem ze sprzętem turystycznym. Wzdłuż ścian stały regały, na których tłoczyły się plecaki, śpiwory i karimaty, specjalne buty do chodzenia po górach oraz przedmioty, których nazw ani przeznaczenia Marek nie znał.

– Ale sandały też mam – ponownie próbował zaprotestować, kiedy właściciel sklepu postawił przed nim pudełko z napisem „KEEN”.

– Możliwe. Tylko że te są najlepsze. Ja chodzę w nich wszędzie. – Orinoko wysunął stopę, żeby mu zademonstrować przewiewne buty uplecione z cienkich, czarnych linek. – Zdarzało się nawet, że na eleganckie przyjęcia.

Rzeczywiście, nie tylko były idealnie wygodne, ale też wyglądały całkiem w porządku.

– Weźmiemy je – powiedział Orinoko.

– To teraz czas na plecak – oświadczył właściciel sklepu. – Ile masz wzrostu, młody człowieku?

– Metr pięćdziesiąt.

– W takim razie przymierzymy się do damskich.

No, jeszcze tego brakowało! Nie dość że wujek, to znaczy Orinoko, zamiast walizki każe mu nosić plecak, to jeszcze babski? Żenada.

– Nie chcę chodzić z plecakiem w kwiatki…

– Nie martw się. Nic takiego jak plecak w kwiatki nie istnieje – uspokoił go właściciel sklepu. – Te dla kobiet są po prostu trochę inaczej zbudowane. Mają lżejszą konstrukcję, a pasy na ramiona są krótsze i wszyte bliżej siebie. Będą lepiej pasować do twojej sylwetki. I zapewniam cię: nikt się nie zorientuje, że nosisz babski plecak.

Mężczyzna zdjął z półki granatowy plecak z zielonymi wstawkami i podał chłopcu. Marek założył go i podszedł do lustra wiszącego na ścianie. Obejrzał się z przodu, potem z boku i stwierdził, że faktycznie nie wygląda to źle.

– Może być? – zapytał wujek.

– No. Kolor jest super – przyznał Marek.

– Akurat kolor jest najmniej ważny – wyjaśnił sprzedawca. – Chodzi przede wszystkim o to, czy dobrze ci się układa na plecach.

– W porządku…

– Zaraz sprawdzimy.

Mężczyzna wziął plecak i poszedł z nim na zaplecze, a kiedy wrócił i włożył go z powrotem na plecy Markowi, chłopiec aż się ugiął pod jego ciężarem.

– Co pan tam włożył?!

– Mam na taką okazję przygotowanych kilka cegieł. – Właściciel sklepu puścił oko do Marka. – Nie uwiera cię w plecy?

– Nie – niechętnie przyznał Marek.

– Świetnie. W takim razie bierzemy – oznajmił wujek.

Marek już zaczął zsuwać szelki plecaka z ramion, kiedy Orinoko go powstrzymał.

– Nie – usłyszał chłopiec. – Jeszcze nie zdejmuj. Musisz się do niego przyzwyczaić.

Marek najchętniej rzuciłby plecak w kąt i zwiał na dwór, ale nie chciał się na wstępie narażać wujkowi. Stał więc zły i obserwował, jak właściciel porusza się po sklepie z listą, którą dostał od Orinoko, i kompletuje dla nich ekwipunek. Na ladzie wylądowały jakieś dwa rulony, kurtka przeciwdeszczowa, kapelusz z szerokim rondem oraz kolorowa bandana.

– W życiu tego nie włożę – oświadczył Marek, biorąc chustkę w dwa palce. – Chustki są babskie.

– Ty chyba masz jakiś problem z tymi babami – zauważył wujek. – To normalna chustka, przecież ja noszę identyczną. – Dotknął wypłowiałej bandany na szyi. – Tyle tylko, że kupiłem ją w Resolute, czyli tam, skąd wyruszają wyprawy na biegun północny. – Mówiąc to, rozprostował chustkę, żeby Marek mógł zobaczyć narysowanego na niej białego niedźwiedzia. – Bardzo się przydaje w trasie.

„W trasie?” – pomyślał z niepokojem Marek. „W jakiej znowu trasie???”

– A te tobołki to co to jest?

– Śpiwór i moskitiera.

– Ale po co mi śpiwór? Przecież w hotelach jest pościel.

– W hotelach tak.

Kolejny niepokojący sygnał. „Jak to dobrze – pomyślał Marek – że jedzie z nami tata. On na pewno nie pozwoli na żadną szkołę przetrwania”.

– Możesz tu podejść?

Wujek trzymał w ręku moskitierę i wyglądało na to, że zamierza ją włożyć Markowi do plecaka. Tak jakby cegły to było mało.

– Nie dam rady! – zaprotestował chłopiec. – Naprawdę!

– Nie marudź!

Rzeczywiście, po chwili wszystkie bagaże znalazły się w plecaku Marka.

– Dzięki! – Wujek uścisnął na pożegnanie dłoń właściciela sklepu. – Lecimy. Mamy jeszcze jedną sprawę do załatwienia na mieście.

ROZDZIAŁ 6,

w którym poznajemy profesora i Polinezję

Następny przystanek znajdował się w Gdyni przy ulicy Orłowskiej. Wujek zaparkował przed zieloną metalową furtką, za którą był ogród, duży i trochę zarośnięty, a w ogrodzie – jednorodzinny, jednopiętrowy, całkiem zwykły dom.

Wujek nacisnął dzwonek. Po chwili drzwi na froncie domu otworzyły się i stanęła w nich niska, tęga kobieta w fartuchu w kratkę. W ręku trzymała szczotkę do butów.

– Pan w jakiej sprawie?

– Orinoko, do profesora.

Kobieta popatrzyła na nich podejrzliwie.

– Ori-co?

– Niech pani powie, że przyszedł Tomasz Wróblewski…

– Moment!

Kobieta zniknęła we wnętrzu domu i po chwili pojawiła się znowu, tym razem bez szczotki, za to z kluczem. Kiedy podeszła bliżej, Marek poczuł intensywny zapach pasty do butów. Kobieta przekręciła klucz w furtce i otworzyła ją na oścież.

– Proszę, proszę… Pan profesor co prawda pisze, ale najwyższy czas, żeby zrobił sobie przerwę. Przepracowuje się, a to już nie te lata, nie te lata…

Kobieta pachnąca pastą przeprowadziła ich przez wąski, ciemny hol i otworzyła drzwi do gabinetu profesora. Widok wnętrza pokoju sprawił, że Marek rozdziawił usta tak, jak bohaterowie filmów przygodowych, kiedy zobaczą trupa swojego przewodnika nabitego na włócznie tubylców. Gabinet przypominał bardziej muzeum niż część zwykłego mieszkania. Na ścianie po lewej w specjalnych gablotach wisiały motyle. Niebieskie, żółte, fioletowe, aż się mieniło w oczach. Ścianę po prawej zajmowały drewniane maski, dzidy, łuki, a pośrodku wisiał wielki, zielono-błękitny pióropusz. Na podłodze stały ogromny globus, obciągnięty skórą bęben i wypchany aligator. Jedynym normalnym meblem tutaj było wielkie biurko. Nie było na nim papierów, zamiast tego stały tam jakieś kolorowe figurki i drążek z żółto-niebieską wypchaną papugą. A za biurkiem siedział starszy pan i pisał coś na komputerze. Był chudy, opalony i miał bardzo dużo białych włosów na głowie.

– Co tam, pani Heleno? – zapytał, nie odrywając oczu od klawiatury.

– Gości przyprowadziłam – odpowiedziała kobieta i wycofała się, zamykając za sobą drzwi.

Starszy pan podniósł wzrok i poprawił okulary.

– Orinoko! – ucieszył się. – Jak miło cię wiedzieć!

Uścisnęli się serdecznie.

Wcześniej w samochodzie wujek wyjaśnił Markowi, do kogo jadą z wizytą. Profesor Marceli Rostocki był lekarzem. Wiele lat spędził w dżunglach Ameryki Środkowej, lecząc tamtejszych Indian. Orinoko poznał go dawno temu, kiedy przygotowywał wyprawę do Gwatemali i szukał kogoś, kto zna tamte tereny i mógłby mu o nich opowiedzieć. Bardzo się polubili i od tamtej pory pozostawali w kontakcie. Kiedy kilka dni temu Orinoko zadzwonił do profesora i powiedział mu, że planuje wyprawę do Meksyku, profesor poprosił go, żeby zajrzał do niego przed wyjazdem. W jakiejś ważnej sprawie, jak twierdził.

Marek przysunął się do ściany i zaczął się z bliska przyglądać eksponatom w gablotach. Dopiero teraz zauważył, że obok motyli znajdują się też inne owady – wielkie chrząszcze z długimi czułkami, ćmy o skrzydłach wielkości dłoni i pająki ogromne jak spodki, z czarnymi, grubymi, włochatymi łapami. Marek, zafascynowany, aż puknął lekko w szybkę, ale żaden z pająków nie drgnął. Za to wypchana papuga mrugnęła okiem.

– To Marek, syn mojego przyjaciela. – Wujek położył chłopcu rękę na ramieniu. – Jedzie ze mną do Meksyku.

Profesor pochylił się nad Markiem i przyjrzał się jego twarzy. Miał jasnoniebieskie, trochę wyblakłe oczy, poprzecinane cieniutkimi, czerwonymi żyłkami. Uśmiechnął się i powiedział:

– Przed tobą wspaniała przygoda, chłopcze. Tylko musisz się słuchać Orinoko.

– Będzie z nami jeszcze mój tata – podkreślił Marek.

Profesor kiwnął głową.

– Ale najważniejszy jest kierownik wyprawy. Zawsze. I tego się trzymaj!

Papuga znowu mrugnęła okiem. I przestąpiła z łapy na łapę.

– To ona nie jest sztuczna?!

Profesor parsknął śmiechem.

– O, nie, Polinezja na pewno nie jest sztuczna.

– Polinezja? To jak u doktora Dolittle – przypomniało się Markowi. – Tylko na rysunkach w książce wyglądała inaczej. Miała taki czub na głowie i była biała.

– Bo to była kakadu. A moja Polinezja to ara. Ara ararauna.

Papuga, jakby wiedziała, że o niej mowa, nastroszyła pióra. Miała żółty brzuch, niebieskie skrzydła i zielone czoło. Pióra w okolicy dzioba były białe, a czarne paski pod oczami wyglądały jak sieć zmarszczek. Ale tak naprawdę najbardziej fascynujący w ptaku był jego potężny, czarny dziób. Marek pomyślał, że gdyby Polinezja go nim dziabnęła, mogłoby być nieciekawie.

W tym momencie drzwi się otworzyły i do pokoju weszła pani Helena z tacą, na której niosła imbryk, filiżanki i talerz z pachnącym obezwładniająco ciastem. Bezceremonialnie podeszła do biurka i zaczęła na nim rozstawiać talerzyki. Markowi dopiero teraz się przypomniało, że jego żołądek od wypadku przed sklepem świeci pustkami.

– Dziękujemy, pani Heleno – powiedział profesor. – Siadajcie – zaprosił gości. – Wy będziecie jeść, a ja ci, Tomaszu, opowiem, na czym polega moja prośba.

ROZDZIAŁ 7,

w którym profesor wspomina, Marek słucha, a dwóch tajemniczych mężczyzn pali papierosy

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8,

o bardzo dramatycznym przebiegu

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9,

który przyniesie ze sobą kilka niemiłych niespodzianek

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10,

czyli o tym, że nie warto kopać się z koniem

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11,

w którym pojawiają się Merida Waleczna i E-skapada

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12,

czyli witamy w Meksyku

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 13,

w którym Marek wcześnie wstaje, a potem się z tego tłumaczy

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14,

w którym ważną rolę odgrywa żółta czapka

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15,

dla czytelników o mocnych nerwach

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16,

w którym wszyscy jeżdżą taksówkami

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 17,

czyli E-skapada kombinuje

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 18,

czyli konsekwencje spóźnienia

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 19,

krótki, ale ważny

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 20,

w którym wujek medytuje, a źli się zbliżają

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 21,

czyli co widać z Piramidy Słońca

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 22,

w którym spotykamy Julia

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 23,

którego główny bohater nie żyje od pięciuset lat

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 24,

w którym Marek niechcący zostaje bohaterem

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 25,

czyli w Meksyku zdarzają się cuda

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 26,

w którym nagle pojawia się straż pożarna

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 27,

w którym E-skapada znowu wkracza do akcji

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 28,

w którym Marek odbywa podróż w czasie

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 29,

w którym okazuje się, ile naprawdę waży piłka

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 30,

w którym Marek działa, a bandyci się pocą

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 31,

czyli co się kryje pod powierzchnią wody

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 32,

który rozgrywa się w autokarze

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 33,

w którym jesteśmy coraz bliżej rozwiązania tajemnicy piłki

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 34,

w którym delfiny mówią

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 35,

w którym Marek widzi coś, czego nie powinien

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 36,

w którym wujek się targuje

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 37,

w którym Marek chce do szpitala

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 38,

w którym bandyci wyciągają broń

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 39,

czyli nocne strachy

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 40,

który prawie cały rozgrywa się w powietrzu

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 41,

czyli tajemnica grobu Pakala

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 42,

czyli wielka ucieczka

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 43,

w którym padają prawdziwe strzały

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 44,

który rozgrywa się w dżungli

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 45,

w którym Marek staje oko w oko z przeznaczeniem

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 46,

w którym okazuje się, co było ukryte w piłce

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 47,

najbardziej zaskakujący ze wszystkich

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 48,

czyli pożegnanie z przygodą

Dostępne w wersji pełnej

Napisz do mnie!

Swoje uwagi i przemyślenia na temat książki możesz przekazać na adres:

marekkaminski@kaminski.pl

Zapraszam też na mojego bloga: www.marekkaminski.com

Opieka redakcyjna

Aleksandra Smoleń

Adiustacja

Sylwia Klich/ Pracownia Mole

Korekta

Estera Sendecka/ Pracownia Mole

Judyta Wałęga

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/ PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Ilustracje w książce

Paweł Kuranda/ PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Fotografia na okładce (widok na Palenque) © Jesse Kraft/123rf

Copyright © by Marek Kamiński i Katarzyna Gacek

Copyright © for the Polish edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

ISBN 978-83-240-4941-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Marek i czaszka jaguara Trzeci biegun Moje życie polarnika Odkryj, że biegun nosisz w sobie Wyprawa Moje bieguny. Dzienniki z wypraw 1990-1998 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia