Cała prawda o szczęściu

Cała prawda o szczęściu

Autorzy: Sawyer Bennett

Wydawnictwo: Filia

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.93 zł

Młody weteran wojenny, Christopher Barlow, cudem uniknął śmierci. Jest zdruzgotany. Nie potrafi już kochać, za to nienawidzi z pasją; nie potrafi wyrwać się z kręgu cierpienia, mrocznej zasłony przesłaniającej mu cały świat. Dopiero gdy przymusowo dołącza do grupy równie nieszczęśliwych, walczących z własnymi problemami osób, ponownie zaczyna przyglądać się swojemu życiu. Czego ci ludzie mogą się od siebie nauczyć? Jak mogą nawzajem sobie pomóc? Christophera nieustannie dręczy też pytanie, czy będzie w stanie ponownie obudzić w sobie miłość. Odpowiedź uzyska wyruszając w podróż z piękną kobietą, która stopniowo traci wzrok, umierającym nastolatkiem w terminalnym stadium raka i molestowaną w dzieciństwie dziewczyną, która nie potrafi zdecydować czy chce dalej żyć. Cztery osoby, które prócz przeznaczenia nie mają ze sobą nic wspólnego. Cztery osoby, które spotka przygoda, strach, ból i miłość. Podczas swej podróży odrobią najważniejszą w życiu lekcję. Dowiedzą się czym jest cała prawda o szczęściu

Rannemu żołnierzowi – bez nogi i z połową dłoni –

którego spotkałam na lotnisku w Orlando.

Natchnął mnie Twój ból.

Semper Fi[1].

[1] Semper fidelis (pol. zawsze wierny) – łacińska dewiza używana przez różne formacje i organizacje wojskowe. W wersji semper fi stanowi motto Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych [przyp. tłum.].

ROZDZIAŁ 1

Czasami sam dziwię się głupotom, które robię. Kiedy miałem siedem lat, sprawdzałem, ile mleczy zmieści się w nosie mojej trzyletniej siostry. Udało mi się wepchnąć aż cztery. Wymagało to ode mnie wiele koncentracji, zwłaszcza gdy mała nie była przekonana do swojej roli w tym eksperymencie. Ale wsadziłem jej tylko po dwa mlecze do każdej dziurki, więc nie sądziłem, by był to jakiś wielki wyczyn.

Jednak nie to było najgłupsze w całej tej sytuacji. Kiedy siostra zaczęła się denerwować z powodu nosa zapchanego kwiatkami, spróbowałem je wyciągnąć. Okazało się, że mlecze znacznie łatwiej wsadzić niż wyjąć, zwłaszcza niezdarnymi palcami siedmiolatka. Wpadłem więc na kolejny „genialny” pomysł, by użyć do tego wielkiej igły należącej do naszej matki.

Choć, ściśle rzecz ujmując, nie wydłubałem siostrze mózgu, nie byłem też za bardzo ostrożny, dlatego polała się krew. Dostałem za to lanie od ojca – oczywiście pasem – przez które nie byłem w stanie siedzieć trzy dni.

Matka wygłosiła jedynie kazanie:

– Christopherze Jamesie Barlow… Jestem mocno rozczarowana twoim zachowaniem. Mogłeś uszkodzić swojej siostrze mózg.

Nie, mamo… Jestem pewien, że nie mogłem.

W liceum wpadliśmy z kumplami na pomysł, że fajnie będzie włamać się nocą do gabinetu dyrektora i poprzyklejać wszystkie ruchome przedmioty do podtrzymujących je powierzchni. Mniej fajne było to, że nas przyłapano.

Spotykając się z Cici Carlan, myślałem, że mogę umawiać się w tym samym czasie z Kim Flick i że nikt się o tym nie dowie.

Okazało się jednak, że laski plotkują.

I to sporo.

Wpakowałem się w gówno po uszy.

Oczywiście te rzeczy były umiarkowanie głupie. Mam na sumieniu o wiele poważniejsze idiotyzmy, które doprowadziły do poważnych konsekwencji śmierci lub uszkodzenia wszystkich osób w nie zaangażowanych. To brzmi, jakbym przesadzał, ale taka jest prawda.

Jednak w tej chwili, jadąc na zachód drogą I-40… mając dwadzieścia sześć lat… rozważam swój ostatni akt głupoty. Prowadzę wielkiego czarnego suburbana wypełnionego dziwacznymi ludźmi, których z trudem toleruję, a mimo to postanowiłem spędzić z nimi w podróży kilka następnych dni.

– Christopherze, możesz nieco zwiększyć nawiew klimatyzacji? – pyta nieśmiały głos z tylnego siedzenia znajdującego się bezpośrednio za mną.

Natychmiast spoglądam w lusterko wsteczne, w którym pojawia się odbicie Martwego Dzieciaka. Chłopak ciągnie nerwowo za kołnierzyk swojej koszulki. Zauważam pot na jego czole, a także na łysej głowie i usianych trądzikiem policzkach.

– Niedobrze ci? – pytam podejrzliwie, podkręcając klimatyzację. Ponownie spoglądam w lusterko, starając się dostrzec, czy jego cera przybiera zielonkawą barwę.

– Nie – zapewnia mnie, ponownie szarpiąc kołnierzyk. – Po prostu mi gorąco.

– Powiedz, jeśli zrobi ci się niedobrze – nalegam, ujmując nieco gazu i zerkając w lusterko boczne, by sprawdzić, czy zdołam zmienić pas, w razie gdyby chciało mu się rzygać.

Kręci głową i patrzy na mnie w lusterku, posyłając mi uspokajający uśmiech, który rozjaśnia jego brązowe oczy. Nie są one tak puste, jak jeszcze kilka tygodni temu.

– Nie będę wymiotował.

Wierzę mu na słowo i z powrotem skupiam uwagę na drodze.

Nie będziesz wymiotował, ale z pewnością umrzesz. Taka prawda, młody.

– Masz. Jeśli będziesz musiał, puść pawia do tego worka – mówi siedząca obok niego Gotka, co sprawia, że moje spojrzenie natychmiast wraca do lusterka wstecznego. Dziewczyna podaje mu torebkę z McDonalda, w której znajdowały się kanapki, zanim zjedliśmy je na śniadanie.

– Nie będę rzygał – zapewnia ją stanowczo, ale zauważam, że mimo wszystko bierze worek.

– Lepiej, żebyś nie rzygał – ostrzega Gotka z uśmiechem. Jej zęby wydają się znacznie bielsze z powodu czarnej szminki na ustach.

– Powiedział, że nie jest mu niedobrze, więc dajcie mu spokój – napomina cichy głos dobiegający z przedniego siedzenia pasażera.

Muszę się opanować, by nie obrócić głowy w tamtą stronę. Nawet przelotne spojrzenie na Jillian Martel i te jej wielkie niebieskie oczy są dla mnie niebezpieczne. Zapewne to właśnie ona jest powodem, dla którego popełniłem błąd i zdecydowałem się na tę podróż.

Z powodu złego stanu zdrowia kobieta twierdzi, że cierpi na depresję, ale za cholerę tego u niej nie widać. Ma tak wesołe i pogodne usposobienie, tak jasne jak jej złote włosy, które jeśli na nią spojrzę, będą dosłownie błyszczeć od wpadających przez szyberdach promieni popołudniowego słońca. Kiedy poznałem Jillian, nazwałem ją Seksowne Oczka. Określenie to jest prawdziwe po dziś dzień, dlatego robię, co mogę, by na nią nie patrzeć.

Nie potrzebuję przypomnienia, że ta laska stanowi moje całkowite przeciwieństwo.

Spotkałem tę cholernie dziwaczną załogę – Seksowne Oczka, Gotkę i Martwego Dzieciaka – na terapii grupowej, na której nasza nieugięta liderka Mags Bundy desperacko starała się rozbudzić w nas uczucia przyjaźni, podczas gdy my próbowaliśmy okiełznać nasze problemy.

Nic mnie nie łączy z tymi ludźmi, choć widzę niewielkie podobieństwo między moim położeniem a sytuacją Martwego Dzieciaka. Chłopak umiera, więc trochę mu zazdroszczę, skoro sam chciałem rozstać się z życiem przy tak wielu okazjach. Widzę też minimalną zgodność pomiędzy mną a Gotką. Dziewczyna jest zgorzkniała, wściekła na świat i lubi palić trawę. Ja również jestem zgorzkniały, wściekły na świat i lubię palić trawę.

Jednak nie potrafię znaleźć niczego, co łączyłoby mnie z Seksownymi Oczkami.

Kobieta roztacza wokół siebie jakąś dziwną aurę. Słychać to w tonie jej głosu, wypowiadanych przez nią słowach. Widać w sposobie, w jaki kąciki jej oczu marszczą się nieznacznie, gdy się uśmiecha, co jest ich najsilniejszych ruchem, biorąc pod uwagę stan zdrowia dziewczyny. Sposób, w jaki patrzy, a także to, że zawsze jest rozluźniona, wpływa na jej pewność siebie, jak i całe otoczenie. Z nas wszystkich to właśnie ona najlepiej pogodziła się ze swoim losem. Znacznie wyprzedza tę grupę i wydaje się nie smucić swoimi problemami.

Właściwie nie potrafię zrozumieć, dlaczego zapisała się na tę terapię, ponieważ Jillian Martel niezależnie od stanu swojego zdrowia po prostu do nas nie pasuje.

Kobieta promienieje światłem.

Szczęściem.

Radością.

Niezmiennością nastroju bez względu na sytuację.

Przepełnia ją tak wielka rozkosz życia, że po części jej przez to nie znoszę.

Jednak powodem, dla którego podjąłem głupią decyzję, by wyruszyć na tę wyprawę, jest to, że Jillian Martel zarówno mnie odpycha, jak i intryguje. Moja ciekawość wygrała, więc przystałem na ten idiotyczny pomysł i dołączyłem do grupy, by być blisko niej.

Zgodziłem się pojechać, ponieważ muszę się dowiedzieć, jak ona to robi.

Jak mając przed sobą tak ponurą przyszłość, może się uśmiechać, jakby z jej światem wszystko było w porządku.

ROZDZIAŁ 2

Proszę pracownika stacji o zatankowanie SUV-a, po czym idę do budynku, by sprawdzić, co mają do zaoferowania w dziale słodyczy. Szukam ulubionych przekąsek, ponieważ śmieciowe żarcie jest nieodłączną częścią każdego dłuższego wyjazdu. Muszę przyznać… Mam pewne gorzkie wspomnienia związane z wycieczkami, ponieważ w jedyną podróż w swoim życiu udałem się z Marią, jednak nie zamierzam pozwolić, aby moja miłość do kwaśnych żelek, chrupek orzechowych i popcornu z serem została zagłuszona wspomnieniami o tym, co niegdyś miałem, ale to straciłem.

– Chrupki orzechowe? – pyta stojąca za mną Jillian, gdy sięgam po torebkę.

– Esencja podróżnego ekwipunku – odpowiadam, nie patrząc na nią. Pogodny nastrój, jaki nieustannie jej towarzyszy, rani moją duszę moje oczy. Czuję się, jakbym patrzył bezpośrednio na słońce.

– Dobre?

– Tak.

Nadal stojąc plecami do Jillian, biorę z półki kwaśne żelki, następnie przechodzę do działu z chipsami, by poszukać popcornu. Słyszę za sobą jej kroki, spinam się więc, podejrzewając, że zapragnie kontynuować rozmowę.

Takie pogaduchy… są dla mnie bolesne. Nie jestem najbardziej rozmownym typem na świecie i wiem, że chociaż Mags nalegała na tę wyprawę dla dobra Martwego Dzieciaka, miała też nadzieję, iż reszta ekipy również się otworzy.

A zwłaszcza Gotka i ja.

Znam tych ludzi od jakichś sześciu tygodni, zetknąłem się z nimi na naszym pierwszym spotkaniu terapii grupowej. Wątpię, bym tamtego dnia zamienił więcej niż kilka słów z członkami grupy, podobnie jak Gotka. Jednak wcale mi to nie przeszkadzało.

Naprawdę nie mam nic do powiedzenia.

Unoszę głowę i widzę, że na końcu alejki z chipsami Gotka bierze ze stojaka paczkę gum do żucia i wkłada ją do biustonosza. Nie trudzi się nawet, by się rozejrzeć i upewnić, że nie przygląda się jej kasjerka. Dzieje się tak, ponieważ ona naprawdę ma w dupie to, czy zostanie przyłapana.

Unosi głowę i patrzy na mnie, przez co nasze obmierzłe spojrzenia krzyżują się na chwilę. Dziewczyna znajduje się jakieś trzy metry ode mnie, dlatego widzę, że błyszczą jej piwne tęczówki. Gdybym stał zaraz obok niej, wyczułbym woń trawki, ponieważ – gdy tylko zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej – poszła na jej tyły, by zapalić. Zabiłbym w tej chwili za porządnego macha, ale prędzej mnie szlag trafi, niż ją o niego poproszę. Poza tym obiecałem Mags, że będę prowadził trzeźwy. Być może zazwyczaj zachowuję się jak drań, ale jestem honorowym człowiekiem.

Gotka naprawdę nosi imię Barb, jednak przez jej wygląd nadałem jej tę ksywę. Ma czarne, krótko obcięte włosy – nieco dłuższe na czubku głowy, a wygolone po bokach i z tyłu. Dwa kolczyki w brwi, trzy w dolnej wardze i ciężki tunel w uchu, w którym zmieściłaby się zapewne ćwierćdolarówka. Na obu rękach dziewczyny widnieją tatuaże, metalowe obrączki zdobią jej palce, a paznokcie pomalowane ma czarnym lakierem. Mroczna osobowość Gotki podkreślona jest także czarną kredką wokół oczu i czarną szminką, przez co jej blada cera wygląda jeszcze jaśniej. Dziś dziewczyna włożyła glany, kabaretki, czarną miniówkę i koszulkę w tym samym kolorze z poprzecznym napisem „Jebać demokrację”. Nie mam pojęcia, o co chodzi z tym tekstem, podejrzewam, że ona też tego nie wie. Zapewne założyła ten ciuch tylko po to, by obnosić się publicznie z tym wulgaryzmem.

– To było śmiałe – stwierdza cicho Jillian, niemal z szacunkiem.

Zauważam, że stanęła obok mnie w alejce z chipsami. I nie mogąc się powstrzymać, obracam się, by popatrzeć na nią z góry – jestem wyższy o dobre trzydzieści centymetrów – i stwierdzam, że obserwuje Gotkę z uśmiechem rozbawienia.

– To jej druga natura – mówię oschle. Gotka ma na sumieniu drobne zatargi z prawem, zupełnie jak ja.

– Może – szepcze Jillian, nie patrząc na mnie, lecz nieustannie wpatrując się w naszą małą złodziejkę. – Ale wzięła to dla Connora, który jest uzależniony od gum do żucia.

Unoszę brwi… zdziwiony tą uwagą. Skąd, u diabła, Gotka może o tym w ogóle wiedzieć? Z tego, co mi wiadomo, nawet ze sobą nie rozmawiają. Dziewczyna nie odzywa się w grupie, rzuca jedynie oschłe komentarze na temat czyjegoś bólu. Może Martwy Dzieciak coś wspominał, a choć ja ignoruję, co się dzieje w tym towarzystwie, Gotka jednak go słuchała?

Mimo to muszę zapytać:

– Skąd wie o uzależnieniu Martwego Dzieciaka od gum?

Jillian powoli obraca ku mnie twarz. Obserwuję jej stan przez kilka ostatnich tygodni, więc wiem, że to najszybsze tempo, w jakim może to zrobić, ponieważ jej mięśnie są dość słabe. Jednak z ognia w jej oczach wyczytuję, że gdyby tylko mogła, natychmiast poderwałaby głowę.

– Nie nazywaj go tak – prycha na mnie, wydając przy tym odgłos wkurzonego tygrysa.

No może raczej kociaka. Jillian Martel nie ma w sobie agresji, by być czymś więcej niż rozgniewanym kotkiem. Jest cholernie miła, nawet gdy się złości.

Powinienem się zawstydzić, że tak obraziłem chłopaka. Wiem, że powinienem mieć wyrzuty sumienia.

Jednak niczego takiego nie czuję, więc tylko wzruszam ramionami.

– Dlaczego nie? I tak umrze.

– Wszyscy umrzemy. – Praktycznie na mnie syczy.

– Tak – drwię, pochylając głowę, by wyraźnie mnie usłyszała. – Ale to on zejdzie z tego świata najszybciej. Byłoby lepiej, gdybym się poprawił i nazywał go Wkrótce Martwym Dzieciakiem?

Moje chamstwo sprawia, że Jillian gwałtownie wciąga powietrze.

Słysząc to, szczerzę zęby w uśmiechu.

Nie żałuję swoich słów, ponieważ dawno temu przestało mnie obchodzić, co myślą o mnie inni. Jestem cholernie pewny, że nie interesuje mnie również zdanie Jillian.

Przygotowuję się solidnie i czekam na kłótnię. Pomimo że poznałem tę kobietę na tyle, by wiedzieć, że nie ma ciętego języka, wiem też, że potrafi być brutalna, gdy kogoś karci. Jest w tym bardziej dosadna niż niejeden szyderca. Kobieta z dobrotliwym sercem i osobowością Pollyanny mocno we mnie uderzy, choć w zupełnie niewulgarny sposób.

Oczy Jillian, których spojrzenie zmiękcza choroba, otwierają się nieco szerzej, a kąciki jej ust unoszą się nieznacznie we współczującym uśmiechu. Kobieta zbliża się do mnie i kładzie dłoń na moim przedramieniu, niezrażona poszarpaną, naznaczoną bliznami skórą.

– Rozumiem.

– Niby co? – pytam, spoglądając na miejsce, gdzie spoczywa jej opalona dłoń dotykająca zniekształconej pozostałości mojej ręki.

– Dlaczego czujesz potrzebę bycia złośliwym.

– Myślisz, że jestem złośliwy? – dociekam, pokazując jej zęby w szyderczym uśmieszku. Jestem o wiele gorszy.

– Uważam, że masz w sobie wiele żalu i gniewu, co sprawia, że czujesz się usprawiedliwiony, zachowując się jak palant. Myślę, że ulgę w bólu przynosi ci sprawianie innym przykrości. Wydaje mi się, że odsuwasz się od potencjalnie dobrych rzeczy w swoim życiu, by pozostać pogrążonym w tym całym gniewie. Jednak, Christopherze, możesz się wyżywać, ile tylko zechcesz, na mnie albo na Barb, bo ona jest twarda i jakoś to zniesie, ale, proszę, zostaw Connora w spokoju, dobrze? Jego dni są policzone, chłopak nie potrzebuje, byś mu o tym przypominał.

Mówi to wszystko tak łagodnie… tak czule. W jej głosie nie ma ani grama drwiny.

Jej słowa budzą we mnie wściekłość – jestem wkurzony, bo śmiała powiedzieć mi, jak mam żyć. I zrobiła to z empatią litością. Nie mogę tego znieść, zaakceptować przyjaznego uśmiechu, jaki mi w tej chwili posyła.

Ale właśnie gdy otwieram usta, by ją zbluzgać – poinformować zdzirę, że moja złośliwa postawa to nic w porównaniu do wszelkiej niegodziwości, jaka się we mnie znajduje – zaznaję wyraźnie niepokojącego uczucia, zaczynającego zakorzeniać się w centrum mojej klatki piersiowej. Tępy ból. Być może ukłucie żalu. Albo, co gorsza… dziwna fascynacja jej stwierdzeniem, że w moim życiu mogą istnieć potencjalnie dobre rzeczy.

Lepiej, by to, co czuję, nie było pieprzoną nadzieją. Wiele miesięcy temu pozbyłem się tego cholernego uczucia i niech mnie szlag trafi, jeśli ponownie dopuszczę do siebie to gówno. Strach, że mogłem znów stanąć z dobrem oko w oko, rozprasza we mnie potrzebę przywołania tej kobiety do porządku.

Furia mija tak szybko, jak uderzyła, pozostawiając mnie bez dobrego argumentu, który mógłbym rzucić Jillian w twarz.

Zamiast wrzeszczeć, biorę głęboki wdech, wypuszczam powoli powietrze i decyduję się zapytać:

– To wszystko?

– Sprawiłbyś mi niezmierną radość, gdybyś nie nazywał Connora Martwym Dzieciakiem – mówi z błyskiem w oku. – W ten sposób mnie uszczęśliwisz. Na razie.

Na razie? Co u licha oznacza „na razie”?

Chce, bym w przyszłości też sprawiał jej radość?

W ten sam sposób, w jaki Maria szukała przy mnie szczęścia i bezpieczeństwa? W sposób, w jaki na mnie polegała, dzięki czemu czułem się tak cholernie dobrze, ponieważ byłem odpowiedzialny za uśmiech na jej twarzy?

Tego właśnie chce ode mnie Jillian „Pollyanna” Martel?

Jasne, ale tak się nie stanie.

Kiwam zdawkowo głową, odwracam się do niej plecami i zbliżam do kasy. Kątem oka zauważam, że Jillian idzie w kierunku drzwi. Podchodzi do dystrybutora, przy którym Gotka wyciąga paczkę gum ze stanika i wręcza je Martwemu Dzieciakowi Connorowi. Nawet z tej odległości widzę, że chłopak się rumieni, przez co niemal muszę się powstrzymywać od uśmiechu, lecz ta chwila szybko mija.

Za ladą stoi młoda dziewczyna ubrana w czerwoną kamizelkę z logo stacji benzynowej na jednej piersi i zawieszką informującą, że ma na imię Natalie, na drugiej. Uśmiecha się do mnie zalotnie, a gdy podchodzę, przesuwa powoli spojrzeniem po moim ciele. Kiedy dociera do nóg, widzę, że się spina – spodziewałem się tego. Kiedy ponownie spogląda na moją twarz, cały flirt znika zastąpiony współczuciem.

Nie odzywam się, kładąc rzeczy na blacie, i wkładam rękę do kieszeni spodenek sięgających za kolano po portfel. Dziewczyna w milczeniu kasuje produkty. Nie patrzy mi w oczy, gdy wsuwam kartę kredytową do czytnika ani gdy pakuje moje zakupy do siatki.

Mam wrażenie, że uda mi się wyjść z budynku, nie usłyszawszy od niej ani słowa, ale przysuwając do mnie reklamówkę, przełyka z trudem ślinę i mówi:

– Eee… chciałam tylko podziękować panu za służbę.

To żadna tajemnica… Koszulka z logo Korpusu Piechoty Morskiej daje dość dobrą wskazówkę, że byłem żołnierzem. To, co znajduje się poniżej pasa, jest równie znaczące.

Wpatruję się w nią przez chwilę, zauważając w jej oczach nadzieję. Nadzieję, że moje poświęcenie było dla mnie zaszczytem, a to, że dziewczyna może spać pod bezpiecznym kocem wolności, jest zasługą wyłącznie amputacji mojej nogi, która mocno ucierpiała podczas przejazdu przez prowincję Helmand w Afganistanie. Ma nadzieję, że podziękuję jej za miłe słowa i tym samym sprawię, że poczuje się lepiej pomimo świadomości, iż jej bezpieczeństwo zostało okupione moją krwią.

– Spierdalaj – warczę. Właściwie czerpię przyjemność z zadania jej bólu, z upokorzenia malującego się na jej twarzy, nim biorę siatkę i wychodzę z budynku. Odczuwam olbrzymią satysfakcję z powodu jej wstydu i nie mam wątpliwości, że moja brudna dusza nigdy nie zostanie oczyszczona i ocalona. Że jestem człowiekiem, który nie zazna odkupienia.

Choć ostatnimi czasy mam paskudny charakter, nie zawsze traktowałem ludzi w ten sposób. W pierwszych miesiącach po wyjściu ze szpitala próbowałem dziękować każdemu, kto doceniał moją służbę i poświecenie.

Ale mi się znudziło.

Naprawdę mi to zbrzydło.

Ciężar stał się zbyt wielki. Spoczął na moim sercu niczym beton. Sprawił, że klatka piersiowa kurczy mi się z niepokojem, ilekroć ktoś otwiera usta, by ze mną porozmawiać, dlatego odwracam się od wszystkich, nim słowa wdzięczności zdążą przeniknąć do mojej głowy. Mogłoby się wydawać, że zamieszkała we mnie zupełnie inna istota, ponieważ zacząłem wymyślać przeróżne kłamstwa.

„Och, nie zostałem ranny w walce. To atak rekina”.

Albo…

„Wypadek z udziałem kombajnu na farmie dziadka”.

Albo…

„Wkurzona dziewczyna. Próbowała odrąbać mi fiuta, ale trafiła w nogę i palce”.

Nieważne.

Chodzi o to, że zmęczyli mnie ludzie dziękujący za coś, czego nie planowałem robić. Nie zamierzałem dać się rozerwać na kawałki. Kiedy podpisywałem kontrakt z armią, nie robiłem tego z głęboko zakorzenionego patriotyzmu, ale dlatego, że był to sposób na wyrwanie się z okropnego życia w mieście znajdującym się przy kopalni węgla. Moje kłamstwa zaczęły robić się coraz bardziej absurdalne, aż w końcu z nimi skończyłem. Nie potrafiłem wymyślić już ani jednego zdarzenia, które musiałoby zakończyć się takim uszczerbkiem na zdrowiu.

Zacząłem więc informować ludzi, co naprawdę czuję. Mówiłem, by się ode mnie odwalili. To naprawdę najlepszy sposób na zakończenie rozmowy.

Kiedy posyłałem ich do diabła, nie padały kolejne uwagi, takie jak:

„Och, wow… Rekin? Niesamowite”.

Albo…

„Rany… Myślałem, że kombajny mają specjalne zabezpieczenia”.

Albo…

„Twoja dziewczyna poszła siedzieć, stary? Za coś takiego z pewnością należy jej się odsiadka”.

Słowo „spierdalaj” nie zachęca do dalszych komentarzy, więc stało się metodą, którą wykorzystuję w stu procentach, aby ludzie zostawiali mnie sam na sam z moją niedolą.

Nie jest to miejsce, w którym jestem najszczęśliwszy, ale czuję się w nim niemal dobrze.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

SPIS TREŚCI

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

O AUTORCE

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: The Hard Truth About Sunshine

Copyright © 2017 by Sawyer Bennett

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2017

Projekt okładki: Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce: © Emotions Studio/Shutterstock

Przekład: Katarzyna Agnieszka Dyrek

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

eISBN: 978-83-8075-369-3

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

kontakt@wydawnictwofilia.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cała prawda o szczęściu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy