Pasażerka

Pasażerka

Autorzy: Alexandra Bracken

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 14.36 zł

Współczesna nastolatka i XVIII-wieczny pirat w szalonym wyścigu z czasem przez kontynenty i epoki

Etta Spencer, cudowne dziecko skrzypiec, pewnej nocy traci wszystko, co znała i kochała. W jednej chwili z bezpiecznego Nowego Jorku zostaje przeniesiona do miejsca oddalonego o wiele mil i… lat. Trafia do 1776 roku, a jej los zależy od Nicholasa Cartera, młodego korsarza związanego kontraktem z potężną rodziną Ironwoodów.

Jedynie Etta może odzyskać pewien tajemniczy przedmiot o niewysłowionej wartości. Jeśli jej się powiedzie, zostanie odesłana do XXI wieku. Ona i Nicholas wyruszają w niebezpieczną podróż po egzotycznych miejscach i w poprzek czasu. Im bardziej zbliżają się do prawdy, tym większego tempa nabiera śmiertelna gra Ironwoodów. Etcie grozi nie tylko rozłąka z Nicholasem, ale i zamknięcie drogi powrotnej do domu… na zawsze.

Chwyta za serce już od pierwszych stron i nie puszcza aż do nokautującego wielkiego finału!
Sarah J. Maas

Pasażerka to wyśmienita powieść przygodowa i porywający romans.
„New York Times”

Fanki Obcej zobaczą w Etcie sporo z Claire. Nie mogę się doczekać podróży przez kolejny tom.
Victoria Aveyard autorka bestsellerowej serii Czerwona królowa

Dla Mamy –

nie było i nie będzie na świecie drugiej osoby o sercu

tak pięknym i silnym jak twoje.

Niestraszna mi najwęższa brama

Ni przewin moich długie zwoje;

Los mój, poza mną, nie zna pana

I jam jest władcą duszy mojej.

William Ernest Henley, Niepokonany, tłum. Maciej Pawlak

BHUTAN, ROK 1910

Prolog

Gdy pięli się w górę, oddalając od krętych szlaków wiodących do widocznych w oddali wiosek, świat rozpościerał się przed Nicholasem w swej najczystszej, nieskalanej postaci: cichy, pradawny, tajemniczy.

I śmiertelnie niebezpieczny.

Nicholas większą część życia spędził na morzu albo na tyle blisko morza, by przy dobrym wietrze czuć woń ryb i morskiej soli. Nawet teraz, gdy zbliżali się do klasztoru, czekając, aż wyłoni się spod ciężkiej pierzyny mgły i chmur, oglądał się co rusz, na próżno szukając między górującymi nad nim szczytami Himalajów zatartego łuku widnokręgu, gdzie niebo stykało się z pomarszczonym przestworem wody – znajomego widoku, w którym mógłby bezpiecznie zakotwiczyć, nim odejdą go odwaga i pewność siebie.

Wiodący po stromych schodach szlak ciągnął się najpierw między oblazłymi mchem sosnami, teraz zaś wtulił się w ostre, pionowe klify, na których jakimś niewyobrażalnym sposobem wzniesiono klasztor Taktsang Palphug. Rzędy jasnych flag modlitewnych łopotały ponad drzewami i widok ten ujął mu z serca nieco ciężaru, natychmiast przypominając o dniu, kiedy kapitan Hall po raz pierwszy zabrał go do nowojorskiej przystani, gdzie pokazał mu nowe fregaty obwieszone wielokształtnymi i wielokolorowymi flagami.

Nieznacznym, ostrożnym ruchem poprawił plecak i wżynające się w ramiona paski, starając się nie runąć w przepaść ziejącą po otwartej stronie drogi.

Wspinasz się na maszty, odkąd pamiętasz, a teraz nagle dopadł cię lęk wysokości? – złajał się w myślach.

Maszty. Okręt. Morze. Jego palce łaknęły okrętowych lin, po których mógłby się wdrapać aż na bocianie gniazdo, tęsknił za uczuciem słonej wody na twarzy, którą porywał w niebo silny wiatr, i szumem rozfalowanej tafli, rozdzieranej zadartym dziobem statku. Nicholas wypiął hardo swoją chłopięcą pierś, usiłując zdusić ową płonącą w żołądku żałość, nim ogień rozejdzie się na resztę ciała i pochłonie go żywcem. Powinien był już wrócić. Powinien być teraz z Hallem i Chase’em, wespół z nimi przesadzać morskie bałwany. A nie tkwić tutaj, w obcym stuleciu – Boże, był rok 1910! – w towarzystwie niekompetentnego fajtłapy, który potrzebował jego pomocy nawet przy zapinaniu nowiutkiego płaszcza, sznurowaniu bucików, zawiązywaniu aksamitnej chusty i poprawianiu tego absurdalnego oklapłego kapelusza, choć miał przecież własną parę rąk i, przynajmniej na pierwszy rzut oka, własny mózg we łbie.

Zawieszona na szyi skórzana sakwa mocno uderzyła Nicholasa w bok, gdy wdrapywał się tam, gdzie stał Julian, wspierając nogę na pobliskim kamieniu – była to jego zwyczajowa poza, którą przybierał, by podziwiały go niewiasty. Nicholas nie miał zielonego pojęcia, na kim teraz próbował wywrzeć wrażenie – na tych kilku ptakach, których trele słyszeli w podmokłym lesie? Czy on zawsze musiał być taki? Egzaltowany, próżny, pozbawiony wyobraźni? I czy Nicholasa tak bardzo zaślepiło pragnienie znalezienia tak zwanego brata, a wraz z nim nowego życia pełnego możliwości, wygód, bogactw i przygód, że świadomie zignorował oczywiste symptomy zidiocenia Juliana?

– Choć no tutaj, mój drogi, i spójrz. Oto przed nami Tygrysie Gniazdo. Bodajby szlag trafił tę piekielną mgłę…

Nicholas widział i wiedział. Starał się czytać jak najwięcej o miejscach, do których posyłał ich starzec, aby w miarę możliwości zachować przy życiu Juliana, który był nierozważny jak małe dziecko i uparty jak osioł. Nicholas nieustannie nad sobą pracował, uzupełniał niedostatki wiedzy, nadganiał zaniedbany trening. Gdy uprzytomnił sobie, że Cyrus Ironwood nigdy nie pokryje kosztów prawdziwej edukacji wymaganej przy podróżniczym trybie życia, zaczął się zastanawiać, czy czasem dziadyga nie robi tego specjalnie, żeby Nicholas dalej gnił w przeznaczonym mu miejscu. Ta myśl doprowadziła go do wrzenia i odtąd całe głodowe wypłaty przeznaczał na książki historyczne.

– Legenda głosi – podjął Julian, przybrawszy zuchwały wyszczerz, który wyciągnął ich już z niejednej kabały, a niegdyś był w stanie zmiękczyć i samego Nicholasa, skłaniając go do odkrycia w sobie pokładów wyrozumiałości dla nieznośnego przyrodniego brata – że przed laty przyleciał tu na grzbiecie tygrysa bhutański guru buddystów Padmasambhava. Powinniśmy w drodze powrotnej zajrzeć do którejś z tych jaskiń, gdzie medytują mnisi. Może i ty zdołasz chwilę pomyśleć. Spójrz tylko, jakież piękne okoliczności przyrody. Wciąż twierdzisz, że nie będzie ci brakowało podróżowania? A czy o własnych siłach i za własne nędzne środki zdołałbyś tu kiedykolwiek przyjechać? Oczywiście, że nie, więc porzuć te bzdurne myśli, mój drogi.

Zdusiwszy chęć zmazania tego uśmieszku z twarzy Juliana pięścią lub przytroczonym do plecaka kilofem, Nicholas znowu poprawił plecak, starając się powstrzymać cisnącą mu się na usta ripostę, że to „podróżowanie” to nic więcej, jak tylko tachanie tobołów za Julianem i znoszenie jego protekcjonalnego tonu.

– Chyba się zbiera na burzę – odpowiedział zamiast tego, dumny z tego, że głos mu nie zadrżał. – Przełóżmy wspinaczkę na jutro.

Julian strzepnął robaka z rękawa nieskazitelnie czystego płaszcza.

– Ani mi się śni. Z bólem serca żegnałem się z tamtą kocicą z owego szemranego, choć urokliwego baru na Manhattanie i chcę jeszcze zaliczyć rundkę, zanim wrócimy do staruszka. – Julian westchnął tęsknie. – Choć, prawdę mówiąc, czuję, że znowu stawimy się przed nim z pustymi rękami. Wysłał nas na skraj świata po coś, co najprawdopodobniej nawet nie istnieje. To już się robi nudne.

Nicholas patrzył, jak przyrodni brat okręca w palcach laskę, i zastanawiał się, co też pomyślą o nich mnisi: wyfiokowane, rumiane książątko z nowym oprzyrządowaniem wspinaczkowym, opukujące ich święte ziemie w poszukiwaniu zagubionego skarbu, oraz on – śniady młodzieniec, ewidentnie służący, ciągnący w ślad za nim jak wierny pies.

Nie tak powinno być.

Dlaczego w ogóle wyjechał? Co go podkusiło, by podpisać kontrakt? Powinien był wiedzieć, że z rodziną dobrze się wychodzi tylko na obrazie.

Powinien być czymś więcej niż tym.

– Weź się w garść, mój drogi – powiedział Julian, trącając go pięścią w ramię. – Nie mów, że wciąż się dąsasz o ten kontrakt.

Gdy brat się odwrócił, Nicholas wwiercił się w jego plecy nienawistnym spojrzeniem. Nie chciał o tym mówić, nie chciał nawet o tym myśleć, bo zaraz przypominało mu się wzruszenie ramion Juliana. „No cóż – powiedział mu wtedy – chyba trzeba było dokładniej przeczytać, co jest napisane drobnym druczkiem”.

Nicholas wyrwał się z łap swojej, pożal się Boże, rodziny tylko po to, by z własnej woli oddać się z powrotem w jej niewolę. Z deszczu pod rynnę. Ale gdy starzec rozsnuł przed nim magiczną wizję podróży i bogactw ponad wyobrażenie, te pięć lat służby wydało mu się niewygórowaną ceną.

Gdy uzmysłowił sobie, że nie będzie nikim więcej niż tylko tragarzem swojego przyrodniego brata, który nigdy, przenigdy, choćby i za tysiąc lat, nie przyzna się do bodaj odległego pokrewieństwa z nim, zmusił się do przełknięcia narastającej mu w gardle guli i ponownie zawiązał krawat Julianowi, który był niezadowolony z poprzedniego węzła. Nigdy wcześniej Nicholasowi nie dawał się tak we znaki upływ czasu. Każda mijająca sekunda kruszyła pomału jego determinację i obawiał się furii, która opanuje go, gdy ta skruszeje zupełnie.

– Powinniśmy zawrócić i rozbić obóz – rzekł wreszcie, unikając taksującego wzroku Juliana. – Wrócimy tu jutro.

Julian prychnął pogardliwie.

– Deszczu się boisz? Z cukru jesteś? Daj spokój, wespniemy się w trymiga.

Ale to nie wspinaczki obawiał się Nicholas. Wyraźnie czuł w powietrzu nadciągającą ulewę. Ból głowy – uświadomił sobie – nie był wynikiem ględzenia Juliana, tylko wysokości, na jakiej się znaleźli. Jakby zawędrowali pod same chmury. Kolana miał jak z waty, nie czuł palców u rąk.

A może po prostu go tu zostawić? I uciec?

Tylko gdzie miałby się schować? Przecież wszędzie go wywęszą. Nie może wrócić do Halla, nie może też wrócić do swojego czasu naturalnego. Nie może nawet udać się na poszukiwanie matki.

Powiódł wzrokiem po zasnutym stalowoszarymi chmurami niebie, w które wżynały się ośnieżone szczyty Himalajów. Gdyby był na statku, oceniłby siłę nadciągającego sztormu po samym zachowaniu jednostki na falach, obmyśliłby plan przetrwania burzy na pełnym morzu. Lecz teraz przebywał w głębi lądu, a pod stopami miał suchą ziemię, nie deski pokładu. Przed niebezpieczeństwem przestrzegał go tylko pełzający po karku dreszcz, pojawiający się za każdym razem, gdy po górach echem niósł się odległy grzmot.

– Lepiej, żeby stary tym razem się nie mylił – odezwał się Julian, wznawiając marsz. Z miejsca, w którym stał Nicholas, strome schody wyglądały jak niekończąca się serpentyna, którą ktoś zawiesił na pionowym klifie, a która wiła się i opływała jego naturalny kształt niczym strumień. – Nuży mnie już ta jego zabawa. To cholerstwo przepadło z kretesem i już. Chyba nawet stary Ironwood nie może ciągle wygrywać, co nie?

Tylko że wygrywa – odpowiedział w myślach Nicholas, zaciskając pięści. – Nigdy nie uwolnię się ani od ciebie, ani od niego.

– No dalej, Nick. Przed nami szmat drogi – popędził go z góry towarzysz. – Zjadłbym konia z kopytami, taki jestem głodny.

Pierwsza kropla deszczu trafiła Nicholasa między oczy, spłynęła na policzek i skapnęła z podbródka. Była to przedziwna chwila, która przejęła go drżeniem. Nicholas czuł się w niej uwięziony. Rozejrzał się machinalnie za jakimś schronieniem, którego – był tego pewien! – zaraz zacznie się domagać Julian, nie chcąc zamoczyć butów. Jeśli nie liczyć czortenów – niskich białych budynków, w których kryły się misternie wykonane kolorowe młynki modlitewne – jedynym miejscem, gdzie mogli się skryć przed deszczem, były małe, zakryte występy skalne, pod którymi żałobnicy umieszczali stożkowe relikwiarze z popiołami.

– Tam! – zawołał radośnie Julian, młócąc powietrze pięściami. Mgła okrywająca klasztor opadła, jakby ściągnął ją na ziemię deszcz, i osiadła równą taflą w dolinie, zakrywając dzielące ich od dna tysiące stóp stoku. – Gdzie masz aparat? Wyjmij go, dobra? I tak nikt go tu nie zobaczy…

Eksplozja gromu nad ich głowami zabrzmiała jak salwa z armaty. Huk odbił się echem wśród gór. Całe ciało Nicholasa stężało, gdy przypadł do ziemi, byle dalej od źródła ogłuszającego ryku. Kiedy tylko przeminął, rozpętała się dzika ulewa, nieomal ich oślepiając, przygniatając do podłoża i tratując jak szarża konnicy. Nicholas zachłysnął się powietrzem, gdy deszcz przybrał na sile, a pojedyncze krople skupiły się w litą ścianę wody. Czegoś podobnego doświadczył tylko raz, na morzu, gdy jego statek znalazł się na obrzeżu huraganu. Z chmur waliły istne deszczowe rzeki, omywały ich, tak jak górski strumień omywa zalegające w korycie otoczaki, niemal zwalając z nóg.

Julian…

Nicholas okręcił się ku skrajowi dróżki w momencie, w którym jego przyrodni brat coś do niego zawołał. Zobaczył, że błotnista ziemia osuwa się pod jego lewą stopą.

Wyrwał naprzód, momentalnie przebywając dzielący ich dystans, a w głowie rozbrzmiewała mu jedna jedyna myśl: nie, nie w ten sposób.

– Nick! Pomocy! – Julian zdołał uczepić się palcami stoku, ale jego rozcapierzona dłoń już wysuwała się z przemoczonej rękawiczki. Zawisł całym ciężarem nad skalistą przepaścią, zasnutą przez mgłę i porośniętą w dole drzewami, które z tej wysokości wydawały się małe jak wykałaczki. Nicholas doczołgał się do towarzysza, szorując brzuchem po ziemi, i wyciągnął rękę, czując wżynające się w ciało paski plecaka.

Julian był blady jak ściana, patrzył błagalnie i poruszał ustami: pomóż mi, nie daj mi spaść…

A właściwie dlaczego mam ci pomóc? – pomyślał Nicholas.

Co to za rodzina, która odbiera wszystko jednemu ze swoich członków, choćby i najdalszemu? Wyrzuca go ze wspólnoty, pozbawia nazwiska, wolności, godności…

Na myśl o tym, że wreszcie nadarza się okazja na odebranie należnego długu, Nicka wypełniła zimna, gorzka satysfakcja.

Dlaczego masz mu pomóc? Bo to twój brat.

Nicholas otrząsnął się, czując, że siła deszczu spycha go w stronę zrębu.

– Złap mnie za rękę… Julian, złap mnie za rękę!

Na oblepionym błotem obliczu zwisającego nad przepaścią mężczyzny zajaśniała determinacja. Wyrzucił rękę przed siebie, próbując chwycić wyciągniętą dłoń kosztem uchwytu na skalistym zrębie. Palce braci zaczepiły się o siebie. A zaraz potem dłoń Juliana wysunęła się z rękawiczki. Młodzieniec spadł, przebił taflę mgły, która rozstąpiła się tylko na tyle, by przepuścić go w drodze na dno przepaści, po czym zniknął. Jego ciało rozpadło się w drobny, migotliwy pył w rozbłysku światła stłumionego białą kurzawą.

Gdzieś daleko rozległ się huk przetaczającego się gromu, a potem głośny trzask. Nicholas natychmiast się domyślił, że to zapadł się tunel, którym tu przybyli. Krew szumiała mu w uszach, usta się rozwarły w niemym wrzasku. Nawet nie próbował dostrzec dna przepaści przez mgłę, chmury i ścianę wody. Wiedział, że to sam czas upomniał się o Juliana i rzucił go w paszczę nicości, i że on sam nie jest już niczym więcej, jak tylko wspomnieniem.

NOWY JORK, DZIŚ

Rozdział 1

Niesamowite było to, że za każdym razem, gdy Etta spojrzała na obrazy, odkrywała coś nowego, czego wcześniej nie zauważyła.

Wisiały w salonie od lat, w tych samych punktach nad sofą, ułożone w równiutki rządek niczym taśma filmowa, której poszczególne kadry przedstawiały najwspanialsze chwile w życiu jej matki. Od czasu do czasu, spoglądając na nie, Etta czuła uścisk w żołądku. Nie była to zazdrość czy tęsknota, lecz jakiś płytszy, mniej wyrazisty kuzyn obu tych uczuć. Sama też sporo podróżowała z Alice, wzięła nawet udział w międzynarodowym konkursie skrzypcowym, ale w życiu nie widziała cudów uwiecznionych na tych niepozornych płótnach. Jak choćby tej góry, po której wspinała się spiralą lśniąca ścieżka, klucząca między drzewami w stronę chmur, w których krył się niebotyczny wierzchołek.

Dopiero teraz, rozparta na sofie, Etta zauważyła, że Rose namalowała na szlaku dwie postacie, schowane pod powiewającymi powyżej jasnymi flagami.

Podążyła wzrokiem do obrazów poniżej: widoku z pierwszego studia Rose na rogu Sześćdziesiątej Szóstej i Trzeciej Alei i wiszących zaraz obok schodów Muzeum Brytyjskiego upstrzonych turystami i gołębiami, gdzie kiedyś, przeprowadziwszy się do Londynu, malowała na poczekaniu portrety. (Etta od zawsze lubiła ten obraz, bo jej matka uwieczniła na nim chwilę, gdy Alice ujrzała ją po raz pierwszy i szła ku Rose marszowym krokiem, by ochrzanić ją za wagary). Dalej był obraz przedstawiający ciemną, gęstą dżunglę, zagarniającą wilgotne kamienie Słoniowego Tarasu w Angkor Thom. Do osiemnastych urodzin Rose uzbierała dość pieniędzy, by polecieć do Kambodży, gdzie słodkimi słówkami przekonała archeologów, by pozwolili jej wziąć udział w ekspedycji badawczej i wykopaliskach, choć nie miała o tym zielonego pojęcia. Kolejne dzieło przedstawiało Ogród Luksemburski w letnim rozkwicie tego dnia, gdy dostała się wreszcie na Sorbonę. A niżej, na oparciu sofy, wsparty o ścianę po lewej przycupnął zupełnie nowy obraz: pustynia o zachodzie słońca powleczona jasnym, różanym światłem i poznaczona nieregularnym deseniem kruszejących ruin.

Była to opowieść o życiu jej matki. Jedyne jego fragmenty, którymi Rose zgodziła się podzielić. Etta zachodziła w głowę, jaką też opowieść może snuć to najnowsze dzieło. Minęły lata, odkąd mama znalazła chwilę, by coś namalować, a jeszcze więcej od czasu, gdy posiłkując się obrazami, opowiadała małej Etcie historyjki na dobranoc. Etta ledwie pamiętała matkę z tamtych dni, z okresu sprzed niekończących się podróży, gościnnych wykładów o najnowszych technikach restauracji zabytków oraz uczestnictwa w niezliczonych projektach naukowych wydziału konserwacji zabytków Metu, czyli Metropolitan Museum of Art, w ramach których czyściła i odnawiała dzieła dawnych mistrzów.

Zachrobotał klucz w zamku. Etta zerwała się z sofy na równe nogi, poprawiając pogniecione poduszki.

Rose, nim weszła do środka, ostatni raz strząsnęła deszcz z parasola. Pomimo wczesnojesiennej ulewy wyglądała prawie nieskazitelnie. Falujące jasne włosy miała związane w ciasny kok. Jej obcasy były mokre od wody, ale nie zniszczone. Prochowiec zapięła pod samą szyję. Etta z zakłopotaniem przygładziła włosy, żałując, że zamiast przebrać się w suknię na występ pozostała w swojej tęczowej piżamie. Kiedyś znajdowała przyjemność w tym, że jest podobna właśnie do matki – były jak laleczki z jednego zestawu. To oznaczało, że w mniejszym stopniu przypomina ojca, nie musi więc, patrząc do lustra, odnajdywać jego rysów w własnej twarzy. Lecz teraz wiedziała już, że podobieństwo między nią a mamą jest zaledwie powierzchowne.

– Jak ci minął dzień? – zagadnęła, gdy matka omiotła szybkim spojrzeniem jej piżamę i uniosła brew.

– Jeszcze nieubrana? – odparła Rose z czystym angielskim akcentem, ignorując pytanie i samym tylko tonem sprawiając, że żołądek Etty fiknął koziołka. – Alice będzie tu lada moment.

Rose odwiesiła płaszcz do małej garderoby ich niewiele większego mieszkania, a Etta pognała do swojego pokoju, cudem nie ślizgając się na zalegających na dywanie partyturach. Niewiele brakowało, a wpadłaby do starej szafy służącej za jej prywatną garderobę. Zdjęła z wieszaka rubinową sukienkę koktajlową. Wybrała ją na tę okazję już kilka tygodni temu, lecz teraz wahała się, czy ją włożyć. Czy mama nie pomyśli, że jest zbyt frywolna na występ? Albo czy nie uzna wstążek na ramionach za zbyt figlarne, nielicujące z powagą wydarzenia? Wybierały się na prywatne przyjęcie charytatywne do Metropolitan Museum of Art i Etta chciała, by przełożeni mamy myśleli o niej wyłącznie jak o profesjonalistce w każdym calu.

I bardzo chciała zobaczyć na ustach matki uśmiech, gdy będzie grać przed pełną salą.

Podjąwszy decyzję, odwiesiła suknię do szafy i wyjęła czarną, nieco bardziej stonowaną, po czym usiadła przy biurku, by nałożyć makijaż. Po kilku minutach mama zapukała do drzwi.

– Nie potrzebujesz pomocy z fryzurą? – zaoferowała, patrząc na odbicie córki w lustrze wiszącym na ścianie.

Etta potrafiła sama okiełznać swoje włosy, lecz pomimo tego skinęła głową i wręczyła matce pęk spinek oraz starą szczotkę. Usiadła prosto, pozwalając się uczesać.

– Nie robiłam tego, odkąd byłaś małą dziewczynką – rzekła cicho Rose, zbierając jasnoblond fale w dłoni.

Etta pozwoliła opaść powiekom, przypominając sobie, jak to było być małą dziewczynką i siedzieć po kąpieli na kolanach mamy, która rozczesywała jej włosy i opowiadała o swoich licznych podróżach. Teraz nie wiedziała, jak odpowiedzieć, by nie wywołać u matki chłodnego milczenia. Spytała więc zamiast tego:

– Powiesisz ten nowy obraz? Świetnie wyszedł.

Rose posłała jej jeden ze swoich nad wyraz rzadkich uśmiechów.

– Dzięki, kochanie. Przypomnij mi, żebym w weekend kupiła do niego ramkę. Chcę powiesić go zamiast tego z Ogrodem Luksemburskim.

– Dlaczego? – zdziwiła się Etta. – Uwielbiam ten z ogrodem.

– Bo kolorystycznie bardziej pasuje do pozostałych – wyjaśniła mama, poskramiając spinką szczególnie niesforny lok. – Przejście od światła do ciemności będzie nieco bardziej oczywiste. Nie zapomnisz?

– Nie zapomnę – obiecała, a potem, zebrawszy się na odwagę, spytała: – Co on przedstawia?

– Pustynię w Syrii… Nie byłam tam od wielu lat, ale przyśniła mi się kilka tygodni temu i nie mogłam wyrzucić jej z głowy. – Rose przygładziła ostatnie swawolne pasma i spryskała fryzurę lakierem. – Ten sen przypomniał mi o czymś. Jest pewna rzecz, którą od dawna chciałam ci podarować.

Sięgnęła do kieszeni znoszonego rozpinanego swetra, a potem otworzyła dłoń Etty i umieściła w niej parę delikatnych złotych kolczyków.

Dwie piękne perły potoczyły się po jej dłoni, stukając o drobne złote listki w kształcie serc. Złoto zwijało się jak bluszcz i formowało misterny, przyjemny dla oka wzór. Etta miała szczerą nadzieję, że ciemnoniebieskie kamienie wprawione w niewielkie obręcze to tylko paciorki, a nie prawdziwe szafiry. Po sposobie wykonania i delikatnej asymetrii drucików poznała, że kolczyki wykonano dawno temu. Kto wie, czy nie przed kilkoma wiekami.

– Pomyślałam, że będą pasować do sukienki. Musisz pięknie wyglądać, w końcu niebawem twój debiut – tłumaczyła Rose, wspierając ręce na biurku.

Etta uważnie studiowała podarunek, nie wiedząc, czy jest bardziej zdumiona nadzwyczajną urodą kolczyków, czy może niespodziewaną troską matki o jej pierwszy wielki występ, wykraczającą poza codzienną dbałość o to, by nic nie zaburzyło jej harmonogramu pracy.

Etta i jej nauczycielka skrzypiec, Alice, rozpoczęły polowanie na odpowiednią tkaninę i koronki na suknię w Garment District już dobry miesiąc przed debiutanckim koncertem dziewczyny w charakterze solistki. Było to kilka dni po tym, gdy dowiedziały się, że Etta zagra koncert skrzypcowy e-moll Mendelssohna w Avery Fisher Hall w Filharmonii Nowojorskiej. Po rozrysowaniu kilku szkiców i pomysłów Etta z pomocą lokalnej krawcowej wzięła się do pracy. Złote koronki wszyte w przepyszny deseń liści i kwiatów okrywały jej ramiona, po czym z wyczuciem zsuwały się po grantowym szyfonie gorsetu. Była to doskonała sukienka na doskonały debiut „najpilniej strzeżonej tajemnicy muzyki klasycznej”.

Ettę brało na mdłości, ilekroć ktoś wspomniał o tej wyświechtanej łatce, którą jej przyczepiono, a która przylgnęła do niej na długie miesiące po wydrukowanym w „Timesie” artykule o jej zwycięstwie w Międzynarodowym Konkursie im. Czajkowskiego w Moskwie. Bo podkreślał tę jedną rzecz, której nie miała.

Jej debiut solowy z orkiestrą zbliżał się wielkimi krokami od ponad trzech lat, a mimo to Alice nie spieszyła się z rozpoczęciem przygotowań ani popędzaniem Etty do wytężonych ćwiczeń. Jako dziewczynka z paraliżującą tremą sceniczną, z którą musiała walczyć ze wszystkich sił, by w ogóle wyjść na scenę podczas swoich pierwszych konkursów, Etta była jej wdzięczna za niewywieranie presji. Lecz szybko wyrosła z tremy i nagle okazało się, że ma już piętnaście lat, potem szesnaście i siedemnaście, a teraz zbliżały się jej osiemnaste urodziny, ona zaś musiała patrzeć na to, jak bezlitośnie pokonane przez nią w konkursach dzieci odbywają po kolei swoje debiuty w domu i za granicą, wyprzedzają ją w wyścigu, w którym od lat wiodła prym. Zdążyła się nabawić obsesji na punkcie debiutów swych idoli, które miały miejsce o wiele wcześniej niż w jej przypadku: Midori zadebiutowała w wieku lat jedenastu, Hilary Hahn dwunastu, Anne-Sophie Mutter trzynastu, Joshua Bell czternastu.

Alice uznała jej dzisiejszy występ w Mecie za „koncert próbny”, ale Etta myślała o nim jak o przeszkodzie na drodze ku szczytowi wysokiej góry, którego osiągnięcie postanowiła uczynić swoim sposobem na życie.

Rose nigdy nie próbowała odwieść jej od tego zamiaru, skłonić do skupienia się na innych dziedzinach, i na swój sposób, to jest z pewną rezerwą, wspierała córkę w jej wysiłkach. Etcie powinno było to wystarczyć, a jednak zawsze wypruwała sobie żyły, by zapracować na uznanie w oczach matki. Walczyła o nie, jak mogła, a pogoń za matczyną atencją raz po raz budziła w niej dojmujące uczucie frustracji.

„Nigdy jej to nie obejdzie, choćbyś padła na scenie. Czy ty w ogóle jeszcze grasz dla siebie? A może tylko dlatego, że istnieje cień szansy, że może kiedyś twoja matka będzie chciała cię posłuchać?”

Pierce, jej najlepszy przyjaciel, który z czasem stał się jej chłopakiem, wykrzyczał te słowa, gdy wreszcie z nim zerwała, by mieć więcej czasu na ćwiczenia. Powracały do niej regularnie, rozbrzmiewały jej w głowie, sykliwe i jadowite, zasiewając ziarna zwątpienia przez sześć miesięcy, jakie minęły od rozstania. Gdy wreszcie wykiełkowały, Etta sama zaczęła się zastanawiać, co tak naprawdę popycha ją do tak wytężonych starań.

Raz jeszcze przyjrzała się kolczykom. Czy to dowód na to, że jej matkę obchodzi jej kariera skrzypaczki? Czy pochwala i wspiera ją w realizowaniu marzeń?

– Mogę założyć je również dzisiaj? – spytała Etta.

– Oczywiście – odparła Rose. – Należą teraz do ciebie. Możesz nosić je, kiedy tylko zechcesz.

– Komu je ukradłaś? – spytała żartobliwie, zakładając podarunek. Szczerze wątpiła, by w którymkolwiek momencie swego czterdziestoczteroletniego żywota mama mogła sobie pozwolić na zakup takich cacek. Czyżby je po kimś odziedziczyła? A może ktoś je jej podarował?

Rose zesztywniała na te słowa. Zgarbiła się, jej ramiona zbiegły się ku sobie niczym rogi starych zwojów, którymi zasłane było biurko. Etta w napięciu czekała na śmiech, który jednak nie zabrzmiał. Zamiast tego dostrzegła na twarzy matki beznamiętną maskę. Cisza między nimi przeciągała się w nieskończoność, aż Etta odczuła niemalże fizyczny ból.

– Mamo… – odezwała się w końcu, wbrew sobie czując się tak, jakby miała się zaraz rozpłakać, jakby bezpowrotnie zniszczyła ten krótki moment wzajemnego porozumienia. – Żartowałam tylko.

– Wiem. – Rose uniosła głowę. – To dość bolesna sprawa. Minęły całe lata, odkąd zerwałam z życiem, jakie musiałam niegdyś wieść, ale spojrzenia, którymi niektórzy mnie wówczas obrzucali… Chcę, byś wiedziała, że nigdy w życiu niczego nie ukradłam. Choćby nie wiem jak źle mi się wiodło, choćbym nie wiem jak czegoś pragnęła, nigdy nie wyciągnęłabym ręki po cudzą własność. Ktoś próbował mnie kiedyś oszukać, a ja nigdy nie zapomniałam, jak się wtedy poczułam. Prawie straciłam wówczas coś, co należało do twojego pradziadka.

W jej słowach kryła się złość. Etta zdumiała się, że jej pierwszą reakcją nie była obawa czy chęć ucieczki. Jej matka bardzo rzadko wspominała o swojej rodzinie – jeszcze rzadziej niż o ojcu Etty, o którym nie mówiła prawie wcale. Raptem dziewczyna uświadomiła sobie, że bezwiednie sięga do tej wiszącej luźno nitki w tkaninie ich przeszłości i pociąga za nią w nadziei, że mama uchyli rąbka tajemnicy.

– Masz na myśli swojego przybranego ojca? Tego, który próbował cię okraść?

Na usta jej matki wypłynął smętny uśmiech.

– Trafiłaś w sedno.

Rodzice Rose zginęli w Boże Narodzenie w strasznym wypadku samochodowym. Jej prawny opiekun, to jest dziadek, zmarł ledwie rok później. A rodzina, do której trafiła… Dziewczyna wiedziała, że przybrany ojciec matki nigdy nie dotknął jej palcem, ale z opowieści wyłaniał się obraz tyrana, który roztoczył nad Rose władzę tak absolutną, że mogła albo zostać w domu i dać się zadusić nakazami i zakazami, albo uciec.

– Co to było? – indagowała Etta, wiedząc doskonale, że poważa się na nie lada ryzyko. – Ta rzecz, którą próbował ukraść?

– Och, jakiś stary rodzinny spadek. Po prawdzie zachowałam go tylko z jednego powodu: wiedziałam, że mogę go sprzedać, a za pieniądze kupić bilet na pociąg, którym zdołam uciec od rodziny zastępczej. Wiedziałam, że twój pradziadek przeznaczył go mnie, bym miała jakiś wybór w kwestii swojej przyszłości. Nigdy nie żałowałam, że sprzedałam tamtą rzecz, bo dzięki niej znalazłam się tutaj. Chcę, byś to zapamiętała: koniec końców liczy się tylko nasz wybór. Nie marzenia, nie słowa i nie obietnice.

Etta obróciła głowę w lewo i w prawo, podziwiając kolczyki w lustrze.

– Wypatrzyłam je na starym arabskim rynku, tak zwanym suku, w Damaszku, kiedy byłam mniej więcej w twoim wieku. Sprzedawczyni miała na imię Samarah. Przekonała mnie, bym je kupiła, gdy wyznałam jej, że to moja ostatnia wyprawa i że wreszcie wracam do szkoły. Bardzo długo oznaczały dla mnie koniec podróży, lecz teraz myślę, że miały oznaczać początek twojej. – Rose schyliła się i pocałowała córkę w policzek. – Wszystkich dzisiaj zachwycisz. Jestem z ciebie dumna.

Etta poczuła, że łzy cisną jej się do oczu. Naszła ją myśl: czy to możliwe, by zatrzymać chwilę, tak by nigdy nie przeminęła? Każde gorzkie wspomnienie, całe rozczarowanie natychmiast wyparowały, a w ich miejscu pojawiła się radość.

Rozległo się pukanie do drzwi i szczęk kluczy, a zaraz potem wesołe:

– Cześć!

– No, szykuj się – powiedziała Rose, strzepując kłaczek z ramienia Etty. – Potrzebuję kilku minut, żeby się przebrać, ale spotkamy się już na miejscu.

Etta wstała, nie mogąc się pozbyć ścisku w gardle. Uściskałaby matkę, gdyby ta nie odsunęła się i nie splotła rąk za plecami.

– Widzimy się na miejscu? – upewniła się.

– Dotrę tam zaraz po tobie. Obiecuję.

*

Gdy wraz z Alice weszły do wciąż pustego audytorium, rozbrzmiewające tam dźwięki z miejsca rozpaliły jej serce. Przyznała przed samą sobą, że ten skrzypek… Jak mu było? Etta rzuciła okiem w program. Evan Parker, właśnie. Słyszała go już na kilku konkursach. Tak, był niezły. Może nawet całkiem dobry. Ale – pomyślała natychmiast nie bez satysfakcji – nie tak dobry jak ja.

A już na pewno nie dość dobry, by porządnie zagrać chaconne z partity d-moll Bacha.

Przydymione światła rozbłysły i zatańczyły na scenie, buchając naprzemiennie kolorami. To technicy dokonywali ostatnich poprawek przed występem, chcąc jak najlepiej dostosować barwę do nastroju utworu.

W snopie światła na środku sceny stał Evan. Etta skupiła wzrok na jego czarnych, lśniących włosach. Grał chaconne, jakby chciał podpalić instrument. Zapamiętał się w muzyce, jak gdyby nie istniało nic i nikt poza nią. Etta doskonale znała to uczucie. Powątpiewała w wiele rzeczy, ale nigdy w swój talent i w miłość do skrzypiec.

Nie mogli wybierać sobie utworów – przydzielali je dyrektorzy muzeum, którzy decydowali o kształcie koncertu charytatywnego – ale jakaś mała, zgorzkniała część duszy Etty gotowała się z zazdrości, że to Evana wybrano do zagrania chaconne. Wielu – łącznie z nią – uważało ją za jeden z najtrudniejszych do opanowania utworów na skrzypce. Była to jedna progresja powtarzana w kilkunastu przyprawiających o zawrót głowy, skomplikowanych wariacjach, wymagająca emocjonalnie i niemalże doskonała strukturalnie. A przynajmniej wtedy, gdy grała ją Etta. To ona powinna ją dostać.

Tymczasem przydzielono jej largo z trzeciej sonaty, które wieńczyło część skrzypcową koncertu. Utwór był powolny i nastrojowy. Nie należał do najbardziej skomplikowanych czy wymagających dzieł Bacha, nie stanowił najbarwniejszego dokonania wielkiego kompozytora, ale, jak powtarzała jej w kółko Alice, Bacha nie sposób było oszukać. Każdy fragment dzieła wymagał nadzwyczajnej sprawności technicznej muzyka i całkowitego skupienia. Odegra go więc nieskazitelnie, a potem skoncentruje się na swoim debiucie.

Nie na mamie.

Nie na tym, że nie ma nawet do kogo zadzwonić z informacją, jak jej poszło.

Nie na tym, że o jej przyszłości zadecyduje ta jedna noc.

– Odegrałabyś chaconne koncertowo – powiedziała Alice, gdy przeszły na bok sceny, kierując się do poczekalni dla artystów – ale dzisiaj twoje jest largo. Pamiętaj, że to nie konkurs.

Alice roztaczała magiczną aurę. Równie dobrze mogłaby siedzieć w górskiej chacie owinięta grubą pierzyną i opowiadać bajki leśnym zwierzątkom o uroczych pyszczkach. Miała krótkie, kręcone i białe jak mleko włosy, które – jeśli wierzyć zdjęciom – niegdyś były płomiennorude i sięgały do połowy pleców. Dożyła pięknego wieku dziewięćdziesięciu trzech lat, a starość nie pozbawiła jej życzliwości i nie stępiła umysłu, za to wyostrzyła poczucie humoru. Etta z najwyższą ostrożnością pomagała jej wchodzić po schodach, uważając, by nie ściskać jej zbyt mocno za chudą rękę, gdy jeden z organizatorów prowadził je do poczekalni.

– Ale pamiętaj też – szepnęła jej starowinka na ucho, uśmiechając się szeroko – że jesteś moją uczennicą, co automatycznie czyni cię najlepszą ze wszystkich uczestników. Jeśli czujesz potrzebę udowodnienia tego, kimże jestem, by cię powstrzymywać?

Etta roześmiała się mimo woli i otoczyła nauczycielkę ramionami. Ogarnęła ją wdzięczność, gdy kobieta odwzajemniła uścisk. Gdy była młodsza i dopiero zaczynała brać udział w konkursach, nie mogła wejść na scenę, zanim Alice nie uściskała jej trzykrotnie i nie pocałowała w czółko na szczęście. Dzięki temu spływało na nią błogie poczucie bezpieczeństwa, jakby staruszka owijała ją ciepłym kocem, a ona mogła schować się w nim, jeśli zaszła taka potrzeba.

Mam Alice – uświadomiła sobie. Nawet jeśli nie miała nikogo więcej, zawsze miała Alice, która wierzyła w nią nawet wtedy, gdy Etta była w najgorszej formie i grała jak noga. Z dwóch Brytyjek, jakie pojawiły się w jej życiu, była wdzięczna losowi przynajmniej za tę jedną, która wydawała się troszczyć o nią i darzyć bezwarunkową miłością.

Alice odsunęła się od niej i ujęła jej policzek w sękatą dłoń.

– Wszystko dobrze, kaczuszko? Nie rozmyśliłaś się chyba, co?

– A skąd! – Boże, przed Alice nie wykręci się od debiutu za Chiny Ludowe i pół Ameryki. – To tylko trema, jak zwykle.

Alice zmrużyła oczy, przyglądając się czemuś ponad jej ramieniem; Etta zaczęła się odwracać w tym kierunku, by zobaczyć, co też przykuło uwagę nauczycielki, ale wtedy ta złapała w palce jej kolczyk i zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

– Mama ci je dała?

Etta potwierdziła ruchem głowy.

– Tak. Podobają ci się?

– Są… – Alice jakby nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. Opuściła rękę. – Piękne. Ale nawet w połowie nie tak piękne jak ty.

Etta wywróciła oczami, mimo to się roześmiała.

– Muszę… Myślę, że powinnam gdzieś zadzwonić – wyrzekła wolno Alice. – Dasz radę zrobić rozgrzewkę sama?

– Jasne – odparła Etta zdumiona. – Wszystko w porządku?

– Będzie. – Nauczycielka machnęła ręką. – Jeśli nie wrócę za kilka minut, dopilnuj, żeby nie przegapić swojej kolejki. Będziesz potrzebowała więcej czasu, skoro nie odbyłaś próby generalnej. I pamiętaj o stradzie. Którego tym razem ci dają?

– Antoniusa – odparła dziewczyna, promieniejąc. Był to jeden z zaledwie kilku stradów w całej kolekcji skrzypiec Metropolitan Museum of Art. I pierwszy, na którym pozwolono jej zagrać.

– Ach, narowiste bydlę – orzekła Alice. – Będziesz musiała go trochę ujeżdżać, zanim podda się twojej woli. Nie dbam o to, co mówi twoja matka o zachowaniu ich dla potomności. Trzymanie tak wspaniałych instrumentów w szklanych gablotach, jak jakichś zakładników… Wiesz, że…

– …im dłużej skrzypce milczą, tym trudniej jest wydobyć z nich ich prawdziwy głos – dokończyła Etta, która słyszała te słowa już ze sto razy.

Strad – znaczy stradivarius – to jeden z instrumentów strunowych będących dziełem rodziny Stradivariów, która mieszkała w północnych Włoszech na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku. O ich instrumentach krążyły legendy. Mówiono, że wydobywane z nich dźwięki emanują pięknem i potęgą, których próżno szukać w skrzypcach innych lutników. Właściciele stradów nie traktowali ich jak instrumenty, lecz jak żywe istoty – przyjaciół obdarzonych temperamentem i targanych namiętnościami, których nie sposób okiełznać, niezależnie od umiejętności muzyka.

Etta uwielbiała swoje własne skrzypce – była dumną właścicielką kopii stradivariusa o nazwie Mesjasz wykonanej przez Vuillaumego – ale sama myśl o dotknięciu oryginalnego strada sprawiała, że skrzyły jej się opuszki.

– Zaraz wrócę, kaczuszko – zapewniła ją Alice, łapiąc ją pieszczotliwie za podbródek.

Etta upewniła się, że nauczycielka zeszła bezpiecznie po schodach, po czym odwróciła się i zmrużyła oczy, próbując dojrzeć coś w mroku.

– Tu jesteś!

Okręciła się i zobaczyła Gail, główną organizatorkę koncertu. Lawirowała między krzątającymi się po scenie ludźmi w swej długiej, obcisłej, czarnej sukni.

– Reszta jest już w poczekalni. Trzeba ci czegoś? Robimy teraz rozgrzewki, ale zaraz cię wszystkim przedstawię. – Rozejrzała się wokoło i przez jej twarz przemknął cień niezadowolenia. – Gdzie twoja instruktorka? Cholera, miałam nadzieję w końcu ją poznać!

Alice i jej mąż Oskar byli znanymi w świecie skrzypkami, którzy przeszli na emeryturę i przeprowadzili się do Nowego Jorku, gdy Oskar podupadł na zdrowiu. Zmarł ledwie w rok po tym, jak Etta zaczęła się uczyć u Alice, lecz dziewczyna zapamiętała go jako wesołego i życzliwego człowieka. Alice nie występowała od lat, straciła dryg po śmierci Oskara, ale w pewnych kręgach wciąż otaczano ją czcią za zapierający dech w piersi koncert, jaki dała w Watykanie.

– Zaraz wróci – zapewniła Gail Etta, towarzysząc jej w drodze do zielonego pokoju. – Przedstawisz mnie wszystkim? Wybacz, że nie zdążyłam na generalną.

– Evan też nie zdążył. Spokojna głowa, ogarniemy cię.

Przez otwarte drzwi poczekalni wypłynął im na spotkanie strumień podnieconych głosów. Inni skrzypkowie nie kryli zaciekawienia postacią Etty.

Zastanawiają się, co tu robisz – odezwał się głos w jej głowie. Uciszyła go i tylko uprzejmie się uśmiechała, podczas gdy Gail krążyła po pokoju, przedstawiając ją poszczególnym muzykom. Etta rozpoznała dwóch spośród trzech mężczyzn. Byli starsi, zbliżali się już do emerytury. Evan, ma się rozumieć, wciąż był na scenie. Organizatorzy wyrównali parytet trzema skrzypaczkami: Ettą, jakąś starszą panią i jeszcze jedną dziewczyną w wieku Etty. Gail przedstawiła ją jako Sophię, jakby nazwisko nie było potrzebne.

Dziewczyna związała swoje ciemne, niemal czarne włosy w staroświecki kok. Nosiła prostą białą koszulę i długą, ciemną spódnicę do kostek, ale jej ubiór nie był nawet w połowie tak surowy jak wyraz okrągłej twarzy, gdy pochwyciła spojrzenie Etty, która próbowała sobie przypomnieć, czy już się kiedyś spotkały.

– Panie Frankwright, pana kolej – zawołała Gail, gdy Evan, zakończywszy próbę, wszedł do pokoju i przedstawił się Etcie.

Jeden ze starszych mężczyzn wstał, przyjął od organizatorki znakomitego strada i ruszył za nią w kierunku sceny.

Najwyraźniej nikt nie był w nastoju do pogaduszek, co bynajmniej Etcie nie przeszkadzało. Założyła słuchawki, przymknęła oczy i raz jeszcze przesłuchała largo od pierwszej do ostatniej nuty, skupiając się na każdym pojedynczym dźwięku. Nawet nie spostrzegła, gdy torebka zsunęła się z jej kolan, a błyszczyk, puder, lusterko oraz garść drobnych rozsypały się po podłodze. Evan i drugi mężczyzna zaczęli je zbierać, śmiejąc się półgłosem.

– Przepraszam, bardzo przepraszam – wymamrotała. Dopiero gdy zaczęła na powrót upychać przedmioty w torebce, znalazła w niej małą, kremową kopertę.

Niemożliwe – rzuciło jej się na myśl. – Przecież chyba nie… Coś podobnego nie spotkało jej od lat. Gdy rozerwała kopertę i wytrząsnęła z niej zawartość, dwie kartki papieru, serce zatrzepotało jej w piersi, wypełniając się tym radosnym, znajomym z czasów dzieciństwa podnieceniem. Na jednej z kartek widniał przydługi list, dla niewprawionego oka poświęcony wyłącznie pogodzie, pracy w muzeum i sprawom związanym z mieszkaniem. Lecz druga, mniejsza kartka miała wycięte w środku serce i po nałożeniu jej na list, zdradzała jego ukryte znaczenie:

Kocham cię, jestem dumna z tego, kim jesteś i co robisz.

Rose zostawiała Etcie podobne wiadomości za każdym razem, gdy wyjeżdżała do pracy za granicę. Wsuwała je pod poduszkę lub do futerału na skrzypce. Teraz jednak, gdy Etta przyglądała się kartkom, ogarnęły ją wątpliwości. Rose nie była osobą sentymentalną i dziewczyna nie wiedziała, jak rozumieć tę nagłą wiadomość. I jeszcze te kolczyki. Jaki sens miało ocieplenie stosunków po ich uprzednim zmrożeniu?

Etta rzuciła okiem na telefon. Pół godziny do występu.

Żadnych SMS-ów. Żadnych nieodebranych połączeń.

Jak zwykle.

Gdzie się podziewa Alice?

Wstała, położyła torebkę na krześle i wymknęła się z pokoju, żeby poszukać nauczycielki. Alice wydawała się jakaś rozkojarzona czy nawet wstrząśnięta. Najpewniej ktoś ją po prostu zagadał albo nie mogła się dodzwonić do tej osoby, z którą tak nagle musiała porozmawiać, mimo to Etta nie potrafiła opanować paniki i odpędzić pełzającej jej po karku irracjonalnej obawy.

Audytorium było puste, jeśli nie liczyć bileterów i kilkorga osób z obsługi wprowadzanych przez koordynatora w tajniki dzisiejszej imprezy. Etta pomknęła boczną alejką tak szybko, jak potrafiła w szpilkach, łowiąc uchem ostatnie nuty wygrywane przez pana Frankwrighta. Niedługo jej kolej.

Nie znalazła Alice na korytarzu z komórką przy uchu. Ani swojej matki. Nie kręciły się przy wejściu do muzeum, nie natknęła się na nie w Great Hall, a gdy omiotła wzrokiem schody wiodące do Metu, dostrzegła jedynie gołębie, kałuże i turystów. Pozostawała więc tylko jedna możliwość.

Etta pobiegła schodami prowadzącymi na piętro z kolekcją europejskich malarzy i niespodziewanie wpadła na kogoś z impetem. Niewiele brakowało, a wraz z nim runęłaby ze stopni.

– Och, przepraszam! – wykrztusiła zdyszana, gdy mężczyzna podtrzymał ją za ramię.

– Skąd ten pośpiech? Czy… – Przyjrzał się jej, poprawiając okulary w srebrnej oprawce. Otworzył usta w zdziwieniu. Był starszy od niej, w sile wieku, właściwie w średnim wieku, sądząc po pasmach siwizny w kruczoczarnych włosach. Etta zmierzyła go wzrokiem i już wiedziała, że niemal stratowała jednego z darczyńców Metu. W nieskazitelnie czystym i wyprasowanym smokingu, z czerwoną różą w klapie marynarki, prezentował się wręcz perfekcyjnie.

– Nie patrzyłam pod nogi – powiedziała. – Przepraszam pana bardzo…

Wpatrywał się w nią w milczeniu.

– To znaczy… – paplała, cofając się z zamiarem wyminięcia przeszkody. – Mam nadzieję, że nic panu nie zrobiłam. Raz jeszcze przepraszam…

– Poczekaj! – zawołał za nią. – Jak się nazywasz?

Etta biegła po stopniach, a jej obcasy stukały o marmur. Dotarłszy do wystawy, pomachała przelotnie strażnikom i kustoszom, po czym wbiegła do skrzydła renowacyjnego. Może mama wpadła na chwilę do biura, może zabrała ze sobą Alice…

Ta część gmachu o tej porze była opustoszała, jeśli nie liczyć strażnika George’a, który skinął Etcie na przywitanie, nie przerywając obchodu korytarzy.

– Twoja mama jest w biurze – powiedział. – Przyszła parę minut temu z jakąś damą.

– Dzięki – odpowiedziała pospiesznie, mijając go.

– Czy ty nie grasz dzisiaj? – krzyknął. – Połamania nóg!

Koncert, próba, rozgrzewka…

– …mojej gry od lat!

Ledwie rozpoznała trzęsący się ze złości głos nauczycielki. Starowinka prawie nigdy go nie podnosiła. Niewiele było słychać przez zamknięte drzwi, ale Etta nie miała wątpliwości: Alice była rozsierdzona nie na żarty. Dźwięk niósł się po korytarzu i nieprzyjemnie świdrował uszy.

– To nie ty o tym decydujesz, Alice – powiedziała Rose, o wiele spokojniej. Kolana ugięły się pod Ettą. Przyłożyła ucho do ściany. – To ja jestem jej matką i, wbrew twojej opinii, wiem, co jest dobre dla mojego dziecka. Jej czas nadszedł, wiesz o tym doskonale. Nie możesz ot tak zepchnąć jej z tej ścieżki. Nie bez konsekwencji!

– Gdzieś mam konsekwencje! I ciebie też, jeśli myślisz o nich, a nie o niej. Nie jest na to gotowa. Nie odbyła należytego szkolenia, nie ma gwarancji, że wszystko pójdzie jak trzeba.

Niegotowa? Niegotowa na co? Słowa Alice dzwoniły jej w głowie. Na debiut?

– Kocham cię nad życie, zdajesz sobie z tego sprawę – ciągnęła Rose. – Zrobiłaś dla nas tyle, że nigdy nie zdołam ci się należycie odwdzięczyć, ale przestań ze mną walczyć. Nie rozumiesz Etty, a skoro jej nie doceniasz, to znaczy, że wcale jej nie znasz. Poradzi sobie doskonale.

Przez rozszalały rytm jej serca i tępe odrętwienie przedarły się do jej świadomości słowa matki; obracała je w myślach, aż w końcu zrozumiała, że matka o nią walczy. I że to Alice próbuje zawrócić ją z obranej drogi.

Ona chce odwołać mój debiut – tłukło jej się w głowie.

– Najwyraźniej nie kochasz jej tak jak ja, skoro jesteś gotowa rzucić ją wilkom na pożarcie!

Alice chce odwołać debiut!

Dla którego zrezygnowała z prawdziwej szkoły.

Dla którego zrezygnowała z Pierce’a.

Dla którego ćwiczyła po sześć godzin dziennie.

Drzwi wyrżnęły o ścianę. Rose i Alice aż podskoczyły, przerywając toczący się nad biurkiem matki pojedynek na spojrzenia.

– Etta… – zaczęła mama, zrywając się na nogi. – Nie powinnaś być na dole?

– Nie wiem – odparła dziewczyna głosem ściszonym do wściekłego szeptu, wwiercając się wzrokiem w Alice. – Powinnam być na dole czy może w domu? A może na siedzenie w domu też nie jestem gotowa?

Żołądek wywrócił jej się na drugą stronę, gdy Alice uniosła rękę, próbując ją udobruchać. Jakby Etta dalej była dzieckiem, które trzeba uspokajać.

Dostrzegła w oczach nauczycielki jakąś ostrość i przenikliwość, która rozpaliła w niej uczucie paniki. Znała to spojrzenie. I dokładnie wiedziała, co zaraz powie Alice.

– Wydaje mi się, kaczuszko, że rzeczywiście powinnyśmy wrócić do domu. – Obróciła się i stanęła twarzą w twarz z wpatrującą się w nią nieruchomo Rose. – Tam dokończymy dyskusję. We trzy.

Etta miała wrażenie, jakby jej serce wybudziło się z letargu. Uderzyło raz, potem drugi, aż wreszcie szalony łomot dudnił jej w uszach, a gorąco rozlało się po całym ciele.

– Wszystko, dosłownie wszystko poświęciłam dla skrzypiec… A ty chcesz, żebym zrezygnowała? Mam odwołać debiut, dalej czekać nie wiadomo na co? – Spojrzała twardo na staruszkę, domagając się odpowiedzi i walcząc z trawiącym ją cierpieniem, które chciało na powrót zmienić jej słowa w szept. – A więc uważasz, że nie jestem dość dobra? Że sobie nie poradzę?

– Nie, kaczuszko, ja…

– Nie nazywaj mnie tak! – wrzasnęła, cofając się do wyjścia. – Czy ty rozumiesz, że ja już nawet nie mam do kogo zadzwonić? Nie został mi ani jeden przyjaciel. Kazałaś mi się skupić na grze. Poświęciłam wszystko! Nie mam nic innego!

Rose jakby złagodniała. Wymieniły z Alice zatroskane spojrzenia.

– Kochanie, to nieprawda…

Alice znowu wyciągnęła do niej rękę, ale Etta ani myślała dać się ugłaskać. Nie chciała na nią nawet patrzeć, a co dopiero słuchać jej kłamstw.

– Etto. Henrietto – zaczęła nauczycielka, ale Etta nie była w nastroju do słuchania. Ani jednej, ani drugiej.

– Gram dzisiaj – powiedziała instruktorce. – Za parę minut. A potem zadebiutuję. I nie dbam o to, co myślisz, ani czy we mnie wierzysz. Ja sama wierzę w siebie i dosłownie nic na tym świecie nie powstrzyma mnie od gry.

Alice krzyknęła coś za nią, ale Etta już gnała korytarzem, z zadartą głową, wyprostowana jak struna. Później zastanowi się nad tym, czy nie zraniła kobiety, która praktycznie ją wychowała. Teraz chciała tylko poczuć na skórze reflektory sceny, uwolnić szalejący w piersi ogień, zaprząc do pracy ciało, smyczek i skrzypce, i grać, grać, aż zagra się na śmierć, spali na popiół, zmieniając cały świat w dymiące pogorzelisko.

*

Zawsze na sekundę przed zetknięciem się smyczka ze strunami następował ten moment, gdy wszystko stawało się dla Etty krystalicznie jasne. Kiedyś żyła dla tej chwili, gdy bez reszty skupiała się na grze, a wszystko inne schodziło na dalszy plan. Gdy czuła w ręce ciężar skrzypiec, a na twarzy ciepłe snopy światła bijącego z reflektorów, które oddzielały ją świetlistą kurtyną od reszty świata.

To nie była jedna z tych chwil.

Zdenerwowana, ogarnięta paniką Gail wpadła na nią w korytarzu i zawlokła na tył sceny. Do audytorium zaczęli już napływać pierwsi goście.

– Przecież powiedziałaś, że będę miała czas na próbę! – szepnęła Etta, prawie potykając się na schodach.

– Tak, ale dwadzieścia minut temu – wycedziła organizatorka. – Dasz radę wystąpić mimo to? Może zrobisz rozgrzewkę w poczekalni?

Na tę myśl ogarnęła ją panika, zmusiła się jednak, by skinąć na tak. Zachowa się jak profesjonalistka. Musiała umieć radzić sobie nawet z nieprzewidzianymi komplikacjami. Co z tego, że nigdy jeszcze nie występowała na tej scenie? Grała largo setki razy. Nie potrzebowała czuć przy boku Alice, nie musiała polegać na jej opinii. Pokaże jej, że jest dość dobra, by poradzić sobie sama.

– Tak zrobię.

Michelle, kustoszka odpowiedzialna za Antoniusa, spotkała się z nimi za sceną. Etta aż wstrzymała oddech, gdy kobieta wydobyła skrzypce z futerału i wręczyła jej z nabożną czcią. Dziewczyna z najwyższą ostrożnością, jakby brała na ręce noworodka, owinęła palce wokół długiej, łabędziej szyi instrumentu i z godnością przyjęła jego ciężar, biorąc na siebie słodką odpowiedzialność.

Ignorując spojrzenie Sophii wwiercającej się w nią wzrokiem z rogu pomieszczenia, skrzyżowała smyczek ze strunami. Wzbudzony dźwięk był ciepły i złoty jak barwa drewna, z której wykonano instrument. Z gardła Etty dobył się błogi śmiech, podenerwowanie ustąpiło miejsca ekscytacji. Jej własne skrzypce były wspaniałe, ale trzymany w rękach strad okazał się prawdziwym księciem wśród wszystkich instrumentów. Niemal obawiała się, że rozpłynie się z rozkoszy na dźwięk wydobywanych z niego nut.

„Nie jest na to gotowa. Nie odbyła należytego szkolenia, nie ma gwarancji, że wszystko pójdzie jak trzeba…”

Zamknęła oczy, zacisnęła szczęki, dusząc wzbierający w gardle szloch. Nie miała prawa krzyczeć na nauczycielkę. Skąd ten szalony pomysł, że jej własna opinia jest lepsza od zdania Alice, którą oklaskiwano na całym świecie i która wyszkoliła dziesiątki zawodowych skrzypków?

Ogarnęły ją frustracja i poczucie winy. Miała wrażenie, że złość wywraca jej wnętrzności na drugą stronę.

Jak to ujął Pierce? „Zawsze przedłożysz muzykę nad wszystko inne. Nawet mnie. Nawet samą siebie”.

Etta nie miała jak się z nim spierać. To ona podjęła decyzję o zerwaniu. Kochała go, samo wspomnienie wywoływało w niej ukłucie w sercu. Tęskniła za dreszczykiem emocji, który towarzyszył jej nocnym ucieczkom na schadzkę, z rozrzewnieniem wspominała to, jak wolna i nieskrępowana się czuła, gdy mogła choć na chwilę zapomnieć o swoich zasadach.

Ale w rok po tym, jak z przyjaciół stali się kimś więcej, zajęła drugie miejsce w konkursie, w którym była faworytką. Raptem zaczęła czuć, że marnuje czas, chodząc z Pierce’em do kina i na koncerty, obijając się w jego pokoju i czekając na niego po szkole. Zaczęła nieustannie kontrolować czas i zastanawiać się, czy Alice pozwoli jej zadebiutować z orkiestrą wcześniej, jeśli poświęci te dodatkowe bezcenne godziny na ćwiczenia. Zagłębiła się w świat muzyki, dystansując się jednocześnie od Pierce’a. Po prostu oddaliła się od niego, strzepnęła go z ramienia jak natrętnego owada, łudząc się, że wrócą do poprzedniego układu, który trwał przecież całe lata. Liczyła, że znowu będą przyjaciółmi, uczniami Alice. Jedynym sposobem na poradzenie sobie z zerwaniem było skupienie się na celu, na debiucie, odwrócenie myśli od faktu, że nikt nigdy do niej nie pisał, że odsunęła się od swego jedynego przyjaciela.

Ledwie parę tygodni później wpadła na Pierce’a w Central Parku. Całował się z jakąś dziewczyną ze szkoły. Etta obróciła się, po czym puściła się biegiem, nie odrywając wzroku od drogi i czując się, jakby ktoś wbił jej nóż w serce. Wydawało jej się, że jeśli oderwie oczy od dróżki, zobaczy wypływające z brzucha wnętrzności. Nie płakała wtedy. Wróciła do domu i grała na skrzypcach przez bite sześć godzin.

Tak jak zawsze.

A Alice mimo to w nią nie wierzyła.

Powinna była poprosić Gail o minutkę, o sekundkę, tak by mogła dojść do siebie. Zamiast tego, gdy tylko kobieta się pojawiła, trajkocząc do mikrofonu przy policzku, Etta machinalnie podążyła za nią i wyszła na scenę w powodzi stonowanego błękitnego światła.

Aplauz owionął ją jak letni wiatr.

Nie upuść skrzypiec, nie upuść skrzypiec…

Znalazła przeznaczone jej miejsce i poświęciła chwilę, by przyjrzeć się stradowi, obrócić go w dłoniach, powieść delikatnie palcami po łukach i wgłębieniach. Chciała uspokoić tę szalejącą w niej burzę, pozwolić, by rozpędził ją blask reflektorów, by ich ciepło stopiło lód niedowierzania i oszołomienia, chciała dodać sobie otuchy dotykiem drewna, przyjemnym ciężarem spoczywającym w jej dłoniach.

Audytorium Grace Rainey Rogers w Metropolitan Museum

of Art nie było największą salą koncertową, w jakiej Etta kiedykolwiek grała, nie należało nawet do pierwszej dziesiątki. Ale było to dobre miejsce na występ, a co ważniejsze, przez następne parę minut miała roztaczać nad nim niepodzielną władzę. Siedemset twarzy, wszystkie skryte za maskami panującego w pomieszczeniu cienia i świateł nad jej głową, które przechodziły właśnie w ostateczny, rozedrgany błękit kojarzący się z oceaniczną bryzą.

Dasz radę – powtarzała sobie w myślach.

Aplauz ucichł. Ktoś odkaszlnął. Rozległ się dźwięk dzwonka, który oznaczał, że można zaczynać. Zamiast utonąć w tym spokoju i przywołać zwyczajowe skupienie Etta czuła, że dryfuje na jego powierzchni.

Po prostu graj…

Zrobiła pauzę, by nabrać tchu, a potem rozpoczęła largo. Patrzyło na nią siedemset par oczu. Dwa takty, trzy takty…

Jakieś wrażenie przesączyło się do jej świadomości, jak krew przesącza się przez bandaż. Początkowo mu się opierała, ale uległa po kilku sekundach; odgłos, jakieś dziwne mruczenie czy warczenie tłumione dźwiękiem muzyki, raptem wybuchł jak bomba. Krzyk. Wrzask. Wycie.

Etta odegrała kilka kolejnych nut, gorączkowo szukając wzrokiem reżyserki i techników, nie wiedząc, czy ma grać, czy przestać. Publiczność trwała nieruchomo, wpatrzona w nią, zupełnie jakby nie słyszała rozbrzmiewającego wokoło jazgotu…

Nie był to dźwięk, który mógłby się dobyć z ludzkiego gardła – raczej taki, do wyemitowania którego trzeba było zniszczyć jakiś instrument.

Czy mam przerwać? – zastanawiała się. – Czy mam zacząć od początku?

Wydobyła ze skrzypiec kolejne trzy nuty, a jej zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Czemu nikt nie robi nic w sprawie tego hałasu? Wrzask naparł na jej bębenki jak fala przypływu, rozmył jej skupienie. Całym jej ciałem targały spazmy w rytm ogłuszającej kakofonii. Poczuła mdłości i zdała sobie sprawę, że strasznie się poci. Czuła się, jakby… jakby ktoś wwiercał jej się w czaszkę tępym nożem.

Powietrze wokół wibrowało.

Niech to już przestanie – pomyślała desperacko. – Niech przestanie… Mylę nuty… Alice miała rację…

Etta nie uświadomiła sobie, że przestała grać, dopóki nie zobaczyła na obrzeżu sceny bladej Gail, wpatrującej się w nią z przerażeniem. Dziewczyna zakryła twarz dłonią, usiłując zaczerpnąć tchu i walcząc z ogniem trawiącym jej płuca. Nie mogła się zmusić, by podnieść wzrok na publiczność. Nie mogła odszukać wzrokiem Alice i mamy, które z pewnością z przerażeniem śledziły przebieg występu.

Ogarnęła ją nowa fala nudności. Wspięła się po szyi, nakryła twarz, a Etta, po raz pierwszy, odkąd piętnaście lat temu wzięła skrzypce do ręki, uciekła ze sceny, gnana tym doprowadzającym do szaleństwa rumorem, który zakłócił jej koncert.

– Co się stało? – dopytywała Gail. – Etta? Co z tobą?

– Hałas – wymamrotała, niemal nie słysząc własnych słów. – Nie słyszysz tego?

Kustoszka Michelle zwinnie wyrwała jej z rąk Antoniusa, by go nie upuściła.

– Jaki znowu hałas? – zdziwiła się Gail. – Zaraz przyniosę ci wody… Usiądź tutaj…

To nie w porządku. Etta powiodła wzrokiem wokoło, szukając twarzy innych skrzypków. Przecież też musieli to słyszeć…

Tyle że wcale nie słyszeli. Łomot jej własnego serca szczelnie wypełnił tonącą w ciszy salę. Wszyscy gapili się na nią z obojętnością.

Przecież nie zwariowałam, nie zwariowałam…

Etta cofnęła się o krok, czując się uwięziona między wyraźnie wyczuwalną litością a ścianą dźwięku górującą nad nią jak łamiąca się fala. Ogarnęła ją panika, w gardle narosła niemożliwa do przełknięcia gula, paląca jak wyjęty z paleniska węgiel.

– Wychodź! – rzuciła gorączkowo Gail do jednego ze starszych mężczyzn. – Wyjdź na scenę!

– Ja się nią zajmę.

Z poczekalni wyłoniła się ciemnowłosa dziewczyna imieniem Sophia. Jej dłoń spoczęła na ramieniu Etty. Ta nie miała pojęcia, jak bardzo się chwieje, dopóki Gail nie zabrała ręki, którą otoczyła jej ramiona. Musiała się oprzeć na tej obcej dziewczynie, która była od niej o głowę niższa.

– Nic… mi nie jest… – wybąkała, kołysząc się jak kiepski akrobata na szczudłach.

– Nieprawda – zaprzeczyła Sophia. – Ja też to słyszę. Chodź!

Najprostszym wytłumaczeniem było załamanie nerwowe. Stres rzucił jej się na mózg. Ale… okazało się, że ktoś jeszcze słyszał ten horrendalny jazgot. Dla Sophii ów odgłos był tak samo żywy i rzeczywisty co dla Etty. Pokrzepiła ją nagła myśl, że jednak nie oszalała, że nie spaliła się na scenie przez tremę i dziecięce traumy oraz wątpliwości Alice.

Przez chwilę miała ochotę się rozpłakać z ulgi. Dźwięk sunął pod jej skórą jak płonący nóż, gdy Sophia z wyczuciem wiodła ją ciemnymi kulisami do tylnego wyjścia. Wkrótce obie zapadły w mrok pogrążonego w ciszy muzeum, zaraz przy wejściu do skrzydła egipskiego.

Poczekaj – chciała powiedzieć Etta, ale jej usta nie nadążały za umysłem.

– Dokąd mnie prowadzisz?

– Dźwięk dobiega stamtąd – wyjaśniła Sophia, ciągnąc ją naprzód.

Etta przestąpiła próg skrzydła egipskiego, a odgłos stał się jeszcze bardziej przenikliwy, drganie jeszcze szybsze, jakby ktoś obracał pokrętłem radia, szukając sygnału. Kolejny krok, kolejny skok głośności, kolejne ukłucie bólu w uszach. Jakby jazgot ekscytował się uwagą, jaką udało mu się na siebie ściągnąć.

Jakby chciał, bym znalazła jego źródło.

– Co to jest? – spytała, słysząc drżenie własnego głosu. – Czemu nikt inny tego nie słyszy?

– Zaraz się dowiemy. Etta, dobrze pamiętam? Idziemy!

W ciemności Met przyoblekał się w inną skórę. Bez tłoczącej się w korytarzach masy odwiedzających każdy drobny dźwięk urastał do rangi hałasu. Dyszenie. Stukot obcasów. Zimny powiew wiatru przesuwający się między odkrytymi nogami.

Gdzie? – myślała uporczywie. – Gdzie jesteś?

Przemknęły pod czujnym wzrokiem faraonów. Za dnia, w godzinach urzędowania muzeum, te pomieszczenia emanowały złotym światłem. Ale nawet kremowe ściany i piaskowcowe portale spowijał teraz cień, podkreślając pokrywające je wyżłobienia i rysy, przywodzące na myśl zmarszczki na twarzy starca. Malowane oblicza sarkofagów i bogów o zwierzęcych głowach wydawały się zastygłe w srogich grymasach, jakby szydziły z dwóch dziewczyn szukających drogi między eksponatami.

Etta stanęła przed samotną Świątynią Dendur, bladą w świetle reflektorów. Za potężną ścianą okien dało się dostrzec jedynie nieprzeniknioną ciemność. To nie tu.

Sophia prowadziła ją pomiędzy sadzawkami o nieruchomych taflach w okolicy świątyni. Minęły bramę i kompleks świątynny, po czym weszły do małego sklepu z pamiątkami, łączącego tę część muzeum ze skrzydłem amerykańskim. Nie było tu naukowców, strażników ani bramek. Były same i nikt nie mógł ich zatrzymać.

Ani im pomóc.

Znajdź mamę i Alice – rozbłysła jej w głowie myśl. – Wracaj do domu.

Ale nie mogła… Za wszelką cenę musiała się dowiedzieć, co to za hałas.

Krew odpłynęła jej z głowy. Ogarnęło ją uczucie lekkości, jakby była drobinką kurzu unoszącą się w snopie światła. Zakręciło jej się w głowie. Tak jakby z którymś krokiem przekroczyła barierę snu. Zamazały jej się przed oczami kontury murów, zniknęły pozłacane lustra, zatarły się bogato zdobione kufry i fotele. Cienie pląsały w bramach, zapraszając do tańca i popychając ku awaryjnej klatce schodowej. Dźwięk chwilami przypominał dudnienie bębnów, coraz głośniejsze i bardziej natarczywe, aż wreszcie Etta była pewna, że tym razem jej czaszka rozpęknie się jak dojrzały owoc.

Ogłuszający strzał przedarł się przez rumor, Sophia stanęła jak wryta. Ettą targnęło. Poczuła swąd spalenizny. Jakaś chemiczna woń.

Najpierw zobaczyła kałużę krwi, która rozrastała się, plamiąc palce jej stóp.

A potem śnieżnobiałą czuprynę.

Na podłodze przed nią leżało bezwładne, skulone ciało.

Etta wrzeszczała i wrzeszczała, a jej krzyk zatonął w pulsującym szumie. Odepchnęła na bok zamarłą Sophię i przypadła do ciała Alice na zimnych kafelkach. Szloch uwiązł jej w gardle i poczuła uderzenie mdłości.

Oddycha, żyje, oddycha…

Wątły błysk zapalił się w szklistych oczach staruszki, gdy usiłowała skupić nieprzytomny wzrok na dziewczynie.

– Kaczuszka?

Z rany w jej piersi trysnęła czerwień. Przeciekła między palcami Etty, która nieudolnie próbowała zatamować krwawienie. Dziewczynę ogarnęła panika tak wielka, że niewiele brakowało, a popadłaby w stupor.

Co tu się stało?!

– Nic ci nie jest – szepnęła. – Ty tylko zostałaś…

– Postrzelona? – wcięła się Sophia, nachylając się nad jej ramieniem. Głos jej drżał. Czy to strach? – Ale kto…

Z przeciwnego końca sali dobiegł ich krzyk. Do pomieszczenia, ścigani przez gromadę strażników, wbiegli trzej mężczyźni w smokingach, a wśród nich ten facet w okularach, na którego Etta wpadła na schodach. Wszyscy poruszali się jak w zwolnionym tempie. Światło awaryjne zalało czerwienią szkła okularów darczyńcy.

– Niech ktoś zadzwoni na pogotowie! – krzyknęła Etta. – Błagam, na pomoc!

Poczuła czyjś dotyk na dłoni. Spojrzała w dół na zamykające się powieki Alice.

– W starych… znajomych miejscach… Uciekaj…

Z drżeniem wypuściła powietrze z płuc. Jej zakrwawiona pierś opadła i już się nie uniosła.

Krzyk, który wydobył się z gardła Etty, był bezgłośny jak szept, przypominał cień krzyku. Czyjeś ramiona oplotły ją w pasie, porwały z ziemi, bezskutecznie szamotała się w uścisku.

Alice potrzebowała pierwszej pomocy, Alice była…

– Musimy iść! – wrzasnęła jej do ucha Sophia.

Co tu się dzieje, do cholery?

Dokładnie za ich plecami skrzypnęły otwierające się drzwi na klatkę schodową. W porównaniu z resztą budynku schody były oświetlone tak jasno, że Etta musiała przysłonić oczy dłońmi.

Przestrzeń na skraju półpiętra, nad samymi schodami, poruszała się, wibrowała w rytm dźwięku w jej uszach. Drgała niczym powietrze nad asfaltem w upalny dzień. Ściany pochylały się ku niej, gięły się nad jej głową.

– Przepraszam za to.

Sophia pchnęła ją naprzód, a świat roztrzaskał się jak upuszczone lustro. Czarny pierścień zacisnął się na jej polu widzenia, ciemność ucapiła ją za kręgosłup, pociągnęła i cisnęła z mocą w to rozszemrane powietrze. Etta naraz postradała zmysły, odeszła ją logika, ucichły zduszone myśli, nieme wołanie o pomoc, o mamę – wszystko zniknęło.

Ona zniknęła.

*

Etta nie wypłynęła na powierzchnię rzeczywistości – raczej wpadła w nią, jakby zepchnięto ją z trampoliny do basenu z zimną wodą.

Godziny, może dni – nie była pewna – w każdym razie jakąś małą wieczność później szeroko otworzyła oczy. Czuła ciężar w klatce piersiowej, który utrudniał jej oddychanie. Gdy próbowała się podnieść do pozycji siedzącej i zaczerpnąć powietrza, zachrzęściły jej stawy, a w nogach i ramionach odezwał się skurcz. Kiedy wreszcie zdołała je rozprostować, znaleźć w ciemności jakiś punkt zaczepienia, natychmiast uderzyły o coś twardego i szorstkiego.

Drewno – pomyślała, rozpoznając zapach, który wypełnił jej nozdrza. – Czemu tu pachnie rybami?

Kaszlnęła i kilkakrotnie zamrugała. Odkryła, że znajduje się w niewielkim pokoju. Drewniana podłoga opadała raptownie po jej prawej stronie, jakby ktoś przekrzywił budynek.

Gdy jaśniejące iskierki przed jej oczami nieco przygasły, a oczy przyzwyczaiły się do mroku, Etta podkurczyła nogi i podniosła się z… w czym ona leżała? W jakieś dużej kołysce? Nie, to raczej wbudowane w podłogę i przyśrubowane do ściany łóżko.

Muzeum… Co tam się wydarzyło?

Jakiś… wybuch?

Dlaczego nie czuła pod palcami zimnych kafelków klatki schodowej? Co się stało z alarmem przeciwpożarowym? Serce podeszło jej do gardła, szamocząc się w przełyku jak uwięzione zwierzę. Mięśnie miała sztywne, jakby wyrzeźbione z drewna. Podniosła ręce do piekących oczu, chcąc pozbyć się z pola widzenia wirujących czarnych plam.

Alice. Gdzie jest Alice? Musiała ją zobaczyć…

Poczuła dziwne mrowienie w uszach, a potem coś trzasnęło, przywodząc jej na myśl zapowiadający burzę grom. Raptem Etta tonęła w dźwięku. Skrzypienie, jęki, kroki, drobne eksplozje. Krzyki…

– Naprzód…!

– Za mną…!

– Ster…!

Słowa nabrały kształtu, rozczłonkowane takty złączyły się w pokraczną muzykę, łomotanie kotłów i jazgot cymbałów. Pokój wypełniała srebrzysta mgła.

To nie była klatka schodowa ani też żadne z biur w Mecie. Ściany wyłożono panelami z surowego drewna. Gdy się odwróciła, wyłowiła z mroku kształt krzesła i skulonej na nim postaci, kryjącej głowę w ramionach.

– Przepraszam? – wychrypiała, dźwigając się na chwiejne nogi.

Znowu doznała szoku – tym razem poczuła na skórze szorstki materiał. Jakiś impuls nakazał jej natychmiast opanować rozszalałe emocje.

Nie miała na sobie swojej czarnej sukienki, tylko…

Ubranie sięgało do ziemi, uszyte z jakiejś jasnej tkaniny, której Etta nie potrafiła rozpoznać. Z niedowierzaniem przebiegła palcami po haftowanym gorsecie. Sukienka krępowała jej ramiona i górną część klatki piersiowej, prawie uniemożliwiając ruch.

– Och!

Kobiecy głos. Postać na krześle poruszyła się, a następnie wstała. Rozedrgane wspomnienie rozbłysło w głowie Etty. Dziewczyna. Dziewczyna z koncertu. Etta targnęła się naprzód, odpychając ją na bok, żeby przyłożyć oko do szczeliny w ścianie. Dostrzegła drzwi.

Przypomniała sobie – to ta dziewczyna imieniem Sophia zepchnęła ją ze schodów. Gdy tylko z otchłani jej umysłu wyłoniło się to jedno wspomnienie, natychmiast zasypały ją pozostałe.

– Nie, nie! Musimy zostać tutaj! – krzyknęła dziewczyna. – Nie wolno ci…

Etta złapała za skobel. Wybiegła z ciemnego, dusznego pokoju. Na spotkanie wyszła jej zbita chmura dymu, a jasne światło zalało jej oczy, na krótką chwilę malując cały świat jaskrawą bielą. Dziewczyna znowu poczuła czyjeś ręce na plecach, co tylko skłoniło ją do podwojenia wysiłków. Parła niestrudzenie naprzód, przedzierając się przez dym, aż potknęła się o coś i upadła.

Nie myśl, działaj! Podniosła się na nogi i zaraz zastygła w bezruchu. Jej szeroka, biała spódnica rozścieliła się na leżącym na plecach mężczyźnie.

– Przepraszam, ja tylko… – wydusiła, chcąc się upewnić, że nic mu nie jest. – Czy…

Wpatrywał się w sufit, szok i udręka malujące się na jego twarzy sprawiły, że przypominała ona sztywną maskę. Spomiędzy pół marynarki o połyskliwych guzikach wystawała koszula zbryzgana…

O mój Boże!

– Proszę pana? – Głos Etty załamał się. Mężczyzna się nie poruszał. Nie mrugał. Spojrzała nieprzytomnie w dół i z przerażeniem dostrzegła ciemną maź pokrywającą jej skórę i sukienkę na biuście i brzuchu.

Krew. Jej śnieżnobiałe ubranie było unurzane w ciemnokarmazynowej krwi. Pełzła przez kałużę posoki tego człowieka.

Brodzę we krwi. Co tu się dzieje?

Etta zerwała się na nogi, zanim jej umysł odnotował ruch, po czym skierowała się w stronę źródła światła bijącego gdzieś z góry. Dym wyciągnął po nią swe widmowe łapska, zacisnął palce wokół jej szyi. Szklane latarnie trzaskały wokół niej, wybuchając jak blade fajerwerki. Pędziła naprzód, ku światłu, aż przyrżnęła w coś kolanem. Schody, drabina? Zakasała spódnicę i owinęła się nią w talii, zaczęła się wspinać, nie przejmując się pieczeniem oczu i gardła, złakniona świeżego powietrza, ucieczki od tego koszmaru, w którym się znalazła.

Lecz zamiast uciec wpadła wprost w paszczę kolejnego.

Passenger

Copyright © by Alexandra Bracken 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Maciej Pawlak 2017

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Marta Pustuła

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Projekt okładki – Marci Senders

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl, Marcin Karaś

Grafika na okładce – Illusion CGI Studio

Rysunek w środku książki – Marcin Karaś

W powieści wykorzystano cytaty: Biblia Tysiąclecia, Dz 17, 22-23, Billie Holiday, I’ll Be Seeing You, tłum. M. Pawlak, John Donne, The Good-Morrow, tłum. S. Barańczak.

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-65836-77-9

ISBN MOBI: 978-83-65836-78-6

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Panta rhei

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

BHUTAN, ROK 1910 Prolog

NOWY JORK, DZIŚ Rozdział 1

ATLANTYK, ROK 1776 Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

NOWY JORK, ROK 1776 Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

LONDYN, ROK 1940 Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

ANGKOR, ROK 1685 Rozdział 14

PARYŻ, ROK 1880 Rozdział 15

DAMASZEK, ROK 1599 Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Podziękowania

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pasażerka Przez ciemność 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę