Miej umiar

Miej umiar

Autorzy: Natalia Knopek

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 3.49 zł

Mam na imię Natalia. Bloguję i jestem nauczycielem jogi. Lubię ładnie mieszkać i dobrze wyglądać. Zawsze wszystko robię po swojemu. Po co ci moja książka? Żeby żyć po swojemu. Znaleźć równowagę między pracą a odpoczynkiem, mądrze zorganizować swój czas i przestrzeń. Zadbać o relacje i własne szczęście. Jak to osiągnąć? Podejmij ze mną maraton minimalisty! 52 kroki w 52 tygodnie! Reguły są proste ? każdy krok to jeden tydzień i jedna drobna zmiana na lepsze. To jeden nowy nawyk do oswojenia. ? Ucz się bycia ze sobą, by umieć być z kimś ? Świadomie upraszczaj ? Porządkuj przestrzeń ? Pozwól sobie na niedoskonałość ? Bądź czasem offline ? Postaw na minimalizm w pielęgnacji i w szafie Wybierz mądre zwyczaje i stopniowo wprowadzaj je do swojego życia. Przekonaj się, jaka siła drzemie w pozytywnych nawykach. Dzięki nim osiągniesz więcej i znajdziesz czas na nowe przyjemności i pasje.

Re­dak­cja: Jo­an­na Ma­chaj­ska

Ko­rek­ta: Alek­san­dra Ty­kar­ska

Pro­jekt ma­kie­ty i skład: IMK

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Stu­dio pro­jek­to­we &Vi­su­al/www.an­dvi­su­al.pl

Zdję­cie na okład­ce: Va­dim Gin­zburg (Dre­am­sti­me)

Po­zo­sta­łe zdję­cia: Na­ta­lia Kno­pek

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Bar­ba­ra Wa­lus

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Na­ta­lia Kno­pek

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2017

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

978-83-8103-159-2

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla każ­de­go,

kto czu­je po­trze­bę zmia­ny.

Nie by­ło­by tej książ­ki, gdy­by nie czy­tel­ni­cy blo­ga, któ­rzy sami za­pro­po­no­wa­li prze­nie­sie­nie „Ma­ra­to­nu Mi­ni­ma­li­sty” na pa­pier. W od­po­wie­dzi na su­ge­stie, po­szłam o krok da­lej i stwo­rzy­łam 52 nowe kro­ki. Tych, któ­rzy chcie­li­by prze­czy­tać rów­nież pierw­szą se­rię, za­pra­szam na sim­pli­fe.pl – wszyst­ko znaj­du­je się w za­kład­ce „Ma­ra­ton Mi­ni­ma­li­sty”.

Ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się rów­nież mo­je­mu mę­żo­wi. To on pod­trzy­my­wał mnie na du­chu w chwi­lach, w któ­rych mó­wi­łam, że na pew­no nie dam rady. In­spi­ro­wał, po­ma­gał, mo­ty­wo­wał. A tak­że ser­wo­wał cie­pły obiad, gdy nie mia­łam cza­su na go­to­wa­nie.

Chcia­ła­bym tak­że po­dzię­ko­wać ro­dzi­com za to, że za­wsze po­zwa­la­li mi iść wła­sną dro­gą. Bo to wła­śnie ta dro­ga za­pro­wa­dzi­ła mnie w miej­sce, w któ­rym te­raz je­stem. Dzię­ku­ję rów­nież za to, że na­uczy­li mnie wie­rzyć w ma­rze­nia, na­wet te z po­zo­ru nie­osią­gal­ne.

Po­dzię­ko­wa­nia ślę tak­że pani Bar­ba­rze Wa­lus z wy­daw­nic­twa Pas­cal za cier­pli­wość i wszel­ką po­moc.

Dzię­ku­ję rów­nież wszyst­kim, któ­rzy świa­do­mie lub nie­świa­do­mie, w ja­kimś stop­niu przy­czy­ni­li się do po­wsta­nia tej książ­ki i ist­nie­nia blo­ga.

Na­pi­sa­nie książ­ki było moim ma­rze­niem. Choć „ma­rze­nie” nie jest tu­taj do­brym sło­wem. W przy­pad­ku ma­rzeń do­pusz­cza­my do sie­bie moż­li­wość ich speł­nie­nia. Ja książ­ki nie spo­dzie­wa­łam się zu­peł­nie.

Przed wy­da­niem tego, co trzy­masz w dło­niach, za­rów­no na blo­gu, jak i poza blo­giem, wie­lo­krot­nie pa­dło py­ta­nie: „Dla­cze­go nie na­pi­szesz książ­ki?”. Ale ja nie chcia­łam tego ro­bić. Za­wsze by­łam zda­nia, że książ­ki są dla tych, któ­rzy mają coś do po­wie­dze­nia. Któ­rzy prze­ży­li na­praw­dę wie­le i zna­ją od­po­wiedź na każ­de py­ta­nie. Oraz że książ­ki mu­szą nieść ze sobą kon­kret­ną mi­sję, gdyż prze­czy­ta­ne i po­sta­wio­ne na pół­ce sta­no­wią dla nas cza­sem punkt wyj­ścia, źró­dło wie­dzy i in­spi­ra­cji. Dziś prze­ko­nu­ję się, że od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia nie po­zna­my ni­g­dy, oraz że to, co dla jed­nych jest py­ta­niem, dla dru­gich sta­je się już wy­star­cza­ją­cą od­po­wie­dzią.

Je­den z mo­ich pro­mo­to­rów na stu­diach zwykł ma­wiać, że tak na­praw­dę ludz­kość wy­my­śli­ła, opi­sa­ła i po­wie­dzia­ła już wszyst­ko. Czy w związ­ku z tym ma sens two­rze­nie cze­go­kol­wiek? Musi mieć! W koń­cu to jed­na z tych nie­wie­lu cech, któ­ra wy­róż­nia nas, lu­dzi, w świe­cie ssa­ków. Chce­my two­rzyć, chce­my da­wać nowe, a nie tyl­ko kon­su­mo­wać i wal­czyć o prze­trwa­nie.

I nie, nie czu­ję się pi­sar­ką. Nie lu­bię de­fi­nio­wa­nia lu­dzi przez pry­zmat tego, czym się zaj­mu­ją i ja­kie mają po­glą­dy. W chwi­li, gdy pi­szę te sło­wa, na blo­gu wciąż jesz­cze nie po­wsta­ła za­kład­ka „o mnie”. Nie po­tra­fię wrzu­cać lu­dzi do pu­deł­ka i szu­flad­ko­wać. Tak samo i sie­bie nie po­tra­fię, a może po pro­stu nie chcę jed­no­znacz­nie kla­sy­fi­ko­wać. Cze­go i to­bie ży­czę.

Nie szu­flad­kuj, nie oce­niaj. Przyj­muj, za­miast ocze­ki­wać. Przy­glą­daj się, ciesz się chwi­lą, ale się nie przy­wią­zuj. Rze­ka jest pięk­na tyl­ko wte­dy, kie­dy pły­nie wol­no. Tak samo jak ży­cie. Oczy­wi­ście i jed­no, i dru­gie na­po­ty­ka na prze­szko­dy. Jed­nak mają wy­star­cza­ją­co dużo siły, aby so­bie z nimi po­ra­dzić.

Wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­jesz, masz już w so­bie. Już te­raz je­steś ca­ło­ścią. Nie mu­sisz cze­kać na po­zwo­le­nie ani na spe­cjal­ne oko­licz­no­ści. Po pro­stu za­cznij, resz­ta przyj­dzie sama.

SŁO­WO

WSTĘ­PU

Nie by­ło­by tej książ­ki, gdy­by nie blog. A blog nie po­wstał­by, gdy­bym nie wpa­dła w strasz­li­wą ży­cio­wą re­zy­gna­cję i w efek­cie nie za­pra­gnę­ła grun­tow­nych zmian. Miesz­ka­łam i stu­dio­wa­łam wte­dy w Da­nii, kra­ju czę­stej de­pre­sji i bra­ku słoń­ca. Spę­dza­łam na uczel­ni dłu­gie go­dzi­ny. Śred­nio oko­ło dwu­na­stu dzien­nie. Nie­raz z week­en­da­mi. Duń­czy­cy na stu­diach pra­cu­ją w gru­pach, a szczy­tem słyn­ne­go hyg­ge jest spę­dza­nie cza­su ra­zem. Na uczel­ni. Pra­cu­jąc nad pro­jek­tem albo przy­naj­mniej uda­jąc, że się to robi.

W tym cza­sie moje ży­cie było tak sza­le­nie nud­ne i bez sen­su, że mo­men­ta­mi mia­łam ocho­tę rzu­cić się pod po­ciąg. Tak było zwłasz­cza wte­dy, gdy do­cie­ra­ło do mnie, że tak może wy­glą­dać moja przy­szłość jako przy­szłe­go ar­chi­tek­ta. Dni, któ­re skle­ja­ją się w jed­ną sza­ro­bu­rą masę, były ostat­nią rze­czą, ja­kiej dla sie­bie chcia­łam.

Nie chcia­ło mi się nic ro­bić ani cze­go­kol­wiek zmie­niać. Bar­dzo mi się nie chcia­ło. Jed­nak wie­dzia­łam, że je­śli sama sie­bie nie wy­cią­gnę z tego sta­nu, nikt inny tego za mnie nie zro­bi. Był śnież­ny sty­czeń 2015 roku, a ja, za­cho­wu­jąc się zu­peł­nie bez­myśl­nie – bo prze­cież ni­ko­mu nie uda­je się do­trzy­mać po­sta­no­wień no­wo­rocz­nych – po­sta­no­wi­łam wła­śnie wte­dy zmie­nić swój świat. Nie mia­łam ab­so­lut­nie do czy­nie­nia z Pin­te­re­stem, blo­ga­mi, In­sta­gra­mem czy Fa­ce­bo­okiem. Nie szu­ka­łam in­spi­ra­cji ani po­my­słów, jak i od cze­go za­cząć. Po pro­stu po­sta­no­wi­łam zro­bić so­bie sama ka­len­darz do za­pi­sy­wa­nia ma­łych po­sta­no­wień, któ­re chcę wpro­wa­dzać w ży­cie. Na każ­dy mie­siąc prze­zna­czy­łam nową stro­nę, ale nie za­pi­sa­łam od razu ca­łe­go roku. Jed­nym z po­sta­no­wień stycz­nio­wych było wła­śnie za­ło­że­nie blo­ga.

Wie­le in­nych, w zmie­nio­nej i ulep­szo­nej for­mie, znaj­dziesz w dal­szej częś­ci książ­ki.

O co tu chodzi?

Miej umiar. 52 kro­ki do ży­cia po swo­je­mu to nie jest książ­ka, któ­rą po­win­no się prze­czy­tać jed­nym tchem. To nie jest pu­bli­ka­cja, któ­ra ma na­tchnąć cię do zu­peł­nej zmia­ny two­je­go ży­cia i wszyst­kich przy­zwy­cza­jeń. W ide­al­nym świe­cie czy­ta­li­by­śmy po jed­nym roz­dzia­le ty­go­dnio­wo, z po­rząd­ną re­flek­sją nad tym, czy chce­my wpro­wa­dzać ich treść w ży­cie.

Hen­ry Ha­zlitt w Sile woli pi­sał, że „tym, co nęka prze­cięt­ne­go czło­wie­ka, nie jest brak po­sta­no­wień, lecz to, że mno­ży on je po­nad wszel­ką mia­rę. Sta­wia­nie so­bie wy­ma­gań bywa dla nie­jed­ne­go co­dzien­nym ry­tu­ałem. Zo­bo­wią­zu­je­my się do cze­goś nie­ustan­nie, by się po­tem temu zo­bo­wią­za­niu sprze­nie­wie­rzyć, co z ko­lei zmu­sza nas do ko­lej­nych po­sta­no­wień, do obie­cy­wa­nia so­bie cze­goś i tak da­lej”1. Książ­kę szcze­rze po­le­cam. Au­tor prze­ko­nu­je w niej, by za wszel­ką cenę re­ali­zo­wać to, co so­bie po­sta­na­wia­my. W prze­ciw­nym ra­zie po­sta­no­wie­nia za­miast nas cie­szyć i roz­wi­jać, sta­ją się źró­dłem na­sze­go roz­go­ry­cze­nia.

* * *

1 H. Ha­zlitt, Siła woli. Fun­da­ment ży­cio­we­go suk­ce­su, przeł. R. Sze­fler, Fi­jorr Pu­bli­shing, War­sza­wa 2009.

Naj­lep­szym spo­so­bem na do­trzy­my­wa­nie obiet­nic da­nych sa­me­mu so­bie jest wy­bie­ra­nie ich na swo­ją mia­rę i nie prze­sa­dza­nie z ich licz­bą. Każ­de do­trzy­ma­ne po­sta­no­wie­nie, na­wet naj­mniej­sze, zwięk­sza na­szą pew­ność sie­bie i siłę woli. I od­wrot­nie – gdy za­wo­dzisz sa­me­go sie­bie, tra­cisz ener­gię do dal­szej pra­cy i za­czy­nasz wąt­pić we wła­sne moż­li­wo­ści.

Krót­ko mó­wiąc – le­piej ro­bić mniej po­sta­no­wień, po to, aby jak naj­wię­cej z nich uda­ło się do­trzy­mać.

Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że samo po­sta­no­wie­nie to nie wszyst­ko. Nic nie zmie­ni się bez na­szej pra­cy i we­wnętrz­nej prze­mia­ny. Jak ma­wiał Al­bert Ein­ste­in, „Sza­leń­stwem jest po­stę­po­wać cią­gle tak samo i spo­dzie­wać się in­nych re­zul­ta­tów”. Wie­le może się zmie­nić, ale tyl­ko pod wa­run­kiem, że masz od­wa­gę i ocho­tę spró­bo­wać cze­goś no­we­go.

Dla­te­go za­chę­cam do sta­wia­nia py­tań i ana­li­zy swo­ich pra­gnień. Jed­nak ce­lem tej książ­ki wca­le nie jest udzie­la­nie od­po­wie­dzi. Je­że­li szu­kasz zbio­ru go­to­wych za­sad, to nie­ste­ty mu­szę cię roz­cza­ro­wać. Ta pu­bli­ka­cja nie mówi o tym, co „po­win­no się” zro­bić. Wy­ja­śnia je­dy­nie, jaki wpływ może mieć na cie­bie pod­ję­cie okre­ślo­nych kro­ków. Nikt inny, tyl­ko ty mo­żesz pod­jąć de­cy­zję od­no­śnie do tego, co zro­bić z tą wie­dzą.

Je­śli zde­cy­du­jesz się na ko­rzy­sta­nie z mo­ich pod­po­wie­dzi, bar­dzo chcia­ła­bym, żeby była to de­cy­zja świa­do­ma. Prze­czy­ta­nie tej książ­ki w kil­ka dni ra­czej nic ci nie da. Być może od­czu­jesz chwi­lo­wy przy­pływ mo­ty­wa­cji, stwier­dzisz, że to są wła­śnie te rze­czy, o któ­rych od daw­na my­ślisz, ale ja­koś nie uda­ło ci się ich do tej pory wpro­wa­dzić w ży­cie i po­sta­no­wisz dzia­łać na wszyst­kich płasz­czy­znach na­raz. Tak się nie­ste­ty nie da.

Dla­cze­go aku­rat 52 kro­ki?

Jak ła­two się do­my­ślić – dla­te­go, że rok ma 52 ty­go­dnie.

Na sa­mym wstę­pie war­to uzmy­sło­wić so­bie fakt, że nie wszyst­kie kro­ki są dla każ­de­go. Może się oka­zać, że już tak po­stę­pu­jesz, przez co dany krok nie jest dla cie­bie ni­czym no­wym. Albo po pro­stu zu­peł­nie cię to nie in­te­re­su­je lub nie do­ty­czy. Zgod­nie z za­sa­dą Pa­re­ta, 20 pro­cent z tru­dem osią­ga­nych ce­lów za­spo­ka­ja 80 pro­cent na­szych pra­gnień, pod­czas gdy po­zo­sta­łe 80 pro­cent ma nie­wiel­ki wpływ na na­sze ży­cie, a po­chła­nia masę ener­gii. Oko­ło 80 pro­cent ce­lów, któ­re z ogrom­nym tru­dem osią­ga­my, nie daje nam żad­ne­go kon­kret­ne­go po­żyt­ku. Skup­my się więc na tym, co jest na­praw­dę po­trzeb­ne. Le­piej wy­ro­bić so­bie trzy sku­tecz­ne na­wy­ki, niż wy­pró­bo­wać ich masę i do wszyst­kich stra­cić za­pał, wra­ca­jąc jed­no­cze­śnie do punk­tu wyj­ścia.

Sama przez kil­ka lat wpro­wa­dza­łam u sie­bie róż­ne zmia­ny. Mia­ły wno­sić do mo­je­go ży­cia po­zy­tyw­ną ener­gię, a nie być obo­wiąz­kiem. Nie były duże, ale zda­rza­ło się, że przy­no­si­ły za­ska­ku­ją­ce efek­ty. Ro­bi­łam wie­le eks­pe­ry­men­tów, wy­pró­bo­wy­wa­łam róż­ne me­to­dy, ale jed­no się nie zmie­nia­ło – gdy czu­łam, że coś jest nie dla mnie, po­rzu­ca­łam to i szu­ka­łam cze­goś in­ne­go. Je­że­li więc de­cy­du­jesz się po­ko­nać ten 52-ty­go­dnio­wy ma­ra­ton, po­le­cam ci kie­ro­wa­nie się po­dob­ną za­sa­dą. Zmie­niaj, po­rzu­caj, po­pra­wiaj, ale pa­mię­taj, że cho­dzi o to, byś po­zo­stał sobą.

Pro­po­no­wa­ne prze­ze mnie kro­ki to nie jest dro­ga do ulep­sze­nia ży­cia ani go­to­wy prze­pis na suk­ces. To ra­czej za­chę­ta do eks­pe­ry­men­to­wa­nia, po­sze­rza­nia ho­ry­zon­tów i do­cie­ra­nia do wnę­trza. Pod­po­wiedź jak ru­szyć w nie­zna­ne, coś zmie­nić i jak z tymi zmia­na­mi żyć. Dro­ga do więk­szej ela­stycz­no­ści i to­le­ran­cji.

Pa­mię­taj, że pa­trzę na wszyst­ko z wła­snej, ogra­ni­czo­nej per­spek­ty­wy. Pi­sa­łam o rze­czach, któ­re u mnie się spraw­dzi­ły. Jed­nak je­śli ty czy­ta­jąc, masz wra­że­nie, że zu­peł­nie to do cie­bie nie prze­ma­wia, ozna­cza to je­dy­nie tyle, że znaj­du­jesz się w zu­peł­nie in­nym miej­scu swo­je­go ży­cia i po­trze­ba ci in­nych roz­wią­zań. Wszyst­ko, co tu­taj znaj­dziesz, może stać się dla cie­bie ma­łym dro­go­wska­zem, po­my­słem, zbio­rem punk­tów. Jed­nak nie po­wi­nie­neś trak­to­wać tego jak go­to­we­go po­my­słu na ży­cie. Ja opie­ram się na tym, co mnie ota­cza, do­ty­czy i kształ­tu­je. Ty zaś masz swój wła­sny, zu­peł­nie inny zbiór te­ma­tów do prze­pra­co­wa­nia.

Burz, by bu­do­wać

Czę­sto, by za­cząć po­rząd­nie bu­do­wać, trze­ba naj­pierw wszyst­ko zbu­rzyć.

Cza­sem za­sta­na­wiam się, jak wy­glą­da­ło­by moje ży­cie, gdy­bym nie wy­je­cha­ła do Da­nii. Na do­brą spra­wę w Pol­sce mia­łam wszyst­ko uło­żo­ne. Do­sta­łam się na stu­dia ma­gi­ster­skie, pew­nie skoń­czy­ła­bym je w ter­mi­nie, po­szła do pra­cy w biu­rze i pro­wa­dzi­ła nor­mal­ne, sche­ma­tycz­ne ży­cie.

Wie­le osób na­kła­nia­ło mnie, że­bym zo­sta­ła. Prze­cież do­sta­łam się na stu­dia, pod­czas gdy spo­ro mo­ich ró­wie­śni­ków nie­ste­ty mia­ło z tym pro­blem. Zna­łam już pod­sta­wy pra­cy w biu­rze, od­by­łam prak­ty­ki, mia­łam tro­chę zna­jo­mo­ści, po­moc ze stro­ny ro­dzi­ców. Le­piej nie ku­sić losu. Jed­nak ja wie­dzia­łam, że to nie to, cze­go w ży­ciu pra­gnę.

Zbu­rzy­łam. Wy­je­cha­łam.

Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się wraz z mę­żem do Da­nii i za­czę­łam tam stu­dia. Na po­cząt­ku nie było ła­two, nie mo­głam zna­leźć so­bie miej­sca ani pra­cy. Pła­ka­łam i prze­kli­na­łam dzień, w któ­rym pod­ję­łam de­cy­zję o wy­jeź­dzie. Mniej wię­cej w tym okre­sie za­ło­ży­łam blo­ga. Nie­co póź­niej otwo­rzy­łam szko­łę jogi. Skoń­czy­łam stu­dia. Wszyst­ko za­czę­ło się ukła­dać w sen­sow­ną ca­łość.

Jed­nak znów po­czu­łam, że nie je­stem we wła­ści­wym miej­scu. Wie­dzia­łam, że chcę wra­cać do kra­ju.

Re­ak­cje ro­dzi­ny i zna­jo­mych były bar­dzo ne­ga­tyw­ne. Pra­wie wszy­scy na­ma­wia­li mnie do po­zo­sta­nia w Da­nii. W koń­cu to, co naj­gor­sze przy zmia­nie kra­ju za­miesz­ka­nia, mie­li­śmy już za sobą. Moja szko­ła jogi za­czy­na­ła dzia­łać co­raz pręż­niej. Obo­je mie­li­śmy do­brą pra­cę. Pew­nie kwe­stią cza­su by­ło­by ku­pie­nie domu czy miesz­ka­nia i uwi­cie gniaz­da. Je­den z na­szych zna­jo­mych stwier­dził, że ty­sią­ce Po­la­ków chcia­ło­by te­raz być na na­szym miej­scu.

Moż­li­we, ale ja na tym miej­scu być nie chcia­łam. A że ży­cie jest moje, a nie tych ty­się­cy, zde­cy­do­wa­łam się po­sta­wić na swo­im.

Znów zbu­rzy­łam. Wró­ci­łam do Pol­ski.

Cie­szę się z tej de­cy­zji. Ak­cep­tu­ję to, co po­ja­wia się na mo­jej dro­dze. Roz­glą­dam się i do­ce­niam wszyst­ko, co mam. Jest do­brze i dro­gi do tego miej­sca nie za­mie­ni­ła­bym na żad­ną inną. Co wca­le nie zna­czy, że już ni­g­dy w ży­ciu ni­cze­go nie zbu­rzę.

Kie­dy naj­le­piej za­cząć?

Tak na­praw­dę każ­dy czas jest do­bry. Złe jest je­dy­nie cze­ka­nie na ide­al­ny mo­ment, bo taki ni­g­dy nie na­dej­dzie. Mo­żesz za­cząć w do­wol­nej chwi­li, o każ­dej po­rze roku. Je­że­li zło­ży­ło się tak, że czy­tasz tę książ­kę w oko­li­cach stycz­nia, mo­żesz wy­ko­rzy­stać pre­zen­to­wa­ne tu kro­ki jako po­sta­no­wie­nia no­wo­rocz­ne. Wie­le osób wła­śnie wte­dy od­czu­wa po­trze­bę zmian.

Może się rów­nież zda­rzyć, że za oknem bu­dzi się wio­sna, to rów­nież świet­ny mo­ment, by wy­ko­rzy­stać jej ener­gię i dzia­łać z nią w zgo­dzie. O tej po­rze roku wie­le osób in­stynk­tow­nie ma ocho­tę na zro­bie­nie grun­tow­nych po­rząd­ków czy wpro­wa­dze­nie do ży­cia no­wo­ści.

Czę­sto bodź­cem może być rów­nież prze­pro­wadz­ka, roz­sta­nie, zmia­na pra­cy czy chęć roz­po­czę­cia no­we­go eta­pu w ży­ciu. Nie­mniej jed­nak nie ma sen­su cze­kać, aż coś szcze­gól­ne­go się wy­da­rzy. Le­piej jest dzia­łać od razu, każ­dy czas jest do­bry.

Dla­te­go je­śli czu­jesz, że wła­śnie te­raz nad­szedł ide­al­ny mo­ment, to dzia­łaj. Zło­śliw­cy mogą cię py­tać, któ­ry to już raz pró­bu­jesz zmie­nić swo­je ży­cie, ale nie przej­muj się nimi. Prę­dzej czy póź­niej na pew­no się uda. Nie ma zna­cze­nia, czy za­czniesz od no­we­go roku, ty­go­dnia czy mie­sią­ca. Waż­ne je­dy­nie, byś nie za­wie­szał so­bie za wy­so­ko po­przecz­ki. Ani tym bar­dziej od po­wo­dze­nia lub nie­po­wo­dze­nia nie uza­leż­niał po­czu­cia wła­snej war­to­ści.

GO­TO­WOŚĆ

DO ZMIAN

Wie­lu z nas pra­gnie zmian. A przy­naj­mniej tak nam się wy­da­je. W rze­czy­wi­sto­ści tro­chę się ich bo­imy i w oba­wie przed tym, by coś przy­pad­kiem nie zmie­ni­ło się na gor­sze, go­dzi­my się na to, jak jest.

Jed­nak żeby wpro­wa­dzić do ży­cia coś no­we­go, trze­ba zro­bić na to miej­sce. Czę­sto kosz­tem zbu­rze­nia tego, co jest. Chcąc pięk­ne­go ży­cia, mu­si­my przy­go­to­wać się na do­ko­ny­wa­nie wy­bo­rów i śmia­łe kro­cze­nie do przo­du. Je­śli coś nie wy­cho­dzi, trze­ba to za­koń­czyć i za­cząć od nowa. I tak do skut­ku. Zwy­kle jed­nak to wła­śnie tych dwóch rze­czy bo­imy się naj­bar­dziej – koń­cze­nia sta­re­go i za­czy­na­nia no­we­go. Wo­li­my la­wi­ro­wać gdzieś po­mię­dzy, wciąż ży­wiąc złud­ną na­dzie­ję, że prze­cież ja­koś samo się uło­ży. Samo się zro­bi, po pro­stu – wyj­dzie.

Nie­ste­ty, w więk­szo­ści przy­pad­ków samo nic nie wy­cho­dzi. Moja wy­cho­waw­czy­ni w pod­sta­wów­ce ma­wia­ła, że sama to może je­dy­nie wyjść ko­szu­la ze spodni. Wszyst­ko inne mu­si­my zdo­być na­szą pra­cą i za­an­ga­żo­wa­niem.

Trud­no jest zmie­nić co­kol­wiek, po­zo­sta­jąc w miej­scu. Każ­da, na­wet naj­mniej­sza mo­dy­fi­ka­cja, za­czy­na się w na­szej gło­wie. W tym, że wy­ra­ża­my swo­ją go­to­wość do pój­ścia na­przód i go­dzi­my się ze wszyst­ki­mi kon­se­kwen­cja­mi, ja­kie ten krok może przy­nieść.

Idąc za Szam­sem z Ta­bri­zu, per­skim mi­sty­kiem: „Za­miast opie­rać się zmia­nom, pod­daj im się. Niech ży­cie bę­dzie z tobą, nie prze­ciw to­bie. Je­śli oba­wiasz się, że two­je ży­cie od­wró­ci się do góry no­ga­mi, nie bój się. Skąd wiesz, że do góry no­ga­mi nie jest le­piej niż nor­mal­nie?”.

Ela­stycz­ność i otwar­tość

Świat się zmie­nia i nie­wie­le jest w nim rze­czy, któ­rych mo­że­my być pew­ni. Kie­dyś wie­le de­cy­zji po­dej­mo­wa­ło się „na całe ży­cie”. Taką de­cy­zją był cho­ciaż­by wy­bór za­wo­du czy miej­sca za­miesz­ka­nia. W koń­cu od tego po­wsta­wa­ły ów­cze­sne na­zwi­ska – Mły­nar­ski od mły­na­rza, Ko­wal­ski od ko­wa­la czy też Sie­radz­ki lub Kra­kow­ski od mia­sta po­cho­dze­nia.

W dzi­siej­szych cza­sach wszyst­ko tak szyb­ko się zmie­nia, że na­zwi­ska po­wsta­ją­ce na ta­kiej za­sa­dzie mu­sia­ły­by być wie­lo­czło­no­we. W ten spo­sób mie­li­by­śmy na przy­kład Agniesz­kę Z-Wy­kształ­ce­nia-An­tro­po­log-Pra­cu­ją­cą-Jako-Do­rad­ca-Klien­ta-Póź­niej-Co­pyw­ri­ter-Na­stęp­nie-Pro­wa­dzą­cą-Wła­sną-Dzia­łal­ność.

Czy zmien­ność i roz­wój same w so­bie są złe? Nie, są po pro­stu zu­peł­nie inne od tego, do cze­go przy­wy­kło po­ko­le­nie na­szych ro­dzi­ców, a już na pew­no na­szych dziad­ków.

Dla­te­go mo­że­my z nimi wal­czyć i nie tra­cić nie­po­trzeb­nie ener­gii na na­rze­ka­nie albo po pro­stu pró­bo­wać się do­sto­so­wać. Ży­cie nie jest sta­bil­ne i ra­czej ni­g­dy nie bę­dzie. I to wła­śnie jest w nim naj­pięk­niej­sze. Ogrom moż­li­wo­ści, któ­re sami kształ­tu­je­my i co do któ­rych sami mo­że­my pod­jąć de­cy­zję – sko­rzy­stać z nich albo nie.

Świat zmie­nia się co­raz szyb­ciej. Róż­ni­ca wie­ku mię­dzy mną a moją młod­szą sio­strą to nie­ca­łe 10 lat. To dużo i mało. O ile pry­wat­nie do­brze się ro­zu­mie­my, o tyle na pew­no róż­ni nas po­dej­ście do świa­ta wir­tu­al­ne­go. Ja swo­je pierw­sze star­cia z In­ter­ne­tem mia­łam do­pie­ro na ko­niec gim­na­zjum. Jed­nak wte­dy In­ter­net był bar­dziej próż­nią niż skarb­ni­cą wie­dzy bez dna, tak jak to jest te­raz. Ona zaś jest przy­zwy­cza­jo­na do tego, że ma nie­ogra­ni­czo­ny i na­tych­mia­sto­wy do­stęp do in­for­ma­cji z ca­łe­go świa­ta. Szu­ka­jąc od­po­wie­dzi na py­ta­nie, czę­sto py­tam albo się­gam po książ­kę, ona od razu wkle­pu­je w Go­ogle. Żad­na z nas nie po­stę­pu­je le­piej ani go­rzej, po pro­stu na­sze od­ru­chy bez­wa­run­ko­we, z ra­cji róż­ni­cy wa­run­ków, w ja­kich się wy­cho­wa­ły­śmy, są inne.

Miej otwar­tą gło­wę

Frank Zap­pa twier­dził, że ludz­ki umysł jest jak spa­do­chron, któ­ry dzia­ła tyl­ko wte­dy, gdy jest otwar­ty. Chcąc ja­kiejś me­ta­mor­fo­zy, mu­si­my być otwar­ci na mo­dy­fi­ka­cje. Nie cho­dzi tu wca­le o wy­wró­ce­nie ca­łe­go na­sze­go ży­cia do góry no­ga­mi w cią­gu jed­ne­go ty­go­dnia, ale o nie­ne­go­wa­nie tego, co nad­cho­dzi. Los czę­sto sta­wia przed nami róż­ne­go ro­dza­ju szan­se i nowe roz­wią­za­nia, jed­nak to od nas za­le­ży, czy bę­dzie­my chcie­li z nich sko­rzy­stać.

Lu­bię fil­my i se­ria­le ko­stiu­mo­we. Szcze­gól­nie upodo­ba­łam so­bie te, któ­rych ak­cja dzie­je się w oko­li­cach pierw­szej i dru­giej woj­ny świa­to­wej. Mam wra­że­nie, że wte­dy w gło­wach, za­cho­wa­niu i prze­ko­na­niach do­ko­ny­wa­ła się naj­więk­sza re­wo­lu­cja. Je­den z fil­mów, któ­re obej­rza­łam, wspa­nia­le po­ka­zu­je re­ak­cje lu­dzi na po­ja­wie­nie się elek­trycz­no­ści. Wy­jąt­ki za­fa­scy­no­wa­ły się nią od po­cząt­ku, cała resz­ta pa­nicz­nie bała się ma­szy­ny do szy­cia czy mik­se­ra. Po­dob­nie było z po­ja­wie­niem się ra­dia – było moc­no kry­ty­ko­wa­ne jako zja­dacz cza­su i nie­po­trzeb­ny ga­dżet. Dziś do­kład­nie tak samo mówi się o smart­fo­nach i wszel­kie­go ro­dza­ju so­cial me­diach. Re­wo­lu­cja dzie­je się te­raz i dzia­ła się za­wsze. Za­miast ucie­kać, trze­ba po pro­stu na­uczyć się czer­pać z niej to, co naj­lep­sze.

Pa­mię­tam, jak w gim­na­zjum na­uczy­ciel­ka geo­gra­fii mó­wi­ła, że wi­dzia­ła gdzieś w ga­ze­cie ko­miks, w któ­rym dwo­je ja­ski­niow­ców sie­dzia­ło na drze­wie i pa­trząc z góry na grup­kę ów­cze­snej mło­dzie­ży, mó­wi­ło do sie­bie: „Kie­dyś to było ina­czej…”. Świat nie­ustan­nie się zmie­nia.

Dla­te­go war­to sta­rać się ni­cze­go nie od­rzu­cać z za­ło­że­nia. Le­piej dać so­bie chwi­lę na przyj­rze­nie się no­wo­ściom i te­sto­wać je na so­bie, za­miast po­wie­lać cu­dze opi­nie i wzor­ce. Wy­bie­rać to, co nam słu­ży i pró­bo­wać wy­eli­mi­no­wać resz­tę.

Be­ton i ze­sztyw­nie­nie

Ze­sztyw­nia­ły umysł ze wszyst­kich sił trzy­ma się tego, co już zna. Dąży do ta­kie­go sta­nu rze­czy, do ja­kie­go przy­wykł. Nie po­zwa­la wyjść ze stre­fy kom­for­tu. Ze stra­chu przed nie­zna­nym sta­ra się za wszel­ką cenę utrzy­mać nas w po­zy­cji, w któ­rej je­ste­śmy. Je­śli co­kol­wiek po­to­czy się ina­czej, niż to so­bie wy­obra­ża­li­śmy, za­miast do­strze­gać inne moż­li­wo­ści i za­le­ty no­wej sy­tu­acji, sku­pia się na tym, że coś po­szło nie tak.

Do­pó­ki nie na­uczy­my się otwie­rać na­sze­go umy­słu na zmia­nę, nic w na­szym ży­ciu się nie zmie­ni. A na­wet je­śli, trud­no bę­dzie nam to do­ce­nić i skla­sy­fi­ku­je­my to ra­czej jako „nie­zgod­ność z pla­nem”.

Je­śli je­ste­śmy bar­dzo za­cie­trze­wie­ni w swo­ich prze­ko­na­niach i nie­zmien­nie pew­ni co do słusz­no­ści swo­ich ra­cji, wszyst­ko, co idzie nie do koń­ca po na­szej my­śli, wy­wo­łu­je fru­stra­cję. Za­czy­na­my się iry­to­wać i zło­ścić, za­miast szu­kać moż­li­wo­ści w tym, co ser­wu­je los. Otwar­cie umy­słu na nowe i nie­spo­dzie­wa­ne po­mo­że pły­nąć przez ży­cie, tak by jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać wszyst­ko to, co na­po­ty­ka­my na swo­jej dro­dze.

Nie wszyst­ko w ży­ciu trze­ba pla­no­wać

Roz­wi­ja­my się tyl­ko wte­dy, gdy sy­tu­acja, w ja­kiej się znaj­dzie­my, prze­ra­sta na­sze ocze­ki­wa­nia. Bo to, cze­go się spo­dzie­wa­my, jest już zna­ne. Do­pie­ro zu­peł­na no­wość wy­trą­ca nas ze stre­fy kom­for­tu.

Otwar­ty umysł jest spo­so­bem na zwró­ce­nie się ku wszyst­kie­mu, co do nas w ży­ciu przy­cho­dzi. Re­agu­je na każ­dą nową sy­tu­ację i po­zwa­la się nią cie­szyć. Zwróć uwa­gę na to, że czę­sto nie ak­cep­tu­jesz ja­kiejś zmia­ny w swo­im ży­ciu tyl­ko dla­te­go, iż nie pa­su­je do do­kład­ne­go pla­nu czy sche­ma­tu, któ­ry masz w gło­wie. Trzy­ma­my się ta­kiej wer­sji ży­cia, jaką so­bie za­pla­no­wa­li­śmy i jaka jest dla nas naj­bar­dziej kom­for­to­wa. Nie do­pusz­cza­my do sie­bie my­śli, że ina­czej też może być do­brze, a może na­wet le­piej.

Je­śli choć tro­chę się otwo­rzy­my, czę­sto oka­zu­je się, że żad­na zmia­na sama w so­bie nie jest zła. Jest po pro­stu inna od tego, co skru­pu­lat­nie za­pla­no­wa­li­śmy. Za­miast więc na­rze­kać, że nie wszyst­ko ukła­da się po na­szej my­śli, szu­kaj­my moż­li­wo­ści w tym, co przy­niósł los.

Nic nie dzie­je się w ży­ciu bez przy­czy­ny.

RZE­CZY

I OR­GA­NI­ZA­CJA

Oto­cze­nie ma na nas ogrom­ny wpływ. Nie cho­dzi tu jed­nak tyl­ko o lu­dzi, lecz tak­że o miej­sca i przed­mio­ty, po­śród któ­rych prze­by­wa­my. Na­sze miesz­ka­nia czy biu­ra zwy­kle są bez­po­śred­nim od­zwier­cie­dle­niem tego, co dzie­je się w nas sa­mych. Ba­ła­gan wo­kół to rów­nież ba­ła­gan w gło­wie i ży­ciu pry­wat­nym. Nie­do­koń­czo­ne pro­jek­ty, po­roz­rzu­ca­ne bi­be­lo­ty czy brak po­rząd­ku po ukoń­czo­nym za­da­niu są czę­sto rów­no­znacz­ne z bra­kiem umie­jęt­no­ści do­pro­wa­dza­nia spraw do koń­ca.

Wspól­nym mia­now­ni­kiem dla wie­lu z nas jest to, że po­sia­da­my zbyt wie­le. Za­rów­no je­śli cho­dzi o fi­zycz­ne przed­mio­ty, jak i gro­ma­dze­nie tego, co nie­wi­docz­ne – wie­dzy, za­dań na li­ście, zdjęć, apli­ka­cji czy po­sta­no­wień. Cały ten za­pas spra­wia, że czę­sto zbyt moc­no ko­twi­czy­my się w prze­szło­ści. Za dużo rze­czy i spraw nas trzy­ma i nie po­zwa­la po­sta­wić kro­ku na­przód.

Ży­cie cią­gle się zmie­nia, a my ra­zem z nim. Dla­te­go za­wsze, gdy spo­ty­ka cię coś no­we­go, ciesz się tym, do­brze wy­ko­rzy­stuj, a po­tem bez żalu po­zwól temu odejść. Sam fakt, że coś po­sia­dasz, nie ozna­cza, że mu­sisz za­trzy­mać to na za­wsze. Je­steś tym­cza­so­wym wła­ści­cie­lem, a przede wszyst­kim – użyt­kow­ni­kiem przed­mio­tów, któ­re po­ja­wia­ją się w two­im ży­ciu.

W koń­cu umie­ra­jąc, nie za­bie­rzesz ni­cze­go ze sobą. Tak na­praw­dę nic nie jest two­ją wła­sno­ścią, na­wet cia­ło.

1. CZY WIESZ, ILE PO­SIA­DASZ?

Zwy­kle po­dró­żu­je­my przez ży­cie ze spo­rym ba­ga­żem. Skła­da­ją się na nie­go za­rów­no rze­czy ma­te­rial­ne, jak i do­świad­cze­nia. W przy­pad­ku tej dru­giej gru­py, nie­za­leż­nie od tego, czy są to prze­ży­cia po­zy­tyw­ne, czy ne­ga­tyw­ne, w ja­kiś spo­sób nas wzbo­ga­ca­ją, uczą i po­zwa­la­ją wy­cią­gać wnio­ski.

Z rze­cza­mi już nie­ko­niecz­nie tak jest. Po­sia­da­my wie­le urzą­dzeń i przed­mio­tów, któ­re są zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne. Aby przyj­rzeć się pro­ble­mo­wi i po­sta­rać się go zro­zu­mieć, naj­le­piej prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment. Za­sta­nów się, ile masz:

• par spodni?

• ko­sme­ty­ków?

• ksią­żek?

A po­tem idź i je prze­licz. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że sza­co­wa­na licz­ba moc­no róż­ni się od tej rze­czy­wi­stej. Dla­cze­go? Głów­nie przez to, że ko­ja­rzysz rze­czy, któ­rych rze­czy­wi­ście uży­wasz. Cała resz­ta, ze­pchnię­ta gdzieś na dno sza­fy, na pew­no ci umknę­ła.

Szyb­ki wnio­sek, jaki moż­na z tego wy­snuć – naj­wy­raź­niej te przed­mio­ty nie były ci aż tak po­trzeb­ne.

Wie­le rze­czy, któ­re po­sia­da­my, znaj­du­je się w na­szym ży­ciu bez wy­raź­ne­go po­wo­du. W ja­kiś spo­sób się w nim po­ja­wi­ły, nie był to jed­nak sku­tek świa­do­mych de­cy­zji.

Skąd bie­rze się nad­miar?

Czę­sto trzy­ma­my wie­le rze­czy, po­nie­waż tak na­praw­dę bo­imy się ich po­zbyć. Oba­wia­my się emo­cji, któ­re mo­że­my po­czuć pod­czas prze­glą­da­nia. Zgro­ma­dzo­ne przed­mio­ty by­wa­ją rów­nież pan­ce­rzem ochron­nym. Sta­ra­my się nimi ła­tać bra­ki czy dziu­ry w ser­cu, ma­sku­je­my kom­plek­sy.

Gro­ma­dze­nie może być też na­miast­ką bez­pie­czeń­stwa. Mamy za­pa­sy, mamy duże domy, mamy nie­za­wod­ne sa­mo­cho­dy – co złe­go mo­gło­by nam się przy­tra­fić?

Nad­miar może rów­nież na­ro­dzić się z tego, że po pro­stu po­sia­da­my do­brze płat­ną pra­cę. Pierw­szy raz w ży­ciu naj­zwy­czaj­niej w świe­cie stać nas na ku­po­wa­nie tego, na co mamy ocho­tę. Zwy­kle wią­że się to z wie­lo­ma go­dzi­na­mi spę­dzo­ny­mi w pra­cy, przez co tym bar­dziej uwa­ża­my, że po pro­stu na­le­ży się na­gro­da.

U mnie ta­kim cza­sem był po­czą­tek stu­diów. Wte­dy sa­mo­dziel­nie za­czę­łam od­po­wia­dać za swój bu­dżet. Zbie­gło się to z okre­sem po­wsta­wa­nia i roz­wo­ju ga­le­rii han­dlo­wych. Pierw­szy raz spo­ty­ka­łam się z ta­ki­mi po­ję­cia­mi jak pro­mo­cja, wy­prze­daż czy prze­ce­na. Wy­da­wa­ło mi się, że ku­po­wa­nie rze­czy, na­wet na za­pas, wte­dy gdy jest ta­niej, jest po pro­stu mą­dre i od­po­wie­dzial­ne.

Nie było. Skoń­czy­łam z za­pcha­ną sza­fą, peł­ną ubrań, z któ­rych wie­le wca­le mi się do koń­ca nie po­do­ba­ło. A już na pew­no nie wszyst­kie dało się ze sobą ja­koś sen­sow­nie po­łą­czyć.

Przy­czyn nad­mia­ru może być dużo, jed­nak ich po­zna­nie jest klu­czo­we. Jeś­li nie zde­fi­niu­jesz po­wo­du swo­je­go zbie­rac­twa, mo­żesz wy­rzu­cać i sprzą­tać, jed­nak prę­dzej czy póź­niej wszyst­ko i tak po­wró­ci do pier­wot­ne­go sta­nu.

Ku­po­wa­nie nie łata dziu­ry w ser­cu

Jak pi­sał An­tho­ny de Mel­lo, hin­du­ski mi­styk i psy­cho­te­ra­peu­ta: „Kie­dy wró­bel bu­du­je gniaz­do w le­sie, zaj­mu­je za­le­d­wie jed­ną ga­łąź. Kie­dy je­leń gasi pra­gnie­nie w rze­ce, pije nie wię­cej, niż może po­mie­ścić jego brzuch. My gro­ma­dzi­my rze­czy, po­nie­waż na­sze ser­ca są pu­ste”2.

* * *

2 A. de Mel­lo, Mo­dli­twa żaby. Księ­ga opo­wia­dań me­dy­ta­cyj­nych, przeł. D. Ga­wę­da, B. Żak, WAM, Kra­ków 1998.

Po­myśl przez chwi­lę – jak się czu­jesz, ma­jąc wo­kół sie­bie pu­stą prze­strzeń? Ja­kie uczu­cia wy­wo­łu­je w to­bie czas wol­ny? O czym my­ślisz, gdy tak na­praw­dę nie mu­sisz nic ro­bić?

Czę­sto w ta­kich chwi­lach czu­je­my pust­kę. Bu­dzą się rów­nież lęki z prze­szło­ści. Ła­pie­my się na roz­my­śla­niu, któ­re­go chcie­li­by­śmy unik­nąć. Na­gro­ma­dzo­ne rze­czy mają tę dziw­ną wła­ści­wość, że wy­peł­nia­ją pust­kę. To jest wy­god­ne. Py­ta­nie brzmi jed­nak – przed czym ucie­ka­my? Cze­go tak usil­nie uni­ka­my? Cze­go tak bar­dzo bo­imy się usły­szeć?

Za­zwy­czaj jest to oba­wa przed sa­mot­no­ścią albo wręcz prze­ciw­nie – przed bli­sko­ścią. Ja­kiś sil­ny żal, smu­tek lub inna emo­cja, któ­rą ła­twiej jest scho­wać w ster­cie przed­mio­tów lub wy­pcha­nym po brze­gi har­mo­no­gra­mie, niż się z nią zmie­rzyć.

Tu­taj po­ja­wia się mo­ment na two­ją de­cy­zję – czy wy­star­czy ci od­wa­gi, aby się z tą emo­cją zmie­rzyć, czy jed­nak wo­lisz już za­wsze za­mia­tać ją pod dy­wan? Mu­sisz pa­mię­tać, że ja­kość ży­cia po­pra­wia się tyl­ko wte­dy, gdy de­cy­du­je­my się sta­wić czo­ła swo­im lę­kom. Od­kry­wa­jąc ich przy­czy­nę, od­naj­du­je­my sie­bie.

Złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa

Nie ma ni­cze­go złe­go w in­stynk­cie wi­cia gniaz­da. Dom jest od tego, by za­spo­ka­jać na­sze po­trze­by, a jed­ną z tych pod­sta­wo­wych jest wła­śnie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

War­to jed­nak za­uwa­żyć, że samo po­sia­da­nie przed­mio­tów ni­g­dy go nie za­pew­ni. Po pierw­sze, za­wsze znaj­dzie się ko­lej­na rzecz, któ­ra wyda nam się po­trzeb­na, by czuć się le­piej. Po dru­gie, po­ja­wia się pro­blem stra­chu i nie­trwa­ło­ści – prze­cież może się zda­rzyć, że stra­ci­my wszyst­ko w wy­ni­ku kra­dzie­ży czy po­ża­ru. Przez co ma­ją­tek, za­miast być dla nas źró­dłem bez­pie­czeń­stwa, sta­je się do­dat­ko­wym po­wo­dem zmar­twień. Dla­te­go war­to zda­wać so­bie spra­wę, że to, co nas ota­cza, jest i po­win­no być w sta­nie cią­głej zmia­ny. I nie lo­ko­wać swo­ich uczuć i emo­cji w ma­te­rii nie­trwa­łej. Nie ma cze­goś ta­kie­go jak trwa­łe po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­re mo­że­my so­bie ku­pić lub za­pew­nić.

Inną spra­wą są lęki za­ko­rze­nio­ne w umy­śle, któ­re wca­le nie mu­szą być na­szą wła­sno­ścią. Do ta­kich na­le­ży na przy­kład oba­wa przed bra­kiem, nie­do­stat­kiem i ubó­stwem. Na­wet je­śli ni­g­dy nie do­świad­czy­łeś pro­ble­mu gło­du czy re­gla­men­ta­cji dóbr, to twoi ro­dzi­ce czy dziad­ko­wie ży­ją­cy w cięż­szych cza­sach, mo­gli ta­kie lęki u cie­bie za­szcze­pić. Nie da się ukryć, że hi­sto­ria Pol­ski nie na­le­ży do baj­ko­wych, wie­le było okre­sów, w któ­rych Po­la­cy mu­sie­li zmie­rzyć się z nad­ludz­ki­mi trud­no­ścia­mi. Dla­te­go wła­śnie wciąż dźwi­ga­my ba­gaż lę­ków prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Mo­że­my się ich wy­zbyć je­dy­nie przez po­dej­mo­wa­nie świa­do­mych dzia­łań i de­cy­zji. Sku­pia­jąc się na tym, że w grun­cie rze­czy wszyst­kie­go jest pod do­stat­kiem, więc i mo­że­my ogra­ni­czyć ilość rze­czy po­sia­da­nych „na wszel­ki wy­pa­dek”.

Po­sia­da­ne rze­czy nie świad­czą o tym, ja­kim je­steś czło­wie­kiem

Czę­sto kur­czo­wo przy­wią­zu­je­my się już do sa­me­go fak­tu po­sia­da­nia. Na pod­sta­wie tego, co mamy, bu­du­je­my cały swój wi­ze­ru­nek. Do­kład­nie na tej sa­mej za­sa­dzie oce­nia­my in­nych. Po­rów­nu­je­my się, przez co wciąż go­ni­my i sta­ra­my się prze­sko­czyć po­przecz­kę, któ­rą sami so­bie usta­wi­li­śmy tak wy­so­ko. Chce­my wię­cej, le­piej, szyb­ciej. Naj­le­piej już te­raz. Tym­cza­sem, jak pi­sał wło­ski re­por­ter Ti­zia­no Te­rza­ni: „Do­ni­kąd nie ma dro­gi na skró­ty: ani do zdro­wia, ani do szczę­ścia, ani do mą­dro­ści. Żad­na z tych rze­czy nie może być na­tych­mia­sto­wa”3.

* * *

3 T. Te­rza­ni, Nic nie zda­rza się przy­pad­kiem, przeł. A. Osmól­ska-Mę­trak, Świat Książ­ki, War­sza­wa 2014.

O tym, kim je­steś, w ża­den spo­sób nie świad­czą rze­czy, któ­re po­sia­dasz. Ow­szem, ktoś od­wie­dza­jąc twój dom, może stwier­dzić, że masz do­bry gust. Ale to tyl­ko me­ble, przed­mio­ty, książ­ki. Ani ich po­sia­da­nie, ani nie­po­sia­da­nie nie zmie­nia, a przy­naj­mniej nie po­win­no zmie­niać tego, kim je­steś.

Zwy­kle new­ral­gicz­nym mo­men­tem ogra­ni­cza­nia po­sia­da­nia jest prze­gląd ksią­żek. Przy­wy­kli­śmy do tego, by lu­dzi po­sia­da­ją­cych w domu ogrom­ne bi­blio­te­ki, za­li­czać do tych in­te­li­gent­nych i oczy­ta­nych. Jest to po czę­ści na­le­cia­łość po­przed­niej epo­ki, gdzie książ­ki były na­praw­dę dro­gie i po­zwo­lić so­bie na nie mo­gli je­dy­nie lu­dzie wy­so­ko po­sta­wie­ni, pod­czas gdy cała resz­ta je­dy­nie po­dzi­wia­ła je z za­zdro­ścią. Dziś jest ina­czej, druk jest ma­so­wy, a same książ­ki ła­two do­stęp­ne. Na­wet je­śli ko­lej­ne no­wo­ści nie miesz­czą się w na­szym bu­dże­cie, za­wsze po­zo­sta­ją bi­blio­te­ki, któ­re wbrew po­zo­rom są cał­kiem do­brze za­opa­trzo­ne.

Samo po­sia­da­nie ksią­żek nie czy­ni z cie­bie czło­wie­ka oczy­ta­ne­go, tak samo jak nie de­fi­niu­ją cię na­gro­dy i dy­plo­my. Wy­star­czy, że swo­ją wie­dzę masz w gło­wie i je­steś jej w peł­ni świa­do­my. Nie trze­ba ni­ko­mu ni­cze­go udo­wad­niać przez wy­kle­ja­nie ścian w domu ko­lej­ny­mi cer­ty­fi­ka­ta­mi świad­czą­cy­mi o ukoń­czo­nych kur­sach.

Czę­sto po­sia­da­ne przed­mio­ty sta­ją się dla nas wy­znacz­ni­kiem sta­tu­su spo­łecz­ne­go. Dro­gi sa­mo­chód, duże miesz­ka­nie czy za­gra­nicz­ne wa­ka­cje mają świad­czyć o tym, że je­ste­śmy ludź­mi suk­ce­su. Sta­ram się tu­taj nie ge­ne­ra­li­zo­wać, bywa jed­nak, że ta­kie za­cho­wa­nie świad­czy o ni­skim po­czu­ciu wła­snej war­to­ści. Czu­je­my się w ja­kiś spo­sób gor­si i te bra­ki pró­bu­je­my wy­rów­ny­wać po­sia­da­niem. Nie­ste­ty, to pu­łap­ka. Żad­na licz­ba po­sia­da­nych rze­czy nie jest w sta­nie roz­wią­zać pro­ble­mu, przez co bę­dzie­my ku­po­wać wię­cej i wię­cej, na­dal czu­jąc się źle we wła­snej skó­rze.

Czę­sto po­zby­wa­nie się przed­mio­tów, któ­re w ja­kiś spo­sób nas de­fi­niu­ją, jest bar­dzo trud­ne. Czu­je­my się z nimi tak zwią­za­ni, że wy­rzu­ca­jąc je, mamy wra­że­nie, jak­by umie­ra­ła cząst­ka nas sa­mych. Jed­nak tyl­ko ta­kie dzia­ła­nie po­zwa­la po­czuć, że siła, pew­ność sie­bie i szczę­ście po­cho­dzą ze środ­ka, a nie z ze­wnątrz.

Chcę wię­cej i wię­cej, czy­li efekt Di­de­ro­ta

De­nis Di­de­rot, od któ­re­go po­cho­dzi na­zwa zja­wi­ska, był fran­cu­skim fi­lo­zo­fem. Otrzy­mał kie­dyś w pre­zen­cie je­dwab­ną sza­tę, któ­ra jego zda­niem nie pa­so­wa­ła do po­zo­sta­łych jego rze­czy. Co wię­cej – w po­rów­na­niu z nią cały jego do­by­tek za­czął pre­zen­to­wać się na­praw­dę nędz­nie. Dla­te­go suk­ce­syw­nie za­czął zmie­niać wy­strój swo­je­go wnę­trza i gar­de­ro­bę. Wpadł w szał za­ku­po­wy, każ­da zmia­na ro­dzi­ła ko­lej­ną. Nie po­tra­fił po­wie­dzieć „stop” i osta­tecz­nie wpę­dził się w dłu­gi. Jego hi­sto­ria sta­ła się na tyle in­te­re­su­ją­ca, że dziś ter­mi­nem „efekt Di­de­ro­ta” okre­śla się dy­so­nans po­wsta­ły przez na­by­cie no­wej rze­czy, któ­ry pcha nas ku ko­lej­nym za­ku­pom.

Efekt ten bar­dzo ła­two jest za­uwa­żyć w ży­ciu co­dzien­nym. Ku­pu­je­my nową su­kien­kę i do­strze­ga­my, że na­sze buty są już na tyle sta­re, że źle się przy niej pre­zen­tu­ją. Dla­te­go fun­du­je­my so­bie buty. Po­tem oka­zu­je się, że przy no­wych bu­tach to­reb­ka wy­glą­da mar­nie. Nie­koń­czą­ca się hi­sto­ria, kie­dy ku­pu­je­my na­pę­dza­ni po­trze­bą spój­no­ści i wła­sną pre­sją.

Jest to oczy­wi­ście wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez spe­cja­li­stów od mar­ke­tin­gu, któ­rzy pró­bu­ją „sprze­dać” nam taki styl ży­cia, któ­ry po­cią­gnie za sobą la­wi­nę no­wych wy­dat­ków.

Pa­miąt­ki i pre­zen­ty

Bar­dzo moż­li­we, że trzy­masz okre­ślo­ne przed­mio­ty, po­nie­waż przy­wo­łu­ją wspo­mnie­nia. Wi­dząc sta­ry bi­let na kon­cert, przy­po­mi­nasz so­bie sza­lo­ną mło­dość i z roz­rzew­nie­niem my­ślisz o daw­nych cza­sach. Pre­zent od przy­ja­cie­la uzmy­sła­wia ci, że kie­dyś była przy to­bie bar­dzo bli­ska oso­ba. Bieg cza­su spra­wił, że wa­sze dro­gi się ro­ze­szły, cze­go te­raz moc­no ża­łu­jesz. Sta­ra wa­len­tyn­ka uwal­nia la­wi­nę wspo­mnień i re­flek­sji o tym, „co by było, gdy­by…”.

Nie ma nic złe­go w prze­cho­wy­wa­niu pre­zen­tów czy pa­mią­tek, pod wa­run­kiem jed­nak, że nie jest ich za dużo. W prze­ciw­nym ra­zie cała two­ja ener­gia bę­dzie za bar­dzo sku­pio­na na prze­szło­ści za­miast na te­raź­niej­szo­ści. Po­zby­wa­jąc się nie­któ­rych rze­czy, ro­bisz tym sa­mym miej­sce na nowe. Chy­ba każ­dy z nas woli je­chać w ko­lej­ną po­dróż czy po­znać no­wych lu­dzi, za­miast prze­glą­dać sto­ją­ce w za­ku­rzo­nych ram­kach zdję­cia z wa­ka­cji i na­rze­kać, że nie ma z kim wyjść na kawę. To samo do­ty­czy pre­zen­tów i po­zo­sta­ło­ści po by­łych związ­kach. Zwłasz­cza tych nie­uda­nych. Wy­rzu­cić, za­po­mnieć i zro­bić miej­sce na nowe.

Bar­dzo przy­dat­ne jest ro­bie­nie re­gu­lar­ne­go prze­glą­du swo­ich pa­mią­tek i przede wszyst­kim nie­przy­wo­że­nie nad­mia­ru no­wych.

Nad­miar przy­tła­cza

Zbyt wie­le przed­mio­tów na ma­łej prze­strze­ni dzia­ła przy­tła­cza­ją­co. Za­gra­co­ne miesz­ka­nie spra­wia wra­że­nie ta­kie­go, w któ­rym nie moż­na od­dy­chać. Wy­da­je się cięż­kie, ciem­ne i za­ba­ła­ga­nio­ne. Na­wet je­śli je­ste­śmy świe­żo po grun­tow­nym sprzą­ta­niu, nad­miar rze­czy roz­pra­sza nasz umysł, spra­wia, że prze­ska­ku­je on z przed­mio­tu na przed­miot, przez co mamy po­czu­cie jesz­cze więk­sze­go cha­osu. Wszyst­ko to ma bez­po­śred­ni wpływ na do­mow­ni­ków, któ­rzy za­miast od­dy­chać peł­ną pier­sią i ro­bić od­waż­ne kro­ki na­przód, kulą się w ką­cie i la­wi­ru­ją w stwo­rzo­nym przez sie­bie la­bi­ryn­cie.

Nie czu­je­my się do­brze w ta­kich miej­scach i gdy tyl­ko uświa­da­mia­my so­bie przy­czy­nę pro­ble­mu, chce­my coś z nią zro­bić. Mamy wte­dy dwa wyj­ścia – ogra­ni­czyć licz­bę po­sia­da­nych rze­czy albo zmie­nić miesz­ka­nie na więk­sze. Na py­ta­nie, któ­re z nich jest prost­sze i lep­sze, mu­sisz so­bie od­po­wie­dzieć sa­mo­dziel­nie.

De­cy­du­jąc się na oczysz­cza­nie prze­strze­ni, pa­mię­taj, że za­wsze jest ja­kiś po­wód, dla któ­re­go trzy­masz te wszyst­kie rze­czy. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie masz po­czu­cie, że wszyst­kich ich po­trze­bu­jesz. Prze­cież nikt z nas nie jest głu­pi i nie gro­ma­dzi przed­mio­tów ot tak, dla hecy. Dla­te­go naj­waż­niej­sze jest to, by tę przy­czy­nę zna­leźć. W prze­ciw­nym wy­pad­ku – na­wet je­śli zde­cy­du­jesz się na ra­dy­kal­ny krok i po­zbę­dziesz się wszyst­kie­go, bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że za­czniesz gro­ma­dzić nowe rze­czy, by za­peł­nić pust­kę emo­cjo­nal­ną.

Okre­ślo­na licz­ba rze­czy może być pu­łap­ką

Przy oczysz­cza­niu nie war­to prze­sa­dzać. Pro­ble­mem może być za­rów­no nad­miar, jak i wzmo­żo­na chęć wy­rzu­ca­nia wszyst­kie­go. Wy­zwa­nia w sty­lu „po­sia­dam tyl­ko sto przed­mio­tów” albo „cały mój do­by­tek mie­ści się w wa­liz­ce” sta­ły się ostat­nio bar­dzo mod­ne. Ja sama nie je­stem ich zwo­len­nicz­ką.

Oso­ba zaj­mu­ją­ca się modą na pew­no nie bę­dzie się czu­ła do­brze, gdy na­gle bę­dzie mu­sia­ła ogra­ni­czyć za­war­tość swo­jej sza­fy do dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu rze­czy. Jed­nak bar­dzo moż­li­we, że nie bę­dzie mia­ła na przy­kład nic prze­ciw­ko opu­sto­sze­niu sza­fek w kuch­ni, bo go­to­wać nie­spe­cjal­nie lubi. Tym­cza­sem oso­ba ko­cha­ją­ca ku­cha­rze­nie nie zgo­dzi się na to, by zmniej­szyć jej ko­lek­cję ta­le­rzy­ków, ubi­ja­czek czy fo­re­mek do cia­sta. Tak samo jak za żad­ne pie­nią­dze nie po­zbę­dzie się swo­jej ko­lek­cji ksią­żek ku­char­skich. Je­śli jed­nak uwiel­bia styl à la dziew­czy­na z są­siedz­twa, pew­nie chęt­nie po­zbę­dzie się kil­ku par szpi­lek po­cho­dzą­cych jesz­cze z cza­sów, kie­dy wy­da­wa­ło jej się, że jako ko­bie­ta musi no­sić ta­kie buty.

Nie mam tu na celu żad­nej ge­ne­ra­li­za­cji, przy­kła­dy są zu­peł­nie przy­pad­ko­we, ce­lo­wo nie­co prze­ja­skra­wio­ne, po to żeby pod­kre­ślić, jak bar­dzo po­zba­wio­ne sen­su jest wpi­sy­wa­nie się w okre­ślo­ny sche­mat dzia­ła­nia.

Poza tym ry­tu­ał wy­rzu­ca­nia bar­dzo szyb­ko może prze­ro­dzić się w do­kład­nie taki sam na­wyk jak ku­po­wa­nie. O ile nie gor­szy.

2. ZA WSZYST­KO PŁA­CISZ NIE PIE­NIĘDZ­MI, A SWO­IM CZA­SEM

Pod­świa­do­mie na pew­no zda­jesz so­bie spra­wę, że tak na­praw­dę nic nie po­sia­dasz na za­wsze. Pro­blem w tym, by przy­jąć tę in­for­ma­cję do wia­do­mo­ści. Szczę­ście nie za­le­ży od tego, ile mamy rze­czy. Ota­cza­ją­ce nas przed­mio­ty, ow­szem, mogą po­móc w ży­cio­wej po­dro­ży, ale same po­dró­żą nie są.

An­tho­ny de Mel­lo w Mo­dli­twie żaby umie­ścił taką przy­po­wieść:

„Pe­wien ską­piec zgro­ma­dził pięć­set ty­się­cy di­na­rów i cie­szył się na rok przy­jem­ne­go ży­cia, za­nim zde­cy­du­je się jak naj­le­piej za­in­we­sto­wać pie­nią­dze, gdy na­gle Anioł Śmier­ci uka­zał się przed nim, żeby za­brać jego ży­cie.

Męż­czy­zna bła­gał i pro­sił, i uży­wał ty­sią­ca ar­gu­men­tów, żeby po­zwo­lo­no mu jesz­cze tro­chę po­żyć, ale Anioł był nie­ugię­ty. »Daj mi trzy dni ży­cia, a od­dam ci po­ło­wę mego ma­jąt­ku«, bła­gał męż­czy­zna. Anioł nie chciał o tym sły­szeć i za­czął go cią­gnąć. »Daj mi tyl­ko je­den dzień, bła­gam cię, a bę­dziesz mógł mieć wszyst­ko, co na­gro­ma­dzi­łem w ta­kim po­cie czo­ła i tru­dzie«. Anioł był na­dal nie­ugię­ty.

Męż­czy­zna zdo­łał wy­mu­sić na Anie­le tyl­ko jed­no małe ustęp­stwo – parę chwil do na­pi­sa­nia tej kar­tecz­ki: »O, ty, kim­kol­wiek je­steś, któ­ry znaj­dziesz tę kar­tę, je­śli masz za co żyć, nie trać ży­cia na gro­ma­dze­nie for­tun. Żyj! Za moje pięć­set ty­się­cy di­na­rów nie by­łem w sta­nie ku­pić jed­nej go­dzi­ny ży­cia!«”4.

* * *

4 A. de Mel­lo, Mo­dli­twa żaby. Księ­ga opo­wia­dań me­dy­ta­cyj­nych, przeł. D. Ga­wę­da, B. Żak, WAM, Kra­ków 1998.

Czy na­praw­dę tego po­trze­bu­jesz?

Wie­le rze­czy „jest, bo jest” i wca­le nie za­sta­na­wia­my się nad tym, skąd do nas przy­szły ani czy ich po­trze­bu­je­my. Czy­ta­łam kie­dyś o świet­nym spo­so­bie na ogra­ni­cza­nie licz­by po­sia­da­nych przed­mio­tów – wy­star­czy za­dać so­bie py­ta­nie: „Czy gdy­by dana rzecz spło­nę­ła w po­ża­rze, ku­pił­bym ją po­now­nie?”. Je­śli nie, bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że tak na­praw­dę wca­le nie za­uwa­żysz jej znik­nię­cia. Śmia­ło mo­żesz się jej po­zbyć.

Do­brą oka­zją do prze­ana­li­zo­wa­nia swo­je­go do­byt­ku jest prze­pro­wadz­ka. Do no­we­go miesz­ka­nia za­bierz­my tyl­ko te rze­czy, któ­re będą nam po­trzeb­ne. Po­zo­sta­łe włóż­my do wor­ków. Na­gle oka­że się, że mie­li­śmy masę przed­mio­tów, bez któ­rych da się żyć. Nie­wy­klu­czo­ne, że część z nich po­sia­da­li­śmy tyl­ko dla­te­go, że u ko­goś je wy­pa­trzy­li­śmy i do­szli­śmy do wnio­sku, że może i nam się przy­da­dzą. Poza tym prze­pro­wadz­ka mo­bi­li­zu­je do ogra­ni­cza­nia. Sama czę­sto zmie­niam miej­sce za­miesz­ka­nia i żyję ze świa­do­mo­ścią, że wie­lu przed­mio­tów nie chcia­ło­by mi się pa­ko­wać, prze­no­sić i zno­wu roz­pa­ko­wy­wać w no­wym miej­scu.

Je­śli na ho­ry­zon­cie nie wid­nie­je żad­na prze­pro­wadz­ka, in­nym do­brym spo­so­bem na prze­gląd do­byt­ku jest spoj­rze­nie na wła­sne miesz­ka­nie z per­spek­ty­wy go­ścia. Wcho­dzi­my i roz­glą­da­my się do­kład­nie tak, jak­by­śmy nie zna­li ani tego miej­sca, ani oso­by, któ­ra tu miesz­ka. Ide­al­nie na­da­je się do tego po­wrót z wa­ka­cji, kie­dy tro­chę za­po­mnie­li­śmy już, jak wszyst­ko wy­glą­da i mo­że­my od­kry­wać ca­łość na nowo. Bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że rze­czy, któ­re nie pa­su­ją do wnę­trza lub nie są po­trzeb­ne, od razu rzu­cą się w oczy.

Moż­na rów­nież po pro­stu zro­bić zdję­cia wła­sne­go miesz­ka­nia i przyj­rzeć się im do­kład­nie, sta­ra­jąc się wy­ła­pać nie­po­trzeb­ne przed­mio­ty. Dzię­ki fo­to­gra­fiom zy­ska­my do nich więk­szy dy­stans.

Prze­glą­da­nie rze­czy

Prze­glą­da­jąc swo­je rze­czy pod ką­tem przy­dat­no­ści, po­dej­muj de­cy­zje od razu. Bierz do ręki każ­dy przed­miot i stwier­dzaj, czy chcesz go zo­sta­wić, czy nie. Nie od­kła­daj ni­cze­go na bok z za­ło­że­niem, że za­sta­no­wisz się póź­niej.

Do po­rząd­ko­wa­nia naj­le­piej jest za­opa­trzyć się w od­po­wied­nie wor­ki lub pu­deł­ka. Na­stęp­nie za­czy­na­my po­dej­mo­wać sen­sow­ne de­cy­zje do­ty­czą­ce każ­dej rze­czy – wy­rzu­cić, sprze­dać, od­dać, zo­sta­wić. Naj­waż­niej­sze – to, co zo­sta­je, od razu musi zna­leźć swo­je sta­łe miej­sce. Aby uła­twić so­bie spra­wę i nie bie­gać bez sen­su po ca­łym domu, moż­na rów­nież przy­go­to­wać so­bie pu­deł­ko lub pu­deł­ka, gdzie bę­dzie­my od­kła­dać przed­mio­ty, któ­re trze­ba wy­nieść do in­ne­go po­miesz­cze­nia, by tam je scho­wać.

Nie ma chy­ba ide­al­ne­go prze­pi­su na to, jak zro­bić taki prze­gląd. Nie­któ­rzy za­le­ca­ją re­wo­lu­cję i pra­cę w eu­fo­rii na wszyst­kich fron­tach na­raz. Inni opo­wia­da­ją się ra­czej za dzia­ła­niem stop­nio­wym, prze­my­śla­nym, roz­ło­żo­nym w cza­sie. Za­rów­no jed­no, jak i dru­gie ma swo­je plu­sy i mi­nu­sy. Dzia­ła­nie na­tych­mia­sto­we zwy­kle bie­rze się z fak­tu za­ra­że­nia ja­kąś ideą. Spo­ty­ka­my od­po­wied­nie­go men­to­ra albo w ręce wpa­da mo­ty­wu­ją­ca książ­ka i za­czy­na­my dzia­łać zgod­nie z jej za­ło­że­nia­mi. Jest do­brze do­pó­ki star­czy en­tu­zja­zmu, któ­rym się za­ra­zi­li­śmy. Po­tem po­ja­wia się py­ta­nie, czy je­ste­śmy w sta­nie ten en­tu­zjazm sami w so­bie wzbu­dzić? Je­śli tak, to wspa­nia­le. Je­śli nie – wte­dy le­piej jest się­gnąć po tę dru­gą me­to­dę. Dzia­łać po­wo­li i być pew­nym swo­jej de­cy­zji, tak by chęć zmian nie prze­ro­dzi­ła się w sło­mia­ny za­pał.

Ile go­dzin pra­cy po­chła­nia­ją two­je za­chcian­ki?

Kil­ka lat spę­dzi­łam za gra­ni­cą. Naj­pierw pół­rocz­ne stu­dia w Hisz­pa­nii, po­tem krót­ka prze­rwa na wi­zy­tę w Pol­sce i stu­dia ma­gi­ster­skie w Da­nii. Wszy­scy wie­my o tym, że Skan­dy­na­wia jest dro­ga, dla­te­go pod­czas stu­diów pra­co­wa­łam. Mimo wszyst­ko jed­nak czę­sto, gdy spo­glą­da­łam na ceny pro­duk­tów czy usług, zda­wa­łam so­bie spra­wę, że są wie­lo­krot­nie wyż­sze niż w Pol­sce. Przez to każ­de za­ku­py przy­pra­wia­ły mnie o wy­rzu­ty su­mie­nia.

Z po­mo­cą po­spie­szył mój tata, któ­ry po­ra­dził, bym za­ku­py prze­li­cza­ła nie na zło­tów­ki, ale na go­dzi­ny pra­cy, któ­re są mi po­trzeb­ne, by na nie za­ro­bić. Duń­skie za­rob­ki są znacz­nie wyż­sze niż na­sze, przez co przy ta­kim prze­licz­ni­ku za­ku­py prze­sta­ją już być mon­stru­al­nie dro­gie.

Tego typu prze­licz­nik może być rów­nież przy­dat­nym na­rzę­dziem pod­czas na­szych za­ku­pów, a już naj­le­piej spraw­dzi się w kon­tek­ście za­chcia­nek. Nie wiem, ile za­ra­biasz i wca­le nie chcę tego wie­dzieć. Dla­te­go po­słu­żę się lo­so­wym przy­kła­dem. We­dług da­nych GUS-u, prze­cięt­ne wy­na­gro­dze­nie w Pol­sce w I kwar­ta­le 2017 roku to 4390 zł brut­to5, co daje nam oko­ło 18 zł net­to za go­dzi­nę pra­cy. Za­ku­py na­bie­ra­ją zu­peł­nie in­ne­go zna­cze­nia, gdy uświa­da­miasz so­bie, że głu­pia ko­szul­ka z wy­prze­da­ży, któ­rej wca­le nie po­trze­bu­jesz, kosz­tu­je nie 39,99 zł, ale po­nad dwie go­dzi­ny two­jej pra­cy.

* * *

5 Dane za: https://wy­na­gro­dze­nia.pl/gus (do­stęp: 2.09.2017).

Mniej rze­czy to wię­cej cza­su i ener­gii

Rze­czy po­chła­nia­ją nasz czas. Naj­pierw są to go­dzi­ny spę­dzo­ne na pra­cy po to, by umoż­li­wić so­bie ich kup­no. Póź­niej wszyst­kie za­bie­gi zwią­za­ne z ich utrzy­ma­niem, kon­ser­wa­cją i po pro­stu sprzą­ta­niem.

Nie je­stem i ni­g­dy nie by­łam mi­ło­śnicz­ką sprzą­ta­nia. Jed­nak pa­ra­dok­sal­nie lu­bię, gdy w domu jest czy­sto i schlud­nie. Dla­te­go mój wy­ma­rzo­ny dom to taki, któ­re­go utrzy­ma­nie w czy­sto­ści wy­ma­ga mi­ni­mum wy­sił­ku. Co nie ozna­cza, że ma być su­ro­wy i pu­sty. Jego za­da­niem jest za­pew­nie­nie wy­go­dy, spo­ko­ju i przy­jem­no­ści es­te­tycz­nej. Dom w moim ro­zu­mie­niu nie po­wi­nien być po­wo­dem do zmar­twień, do­dat­ko­wej pra­cy ani ja­kim­kol­wiek cię­ża­rem, któ­ry mu­si­my dźwi­gać. Zu­peł­nie od­wrot­nie – to z nie­go po­win­ni­śmy czer­pać ener­gię.

Prze­mysł re­kla­mo­wy

Do re­klam sa­mych w so­bie mam sto­su­nek bar­dzo po­zy­tyw­ny. Jako na­sto­lat­ka ma­rzy­łam o pra­cy w agen­cji re­kla­mo­wej, od­kąd pa­mię­tam fa­scy­no­wał mnie wpływ me­diów na de­cy­zje za­ku­po­we oraz psy­cho­lo­gicz­ne spo­so­by ma­ni­pu­la­cji. Ko­niec koń­ców po­dą­ży­łam w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku, jed­nak mimo wszyst­ko nie po­tra­fię po­dejść do re­klam tak cał­ko­wi­cie kry­tycz­nie. Choć z uwa­gi na te­ma­ty­kę książ­ki po­win­nam.

Re­kla­mą na­praw­dę moż­na się fa­scy­no­wać, moż­na się jej uczyć i moż­na ją stu­dio­wać. Nie­mniej jed­nak mu­si­my zda­wać so­bie spra­wę, jak po­tęż­ną jest ma­chi­ną. To prze­mysł, któ­ry wpły­wa na za­cho­wa­nie i robi to tak, że na­wet nie zda­je­my so­bie z tego spra­wy. Re­kla­my bom­bar­du­ją ze­wsząd i na­praw­dę nie je­ste­śmy w sta­nie się przed nimi chro­nić. Moż­na nie oglą­dać te­le­wi­zji czy nie ko­rzy­stać z In­ter­ne­tu, jed­nak przed sto­ją­cy­mi w mie­ście bil­l­bo­ar­da­mi nie je­ste­śmy w sta­nie się bro­nić. Tak samo jak idąc do ja­kie­go­kol­wiek skle­pu, zu­peł­nie bez­wied­nie przy­swa­ja­my so­bie in­for­ma­cje o ak­tu­al­nych pro­mo­cjach.

Przy czym war­to zwró­cić uwa­gę na to, że re­kla­ma to wca­le nie ja­kiś bar­dzo współ­cze­sny pro­blem. Wi­ki­pe­dia jako datę po­wsta­nia pierw­szej re­kla­my po­da­je oko­li­ce roku 1480. Kie­dyś czy­ta­łam o funk­cjo­no­wa­niu re­kla­my w mię­dzy­wo­jen­nej Pol­sce, kie­dy ak­to­rzy te­atral­ni byli opła­ca­ni za to, że pod­czas sztu­ki nie­znacz­nie zmie­ni­li tekst i za­miast „za­ło­żę ka­pe­lusz” mó­wi­li „za­ło­żę ka­pe­lusz kon­kret­nej mar­ki”. Ce­le­bry­ci to wca­le nie współ­cze­sne zja­wi­sko, dla­te­go zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie tra­ci­my swo­ją ener­gię na kry­ty­ko­wa­nie go.

Róż­ne­go ro­dza­ju psy­cho­lo­gicz­ne ma­ni­pu­la­cje są spryt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez spe­ców od mar­ke­tin­gu od dzie­sią­tek lat. Za po­śred­nic­twem me­diów sta­ra­ją się sprze­dać nam na­miast­kę ide­al­ne­go ży­cia. Ude­rza­ją w czu­łe punk­ty: w sa­mot­ność, w sła­by kon­takt z ro­dzi­ną, w zdro­wie czy w zła­ma­ne ser­ce.

Do­wia­du­jesz się, że jak tyl­ko ku­pisz naj­now­szy mo­del te­le­fo­nu, two­je dzie­ci za­czną do cie­bie czę­ściej dzwo­nić. Nowy mo­del sa­mo­cho­du wzbu­dzi po­dziw współ­pra­cow­ni­ków i zwięk­szy szan­se na awans. Ubie­ra­jąc się w szy­kow­ną su­kien­kę, wi­dzia­ną na wy­sta­wie w ga­le­rii, na pew­no spra­wisz, że twój były na nowo się w to­bie za­ko­cha. A je­śli za­ży­jesz ten su­ple­ment, za­pew­nisz so­bie i swo­jej ro­dzi­nie zdro­we i szczę­śli­we ży­cie do póź­nej sta­ro­ści.

Czy jest coś waż­niej­sze­go?

Oczy­wi­ście, że nie ma. Pro­blem tyl­ko, że w ten spo­sób tego nie osią­gniesz.

3. ŚWIA­DO­ME UPRASZ­CZA­NIE

To, jak wy­glą­da na­sze oto­cze­nie i całe ży­cie, jest efek­tem po­dej­mo­wa­nych przez nas de­cy­zji. Jed­nak nie za­wsze wi­dać to od razu. Cza­sem na re­zul­tat trze­ba nie­co po­cze­kać i prze­brnąć przez po­cząt­ko­wą fazę, któ­ra nie­ko­niecz­nie daje dużo sa­tys­fak­cji.

Tak jest cho­ciaż­by ze świa­do­mym uprasz­cza­niem. Po­cząt­ko­wo może się wy­da­wać, że nas to ogra­ni­cza, wszyst­ko za­bie­ra, a nic nie daje w za­mian. To nie jest praw­dą, jed­nak naj­le­piej jest prze­ko­nać się o tym na wła­snej skó­rze. Zmniej­sze­nie licz­by po­sia­da­nych przed­mio­tów i zo­bo­wią­zań otwie­ra przed nami wie­le no­wych moż­li­wo­ści, po­ma­ga­jąc jed­no­cze­śnie w oszczęd­no­ści cza­su. Jed­nak nie wszyst­ko dzie­je się od razu. To nie jest fi­zy­ka, gdzie przed­miot upusz­czo­ny z dzie­sią­te­go pię­tra upa­da z hu­kiem na chod­nik i robi to za­wsze, bez żad­nych wy­jąt­ków.

Pod­ję­cie de­cy­zji o uprasz­cza­niu uwal­nia nas od cię­ża­ru, ja­kim jest cią­gła po­goń i chęć zdo­by­wa­nia. Uczy cie­szyć się z tego, co mamy, do­ce­niać i być bar­dziej tu i te­raz. Uczy, czy­li tak na­praw­dę wpro­wa­dza nas w ten pro­ces, nie ser­wu­je go­to­we­go re­zul­ta­tu.

Roz­pra­wie­nie się z nad­mia­rem wca­le nie spra­wi, że sta­nie­my się uboż­si. Prze­ciw­nie. Co­dzien­ne pro­za­icz­ne czyn­no­ści, jak je­dze­nie, czy­ta­nie czy przy­go­to­wy­wa­nie się do wyj­ścia za­mie­nią się w ry­tu­ały. Od­kry­je­my, że ich sub­tel­ne pięk­no było tłam­szo­ne ogro­mem rze­czy.

Co z tym mi­ni­ma­li­zmem?

Obec­nie pa­nu­je nie­zdro­wa moda na mi­ni­ma­lizm. Wszyst­ko, co jest sim­ple i mi­ni­ma­list, sprze­da­je się jak świe­że bu­łecz­ki. Jest to oczy­wi­ście spryt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez re­kla­mo­wych spe­ców. Kam­pa­nie pla­no­wa­ne są w ten spo­sób, by wy­da­wa­ło się, że ku­pu­jąc rze­czy uzna­ne za mi­ni­ma­li­stycz­ne, po­stę­pu­je­my słusz­nie. W koń­cu wy­ła­mu­je­my się ze sche­ma­tu ga­lo­pu­ją­ce­go kon­sump­cjo­ni­zmu i wy­bie­ra­my to, co jest kla­sycz­ne i po­wścią­gli­we, a nie po pro­stu mod­ne. Poza tym po­zby­wa­my się ba­la­stu, któ­ry już po­sia­da­my, a to prze­cież same plu­sy.

Praw­da wy­glą­da jed­nak nie­co ina­czej – po pierw­sze, za­czy­na­my ku­po­wać nie­któ­re rze­czy zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. Tyl­ko po to, by za­miast na­szej mięk­kiej ka­na­py z ko­lo­ro­wy­mi po­dusz­ka­mi mieć tę mo­no­chro­ma­tycz­ną, o geo­me­trycz­nym kształ­cie. Po dru­gie – to, że wy­rzu­ca­my, wca­le nie roz­wią­zu­je pro­ble­mu i nie gwa­ran­tu­je, że w chwi­li sła­bo­ści nie ku­pi­my wszyst­kie­go na nowo.

Pa­ra­dok­sal­nie, to wła­śnie ten „mi­ni­ma­lizm” sta­je się nową modą, za któ­rą po­dą­ża­my.

Zdro­we po­dej­ście i ra­cjo­na­lizm

Mamy po­trze­bę na­zy­wa­nia i ka­te­go­ry­zo­wa­nia tego, co dzie­je się wo­kół. Mi­ni­ma­lizm też mu­sie­li­śmy so­bie za­szu­flad­ko­wać, zna­leźć gro­no eks­per­tów i osób god­nych do na­śla­do­wa­nia oraz stwo­rzyć sztyw­ne za­sa­dy, któ­rych każ­dy sza­nu­ją­cy się mi­ni­ma­li­sta musi się trzy­mać. Przez ręce prze­szło mi wie­le ksią­żek i po­rad­ni­ków, któ­rych au­tor okre­ślał, że mi­ni­ma­li­sta to oso­ba, któ­ra – i tu na­stę­po­wa­ło wy­li­cze­nie od­po­wied­nich cech i ekwi­pun­ku.

Pi­sząc to, przy­cho­dzi mi na myśl wiersz Ta­de­usza Ró­że­wi­cza Kto jest po­etą:

„Po­etą jest ten któ­ry pi­sze wier­sze

I ten któ­ry wier­szy nie pi­sze

Po­etą jest ten któ­ry zrzu­ca wię­zy

I ten któ­ry wię­zy so­bie na­kła­da

Po­etą jest ten któ­ry wie­rzy

I ten któ­ry uwie­rzyć nie może

Po­etą jest ten któ­ry kła­mał

I ten któ­re­go okła­ma­no

Ten któ­ry upadł

I ten któ­ry się pod­no­si

Po­etą jest ten któ­ry od­cho­dzi

I ten któ­ry odejść nie może”6

* * *

6 T. Ró­że­wicz, Kto jest po­etą, http://silesius.wroclaw.pl/2014/04/24/tadeusz-rozewicz-wiersze-ktore-wypada-znac/ (do­stęp: 2.09.2017).

Tak samo mi­ni­ma­li­stą może być każ­dy, na wła­snych wa­run­kach. Jak w me­dy­ta­cji – oso­ba, któ­ra na­praw­dę me­dy­tu­je, wca­le ci o tym nie po­wie. Mi­ni­ma­li­sta też ra­czej nie bę­dzie się ob­no­sił po świe­cie ze swo­im sty­lem ży­cia. Mi­ni­ma­lizm nie jest żad­ną spe­cjal­ną dok­try­ną, a je­dy­nie – choć w su­mie przede wszyst­kim – tym, co dzie­je się w na­szej gło­wie. Jest świa­do­mo­ścią wła­snych ce­lów i po­trzeb.

Tak samo jak przy fi­zycz­nym oczysz­cza­niu prze­strze­ni, tak i przy ad­ap­to­wa­niu do swo­ich po­trzeb ja­kiejś fi­lo­zo­fii, naj­więk­sza pra­ca dzie­je się w na­szym umy­śle. Je­że­li chce­my, by na­sze dzia­ła­nia mia­ły sens, mu­si­my jed­no­cze­śnie uwal­niać się nie tyl­ko od fi­zycz­ne­go, ale i od men­tal­ne­go ba­la­stu, co bez­po­śred­nio wią­że się ze zmia­ną spo­so­bu my­śle­nia. Naj­bar­dziej pro­za­icz­nie mó­wiąc – z prze­sta­wie­nia swo­je­go kie­run­ku z „mieć” na „być”. Mi­ni­ma­lizm w tym kon­tek­ście zmie­nia się z wy­du­ma­nej fi­lo­zo­fii w umie­jęt­ność ży­cia wła­snym ży­ciem i po­dej­mo­wa­nia świa­do­mych de­cy­zji.

Zwy­kle wy­ma­ga to od nas wy­cho­dze­nia poza sche­mat, któ­ry sam w so­bie jest sza­le­nie wy­god­ny – nie trze­ba spe­cjal­nie my­śleć i ana­li­zo­wać, wy­star­czy ku­po­wać, kon­su­mo­wać i po­dą­żać za in­ny­mi. Aby się z nie­go wy­rwać, nie­zbęd­ne sta­je się spoj­rze­nie w głąb sie­bie, prze­ana­li­zo­wa­nie swo­ich po­trzeb i wy­cią­gnię­cie wnio­sków. To trud­ne za­da­nie, bo nie­spe­cjal­nie lu­bi­my re­flek­sje, zwłasz­cza te po­ten­cjal­nie bo­le­sne.

Ilość, cena, trwa­łość

Moja pra­bab­cia, miesz­ka­ją­ca od kil­ku­dzie­się­ciu lat w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, przy­wio­zła stam­tąd po­wie­dze­nie, że na ta­nie rze­czy stać tyl­ko naj­bo­gat­szych. Ta­nie pro­duk­ty, wy­ko­na­ne bez dba­ło­ści o wy­koń­cze­nie, z ma­te­ria­łów sła­bej ja­ko­ści, mają krót­ką ży­wot­ność. Cza­sem może się wy­da­wać, że upo­lo­wa­li­śmy oka­zję, bo uda­ło się ku­pić coś wy­jąt­ko­wo ko­rzyst­nie. Czę­sto jed­nak cena przy­ćmie­wa zdro­wy roz­są­dek, któ­ry na­ka­zu­je bli­żej przyj­rzeć się ja­ko­ści wy­ko­na­nia da­ne­go pro­duk­tu.

Je­że­li wy­bie­ra­my przed­mio­ty wy­ko­na­ne ze sła­bych ma­te­ria­łów, to siłą rze­czy szyb­ko się ze­psu­ją. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie two­rzy­wo, z któ­re­go zo­sta­ły wy­ko­na­ne, nie jest do­sta­tecz­nie od­por­ne na eks­plo­ata­cję. Po­dob­na za­sa­da do­ty­czy dba­ło­ści o de­ta­le i wy­koń­cze­nia. Mo­że­my mieć wra­że­nie, że to zbęd­ny szcze­gół i kom­bi­na­tor­stwo pro­jek­tan­tów, jed­nak ta­kie dzia­ła­nia mają swój cel. Do­kład­ne ob­szy­cie dziur­ki na gu­zik w ko­szu­li spra­wia, że mimo czę­ste­go od­pi­na­nia i za­pi­na­nia, ma­te­riał się nie strzę­pi. Me­ta­lo­we oku­cia przy tor­bie po­zwa­la­ją na swo­bod­ne sta­wia­nie jej na róż­nych po­wierzch­niach, bez oba­wy o to, że ma­te­riał, z któ­re­go zo­sta­ła wy­ko­na­na, się znisz­czy. Me­ble wy­ko­na­ne z drew­na po­tra­fią prze­trwać po­ko­le­nia, pod­czas gdy te zro­bio­ne ze sklej­ki bar­dzo szyb­ko się roz­war­stwią.

Zwy­kle więc tani za­kup koń­czy się tym, że szyb­ko mu­si­my ku­pić nową rzecz, bo sta­ra nie na­da­je się już do użyt­ku. Sy­tu­acja może po­wtó­rzyć się ko­lej­ny raz i jesz­cze ko­lej­ny, skut­kiem cze­go ze wszyst­kich tych bu­bli uzbie­ra się kwo­ta, któ­ra po­zwo­li­ła­by nam na za­kup przed­mio­tu do­brej ja­ko­ści. Albo na­wet więk­sza. Tym­cza­sem za­miast po­rząd­ne­go na­byt­ku, koń­czy­my ze ster­tą rze­czy w sła­bym ga­tun­ku.

Wy­rzu­ca­nie nie roz­wią­zu­je pro­ble­mu

Lu­bię dzia­łać stop­nio­wo. Idea zmie­nia­nia ca­łe­go swo­je­go ży­cia „od po­nie­dział­ku”, pod wpły­wem ja­kie­goś im­pul­su, rzad­ko do mnie prze­ma­wia. W ta­kiej sy­tu­acji zwy­kle jed­no­cze­snych re­wo­lu­cji jest zbyt dużo, by mo­gło nam na nie wy­star­czyć po­cząt­ko­we­go za­pa­łu.

W myśl po­dob­nej za­sa­dy wpro­wa­dza­łam w ży­cię ideę uprasz­cza­nia. Nie prze­szłam przez na­głą fazę wy­rzu­ca­nia wszyst­kie­go, co po­pad­nie, bo ta­kie­go za­cho­wa­nia naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie ro­zu­miem ani nie po­chwa­lam. Zo­sta­łam na­uczo­na sza­cun­ku do lu­dzi, a ten wy­ra­ża się rów­nież w spo­so­bie, w jaki trak­tu­je­my rze­czy przez nich wy­two­rzo­ne.

Ma­so­we, bez­myśl­ne wy­rzu­ca­nie – w imię idei, o któ­rej prze­czy­ta­li­śmy w ga­ze­cie lub na blo­gu i do­szli­śmy do wnio­sku, że ma sens, a już na pew­no jest mod­na – jest taką samą uciecz­ką od pro­ble­mów jak kom­pul­syw­ne za­ku­py. Bez ja­kiej­kol­wiek re­flek­sji czy pró­by zna­le­zie­nia przy­czy­ny. Sko­ro już ku­pi­liś­my ja­kiś przed­miot, mu­si­my naj­pierw za­sta­no­wić się, z ja­kie­go po­wo­du to zro­bi­li­śmy. A za­nim bez­myśl­nie wy­rzu­ci­my go do ko­sza, war­to przy­po­mnieć so­bie, że ten pro­dukt to rów­nież lu­dzie, któ­rzy go wy­ko­na­li, ma­te­ria­ły uży­te do wy­pro­du­ko­wa­nia i śro­do­wi­sko, któ­re ucier­pia­ło wsku­tek pro­duk­cji. Je­śli mamy już ja­kiś przed­miot, to je­ste­śmy za nie­go te­raz od­po­wie­dzial­ni.

Wy­rzu­ca­nie bez re­flek­sji ni­cze­go nas nie uczy. Ła­two przy­szło, ła­two po­szło. Na­wet je­śli nie­po­trzeb­nie coś wy­rzu­ci­my, to prze­cież mo­że­my ku­pić raz jesz­cze to samo. Nie­trud­no jest się cze­goś po­zbyć, ko­sze na śmie­ci i śmiet­ni­ska są po brze­gi wy­pcha­ne rze­cza­mi, któ­rych nikt już nie chce. Bez­re­flek­syj­nie wy­rzu­cić po­tra­fi każ­dy, a po­tem za ty­dzień pójść do skle­pu i rów­nie bez­myśl­nie ku­pić prak­tycz­nie to samo. Wy­zwa­niem jest za­sta­no­wić się nad tym, dla­cze­go w ogó­le po­sia­da­my ten przed­miot. I je­śli fak­tycz­nie jest nam nie­po­trzeb­ny – zna­leźć dla nie­go no­we­go wła­ści­cie­la czy inne za­sto­so­wa­nie. A na­stęp­nym ra­zem ku­po­wać w spo­sób bar­dziej prze­my­śla­ny.

4. KIE­DY ZA­KU­PY STA­JĄ SIĘ PRO­BLE­MEM

Ku­po­wa­nie samo w so­bie nie jest ni­czym złym. W dzi­siej­szych cza­sach jest je­dy­nym spo­so­bem na umoż­li­wie­nie so­bie prze­trwa­nia. Mało kto bo­wiem po­sia­da go­spo­dar­stwo, dzię­ki któ­re­mu mógł­by być w peł­ni sa­mo­wy­star­czal­ny. Na do­brą spra­wę mało kto sa­mo­dziel­nie wy­twa­rza ja­ki­kol­wiek pro­dukt. Zwy­kle nasz ogród, je­że­li już coś się w tej ma­te­rii dzie­je, ogra­ni­cza się do kil­ku do­ni­czek ziół na pa­ra­pe­cie. Dla­te­go ku­po­wa­nie jest nor­mal­ne. Kie­dyś mie­li­śmy han­del wy­mien­ny, te­raz na­by­wa­my wszyst­ko za pie­nią­dze. Drob­na zmia­na, ale sens po­zo­stał taki sam. Pro­blem po­ja­wia się jed­nak wte­dy, gdy ku­po­wa­nie sta­je się jed­nym z nad­rzęd­nych ce­lów na­sze­go ży­cia.

Two­rze­nie ilu­zo­rycz­nych po­trzeb

Od kil­ku lat dużo mówi się o kry­zy­sie, bez­ro­bo­ciu czy ni­skich za­rob­kach. Tym­cza­sem (wy­łą­cza­jąc z tego oso­by ży­ją­ce w praw­dzi­wym ubó­stwie) praw­da jest taka, że two­rzy­my spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym wszyst­kie­go jest po­nad mia­rę.

Ist­nie­je coś ta­kie­go jak teo­ria hie­rar­chii po­trzeb zde­fi­nio­wa­na przez Abra­ha­ma Ma­slo­wa, okre­śla­ją­ca od naj­waż­niej­sze­go do naj­mniej waż­ne­go wszyst­kie wy­mo­gi ży­cio­we czło­wie­ka. Naj­waż­niej­sze są oczy­wi­ście po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne, któ­re w więk­szo­ści przy­pad­ków są za­spo­ko­jo­ne, przy­pusz­czam, że żad­na z osób czy­ta­ją­cych tę książ­kę nie umie­ra z nie­do­ży­wie­nia.

Pro­blem leży w tym, że wie­le po­trzeb wyż­sze­go rzę­du sta­ra­my się za­spo­ko­ić za po­mo­cą za­ku­pów. Czę­sto za­czy­na­my od ku­po­wa­nia so­bie ilu­zji bez­pie­czeń­stwa. Da­lej prze­no­si­my się na mi­łość, ak­cep­ta­cję, pre­stiż czy sa­mo­re­ali­za­cję.

Rys. 1. Teo­ria hie­rar­chii ludz­kich po­trzeb – pi­ra­mi­da Ma­slo­wa.

Jest to je­den z po­wo­dów, dla któ­rych ku­pu­je­my znacz­nie wię­cej, niż po­trze­bu­je­my. Wię­cej niż w ogó­le je­ste­śmy w sta­nie wy­ko­rzy­stać czy skon­su­mo­wać. Sku­tek jest taki, że masa rze­czy naj­zwy­czaj­niej w świe­cie się mar­nu­je. Nie je­ste­śmy na­wet w sta­nie prze­jeść wy­peł­nio­nych po brze­gi lo­dó­wek. Ilość wy­rzu­ca­nej dzien­nie żyw­no­ści jest za­trwa­ża­ją­ca. I to nie tyl­ko w ska­li ogni­ska do­mo­we­go, cho­dzi o całe mar­ke­ty i li­nie pro­duk­cyj­ne. Rze­czy, któ­rych prze­zna­cze­niem nie jest kon­sump­cja, od­cho­dzą w za­po­mnie­nie, lą­du­jąc gdzieś na dnie sza­fy czy w pu­dle.

Mimo wszyst­ko cią­gle nam mało. Czę­sto na­dal je­ste­śmy błęd­nie prze­ko­na­ni, że po­dą­ża­nie za tren­da­mi i ku­po­wa­nie jest słusz­ną dro­gą do za­do­wo­le­nia.

O tym, że szczę­ścia nie da się ku­pić, niby każ­dy wie, a mimo to wie­lu pró­bu­je to ro­bić. Jak do­tąd nikt nie wy­na­lazł mie­szan­ki „szczę­ście in­stant”, któ­rą wy­star­czy wrzu­cić do ko­szy­ka w mar­ke­cie, a w domu za­lać wrząt­kiem. I coś mi mówi, że nikt ni­g­dy ta­kiej nie wy­naj­dzie.

Za­ku­py kom­pen­sa­cyj­ne i kom­pul­syw­ne

Ma­ri­lyn Mon­roe ma­wia­ła, że „pie­nią­dze szczę­ścia nie dają, do­pie­ro za­ku­py”. Pro­blem w tym, że nie za­pew­nia go ani jed­no, ani dru­gie. Jim Car­rey po­wie­dział: „Chciał­bym, żeby każ­dy czło­wiek miał szan­sę kie­dyś stać się sław­nym i bo­ga­tym oraz żeby ku­pił wszyst­ko, o czym ma­rzył – bo tyl­ko w ten spo­sób zro­zu­mie, że nie taki jest cel ży­cia”.

Sam Jim, po­dob­nie zresz­tą jak Ro­wan At­kin­son czy Ben Stil­ler, po­mi­mo swej ko­me­dio­wej otocz­ki i, jak­by nie było – za­moż­no­ści, w głę­bi du­szy po­zo­sta­je smut­ny. Każ­dy z nich przez pe­wien czas zma­gał się z de­pre­sją.

Szczę­ście nie spa­da z nie­ba, nikt nie może nam go po­da­ro­wać ani też nie moż­na go ku­pić. Je­dy­ne, co da się zro­bić, to po pro­stu two­rzyć je so­bie sa­mo­dziel­nie. Eli­mi­nu­jąc to, co zbęd­ne, a po­szu­ku­jąc w so­bie i w oto­cze­niu tego, co praw­dzi­we i war­to­ścio­we. I nie mam tu na my­śli je­dy­nie ubrań, ga­dże­tów czy ksią­żek, ale rów­nież, a może wła­śnie przede wszyst­kim, po­zby­cie się ne­ga­tyw­nych emo­cji, stre­su czy błęd­ne­go wy­obra­że­nia o so­bie. Jak rów­nież eli­mi­na­cję re­la­cji, któ­re nie są dla nas waż­ne ani ko­rzyst­ne. Czy­li po pro­stu upo­rząd­ko­wa­nie ży­cia i zro­bie­nie w nim miej­sca na więk­szą świa­do­mość i uważ­ność.

Za­ku­py to im­puls, chwi­la sła­bo­ści. W ko­szy­ku lą­du­ją rze­czy, któ­rych wca­le nie po­trze­bu­jesz. Być może odro­bi­na przy­jem­no­ści po­ja­wi­ła się w przy­mie­rzal­ni albo pod­czas pła­ce­nia przy ka­sie. To tego typu po­bud­ki spra­wia­ją, że na­sze port­fe­le sta­ją się pu­ste. Po­dob­nie zresz­tą jak ży­cie. Choć po­zor­nie wy­peł­nio­ne jest wie­lo­ma rze­cza­mi.

Świa­do­me za­ku­py

Nad­mier­ne i cha­otycz­ne za­ku­py są jak każ­dy inny na­wyk, w związ­ku z czym pra­co­wać trze­ba tu­taj nie tyl­ko ze skut­kiem, ale przede wszyst­kim z po­szu­ki­wa­niem i ni­we­lo­wa­niem przy­czy­ny. Za­cznij­my od tego, że w na­szym świe­cie bar­dzo rzad­ko zda­rza się, że na­praw­dę nie masz się w co ubrać. Albo nie masz w czym po­da­wać do sto­łu. Albo nie masz na czym spać. Krót­ko mó­wiąc – masz. A za­ku­py nie wy­ni­ka­ją z re­al­ne­go za­po­trze­bo­wa­nia, tyl­ko po pro­stu z za­chcian­ki. Ku­pu­jesz, bo chcesz ko­muś za­im­po­no­wać, lu­bisz się po­ka­zać, nu­dzisz się, pra­gniesz no­wo­ści albo pró­bu­jesz za­ku­pa­mi za­tu­szo­wać pro­ble­my w pra­cy, w domu, w związ­ku czy lub jego brak. Po­tęż­na ma­chi­na, jaką jest mar­ke­ting, chęt­nie to wy­ko­rzy­sta i za wszel­ką cenę bę­dzie cię prze­ko­ny­wać, że wła­śnie TEN przed­miot jest le­kiem na wszyst­kie two­je bo­lącz­ki.

5 spo­so­bów na świa­do­me za­ku­py:

1. Za­pi­suj wy­dat­ki

Czę­sto jest tak, że na­wet nie mamy po­ję­cia, na co wy­da­je­my na­sze pie­nią­dze. Przy­cho­dzi ko­niec mie­sią­ca, port­fel świe­ci pust­ka­mi, a my za żad­ne skar­by nie po­tra­fi­my po­wie­dzieć, gdzie po­dzia­ła się na­sza wy­pła­ta.

Naj­ła­twiej jest po pro­stu zbie­rać pa­ra­go­ny, po to, by po­tem choć z grub­sza roz­dzie­lić je so­bie na za­ku­py spo­żyw­cze, ko­sme­ty­ki, ubra­nia, roz­ryw­kę. To moje lo­so­wo wy­bra­ne przy­kła­dy, po­dział na gru­py jest zu­peł­nie do­wol­ny. Być może two­im ce­lem nie jest uświa­do­mie­nie so­bie, ile wy­da­jesz na książ­ki a ile na buty, ale ra­czej po­sta­wie­nie sie­bie przed fak­tem, że za bar­dzo da­jesz się po­nieść pod­czas za­ku­pów in­ter­ne­to­wych. Wte­dy wy­star­czy po­dzie­lić pa­ra­go­ny na to, co ku­pu­jesz w sta­cjo­nar­nych skle­pach i na za­ku­py on­li­ne. Taką we­ry­fi­ka­cję naj­le­piej jest prze­pro­wa­dzać przez dłuż­szy okres, czy­li co naj­mniej przez mie­siąc.

Naj­waż­niej­sze to wie­dzieć, na czym się stoi. Cała resz­ta już ja­koś pój­dzie.

2. Ustal li­mi­ty

Gdy już otrzą­śniesz się z fak­tu, że swo­ją wy­pła­tą dziel­nie wspie­rasz skle­py odzie­żo­we, wnę­trzar­skie, księ­gar­nie czy jesz­cze inne, czas na pod­ję­cie sen­sow­nych dzia­łań.

Do­sko­na­le wiesz, ile za­ra­biasz. Wiesz też, że pie­nią­dze nie ro­sną na drze­wie i że za swo­je za­chcian­ki pła­cisz swo­im cza­sem. Dla­te­go ustal so­bie li­mi­ty. Mo­żesz w zło­tów­kach, a mo­żesz też w go­dzi­nach. Stwier­dze­nie „na nowe mod­ne ubra­nia prze­zna­czę w tym mie­sią­cu 31 go­dzin mo­je­go ży­cia” brzmi tak do­sad­nie, że chce się ku­po­wać jesz­cze mniej.

Po­wta­rzaj to so­bie rów­nież za każ­dym ra­zem, gdy do­pad­nie cię ja­kaś za­chcian­ka. Pa­mię­taj, nowy cień do po­wiek czy pacz­ka pa­pie­ro­sów to nie tyl­ko 20 zło­tych, ale w wie­lu przy­pad­kach na­wet dwie go­dzi­ny pra­cy. A co za tym idzie – ży­cia.

3. Zrób so­bie de­toks in­spi­ra­cyj­ny

Ży­je­my w epo­ce in­for­ma­cyj­nej. Ra­dio, te­le­wi­zja, ma­ga­zy­ny (choć ten ze­staw to już tro­chę prze­ży­tek), por­ta­le, blo­gi, so­cial me­dia – wszyst­kie po­ka­zu­ją ci spo­so­by, dzię­ki któ­rym mo­żesz wy­glą­dać i czuć się le­piej. Czę­sto jed­nak bez­po­śred­nio po­wią­za­ne z za­ku­pa­mi. Je­śli chcesz się przed tym uchro­nić, je­dy­nym wyj­ściem może być de­toks in­for­ma­cyj­ny. Wy­pisz się z new­slet­te­rów, któ­re in­for­mu­ją cię o ko­lej­nych zniż­kach, prze­stań ku­po­wać ko­lo­ro­we ma­ga­zy­ny, nie prze­glą­daj blo­gów mo­do­wych, kie­dy nie szu­kasz okre­ślo­nej rze­czy ani po­my­słu na ze­sta­wie­nie kon­kret­nych ele­men­tów gar­de­ro­by. Nie oglą­daj te­le­wi­zji, któ­ra nie­ste­ty oprócz pro­gra­mu czy fil­mu, któ­re fak­tycz­nie chcesz obej­rzeć, ser­wu­je ci do­dat­ko­wo re­kla­mo­wą pap­kę.

I przede wszyst­kim – prze­stań cho­dzić po skle­pach bez kon­kret­ne­go celu i li­sty za­ku­pów. Je­śli na­praw­dę nie masz co zro­bić z cza­sem, choć w dzi­siej­szym świe­cie to ra­czej rzad­kość, po­sta­raj się o ja­kieś kre­atyw­ne, cie­ka­we, po­ży­tecz­ne albo zdro­we za­ję­cie. Umów się ze zna­jo­mym, jed­nak za­miast iść na za­ku­py, czy spę­dzać dzień przy kon­so­li, za­graj­cie w kar­ty, idź­cie na ro­wer albo ugo­tuj­cie coś wspól­nie. Za­pisz się na fit­ness czy jogę, do­łącz do ja­kie­goś koła za­in­te­re­so­wań. Za­przy­jaź­nij się z po­bli­ską bi­blio­te­ką i roz­wi­jaj sie­bie i swo­ją wy­obraź­nię, czy­ta­jąc. Wy­ra­żaj sie­bie przez pi­sa­nie, ma­lo­wa­nie, ta­niec czy śpiew. Na­praw­dę ist­nie­je nie­skoń­czo­na licz­ba fan­ta­stycz­nych rze­czy, któ­ry­mi moż­na się za­jąć. I każ­da z nich jest o nie­bo lep­sza niż za­ku­py dla za­bi­cia cza­su.

4. „Nie” dla kom­pro­mi­sów

W dzi­siej­szych cza­sach ku­pić jest na­praw­dę bar­dzo ła­two. Wszyst­kie­go jest w bród, dla­te­go roz­py­cha­nie sza­fy ko­lej­nym na­byt­kiem to na­praw­dę ża­den wy­czyn. Trud­niej­sze sta­je się ku­po­wa­nie rze­czy na­praw­dę do­brej ja­ko­ści i ta­kich, któ­re speł­nia­ją na­sze ocze­ki­wa­nia pod każ­dym wzglę­dem.

Dla­te­go nie idź na kom­pro­mi­sy, bo nie ma to żad­ne­go sen­su. Nie ro­bisz tym przy­słu­gi ni­ko­mu, a już na pew­no nie so­bie i nie swo­je­mu port­fe­lo­wi. Je­śli wi­dzisz rzecz, któ­ra niby ci się po­do­ba, ale jed­nak masz jej coś do za­rzu­ce­nia, to po pro­stu jej nie ku­puj. Pro­ste. Jak nie ku­pisz dziś, to ku­pisz kie­dy in­dziej. Za­ku­py nie za­jąc.

A na­wet je­śli nie ku­pisz wca­le, to też jesz­cze nie ko­niec świa­ta. Wi­docz­nie da się bez tego żyć.

5. Od­kła­daj za­ku­py w cza­sie i twórz wish list

Je­śli coś wpad­nie ci w oko, to wca­le jesz­cze nie ozna­cza, że od razu mu­sisz biec do skle­pu i to ku­pić. Czę­sto jest tak, że na­by­wa­my coś pod wpły­wem emo­cji, tyl­ko dla­te­go, że spryt­nie wy­ko­rzy­stał to ja­kiś spec mar­ke­tin­go­wy.

Wi­dzisz: re­kla­mę uśmiech­nię­tej ro­dzi­ny, sie­dzą­cej przy drew­nia­nym sto­le i za­ja­da­ją­cej z uśmie­chem nie­dziel­ne śnia­da­nie.

Czu­jesz: mi­łość, szczę­ście i nie­spiesz­ne ży­cie.

My­ślisz: jak tyl­ko ku­pię ten (nie­ziem­sko dro­gi) stół, to moje ży­cie też za­cznie tak wy­glą­dać.

Cza­sem po pro­stu wpa­da ci w oko ja­kiś bil­l­bo­ard, na któ­rym pięk­na mo­del­ka o nie­na­gan­nej fi­gu­rze i nie­bo­tycz­nie dłu­gich no­gach przy­cią­ga spoj­rze­nia wszyst­kich męż­czyzn. Do­cho­dzisz do wnio­sku, że gdy zdo­bę­dziesz re­kla­mo­wa­ny przez nią krem to w ten sam spo­sób cała uwa­ga sku­pi się wła­śnie na to­bie. Albo bez­myśl­nie prze­glą­dasz ga­ze­tę i tra­fiasz na zdję­cie męż­czy­zny w ele­ganc­kim sa­mo­cho­dzie, oto­czo­ne­go wia­nusz­kiem ko­biet. Chcesz mieć to, co on, więc roz­wa­żasz za­kup no­we­go auta.

Dla­te­go za­nim coś ku­pisz, za­sta­nów się, dla­cze­go tak na­praw­dę chcesz to zro­bić? I naj­le­piej za­miast biec do skle­pu, zwłasz­cza w przy­pad­ku, gdy pro­dukt na­le­ży do tych droż­szych, za­pisz so­bie jego na­zwę na kart­ce i suk­ce­syw­nie do­pi­suj wszyst­kie ar­gu­men­ty za i prze­ciw, tak by wy­cią­gnąć kon­kret­ne i spra­wie­dli­we wnio­ski od­no­śnie do tego, czy na­praw­dę jest ci po­trzeb­ny.

Za­pi­sy­wa­nie spraw­dzi się rów­nież przy tych mniej zna­czą­cych za­ku­pach. Rób so­bie li­sty rze­czy, co do któ­rych uwa­żasz, że miło by­ło­by je mieć. Z tą róż­ni­cą, że za­miast biec z taką roz­pi­ską na za­ku­py, po pro­stu odłóż ją do szu­fla­dy. Wy­cią­gnij ją do­pie­ro za mie­siąc, by prze­ko­nać się, że po pierw­sze, bez pro­ble­mu moż­na było bez tych rze­czy żyć; po dru­gie, bar­dzo moż­li­we, że już na­wet o nich nie pa­mię­tasz; po trze­cie, moda zmie­ni­ła się tak szyb­ko, że wca­le nie są już ta­kie tren­dy. Je­śli jed­nak po ta­kim cza­sie na­dal od­czu­wasz po­trze­bę ich po­sia­da­nia i masz na to sen­sow­ne, nie­pod­szy­te emo­cja­mi ar­gu­men­ty – być może war­to fak­tycz­nie roz­wa­żyć za­kup? Albo scho­wać li­stę do szu­fla­dy na ko­lej­ny mie­siąc i prze­ko­nać się, co sta­nie się wte­dy.

5. PRZE­STRZEŃ WO­KÓŁ

Dom i jego oto­cze­nie kształ­tu­ją czło­wie­ka. Co do tego są zgod­ni za­rów­no ar­chi­tek­ci i psy­cho­lo­dzy, jak i mę­dr­cy Wscho­du czy Za­cho­du. Miej­sce, w któ­rym prze­by­wa­my, wpły­wa na to, jak my­śli­my i jak kreu­je­my rze­czy­wi­stość.

Z wy­kształ­ce­nia je­stem ar­chi­tek­tem i choć po­win­nam mieć przez to sła­bość do bu­dyn­ków jako ca­ło­ści, za­wsze bar­dziej skła­nia­łam się ku wnę­trzom. Przez dłu­gi czas by­łam rów­nież moc­no za­fa­scy­no­wa­na feng shui, choć zde­cy­do­wa­nie bar­dziej pod ką­tem psy­cho­lo­gicz­nym niż śle­pe­go prze­kle­ja­nia na nasz grunt ca­łej fi­lo­zo­fii. Za­wsze sta­ra­łam się ob­ser­wo­wać i szu­kać bez­po­śred­nie­go po­łą­cze­nia po­mię­dzy prze­strze­nią, w któ­rej się ob­ra­ca­my a na­szym sa­mo­po­czu­ciem i ży­cio­wym po­wo­dze­niem. Le Cor­bu­sier, fran­cu­ski ar­chi­tekt, twier­dził, że „czło­wiek po­trze­bu­je do ży­cia prze­strze­ni, świa­tła, po­rząd­ku, tak jak po­ży­wie­nia i po­sła­nia”. Idąc tym tro­pem, dba­nie o prze­strzeń wo­kół po­win­no być pra­wie na­szą po­trze­bą fi­zjo­lo­gicz­ną.

Wszyst­ko wo­kół dzie­je się obec­nie dość szyb­ko. Wie­lu z nas miesz­ka w mia­stach, a w pra­cy i w kor­kach spę­dza dłu­gie go­dzi­ny. Nie­ko­niecz­nie to lu­bi­my, więc na­rze­ka­my, jed­nak wy­pro­wa­dze­nie się na wieś nie może być an­ti­do­tum na wszyst­kie pro­ble­my tego świa­ta. Zu­peł­nie nie ma to sen­su. Dla­te­go za­miast na­rze­kać na na­szą rze­czy­wi­stość, le­piej jest mo­de­ro­wać ją w taki spo­sób, by sta­ła się dla nas jak naj­bar­dziej przy­ja­zna.

W domu lub miesz­ka­niu po­win­ni­śmy znaj­do­wać spo­kój i od­po­czy­nek od stre­su, na jaki na­ra­ża nas ży­cie w mia­stach. Cu­dow­ną in­spi­ra­cją mogą być ja­poń­skie wnę­trza. Hoł­du­ją pro­sto­cie, czuć w nich sza­cu­nek do ma­te­ria­łów. Wszyst­kie przed­mio­ty, ja­ki­mi po­słu­gu­ją się Ja­poń­czy­cy, są po­ręcz­ne i nie­wiel­kie. Po uży­ciu cho­wa je się po pro­stu do sza­fy.

Jak prze­strzeń wpły­wa na sa­mo­po­czu­cie

Sztu­ka do­brej aran­ża­cji prze­strze­ni za­czy­na się od zro­zu­mie­nia, że na­sze oto­cze­nie ma na nas bez­po­śred­ni wpływ. Dla­te­go war­to jest wy­kro­czyć poza zja­wi­sko mody do­ty­czą­cej urzą­dza­nia miesz­kań i za­sta­no­wić się nad tym, co dzia­ła na nas do­brze, a cze­go le­piej jest się wy­strze­gać. Stu­dio­wa­nie prze­strze­ni, w któ­rej obec­nie miesz­ka­my, sta­je się stud­nią wie­dzy. Dzię­ki temu mo­że­my zo­ba­czyć ob­raz nas sa­mych od­bi­ty przez nasz dom. A do­pie­ro sa­mo­po­zna­nie two­rzy grunt do prze­mia­ny i roz­wo­ju. Oczysz­cza­jąc i ulep­sza­jąc prze­strzeń wo­kół, ro­bi­my bez­po­śred­nio bar­dzo dużo do­bre­go dla na­sze­go wnę­trza.

Mi­ni­ma­lizm i wpływ prze­strze­ni na sa­mo­po­czu­cie był te­ma­tem mo­jej pra­cy ma­gi­ster­skiej pi­sa­nej w Da­nii pod okiem wspa­nia­łych na­uczy­cie­li. Za­rów­no w de­si­gnie, mo­dzie, jak i ar­chi­tek­tu­rze prze­wi­nę­ło się wie­lu twór­ców udo­wad­nia­ją­cych swo­im przy­kła­dem, że mniej zna­czy wię­cej. Ken­neth Framp­ton, Lu­dwig Mies van der Rohe, Coco Cha­nel czy przed­sta­wi­cie­le Bau­hau­su – dla nich wszyst­kich mi­ni­ma­lizm i prag­ma­tyzm sta­ły się fi­la­ra­mi ide­olo­gii.

Pod­sta­wo­wą rolą na­sze­go domu jest za­pew­nie­nie nam ochro­ny przed wa­run­ka­mi at­mos­fe­rycz­ny­mi. W dal­szej ko­lej­no­ści pra­gnie­my rów­nież ochra­niać nasz do­by­tek. Jed­nak na tym się nie koń­czy. Za­da­niem domu jest rów­nież przy­wró­ce­nie nam ener­gii i rów­no­wa­gi, a tak­że umoż­li­wie­nie zre­lak­so­wa­nia się.

Tak samo jak cia­ło sta­no­wi ochro­nę dla na­sze­go du­cha, tak nasz dom sta­je się schro­nie­niem dla nas sa­mych. W kwe­stii dba­nia o cia­ło je­ste­śmy co­raz bar­dziej świa­do­mi, sta­ra­my się do­brze od­ży­wiać, upra­wia­my spor­ty, ko­rzy­sta­my też z róż­nych za­bie­gów ko­sme­tycz­nych. Ta­kie samo po­dej­ście po­win­ni­śmy mieć rów­nież do na­sze­go domu, aby stał się miej­scem, w któ­rym ko­cha­my prze­by­wać.

Ba­ła­gan i jego od­bi­cie w ży­ciu

Każ­dy aspekt two­je­go ży­cia jest bez­po­śred­nio po­wią­za­ny z prze­strze­nią, w któ­rej ży­jesz i pra­cu­jesz. Po­zby­cie się ba­ła­ga­nu przy­no­si tak nie­sa­mo­wi­te re­zul­ta­ty nie tyl­ko dla­te­go, że w upo­rząd­ko­wa­nym wnę­trzu le­piej się żyje, ale przede wszyst­kim przez to, że po­rząd­ku­jąc świat ze­wnętrz­ny, ukła­dasz swo­je spra­wy rów­nież we­wnątrz.

To, jak wy­glą­da ota­cza­ją­ca cię prze­strzeń, od­zwier­cie­dla two­je wnę­trze. Po­rząd­ku­jąc ją, zwięk­szasz za­kres swo­ich moż­li­wo­ści. Każ­dy ba­ła­gan blo­ku­je prze­pływ ener­gii, co po­wo­du­je sta­gna­cję w ży­ciu. Usu­nię­cie tych prze­szkód wpro­wa­dza więk­szą rów­no­wa­gę oraz otwie­ra cię na nowe po­my­sły i moż­li­wo­ści.

Brud za­wsze ob­ni­ża po­ziom ener­gii wo­kół. Tak samo jak ba­ła­gan przy­cią­ga ba­ła­gan. Je­że­li ktoś wy­rzu­ci na chod­nik ga­ze­tę, bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że w krót­kim cza­sie za­czną się wo­kół niej gro­ma­dzić inne śmie­ci. Zja­wi­sko bar­dzo ła­two za­ob­ser­wo­wać w du­żych mia­stach, jed­nak w domu czy miesz­ka­niu dzia­ła do­kład­nie tak samo. Za­czy­na się od jed­nej rze­czy odło­żo­nej bez­myśl­nie nie na swo­je miej­sce, póź­niej sto­sik wo­kół niej ro­śnie.

Je­że­li trzy­masz w domu rze­czy, któ­re z ja­kie­goś po­wo­du źle ci się ko­ja­rzą, to nie­za­leż­nie od tego, czy mogą być jesz­cze przy­dat­ne, czy nie, po­win­ny zo­stać usu­nię­te. Rze­czy zaj­mu­ją nie tyl­ko prze­strzeń fi­zycz­ną, lecz tak­że wpły­wa­ją ne­ga­tyw­nie na psy­chi­kę.

Po­rząd­ko­wa­nie prze­strze­ni

Na po­czą­tek przejdź się po domu i przyj­rzyj się wszyst­kim po­psu­tym rze­czom. Zde­cy­duj, czy trze­ba je na­pra­wić, czy le­piej wy­rzu­cić. Ukryj w li­stwach wi­szą­ce ka­ble, wy­mień nie­wy­god­ne uchwy­ty, na­praw ze­psu­te za­wia­sy czy ciek­ną­ce kra­ny. Me­ble prze­staw, tak by do wszyst­kich mieć wy­god­ny do­stęp.

Po­sta­raj się usu­nąć z miesz­ka­nia rze­czy, któ­re nie są nie­zbęd­ne. Wnę­trze po­zba­wio­ne bi­be­lo­tów może wy­dać ci się na po­cząt­ku nie­co pu­ste, ale zo­ba­czysz, że prze­strzeń po­zwo­li ci od­dy­chać peł­ną pier­sią. Je­śli nie wiesz, od cze­go za­cząć, za­cznij od naj­trud­niej­sze­go!

Znajdź naj­bar­dziej za­gra­co­ne miej­sca w domu i roz­pocz­nij wła­śnie od nich. Czę­sto z uwa­gi na fakt, że są brzyd­kie, po­zo­sta­ją ukry­te. Może to być np. sza­fa w przed­po­ko­ju albo skła­do­wi­sko śmie­ci pod łóż­kiem. Do sprzą­ta­nia naj­le­piej jest wy­zna­czyć so­bie kon­kret­ny dzień i za­jąć się tyl­ko tym.

De­cy­zję o in­ten­syw­no­ści sprzą­ta­nia mu­sisz pod­jąć sa­mo­dziel­nie. Nie­któ­rzy wolą dzia­łać stop­nio­wo i sprzą­tać przez 1–2 go­dzi­ny dzien­nie, inni sta­wia­ją na ra­dy­ka­lizm i po­rząd­ko­wa­nie ca­łe­go miesz­ka­nia na­raz. Je­śli wo­lisz zmia­ny wpro­wa­dzać po­ma­łu – wy­bie­raj so­bie po­je­dyn­cze za­da­nia, jed­na szaf­ka, na­wet jed­na szu­fla­da. Tak żeby się nie prze­stra­szyć ilo­ści pra­cy. Sta­raj się jed­nak wte­dy wy­sprzą­tać wszyst­ko, co so­bie wy­zna­czysz, za jed­nym ra­zem. Roz­bi­ja­nie tego na kil­ka po­dejść nie jest do­brym po­my­słem.

Przy oczysz­cza­niu prze­strze­ni naj­le­piej jest wy­rzu­cić wszyst­ko na pod­ło­gę i wy­ko­rzy­stać kla­sycz­ną me­to­dę dzie­le­nia na trzy gru­py:

• Przy­dat­ne

• Wa­ham się

• Zbęd­ne

Dla rze­czy z gru­py „przy­dat­ne” wy­zna­cza­my sta­łe miej­sce. Albo w szaf­ce czy szu­fla­dzie, z któ­rej po­cho­dzą, albo za­no­si­my je gdzieś in­dziej. To, co zna­la­zło się w gru­pie „wa­ham się”, lą­du­je w pu­dle. Je­śli oka­że się, że przez ja­kiś okre­ślo­ny czas za tym nie za­tę­sk­ni­my – prze­cho­dzi do gru­py trze­ciej. Rze­czy z ostat­niej gru­py sprze­da­je­my, od­da­je­my, wy­rzu­ca­my – w za­leż­no­ści od ich sta­nu.

Ży­cie w po­rząd­ku sta­je się przy­jem­no­ścią

Tak jak na­sze zdro­wie za­le­ży od sty­lu ży­cia i tego, co jemy, tak we­wnętrz­na rów­no­wa­ga za­le­ży od tego, jak wy­glą­da nasz dom. Dla­te­go tak waż­ne jest, by dbać o prze­strzeń, w któ­rej ży­je­my, sprzą­tać ją i trak­to­wać z sza­cun­kiem. W koń­cu chro­ni ona naj­więk­sze skar­by – nas sa­mych i na­szą ro­dzi­nę.

Dom, któ­ry jest ume­blo­wa­ny skrom­nie, ale w spo­sób prze­my­śla­ny, po­zwa­la miesz­kań­com się roz­wi­jać, bo za­pew­nia im swo­bo­dę ru­chu, a ta z ko­lei uwal­nia my­śli. Wy­go­da jest sztu­ką, po­dob­nie jak pięk­no. Wi­dać to zwłasz­cza w domu. Przed­mio­ty, któ­ry­mi go urzą­dza­my, po­win­ny być więc jed­no­cze­śnie wy­god­ne, pięk­ne i nie­zbęd­ne. Gdy wszyst­kie będą po­trzeb­ne, po­czu­je­my się wśród nich znacz­nie le­piej. Bę­dzie­my mieć pew­ność, że to my pa­nu­je­my nad rze­cza­mi, a nie od­wrot­nie. Wy­god­na ka­na­pa, miły koc, pu­szy­sty dy­wan, świe­że kwia­ty w wa­zo­nie prze­ma­wia­ją do na­szych zmy­słów. Ta­kie wnę­trze uspo­ka­ja, chce się w nim być jak naj­dłu­żej.

Ba­ła­gan i nad­miar dzia­ła­ją do­kład­nie od­wrot­nie. Wy­bla­kłe dy­wa­ny, za­ku­rzo­ne za­sło­ny i lam­py, ze­psu­te sprzę­ty, ram­ki ze zdję­cia­mi, świecz­ni­ki i set­ki in­nych bi­be­lo­tów. Prze­słu­cha­ne po ty­siąc razy pły­ty i nie­lu­bia­ne książ­ki, ster­ty do­ku­men­tów, re­cept, ra­chun­ków. Nie je­ste­śmy w sta­nie ich wszyst­kich uży­wać i czę­sto za­po­mi­na­my, że w ogó­le ist­nie­ją. A one po­ra­sta­ją ku­rzem i wy­sy­sa­ją z nas ener­gię.

W od­gru­zo­wa­nej prze­strze­ni rze­czy na­bie­ra­ją zna­cze­nia i bla­sku. Każ­da sta­je się dzie­łem sztu­ki. Wy­star­czy kil­ka do­brych ksią­żek, pach­ną­ca her­ba­ta oraz wy­god­ny fo­tel – i już mamy ide­al­ny ką­cik re­lak­su.

Po­kój, w któ­rym po sprzą­ta­niu po­ja­wi­ła się prze­strzeń, sta­je się pe­łen świa­tła i do­brych flu­idów. Sta­je­my się jego go­spo­da­rza­mi, a nie przy­tło­czo­ny­mi przez przed­mio­ty użyt­kow­ni­ka­mi. Prze­by­wa­nie w ta­kim miej­scu jest przy­jem­no­ścią. Ale mu­si­my na­uczyć się przed­kła­dać prze­strzeń nad nad­miar, a kla­sy­kę nad modę.

Z po­rząd­kiem też moż­na prze­sa­dzić

Nie je­stem zwo­len­nicz­ką ste­ryl­nie czy­stych wnętrz. Bar­dzo moż­li­we, że i ty czu­jesz się w ta­kich miej­scach nie­swo­jo, poza tym po­ru­szasz się po nich z nut­ką nie­po­ko­ju, żeby tyl­ko cze­goś nie znisz­czyć lub nie po­bru­dzić.

Twój dom to nie mu­zeum. Słu­ży do miesz­ka­nia, za­ba­wy, uży­wa­nia i po pro­stu do ży­cia. Po­zwól mu po­żyć odro­bi­nę wła­snym ryt­mem, daj nie­któ­rym rze­czom zna­leźć wła­sne miej­sce. Utrzy­my­wa­nie prze­strze­ni w ide­al­nym po­rząd­ku nie może być dla cie­bie źró­dłem na­pięć i fru­stra­cji. Po­lu­zuj, to na­praw­dę nie za­szko­dzi.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis

tre­ści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

SŁO­WO WSTĘ­PU

GO­TO­WOŚĆ DO ZMIAN

RZE­CZY I OR­GA­NI­ZA­CJA

1. Czy wiesz, ile po­sia­dasz?

2. Za wszyst­ko pła­cisz nie pie­niędz­mi, a swo­im cza­sem

3. Świa­do­me uprasz­cza­nie

4. Kie­dy za­ku­py sta­ją się pro­ble­mem

5. Prze­strzeń wo­kół

6. Z cze­go mo­żesz zre­zy­gno­wać?

7. Or­ga­ni­za­cja miej­sca pra­cy

8. Prze­gląd sza­fy

9. Two­rze­nie spój­nej gar­de­ro­by

10. Ba­ła­gan, któ­re­go nie wi­dać

11. Or­ga­ni­za­cja cza­su tak, by nie prze­cie­kał przez pal­ce

12. Jak do­brze pla­no­wać swój ty­dzień?

13. Pro­duk­tyw­ność to pro­ces

14. Pro­kra­sty­na­cja – co ro­bić, by nie od­kła­dać na póź­niej?

15. Dziel się obo­wiąz­ka­mi

16. Bu­dżet do­mo­wy

CIA­ŁO

17. Świa­do­me je­dze­nie

18. Świa­do­me dba­nie o wagę

19. Pro­ste po­tra­wy za­chę­cą do go­to­wa­nia

20. Mniej mię­sa, wię­cej wa­rzyw

21. Mi­ni­ma­lizm w pie­lę­gna­cji

22. Ak­tyw­ność fi­zycz­na i jej wpływ na na­sze ży­cie i zdro­wie

23. Wcze­sne wsta­wa­nie

24. Do­bry sen

25. Co­dzien­ny spa­cer

RE­LA­CJE

26. Nie oce­niaj i nie kry­ty­kuj, ucz się ak­cep­to­wać

27. Na­ucz się wy­ba­czać

28. Mów mniej, słu­chaj wię­cej

29. Słu­chaj in­nych, ale… wierz przede wszyst­kim so­bie

30. Nie je­steś wy­pad­ko­wą ludz­kich ocze­ki­wań

31. Ucz się by­cia ze sobą, by umieć być z kimś

32. Pie­lę­gnuj przy­jaź­nie

33. Ota­czaj się wła­ści­wy­mi ludź­mi

DUCH

34. Zwol­nij

35. Nie cze­kaj. Dzia­łaj

36. Nie martw się na za­pas

37. Wy­lo­guj się

38. Wstań wcze­śniej niż inni

39. Czy­taj i pisz

40. Bądź swo­im przy­ja­cie­lem

41. Luk­sus dnia co­dzien­ne­go

42. Nie skre­ślaj pe­sy­mi­zmu, ale uży­waj go mą­drze

43. Zrób coś no­we­go

44. Do­ceń to, co masz

45. Po­dró­żuj i od­kry­waj sie­bie

46. Weź ży­cie w swo­je ręce

47. Pa­nuj nad stre­sem

48. Nie na­rze­kaj

49. „Nie” dla wy­mó­wek

50. Znajdź swo­je po­wo­ła­nie

51. Ba­lans mię­dzy ży­ciem a pra­cą

52. O czym war­to pa­mię­tać co­dzien­nie?

PO­SŁO­WIE

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Miej umiar 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci