Inni niż my

Inni niż my

Autorzy: Tommi Kinnunen

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 340

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 17.60 zł

Kontynuacja rodzinnych historii z bestsellerowej powieści "Cztery drogi".

„Inni niż my” to historia nowego miejsca – domu powstającego na powojennych gruzach i w cieniu traumatycznej przeszłości. Ciepła, pełna wzruszeń opowieść o losach najmłodszego pokolenia rodziny poznanej w powieści „Cztery drogi”.
Losy głównych bohaterów – niewidomej od urodzenia Heleny, homoseksualnego Tuomasa i Johannesa, poszukującego własnego miejsca w świecie – przynoszą sugestywny obraz życia rodzinnego i, dokonującej się nieuchronnie, pokoleniowej zmiany warty.

„Inni niż my” jest powieścią o tym,  jak pozostać wiernym sobie,  starając się nie krzywdzić innych i nie łamać zasad wyniesionych z domu rodzinnego. A także o tym, że życie jest nieustannym tworzeniem samego siebie w otoczeniu innych, niekiedy bardzo nam bliskich ludzi.

To wzruszająca historia miejsca, do którego wraca się we wspomnieniach, kreujących postawy i rodzinne relacje. Podczas lektury, czytelnik wybiera się w podróż do miejsc znanych z własnych doświadczeń, bo każdy z nas ma swoje własne Lopotti.

Tommi Kinnunen – (ur. 1973) fiński nauczyciel i pisarz, autor spektakli i tekstów kabaretowych. Cztery Drogi to jego debiutancka książka, która otrzymała szereg nagród i nominacji, m.in. nagrodę Finnish Grand Journalism Prize za najlepszą powieść 2014 roku oraz nagrodę Fińskiego Stowarzyszenia Księgarzy.

Tommi Kinnunen

INNI NIŻ MY

przełożył Sebastian Musielak

Książka ukazała się dzięki pomocy finansowej FILI – Finnish Literature Exchange

Tytuł oryginału: Lopotti

Copyright © Tommi Kinnunen and WSOY

First published in Finnish by Werner Söderström Ltd. (WSOY) in 2016 with the original title Lopotti

Published by arrangement with Bonnier Rights Finland, Helsinki, Finland

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Sebastian Musielak, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Spis treści

Dedykacja

***

Część pierwszaNajwcześniejsze dzieje majątku

Świat dziecinnych lat, wskrzeszony znów

Żyli wśród róż, nie znali burz

Odwiedza pochód sław mój dom

Strzeże ziemi swej rodzinnej

Widzę cię z bliska

Odważnie stań na scenie

Nie wiemy, gdzie wędrówki kres

To nie jest pora na sen

Ucha nadstawiam i słucham

Idzie kominiarz po drabinie

Lęk się czai tak jak zbrodnia

Kiedyś tam będziesz miał dorosłą duszę

Kiedy samotność drzwi uchyla

Zakazany owoc, marzeń ciemnych tabu

Pod obcym, gorzkim niebem

W nocy nie śpię, w dzień nieprzytomny

Część drugaRozwój majątku

Naucz, Ojcze, dziatki swoje

Ucieka tam, gdzie nikt nie pyta

Dzięki Tobie za Twe dary

Wulgarną nucąc śpiewkę

Dzisiaj się rozstaniemy

Ubierz się w obcisłe

Żal nic tu nie pomoże

Chciałabym z kimś do pianina siąść

Porzuć płonne swe nadzieje

Bez kochania bardzo źle

Że mi tak w piersiach błogo

Odkryjemy miłość nieznaną

Na co bóle wrzące?

Nie dawać mnie za mąż było

Tęsknota ma wspomnieniem płynie w świat

Pokazały swoje twarze krzywe lustra

Nigdy ciebie nie kochałem

Część trzeciaZmierzch majątku

Bliżej gwiazd, bliżej dna

Miłość zabrała mu rozum

Ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa

Jesteś gwiazdą w ciemności

Że nie wrócisz, już wiem

Wszyscy chcą kochać, choć nie przyznają się

Na szczęśliwy ląd zaniosą mnie

Ludzie są samotni, czy tego chcą, czy nie

Widziałem wiatr o siwych włosach

W sercu cię kołyszę

Możesz wziąć mnie za rękę

Kroki, czyjeś kroki

Nadzieja na pogodę

Ta pieśń to awanturka

Świat wypadł mi z moich rąk

Noszę w sobie, by kiedyś ci dać

Ścieżki swe równajcie

Prowadź mnie, gdy światło drży

Pofrunę, gdzie nie byłam jeszcze

***

***

Podziękowania

Od tłumacza Prońko zamiast Eurowizji. Tłumacz się tłumaczy

***

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Ojcu, po którym odziedziczyłem ciekawość,

i Matce, od której próbuję jeszcze nauczyć się cierpliwości

***

Znamy się, chociaż Ty jesteś tam w środku, a ja tutaj, na zewnątrz brzucha Twojej mamy. To ja Ci śpiewałem. To ja pytałem Twoją mamę, czy mogę spróbować dotknąć i pogładzić to, co w moim przekonaniu było Twoim czołem. Kocham Cię, chociaż jeszcze Cię nie widziałem.

Będziesz mówić mi „tata”. Mam oczywiście własne imię, ale nie będzie Ci ono nigdy potrzebne, bo dla Ciebie nauczę się tego nowego imienia. Wystarczy, że zawołasz na pomoc tatę, a wtedy ze wszystkich ludzi na świecie właśnie ja usłyszę Twoje wołanie i natychmiast do Ciebie przybiegnę. Obiecujesz, że zawsze będziesz przybiegała przytulić się do taty, jeśli coś się stanie? Pocieszę Cię, kiedy się skaleczysz albo przewrócisz. Tata umie przepędzić zło. Przy tacie dziecko czuje się bezpieczne.

Ale będziesz przychodziła przytulić się do Taty także wtedy, kiedy wszystko będzie w porządku, dobrze? Usiądziemy sobie i będziemy się cieszyć, że mamy taki piękny letni wieczór albo że dostałaś dziesiątkę z historii. I nie będziesz się bać opowiedzieć mi o swej pierwszej miłości? Ja Ci wtedy powiem, że zakochać się łatwo, ale by potem jeszcze kochać, to trzeba się już trochę napracować. Będę miał dla Ciebie wiele innych rad, nie wiem tylko, czy na coś Ci się zdadzą. Bo życie nie zawsze układa się tak zgrabnie, żeby dało się na jego podstawie wykreślić mapę dla drugiego człowieka. To Ci jednak mówię już teraz, że cokolwiek będzie leżeć Ci na sercu, ja chcę razem z Tobą myśleć, co z tym fantem zrobić. Nie będzie takiej sprawy, o jakiej nie mogłabyś mi powiedzieć. Chcę słyszeć wszystkie Twoje słowa. Nigdy Cię nie odtrącę, nigdy nie przestanę być Twoim tatą. Będę Cię chronił aż do mojej śmierci i jeszcze zza grobu.

Piszę ten list w tajemnicy przed Twoją mamą, bo gdyby się o nim dowiedziała, toby mnie nazwała sentymentalnym głuptasem. Włożę tę kartkę do koperty i napiszę na niej imiona, o których myśleliśmy dla Ciebie. Nie wiem, czy się zachowa do czasu, kiedy nauczysz się czytać. Może wszystko pozostanie na etapie dobrych chęci, może sam o tym liście zapomnę i papier gdzieś się zawieruszy w bałaganie życia. Możemy Ci przecież dać zupełnie inne imię i za jakiś czas będziemy się dziwić, czyj to list znaleźliśmy w starych szpargałach. Ale wszystko może się również skończyć całkiem dobrze: koperta zachowa się między książkami w regale i natkniesz się na nią, kiedy będziesz starsza. Może zdążę do tej pory napisać dziesiątki podobnych listów. Może będę pisał jeden na każde urodziny. Mamy przed sobą całe lata, kilkadziesiąt lat, żeby się poznać i siebie nauczyć.

Urodziłabyś się już. Czekają tu na Ciebie zabawki i ubranka. I miejsce obok mnie.

Tata

Część pierwsza

Najwcześniejsze dzieje majątku

Niektórzy twierdzą, że majątek w Mocznie otrzymał nazwę od Moczyska, mulistego wodospadu, który na dole wzbija na powierzchni nurtu żółtawą pianę. Inni znów utrzymują, że najważniejszym czynnikiem toponimicznym jest znaczna wysokość, z jakiej woda wpada do lejowatego kanionu, zwłaszcza zaś wydawany przez nią odgłos. Przypomina on bowiem chlupot uryny lejącej się do nocnika byle jakim, nierównym strumieniem. Żadne z tych wyjaśnień nie jest jednak prawdziwe, jako że wbrew miejscowej famie wodospad przyjął nazwę od majątku, a nie odwrotnie.

W sierpniu roku Pańskiego 1778 król Szwecji wyciął sobie ten sam numer, który od niepamiętnych czasów wycinali sobie wszyscy panujący przed nim królowie Szwedów, Gotów i Łużyczan: wypowiedział wojnę Rosji. Przygotowania przebiegały zgodnie z planem: panowie oficerowie zostali starym zwyczajem zaokrętowani w Sztokholmie i wysłani do Turku, a w głębi lądu, w Häme i Sawonii, przeprowadzono zwyczajową brankę. Potem Szwed zwyczajowo uderzył na Rosję, dostał po mordzie i wycofał się aż pod wschodnią stolicę. Jak dobrze wiedział każdy Fin, teraz panowie oficerowie wsiądą na okręt i pożeglują z powrotem do zachodniej stolicy. Wschodnia prowincja natomiast na bliżej nieokreślony czas dostanie się pod ruską okupację, aż w końcu, na późniejszym etapie rokowań pokojowych, car zagarnie upatrzony kawałek wschodniej Finlandii. Podczas zaokrętowania szwedzcy chorążowie będą rozprawiać o tym, jak też nazwać ten okres historii. Wojna północna już była, mała i duża. Średnia brzmiała głupio, a środkowej należało właściwie użyć wcześniej.

Król stał w otoczeniu adiutantów w brudnym, rozdeptanym śniegu na skalistym brzegu i przyglądał się zaokrętowaniu swojego wojska. W dole, na nabrzeżu, ustawieni podług szarży panowie oficerowie czekali w kolejce do szalup. Nikt nie był mocno posiekany, wiadomo – odnoszenie najcięższych ran było zadaniem infanterii. Piechota dotrze do portu w ariergardzie trzy dni później, kiedy panowie oficerowie będą już het za Kastelholmem, a może nawet zdążą minąć Alandy.

– Byłby już czas wchodzić na pokład, Ers Majestät1. – Pachołek mówił zdumiewająco dobrze po szwedzku, chociaż płowa szczeciniasta czupryna i nochal jak przemrożony kartofel od razu zdradziły jego fińską proweniencję.

– Vi tackar2.

Droga w dół była długa, pokrywający skały mech całkiem przesiąkł wodą. Król schodził roześmiany. Tuż przed zejściem na nabrzeże postanowił jeszcze opróżnić pęcherz. Nie wycelował swojej królewskiej krócicy w panów oficerów bynajmniej nie z powodów obyczajowych – władcy bowiem stoją ponad obyczajami – lecz dlatego, że z uwagi na porywisty południowo-zachodni wiatr oszczałby swoje piękne gobelinowe trzewiki. Pokazał więc panom oficerom plecy i zwrócony przodem do miejscowych kmieci dobył kusia, którego – jak głosiła fama – szwedzka królowa w życiu nie widziała. Pachołek się odwrócił, przeczuwał bowiem zamiary Jego Wysokości, nie ośmielił się jednak odstąpić od króla. Ten spojrzał na stojącego przed nim chłopaka i wypchnąwszy biodra w przód, próbował dosięgnąć strumieniem moczu lewego bota fińskiego ciury.

Władca czuł, że jest kolejną perłą na długim sznurze panów tej ziemi. Wszystko układało się tak, jak miało się ułożyć. Król poczuł radosne ciepło w dołku, być może dlatego, że w końcu sobie ulżył. Tę chwilę trzeba zapisać w historii. Po tej wyprawie wojennej musi pozostać trwały ślad w pamięci.

– Ej, hultaju! – krzyknął. – Hören mina ord! Zaraz zrobię z ciebie barona.

Pachołek nie ośmielił się odpowiedzieć, lecz zmiana w jego postawie zdradziła, że nadstawił uszu.

– Calle wynajdzie ci jakiś dobry las lub górę na lenno.

Jeden z adiutantów skinął głową z poważną miną. Rzeczonemu można by dać tyle bagien i wzgórz na północy, ile zdoła objechać konno w siedem dni. Ziemi w tym ciemnym kraju jest pod dostatkiem.

Chłopak spojrzał na swe mokre boty. Król nie był młody. Wzdychał już tylko do czasów, kiedy mógł wykaligrafować w śniegu siurem swoje imię równie zgrabnie jak piórem na papierze. I jeśli dawniej strumień królewskiej szczyny ciął śnieg ostro niczym floret, teraz lał się ciężko jak fontanna w drottningholmskim pałacu. Jego Wysokość potrząsnął armatą, wyciskając z pęcherza ostatnie krople moczu.

– A ty pomyślisz nad odpowiednią nazwą dla swojego majątku. Niech upamiętni twojego króla.

Świat dziecinnych lat, wskrzeszony znów

Mama ujmuje mnie pod pachy, podnosi wysoko i znowu sadza, gdzieś głęboko.

– Posiedź no tu.

Trzewik uderza o dno, które odpowiada głucho jak beczka. Nie wiem, gdzie jestem. Ciasno mi. Macam rękami dokoła, jedną sięgam krawędzi. Jest chłodna, niemal zimna. Głos mamy dobiega z góry, ze słabym echem.

– Helena, przytul no Johannesa.

Mama sadza przede mną mojego braciszka i siedzimy oboje w rozkroku, jedno za drugim. Obejmuję go, bo Johannes boi się wszystkiego, co dla niego nowe. Pytam mamę, gdzie jesteśmy, lecz nie odpowiada. Z drugiej strony słyszę głos babusi. Mówi, że jesteśmy w takim wagoniku, co się nim wozi piasek po torach, które Niemcy położyli od wojny. Że mama chce tę kolejkę sfotografować, choć podobno nie wolno tego robić.

Johannes się wywija, ale go nie puszczam, tylko zaczynam kołysać i mówię mu jeszcze „szuru-buru”, i wtedy się uspokaja. Mama staje za nami i każe nam się nie ruszać. Zaraz nam zrobi zdjęcie. Dziwi się, że te tory takie wąskie, ale babusia mówi, że takie żołnierzom zupełnie wystarczają. Nagle w głosie mamy słyszę łobuzerską nutę, kiedy zastanawia się głośno, czy dałoby się taki wagonik poruszyć z miejsca. A co, niech i nasze dzieciary choć raz w życiu przejadą się pociągiem. Babusia się śmieje i staje obok niej, za nami. Mówi, że biedni to zawsze kiełbie we łbie mają. Babusia chodzi inaczej. Mama idzie po piasku żwawo, szur-szur-szur-szur, za to babusia utyka, szur-szuuur-szur-szuuur. Tata mówi, że babusia Maria kuśtyka.

Oddechy babusi i mamy słychać blisko siebie.

– Lahja, gotowa? – pyta babusia.

– Gotowa – odpowiada mama.

– No to dawaj, rzekł stary gospodarz do swej młodej żony.

Piasek zgrzyta im pod butami. Obie sapią. Mama wydaje z siebie dziwaczny, skrzypliwy odgłos, niby oddycha, lecz wstrzymuje oddech. Tak samo skrzypiał tata, kiedy na urlopie odsunął swoje łóżko od łóżka mamy i wytaszczył je z komory. Nagle czuję szarpnięcie w przód, takie samo jak wtedy, gdy koń rusza z miejsca i tata każe się trzymać. Mówię Johannesowi, że jedziemy, boby się przestraszył. Powtarza za mną: „dziemy”. Nie umie jeszcze wszystkich słów. Kręci główką, rozgląda się.

Mama się śmieje. Babusia też rechocze.

– Mało kiszki nie wysrałam, ale co tam!

– Nie mówcie tak – syczy mama.

Głaszczę Johannesa po włosach i mówię mu, że babusia się wygłupia. Braciszek chwyta mnie rączkami za palce i miętosi je. Mama się śmieje i mówi, że jestem dzielna, bo umiem zająć się bratem, i że od tego właśnie są starsze siostry. Ja zajmuję się Johannesem, a Anna zajmuje się mną. Odwracam głowę i pytam, dokąd dochodzą te tory. Mama odpowiada, że chyba aż na samo południe, ale nie wie na pewno. Najdalej w życiu była w Oulu, za to babusia to się najeździła pociągami, jak uczyła się kiedyś w takiej ogromnej Szkole Położnych na samiuteńkim południu, gdzie jest już tylko morze i nic więcej. Tam jest zupełnie inaczej niż u nas, inne są drzewa i inne domy, z kamienia budowane.

Puszczam Johannesa, bo już się nie boi, i badam rękoma, co jest za plecami. Sterta piachu. Kładę się na niej, ale Johannes siedzi mi na sukience. Bok wagonika jest chłodny. Już w ogóle nie czuć, że jedziemy, nic nie szarpie, nie kolebie. Czasem tylko zadrży dno i wtedy coś stuknie. Babusia mówi, że tak właśnie śpiewają żelazne koła wagonów.

Słońce grzeje twarz. Otwieram oczy szeroko. Czasem światło przesłania jakiś cień. To drzewa. Tata mówi, że jak byłam mała, to widziałam wszystko wszyściutko i dopiero potem zachorowałam, lecz ja już tego wcale nie pamiętam. I taty też już nie ma w domu, bo teraz jest na wojnie. Przyciskam oczy kciukami. Lubię to robić. W drzewach szumi wiatr. Jest niedziela.

Babusia śpiewa do taktu postukujących kół:

Będę łaził po wsi w tę i z powrotem,

aż butów całkiem nie znoszę.

I będę całował, którą tylko zechcę,

i żadna mi się nie oprze.

Mama nie lubi piosenek babusi. „A, dalibyście już spokój z takimi”, mówi zawsze, kiedy babusia zaczyna śpiewać.

– Gdzie jedziemy? – pytam, a mama mówi, że do domu.

Babusia tłumaczy, że do samego Lopotti tory jeszcze nie dochodzą. Niemcy je ciągną z południa i wkrótce dojdą do wsi kościelnej, a potem tory pójdą dalej, hen do ruskiej granicy i murmańskiej kolei. Ale na razie jest, jak jest i dlatego musiały wziąć konia. Mama mówi coś babusi. Nie wiem co, ale w jej głosie nie słyszę już śmiechu. Wagonik zwalnia i w końcu staje. Mama staje obok wagonika.

– Nie mieszkamy w żadnym Lopotti – mówi jeszcze babusi surowym tonem.

– Aj, już ty się, Lahja, przez żarty nie obrażaj. Daj spokój.

Dla mamy Lopotti zaczyna się dopiero za naszym domem i ludzie są tam zupełnie inni niż we wsi kościelnej. Dla babusi to tylko słowo, nazwa jak nazwa. Nagle czuję, że ktoś podrywa Johannesa w górę. Przestraszona próbuję zatrzymać go przy sobie, lecz mama każe mi go puścić. Głos ma zimny.

– Co ty wyprawiasz? – dziwi się babusia.

– Idziemy stąd precz.

Nie chcę iść, chcę pojechać pociągiem do samego domu, ale babusia bierze mnie pod pachy i stawia na piachu. Ziemia przy torach opada mocno w dół. Ledwo mogę ustać, muszę się oprzeć ręką o wagonik.

– Co to jest to Lopotti? – pytam, lecz nikt nie odpowiada.

Babusia chwyta mnie za rękę.

– Chodź, Helenko, i nam już pora do domu. A nuż twojego tatę puścili na urlop?

Próbuję iść po stoku, zginając tę nogę, co jest bliżej torów. Babusia kuśtyka kawałek przede mną. Woła za mamą. Dziwi się, co jej te stare nazwy zawsze przeszkadzają.

– Przecież w tym całym Lopotti są tylko dwie baby o złej reputacji, ty i ja!

Mama nie odpowiada. Babusia rechocze.

Redaktor inicjujący: Magdalena Gołdanowska

Redaktor prowadzący: Magdalena Matuszewska

Przekład: Sebastian Musielak

Redakcja: Jan Koźbiel

Korekta: Agnieszka Trzeszkowska-Bereza, Grzegorz Krzymianowski

Projekt okładki: Magdalena Palej

Zdjęcia wykorzystane na I stronie okładki: © Irene Lamprakou/Arcangel Images, © Mark Owen/Arcangel Images, © Sunny Forest/shutterstock.com, © melis/shutterstock.com

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4951-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Inni niż my Cztery Drogi 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej